Łotrzyki - George R.R. Martin, Gardner Dozois - ebook
Opis

Ekscytująca książka, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji.

A na koniec rarytas - nowe opowiadanie George’a R. R. Martina Książę łotrzyk ze świata Gry o tron - opowieść o Daemonie Targaryenie.

Wszyscy kochają łotrzyków. Motyw przewodni tej znakomitej antologii pozwala na bardzo wiele swobody i jest niezwykle atrakcyjny dla czytelnika. Fałszywe jasnowidzące, międzygalaktyczne kreatury, nowy rodzaj alchemii i przywoływanie pradawnych bogów czy zabójcza moc opowieści o Fafrydzie i Szarym Kocurze to tylko niektóre z pomysłów.

Bohaterowie wszystkich opowieści są niebezpieczni i podstępni, a do tego zupełnie nieprzewidywalni. Książka zawiera teksty znanych autorów powieści detektywistycznych oraz thrillerów, a także tych, którzy zasłynęli z science fiction i fantasy. Sam spis treści wystarczy, by wzbudzić zainteresowanie fanów najrozmaitszych gatunków - zawiera bowiem 21 nigdy dotąd niepublikowanych utworów. W tomie znajdziemy m.in. najnowsze opowiadanie Neila Gaimana rozgrywające się w świecie Nigdziebądź, nowelę Patricka Rothfussa opowiadającą o Bast z Kronik królobójcy oraz cechującą się błyskawiczną akcją opowieść Joe Abercrombiego o serii nieustannych kradzieży. I wreszcie na koniec opowiadanie samego mistrza George'a R.R. Martina, relacjonujące skrawek historii świata Gry o tron, opowiadające o pewnym draniu z czasów panowania dynastii Targaryenów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1211

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


George R.R. Martin Gardner Dozois Łotrzyki ISBN: 978-83-7785-825-7 TYTUŁ ORYGINAŁU: Rogues PRZEKŁAD: Michał Jakuszewski, Piotr Kuś, Joanna Szczepańska Copyright © 2014 by George R.R. Martin and Gardner Dozois Introduction copyright © 2014 by George R.R. Martin This translation published by arrangement with Bantam Books, an imprint of Random House, a division of Random House LLC All rights reserved Copyright © 2015 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań PROJEKT OKŁADKI: Mariusz Kula, www.mariuszkula.com.pl REDAKCJA: Robert CichowlasZysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Gay i Joego Haldemanów,

zawadiackich łotrzyków

WSTĘP

Wszyscy kochają łotrzyków

(INTRODUCTION: EVERYBODY LOVES A ROGUE)

GEORGE R.R. MARTIN

…choć potem nieraz tego żałują.

Nikczemnicy, oszuści i huncwoty. Nicponie, złodzieje, cwaniaki i łobuzy. Złe chłopaki i złe dziewczyny. Szelmy, uwodziciele, chytre lisy, samozwańcy, kombinatorzy, kłamcy, paskudnicy, kobieciarze i psubraty… noszą wiele nazw i pojawiają się w opowieściach wszelkiego rodzaju, w każdym gatunku literackim pod słońcem, w mitach i legendach… I także w całej historii. Są dziećmi Lokiego i braćmi Kojota. Czasami są bohaterami opowieści. W innych przypadkach grają rolę czarnych charakterów. Najczęściej jednak są czymś pośrodku, czymś szarym… a szary zawsze był moim ulubionym kolorem. Jest znacznie bardziej interesujący od czarnego i białego.

Chyba zawsze lubiłem łotrzyków. Kiedy byłem małym chłopcem, w latach pięćdziesiątych minionego stulecia, czasami odnosiłem wrażenie, że połowa filmów w telewizji to sitcomy, a druga połowa to westerny. Mój ojciec uwielbiał westerny, obejrzałem więc wtedy chyba wszystkie — niekończąca się parada szeryfów o wydatnych szczękach i stróżów porządku z pogranicza. Szeryf Dillon był jak skała. Wyatt Earp był dzielny, odważny i śmiały (tak mówiła piosenka), a Jeździec Znikąd, Hopalong Cassidy, Gene Autry i Roy Rogers byli bohaterscy, szlachetni i prawi — najlepsze wzory do naśladowania, jakich mógłby pragnąć chłopak… ale żaden z nich nie wydawał mi się w pełni realny. Moimi ulubionymi westernowymi bohaterami byli dwaj, którzy wychodzili poza tę sztampę: Paladyn, który na szlaku ubierał się na czarno (jak czarny charakter), a w San Francisco jak jakiś wymuskany fircyk, co tydzień miał za „towarzyszkę” inną piękną kobietę i brał pieniądze za swoje usługi (bohaterom nigdy nie zależało na zapłacie), a także bracia Maverick (zwłaszcza Bret), czarujący łajdacy wolący stroje hazardzistów składające się z czarnych garniturów, krawatów i eleganckiej kamizelki od tradycyjnego ubioru szeryfa z bezrękawnikiem, odznaką i białym kapeluszem, częściej widywani przy grze w pokera niż podczas strzelaniny.

I wiecie co? Jeśli obejrzymy je teraz, okaże się, że Maverick oraz Have Gun — Will Travel wytrzymały próbę czasu lepiej niż bardziej tradycyjne westerny. Można twierdzić, że miały lepszych scenarzystów, aktorów i reżyserów niż większość pozostałych końskich oper w ówczesnej telewizyjnej stajni, i będzie to prawda… lecz sądzę, że czynnik łotrzykowski również ma z tym coś wspólnego.

Ale nie tylko fani telewizyjnych westernów lubią dobrze przedstawionych drani. Ten archetyp występuje we wszystkich gatunkach i środkach przekazu.

Clint Eastwood został gwiazdą dzięki temu, że grał takie postacie jak Rowdy Yates, Brudny Harry i Człowiek Bez Imienia. Wszyscy oni byli draniami. Gdyby obsadzono go jako Fajnego Yatesa, Czystego Billy’ego oraz Człowieka o Dwóch Identyfikatorach, nikt by nigdy o nim nie usłyszał. To prawda, że w colle ge’u znałem dziewczynę, która wolała Ashleya Wilkesa, tak bardzo szlachetnego i skłonnego do poświęceń, od Rhetta Butlera, kobieciarza, hazardzisty i przemytnika… ale to chyba był jedyny taki przypadek. Każda inna kobieta, którą spotkałem, bez chwili zastanowienia wybrałaby Rhetta zamiast Ashleya, że już nie wspomnę o Franku Kennedym i Charlesie Wilkesie. Harrison Ford robi wrażenie łotrzyka we wszystkich rolach, które gra, ale oczywiście wszystko zaczęło się od Hana Solo i Indiany Jonesa. Czy jest ktoś, kto woli Luke’a Skywalkera od Hana Solo? To prawda, że Han angażuje się w całą tę sprawę tylko dla pieniędzy, mówi nam to jasno już na początku… ale dzięki temu chwila, gdy na końcu Gwiezdnych wojen wraca i wsadza rakietę w tyłek Dartha Vadera, jest jeszcze bardziej ekscytująca. (Aha, i Han absolutnie strzela pierwszy, nawet jeśli George Lucas wziął i zmienił oryginalną wersję). A Indy… Indy jest wręcz wcieleniem łotrzyka. Zastrzelenie tego szermierza z pewnością było nieuczciwe, ale czyż wszyscy go za to nie kochamy?

Łotrzyki dominują nie tylko w filmie i w telewizji. Przyjrzyjmy się książkom.

Na przykład epickie fantasy.

Fantasy często opisuje się jako gatunek, w którym absolutne dobro walczy z absolutnym złem. Z pewnością widzi się to często, zwłaszcza gdy chodzi o legion imitatorów Tolkiena z ich czarnymi władcami, złymi sługusami i bohaterami o wydatnych szczękach. Istnieje też jednak starszy podgatunek fantasy, zwany magia i miecz, i w nim wręcz roi się od łotrzyków. Conana z Cymerii czasami uważa się za bohatera, ale nie zapominajmy, że był również złodziejem, łupieżcą, piratem, najemnikiem, a w końcu uzurpatorem, który zasiadł na skradzionym tronie… a do tego spał z każdą atrakcyjną kobietą, którą spotkał po drodze. Fafryd i Szary Kocur mieli w sobie jeszcze więcej z łotrzyków, choć nie odnieśli aż tak wielkich sukcesów. Nie wydaje się prawdopodobne, by któryś z nich miał zostać królem. Był też całkowicie amoralny (choć absolutnie zachwycający) bohater Jacka Vance’a, Cugel Sprytny. Jego podstępne knowania z jakiegoś powodu nigdy nie przynosiły oczekiwanych rezultatów, ale…

W historycznych opowieściach również nie brak uwodzicielskich, podstępnych i niegodnych zaufania drani. Trzej muszkieterowie z pewnością mieli pewne cechy łotrzyków (bez takich cech trudno byłoby połączyć płaszcz ze szpadą). Rhett Butler był wielkim draniem zarówno w powieści, jak i w filmie. Michael Chabon dał nam dwóch wspaniałych łotrzyków, Amrama i Zelikmana, bohaterów jego historycznej noweli Gentlemen of the Road. Mam nadzieję, że jeszcze nieraz zobaczymy tych dwóch. Rzecz jasna, jest też nieśmiertelny Harry Flashman George’a MacDonalda Frasera (sir Harry Paget Flashman, kawaler Krzyża Wiktorii, Orderu Łaźni i Orderu Cesarstwa Indyjskiego, jeśli łaska), postać poniekąd zapożyczona z klasycznej brytyjskiej powieści szkolnej autorstwa Thomasa Hughesa Tom Brown’s Schooldays (to coś w rodzaju Harry’ego Pottera, tylko bez quidditcha, magii i dziewczyn). Jeśli nie czytaliście powieści MacDonalda (Hughesa możecie sobie darować, chyba że lubicie wiktoriańskie moralizatorstwo), to znaczy, że nie spotkaliście dotąd jednego z najlepszych łotrzyków w literaturze. Zazdroszczę wam czekającego was doświadczenia.

Westerny? Do licha, na Dzikim Zachodzie aż się roiło od drani. Wyjęty spod prawa protagonista zdarza się równie często, jak wyjęte spod prawa czarne charaktery, a może nawet częściej. Billy Kid? Jesse James i jego banda? Doc Holliday, sławny łajdacki dentysta. A jeśli możemy wrócić do telewizji — tym razem we współczesnym, kablowym wydaniu — mamy sławny, nieodżałowany serial HBO, Deadwood, i stojącego w samym jego środku łotra, Ala Swearengena. Grający go Ian McShane całkowicie ukradł przedstawienie domniemanemu głównemu bohaterowi, którym był szeryf. Ale przecież łotrzyki świetnie potrafią kraść. To jedna z ich specjalności.

A co z romansami? A niech mnie. W prawie każdym romansie to drań na końcu zdobywa dziewczynę. W dzisiejszych czasach często to dziewczyna jest draniem, co może być jeszcze ciekawsze. Miło jest zobaczyć, jak konwencje stawia się na głowie.

Powieść kryminalna również ma odmiany opowiadające o draniach. Prywatni detektywi często miewają podobny aspekt. Gdyby byli porządnymi, przestrzegającymi zasad ludźmi zainteresowanymi wyłącznie faktami, zostaliby gliniarzami. A przecież tego nie zrobili.

Mógłbym długo kontynuować ten wywód. Mainstream, powieść gotycka, romans paranormalny, literatura kobieca, horror, cyberpunk, steampunk, urban fantasy, powieści o pielęgniarkach, tragedia, komedia, erotyki, thrillery, space opera, końska opera, powieści sportowe, wojenne, romanse ranczerskie… wszystkie gatunki i podgatunki mają swoich łotrzyków… i często to właśnie oni są najbardziej lubianymi i najdłużej pamiętanymi postaciami.

Niestety, nie wszystkie te gatunki są reprezentowane w naszej antologii… ale po cichu pragnę, by tak było. Może odzywa się we mnie łotrzyk, ta część mojej osobowości, która uwielbia przekraczać bariery. Prawda wygląda tak, że nie mam zbyt wiele szacunku do granic dzielących od siebie gatunki literackie. Obecnie jestem najszerzej znany jako autor fantasy, ale Łotrzyki nie mają być wyłącznie antologią fantasy… choć znajdziecie w niej wiele opowiadań z tego gatunku. Mój współpracownik, Gardner Dozois, był przez parę dziesięcioleci redaktorem naczelnym magazynu publikującego science fiction… lecz Łotrzyki nie są również antologią fantastyki naukowej, choć zawierają kilka opowiadań z tego gatunku, nieustępujących tym, które ukazują się w miesięcznikach.

