Wydawca: Pascal Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 529 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lot widmo - Bear Grylls

Pierwszy, zapierający dech w piersiach thriller Beara Gryllsa!
Doskonałe połączenie Tożsamości Bourne’a z przygodami Indiany Jonesa.
Matka z dzieckiem brutalnie porwani podczas śnieżnej zamieci...
Żołnierz torturowany i stracony na odległych szkockich torfowiskach...
Zagubiony myśliwiec odnaleziony w sercu amazońskiej dżungli, skrywający sekret wciąż panującego na świecie zła...
Desperacka walka o zniszczenie tajnej organizacji, której początki sięgają mrocznych dni panowania niemieckich faszystów...
Co łączy te wszystkie wątki?
Tylko jedna osoba może rozwikłać tę zagadkę.
Will Jaeger.
Łowca

Opinie o ebooku Lot widmo - Bear Grylls

Fragment ebooka Lot widmo - Bear Grylls

Copyright © Bear Grylls Ventures 2015

Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo Pascal

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autora bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, za wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

Tytuł: Lot widmo

Tytuł oryginalny: Ghost Flight

Autor: Bear Grylls

Tłumaczenie: Kamil Lesiew, Piotr Żak

Redakcja: Joanna Kułakowska-Lis

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Opracowanie graficzne okładki: Andrzej Macura

Projekt okładki oryginalnej: Blacksheep

Redaktor prowadzący: Agnieszka Skowron

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2015

ISBN 978-83-7642-636-5

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Książkę tę dedykuję mojemu śp. dziadkowi, brygadierowi Williamowi Edwardowi Harveyowi Gryllsowi, Oficerowi Orderu Imperium Brytyjskiego z 15/19 Królewskiego Pułku Huzarów Jego Królewskiej Mości, dowódcy Target Force.

Podziękowania

Moje po­dzię­ko­wa­nia kie­ru­ję przede wszyst­kim do agen­tów li­te­rac­kich w PFD: Ca­ro­li­ne Mi­chel, An­na­bel Me­rul­lo i Tima Bin­din­ga – za nie­usta­ją­ce wspar­cie i wni­kli­we uwa­gi do pierw­szych wer­sji tek­stu. Dzię­ku­ję Lau­rze Wil­liams, młod­szej agent­ce w PFD, za jej nad­ludz­kie wy­sił­ki. Dzię­ku­ję Jo­no­wi Wo­odo­wi, Je­mi­mie For­re­ster oraz ca­łe­mu ze­spo­ło­wi Orion Pu­bli­shing Gro­up, mo­je­go wy­daw­cy: Su­san Lamb, So­phie Pa­in­ter, Mal­col­mo­wi Edward­so­wi, Mar­ko­wi Ru­she­ro­wi, Gaby Young i wszyst­kim w „Eki­pie Gryl­l­sa”.

Ha­mi­sho­wi de Bret­ton-Gor­do­no­wi, Ofi­ce­ro­wi Or­de­ru Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go, dy­rek­to­ro­wi ge­ne­ral­ne­mu i eks­per­to­wi od bro­ni ma­so­we­go ra­że­nia w Avon Pro­tec­tion, dzię­ku­ję za rady i spe­cja­li­stycz­ną wie­dzę na te­mat bro­ni ato­mo­wej, bio­lo­gicz­nej i che­micz­nej oraz środ­ków obron­nych i ochron­nych. Chri­so­wi Da­niel­so­wi i wszyst­kim w Hy­brid Air Ve­hic­les za ich za­an­ga­żo­wa­nie i wska­zów­ki do­ty­czą­ce Air­lan­de­ra. Dzię­ku­ję dok­tor Ja­cqu­eli­ne Borg, wy­bit­nej spe­cja­li­st­ce w za­kre­sie za­bu­rzeń mó­zgu, w tym ze­spo­łu ostre­go stre­su. Anne i Pau­lo­wi Sher­ra­tom za wni­kli­we rady i we­ry­fi­ka­cję wszyst­kie­go, co było zwią­za­ne z na­zi­sta­mi i blo­kiem wschod­nim.

I ostat­nie, ale za­ra­zem szcze­gól­ne po­dzię­ko­wa­nia skła­dam Da­mie­no­wi Le­wi­so­wi, za to, że po­mógł mi wy­ko­rzy­stać wszyst­kie te rze­czy, ozna­czo­ne jako „ści­śle taj­ne”, któ­re od­kry­li­śmy wspól­nie w skrzy­ni wo­jen­nej mo­je­go dziad­ka. Spo­sób, w jaki przy­wró­ci­łeś te do­ku­men­ty do ży­cia, to ist­ny maj­stersz­tyk.

Bear Grylls

Bear Grylls Al­pi­ni­sta, od­kryw­ca, zdo­byw­ca czar­ne­go pasa w ka­ra­te. Prze­szedł szko­le­nie w bry­tyj­skich od­dzia­łach spe­cjal­nych SAS, gdzie na­uczył się sztu­ki prze­trwa­nia. W wie­ku 21 lat prze­żył cięż­ki wy­pa­dek pod­czas sko­ku spa­do­chro­no­we­go – zła­mał krę­go­słup w trzech miej­scach. Mimo to po dwóch la­tach re­ha­bi­li­ta­cji zre­ali­zo­wał swe dzie­cię­ce ma­rze­nie i jako naj­młod­szy Bry­tyj­czyk w hi­sto­rii sta­nął na szczy­cie Mo­unt Eve­re­stu. Wy­czyn ten od­no­to­wa­no w Księ­dze re­kor­dów Gu­in­nes­sa. Jest zna­ny dzię­ki swym fa­scy­nu­ją­cym wy­pra­wom oraz pro­gra­mom, któ­re przed te­le­wi­zo­ra­mi gro­ma­dzą po­nad mi­liard wi­dzów w 150 kra­jach.

Od autora

Mój dzia­dek, bry­ga­dier Wil­liam Edward Ha­rvey Grylls, Ofi­cer Or­de­ru Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go z 15/19 Kró­lew­skie­go Puł­ku Jego Kró­lew­skiej Mo­ści, był do­wód­cą Tar­get For­ce, taj­nej jed­nost­ki sfor­mo­wa­nej na po­le­ce­nie Win­sto­na Chur­chil­la pod ko­niec dru­giej woj­ny świa­to­wej, jed­nej z naj­bar­dziej uta­jo­nych grup agen­tów ope­ra­cyj­nych, ja­kie kie­dy­kol­wiek utwo­rzy­ło Mi­ni­ster­stwo Woj­ny. Jej głów­nym za­da­niem było od­naj­dy­wa­nie i ochro­na se­kret­nych tech­no­lo­gii, bro­ni, a tak­że na­ukow­ców i wy­so­kiej ran­gi na­zi­stów, ma­ją­cych po­móc alian­tom w star­ciu z no­wym świa­to­wym su­per­mo­car­stwem i wro­giem – So­wie­ta­mi.

Nikt z na­szej ro­dzi­ny nie miał po­ję­cia o roli dziad­ka jako do­wód­cy T For­ce, aż do cza­su, gdy – wie­le lat po jego śmier­ci, po upły­wie sie­dem­dzie­się­cio­let­nie­go okre­su ka­ren­cji, zgod­nie z usta­wą o ta­jem­ni­cy pań­stwo­wej, od­taj­nio­no te in­for­ma­cje. Pro­ces od­kry­wa­nia tej za­gad­ki stał się in­spi­ra­cją do na­pi­sa­nia ni­niej­szej książ­ki.

Dzia­dek był czło­wie­kiem ma­ło­mów­nym i ta­jem­ni­czym, ale wspo­mi­nam go bar­dzo czu­le z okre­su dzie­ciń­stwa. Lu­bił pa­lić faj­kę, miał cierp­kie po­czu­cie hu­mo­ru, a lu­dzie, któ­ry­mi do­wo­dził, go uwiel­bia­li.

Jed­nak dla mnie za­wsze był po pro­stu Dziad­kiem Te­dem.

Wstęp

„Har­per’s Ma­ga­zi­ne”, paź­dzier­nik 1946

Se­kre­ty w ty­sią­cach

C. Le­ster Wal­ker

Ktoś na­pi­sał ostat­nio do bazy lot­ni­czej w Wri­ght Field, że we­dle jego wie­dzy, pań­stwo na­sze zgro­ma­dzi­ło cał­kiem po­kaź­ną ko­lek­cję ta­jem­nic wo­jen­nych wro­ga (…) i czy by­li­by tak mili, żeby prze­słać mu wszyst­ko, co do­ty­czy nie­miec­kich sil­ni­ków od­rzu­to­wych. Od­dział Do­ku­men­tów Lot­ni­czych Sił Po­wietrz­nych Ar­mii od­po­wie­dział:

„Przy­kro nam, ale by­ło­by to pięć­dzie­siąt ton”.

W do­dat­ku te pięć­dzie­siąt ton to tyl­ko nie­wiel­ki uła­mek tego, co skła­da się dziś na nie­wąt­pli­wie naj­więk­szy zbiór ta­jem­nic wo­jen­nych nie­przy­ja­cie­la, jaki kie­dy­kol­wiek zgro­ma­dzo­no. Je­śli my­śle­li­ście kie­dyś o ta­jem­ni­cach wo­jen­nych – a kto nie my­ślał? – i wy­da­wa­ło się wam, że moż­na je po­li­czyć na pal­cach obu rąk (…), może za­in­te­re­su­je was to, że ta­jem­ni­ce wo­jen­ne w tej ko­lek­cji idą w ty­sią­ce, że to prze­ogrom­na góra do­ku­men­tów, i że ni­g­dy nie było ni­cze­go, co da­ło­by się z nią po­rów­nać.

„Da­ily Mail”, ma­rzec 1988

Zmo­wa spi­na­czo­wa

Tom Bo­wer

„Zmo­wa spi­na­czo­wa” była kul­mi­na­cją nie­zwy­kłych zma­gań mię­dzy alian­ta­mi o prze­ję­cie po za­koń­cze­niu woj­ny osią­gnięć na­zi­stow­skich Nie­miec. Za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni po zwy­cię­stwie nad Hi­tle­rem wy­so­cy przed­sta­wi­cie­le Pen­ta­go­nu po­sta­no­wi­li przy­znać wy­bra­nym oso­bom, za­li­cza­nym do „gor­li­wych na­zi­stów”, sta­tus sza­no­wa­nych oby­wa­te­li ame­ry­kań­skich.

Cho­ciaż w Wiel­kiej Bry­ta­nii po­li­tycz­ne kon­tro­wer­sje uda­rem­ni­ły za­miar wy­ko­rzy­sta­nia Niem­ców do od­bu­do­wy bry­tyj­skiej go­spo­dar­ki, Fran­cu­zi i Ro­sja­nie przyj­mo­wa­li każ­de­go, nie­za­leż­nie od tego, ja­kie zbrod­nie po­peł­nił, a Ame­ry­ka­nie, po­przez sieć in­tryg wy­czy­ści­li zbrod­ni­cze akta swo­ich na­ukow­ców-na­zi­stów.

Nie­zbi­te do­wo­dy bie­gło­ści tech­no­lo­gicz­nej Niem­ców przed­sta­wio­ne są w set­kach ra­por­tów alianc­kich śled­czych, któ­rzy nie stro­nią od opi­sów ich „zdu­mie­wa­ją­cych osią­gnięć” i „nad­zwy­czaj­nej po­my­sło­wo­ści”.

Wy­glą­da na to, że to Hi­tler zza gro­bu śmie­je się ze swo­ich wro­gów, jako ostat­ni.

„The Sun­day Ti­mes” gru­dzień 2014

W Au­strii od­kry­to ogrom­ne sta­no­wi­sko taj­nej „bro­ni stra­chu”

Bo­jan Pan­ce­vski

W Au­strii od­kry­to taj­ny pod­ziem­ny kom­pleks zbu­do­wa­ny przez na­zi­stów pod ko­niec dru­giej woj­ny świa­to­wej, któ­ry mógł słu­żyć skon­stru­owa­niu bro­ni ma­so­we­go ra­że­nia, w tym bom­by ato­mo­wej.

Na ten ogrom­ny obiekt na­tra­fio­no w ze­szłym ty­go­dniu w po­bli­żu mia­sta Sankt Geo­r­gen an der Gu­sen. Uwa­ża się, że może być po­łą­czo­ny z po­bli­ską pod­ziem­ną fa­bry­ką B8 Berg­kri­stall, pro­du­ku­ją­cą sa­mo­lo­ty Mes­ser­sch­mitt Me 262, pierw­sze uda­ne my­śliw­ce o na­pę­dzie od­rzu­to­wym, któ­re przez krót­ki czas za­gra­ża­ły alianc­kie­mu lot­nic­twu w koń­co­wej fa­zie woj­ny. Ba­da­czom uda­ło się od­na­leźć ukry­te wej­ście dzię­ki od­taj­nio­nym do­ku­men­tom wy­wia­dow­czym i ze­zna­niom świad­ków.

– To był ol­brzy­mi kom­pleks prze­my­sło­wy i naj­praw­do­po­dob­niej naj­więk­szy za­kład pro­duk­cyj­ny taj­nej bro­ni Trze­ciej Rze­szy – twier­dzi An­dre­as Sul­zer, au­striac­ki do­ku­men­ta­li­sta sto­ją­cy na cze­le ba­dań.

Sul­zer ze­brał ze­spół hi­sto­ry­ków i zna­lazł ko­lej­ne do­wo­dy na to, że na­ukow­cy pra­co­wa­li tu nad taj­nym pro­jek­tem nad­zo­ro­wa­nym przez ge­ne­ra­ła SS Han­sa Kam­m­le­ra, od­po­wie­dzial­ne­go za hi­tle­row­skie pro­gra­my po­ci­sków ra­kie­to­wych, w tym ra­kie­tę V-2, któ­rą ostrze­la­no Lon­dyn.

Uwa­ża się go za bły­sko­tli­we­go, lecz bez­względ­ne­go do­wód­cę, któ­ry za­twier­dził pro­jek­ty ko­mór ga­zo­wych i kre­ma­to­riów w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym Au­schwitz na po­łu­dniu Pol­ski. Na­dal krą­żą po­gło­ski, że po woj­nie zo­stał uję­ty przez Ame­ry­ka­nów, któ­rzy dali mu nową toż­sa­mość.

Po­szu­ki­wa­nia Sul­ze­ra zo­sta­ły wstrzy­ma­ne w mi­nio­ną śro­dę przez miej­sco­we wła­dze, któ­re za­żą­da­ły po­zwo­le­nia na ba­da­nie obiek­tów hi­sto­rycz­nych. On sam jest jed­nak prze­ko­na­ny, że pra­ce ru­szą po­now­nie w na­stęp­nym mie­sią­cu. – Spo­śród więź­niów obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych z ca­łej Eu­ro­py sta­ran­nie wy­se­lek­cjo­no­wa­no tych o szcze­gól­nych umie­jęt­no­ściach – fi­zy­ków, che­mi­ków i in­nych spe­cja­li­stów – i za­go­nio­no do pra­cy nad tym po­twor­nym pro­jek­tem. Je­ste­śmy więc to win­ni ofia­rom, trze­ba w koń­cu otwo­rzyć to miej­sce i ujaw­nić praw­dę – prze­ko­nu­je Sul­zer.