Podobnie jak Warriors i Niebezpieczne kobiety, nasze poprzednie antologie o mieszanej zawartości, Łotrzyki przekraczają wszystkie granice między gatunkami. Nasz temat jest uniwersalny, obaj z Gardnerem kochamy też dobre opowiadania najprzeróżniejszych rodzajów, bez względu na gatunek, który reprezentują, oraz czas i miejsce akcji. Dlatego zaprosiliśmy znanych autorów ze świata epickiego fantasy, magii i miecza, urban fantasy, science fiction, romansu, mainstreamu, kryminału (tradycyjnego i hard boiled), thrillera, powieści historycznej, romansu, westernu, kryminału noir, horroru… i tak dalej. Nie wszyscy się zgodzili, ale wielu to zrobiło. Rezultaty znajdziecie poniżej. Udało się nam zebrać gwiazdorski zestaw popularnych, będących laureatami nagród pisarzy, reprezentujących kilkanaście różnych wydawnictw i równie wiele gatunków literackich. Wszystkich poprosiliśmy o to samo — opowieść o łotrzyku, pełną zaskakujących zwrotów akcji, misternych planów i nagłych odmian losu. Nie nakładaliśmy na naszych autorów żadnych ograniczeń dotyczących gatunku. Niektórzy wybrali ten, który znają najlepiej, inni zaś postanowili spróbować czegoś nowego.

W moim wstępie do Warriors, naszej pierwszej mieszanej antologii, pisałem o tym, że wychowywałem się w Bayonne, w stanie New Jersey, w latach pięćdziesiątych minionego stulecia. W całym mieście nie było ani jednej księgarni i wszystko, co czytałem, kupowałem na stoiskach z gazetami albo w „cukierniach” na rogach, gdzie stały na drucianych stojakach obrotowych. Książek w papierowych okładkach, które na nich umieszczono, nie segregowano według gatunków. Wszystko upychano razem, jeden egzemplarz tego, dwa egzemplarze tamtego. Można było znaleźć Braci Karamazow utkniętych między powieścią o pielęgniarkach a najnowszą książką Mi ckeya Spillane’a o Mike’u Hammerze. Dorothy Parker i Dorothy Sayers dzieliły półkę z Ralphem Ellisonem i J.D. Salingerem. Max Brand ocierał się okładka o okładkę z Barbarą Cartland. A.E. Van Vogta, P.G. Wodehouse’a i H.P. Lovecrafta wciskano razem z F. Scottem Fitzgeraldem. Kryminały, western, powieści gotyckie, powieści o duchach, klasyka, najnowsze powieści „mainstreamowe” oraz oczywiście science fiction, fantasy i horror — dziesiątki tysięcy najrozmaitszych książek dzieliły ze sobą te same stojaki.

To mi się podobało. I nadal mi się podoba. Od tego czasu upłynęło już jednak wiele dziesięcioleci (obawiam się, że zbyt wiele), świat wydawców książki się zmienił, rozprzestrzeniły się księgarnie należące do wielkich sieci handlowych i granice między gatunkami literackimi stały się bardziej nieprzepuszczalne. Myślę, że niedobrze się stało. Książki powinny poszerzać nasze horyzonty, prowadzić nas w miejsca, których nigdy nie odwiedzaliśmy, zmieniać nasz sposób patrzenia na świat. Czytając tylko jeden rodzaj książek, nigdy nie osiągniemy tego celu. W ten sposób sami siebie ograniczamy, stajemy się mniejsi. Sądziłem wtedy — i nadal tak sądzę — że są tylko dobre i złe opowieści, a wszelkie inne różnice nie mają znaczenia.

Myślę, że w tej antologii mamy trochę tych dobrych. Na jej stronach znajdziecie łotrzyków najprzeróżniejszych rozmiarów, kształtów i kolorów, a także traficie w wiele różnych miejsc, reprezentujących zdrową mieszankę wielu gatunków i podgatunków literackich. Nie będziecie też wiedzieli, czego się spodziewać, zanim nie przeczytacie tych opowiadań, zgodnie bowiem z tradycją dawnych drucianych stojaków, obaj z Gardnerem wymieszaliśmy je ze sobą. Zapewne znajdziecie tu teksty autorstwa swych ulubionych pisarzy, lecz natraficie również na takich, o których (dotąd) nie słyszeliście. Mamy nadzieję, że po zakończeniu lektury część tych drugich zaliczycie w poczet tych pierwszych.

Miłej lektury… ale bądźcie ostrożni. Niektórym panom i pięknym paniom, których spotkacie na tych stronach, nie można w pełni ufać.

Przełożył Michał Jakuszewski

JOE ABERCROMBIE

Czasy są ciężkie dla wszystkich

(TOUGH TIMES ALL OVER)

Joe Abercrombie jest jedną z najszybciej zdobywających popularność gwiazd dzisiejszego fantasy. Zarówno czytelnicy, jak i krytycy cenią go za rzeczowy, oszczędny styl. Zapewne najbardziej znanym z jego utworów jest trylogia Pierwsze prawo. Jej pierwszy tom — Samo ostrze, opublikowano w roku 2006. W następnych latach ukazały się: Zanim zawisną na szubienicy i Ostateczny argument królów. Napisał też samodzielne powieści: Zemsta najlepiej smakuje na zimno oraz Bohaterowie. Jego najnowsza książka to Czerwona kraina. Poza pisarstwem Joe Abercrombie zajmuje się również montażem filmowym. Mieszka i pracuje w Londynie.

W cechującej się szybką akcją, sensacyjnej opowieści zamieszczonej poniżej Abercrombie prowadzi nas w głębinę brudnego, cuchnącego i wypełnionego muzyką labiryntu ulic Sipani, jednego z najniebezpieczniejszych miast na świecie, gdzie toczy się śmiercionośna gra w szukanie fantu.

CZASY SĄ CIĘŻKIE DLA WSZYSTKICH

Niech to szlag, nie cierpiała Sipani.

Cholerna, niepozwalająca widzieć mgła, cholerna pluskająca woda i cholerny, wszechobecny smród zgnilizny. Cholerne przyjęcia, maskarady i hulanki. Wszyscy bawili się cholernie dobrze, a przynajmniej udawali. A najgorsi byli cholerni mieszkańcy. Wszyscy tu byli łotrzykami, mężczyźni, kobiety i dzieci. Każdy mieszkaniec był kłamcą i głupcem.

Carcolf nie mogła znieść Sipani, lecz mimo to znowu tu wróciła. Nie mogła więc nie zadać sobie pytania, kto tu właściwie jest głupi?

We mgle przed nią niósł się echem donośny śmiech. Wsunęła się w cień wnęki, zaciskając dłoń na rękojeści miecza. Dobry kurier nie ufa nikomu, a Carcolf była najlepsza ze wszystkich. Liczba osób, którym ufała w Sipani, była… mniejsza od zera.

Z mroku wyłoniła się kolejna banda poszukiwaczy rozrywki. Mężczyzna w masce księżyca wskazywał palcem na kobietę, która była tak pijana, że co chwila potykała się na wysokich obcasach. Wszyscy się śmiali, jeden z nich łopotał koronkowymi mankietami, jakby nic na świecie nie mogło być zabawniejsze od kogoś, kto upił się tak bardzo, że nie może się utrzymać na nogach. Carcolf wzniosła oczy ku niebu, pocieszając się myślą, że ukryci za maskami ludzie nienawidzili każdej chwili równie mocno jak ona, gdy tylko spróbowała się zabawić.

Przyciśnięta do drzwi kobieta skrzywiła się z bólu. Do licha, potrzebowała odpoczynku. Robiła się skwaszona. A może już przedtem taka była, tylko jej się pogarszało. Upodabniała się do tych, którzy gardzą całym światem. Czyżby miała się stać taka sama jak jej cholerny ojciec?

— Wszystko, tylko nie to — mruknęła.

Gdy tylko rozbawiona grupka zniknęła w mroku, Carcolf opuściła wnękę i ruszyła w dalszą drogę. Nie szła ani za szybko, ani zbyt powoli, jej miękkie obcasy bezgłośnie uderzały w mokry od rosy bruk, a typowo wyglądający kaptur opuściła w nieprzyciągającym uwagi stopniu. Wyglądała jak ktoś, kto ma mniej więcej tyle samo do ukrycia, co przeciętny mieszkaniec. W Sipani znaczyło to całkiem sporo.

Gdzieś na zachód od tego miejsca jej opancerzona kareta mknęła po szerokich ulicach, sypiąc skrami spod kół, gdy przejeżdżała przez mosty, oszołomieni przechodnie uskakiwali na boki, bicz stangreta smagał boki spienionych koni, tuzin wynajętych strażników pędził za pojazdem, ich mokre od rosy zbroje lśniły w blasku latarń. Chyba, rzecz jasna, że ludzie Przewoźnika przystąpili już do akcji: furkot strzał, kwiczenie koni, krzyki rannych, łoskot spadającej z drogi karety, szczęk stali, a na koniec wysadzenie ładunkiem prochowym potężnej kłódki zamykającej skrzynkę, dławiący dym rozpraszany niecierpliwymi dłońmi, a potem pokrywa się unosi, odsłaniając… puste wnętrze.

Carcolf pozwoliła sobie na lekki uśmieszek i poklepała wypukłość uwydatniającą się na jej żebrach. Zaszyła bezpiecznie obiekt w podszewce płaszcza.

Wzięła się w garść i skoczyła z brzegu kanału — nad szeroką na trzy kroki oleistą wodą — na pokład rozpadającej się barki. Drewno skrzypnęło pod jej ciężarem, gdy przetoczyła się i wstała płynnie. Droga naokoło, przez most Fintine, była długa, a poza tym znacznie bardziej uczęszczana i uważniej obserwowana. Ta łódź zawsze cumowała w tym miejscu, ukryta w cieniach i umożliwiająca drogę na skróty. Carcolf upewniła się co do tego dokładnie. Starała się jak najmniej zostawiać przypadkowi. Doświadczenie ją nauczyło, że przypadek to wredny skurczybyk.

Z mroku kabiny wyjrzała pomarszczona twarz. Z poobtłukiwanego imbryka buchała para.

— Kim jesteś, do licha?

— Nikim. — Pozdrowiła staruszka radosnym salutem. — Ja tylko tędy przechodzę!

Skoczyła z kołyszącego się pokładu na bruk po drugiej stronie kanału i oddaliła się w cuchnącą stęchlizną mgłę. Tylko tędy przechodziła. Zmierzała prosto do portu. Zdąży na odpływ i wyruszy w podróż, szczęśliwa. Albo choć nieco mniej skwaszona. Dokądkolwiek się udała, była nikim. Tylko tamtędy przechodziła.

Na wschód od tego miejsca ten idiota Pombrine gnał na łeb na szyję przed siebie w towarzystwie płatnej świty złożonej z czterech osób. Raczej nie przypominał jej z wyglądu, bo w końcu miał wąsy i tak dalej, ale opatulony w jej charakterystyczny, wyszywany płaszcz mógł z powodzeniem grać rolę jej sobowtóra. Był stręczycielem bez grosza przy duszy, ale czuł się pewnie, przekonany, że Carcolf pragnie, by ją udawał, ponieważ ma schadzkę z kochanką i chciałaby zachować ten związek w tajemnicy. Westchnęła. Gdybyż tylko tak było. Pocieszyła się myślą o szoku, jaki czeka Pombrine’a w chwili, gdy te dwa skurwysyny, Głęboki i Płytki, zestrzelą go z siodła, wyrażą spore zdziwienie na widok wąsów, a potem z narastającą frustracją przeszukają jego ubranie, na koniec zaś z pewnością wypatroszą trupa… ale i tak nic nie znajdą.

Raz jeszcze poklepała zaszytą w płaszczu wypukłość i sprężystym krokiem ruszyła w dalszą drogę. Szła środkową trasą, sama i na piechotę, starannie przygotowanym szlakiem wiodącym przez boczne ulice, wąskie zaułki, nieobserwowane skróty i zapomniane schody, przez popadające w ruinę pałace i toczone rozkładem kamienice, przez bramy, które zostawiono otwarte na podstawie potajemnej umowy, a wreszcie przez krótki odcinek kanału, który zaprowadzi ją do portu godzinę albo dwie przed terminem.