Rozdział 1

Otwo­rzył oczy. Po­wo­li. Roz­wie­ra­jąc rzę­sa za rzę­są po­wie­ki, na prze­kór skle­ja­ją­cej je gru­bej sko­ru­pie za­krze­płej krwi. Świa­tło wpa­da­ło mię­dzy szcze­li­ny po­skle­ja­nych rzęs, przy­po­mi­na­jąc odłam­ki roz­bi­te­go szkła na prze­krwio­nych gał­kach. Ja­sność nie­mal wy­pa­la­ła siat­ków­kę, jak­by ktoś sku­piał mu na oczach pro­mień la­se­ra. Ale kto? Kim byli jego wro­go­wie?... jego opraw­cy? I gdzie oni, na Boga, są? Za cho­le­rę ni­cze­go nie pa­mię­tał. Któ­ry to dzień? Któ­ry rok choć­by? Jak się tu zna­lazł – gdzie­kol­wiek był…

Świa­tło ra­zi­ło go jak dia­bli, ale przy­naj­mniej po­wo­li od­zy­ski­wał wzrok.

Pierw­szą kon­kret­ną rze­czą, jaką do­strzegł, był ka­ra­luch. Za­ma­ja­czył mu przed ocza­mi, na­bie­ra­jąc ostro­ści, roz­ma­za­ny, po­twor­ny i obcy, wy­peł­nia­ją­cy całe pole wi­dze­nia.

Will Ja­eger stwier­dził, że chy­ba leży na boku, na be­to­no­wej pod­ło­dze, po­kry­tej gru­bym, brą­zo­wa­wym osa­dem – Bóg je­den wie cze­go. Miał wra­że­nie, że ka­ra­luch za­raz wpeł­znie do jego le­we­go oka. Zwie­rzę po­ru­szy­ło czuł­ka­mi, a w ostat­niej chwi­li znik­nę­ło z pola wi­dze­nia, prze­my­ka­jąc obok czub­ka nosa Ja­ege­ra. A po­tem po­czuł, jak owad wspi­na mu się po gło­wie. Ka­ra­luch za­trzy­mał się gdzieś w oko­li­cy pra­wej skro­ni – tej, któ­ra le­ża­ła da­lej od pod­ło­gi, w peł­ni od­kry­ta. Za­czął mu­skać go przed­ni­mi od­nó­ża­mi i żu­wacz­ka­mi. Jak­by cze­goś szu­kał. Coś sma­ko­wał. Na­gle Ja­eger po­czuł, że ka­ra­luch za­czy­na go ką­sać, chrzęsz­czą­ce owa­dzie szczę­ki gry­zą strzęp­ki zgni­łe­go cia­ła. Wrza­snął, a przy­naj­mniej pró­bo­wał to zro­bić i wte­dy zo­rien­to­wał się, że ob­ła­zi go ko­lej­ny tu­zin owa­dów… jak­by już od daw­na był tru­pem.

Prze­mógł przy­pływ mdło­ści, a w jego gło­wie za­ko­ła­ta­ło py­ta­nie: Cze­mu nie usły­sza­łem, jak krzy­czę? Nad­ludz­kim wy­sił­kiem po­ru­szył pra­wym ra­mie­niem. Tyl­ko odro­bi­nę, a i tak miał wra­że­nie, jak­by pró­bo­wał dźwi­gnąć cały świat. Z każ­dym cen­ty­me­trem ra­mię i staw łok­cio­wy roz­ry­wał co­raz bar­dziej do­tkli­wy ból, a mię­śnie ła­pał skurcz, choć wy­si­łek, do ja­kich je zmu­szał, był do­praw­dy nie­wiel­ki. Czuł się jak ka­le­ka.

Co się z nim, sta­ło, na Boga? Co mu zro­bi­li?

Za­ci­ska­jąc zęby i sku­pia­jąc całą siłę woli, przy­cią­gnął ra­mię do gło­wy i prze­su­nął dłoń po uchu, roz­pacz­li­wie je dra­piąc. Jego pal­ce do­tknę­ły… nóg. Łu­sko­wa­tych, kol­cza­stych, drga­ją­cych owa­dzich od­nó­ży, pró­bu­ją­cych we­pchnąć ka­ra­lu­sze cia­ło co­raz głę­biej.

Za­bierz­cie je stąd! Za­bierz­cie! Za­bierz­cie je STĄ­Ą­Ą­ĄD!

Chcia­ło mu się rzy­gać, ale w żo­łąd­ku miał pust­kę. Je­dy­nie gów­nia­ną, su­chą, przed­śmiert­ną bło­nę, któ­ra po­kry­wa­ła wszyst­ko – żo­łą­dek, gar­dło, usta; na­wet noz­drza.

O kur­wa! Noz­drza! Tam też pró­bu­ją wpeł­znąć!

Ja­eger krzyk­nął po raz dru­gi. Dłu­żej. Bar­dziej roz­pacz­li­wie. Nie tak po­win­no się umie­rać. Boże, pro­szę, nie tak…

Dra­piąc pal­ca­mi, pró­bo­wał bro­nić nos i uszy, a ka­ra­lu­chy ma­cha­ły od­nó­ża­mi i sy­cza­ły z owa­dzim gnie­wem, gdy zry­wał je z sie­bie.

Dźwięk w koń­cu za­czął prze­są­czać się do zmy­słów. Naj­pierw w za­la­nych krwią uszach od­bi­ły się echem jego wła­sne roz­pacz­li­we krzy­ki, a nie­mal rów­no­cze­śnie wy­ło­wił inny od­głos zmie­sza­ny z tłem – coś bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce­go niż dzie­siąt­ki owa­dów ma­ją­cych chrap­kę na jego mózg. Ludz­ki głos. Gar­dło­wy. Okrut­ny. Głos, któ­ry na­pa­wał się bó­lem. Głos jego kata.

Wraz z nim, z siłą fali po­wo­dzio­wej, wró­ci­ła pa­mięć. Playa Ne­gra. Wię­zie­nie na krań­cu świa­ta, miej­sce, w któ­re zsy­ła­no lu­dzi na strasz­li­we tor­tu­ry i śmierć. Ja­eger tra­fił tu za coś, cze­go nie zro­bił, z roz­ka­zu sza­lo­ne­go dyk­ta­to­ra-zbrod­nia­rza – i wte­dy za­czął się hor­ror.

W po­rów­na­niu z po­bud­ką w tym kosz­ma­rze Ja­eger wo­lał już na­wet spo­kój, jaki da­wa­ła nie­świa­do­mość; wszyst­ko, byle nie te ty­go­dnie, któ­re spę­dził za­mknię­ty w miej­scu gor­szym niż pie­kło – w swo­jej celi, swo­im gro­bow­cu.

Siłą woli zmu­sił umysł, by znów omdlał, by za­padł z po­wro­tem w bez­kształt­ną sza­rość, któ­ra chro­ni­ła go, do­pó­ki coś – ale co? – nie spro­wa­dzi­ło go do tej nie­wy­obra­żal­nie okrut­nej te­raź­niej­szo­ści.

Pra­we ra­mię ru­sza­ło się co­raz sła­biej i sła­biej. Opa­dło na zie­mię. Niech ka­ra­lu­chy po­żrą mu mózg. Na­wet to było lep­sze.

Na­gle to, co obu­dzi­ło go wcze­śniej, do­się­gło go jesz­cze raz – chlust zim­nej cie­czy w twarz, ni­czym ude­rze­nie fali na mo­rzu. Tyl­ko za­pach był zu­peł­nie inny. Nie lo­do­wa­to czy­sty i ożyw­czy jak woń oce­anu. To coś śmier­dzia­ło; cuch­nę­ło in­ten­syw­nie odo­rem klo­ze­tu, któ­ry przez lata nie za­znał ani kro­pli środ­ka od­ka­ża­ją­ce­go.