Po tej robocie naprawdę musi zrobić sobie wakacje. Dotknęła językiem wewnętrznej powierzchni wargi w miejscu, gdzie niedawno zrobił się jej mały, ale absurdalnie bolesny wrzód. Cały czas poświęcała się pracy. Może wybrałaby się do Adui? Odwiedziła brata, zobaczyła bratanice? Ile to lat już mają? Brr. Nie. Przypomniała sobie, jaką nietolerancyjną suką jest jej bratowa, zaliczająca się do ludzi, którzy wszystko zbywają szyderczym uśmieszkiem. Przypominała Carcolf ojca. Pewnie właśnie dlatego jej brat poślubił tę cholerną babę…

Skądś dobiegała muzyka. Carcolf pochyliła głowę, przechodząc pod rozsypującym się łukiem bramy. Skrzypek — albo dopiero strojący instrument, albo naprawdę beznadziejny. Żadna z tych ewentualności by jej nie zaskoczyła. Na porośniętym mchem murze łopotały z szelestem papiery, kiepsko wydrukowane ulotki wzywające wiernych obywateli Sipani do powstania przeciwko tyranii Węża z Talinsu. Carcolf prychnęła pogardliwie. Większość obywateli bardziej interesowało padanie niż powstawanie, a reszta z pewnością nie zaliczała się do wiernych.

Wyciągnęła rękę za siebie, by pociągnąć za siedzenie spodni, ale to nic nie dało. Ile trzeba zapłacić za nowe ubranie, by uniknąć ocierającego szwu w najgorszym możliwym miejscu? Podskakiwała w wąskim zaułku biegnącym wzdłuż wypełnionego stojącą wodą, od dawna nieużywanego fragmentu kanału. Na pokrytej algami tafli kołysały się liczne śmieci. Carcolf pociągała drażniącą tkaninę to w tę, to w tamtą, lecz bez rezultatu. Niech szlag trafi modę na obcisłe spodnie! Być może kosmos chciał ją w ten sposób ukarać za to, że zapłaciła krawcowi podrabianymi monetami. Ją jednak perspektywa szybkiego zysku interesowała znacznie bardziej niż kosmiczna kara. Dlatego, gdy tylko mogła, starała się unikać płacenia za cokolwiek. Było to dla niej czymś w rodzaju zasady, a ojciec zawsze jej powtarzał, że trzeba przestrzegać swoich zasad…

Niech to szlag, naprawdę się do niego upodabniała.

— Ha!

Z bramy wyskoczył jakiś obdartus. Carcolf ujrzała lekki błysk stali. Z instynktownym jękiem zatoczyła się do tyłu, odsunęła połę płaszcza i wyciągnęła miecz, przekonana, że śmierć wreszcie ją odnalazła. Czyżby Przewoźnik był o jeden krok przed nią? A może to byli Głęboki i Płytki albo najemnicy Kurrikana… ale nikt więcej się nie pokazał. Tylko ten jeden mężczyzna w brudnym płaszczu. Jego wilgotne, rozczochrane włosy lepiły się do bladej skóry czoła, a dolną połowę twarzy zasłaniała butwiejąca chusta. Przekrwione oczy otwierał szeroko ze strachu.

— Stój i oddaj pieniądze! — zagrzmiał głosem częściowo stłumionym przez chustę.

— Kto w ogóle tak mówi? — zdumiała się Carcolf, unosząc brwi.

Nastała chwila ciszy, mąconej jedynie pluskiem cuchnącej wody o bruk.

— Jesteś kobietą?

W głosie kandydata na rabusia zabrzmiał niemal przepraszający ton.

— A jeśli tak, to czy mnie nie obrabujesz?

— Hmm… no więc… — Złodziej oklapł wyraźnie, ale zaraz się wyprostował. — I tak stój i oddaj pieniądze!

— Dlaczego? — zapytała Carcolf.

Sztych miecza rabusia zachwiał się lekko.

— Dlatego, że zaciągnąłem spory dług u… to nie twój interes!

— Nie, chodziło mi o to, dlaczego po prostu mnie nie zarżniesz i nie obrabujesz trupa, zamiast mnie uprzedzać.

Znowu umilkł na chwilę.

— Pewnie… chciałem uniknąć przemocy? Ale uprzedzam, że jestem na nią w pełni przygotowany!

To był cholerny cywil. Zwykły złodziejaszek, który przypadkowo natknął się na nią. Przypadek to wredny skurczybyk! Przynajmniej wredny dla niego.

— Jako złodziej jesteś do dupy — poinformowała go.

— Jestem dżentelmenem, proszę pani.

— Jesteś martwym dżentelmenem. — Carcolf ruszyła naprzód, balansując trzymanym w dłoni mieczem. Stalowa klinga — długa na krok i ostra jak brzytwa — lśniła bezlitośnie w blasku lampy palącej się w oknie gdzieś na górze. Carcolf nigdy nie zawracała sobie głowy ćwiczeniami, lecz mimo to radziła sobie z mieczem całkiem nieźle. Potrzeba by kogoś znacznie groźniejszego niż ta uliczna łajza, żeby ją pokonać. — Poszatkuję cię jak…

Mężczyzna zdumiewająco szybko skoczył do ataku. Stal zgrzytnęła o stal i nim Carcolf zdążyła choć pomyśleć o tym, żeby się poruszyć, miecz wysunął się z jej palców, odbił od brudnego bruku i wpadł do kanału.

— Och — odezwała się. To zmieniało sytuację. Najwyraźniej napastnik nie był prostaczkiem, na jakiego wyglądał, przynajmniej jeśli chodziło o szermierkę. Powinna była się tego domyślić. W Sipani nic nie jest takie, jakim się wydaje.

— Oddawaj pieniądze — zażądał rabuś.

— Będę zachwycona.

Carcolf wyciągnęła sakiewkę i cisnęła nią o ścianę, licząc na to, że odwróci jego uwagę i będzie mogła przemknąć obok. Niestety, mężczyzna nadział mieszek na miecz z imponującą zręcznością, a potem przesunął broń na bok, zagradzając kobiecie drogę ucieczki. Postukał lekko sztychem w wypukłość pod jej płaszczem.

— A co tutaj mamy?

Nagle zrobiło się znacznie, znacznie gorzej.

— Absolutnie nic. — Carcolf spróbowała zbyć jego pytanie nieszczerym chichotem, ale ten statek już odpłynął, a jej, niestety, nie było na pokładzie, podobnie jak na pokładzie tego cholernego statku, który nadal kołysał się przy nabrzeżu, ale wkrótce miał wyruszyć w rejs do Thondu. Odsunęła jednak palcem lśniący sztych. — Mam bardzo pilne spotkanie, więc jeśli mógłbyś…

Miecz rozciął jej płaszcz z cichym szelestem.

Carcolf mrugnęła.

— Au. — Poczuła przy żebrach palący ból. Miecz przeciął również jej skórę. — Au!

Osunęła się na kolana, pełna oburzenia. Trzymała się za bok. Między palcami ściekała jej krew.

— Ojej… o nie. Przepraszam. Naprawdę… naprawdę nie chciałem cię zranić. Tylko… no wiesz…

— Au.

Obiekt, lekko teraz usmarowany krwią Carcolf, wysunął się z przeciętej kieszeni i upadł na bruk. Cienki pakunek, długi może na trzydzieści centymetrów i owinięty w pobrudzoną skórę.

— Potrzebuję chirurga — wydyszała Carcolf swym wyćwiczonym tonem mówiącym „jestem bezradną kobietą”. Wielka księżna zawsze ją krytykowała za nadmierną skłonność do dramatyzmu, ale w jakim innym momencie dramatyzm mógłby być bardziej wskazany? Bardzo możliwe, że rzeczywiście potrzebowała chirurga, a jeśli rabuś pochyli się nad nią, będzie miała szansę dźgnąć skurczybyka nożem. — Proszę! Błagam!

Napastnik zwlekał, otwierając szeroko oczy. Cała sprawa najwyraźniej posunęła się dalej, niż było to jego zamiarem. Wreszcie podszedł bliżej, ale tylko po to, by sięgnąć po pakunek. Błyszczący sztych jego miecza cały czas był wymierzony w Carcolf.

Spróbowała innego, jeszcze bardziej desperackiego rozwiązania.

— Posłuchaj — zaczęła, starając się, by do jej głosu nie przeciekła panika. — Możesz sobie wziąć pieniądze. Oby przyniosły ci szczęście. — W rzeczywistości wcale nie życzyła mu szczęścia. Pragnęła, żeby zgnił w grobie. — Ale lepiej dla ciebie będzie, jeśli zostawisz ten pakunek!

Jego dłoń znieruchomiała.

— Dlaczego? Co w nim jest?

— Nie wiem. Rozkazano mi, żebym go nie otwierała!

— A kto wydał ten rozkaz?

Skrzywiła się boleśnie.

— Tego również nie wiem, ale…

Kurtis zabrał pakunek. Pewnie, że to zrobił. Był idiotą, ale nie aż takim. Zabrał pakunek. Pewnie, że go zabrał. Zabrał go i zwiał. Pewnie, że zwiał. Zawsze to robił.

Popędził zaułkiem przed siebie. Serce podchodziło mu do gardła. Przeskoczył pękniętą beczkę, zawadził o nią nogą i runął na ziemię, omal nie nadziewając się na własny, trzymany w ręce miecz. Jego twarz wylądowała w śmieciach, do ust wpadło mu coś lekko słodkawego. Potem podniósł się chwiejnie, plując i przeklinając, obejrzał się ze strachem przez ramię…

Nikt go nie ścigał. To była tylko mgła, wieczna mgła, kłębiąca się i poruszająca na wietrze niczym żywa istota.

Wsunął pakunek, usmarowany teraz czymś śliskim, pod wystrzępiony płaszcz i pokuśtykał dalej, trzymając się za bolący pośladek. Nadal usiłował uwolnić usta od zgniłosłodkiego smaku. Co prawda, nie był on gorszy od tego, co jadł na śniadanie. Zapewne nawet lepszy. Człowieka poznasz po jego śniadaniach, jak zwykł mawiać jego nauczyciel szermierki.

Postawił wilgotny kaptur, odrobinę cuchnący cebulą i desperacją, zdjął sakiewkę ze sztychu miecza, wsunął oręż z powrotem do pochwy, a następnie wymknął się z zaułka i wmieszał w tłum. Cichy stuk rękojeści uderzającej o zatrzask przywołał bardzo wiele wspomnień. Ćwiczenia i turnieje, świetlaną przyszłość i podziw tłumów. Szermierka, chłopcze, to jest droga do kariery! Widzowie w Styrii znają się na rzeczy, tam kochają szermierzy, zdobędziesz fortunę! Lepsze czasy, gdy nie nosił łachmanów, nie był wdzięczny rzeźnikowi za resztki ani nie musiał żyć z rabowania ludzi na ulicach. Skrzywił się. Z rabowania kobiet. Jeśli można to było nazwać życiem. Raz jeszcze obejrzał się ukradkiem za siebie. Czy to możliwe, że ją zabił? Przeszły go ciarki przerażenia. To było tylko draśnięcie. Z pewnością tylko draśnięcie? Widział jednak krew. Proszę, niech się okaże, że to było tylko draśnięcie! Pocierał mocno twarz, jakby mógł zetrzeć to wspomnienie, ale ono przywarło do niego mocno. Wszystko, czego nawet sobie nie wyobrażał, potem powtarzał sobie, że nigdy tego nie zrobi, a jeszcze później, że nie zrobi tego nigdy więcej, stało się dla niego codzienną rutyną.

Raz jeszcze upewnił się, że nikt go nie śledzi, po czym opuścił ulicę i przeszedł przez cuchnące zgnilizną podwórze. Z plakatów spoglądały nań wyblakłe twarze wczorajszych bohaterów. Wszedł po cuchnących szczynami schodach, omijając uschniętą roślinę. Wyciągnął klucz i szarpał się przez chwilę z zacinającym się zamkiem.

— Kurwa, niech to szlag, co, do chuja… ach!

Drzwi ustąpiły nagle i Kurtis wpadł do środka, omal znowu się nie przewracając. Odwrócił się, zamknął za sobą drzwi i stał przez chwilę w cuchnącej ciemności, dysząc ciężko.