Jego opraw­ca znów się ro­ze­śmiał. Dla nie­go to była świet­na za­ba­wa. Czy jest coś lep­sze­go niż chlu­śnię­cie w twarz więź­nia za­war­to­ścią wia­dra z od­cho­da­mi?

Ja­eger wy­pluł wstręt­ną ciecz i wy­mru­gał ją z pie­ką­cych oczu; chlust zgni­li­zny przy­naj­mniej prze­pło­szył ka­ra­lu­chy. Jego umysł szu­kał wła­ści­wych słów – naj­bar­dziej do­sad­nych prze­kleństw, któ­re mógł­by rzu­cić w twarz katu. Ozna­ka ży­cia. De­mon­stra­cja opo­ru.

– No chodź i…

Ja­eger za­czął mó­wić, wy­chry­pu­jąc obe­lgę, któ­ra jak nic za­ła­twi­ła­by mu ło­mot tym sa­mym gięt­kim bi­czem, któ­re­go na­uczył się bać. Gdy­by jed­nak się nie bun­to­wał, by­ło­by po nim. Opór to je­dy­ne, co mu zo­sta­ło.

Ale nie do­koń­czył. Sło­wa za­mar­ły mu w gar­dle.

Na­gle włą­czył się inny głos, tak do­brze zna­ny – tak bra­ter­ski – że przez dłuż­szą chwi­lę Ja­eger są­dził, że śni. Za­śpiew był z po­cząt­ku ci­chy, ale na­bie­rał siły; ryt­micz­na in­kan­ta­cja jak­by prze­sy­co­na obiet­ni­cą nie­moż­li­we­go…

Ka mate, ka mate. Ka ora, ka ora.

Ka mate, ka mate! Ka ora, ka ora!

Wszę­dzie po­znał­by ten głos. Ta­ka­ve­si Raf­fa­ra; ale jak to moż­li­we?

Gdy gra­li w jed­nej dru­ży­nie rug­by w re­pre­zen­ta­cji bry­tyj­skiej ar­mii, to wła­śnie Raff prze­wo­dził ry­tu­ało­wi haka – tra­dy­cyj­ne­mu tań­co­wi wo­jen­ne­mu Ma­ory­sów, któ­ry za­wsze wy­ko­ny­wa­li przed me­czem. Zry­wał ko­szul­kę, za­ci­skał dło­nie w pię­ści i wy­prę­żał się, by sta­nąć oko w oko z prze­ciw­ną dru­ży­ną; jego ręce bęb­ni­ły w ma­syw­ną pierś, nogi jak po­tęż­ne pnie drzew, ra­mio­na jak ta­ra­ny, a resz­ta ze­spo­łu – łącz­nie z Ja­ege­rem – roz­sta­wio­na po bo­kach, nie­ustra­szo­na, nie­po­wstrzy­ma­na.

Z wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi, ze spuch­nię­tym ję­zy­kiem i twa­rzą za­sty­głą w gry­ma­sie wo­jow­ni­cze­go wy­zwa­nia, Ja­eger reszt­ką sił wy­rzu­cił z sie­bie sło­wa: KA MATE! KA MATE! KA ORA! KA ORA! Czy umrę? Czy umrę? Czy prze­ży­ję? Czy prze­ży­ję?

Raff udo­wod­nił, że jest rów­nie nie­ugię­ty, gdy sta­ło się z nim ra­mię w ra­mię na polu bi­twy. Ide­ał dru­ha-żoł­nie­rza. Ma­orys z uro­dze­nia i ko­man­dos Kró­lew­skiej Pie­cho­ty Mor­skiej z wy­ro­ku losu; wal­czył u boku Ja­ege­ra w róż­nych stro­nach świa­ta i był jed­nym z jego naj­bliż­szych przy­ja­ciół.

Ob­ró­cił wzrok w pra­wo, w stro­nę, skąd do­cho­dził za­śpiew. Ką­tem oka le­d­wo zdo­łał do­strzec po­stać sto­ją­cą da­le­ko, po dru­giej stro­nie krat. Ma­syw­ną, gó­ru­ją­cą na­wet nad jego ka­tem. Uśmiech jak pro­mień słoń­ca prze­świ­tu­ją­cy przez chmu­ry po ciem­nej bu­rzy, któ­ra zda­wa­ła się nie mieć koń­ca.

– Raff? – Za­chry­pia­ło jed­no sło­wo, po­brzmie­wa­jąc le­d­wie skry­wa­nym nie­do­wie­rza­niem.

– Tak. To ja. – Ten uśmiech. – Wi­dzia­łem cię w gor­szym sta­nie, sta­ry. Jak wte­dy, gdy wy­wlo­kłem cię z tej spe­lu­ny w Am­ster­da­mie. Ale i tak trze­ba cię bę­dzie do­szo­ro­wać. Przy­je­cha­łem po cie­bie, ko­le­go. Le­ci­my do Lon­dy­nu – Bri­tish Air­ways, pierw­szą kla­są.

Ja­eger nie od­po­wie­dział, no bo co mógł po­wie­dzieć? Jak to moż­li­we, że Raff tu był, w tym miej­scu, tak bli­sko?

– Le­piej się zbie­raj – po­na­glił go Raff. – Za­nim ten twój ko­leż­ka, ma­jor Mojo, się roz­my­śli.

– No, Bob Mar­ley! – Zło­śli­we oczy opraw­cy Ja­ege­ra zwę­zi­ły się w uda­wa­nej jo­wial­no­ści. – Bob Mar­ley – nie­zły z cie­bie żar­tow­niś, chło­pie.

Raff wy­szcze­rzył się od ucha do ucha.

Był je­dy­nym zna­nym Ja­ege­ro­wi czło­wie­kiem, któ­ry po­tra­fił uśmiech­nąć się do ko­goś z miną mro­żą­cą krew w ży­łach. Ta uwa­ga o Bo­bie Mar­leyu mu­sia­ła do­ty­czyć wło­sów Raf­fa – dłu­gich i za­ple­cio­nych po ma­ory­sku. Na bo­isku wie­lu prze­ko­na­ło się na wła­snej skó­rze, że Raff nie lubi, gdy kpi się z jego fry­zu­ry.

– Otwie­raj celę – roz­ka­zał Raff gło­sem zgrzy­tli­wym od gnie­wu. – Ja i mój ko­le­ga, pan Ja­eger, wy­cho­dzi­my.

Rozdział 2

Dżip ru­szył spod wię­zie­nia Playa Ne­gra. Raff, po­chy­lo­ny nad kie­row­ni­cą, się­gnął po bu­tel­kę wody i po­dał ją Ja­ege­ro­wi.

– Pij. – Wska­zał kciu­kiem na tyl­ne sie­dze­nie. – W lo­dów­ce tu­ry­stycz­nej jest wię­cej. Wlej w sie­bie, ile mo­żesz, mu­sisz się na­wod­nić. Przed nami dzień jak cho­le­ra…

Raff za­milkł, my­śląc o cze­ka­ją­cej ich po­dró­ży, a Ja­eger po­zwo­lił, by na chwi­lę za­pa­dła ci­sza.

Po wie­lu ty­go­dniach spę­dzo­nych w wię­zie­niu jego cia­ło było jed­ną pie­ką­cą masą. Każ­dy staw roz­dzie­rał do­tkli­wy ból. Miał wra­że­nie, że mi­nę­ły całe wie­ki od mo­men­tu, gdy wrzu­ci­li go do tam­tej celi; od chwi­li gdy je­chał gdzie­kol­wiek au­tem; gdy czuł na so­bie peł­ną moc tro­pi­kal­ne­go słoń­ca na Bio­ko1).