Kto dziś uwierzyłby, że kiedyś fechtował z królem? I przegrał. Pewnie, że przegrał. Przegrał wszystko, czyż nie tak? Przegrał dwa do zera i doznał osobistej zniewagi, gdy leżał na piasku, ale skrzyżował stal z Jego Czcigodną Wysokością. Tę samą stal, uświadomił sobie, opierając oręż o ścianę. Klinga była wyszczerbiona, pociemniała, a nawet nieco wygięta w pobliżu sztychu. Ostatnie dwadzieścia lat były dla miecza niemal tak samo okrutne, jak dla jego właściciela. Ale może dzisiaj los się odwróci.

Zrzucił płaszcz i cisnął go w kąt, a potem wydobył zawiniątko, by je odpakować i przekonać się, co właściwie zdobył. Poszukał po ciemku lampy i po chwili uzyskał trochę światła, niemal krzywiąc się z bólu na widok swego nędznego lokum. Przeszyte pęknięciami szyby, obłażący tynk pokryty plamami wilgoci, rozerwany siennik, z którego wysypywała się cuchnąca zawartość, kilka wypaczonych mebli…

Na jedynym krześle, za jedynym stołem siedział mężczyzna. Był potężnie zbudowany, miał na sobie obszerny płaszcz, a na wygolonej głowie odrastała mu szczecina. Zaczerpnął powoli powietrza przez płaski nos. Z jego pięści wypadły dwie kości do gry i potoczyły się po poplamionym blacie.

— Sześć i dwa — oznajmił mężczyzna. — Osiem.

— Kim jesteś, do licha? — zapytał Kurtis piskliwym z szoku głosem.

— Przysłał mnie Przewoźnik. — Mężczyzna ponownie rzucił kości. — Sześć i pięć.

— Czy to znaczy, że przegram?

Kurtis zerknął w stronę miecza, bezskutecznie starając się wyglądać nonszalancko. Zastanawiał się, jak szybko mógłby złapać za niego, ciąć…

— Już przegrałeś — odparł mężczyzna, spokojnie zgarniając kości kantem dłoni. Wreszcie uniósł wzrok. Jego oczy były pozbawione wyrazu jak u śniętej ryby. Takiej jak te, które sprzedawano na targu. Martwe, ciemne i lśniące smutnym blaskiem. — Chcesz się dowiedzieć, co się stanie, jeśli spróbujesz złapać za ten miecz?

Kurtis nigdy nie był odważny. Musiał zebrać całą swoją odwagę, by kogoś zaskoczyć. Kiedy to jego zaskoczono, ochota do walki opuszczała go natychmiast.

— Nie — wymamrotał, garbiąc się z przygnębieniem.

— Rzuć mi pakunek — zażądał mężczyzna, a Kurtis go posłuchał. — I sakiewkę.

Kurtisa opuściła wszelka wola oporu. Nie miał nawet sił próbować żadnych podstępów. Ledwie mógł ustać. Rzucił sakiewkę na blat. Potężnie zbudowany mężczyzna otworzył ją koniuszkami palców i zajrzał do środka.

Kurtis machnął bezradnie rękami.

— Nie mam nic więcej, co warto by było zabrać.

— Wiem — odparł mężczyzna, wstając. — Sprawdziłem.

Okrążył stół i Kurtis skulił się trwożnie, opierając się o kredens. Kredens, w którym nie było nic poza pajęczynami.

— Czy dług jest spłacony? — zapytał bardzo cicho.

— Czy uważasz, że jest?

Przez chwilę wpatrywali się w siebie nawzajem. Kurtis przełknął ślinę.

— Kiedy dług będzie spłacony?

Potężnie zbudowany mężczyzna wzruszył ramionami. Jego barki przechodziły niemal bezpośrednio w głowę.

— A jak myślisz?

Kurtis ponownie przełknął ślinę i zorientował się, że warga mu drży.

— Kiedy Przewoźnik tak powie?

Mężczyzna lekko uniósł jedną krzaczastą brew przeszytą bezwłosą blizną.

— Czy masz jakieś pytania… na które nie znasz odpowiedzi?

Kurtis opadł na kolana i splótł dłonie. Ledwie widział twarz tamtego przez łzy płynące mu z piekących oczu. Nie dbał o wstyd. Przewoźnik już przed wieloma wizytami pozbawił go resztek dumy.

— Zostaw mi coś — wyszeptał. — Cokolwiek.

Potężnie zbudowany mężczyzna skierował na niego spojrzenie martwych, rybich oczu.

— A po co?

Przyjazny zabrał również miecz, ale poza nim nie było tam nic wartościowego.

— Wrócę za tydzień — zapowiedział.

To nie miała być groźba, a tylko stwierdzenie faktu, w dodatku oczywistego, bo umowa zawsze tak wyglądała, ale Kurtis dan Broya opuścił powoli głowę i jego ciałem wstrząsnęło łkanie.

Przyjazny zastanawiał się, czy go pocieszyć, doszedł jednak do wniosku, że tego nie zrobi. Często błędnie go rozumiano.

— Być może nie trzeba było pożyczać tych pieniędzy — rzekł tylko i wyszedł.

Zawsze go zaskakiwało, że ludzie nie obliczają każdego szczegółu, kiedy biorą pożyczkę. Proporcje, czas, oprocentowanie, wszystko to nie było zbyt trudne do zrozumienia. Być może zawsze przeceniali swój dochód i zatruwali się sami, patrząc na jasną stronę życia. Wydarzą się szczęśliwe zbiegi okoliczności i sytuacja się poprawi, wszystko skończy się dobrze, bo przecież byli wyjątkowi. Przyjazny nie miał złudzeń. Wiedział, że jest tylko zwyczajnym trybkiem w wielkiej maszynie życia. Dla niego fakty były faktami.

Po drodze do lokalu Przewoźnika liczył kroki. Sto pięć, sto cztery, sto trzy…

To dziwne, jak małe okazywało się miasto, kiedy je zmierzyć. Wszyscy ci ludzie ze swymi pragnieniami, osiągnięciami i długami mieścili się na wąskim skrawku osuszonego bagna. Według obliczeń Przyjaznego bagno wkrótce odzyska znaczną część tego obszaru. Zastanawiał się, czy świat stanie się z tego powodu lepszy.

…siedemdziesiąt sześć, siedemdziesiąt pięć, siedemdziesiąt cztery…

Zauważył jakiś cień. Być może złodziejkę. Przyjrzał się od niechcenia mijanemu straganowi i dostrzegł ją kącikiem oka. Dziewczyna o ciemnych włosach ukrytych pod czapką, odziana w za dużą dla niej kurtkę. Jeszcze prawie dziecko. Przyjazny postąpił kilka kroków w głąb wąskiego przejścia i odwrócił się nagle, blokując drogę. Rozchylił płaszcz, odsłaniając rękojeści czterech ze swych sześciu broni. Jego cień wysuwał się zza rogu. Przyjazny spojrzał na dziewczynę. Po prostu spojrzał. Najpierw zamarła, a potem przełknęła ślinę, zwróciła się w jedną stronę, następnie w drugą, a wreszcie wycofała się i zniknęła w tłumie. Tak zakończył się ten epizod.

…trzydzieści jeden, trzydzieści, dwadzieścia dziewięć…

W Sipani, a zwłaszcza w jego podmokłej i cuchnącej Starej Dzielnicy, roiło się od złodziei. Byli tu nieustającą plagą, jak meszki latem. Spotykało się też łupieżców, grabieżców, rabusiów, włamywaczy, kieszonkowców, rzezimieszków, zbirów, morderców, oprychów, paserów, kombinatorów, hazardzistów, buchalterów, lichwiarzy, rozpustników, żebraków, cwaniaków, alfonsów, właścicieli lombardów i nieuczciwych handlarzy, nie wspominając już o księgowych i prawnikach. Zdaniem Przyjaznego najgorsi byli ci ostatni. Czasami wyglądało na to, że nikt w Sipani nie zajmuje się uczciwą pracą. Wszyscy ze wszystkich sił starali się okraść kogoś innego.

Musiał jednak przyznać, że sam wcale nie jest lepszy.

…cztery, trzy, dwa, jeden, a potem dwanaście schodów w dół, przejście obok trzech strażników i dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do lokalu Przewoźnika.

Jego wnętrze wypełniały obłoki dymu, dezorientujące światła wielobarwnych lamp, ciepło oddechów i masowanych ciał, a także szmer wyciszonych rozmów, wymienianych tajemnic, niszczonych reputacji i zdradzanego zaufania. Tak wyglądały wszystkie tego typu miejsca.

Przy stoliku w kącie siedziało dwóch Północnych. Jeden miał spiłowane zęby i długie, zwisające w strąkach włosy. Odsunął krzesło aż pod samą ścianę i siedział na nim, paląc spokojnie. Jego towarzysz w jednej ręce trzymał butelkę, a w drugiej maleńką książeczkę. Wpatrywał się w nią z mocno zmarszczonym czołem.

Przyjazny znał z widzenia większość obecnych. To byli stali klienci. Niektórzy przyszli się napić, a inni chcieli coś zjeść. Większość skupiała się na hazardzie. Stukot rzucanych kości, łopotanie kart, oczy zdesperowanych śledzące z błyskiem koło ruletki.

Hazard nie interesował zbytnio Przewoźnika, ale hazard prowadził do długów, a nimi Przewoźnik interesował się z całą pewnością. Dwadzieścia trzy schody na podwyższenie i strażnik z tatuażem na twarzy przepuścił Przyjaznego skinieniem dłoni.

Siedziało tam trzech innych odzyskiwaczy długów, dzielących ze sobą butelkę. Najmniejszy z nich uśmiechnął się do Przyjaznego i skinął głową, być może próbując zasiać ziarna sojuszu. Największy nadął się i najeżył, wyczuwając konkurencję. Przyjazny zignorował wszystkich. Już dawno dał sobie spokój z próbami zrozumienia nierozwiązywalnej matematyki ludzkich relacji, nie wspominając już o uczestnictwie w nich. Jeśli tamten nie ograniczy się do nadymania, tasak Przyjaznego przemówi w jego imieniu. Ten głos ucinał nawet najuciążliwsze spory.

Pani Borfero była pulchną kobietą o ciemnych lokach wysuwających się spod fioletowej czapki. Nosiła małe okulary, z powodu których jej oczy wydawały się wielkie, i pachniała olejem do lamp. Zawsze siedziała w przedpokoju gabinetu Przewoźnika, za niskim biurkiem o blacie pełnym ksiąg rachunkowych. Gdy Przyjazny zjawił się tu po raz pierwszy, wskazała na zdobne drzwi za swymi plecami i rzekła:

— Jestem prawą ręką Przewoźnika. Jemu nigdy nie wolno zawracać głowy. Nigdy. Musisz rozmawiać ze mną.

Rzecz jasna, gdy tylko Przyjazny zorientował się, jak biegle Borfero operuje liczbami zawartymi w tych księgach, zrozumiał, że w gabinecie nikogo nie ma i to ona jest Przewoźnikiem. Sprawiała jednak wrażenie bardzo zadowolonej ze swej iluzji, z chęcią więc zgodził się ją podtrzymywać. Nie lubił wywoływać kłopotów bez potrzeby. Z tego powodu można się było utopić. Poza tym, było mu jakby łatwiej, gdy sobie wyobrażał, że rozkazy pochodzą skądinąd, od kogoś tajemniczego i niepowstrzymanego. Dobrze było mieć strych, na którym można było schować poczucie winy. Przyjazny zerknął na drzwi, zastanawiając się, czy rzeczywiście mieści się za nimi jakiś gabinet, czy też po prostu jest tam nagi mur.

— Co dzisiaj zebrałeś? — zapytała, kartkując księgę i zanurzając gęsie pióro w kałamarzu. Przechodziła od razu do interesów, nawet nie pytając „jak się masz”. Przyjazny bardzo lubił i podziwiał tę jej cechę, choć nigdy nie powiedziałby tego na głos. Jego komplementy często wydawały się innym obraźliwe.

Ustawił monety w stosiki, według ich wartości oraz imion dłużników. Większość wybito z tanich metali, wzbogaconych tylko małą domieszką srebra.

Borfero pochyliła się nad blatem, zmarszczyła nos i odsunęła okulary na czoło. Bez nich jej oczy wydawały się wyjątkowo małe.

— Mam też miecz — oznajmił Przyjazny, opierając go obok biurka.

— To rozczarowujące żniwa — wyszeptała.

— Gleba jest tu kamienista.

— Czysta prawda. — Przesunęła okulary na miejsce i zaczęła wpisywać do księgi równe rzędy cyfr. — Czasy są ciężkie dla wszystkich.

Często to powtarzała, jakby te słowa mogły wszystko usprawiedliwić w każdej sytuacji.

— Kurtis dan Broya zapytał mnie, kiedy dług będzie spłacony.

Uniosła wzrok, zaskoczona tym pytaniem.

— Kiedy Przewoźnik tak powie.

— Tak właśnie mu odpowiedziałem.

— To dobrze.

— Prosiłaś, żebym miał oko na… pakunek. — Przyjazny położył zawiniątko na blacie przed nią. — Broya go miał.

Paczuszka nie sprawiała wrażenia zbyt ważnej. Była niewielka i owinięto ją w bardzo starą skórę, poplamioną i wyleniałą. Wypalono na niej jakiś znak, być może cyfrę, ale nieznaną Przyjaznemu.

Pani Borfero złapała pakunek i natychmiast przeklęła siebie samą za to, że okazała zbyt wielkie zainteresowanie. Wiedziała, że w tym interesie nie wolno nikomu ufać. Jej umysł natychmiast wypełniły pytania. Podejrzenia. Jak to możliwe, że ten bezużyteczny Broya go zdobył? Czy to był jakiś podstęp? Czy Przyjazny był gurkijskim agentem? A może to była robota Carcolf? Podwójny blef? Ta zarozumiała suka przędła wciąż nowe pajęczyny. Potrójny blef? Ale w jakim celu? Co by jej to dało?

Poczwórny blef?

Na twarzy Przyjaznego nie dostrzegała ani śladu chciwości. Ani śladu ambicji. Ani śladu czegokolwiek. Z pewnością był niezwykłym człowiekiem, ale miał bardzo dobre referencje. Sprawiał wrażenie wyjątkowo rzeczowego. Lubiła tę cechę u mężczyzn, choć nigdy nie powiedziałaby tego na głos. Przełożony musi zachować dystans do swoich ludzi.

Niektóre rzeczy są dokładnie tym, czym się wydają. Borfero widziała w życiu wiele niezwykłych zbiegów okoliczności.

— To może być on — stwierdziła z zastanowieniem w głosie, choć w rzeczywistości była tego pewna już od pierwszej chwili. Nie zwykła tracić czasu na niepewne sprawy.

Przyjazny skinął głową.

— Dobrze się spisałeś — dodała.

Ponownie przytaknął.

— Przewoźnik chce, żebyś otrzymał premię.

Bądź szczodra dla swoich ludzi, a oni szczodrze ci się odpłacą. Tak zawsze sobie powtarzała.

Ale na Przyjaznego szczodrość nie działała.

— Być może kobietę?

— Nie — odparł z miną znamionującą, że ta sugestia sprawiła mu ból.

— Mężczyznę?

Ta sugestia również.

— Nie.

— Plewy? Butelkę…

— Nie.

— Musi coś być.

Wzruszył ramionami.

Pani Borfero wydęła policzki. Wszystko, co posiadała, zdobyła dzięki zaspokajaniu pragnień innych. Nie była pewna, co zrobić z kimś, kto nie miał żadnych.

— W takim razie może się nad tym zastanów?

Przyjazny skinął z namysłem głową.

— Zrobię to.

— Widziałeś po drodze dwóch Północnych, pijących przy stoliku?

— Widziałem dwóch Północnych. Jeden czytał książkę.

— Naprawdę? Książkę?

Przyjazny wzruszył ramionami.

— Czytelnicy są wszędzie.

Omiotła spojrzeniem lokal, zauważając rozczarowujący brak bogatych klientów i oceniając żałosne zyski, na jakie się dziś zanosiło. Jeśli nawet jeden z Północnych rzeczywiście czytał przedtem książkę, dał już sobie z tym spokój. Głęboki pił prosto z butelki jedno z jej najlepszych win. Pod stołem leżały już trzy puste flaszki. Płytki palił fajeczkę czaggi. W powietrzu wisiał gęsty odór narkotyku. Borfero z reguły nie pozwalała na jego użycie, ale dla tych dwóch musiała zrobić wyjątek. Nie miała pojęcia, dlaczego bank postanowił zatrudnić tak odrażające indywidua, doszła jednak do wniosku, że bogaci nie muszą się tłumaczyć.

— Witam szlachetnych panów — rzekła, wsuwając się na krzesło.

— Gdzie ich widzisz?

Płytki ryknął ochrypłym śmiechem. Głęboki przechylił powoli butelkę i spojrzał na brata nad jej szyjką. Jego oczy wyrażały skwaszoną pogardę.

— Mówiliście, że wasi… pracodawcy byliby wielce wdzięczni, gdybym natrafiła na… pewien obiekt, o którym wspominaliście.

Obaj Północni poderwali się nagle, pochylając się jednocześnie nad blatem, jak marionetki kierowane tym samym sznurkiem. Płytki zahaczył butem o pustą butelkę, która przewróciła się i zatoczyła łuk na podłodze.

— Wielce wdzięczni — powtórzył Głęboki.

— A jaką część mojego długu pokryłaby ta wdzięczność?

— Całość.

Borfero poczuła, że po skórze przebiegają jej mrówki. Wolność. Czy to naprawdę możliwe? Czy miała ją w kieszeni? Nie mogła jednak pozwolić, by wysokość stawki uczyniła ją lekkomyślną. Im większe korzyści, tym większa ostrożność.

— Mój dług będzie spłacony?

Płytki pochylił się ku niej, przesuwając cybuchem fajki po porośniętym szczeciną gardle.

— Zabity — zapewnił.

— Zamordowany — warknął jego brat, który nagle znalazł się równie blisko po jej drugiej stronie.

Borfero nawet w najmniejszym stopniu się nie podobało, że te naznaczone bliznami lumpy tak blisko podsuwają swe gęby. Jeśli będzie musiała czuć woń ich oddechów jeszcze przez parę chwil, może tego nie wytrzymać.

— To cudownie — pisnęła i położyła pakunek na stole. — W takim razie przestanę płacić procenty. Przekażcie, proszę, ode mnie wyrazy uznania swoim… pracodawcom.

— Oczywiście. — Płytki nie tyle się uśmiechnął, co odsłonił spiłowane zęby. — Ale nie sądzę, żeby one wiele dla nich znaczyły.

— Nie bierz tego do siebie, tak? — Głęboki się nie uśmiechnął. — Nasi pracodawcy po prostu nie dbają o niczyje uznanie.

— Czasy są ciężkie dla wszystkich — stwierdziła Borfero, zaczerpując nagle oddech.

— Czysta prawda.

Głęboki wstał i wziął pakunek w wielką łapę.

Gdy wyszli w wieczorny półmrok, chłodne powietrze uderzyło Głębokiego jak nagły cios. Sipani, niemiłe nawet w bezruchu, nagle się ożywiło.

— Muszę się przyznać — odezwał się, odchrząkując i spluwając — że jestem dość mocno pijany.

— Ehe — zgodził się Płytki i czknął, wpatrując się w mgłę. Przynajmniej wiatr nieco ją rozpraszał. Widoczność była tak dobra, jak to tylko możliwe w tym upiornym mieście. — No wiesz, to nie jest najlepszy pomysł, kiedy człowiek jest w pracy.

— Masz rację. — Głęboki uniósł pakunek ku światłu, którego co prawda nie było zbyt wiele. — Ale kto by się spodziewał, że to wpadnie nam w ręce?

— Z pewnością nie ja. — Płytki zmarszczył brwi. — Może… nikt?

— To miał być tylko łyczek — dodał Głęboki.

— Jeden łyczek często lubi przechodzić w kilka. — Płytki wsadził sobie na głowę ten swój cholerny, głupi kapelusz. — Przejdziemy się do banku?

— Wyglądasz w tym jak pierdolony przygłup.

— Za bardzo się przejmujesz wyglądem zewnętrznym, bracie.

Głęboki odpowiedział na to przeciągłym syknięciem.

— Myślisz, że naprawdę darują jej długi?

— Być może na razie. Ale wiesz, jacy oni są. Kto raz stał się dłużnikiem, zawsze nim pozostanie.

Głęboki znowu splunął, a ponieważ w zaułku zrobiło się trochę spokojniej, ruszył w drogę, mocno ściskając w dłoni pakunek. Nie miał zamiaru chować go w kieszeni, skąd ktoś mógłby go zwinąć. W Sipani roiło się od pieprzonych złodziei. Kiedy poprzednio był w tym lokalu, ukradli mu dobre skarpetki. Po drodze do domu zrobiły mu się paskudne pęcherze. Kto kradnie skarpetki? Styryjskie sukinsyny. Będzie mocno trzymał obiekt. Niech te małe skurwiele spróbują mu go wyrwać.

— I kto teraz jest przygłupem? — zawołał za nim Płytki. — Bank jest w tym kierunku.

— Ale my nie idziemy do banku, przygłupie — warknął Głęboki, oglądając się przez ramię. — Wrzucimy obiekt do studni na starym podwórzu tuż za rogiem.

Płytki przyśpieszył kroku i dogonił brata.

— Naprawdę?

— Nie, tak sobie zażartowałem, ty idioto.

— Dlaczego do studni?

— Dlatego, że tego właśnie od nas chciał.

— Kto?

— Szef.

— Mały szef czy duży szef?

Choć Głęboki był pijany, poczuł potrzebę ściszenia głosu.

— Łysy szef.

— Cholera — wydyszał Płytki. — Osobiście?

— Osobiście.

— I jak było? — zapytał Płytki po chwili przerwy.

— Przeraziłem się jeszcze bardziej niż zwykle. Dziękuję, że mi o tym przypomniałeś.

Nastała długa cisza. Było słychać tylko stukot ich butów uderzających o wilgotny bruk.

— Lepiej żebyśmy tego nie spierdolili — odezwał się wreszcie Płytki.

— Serdecznie ci dziękuję za to wnikliwe spostrzeżenie — odparł Głęboki. — Spierdolenia czegoś zawsze powinno się unikać, nie sądzisz?

— Zawsze staramy się go uniknąć, oczywiście, że się staramy, ale czasami i tak nam się zdarza. Chcę ci powiedzieć, że lepiej, by tym razem nam się nie zdarzyło. Wiesz, co ostatnio powiedział łysy szef — dodał Płytki, przechodząc w szept.

— Nie musisz szeptać. Tu go nie ma, prawda?

Płytki rozejrzał się wkoło jak szaleniec.

— Nie mam pojęcia. Myślisz, że jest?

— Nie ma go. — Głęboki potarł skronie. Pewnego dnia zabije brata, to było pewne. — To właśnie powiedziałem.

— Ale gdyby był? Lepiej zawsze się zachowywać tak, jakby był.

— Kurwa, czy możesz się zamknąć chociaż na chwilę? — Głęboki złapał Płytkiego za ramię i podsunął mu pakunek pod twarz. — To tak, jakbym gadał z cholernym…

Ku jego wielkiemu zaskoczeniu przemknął między nimi jakiś mroczny cień. Nagle się zorientował, że jego dłoń jest pusta.

Kiam uciekała tak, jakby od tego zależało jej życie. Rzecz jasna, tak właśnie było.

— Goń go, do cholery!

Słyszała dwóch Północnych pędzących za nią z wielkim hałasem. Byli stanowczo za blisko, jak na jej gust.

— To dziewczynka, ty idioto!

Byli wielcy i niezgrabni, ale biegli szybko, tupiąc głośno o bruk i zaciskając pięści. Kiedy ją złapią…

— Kurwa, kogo to obchodzi! Musimy to odzyskać!

Dyszała świszcząco, serce jej waliło, a mięśnie płonęły. Nie przestawała biec.