1) Wyspa na Zatoce Gwinejskiej, u zachodnich wybrzeży Afryki, należąca do Gwinei Równikowej. (Wszystkie przypisy pochodzą od redaktora).

Przy każ­dym pod­sko­ku wozu wzdry­gał się z bólu. Je­cha­li dro­gą przy oce­anie – wą­skim pa­sem as­fal­tu pro­wa­dzą­cym do Ma­la­bo, je­dy­ne­go więk­sze­go mia­sta na wy­spie. W tym afry­kań­skim pań­stew­ku utwar­dzo­ne dro­gi były rzad­ko­ścią. Pe­tro­do­la­ry szły głów­nie na bu­do­wę no­we­go pa­ła­cu dla pre­zy­den­ta albo na ko­lej­ny wiel­ki jacht w jego flo­cie, lub wzbo­ga­ca­ły mu kon­ta w Szwaj­ca­rii.

Raff wska­zał na de­skę roz­dziel­czą.

– Tam są oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, sta­ry. Włóż je, bo wy­glą­dasz, jak­byś miał za­raz zejść.

– Daw­no nie wi­dzia­łem słoń­ca.

Ja­eger otwo­rzył scho­wek i wy­cią­gnął coś, co wy­glą­da­ło jak oakleye. Przez chwi­lę im się przy­glą­dał.

– Pod­rób­ki? Za­wsze by­łeś pie­przo­nym skne­rą.

Raff ro­ze­śmiał się.

– Kto ry­zy­ku­je, ten wy­gry­wa2).

2) Motto Special Air Service (SAS)

Ja­eger po­zwo­lił, by na jego spo­nie­wie­ra­ne ob­li­cze za­kradł się uśmiech. Za­bo­la­ło jak dia­bli, miał wra­że­nie, jak­by nie uśmie­chał się od wie­ków; jak­by uśmiech prze­rzy­nał mu twarz na pół.

Przez ostat­nie ty­go­dnie stop­nio­wo na­bie­rał prze­ko­na­nia, że ni­g­dy nie wy­do­sta­nie się z celi. Nikt, kto mógł mu po­móc, nie wie­dział na­wet, że tam jest. Są­dził, że umrze w Playa Ne­gra, za­po­mnia­ny, a jego cia­ło, po­dob­nie jak wie­le in­nych, rzu­cą re­ki­nom na po­żar­cie. Nie bar­dzo mógł uwie­rzyć, że żyje i jest wol­ny.

Do­zor­ca wy­pu­ścił ich przez ciem­ną piw­ni­cę, w któ­rej ulo­ko­wa­no sale tor­tur, bez sło­wa mi­ja­jąc ochla­pa­ne krwią ścia­ny oraz miej­sce, gdzie zwa­la­no śmie­ci, a tak­że cia­ła tych, któ­rzy po­mar­li w ce­lach.

Ja­eger nie po­tra­fił so­bie wy­obra­zić, ja­kie­go tar­gu do­bił Raff, żeby pu­ści­li go wol­no. Z Playa Ne­gra nie wy­pusz­cza­li ni­ko­go.

Ni­g­dy, ni­ko­go.

– Jak mnie zna­la­złeś? – Ja­eger prze­rwał mil­cze­nie.

Raff wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie było ła­two. Po­trze­ba było kil­ku z nas: Fe­aneya, Car­so­na, mnie. – Za­śmiał się. – Cie­szysz się, że nam się chcia­ło?

Ja­eger mach­nął ręką.

– Aku­rat za­czy­na­łem za­przy­jaź­niać się z ma­jo­rem Mojo. Przy­jem­nia­czek. Z ro­dza­ju tych, co to na pew­no chciał­byś go oże­nić z wła­sną sio­strą. – Spoj­rzał na wiel­kie­go Ma­ory­sa. – Ale jak na­praw­dę mnie zna­la­złeś? I cze­mu…

– Za­wsze mo­żesz na mnie li­czyć, ko­le­go. Poza tym… – Na ob­li­cze Raf­fa padł cień. – Je­steś po­trzeb­ny w Lon­dy­nie, do wy­ko­na­nia mi­sji. Obaj je­ste­śmy po­trzeb­ni.

– Ja­kiej mi­sji?

Raff spo­chmur­niał jesz­cze bar­dziej.

– Wy­ja­śnię ci wię­cej, gdy już się stąd wy­rwie­my, bo do tego cza­su nie ma co roz­ma­wiać o żad­nym za­da­niu.

Ja­eger po­cią­gnął łyk wody. Zim­nej, czy­stej, bu­tel­ko­wa­nej – sma­ko­wa­ła jak słod­ki nek­tar po tym, co mu­siał pić w Playa Ne­gra, żeby prze­żyć.

– I co te­raz? Wy­cią­gną­łeś mnie z pier­dla, ale to nie zna­czy, że wy­do­sta­li­śmy się z Pie­kiel­nej Wy­spy – tak ją tu na­zy­wa­ją.

– Obi­ło mi się o uszy. Umó­wi­łem się z ma­jo­rem Mojo, że do­sta­nie trze­cią część za­pła­ty, gdy już obaj bę­dzie­my le­cieć do Lon­dy­nu. Tyle że on ma inny plan – zgar­nie nas na lot­ni­sku, przy­go­tu­je tam ko­mi­tet po­wi­tal­ny. Po­wie, że wy­rwa­łem cię z ki­cia, ale nas zła­pał. Dzię­ki temu do­sta­nie kasę dwa razy – jed­ną od nas, dru­gą od pre­zy­den­ta.

Ja­eger wzdry­gnął się. To wła­śnie z roz­ka­zu pre­zy­den­ta Ho­no­re Cham­ba­ry tra­fił do wię­zie­nia. Ja­kiś mie­siąc temu do­szło do pró­by za­ma­chu sta­nu. Na­jem­ni­cy opa­no­wa­li część kon­ty­nen­tal­ną Gwi­nei Rów­ni­ko­wej, tę, któ­ra le­ża­ła po dru­giej stro­nie Za­to­ki Gwi­nej­skiej – w rę­kach pre­zy­den­ta po­zo­sta­ła wy­spa Bio­ko ze sto­li­cą kra­ju.

W re­zul­ta­cie Cham­ba­ra aresz­to­wał wszyst­kich (nie­licz­nych zresz­tą) cu­dzo­ziem­ców na Bio­ko, a wśród nich Ja­ege­ra. Na nie­szczę­ście, pod­czas re­wi­zji w jego kwa­te­rze zna­le­zio­no jed­ną czy dwie pa­miąt­ki z żoł­nier­skich cza­sów.

Jak tyl­ko Cham­ba­ra o tym usły­szał, uznał, że Ja­eger mu­siał brać udział w pu­czu i był wtycz­ką za­ma­chow­ców. A nie był. Sie­dział tu, na Bio­ko, z in­nych – w do­dat­ku zu­peł­nie nie­win­nych po­wo­dów, ale Cham­ba­ra nie uwie­rzył. Ja­ege­ra wtrą­co­no więc do Playa Ne­gra, gdzie ma­jor Mojo sta­rał się z ca­łych sił, żeby go zła­mać i zmu­sić do przy­zna­nia się do rze­ko­mej winy. Za­ło­żył oku­la­ry.

– Masz ra­cję. W ży­ciu nie wy­do­sta­nie­my się stąd przez lot­ni­sko. Masz plan B?

Raff zer­k­nął na nie­go.