Minęła róg. Jej owinięte w łachmany stopy dobrze się trzymały mokrego bruku. Ulica była szersza, a lampy i pochodnie tworzyły we mgle zamazane plamy światła. Kręciło się tu mnóstwo ludzi. Pochylała się i kluczyła, omijała ich, przebiegała między nimi, ich twarze migały jej przed oczami i znikały. Nocny targ w Czarnej Dzielnicy, stragany, sprzedawcy i krzyki kupców, hałasy, zapachy i tłok. Kiam prześliznęła się między kołami wozu. Gibka jak fretka, przemknęła między kupującym i sprzedającym w kaskadzie owoców, a potem przecisnęła się przez stragan pełen śliskich ryb. Handlarz krzyknął i wyciągnął za nią rękę, ale złapał tylko powietrze. Jedna noga Kiam ugrzęzła w koszu, ale dziewczynka uciekła, sypiąc sercówkami na wszystkie strony. Słyszała za sobą krzyki i warknięcia. Północni obalali ludzi na bruk i odpychali wózki na bok, przedzierając się przez targowisko niczym bezmyślna burza. Kiam pochyliła się nisko i przemknęła między nogami jakiegoś wysokiego mężczyzny. Minęła kolejny róg i wbiegła na śliskie schody, pokonując po dwa stopnie przy każdym kroku. Pędziła wąskim szlakiem nad pluskającą wodą, słysząc piski szczurów grzebiących w odpadach oraz coraz donośniejsze głosy Północnych, którzy przeklinali ją i siebie nawzajem. W piersi świszczał jej bolesny oddech. Biegła z coraz większą desperacją, przy każdym kroku wzbijając w górę bryzgi wody.

— Mamy ją! — zawołał głos tuż za nią. — Tędy!

Przesunęła się przez małą dziurę w rdzewiejącej kracie. Jej zardzewiały ząb pozostawił bolesne skaleczenie na ramieniu dziewczynki. Choć raz ucieszyła się z tego, że Stara Zielona nigdy nie karmiła jej zbyt dobrze. Kiam wsunęła się w ciemność i leżała nieruchomo, przyciskając przedmiot do piersi. Starała się odzyskać oddech. Byli tu. Jeden z Północnych szarpał za kratę. Zaciskał ręce tak mocno, że aż knykcie mu zbielały. Z kraty sypały się płatki rdzy. Kiam gapiła się na to, zastanawiając się, co te ręce z nią zrobią, gdy już te brudne paznokcie wbiją się w jej skórę.

W szczelinie pokazała się brodata twarz drugiego ze ścigających. Mężczyzna trzymał w dłoni groźnie wyglądający nóż. Zresztą każdy nóż wyglądałby groźnie w ręce kogoś, kogo przed chwilą okradła. Północny wlepił w nią spojrzenie, rozciągając pokryte strupami wargi.

— Rzuć nam ten pakunek, a o wszystkim zapomnimy. Natychmiast!

Kiam odsunęła się do tyłu, wierzgając nogami. Krata wygięła się ze zgrzytem.

— Kurwa, nie żyjesz, ty smarkulo! Znajdziemy cię, niech ci się nie zdaje! — Dziewczynka odczołgała się przez pył i zgniliznę, przeciskając się przez szczelinę między rozsypującymi się murami. — Przyjdziemy po ciebie! — poniosło się echem za nią. Być może faktycznie to zrobią, ale złodzieje nie mogli poświęcać zbyt wiele czasu na martwienie się o jutro. Dzisiejszy dzień jest wystarczająco paskudny. Zdjęła płaszcz i włożyła go na lewą stronę, wyblakłą zieloną podszewką na wierzch, schowała czapkę i rozpuściła włosy, a potem wyszła na chodnik przy Piątym Kanale. Szła szybko, opuszczając głowę.

Obok przepłynęła łódź wycieczkowa. Kiam słyszała rozmowy, śmiechy oraz brzęk kieliszków. Zastanawiała się, czym pasażerowie łodzi zasłużyli na swoje życie, a co ona uczyniła, by zasłużyć na swoje. Na to pytanie nie było jednak łatwych odpowiedzi. Gdy różowe światła znikały we mgle, usłyszała dźwięk skrzypiec Ho-ve’a. Przystanęła na moment we mgle, zasłuchana w piękne tony. Następnie spojrzała na pakunek. Nie sprawiał wrażenia wartego tych wszystkich kłopotów. Nawet nie ważył zbyt wiele. Ale to nie ona decydowała o tym, za co Stara Zielona wyznacza nagrodę. Wytarła nos i ruszyła w dalszą drogę, trzymając się blisko muru. Muzyka stawała się coraz głośniejsza. Po chwili ujrzała plecy Hove’a i poruszający się smyczek. Podeszła od tyłu do skrzypka i pozwoliła, by pakunek wpadł w jego szeroko otwartą kieszeń.

Hove nawet tego nie zauważył, ale z pewnością poczuł trzy lekkie puknięcia w plecy, a także zwiększony ciężar płaszcza, kiedy się poruszył. Nie wiedział, kto przekazał towar i nie próbował tego sprawdzać. Dalej grał unijny marsz, którym zwykł otwierać każde przestawienie w czasach, gdy występował na scenie w Adui — a przynajmniej pod sceną — by przygotować widzów na wielkie wejście Lesteka. To było jeszcze przed tym, nim jego żona umarła i wszystko się rozleciało. Te skoczne dźwięki przypomniały mu dawne czasy i poczuł, że w jego bolących oczach zbierają się łzy. Przeszedł do melancholijnego menueta, lepiej harmonizującego z jego nastrojem. Tubylcy i tak nie zauważą różnicy. Sipani chciało uchodzić za ośrodek kultury, ale większość jego mieszkańców stanowili pijacy, oszuści, niewychowane zbiry albo wszystko to razem zmieszane w rozmaitych proporcjach.

Jak do tego doszło? Zawsze to samo pytanie. Krążył po ulicach, jakby nie obchodziło go nic poza pieniędzmi za jego muzykę, pozwalając, by nuty rozpływały się w mroku. Podszedł do straganu z pasztecikami i zaburczało mu w brzuchu od zapachu taniego mięsa. Przestał grać i zaoferował swą czapkę stojącym w kolejce. Rzecz jasna, nie dostał ani grosza, ruszył więc w drogę do Verscettiego. Gdy dotarł na miejsce, zaczął krążyć na ulicy między stolikami. Rzępolił ospryjskiego walca i uśmiechał się do klientów, którzy siedzieli tam sobie z fajeczką albo z flaszką, trzymając cienkie nóżki kieliszków w urękawicznionych palcach. Ich oczy, widoczne w szczelinach lustrzanych masek, lśniły pogardą. Jervi, jak zwykle, siedział pod ścianą naprzeciwko kobiety z wysoko upiętym włosami.

— Trochę muzyki, kochanie? — wychrypiał Hove i pochylił się nad nią, pozwalając, by jego płaszcz zakołysał się tuż obok kolan Jerviego.

Ten wyciągnął coś z kieszeni starego pijaczyny, krzywiąc się od jego smrodu.

— Może byś spierdalał? — rzekł mu. Hove się oddalił, zabierając ze sobą swą okropną muzykę, dzięki Boginiom Losu.

— Co się tam dzieje?

Riseld uniosła na moment maskę, odsłaniając miękką, okrągłą twarz, dobrze upudrowaną i modnie znudzoną.

Na ulicy rzeczywiście doszło do jakiegoś zamieszania. Było słychać trzaski, łoskoty i krzyki w języku północnym.

— Cholerni Północni — wyszeptał Jervi. — Zawsze sprawiają kłopoty. Powinno się ich trzymać na smyczy jak psy. — Zdjął kapelusz i rzucił go na stół, co było ustalonym sygnałem, a potem odchylił się na krześle, trzymając pakunek tuż nad podłogą, by nie przyciągać uwagi. To była paskudna robota, ale człowiek musiał z czegoś żyć. — Nie musisz się tym przejmować, moja droga.

Uśmiechnęła się w ten pozbawiony wesołości i zainteresowania sposób, który z jakiegoś powodu wydawał mu się nieodparty.

— Pójdziemy do łóżka? — zapytał, rzucając na blat dwie monety w charakterze zapłaty za wino.

— Jeśli musimy — odparła z westchnieniem.

Jervi poczuł, że pakunek zabrano.

Sifkiss wysunął się spod stolika i ruszył przed siebie dumnym krokiem, stukając laską o słupki płotu. W drugiej ręce swobodnie trzymał pakunek. Może i Stara Zielona kazała zachować ostrożność, ale to już nie leżało w stylu Sifkissa. Mężczyzna musiał wypracować własny styl, a on już skończył trzynaście lat, tak? Wkrótce przejdzie do poważniejszych zadań. Może będzie pracował dla Kurrikana. Każdy by zauważył, że przeznaczono go do wyższych celów — ukradł cylinder i kiedy wychodził w nim na miasto, wyglądał jak dżentelmen — a gdyby ktoś był na tyle głupi, by nadal mieć wątpliwości — co, niestety, się zdarzało — nosił go na bakier, jak przystało prawdziwemu zawadiace.

Tak jest, wszyscy obserwowali Sifkissa z uwagą.

Upewnił się, że nikt go nie obserwuje, a potem prześliznął się przez mokre chaszcze i dziurę w murze za nimi — szczerze mówiąc, sprawiało mu to coraz więcej trudności — i znalazł się w piwnicy starej świątyni. Z góry napływała tu odrobina światła.

Większość dzieci wyszła do pracy. Widział tylko dwóch młodszych chłopaków grających w kości, dziewczynkę ogryzającą gnat, Pensa, który był zajęty paleniem i nawet nie podniósł wzroku, oraz nową, która zwinęła się w kącie i kasłała. Sifkissowi nie podobał się ten kaszel. Pewnie jutro albo pojutrze wrzuci ją do kanału, ale, hej, za zajęcie się trupem dostanie kilka dodatkowych groszy, tak? Większość ludzi nie lubiła dotykać umarlaków, ale on nie miał nic przeciwko temu. Jak mawiała Stara Zielona, każdy deszcz kogoś umyje do czysta. Siedziała teraz z tyłu, garbiąc się nad biurkiem, na którym paliła się samotna lampa. Długie siwe włosy staruszki były pozlepiane od tłuszczu, a jej język przesuwał się po bezzębnych dziąsłach. Przyglądała się Sifkissowi. Towarzyszył jej jakiś elegancki facet w kamizelce wyszytej srebrnymi liśćmi dla ozdoby. Chłopak przechylił cylinder, próbując zrobić dobre wrażenie.

— Masz to? — zapytała Stara Zielona.

— Jasne — potwierdził Sifkiss. Podrzucił głową i zahaczył cylindrem o nisko umieszczoną belkę. Zaklął, wkładając go z powrotem, i ze skwaszoną miną rzucił zawiniątko na blat.

— No to zmiataj — warknęła Zielona.

Sifkiss zrobił naburmuszoną minę, jakby miał zamiar się odszczeknąć. Zielona musiała zapoznać go z sękatym grzbietem swej dłoni, zanim sobie poszedł.

— Masz to, jak obiecałam. — Wskazała na owinięty w skórę pakunek leżący w plamie światła lampy na jej stole. Blat był spękany i poplamiony, a pozłota obłaziła, lecz nadal był to dobry, stary mebel, który posłuży jeszcze wiele lat. Stara Zielona była przekonana, że pod tym względem stół przypomina ją samą.

— Jest dość mały, jak na tyle zamieszania — stwierdził Odłóg, marszcząc nos. Rzucił sakiewkę na stół i rozległ się cudowny brzęk monet. Stara Zielona łapała mieszek i natychmiast zaczęła przeliczać monety.

— Gdzie jest ta twoja Kiam? — zapytał mężczyzna. — Gdzie jest mała Kiam, hę?

Barki Starej Zielonej zesztywniały, ale staruszka nie przestała liczyć pieniędzy. Nie zrobiłaby tego nawet podczas sztormu na morzu.

— Pracuje.

— A kiedy wróci? Spodobała mi się. — Odłóg pochylił się ku niej. — Mógłbym za nią dostać cholernie dobrą cenę.

— To moja najlepsza pracownica! — sprzeciwiła się Zielona. — Możesz mnie uwolnić od innych. Na przykład od Sifkissa.

— Tego skwaszonego chłopaka, który przyniósł pakunek?

— On dobrze pracuje. Jest silny. Twardy. Mógłby być dobrym wioślarzem na galerze. A może nawet walczyć.

Odłóg prychnął pogardliwie.

— Na arenie? Ten mały zasraniec? Ażeby zechciał poruszać wiosłem, trzeba by użyć bicza.

— I co z tego? Na galerach mają bicze, tak?

— Pewnie mają. Wezmę go, jeśli muszę. Jego i jeszcze trójkę. W przyszłym tygodniu wyjeżdżam na targ do Zachodniego Portu. Możesz sama wybrać, ale nie dawaj mi tych swoich śmieci.

— Nie trzymam żadnych śmieci — obruszyła się Zielona.