– Z tego, co sły­sza­łem, pra­co­wa­łeś tu jako na­uczy­ciel. Uczy­łeś an­giel­skie­go w wio­sce, na pół­no­cy wy­spy. Zło­ży­łem im wi­zy­tę. Wie­lu ry­ba­ków mó­wi­ło, że je­steś naj­lep­szym, co im się przy­tra­fi­ło, że uczy­łeś dzie­ci czy­tać i pi­sać. To wię­cej, niż pre­zy­dent zro­bił dla nich w cią­gu ca­łych swo­ich rzą­dów. – Za­wie­sił głos. – Przy­go­to­wa­li pi­ro­gę, że­by­śmy mo­gli do­stać się do Ni­ge­rii.

Ja­eger za­sta­no­wił się przez chwi­lę. Spę­dził na Bio­ko pra­wie trzy lata i do­brze po­znał tu­tej­sze osa­dy ry­bac­kie. Prze­pły­nię­cie Za­to­ki Gwi­nej­skiej pi­ro­gą było wy­ko­nal­ne.

– To trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów, czy coś koło tego – oce­nił. – Ry­ba­cy ro­bią to od cza­su do cza­su, gdy po­go­da do­pi­su­je. Masz mapę?

Raff wska­zał na małą tor­bę u stóp ko­le­gi. Ja­eger się­gnął po nią, sy­cząc z bólu, i przej­rzał za­war­tość. Zna­lazł mapę, roz­ło­żył ją i prze­stu­dio­wał. Bio­ko le­ża­ło w sa­mym środ­ku zgię­cia „pa­chy” Afry­ki – mała wy­spa po­ro­śnię­ta gę­stą dżun­glą, dłu­ga na nie wię­cej niż sto ki­lo­me­trów i sze­ro­ka na pięć­dzie­siąt. Naj­bli­żej był Ka­me­run, a nie­co da­lej i bar­dziej na pół­noc Ni­ge­ria. Na­to­miast do­bre dwie­ście ki­lo­me­trów na po­łu­dnie znaj­do­wa­ło się to, co jesz­cze do nie­daw­na było dru­gą po­ło­wą kró­le­stwa pre­zy­den­ta Cham­ba­ry – kon­ty­nen­tal­na część Gwi­nei Rów­ni­ko­wej – te­raz opa­no­wa­na przez pu­czy­stów.

– Ka­me­run jest naj­bli­żej – za­uwa­żył Ja­eger.

– Ka­me­run? Ni­ge­ria? – Raff wzru­szył ra­mio­na­mi. – Ja­kie to ma zna­cze­nie, w tej chwi­li wszę­dzie le­piej niż tu­taj.

– Ile zo­sta­ło do zmro­ku? – za­py­tał Ja­eger. Ze­ga­rek za­bra­li mu sie­pa­cze Cham­ba­ry, zresz­tą na dłu­go przed tym, za­nim za­cią­gnę­li go do celi w Playa Ne­gra. – Pod osło­ną nocy może nam się udać.

– Sześć go­dzin. Daję ci naj­wy­żej go­dzi­nę w ho­te­lu. Zmy­jesz z sie­bie to gów­no i wy­żło­piesz tyle wody, ile zdo­łasz – bo za cho­le­rę nie dasz rady, je­śli się nie na­wod­nisz. Jak mó­wi­łem, cze­ka nas dłu­gi dzień.

– Mojo wie, w któ­rym ho­te­lu się za­trzy­ma­łeś?

Raff prych­nął.

– Nie ma sen­su się kryć. Na wy­spie tej wiel­ko­ści wszy­scy wie­dzą o wszyst­kim. W su­mie tro­chę przy­po­mi­na mi to dom… – Jego zęby za­lśni­ły w słoń­cu. – Mojo nie bę­dzie nam się na­przy­krzał jesz­cze przez do­brych kil­ka go­dzin, bę­dzie spraw­dzał, czy pie­nią­dze do­szły – a do tego cza­su już daw­no się stąd zwi­nie­my.

Ja­eger na­pił się wody, wmu­sza­jąc łyk za ły­kiem w wy­schnię­te gar­dło. Pro­blem w tym, że jego żo­łą­dek skur­czył się do roz­mia­rów orze­cha. Je­śli nie za­ka­to­wa­li­by go na śmierć, dość szyb­ko wy­koń­czył­by go głód.

– Uczy­łeś dzie­ci. – Raff uśmiech­nął się po­ro­zu­mie­waw­czo. – No do­bra, po­wiedz, co ro­bi­łeś na­praw­dę?

– Uczy­łem dzie­ci.

– Ja­sne. Uczy­łeś dzie­ci. I nie mia­łeś nic a nic wspól­ne­go z pu­czem?

– Pre­zy­dent cią­gle py­tał o to samo. Kie­dy na chwi­lę prze­sta­wa­li mnie bić. Wi­dzę, że mógł­byś mu się przy­dać.

– Okej, uczy­łeś dzie­ci. An­giel­skie­go. W ry­bac­kiej wio­sce.

– Uczy­łem. – Ja­eger wyj­rzał przez okno, a uśmiech znik­nął z jego twa­rzy. – Poza tym, je­śli już mu­sisz wie­dzieć, chcia­łem się gdzieś ukryć. Prze­my­śleć to i owo. Bio­ko – za­du­pie na koń­cu świa­ta. Ni­g­dy bym nie przy­pusz­czał, że ktoś mnie tu znaj­dzie. – Za­wie­sił głos. – Udo­wod­ni­łeś, że się my­li­łem.

Krót­ki przy­sta­nek w ho­te­lu bar­dzo do­brze mu zro­bił. Wy­ką­pał się. Trzy razy. Za trze­cim po­dej­ściem woda ucho­dzą­ca do od­pły­wu była już w mia­rę czy­sta. Wmu­sił w sie­bie tro­chę soli na­wad­nia­ją­cych. Przy­strzygł bro­dę za­pusz­cza­ną od pię­ciu ty­go­dni, ale na go­le­nie nie miał cza­su.

Obej­rzał się w po­szu­ki­wa­niu zła­mań – ja­kimś cu­dem, chy­ba było ich nie­wie­le. Miał trzy­dzie­ści osiem lat i dbał o kon­dy­cję, rów­nież pod­czas po­by­tu na wy­spie. Wcze­śniej spę­dził de­ka­dę w eli­tar­nej jed­no­st­ce – gdy wrzu­ca­li go do celi, był w za­sa­dzie w szczy­to­wej for­mie. Może dla­te­go wy­szedł z Playa Ne­gra w mia­rę bez szwan­ku. Przy­pusz­czał, że ma kil­ka zła­ma­nych pal­ców u rąk i nóg. Nic, co by się nie za­go­iło.

Szyb­ko się prze­brał, a po­tem wsko­czy­li z Raf­fem do dżi­pa i ru­szy­li z Ma­la­bo na wschód, ku gę­ste­mu tro­pi­kal­ne­mu bu­szo­wi. Z po­cząt­ku Raff pro­wa­dził po­chy­lo­ny nad kie­row­ni­cą jak sta­rusz­ka – nie wię­cej niż pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Spraw­dzał, czy ktoś ich nie śle­dzi. Nie­licz­ni szczę­ścia­rze, któ­ry mie­li na Bio­ko auta, jeź­dzi­li jak sza­leń­cy, więc gdy­by ja­kiś ogon przy­cze­pił się do nich, rzu­cał­by się w oczy z od­le­gło­ści ki­lo­me­tra. Za­nim skrę­ci­li w wą­ską dro­gę grun­to­wą w kie­run­ku pół­noc­no-wschod­nie­go wy­brze­ża, było już ja­sne, że są sami.

Ma­jor Mojo mu­siał ob­sta­wiać, że będą kie­ro­wać się na lot­ni­sko. Teo­re­tycz­nie nie było zresz­tą in­ne­go spo­so­bu na wy­do­sta­nie się z wy­spy – o ile nie chcia­ło się na­ra­żać ży­cia wśród burz tro­pi­kal­nych i wy­głod­nia­łych re­ki­nów krą­żą­cych po oko­licz­nych wo­dach. Na­praw­dę nie­wie­lu się na to de­cy­do­wa­ło.

Rozdział 3

Wódz wio­ski Fer­nao, Ibra­him, wska­zał na pla­żę. Była na tyle bli­sko, że przez cien­kie ścia­ny cha­ty prze­ni­ka­ło echo wzbu­rzo­nych fal.

– Przy­go­to­wa­li­śmy pi­ro­gę, jest w niej woda i po­ży­wie­nie. – Wódz za­wie­sił głos i do­tknął ra­mie­nia Ja­ege­ra. – Ni­g­dy cię nie za­po­mni­my, zwłasz­cza dzie­ci.

– Dzię­ku­ję – od­parł Ja­eger. – Ja też was nie za­po­mnę. Na­wet nie wie­cie, jak wie­le mi ofia­ro­wa­li­ście, jak bar­dzo mi po­mo­gli­ście.

Wódz zer­k­nął na sto­ją­ce­go u jego boku mło­de­go, do­brze zbu­do­wa­ne­go męż­czy­znę. – Mój syn jest jed­nym z naj­lep­szych że­gla­rzy na Bio­ko… Na pew­no nie zgo­dzisz się, żeby moi lu­dzie prze­wieź­li was na dru­gą stro­nę? Wiesz, że chęt­nie to zro­bią.

Ja­eger po­krę­cił gło­wą.

– Kie­dy pre­zy­dent Cham­ba­ra zo­rien­tu­je się, że znik­ną­łem, bę­dzie się mścił. Tu­taj się że­gna­my, to je­dy­ne wyj­ście.

Wódz po­wstał.

– To były wspa­nia­łe trzy lata, Wil­lia­mie. In sza Al­lah3), prze­pły­nie­cie za­to­kę i do­trze­cie do domu. A pew­ne­go dnia, gdy ten prze­klę­ty Cham­ba­ra w koń­cu znik­nie, in sza Al­lah, wró­cisz tu i nas od­wie­dzisz.

3) Arab. „jeśli Allah pozwoli”

– In sza Al­lah – po­wtó­rzył Ja­eger. Uści­snął dło­nie wo­dza. – Chciał­bym, żeby tak się sta­ło.

Ja­eger przez chwi­lę spo­glą­dał na twa­rze ota­cza­ją­ce cha­tę. Dzie­ci. Po­kry­te py­łem, pół­na­gie – ale szczę­śli­we. Może wła­śnie tego na­uczy­ły go tu­tej­sze ma­lu­chy – co to zna­czy szczę­ście.

Skie­ro­wał oczy z po­wro­tem na wo­dza.

– Wy­ja­śnij im, w moim imie­niu, dla­cze­go od­sze­dłem, ale do­pie­ro, gdy już nas tu daw­no nie bę­dzie.

Wódz uśmiech­nął się.

– Wy­ja­śnię. A te­raz ru­szaj. Zro­bi­łeś tu wie­le do­bre­go. Idź z tą świa­do­mo­ścią i lek­kim ser­cem.

Ja­eger i Raff po­dą­ży­li w kie­run­ku pla­ży, prze­dzie­ra­jąc się przez po­szy­cie wy­jąt­ko­wo gę­ste­go gaju pal­mo­we­go. Im mniej lu­dzi za­uwa­ży uciecz­kę, tym mniej­sza szan­sa, że spo­tka­ją ich ja­kieś re­pre­sje.

Raff prze­rwał mil­cze­nie. Wi­dział, jak bar­dzo przy­ja­ciel cier­pi, opusz­cza­jąc swo­ich pod­opiecz­nych.

– In sza Al­lah? – za­py­tał z za­in­te­re­so­wa­niem. – Ci wie­śnia­cy to mu­zuł­ma­nie?

– Tak. I wiesz co? To jed­ni z naj­bar­dziej życz­li­wych lu­dzi, ja­kich w ży­ciu spo­tka­łem.

Raff przyj­rzał mu się uważ­nie.

– Trzy lata w sa­mot­no­ści na Bio­ko, i niech mnie dia­bli, je­śli wiel­kie­mu twar­dzie­lo­wi Ja­ege­ro­wi nie zmię­kło ser­ce.

Ja­eger po­słał przy­ja­cie­lo­wi gorz­ki uśmiech. Może Raff miał ra­cję, może fak­tycz­nie zro­bił się ckli­wy.

Zbli­ża­li się do nie­ska­zi­tel­nie bia­łe­go pia­sku na pla­ży, gdy pod­bie­gła do nich sa­pią­ca fi­gur­ka. Bosy chło­pak, nie wię­cej niż ośmio­let­ni, pół­na­gi, ubra­ny je­dy­nie w po­strzę­pio­ne szor­ty, nie mógł zła­pać tchu. Jego mina wy­ra­ża­ła pa­ni­kę gra­ni­czą­cą z prze­ra­że­niem.

– Pro­szę pana, pro­szę pana! – Chwy­cił dłoń Ja­ege­ra. – Idą tu. Lu­dzie pre­zy­den­ta Cham­ba­ry. Mój oj­ciec… ktoś ostrzegł przez ra­dio. Idą tu! Żeby pana zna­leźć! Za­brać z po­wro­tem!

Ja­eger przy­klęk­nął i zna­lazł się na wy­so­ko­ści oczu chłop­ca.

– Mały Mo, słu­chaj: nikt mnie nie za­bie­rze. – Zdjął pod­rób­ki oakley­ów i wci­snął je w ręce dziec­ka. Zmierz­wił jego za­ku­rzo­ne, sztyw­ne wło­sy. – Zo­bacz­my, czy ci pa­su­ją – za­chę­cił mal­ca.

Chłop­czyk na­ło­żył oku­la­ry na nos. Były tak duże, że mu­siał je przy­trzy­mać.

Ja­eger uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Ko­le­go! Wy­glą­dasz za­bój­czo! Ale nie po­ka­zuj się w nich, przy­naj­mniej do­pó­ki lu­dzie Cham­ba­ry nie odej­dą. A te­raz bie­gnij. Wra­caj do ojca, ni­g­dzie nie wy­chodź. I po­dzię­kuj mu za ostrze­że­nie.

Dziec­ko po raz ostat­ni przy­tu­li­ło Ja­ege­ra, wy­raź­nie nie­chęt­nie się z nim że­gna­jąc, i od­bie­gło. Oczy wy­peł­nia­ły mu łzy.

Ja­eger i Raff wto­pi­li się w po­bli­skie za­ro­śla. Przy­kuc­nę­li ni­sko, na od­le­głość szep­tu. Ja­eger chwy­cił nad­gar­stek Raf­fa, by spraw­dzić czas.

– Ja­kieś dwie go­dzi­ny do zmierz­chu – mruk­nął. – Dwie opcje… Albo ucie­ka­my te­raz, w świe­tle dnia, albo kry­je­my się i prze­kra­da­my po nocy. O ile znam Cham­ba­rę, każe ło­dziom pa­tro­lo­wym krą­żyć po oce­anie, nie li­cząc oczy­wi­ście sił, któ­re wy­śle pro­sto do wio­ski. Ło­dzią z Ma­la­bo pły­nie się nie wię­cej niż czter­dzie­ści mi­nut – le­d­wo wy­ru­szy­my, a już będą sie­dzieć nam na ogo­nie. Co ozna­cza… że nie mamy wy­bo­ru. Cze­ka­my do zmro­ku.

Raff przy­tak­nął.

– Sta­ry, by­łeś tu trzy lata. Znasz to miej­sce. Mu­si­my się gdzieś ukryć, gdzie ni­ko­mu nie przyj­dzie do gło­wy nas szu­kać.