— Trzymasz tylko śmieci, ty cholerna, stara oszustko. A co powiesz reszcie swoich piskląt, hę? — Odłóg przeszedł na ton głupiego fircyka. — Że wstąpią na służbę do szlachetnie urodzonych, zamieszkają z końmi na gospodarstwie albo adoptuje ich pierdolony imperator Gurkhulu czy coś w tym rodzaju, hę?

Odłóg zachichotał. Stara Zielona nagle zapragnęła złapać za swój nóż, ale w dzisiejszych czasach miała już więcej rozsądku. Nauczyła się tego na własnej skórze.

— Powiem im, co będę musiała — burknęła, nadal przeliczając monety. Jej cholerne palce nie były już takie szybkie jak kiedyś.

— Zrób to, a któregoś dnia przyjdę po Kiam, hę?

Odłóg mrugnął znacząco.

— Jak sobie życzysz — odparła Zielona. — Co tylko zechcesz.

Z całą pewnością zatrzyma Kiam. Nie mogła uratować wielu, nie była aż tak głupia, by w to wierzyć, ale może zdoła ocalić choć jedną i gdy nadejdzie dzień jej śmierci, będzie mogła powiedzieć, że zrobiła przynajmniej tyle. Zapewne nikt nie będzie słuchał, ale ona będzie wiedziała.

— Zgadza się. Pakunek jest twój.

Odłóg zabrał zawiniątko i opuścił tę cholerną, cuchnącą norę. Za bardzo przypominała mu więzienie. Ten smród. A do tego oczy dzieciaków, wielkie i wilgotne. Nie miał oporów przed ich kupowaniem i sprzedawaniem, ale nie chciał oglądać ich oczu. Czy rzeźnik chciał patrzeć w oczy owcom? Może było mu wszystko jedno. Może się przyzwyczaił. Odłóg za bardzo się tym przejmował i tyle. Miał za miękkie serce.

Jego strażnicy czekali przed drzwiami frontowymi. Skinął na nich i ruszył przed siebie, idąc pośrodku utworzonego przez nich czworoboku.

— Spotkanie się udało? — zapytał Grenti, oglądając się przez ramię.

— Nie było źle — mruknął Odłóg tonem zniechęcającym do dalszych rozmów. Kurrikan zapytał go kiedyś: „Chcesz mieć przyjaciół czy forsę?”. Te słowa wbiły mu się w pamięć.

Niestety, Grenti nie dał się tak łatwo zniechęcić.

— Idziemy prosto do Kurrikana?

— Tak — odparł Odłóg tak ostro, jak tylko potrafił.

Jednakże Grenti uwielbiał mleć ozorem. Zważywszy wszystko razem, większość zbirów to lubiła. Być może dlatego, że zbyt wiele czasu spędzali bezczynnie.

— On ma piękny dom, nie? Kurrikan? Jak się nazywają te kolumny z frontu?

— Pilastry — mruknął jeden z pozostałych zbirów.

— Nie, nie, pilastry znam. Chodzi mi o ten szczególny styl architektoniczny, z tymi zwieńczeniami w kształcie pnączy.

— Jak tutaj?

— Nie, to jest murarska robota, wykonana dłutem. Chodzi mi o ogólny wzór. Chwileczkę.

W pierwszej chwili Odłóg bardzo się ucieszył, że coś przerwało im rozmowę. Potem jednak się zaniepokoił. We mgle tuż przed nimi stała jakaś postać. Zajmowała cholernie dużo miejsca. Do tej chwili żebracy, pijacy i lumpy kręcące się po okolicy rozstępowali się przed nimi jak ziemia przez pługiem. Ten człowiek nie ruszał się z miejsca. To był wysoki skurczybyk, dorównywał wzrostem najwyższemu ze strażników Odłoga. Miał na sobie biały płaszcz z postawionym kapturem. No, może już nie był aż taki biały. W Sipani nic nie zachowywało tego koloru zbyt długo. Był szary, z czarnymi plamami wilgoci na obrąbku.

— Przegońcie go — warknął.

— Kurwa, złaź nam z drogi! — ryknął Grenti.

— Ty jesteś Odłóg? — zapytał nieznajomy i położył kaptur.

— To kobieta! — ryknął Grenti. Nie mylił się, choć szyję miała potężnie umięśnioną, szczękę wydatną, a rude włosy krótko przystrzyżone.

— Jestem Javre — oznajmiła, unosząc brodę i uśmiechając się do nich. — Lwica z Hoskoppu.

— Może jest szalona? — zastanawiał się Grenti.

— Pewnie uciekła z tego domu dla obłąkanych.

— Kiedyś uciekłam z takiego domu — przyznała kobieta. Mówiła z dziwnym akcentem. Odłóg nie potrafił określić jego pochodzenia. — No cóż, właściwie to było więzienie dla czarodziejów. Ale niektórzy z nich oszaleli. Trudno to określić, bo wszyscy czarodzieje są co najmniej ekscentrykami. Ale mniejsza z tym. Masz coś, czego potrzebuję.

— Naprawdę?

Odłóg zaczął się uśmiechać. Jego niepokój mijał. Po pierwsze, była kobietą, a po drugie, z pewnością obłąkaną.

— Nie wiem, jak cię przekonać, gdyż nie mam daru do słodkich słówek. Ta wada od dawna mi doskwiera. Będzie jednak lepiej dla nas wszystkich, jeśli dasz mi to dobrowolnie.

— Coś ci dam dobrowolnie — zapewnił Odłóg. Jego zbiry zachichotały.

Ale kobieta nie.

— To paczka zawinięta w skórę, długości… — Wyciągnęła potężną rękę, rozstawiając kciuk i palec wskazujący. — Jakieś pięć razy większej od twojego kutasa.

Jeśli wiedziała o pakunku, to oznaczało kłopoty. Odłóg nie miał też śladu poczucia humoru, gdy chodziło o jego kutasa, który pozostawał niewrażliwy na wszelkie maści. Uśmiech zniknął z jego twarzy.

— Zabijcie ją.

Uderzyła Grentiego gdzieś na wysokości piersi… a przynajmniej na to wyglądało. Poruszyła się tak szybko, że można było zobaczyć jedynie zamazaną plamę. Strażnik wybałuszył nagle oczy i wydał z siebie dziwny dźwięk, a potem zamarł w bezruchu, kołysząc się na palcach stóp. Zdążył wyciągnąć miecz zaledwie w połowie.

Drugi z ludzi Odłoga — facet z Unii, wielki jak skała — machnął maczugą, ale trafił tylko łopoczący płaszcz kobiety. Chwilę później rozległ się pisk zaskoczenia i Unita poleciał głową w dół na drugą stronę ulicy. Walnął w mur i osunął się na ziemię w kaskadzie pyłu. Kawałki tynku odpadały od rozkruszonych cegieł i sypały się na jego bezwładne ciało.

Trzeci strażnik — Ospryjczyk o zręcznych palcach — wyciągnął nóż i spróbował nim rzucić, ale nim zdążył to zrobić, maczuga przeszyła powietrze i trafiła go w skroń. Padł bezgłośnie na ziemię, rozpościerając ramiona.

— To są kolumny antyryckie. — Kobieta dotknęła palcem wskazującym czoła Grentiego i delikatnie odwróciła go na bok. Leżał w błocie, sztywny, a jego wybałuszone oczy wpatrywały się w pustkę.

— To była tylko jedna ręka. — Uniosła drugą, zaciśniętą w pięść. Skądś pojawił się w niej skryty w pochwie miecz o lśniącej złotym blaskiem rękojeści. — Zaraz wyciągnę ten miecz, wykuty w Dawnych Czasach z metalu gwiazdy spadającej. Tylko sześciu żyjących ludzi widziało jego klingę. Przekonacie się, że jest niezwykle piękna. A potem was nią zabiję.

Ostatni ze strażników wymienił pośpieszne spojrzenia z Odłogiem, a potem odrzucił topór i zwiał.

— Ha — powiedziała kobieta, marszcząc rude brwi w wyrazie lekkiego rozczarowania. — Powinnam cię ostrzec, że jeśli spróbujesz uciekać, doścignę cię w… — Przymrużyła powieki i wydęła wargi, a potem obrzuciła Odłoga oceniającym spojrzeniem, podobnie jak on oglądał dzieci przeznaczone na sprzedaż. Przekonał się, że nie podoba mu się, gdy tak na niego patrzą. — Mniej więcej czterech krokach.

Rzucił się do ucieczki.

Dogoniła go w trzech i nagle uderzył twarzą o mokry bruk. Ręce wykręciła mu brutalnie do tyłu.

— Nie masz pojęcia, z kim masz do czynienia, ty głupia dziwko!

Próbował się wyrwać, ale jej uścisk był twardy jak żelazo. Pisnął z bólu, gdy wykręciła mu rękę jeszcze mocniej.

— To prawda, że nie zaliczam się do głębokich myślicieli. — Jej głos nie zdradzał nawet najmniejszego śladu wysiłku. — Lubię proste zadania, dobrze wykonane, i nie mam czasu na filozofowanie. Zechcesz mi powiedzieć, gdzie jest paczka, czy mam cię bić tak długo, aż wypadnie?

— Pracuję dla Kurrikana! — wydyszał.

— Jestem nowa w tym mieście. Imiona nie mają dla mnie magii.

— Znajdziemy cię!

— Oczywiście — odparła ze śmiechem. — Nie mam w zwyczaju się ukrywać. Jestem Javre, Pierwsza z Piętnastu. Javre, Templariuszka Złotego Zakonu. Javre, Łamiąca Łańcuchy, Łamiąca Przysięgi, Łamiąca Kości. — Zadała mu potężny cios w skroń. Jego nos uderzył o bruk. Odłóg był pewien, że go złamała. Usta wypełnił mu słony smak krwi. — Jeśli chcecie mnie znaleźć, wystarczy, że zapytacie o Javre. — Pochyliła się nad nim. Jej oddech łaskotał go w ucho. — Wasze trudności zaczną się dopiero później. Gdzie jest paczka?

Odłóg poczuł nagły ucisk w dłoni. Z początku ból był lekki, ale narastał z każdą chwilą, wypełniając całą jego kończynę niczym rozżarzony do białości metal. Mężczyzna zaskomlał jak pies.

— Ach, ach, ach, w wewnętrznej kieszeni, w wewnętrznej kieszeni!

— Znakomicie.

Poczuł dłonie przeszukujące jego ubranie, ale mógł tylko leżeć bezwładnie i jęczeć, gdy ogień w jego nerwach powoli wygasał. Odwrócił głowę, by spojrzeć na kobietę, i wykrzywił usta w wyrazie groźby.

— Kurwa, przysięgam na swoje przednie zęby…

— Naprawdę? — Jej palce odnalazły wewnętrzną kieszeń i wyciągnęły z niej paczkę. — To było lekkomyślne.

Połączyła kciuk z palcem wskazującym i wyrwała Odłogowi dwa przednie zęby. Nauczyła się tej sztuczki od starca w Suljuku. Podobnie jak w wielu innych sprawach cała tajemnica kryła się w nadgarstku. Kiedy się oddalała, mężczyzna siedział zgarbiony na bruku, próbując wykaszlnąć siekacze.

— Jeśli znowu się spotkamy, będę musiała pokazać ci miecz! — zawołała, wsuwając sobie pakunek za pas. Bogini, ci Sipańczycy byli okropnie słabi. Czy nie został już nikt, kto poddałby ją próbie?

Potrząsnęła bolącą ręką. Paznokieć zapewne sczernieje i odpadnie, ale potem odrośnie. W przeciwieństwie do zębów Odłoga. Z pewnością nie będzie to też pierwszy utracony paznokieć od czasów, gdy czuła opieka proroka Khalula odebrała jej wszystkie dwadzieścia. To dopiero była próba. Przez chwilę wspominała przesłuchujących ją oprawców z uczuciem bliskim nostalgii. Z pewnością czuła ją na wspomnienie chwili, gdy podczas ucieczki wsadziła twarz ich szefa w jego własny piecyk koksowy. Ależ zaskwierczał!

Być może ten Kurrikan wścieknie się w wystarczającym stopniu, by wysłać w pościg za nią porządnego zabójcę. Wtedy będzie musiała go załatwić. Nie będzie się to równało z wielkimi bitwami z dawnych czasów, ale zawsze umili jej parę wieczorów.

Na razie Javre szła przed siebie, szybka, spokojna i wyprostowana. Uwielbiała chodzić. Przy każdym kroku czuła własną siłę. Wszystkie mięśnie były całkowicie rozluźnione, lecz mimo to w każdej chwili gotowe do potężnego skoku, zręcznego przetoczenia się albo śmiertelnego ciosu. Nie musząc patrzeć, wyczuwała każdego, kto przechodził obok, oceniała zagrożenie, przewidywała sposób ataku i wyobrażała sobie swoją reakcję. W powietrzu wokół niej roiło się od skalkulowanych możliwości, tworzyła mapę otoczenia, znała odległości, zauważała wszystko, co mogło się przydać. Najtrudniejsze są te próby, których nie przewidziałeś. Dlatego Javre była bronią zawsze naostrzoną i nigdy niechowaną do pochwy, odpowiedzią na każde pytanie.

Z mroku nie wyłoniło się jednak żadne ostrze. Nie zagroziła jej żadna strzała, rozbłysk ognia ani dawka trucizny. Z cieni nie wypadła banda skrytobójców.

Niestety.

Tylko dwóch pijanych Północnych mocowało się przed przybytkiem Pombrine’a. Jeden z nich warknął coś o łysym szefie. Nie zwróciła na nich uwagi. Wbiegła truchtem na schody, ignorując kilku zasępionych strażników jakości jeszcze niższej niż ludzie Odłoga, a potem przeszła korytarzem do centralnego salonu z jego fałszywymi marmurami, tanim żyrandolem i zupełnie niepodniecajcą mozaiką, przedstawiającą parę lumpów pieprzących się na pieska. Najwyraźniej wieczorny ruch jeszcze się nie zaczął. Kurwy obu płci (w jednym przypadku Javre nie była pewna jakiej) siedziały ze znudzonymi minami na przesadnie zdobnych kanapach.

Pombrine właśnie ochrzaniał jedną ze swych pracownic za to, że za dużo na siebie włożyła, ale uniósł wzrok, gdy tylko Javre weszła do środka.

— Już wróciłaś? Co poszło źle?

Javre ryknęła głośnym śmiechem.

— Wszystko. — Otworzył szeroko oczy, a ona roześmiała się jeszcze donośniej. — Dla nich.

Ujęła go za nadgarstek i wcisnęła mu paczkę w rękę.

Pombrine zerknął na nieprzyciągający uwagi przedmiot zawinięty w skórę.

— Udało ci się?

Kobieta położyła ciężką rękę na jego ramionach i uścisnęła je. Wciągnął nagle powietrze. Kości mu zatrzeszczały. Z pewnością była nadzwyczajnie wielka, ale i tak trudno było uwierzyć w siłę, którą z taką swobodą demonstrowała.

— Nie znasz mnie. Jeszcze. Jestem Javre, Lwica z Hoskoppu. — Spojrzała na niego z góry i poczuł się jak niegrzeczne dziecko, bezradne w uścisku matki. To było dla niego nieznajome i nieprzyjemne wrażenie. — Kiedy zgadzam się przyjąć wyzwanie, nie uchylam się od niego. Nigdy. Nauczysz się tego.

— Z niecierpliwością oczekuję tej edukacji. — Pombrine wysunął się spod przygniatającego ciężaru jej kończyny. — Nie otwierałaś paczki?

— Powiedziałeś, żebym tego nie robiła.

— Świetnie. Świetnie.

Spojrzał na paczkę. Na jego twarzy zaczął się pojawiać uśmiech. Ledwie mógł uwierzyć, że to było takie łatwe.

— Moja zapłata.

— Oczywiście.

Sięgnął po sakiewkę.

Kobieta uniosła stwardniałą dłoń.

— Połowę przyjmę w naturze.

— W naturze?

— Czyż nie to tutaj sprzedajesz?

Uniósł brwi.

— Połowa to będzie bardzo dużo natury.

— Poradzę sobie. Zamierzam tu zostać przez pewien czas.

— Mamy farta — wymamrotał.

— Wezmę jego.

— To znakomity wybór. Czy…

— I jego. I jego. I ją. — Javre zatarła stwardniałe dłonie. — Będzie mogła rozgrzać chłopaków. — Nie zamierzam nikomu płacić za to, żeby traktował mnie jak rekwizyt do masturbacji.

— Oczywiście.

— Jestem kobietą z Thondu i mam wielkie potrzeby.

— Zaczynam to dostrzegać.

— I, w imię słońca, niech ktoś przygotuje mi kąpiel. Już cuchnę jak suka z cieczką. Boję się nawet pomyśleć, jak będę śmierdziała później. Każdy kocur w mieście będzie się za mną uganiał!

Ryknęła śmiechem.

Jeden z mężczyzn przełknął ślinę. Drugi popatrzył na Pombrine’a z lekką desperacją w oczach. Potem Javre zagoniła wszystkich do najbliższego pokoju.

— Ty ściągaj spodnie. Ty zdejmij mi bandaże z cycków. Nie uwierzyłbyś, jak mocno muszę je ściskać, żeby móc cokolwiek zrobić.

Drzwi szczęśliwie się zatrzasnęły.

Pombrine złapał za ramię Scalacaya, swego najbardziej zaufanego sługę, i przyciągnął go do siebie.

— Idź do gurkijskiej świątyni przy trzecim kanale. Tej z zielonymi, marmurowymi kolumnami. Najszybciej, jak tylko możesz. Znasz ją?

— Znam, panie.

— Powiedz kapłanowi, który śpiewa u wejścia, że masz wiadomość dla Ishri. Że pan Pombrine ma przedmiot, o który prosiła. Dla Ishri, zrozumiałeś?

— Dla Ishri. Pan Pombrine ma przedmiot.

— No to biegnij!

Scalacay ruszył pędem w drogę, a Pombrine z niewiele mniejszym pośpiechem udał się do swego gabinetu, ściskając paczkę w spoconej dłoni. Zamknął za sobą drzwi i przekręcił klucz. Pięć zamków szczęknęło z uspokajającym, metalicznym grzechotem.

Dopiero wtedy pozwolił sobie odetchnąć. Z szacunkiem położył zawiniątko na biurku. Teraz, gdy już je miał, czuł potrzebę przedłużenia chwili triumfu. Nacieszenia się nią z należytą czcią. Podszedł do szafki z trunkami, otworzył ją i wyjął stojącą na honorowym miejscu butelkę shiznadze, którą odziedziczył po dziadku. Ów jego przodek przez całe życie czekał na chwilę godną otworzenia butelki. Pombrine sięgnął z uśmiechem po korkociąg, zdrapując ołów z szyjki.

Jak długo pracował, by zdobyć tę przeklętą paczkę? Rozpuszczał plotki o tym, że jego interes upada, choć w rzeczywistości nigdy nie prosperował lepiej. Raz po raz starał się wchodzić w drogę Carcolf, aż wreszcie spotkali się, z pozoru przypadkowo. Zdobył podstępem jej zaufanie, przekonując kretyńską kurierkę, że jest bezmózgim głąbem, maleńkimi kroczkami posuwał się ku miejscu, w którym jego chciwe rączki mogły dosięgnąć paczki, a wtedy… o nieszczęsny losie! Carcolf wymknęła się mu, ta przeklęta suka, pozostawiając Pombrine’owi tylko zawiedzione nadzieje. Ale teraz… o szczęsny losie! Brutalność tej okropnej Javre jakimś cudem zatriumfowała tam, gdzie geniusz Pombrine’a poniósł niezasłużoną porażkę.

Ale w końcu nieważne, w jaki sposób zdobył obiekt. Pombrine uśmiechnął się szerzej, wyciągając korek. Miał pakunek. Ponownie spojrzał na swój łup.

Paf! Strumień musującego wina nie trafił w kieliszek i spadł na kadirski dywan. Pombrine gapił się na to z rozdziawionymi ustami. Pakunek unosił się w górę, złapany na haczyk. Do haczyka przywiązano cienką jak pajęczyna nić. Nić znikała w dziurze w szklanym dachu. Mężczyzna zauważył sylwetkę leżącą na nim z rozpostartymi kończynami.

— Straże! — ryknął, potrząsając pięścią. — Złodziej!

Po chwili uświadomił sobie coś jeszcze i jego gniew w mgnieniu oka przerodził się w paraliżujące przerażenie.

Ishri za chwilę wyruszy w drogę.

Wprawnym ruchem nadgarstka Shev skierowała pakunek w swą urękawicznioną dłoń.

— Ależ ze mnie rybaczka — wyszeptała, wsuwając łup do kieszeni, po czym oddaliła się po stromym dachu. Większą część roboty wykonywały za nią lepkie od smoły nakolanniki. Siadła okrakiem na szczycie dachu, przesunęła się w stronę komina, zrzuciła linę na ulicę, w mgnieniu oka zsunęła się za krawędź dachu i zaczęła złazić na dół. Nie myśl o ziemi, nigdy nie myśl o ziemi. Dobrze jest tam się znaleźć, ale nie chcesz, by to się stało za szybko…

— Ależ ze mnie wspinaczka — wyszeptała, mijając wielkie okno. Za szybą zobaczyła krzykliwie ozdobiony i słabo oświetlony salon, a w nim…

Złapała się mocniej liny i stanęła jak wryta, kołysząc się lekko.

Naprawdę miała pilne spotkanie z ucieczką przed strażnikami Pombrine’a, ale za oknem ujrzała jeden z tych widoków, obok których nie mogła przejść obojętnie. Cztery nagie ciała — być może nawet pięć albo sześć — utworzyły w pokazie nadzwyczajnej gimnastyki ludzką rzeźbę — stękającą plątaninę poruszających się słabo kończyn. Gdy kręciła głową na boki, próbując się w tym zorientować, centralny element układanki — w pierwszej chwili Shev wzięła go za rudowłosego osiłka — spojrzał prosto na nią.

— Shevedieh?

To na pewno nie był mężczyzna, lecz niewątpliwie ktoś bardzo silny. Choć krótko ścięła włosy, nie sposób jej było pomylić z nikim innym.

— Javre? Co tu robisz, do licha?

Uniosła brew, wskazując głową na nagie ciała splątane z jej ciałem.

— Czy to nie oczywiste?

Rumor spowodowany przez wybiegających na ulicę strażników przywrócił jej rozsądek.

— Nie widziałaś mnie!

Zsunęła się na dół, z głośnym szmerem trąc rękawiczkami o konopny sznur, spadła z impetem na ulicę i rzuciła się do ucieczki. W tej samej chwili zza rogu wypadła grupa uzbrojonych mężczyzn.

— Stój, złodzieju!

— Łapcie go!

— Moja paczka! — wrzasnął Pombrine wyjątkowo przenikliwym i pełnym desperacji głosem.

Shev szarpnęła za sznurek, zwisający jej na krzyżu. Poczuła, że mieszek się otworzył i krucze stopy wysypały się na ziemię za nią. Usłyszała krzyki, gdy paru strażników się przewróciło. Rano będą ich bolały stopy. Ale reszta nadal biegła za nią.

— Odetnijcie mu drogę!

— Zastrzelcie go!

Skręciła gwałtownie w lewo. Po chwili usłyszała odgłos naciąganej kuszy. Bełt odbił się od ściany obok niej i zniknął w nocy. Shev zdjęła w biegu rękawiczki — jedna z nich nadal dymiła od tarcia — i przerzuciła je sobie przez ramię. Szybki skręt w prawo — rzecz jasna wcześnie dobrze zaplanowała trasę — i wskoczyła na stoliki ustawione na ulicy przed lokalem Verscettiego. Przechodziła wielkimi krokami z jednego na drugi, sztućce i naczynia spadały na ziemię, klienci zrywali się na równe nogi, potykając się pod wpływem szoku. Obdarty skrzypek rzucił się na ziemię w poszukiwaniu schronienia.

— Ależ ze mnie biegaczka — wyszeptała i zeskoczyła z ostatniego stolika nad wyciągniętymi rękami próbującego ją złapać strażnika z lewej oraz nad gościem z prawej. Spadając, złapała za krótki sznurek zwisający za szyldem z napisem Verscetti i pociągnęła mocno.

Gdy przetoczyła się po bruku, nadszedł rozbłysk, jasny jak błyskawica. Blask natychmiast rozświetlił ciemną noc, frontony budynków przed nią przybrały białą barwę. Rozległy się krzyki, piski oraz seria detonacji. Shev wiedziała, że ulicę za jej plecami wypełniły kwiaty fioletowego ognia oraz kaskady złotych iskier — pokaz godny ślubu barona.