Ja­eger ro­zej­rzał się wo­kół, za­trzy­mu­jąc wzrok na ciem­nej i zło­wro­go wy­glą­da­ją­cej ro­ślin­no­ści na dru­gim koń­cu pla­ży.

– Ba­gno na­mo­rzy­no­we. Węże, kro­ko­dy­le, ko­ma­ry, skor­pio­ny, pi­jaw­ki i cho­ler­ne błoc­ko po pas. Ostat­nie miej­sce, w któ­rym kto­kol­wiek o zdro­wych zmy­słach chciał­by się skryć.

Raff po­grze­bał głę­bo­ko w kie­sze­ni, wy­cią­gnął spe­cy­ficz­nie wy­glą­da­ją­cy nóż i po­dał Ja­ege­ro­wi – Trzy­maj go pod ręką, na wszel­ki wy­pa­dek.

Ja­eger roz­ło­żył nóż i prze­cią­gnął pal­ca­mi po trzy­na­sto­cen­ty­me­tro­wym, czę­ścio­wo ząb­ko­wa­nym ostrzu, spraw­dza­jąc jego ostrość.

– Ko­lej­na pod­ró­ba?

Raff spoj­rzał na nie­go wil­kiem.

– Na bro­ni nie oszczę­dzam.

– Lu­dzie Cham­ba­ry są już w dro­dze – pod­su­mo­wał Ja­eger – z pew­no­ścią otrzy­ma­li roz­kaz, żeby za­cią­gnąć nas z po­wro­tem do Playa Ne­gra. A my mamy je­den nóż…

Raff roz­ło­żył dru­gie, iden­tycz­ne ostrze.

– Wierz mi, to i tak cud, że prze­my­ci­łem je przez tu­tej­sze lot­ni­sko.

Ja­eger uśmiech­nął się po­nu­ro.

– No do­bra, mamy po jed­nym nożu – nikt nam nie pod­sko­czy.

Prze­mknę­li przez gaj pal­mo­wy w stro­nę od­le­głych mo­kra­deł.

Z ze­wnątrz la­bi­rynt dzi­kich, splą­ta­nych ko­rze­ni i ga­łę­zi wy­da­wał się nie do prze­by­cia. Nie­wzru­szo­ny tym Raff za­czął się czoł­gać na brzu­chu i przeć przed sie­bie, prze­śli­zgu­jąc i prze­ci­ska­jąc się przez ja­kieś szcze­li­ny, a nie­do­strze­gal­ne w ciem­no­ści stwo­rze­nia usu­wa­ły mu się z dro­gi. Za­trzy­mał się po do­brych dwu­dzie­stu me­trach; Ja­eger pełzł tuż za nim.

Jesz­cze kie­dy byli na pla­ży, Ja­eger chwy­cił ja­kieś sta­re li­ście pal­mo­we i prze­mknął ty­łem przez pia­sek, za­cie­ra­jąc od­ci­ski stóp. Kie­dy po­now­nie za­pa­dał głę­bo­ko w na­mo­rzy­ny, po ich przej­ściu nie po­zo­stał ża­den ślad.

Po­tem obaj za­nu­rzy­li się w pa­skud­nie śmier­dzą­ce, czar­ne bło­to mo­kra­deł. Je­dy­nie gło­wy wy­sta­wa­ły im po­nad po­wierzch­nię, ale na­wet je po­kry­wa­ła gru­ba war­stwa bło­ta i bru­du. Tyl­ko biel oczu wy­róż­nia­ła ich z oto­cze­nia. Ja­eger czuł, jak wszę­dzie wo­kół ciem­na po­wierzch­nia mo­kra­deł kipi i roi się od zwie­rząt.

– Pra­wie tę­sk­nię za Playa Ne­gra – mruk­nął.

Raff burk­nął po­ta­ku­ją­co, bły­ska­jąc zę­ba­mi – je­dy­nie one zdra­dza­ły jego po­zy­cję.

Oczy Ja­ege­ra błą­dzi­ły po splą­ta­nych uko­śnie ro­śli­nach two­rzą­cych nad ich gło­wa­mi zbi­te skle­pie­nie, jak w go­tyc­kiej ka­te­drze. Na­wet naj­więk­sze na­mo­rzy­ny nie były grub­sze niż ludz­ki nad­gar­stek, a wy­ra­sta­ły na wy­so­kość nie­co po­nad sze­ściu me­trów. W miej­scach, gdzie ko­rze­nie wy­sta­wa­ły z bło­ta i gdzie co­dzien­nie ob­my­wa­ły je pły­wy, uno­si­ły się one pro­sto w górę na do­bre pół­to­ra me­tra lub wię­cej.

Raff zła­pał je­den na­mo­rzyn i prze­pi­ło­wał go przy zie­mi ząb­ko­wa­nym ostrzem. Dru­gie na­cię­cie zro­bił na wy­so­ko­ści nie­co po­nad me­tra, po­da­jąc ka­wa­łek drew­na Ja­ege­ro­wi.

Ten po­słał mu py­ta­ją­ce spoj­rze­nie.

– Krav maga – mruk­nął Raff. – Za­ję­cia z wal­ki na kije u ka­pra­la Car­te­ra. Mówi ci to coś?

Ja­eger uśmiech­nął się. Jak mógł­by za­po­mnieć? Wziął nóż i za­czął ostrzyć je­den ko­niec twar­de­go, wy­trzy­ma­łe­go drew­na, two­rząc czu­bek w kształ­cie strza­ły. Krót­ka, ostra dzi­da prze­zna­czo­na do pchnięć po­wo­li na­bie­ra­ła kształ­tu.

Ka­pral Car­ter do­sko­na­le wła­dał wsze­la­ką bro­nią, nie wspo­mi­na­jąc o jego umie­jęt­no­ściach w za­kre­sie wal­ki wręcz. Ra­zem z Raf­fem szko­li­li jed­nost­kę Ja­ege­ra w krav ma­dze, sztu­ce sa­mo­obro­ny z ele­men­ta­mi kung-fu, wy­wo­dzą­cej się z Izra­ela, któ­ra uczy­ła tego, jak prze­żyć w sy­tu­acjach, ja­kie może zgo­to­wać praw­dzi­we ży­cie. W od­róż­nie­niu od więk­szo­ści sztuk wal­ki, w krav ma­dze cho­dzi­ło o jak naj­szyb­sze za­koń­cze­nie star­cia po­przez za­da­nie prze­ciw­ni­ko­wi mak­sy­mal­nych ob­ra­żeń. Ob­ra­żeń na­rzą­dów we­wnętrz­nych – jak za­wsze ma­wiał Car­ter – ta­kich, któ­re z za­ło­że­nia mia­ły być śmier­tel­ne. Nie obo­wią­zy­wa­ły żad­ne za­sa­dy, a wszyst­kie cio­sy po­win­ny tra­fiać w naj­wraż­liw­sze czę­ści cia­ła – oczy, nos, szy­ję, kro­cze i ko­la­no. Byle moc­no.

Pod­sta­wo­we re­gu­ły krav magi to szyb­kość, agre­sja, za­sko­cze­nie, a tak­że za­sa­da: uderz pierw­szy i zrób broń z ni­cze­go. Wal­czy­ło się tym, co aku­rat na­wi­nę­ło się pod rękę – de­ska­mi, prę­ta­mi, a choć­by i roz­bi­ty­mi bu­tel­ka­mi. Albo za­ostrzo­nym drew­nia­nym koł­kiem zro­bio­nym z ko­rze­nia na­mo­rzy­no­we­go.

Lu­dzie Cham­ba­ry zja­wi­li się tuż przed zmierz­chem.

W jed­nej cię­ża­rów­ce…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej