Losy Tearlingu - Erika Johansen - ebook
Opis

Emocjonujące zakończenie bestsellerowej trylogii.
W niespełna rok Kelsea Glynn z niedoświadczonej nastolatki zmieniła się w potężną władczynię. Jako królowa Tearlingu zyskała uznanie, a dzięki uporowi, wizjonerstwu i zdolnościom przywódczym dokonała ważnych zmian w królestwie. Za cel obrała wyeliminowanie korupcji i przywrócenie rządów sprawiedliwości, przez co przysporzyła sobie wielu wrogów – jest wśród nich niegodziwa Szkarłatna Królowa, jej najbardziej zaciekła rywalka, która wprowadziła swoją armię do Tearlingu.
Kelsea postanowiła uchronić swój lud przed niszczycielskim najazdem i zrobiła coś niebywałego – oddała w ręce wroga i siebie, i swoje magiczne szafiry, a na regenta Tearlingu powołała Buławę, zaufanego przywódcę Straży Królowej. Ale Buława nie spocznie, dopóki wraz ze swoimi ludźmi nie uwolni władczyni, która została uwięziona w Mortmesne.
Teraz, gdy rozpoczyna się pełna napięcia ostateczna rozgrywka, w końcu poznamy losy królowej Kelsea oraz całego Tearlingu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 583

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Erika Johansen

Losy Tearlingu

Przełożyła Izabella Mazurek

Kraków 2017

Tytuł oryginału

THE FATE OF THE TEARLING

Copyright © 2016 by Erika Johansen. All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Izabella Mazurek, 2017

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2017

Jacket design by Sarah Whittaker/TW

Cover photography by Steve Bronstein/Getty Images

Map by Nick Springer Cartographics, LLC

Opracowanie redakcyjne i DTP

Pracownia Edytorska „Od A do Z” (oda-doz.pl)

Redakcja

Katarzyna Kolowca-Chmura

Korekta

Katarzyna Kierejsza

DTP i opracowanie okładki

Stefan Łaskawiec

Opracowanie wersji elektronicznej

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN 978-83-65534-48-4

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

biuro@galeriaksiazki.pl

Dla Shane’a, który nigdy nie każe mi udawać kogoś, kim nie jestem

Sierota

Glace-Vert było stracone na długo przed objęciem władzy przez Szkarłatną Królową. Była to zapomniana tajga leżąca w cieniu gór Fairwitch, na której kamienistych równinach tylko gdzieniegdzie widać było resztki traw, a położone tam nieliczne wioski były raczej skupiskami chat wśród bagien. Niewielu zapuszczało się na północ od Cite Marche, chyba że nie mieli innego wyjścia. Życie na równinach było twarde. Każdego lata tamtejsi chłopi mdleli z gorąca, a każdej zimy drętwieli z zimna i głodowali.

Jednak tego roku mieli nowy powód do strachu. Zziębnięte wioski zostały szczelnie ogrodzone, a za tymi ogrodzeniami strażnicy – wyglądający niczym własne cienie – czuwali bez snu z nożami na kolanach. Chmury przesłoniły księżyc, choć jeszcze nie zwiastowały zimowych śniegów w tej okolicy. U podnóża gór słychać było wycie wilków, które w niezrozumiałym języku ubolewały nad niedostatkiem pożywienia. Wkrótce desperacja popchnie watahy na południe, do borów, gdzie zaczną polować na wiewiórki i gronostaje, a czasem na małe dzieci, które nierozsądnie zapuszczą się w zimowy las. Teraz jednak, ni z tego, ni z owego, dziesięć po drugiej wilki zamilkły. W Glace-Vert słychać było jedynie zawodzenie wiatru.

W cieniu u podnóża gór poruszyła się czarna postać człowieka wspinającego się na strome zbocze. Szedł pewnie, lecz ostrożnie, jak gdyby spodziewał się zagrożenia. Pomijając przyśpieszony, płytki oddech, mężczyzna był niewidoczny – niczym zwyczajny cień wśród skał. Przebył Zagajnik Ethana, zatrzymawszy się tam na dwa dni, po czym ruszył na północ. W trakcie pobytu w wios­ce zasłyszał mnóstwo opowieści o pladze, która prześladowała jej mieszkańców: nocami ktoś porywał młodych. W wyższych partiach gór temu komuś już dawno nadano imię: nazywano go Sierotą. Na terenach Glace-Vert wcześniej nikt nie musiał się tym martwić, teraz jednak dzieci znikały w miejscach położonych coraz dalej na południe. Po dwóch dniach mężczyzna miał już dość opowieści. Mieszkańcy wioski nazywali to stworzenie Sierotą, ale on znał jego prawdziwe imię i choć był szybki jak gazela, nie był w stanie uciec przed poczuciem odpowiedzialności.

Jest wolny, pomyślał ponuro Duch, przedzierając się przez cierniste krzewy na zboczu. Nie skończyłem z nim, kiedy miałem okazję, a teraz jest wolny.

Ta świadomość nie dawała mu spokoju. Przez wiele lat ignorował obecność Rowa Finna w górach Fairwitch, bo Row był pod kontrolą. Każdego roku znikało jakieś dziecko – to prawdziwe nieszczęście, ale wokół działy się gorsze rzeczy, z którymi trzeba było sobie poradzić. Na przykład z Tearlingu za przyzwoleniem władz co miesiąc znikało pięćdziesięcioro. Nawet przed nastaniem odrażających czasów zsyłki Tearling zawsze był jak nieobliczalne dziecko wymagające nieustannej opieki. Raleighowie zachowywali się albo obojętnie, albo drapieżnie, szlachta walczyła o najmniejsze drobiazgi, a ludzie głodowali. Przez trzy długie stulecia Duch patrzył, jak marzenie Williama Teara grzęźnie w coraz głębszym bagnie. Żaden z mieszkańców Tearlingu nie dostrzegał już lepszego świata Teara, a tym bardziej nie miał w sobie odwagi, by go szukać. Wiedzieli tylko Duch i jego ludzie; tylko oni pamiętali. Nie postarzeli się, nie umarli. Duch zaczął kraść dla zabawy. Dręczenie tych najgorszych z rodu Raleighów sprawiało mu pewną przyjemność. Dla zabicia czasu obserwował potomków Teara, usiłując przekonać samego siebie, że to może mieć jakieś znaczenie. Łatwo było ich odróżnić, gdyż prędzej czy później wykazywali określone cechy: uczciwość, inteligencję i niezłomną stanowczość. Niektórych ­Tearów powieszono za zdradę, ale nawet kiedy mieli pętlę na szyi, otaczała ich charakterystyczna dla rodu subtelna aura szlachetności. Duch potrafił rozpoznać tę szlachetność – taka sama aura otaczała Williama Teara. Ten magnetyzm przekonał niemal dwa tysiące ludzi, by ruszyli za nim w nieznane przez ocean. Nawet ta suka z Mort, choć niedoskonała, miała w sobie odrobinę tego czaru. Ale Szkarłatna Królowa nie miała dzieci. Duch długo był przekonany, że ród Tearów przepadł.

A potem pojawiła się dziewczyna.

Duch syknął, gdy cierń ukłuł go w palec. Skóra pozostała nienaruszona – nie krwawił od wieków. Wielokrotnie próbował ze sobą skończyć, ale uznał, że to na nic. I on, i Row zostali ukarani, ale teraz wiedział, że był ślepy. Rowland Finn ani przez chwilę nie przestał knuć. On też wyczekiwał tej dziewczyny.

Była pierwszą z rodu Raleighów, która nie wychowała się w twierdzy. Duch często ją obserwował; pojawiał się przy chacie w wolnych chwilach, a czasem nawet gdy miał co robić. Z początku nie był w stanie wiele powiedzieć. Kelsea Raleigh była cichym, samokrytycznym dzieckiem. Edukował ją przede wszystkim ten stary babsztyl lady Glynn, ale Duch odnosił wrażenie, że osobowość dziewczyny jest po cichu, lecz niezaprzeczalnie kształtowana przez Bartholemew, dawnego członka Straży Królewskiej. W miarę jak dziewczyna dorastała, otaczała się książkami i właśnie to ostatecznie przekonało Ducha, że jest warta szczególnej uwagi. Jego wspomnienia o Tearach nieustannie bledły, matowiały i zacierały się. Ale jedno pamiętał: Tearowie zawsze kochali książki. Pewnego dnia obserwował dziewczynę, gdy siedziała przed chatą pod drzewem i przez cztery czy pięć godzin przeczytała od deski do deski opasłe tomisko. Duch ukrywał się w lesie jakieś trzydzieści stóp dalej, ale potrafił stwierdzić, że ktoś jest czymś pochłonięty. Mógłby podkraść się wtedy bliżej, usiąść naprzeciwko i nawet by go nie zauważyła. Teraz już wiedział, że była jak wszyscy Tearowie. Życie wokół niej było dla niej tak samo ważne jak życie wewnętrzne.

Od tej pory w pobliżu chaty zawsze był któryś z jego ludzi. Jeśli jakiś przybysz wykazywał zbyt duże zainteresowanie jej mieszkańcami – a kilka razy Bartholemew był śledzony, kiedy wracał z targu – nikt już nigdy o nim nie usłyszał. Duch nawet nie był w stanie stwierdzić, dlaczego tak bardzo się starał. Po prostu miał przeczucie, a William Tear od początku wbijał im do głowy, że przeczucia to nie wymysł, dlatego należy im ufać. Duch czuł, że dziewczyna jest inna. Ważna.

„Może jest potomkinią Teara”, pewnej nocy powiedział swoim ludziom przy ognisku. „Może”.

Istniała taka możliwość. W straży Elyssy było kilku mężczyzn, których pochodzenia nie znał. Bez względu na wszystko dziewczynę należało obserwować. Z biegiem lat Duch nieco zmienił taktykę. Gdy tylko z poczynań Thomasa Raleigha dało się wywnioskować, że zawiązał sojusz z którymś z potężnych arystokratów Tearu, Duch skupiał całą swoją uwagę na tym arystokracie, rabował wozy i składy, kradł zbiory i znikał w ciemności. Kiedy już dostatecznie złupił takiego szlachcica pod okiem Thomasa, wszelkie potencjalne sojusze szybko przepadały. Jednocześnie Duch zaczął budować swoje zaplecze w Mortmesne, tuż pod nosem Szkarłatnej Królowej. Wiedział, że jeśli dziewczyna zasiądzie na tronie, jej pierwszym sprawdzianem będzie rozprawienie się ze zsyłką. Mortmesne stało otworem przed każdym, kto wiedział, jak wykorzystać niepokoje społeczne, a po latach wytrwałych starań szykował się solidny bunt. Przez lata Duch miał tyle rzeczy na głowie, że pozwolił, by Row Finn mu się wyślizgnął.

Nagle wśród skał pojawiła się jakaś sylwetka i Duch się zatrzymał. Każdy pomyślałby, że to tylko ciemny kształt, ale Duch, który miał talent do widzenia w ciemności, rozpoznał w nim dziecko, pięcio- lub sześcioletniego chłopca. Miał na sobie łachmany i był blady z zimna. Spojrzenie jego ciemnych oczu było nieprzeniknione. Szedł boso.

Duch na chwilę utkwił w nim wzrok, a widok mroził go do szpiku kości.

Nie skończyłem z nim, gdy mogłem to zrobić.

Chłopiec rzucił się naprzód, a Duch prychnął na niego jak kot. Oczy dziecka zapłonęły z wyczekiwania, zamgliły się nagle i chłopiec wpatrzył się w Ducha nieprzytomnie.

– Mną się nie pożywisz – warknął Duch. – Idź po swojego pana.

Chłopiec wpatrywał się w niego jeszcze przez chwilę, po czym zniknął wśród skał. Duch zasłonił dłonią oczy i poczuł, jakby świat wokół niego zaczął krążyć niczym szalony, mroczny wir. Jego przekonanie wykrystalizowało się, gdy dziewczyna zniszczyła most Nowolondyński, lecz od tamtej pory nie opuszczały go wątpliwości. Była mortmesneńskim więźniem, a w ostatniej wiadomości Howell przekazał mu, że zamierzają przetransportować ją do Demesne. Prawdziwa Królowa w końcu przybyła, ale było za późno.

Coś schodziło po zboczu. Zaledwie smuga w ciemności, ale minęło wiele czasu, od kiedy ktoś zdołał podkraść się do Ducha. Stanął w gotowości i czekał. Ostatni raz rozmawiali ze sobą… właściwie kiedy? Ponad dwa stulecia temu, gdy na tronie zasiadał jeszcze James Raleigh. Duch chciał wtedy sprawdzić, czy Row jest w stanie go zabić. Co prawda spotkanie przerodziło się w ostrą bijatykę, ale żaden z nich nie uronił ani kropli krwi.

Byliśmy przyjaciółmi, nagle przypomniał sobie Duch. I to dobrymi.

Ale te dni przeminęły już kilka żywotów temu. Gdy czarny kształt przybrał postać mężczyzny, Duch zastygł w bezruchu. Mieszkańcy Fairwitch stworzyli mnóstwo legend na temat Sieroty, ale przynajmniej jedna z nich była prawdziwa. Powiadali, że ten stwór ma dwa oblicza: jasne i mroczne. Które Duch zobaczy dziś?

Jasne. Odwrócił się do niego twarzą, którą Duch znał. Była blada i despotyczna. A także przebiegła. Row zawsze potrafił każdego przegadać. Dawno temu namówił Ducha do podjęcia najgorszej decyzji w życiu. Patrzyli na siebie w milczeniu na tym wietrznym zboczu, a przed nimi rozciągało się całe Mortmesne.

– Czego chcesz? – spytał Row.

– Chcę wybić ci to z głowy. – Duch wskazał na stok poniżej. – Wiesz, ta droga, którą obrałeś, nie przyniesie niczego dobrego nawet tobie.

– Skąd wiesz, jaką drogę obrałem?

– Zmierzasz na południe, Row. Widziałem, jak twoi podopieczni podkradali się do osad poniżej Glace-Vert. Nie wiem, do czego zmierzasz, ale mieszkańcy mortmesneńskich wiosek nie mogą przecież w tym uczestniczyć. Może zostawisz ich w spokoju?

– Moje dzieci są głodne.

Duch wyczuł ruch po prawej stronie. Tym razem była to może dziesięcioletnia dziewczynka, która przysiadła na skale i przyglądała im się, nie mrugnąwszy okiem.

– Ile masz dzieci, Row?

– Wkrótce będę miał całe zastępy.

Duch zamarł, a mroczna otchłań, którą w sobie miał, otworzyła się nieco szerzej.

– I co wtedy?

Row nie odpowiedział, lecz szeroko się uśmiechnął. W tym uśmiechu nie było niczego ludzkiego, a Duch zwalczył pokusę, by się cofnąć.

– Już raz zrujnowałeś królestwo Teara, Row. Naprawdę musisz zrobić to jeszcze raz?

– Pomogłem zrujnować Ziemię Teara, przyjacielu. To było tak dawno, że zapomniałeś, czy po prostu sam siebie rozgrzeszasz?

– Czuję się odpowiedzialny za własne grzechy. Staram się je naprawić.

– I jak ci idzie? – Row wskazał ręką na ziemie leżące poniżej. – Mortmesne to otwarty ściek. Tearling nieustannie tonie.

– Nieprawda. Znalazł oparcie.

– W tej dziewczynie? – Row roześmiał się nieszczerze i posępnie. – Daj spokój, Gav. Dziewczyna ma po prostu lojalną świtę i dar do zjednywania sobie ludzi.

– Nie oszukasz mnie, Row. Ty też się jej obawiasz.

Row długo milczał, po czym spytał:

– Co tu robisz, Gav?

– Służę dziewczynie.

– Och! Czyli po raz kolejny postanowiłeś służyć innemu panu.

Zabolało, ale Duch nie dał się sprowokować.

– Ma twój szafir, Row. Ma szafir Teara, w jej żyłach płynie jego krew. Była tam.

Row zawahał się, lecz jego wzrok był nieprzenikniony.

– Gdzie była?

– W przeszłości. Widziała Lily, widziała Teara.

– Skąd wiesz?

– Powiedziała mi, a nie kłamie. To tylko kwestia czasu, że dotrze do Jonathana. I do nas.

Row nie odpowiedział. Błądził wzrokiem wśród skał. Duch, który wyczuł, że w końcu przebił się przez mur obojętności, przełknął gniew i postanowił przeć naprzód.

– Nie rozumiesz, że to wszystko zmieni?

– Nie zmieni niczego.

Duch westchnął. Zostawił dla siebie ostatnią informację, schował ją głęboko i postanowił wykorzystać w ostateczności. Byłaby to desperacka zagrywka, po której Row wyruszyłby na polowanie. Ale i czasy były desperackie. Królowa została jeńcem Mort, a Duch obawiał się, że pod jej nieobecność Tearling rozpadnie się bez względu na to, co zrobi Row.

– Ktoś widział koronę.

Row gwałtownie uniósł głowę, jak pies, który zwęszył coś w powietrzu.

– Koronę?

– Tak.

– Gdzie?

Duch nie odpowiedział.

– Skąd wiesz, że to nie korona Raleighów?

– Bo koronę Raleighów zniszczyłem wiele lat temu, żeby Thomas nigdy nie mógł jej włożyć. Mówię o prawdziwej koronie, Row.

– Mojej.

Duch zaczął tracić nadzieję. Kiedyś pomógł temu człowiekowi, w dodatku bardzo ochoczo. Obaj popełniali straszliwe zbrodnie, ale jedynie Duch za nie odpokutował. Row tylko brał i nie oglądał się za siebie. Przez chwilę Duch zastanawiał się, dlaczego w ogóle zadał sobie trud, żeby tu przyjść, ale odepchnął od siebie tę myśl i parł dalej.

– Row, gdybyśmy zdobyli tę koronę, moglibyśmy oddać ją dziewczynie i wszystko naprawić. Odkupić winy z przeszłości.

– Całe życie dręczą cię wyrzuty sumienia i zakładasz, że pozostali czują się tak samo. Nie próbuj mi wmówić, że mam sumienie. Jeżeli moja korona gdzieś tam jest, to ją odzyskam.

– I co potem? Żadne królestwo świata nie zmieni tego, co nam się przydarzyło.

– Och, teraz rozumiem. Myślisz, że dziewczyna może z tobą skończyć.

– Istnieje taka możliwość.

– Ale czy to zrobi? – Usta Rowa wykrzywiły się w złośliwym uśmiechu. – Łatwo ją rozszyfrować, a w dodatku zadurzyła się w tobie.

– Widzi we mnie tylko młodego przystojniaka.

– Po co w zasadzie tu przyszedłeś? – spytał Row, a gdy podszedł, Duch zauważył w jego oczach czerwony błysk. – Na co liczyłeś?

– Liczyłem na to, że dojdziemy do porozumienia. Pomóż mi znaleźć koronę. Pomóż mi naprawić Tearling. Nigdy nie jest za późno, Row. Nawet teraz.

– Za późno na co?

– Na odkupienie naszych win.

– Nie jestem niczemu winien! – syknął Row, a Duch z zadowoleniem stwierdził, że trafił w czuły punkt. – Po prostu chciałem, żeby było lepiej.

– A Katie?

– Powinieneś już iść. – Oczy Rowa płonęły, a jego twarz pobladła.

Przynajmniej wciąż ma uczucia, pomyślał Duch, a potem zdał sobie sprawę, jak niewiele to znaczyło. Na tym świecie nie istniały uczucia, które mogłyby przewyższyć głód Rowa.

– A jeśli nie odejdę?

– Naślę na ciebie moje dzieci.

Duch zerknął na dziewczynkę, która przysiadła na pobliskiej skale. Jej oczy płonęły niemal gorączkowo i chcąc nie chcąc, poczuł się nieswojo. Niezwykle zaniepokoiły go bose stopy dziecka i palce przyciśnięte do lodowatej skały, ale nie wiedział dlaczego.

– Czym one są, Row?

– Nigdy nie lubiłeś czytać, Gav. To prastara magia z czasów sprzed Przeprawy. Starsza nawet od Chrystusa. To pradawne stworzenia, ale poddają się mojej woli.

– I wypuszczasz je swobodnie na tereny Glace-Vert?

– Mają do tego takie samo prawo jak każde inne zwierzę.

To stwierdzenie tak bardzo pasowało do Rowa, że Duch niemal się roześmiał. Poczuł się, jakby znaleźli się znowu na brzegu Caddell – jeden miał czternaście, drugi piętnaście lat – i wędkowali.

– Odejdź. Natychmiast. – Row mówił niskim, zjadliwym głosem, a skórę miał tak bladą, jakby ktoś ją wybielił. – Nie wchodź mi w drogę.

– Bo co, Row? Pragnę śmierci.

– A pragniesz też śmierci innych? Dziewczyny?

Duch zawahał się, a Row się uśmiechnął.

– Uwolniła mnie, Gav. Zdjęła ze mnie klątwę. Nie jest mi już potrzebna. Jeżeli wejdziesz mi w drogę albo jeżeli ona wejdzie mi w drogę, to z nią skończę. To będzie najłatwiejsze zadanie w moim życiu.

– Row. – Nagle uderzył w błagalny ton. – Nie rób tego. Pomyśl o Jonathanie.

– Jonathan nie żyje, Gav. Pomogłeś mi go zabić.

Duch odchylił się i obrócił. Row wyleciał w powietrze i wpadł na pobliską skałę, ale Duch wiedział, że gdy Row wstanie, nie będzie nawet podrapany.

– Och, Gav – szepnął Row. – Myślałem, że przerabialiśmy to już dostatecznie wiele razy.

– A jednak za mało.

– Ty budujesz swój nowy świat, ja swój. Zobaczymy, kto zajdzie wyżej.

– A korona?

– Moja korona. Jeżeli gdzieś jest, to ją zdobędę.

Duch odwrócił się i potknął. Niemal przewrócił się na zboczu. Gdy uszedł dziesięć kroków, zdał sobie sprawę, że ma zamglony wzrok i wilgotne oczy. Przeszył go wiatr. Gdy myślał o Tearze, nie był w stanie powstrzymać łez, więc postanowił skoncentrować się na tym, co miał przed sobą.

Ksiądz zniknął ponad miesiąc temu, a ślady po nim zaczęły się zacierać. Ludzie Ducha znajdowali się na swoich posterunkach w północnym i środkowym Mortmesne, ale teraz będzie musiał część z nich wycofać. Leara, Morgana, może Howella. Duch wiele czasu poświęcił na zorganizowanie rebelii, która szalała właśnie w Mortmesne, ale korona była najważniejsza. Wszyscy będą musieli jej szukać. I jeszcze dziewczyna…

Poczuł czyjś wzrok na swoich plecach, odwrócił się i chłodny wiatr przeszył go jeszcze bardziej dojmująco, aż do szpiku kości. Na zboczu za jego plecami było pełno małych dzieci o bladych twarzach i ciemnych oczach. Były bose.

– O, Boże – mruknął. To była noc zjaw, a on usłyszał głos Jonathana Teara, odległy o całe stulecia, a jednak bardzo bliski.

„Nie zawiedziemy, Gav. Nie może być inaczej”.

– A jednak zawiedliśmy – wyszeptał Duch. – Dobry Boże, tak bardzo zawiedliśmy.

Odwrócił się i zaczął schodzić dalej, szybko i nieuważnie, niemal biegiem. Parę razy prawie stracił równowagę, ale jak najprędzej chciał znaleźć się na dole. Kiedy już tam dotarł, pobiegł jeszcze szybciej ku zagajnikowi, w którym wcześniej spętał konia.

Wysoko na stoku w milczeniu stały dzieci niczym szeroka fala pokrywająca zbocze. Oddychały spokojnie i chrapliwie, a odgłos ten odbijał się echem od skał, lecz z dziecięcych ust nie wydobywały się obłoczki pary. Row Finn stał na przedzie i obserwował maleńką postać w dole. Kiedyś nie było człowieka, którym byłoby łatwiej manipulować niż Gavinem. Te czasy dawno minęły i tamtego Gava już nie było, jego prawdziwa tożsamość zatopiła się w legendach o kimś, kogo nazywano Duchem. Ten człowiek mógłby narobić poważnych kłopotów, ale Row był dobrej myśli, gdy spoglądał na blady ocean otaczających go dzieci. Zawsze robiły to, co im kazał, i były wiecznie, nieustająco głodne. Czekały tylko na jego rozkaz.

– Korona – szepnął, czując, jak wzbiera w nim ekscytacja, którą odczuwał dawno temu. Rozpoczynało się polowanie, którego zwieńczeniem była obietnica krwi. Czekał na to niemal trzysta lat. – Ruszajcie.

Księga I

Rozdział 1Regent

Z perspektywy lat rządy regencyjne za czasów królowej Glynn w ogóle nie były rządami regencyjnymi. Rola regenta jest prosta: strzec tronu i chronić go przed uzurpatorami, którzy mogliby się pojawić pod nieobecność prawowitego władcy. Jako urodzony wojownik Buława wyjątkowo nadawał się na to stanowisko, ale pod skorupą żołnierza kryły się także przebiegły zmysł polityczny oraz – co bardziej zaskakujące – szczera wiara w wizję królowej Glynn. Po bezskutecznej drugiej inwazji Mortmesneńczyków regent nie czekał w milczeniu na powrót swojej pani. Zaprzągł swe znakomite talenty, by zrealizować jej wizję i zbudować jej Tearling.

Wczesna historia Tearlingu opowiedziana przez Merwiniana

Przez pewien czas Kelsea otwierała oczy za każdym razem, gdy wóz podskakiwał na wybojach. Był to równie dobry sposób jak inny, by odmierzać upływający czas, obserwować mignięcia zmieniającego się krajobrazu. Teraz jednak przestało padać, a w jaskrawym blasku słońca zaczęła ją boleć głowa. Kiedy kolejny wstrząs obudził ją z niekończącej się drzemki, usilnie starała się utrzymać zamknięte powieki, nasłuchując odgłosów kręcących się wokół koni, brzęku uzd i tętentu kopyt.

– Nawet srebrnej monety – wymamrotał po mortmesneńsku jakiś mężczyzna po lewej.

– Przecież dostajemy zapłatę – odparł inny.

– Ale żałosną.

– W zasadzie masz rację – wtrącił się ktoś trzeci. – W moim domu przydałby się nowy dach. Nie stać mnie na to z tych psich pieniędzy.

– Przestańcie marudzić!

– A ty co? Wiesz, dlaczego wracamy z pustymi rękami?

– Jestem żołnierzem. Nie muszę wiedzieć.

– Słyszałem pewne plotki – odezwał się ponuro pierwszy z nich. – Podobno wszyscy generałowie i ich ulubieni pułkownicy, od Ducarte’a w dół, swoje działki dostaną.

– Jakie działki? Przecież nie mamy żadnych łupów!

– Nie potrzebują łupów. Ona zapłaci im bezpośrednio ze skarbca, a my zostaniemy na lodzie!

– To niemożliwe. Dlaczego miałaby zapłacić im za nic?

– Kto wie, co stoi za działaniami Szkarłatnej Pani?

– Dosyć tego! Chcecie, żeby pułkownik nas usłyszał?

– Ale…

– Zamknij się!

Kelsea nadstawiała ucha jeszcze przez chwilę, ale niczego już nie usłyszała, więc przechyliła głowę z powrotem do słońca. Mimo uporczywego bólu głowy promienie padające na siniaki sprawiły jej przyjemność, zupełnie jakby przenikały przez skórę, by uzdrowić kryjące się pod nią tkanki. Od pewnego czasu nie spoglądała w lustro, ale pod palcami czuła, że nos i policzki wciąż ma opuchnięte, więc była w stanie sobie wyobrazić, jak wygląda.

Zatoczyliśmy koło, pomyślała, tłumiąc ponury śmiech, gdy wóz podskoczył na kolejnym wyboju. Widzę Lily, stałam się Lily, a teraz mam nawet jej siniaki.

Kelsea była jeńcem od dziesięciu dni – przez sześć była przywiązana do masztu mortmesneńskiego namiotu, a przez ostatnie cztery skuta łańcuchem na tym wozie. Otaczali ją jeźdźcy w zbrojach, co uniemożliwiało ucieczkę, ale nie oni stanowili teraz problem. Problem siedział w drugim końcu wozu i wpatrywał się w nią pod słońce, spod przymrużonych powiek.

Kelsea nie miała pojęcia, gdzie Mortmesneńczycy znaleźli tego człowieka. Nie był stary, miał może tyle lat co Pen i pedantycznie wypielęgnowaną brodę, która ściśle przylegała do podbródka. Nie wyglądał na głównego nadzorcę więziennego. Kelsea zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle zajmował jakieś stanowisko. Czy to możliwe, że ktoś po prostu włożył mu do ręki klucze do kajdan Kelsea i kazał jej pilnować? Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej była przekonana, że tak właśnie było. Od tamtego poranka w namiocie ani razu nie widziała Szkarłatnej Królowej. Wokół całej tej ekspedycji unosiła się wyraźna aura improwizacji.

– Jak się masz, ślicznotko? – spytał nadzorca.

Zignorowała go, ale coś w niej drgnęło. Nazwał ją „ślicznotką”, ale Kelsea nie wiedziała, czy to osobista uwaga, czy nie. Była teraz ślicznym sobowtórem Lily, ale dałaby wszystko za odzyskanie swojej poprzedniej twarzy, choć nie wiedziała, czy zwyczajny wygląd pozwoliłby jej ujść uwadze tego człowieka. Po trzech dniach w namiocie Kelsea nie wiedziała, co wyzwalało w nim to zachowanie ani czy w ogóle był rozgniewany, bo jego oblicze przez cały czas pozostawało niewzruszone, pozbawione wszelkiego wyrazu.

Gdybym tylko miała swoje szafiry, pomyślała, nie spuszczając z niego wzroku, żeby nie uznał tego za przejaw słabości. Słabość go zachęcała. W trakcie tej podróży Kelsea przez wiele godzin fantazjowała, co by zrobiła, gdyby odzyskała szafiry. Jej krótkie panowanie wiązało się z wieloma formami przemocy, ale zagrożenie ze strony nadzorcy było dla niej czymś zupełnie nowym: to była przemoc, która pojawiała się znikąd i do niczego nie prowadziła. Bezsensowność tego wszystkiego wzbudzała w niej rozpacz, a to także przypominało jej o Lily. Pewnej nocy, jakiś tydzień temu, śniła o Lily i Przeprawie. To był jaskrawy, krzykliwy koszmar, na tle różowego świtu szalały płomienie i ocean. Ale życie Lily jakimś sposobem zostało zamknięte w szafirach, a Kelsea straciła kamienie i teraz zastanawiała się niemal ze złością, dlaczego musiała przez to wszystko przejść i tyle zobaczyć. Miała twarz Lily, jej włosy i wspomnienia. Ale czemu to wszystko miało służyć, skoro nie zobaczyła zakończenia tej historii? Row Finn powiedział jej, że jest potomkinią Teara, ale nie wiedziała, ile jest warta bez klejnotów. Nawet tiara lady Andrews przepadła gdzieś w obozie. Kelsea zostawiła za sobą całe swoje życie.

Nie bez powodu.

Rzeczywiście. Musiała koniecznie pamiętać o Tearlingu. Gdzieś u kresu tej podróży pewnie czekała ją śmierć – nawet nie wiedziała, dlaczego jeszcze żyje – ale zadbała o bezpieczeństwo królestwa i postawiła na jego czele dobrego człowieka. Przed jej oczami pojawiła się postać ponurego Buławy bez uśmiechu na twarzy i przez chwilę tak za nim zatęskniła, że spod zamkniętych powiek niemal popłynęły jej łzy. Zwalczyła ten impuls, wiedziała bowiem, że mężczyzna na drugim końcu wozu ucieszyłby się z jej zmartwień. Była pewna, że bił ją tak mocno między innymi dlatego, że nie płakała.

Lazarusie, pomyślała, starając się uśmierzyć przygnębienie. Buława zasiadał teraz na tronie i choć nie postrzegał świata dokładnie tak samo jak Kelsea, na pewno będzie dobrym, sprawiedliwym i przyzwoitym władcą. Mimo to z każdą przebytą milą Kelsea odczuwała narastający, przenikliwy niepokój. Nigdy w życiu nie wyjeżdżała poza granice swojego królestwa. Nie wiedziała, dlaczego jeszcze żyje, ale niemal na pewno w Mortmesne miała umrzeć.

Coś prześlizgnęło się po jej łydce. Wzdrygnęła się. Nadzorca wyciągnął rękę i palcem pogładził ją po nodze. Obrzydziło ją to bardziej, niż gdyby okazało się, że w jej skórę próbuje wczepić się kleszcz. Nadzorca znowu szeroko się uśmiechnął i uniósł brwi w oczekiwaniu na jej reakcję.

I tak już jestem martwa, przypomniała sobie. Teoretycznie była martwa od miesięcy. Ta myśl była niezwykle wyzwalająca i dzięki temu poczuciu wolności podkuliła nogi, jakby chciała się zwinąć w kłębek w kącie wozu, a potem w ostatniej chwili wygięła plecy i kopnęła nadzorcę w twarz.

Z głuchym odgłosem padł na bok. Jeźdźcy otaczający wóz wybuchnęli raczej niezbyt przyjemnym śmiechem. Kelsea wyczuła, że nadzorca nie był zbyt lubiany wśród żołnierzy, ale w niczym by jej to nie pomogło. Podwinęła nogi pod siebie i wyciągnęła spętane łańcuchem ręce, gotowa walczyć najlepiej, jak potrafiła. Nadzorca usiadł, z nosa pociekła mu krew, ale chyba tego nie zauważył, bo nawet nie zadał sobie trudu, żeby ją otrzeć, gdy spływała po jego górnej wardze.

– Tylko się zabawiam – rzucił opryskliwie. – Ślicznotka nie lubi się bawić?

Kelsea nie odpowiedziała. Jego nastrój gwałtownie się zmieniał, dlatego wiedziała, że miał coś nie tak z głową. Nie dostrzegała żadnych wzorców w jego zachowaniu, więc nie była w stanie niczego przewidzieć. Gniew, zakłopotanie, rozbawienie… za każdym razem reagował inaczej. Zauważył krwawienie z nosa i otarł krew dłonią, a potem rozmazał ją po podłodze wozu.

– Ślicznotka powinna umieć się zachować – zbeształ ją niczym nauczyciel upominający kapryśną uczennicę. – Teraz ja się nią zajmuję.

Kelsea skuliła się w kącie. Kolejny raz ze smutkiem pomyślała o szafirach i z zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że tak naprawdę zamierzała jakoś przetrwać tę podróż. Nadzorca był tylko jedną z przeszkód, które musiała pokonać. Ostatecznie zamierzała wrócić do domu.

Szkarłatna Królowa nigdy na to nie pozwoli.

To po co zabiera mnie do Demesne?

Żeby cię zabić. Pewnie chce zatknąć twoją głowę na honorowym miejscu na Drodze Pik.

Ale zdaniem Kelsea to byłoby za proste. Szkarłatna Królowa działała otwarcie. Gdyby chciała śmierci Kelsea, jej zwłoki gniłyby już na brzegu Caddell. Kobieta musiała czegoś od niej chcieć, a skoro tak, to istniała szansa na powrót do domu.

Do domu. Tym razem nie miała na myśli kraju, lecz ludzi. Lazarusa. Pena. Ducha. Andalie. Arlissa. Elstona. Kibba. Coryna. Dyera. Galena. Wellmera. Ojca Tylera. Na chwilę zobaczyła ich wszystkich, jakby zgromadzili się wokół niej. A potem obraz zniknął i zostało tylko świecące w oczy słońce, które przyprawiało ją o ból głowy. To nie była wizja – jej umysł po prostu starał się wyswobodzić. Magia przepadła, został tylko ten zakurzony wóz nieubłaganie podążający naprzód i zabierający ją coraz dalej od domu.

Buława ani razu nie usiadł na tronie.

Czasami Aisa miała wrażenie, że usiądzie. Strażnicy zaczęli już nawet naśmiewać się z niego, gdy wchodził na podwyższenie stanowczym krokiem… po czym siadał na najwyższym stopniu i opierał ciężkie łapy na kolanach. Gdy miał za sobą trudny dzień, czasem łaskawie korzystał ze stojącego nieopodal zniszczonego fotela, ale tron zawsze był pusty, niczym połyskujący, srebrny monolit w najwyższym punkcie sali, przypominający wszystkim o nieobecności królowej. Aisa była przekonana, że właśnie tego chciał Buława.

Tego dnia Buława zupełnie zignorował podwyższenie i postanowił usiąść przy końcu królewskiego stołu jadalnego. Aisa zajęła miejsce tuż za jego krzesłem. Kilka osób stało; nawet ten ogromny stół nie mógł pomieścić wszystkich. Aisa nie sądziła, by Buławie groziło tu jakieś niebezpieczeństwo, ale i tak trzymała dłoń na rękojeści noża. Rzadko wypuszczała ją z rąk, nawet podczas snu miała broń przy sobie. Pierwszej nocy po zniszczeniu mostu – życie wewnętrzne Aisy dzieliło się teraz na okresy „przed mostem” i „po moście” – dostała od Buławy własny pokój na skraju kwater straży. Choć lubiła swoje rodzeństwo, ulżyło jej, gdy się od niego uwolniła. Kiedy była wśród strażników, odgradzała się od dawnej części swojego życia, związanej z rodziną. Nie miała na nią czasu. Nigdzie nie czuła się tak bezpieczna jak w tym nowym miejscu, choć wciąż zdarzało jej się budzić nad ranem z nożem w dłoni.

Arliss siedział obok Buławy, wertując stos dokumentów, a spomiędzy jego zębów zwisał jeden z tych paskudnych papierosów. Ten człowiek kierował się w życiu faktami i liczbami, ale Aisa nie wiedziała, na co miałyby mu się teraz przydać te dokumenty. Problemów królowej nie dało się rozwiązać na papierze.

Obok Arlissa siedział generał Hall w towarzystwie swojego doradcy, pułkownika Blasera. Obaj mieli na sobie pełne zbroje, bo właśnie wrócili z frontu. Przez ostatni tydzień resztki armii Tearlingu podążały za potężnym orszakiem wojennym Mort, który przekroczył Caddell i powoli, lecz w stałym tempie zmierzał na wschód przez Równinę Almontu. Choć wydawało się to niemożliwe, Mortmesneńczycy wycofywali się, zbierali machiny oblężnicze i wracali do domu.

Ale dlaczego?

Nikt nie wiedział. Armia Tearlingu została zdziesiątkowana, a fortyfikacje Nowego Londynu były jak z papieru; Elston twierdził, że Mortmesneńczycy mogli bez trudu się przez nie przedrzeć. Armia bacznie obserwowała najeźdźców, na wypadek gdyby chcieli spróbować jakiegoś podstępu, ale teraz nawet Buława był pewien, że odwrót nie był udawany. Mortmesneńczycy odchodzili. To nie miało sensu, a jednak się działo. Generał Hall powiedział, że w drodze do domu żołnierze Mort nawet niczego nie splądrowali.

To dobre wieści, ale przy stole wcale nie panowała entuzjastyczna atmosfera. Wciąż nie doszły ich żadne wieści o królowej. Opuszczając obóz, Mortmesneńczycy nie zostawili za sobą jej zwłok. Mama powiedziała, że królowa została jeńcem, i na tę myśl krew zawrzała Aisie w żyłach. Straż Królewska musiała przede wszystkim chronić władcę, a choć królowa nie umarła, była zdana na łaskę i niełaskę Mortmesneńczyków. Nawet mama nie była w stanie powiedzieć, co działo się z królową w ich obozie.

U drugiego boku Buławy siedział blady i wymizerowany Pen. Bez względu na to, jak mocno Aisa i pozostali strażnicy zadręczali się losem królowej, nikt nie cierpiał tak jak Pen, który był jej osobistym strażnikiem… I nie tylko, pomyślała Aisa. Ostatnimi czasy na niewiele się zdawał, bo był w stanie chyba wyłącznie snuć się i pić, a gdy ktoś się do niego zwracał, Pen podnosił tylko wzrok z lekkim zakłopotaniem. Jakaś jego cząstka umarła, kiedy królowa zniszczyła most, i choć Pen siedział obok Buławy, na miejscu osobistego strażnika, nie odrywał zagubionego wzroku od stołu. Siedzący za nim Coryn jak zwykle był czujny, więc Aisa się nie martwiła, ale zastanawiała się, na ile jeszcze Elston pozwoli Penowi. Co musiałoby się wydarzyć, żeby ktoś zdobył się na powiedzenie prawdy: że Pen nie nadaje się już na swoje stanowisko.

– Zaczynajmy – oznajmił Buława. – Co nowego?

Generał Hall odchrząknął.

– Powinienem najpierw zdać raport, sir. Mam swoje powody.

– Proszę bardzo. Gdzie są Mortmesneńczycy?

– W środkowej części Almontu, sir. Zbliżają się do źródeł Crithe. Pokonują co najmniej pięć mil dziennie, a od kiedy przestało padać, prawie dziesięć.

– Nie zostawiają niczego za sobą?

Hall pokręcił głową.

– Wypatrywaliśmy pułapek. Wygląda na to, że rzeczywiście są w odwrocie.

– To już coś.

– Tak, sir, ale…

– A co z przesiedlonymi? – stanowczo zapytał Arliss. – Możemy zacząć odsyłać ich do domów?

– Nie wiem, czy to bezpieczne, zwłaszcza gdyby mieli podróżować śladami armii Mort.

– Na północy lasu Reddick spadł już śnieg. Jeśli wkrótce nie zbierzemy plonów, nic z nich nie zostanie. – Arliss zamilkł na chwilę, by wydmuchnąć chmurę dymu. – Borykamy się też z problemami, z którymi zawsze borykają się przepełnione miasta: ścieki, oczyszczanie wody, choroby. Im szybciej miasto opustoszeje, tym lepiej. Może gdybyś…

– Widzieliśmy królową.

Wszyscy obecni nagle się ożywili. Nawet Pen się ocknął i wyprostował.

– Na co czekasz? – warknął Buława. – Proszę relacjonować!

– Widziano ją wczoraj rano w okolicy Crithe. Żyje, ale jest zakuta w łańcuchy na wozie. Nie ma jak uciec.

– Rozwaliła ten pieprzony most Nowolondyński! – warknął Arliss. – Jakie łańcuchy byłyby w stanie utrzymać ją na wozie?

Hall odezwał się chłodnym tonem:

– Nie byliśmy w stanie dobrze się przyjrzeć, bo szczelnie otacza ją kawaleria. Ale jeden z moich ludzi, Llew, ma sokoli wzrok. Jest niemal pewien, że królowa nie ma już na szyi szafirów Teara.

– W jakim jest stanie? – wtrącił się Pen.

– Może powinniśmy omówić… – Hall zwrócił się do Buławy, a jego policzki mocno poczerwieniały.

– Omówisz to teraz. – Głos Pena stał się bardzo niski. – Jest ranna?

Hall bezradnie spojrzał na Buławę, który skinął głową.

– No dobrze. Ma posiniaczoną twarz, nawet ja dostrzegłem to przez lunetę. Została pobita.

Pen znów się zapadł. Aisa nie widziała jego twarzy, ale wcale nie musiała. Jego przygarbione plecy mówiły wszystko. Przez chwilę zebrani milczeli.

– Stała na wozie – w końcu odważył się odezwać Hall. – Więc może jeszcze stać. Chyba nie połamali jej kości.

– Gdzie znajduje się ten wóz? – zapytał Buława.

– W samym środku oddziału kawalerii.

– Nie ma szans na bezpośredni atak?

– Żadnych. Mimo że została mi zaledwie resztka armii, Mortmesneńczycy nie ryzykują. Z każdej strony otacza ją przynajmniej sto kopyt ciężkich rumaków. Wiozą ją Szlakiem Mortmesneńskim, piechotę zostawili w tyle. Zakładam, że jadą prosto do Demesne.

– Pałacowe lochy. – Pen oparł czoło na dłoni. – Jak, do cholery, mamy ją stamtąd wydostać?

– Mortmesneński bunt już wisi w powietrzu nad Demesne – przypomniał mu Buława. – Levieux i jego ludzie nam pomogą.

– Skąd wiesz, że można mu ufać?

– Po prostu wiem.

Aisa uniosła brwi. Niezbyt często myślała o Levieux, który ponad tydzień wcześniej odjechał z twierdzy. Był przystojny, ale wygląd nie miał najmniejszego znaczenia. Jego człowiek, Alain, znał świetne sztuczki karciane, nie mogły się jednak równać ze sztuczkami Bradshawa. Może jakiś magik zdołałby się dostać do pałacowych lochów, ale Buława nie ufał magikom.

– Szkarłatna Królowa na pewno wkrótce będzie musiała stawić czoła problemowi na prawej flance – zadumał się Arliss. – Nie ma łupów… nie ma złota ani kobiet. Nie wiem, jak zdołała zmusić armię do odwrotu, ale żołnierze nie będą zadowoleni.

– Tego Levieux już się domyślił. Żołnierze bez żołdu świetnie nadają się na buntowników. Po powrocie armii liczy na masę ochotników.

– A co nas to obchodzi – zapytał Pen z oburzeniem – skoro nie mamy królowej?

– O tym porozmawiamy później, Pen – upomniał go Buława. – Spokojnie.

Aisa zmarszczyła czoło. Buława ciągle chuchał na Pena, starał się wyperswadować mu jego humory i ignorował niesubordynację. Aisa zawiesiłaby Pena w obowiązkach, na długo, a gdyby to nie pomogło, trzasnęłaby go w twarz.

– Czekam na kolejne raporty na temat odwrotu – Buława zwrócił się do Halla – ale skup się na królowej. Wybierz swoich dwóch najlepszych ludzi, którzy pojadą za nią do samego Mortmesne. Dopilnuj, żebyśmy nie stracili jej z oczu. Odmaszerować.

Hall i Blaser wstali, skinęli głowami i ruszyli do drzwi.

– Musimy porozmawiać o Arvacie – odezwał się Arliss.

– To znaczy?

Arliss zebrał dokumenty i odłożył je na bok.

– Dziś rano jakaś banda narobiła zniszczeń w mieście. Ludzie zebrali się na głównym placu i stamtąd ruszyli ku Zaułkowi Bethyna.

– Zawsze zdarzają się zamieszki.

– Ta grupa była inna niż wszystkie. Wygląda na to, że kontrowersje wzbudziła aprobata królowej dla ich zdaniem niemoralnych uczynków.

Buława zmarszczył brwi, podobnie jak Aisa. Choć problem inwazji szybko przeminął, w jego miejsce pojawił się kolejny: Ojciec Najświętszy. W dniu, w którym królowa opuściła miasto, Arvath publicznie odmówił zapłacenia podatku od nieruchomości, a w dodatku zaoferował rozgrzeszenie każdemu, kto zrobi to samo.

– Co łączy tę bandę z Arvathem? – spytał Coryn.

– Nic – odparł Arliss. – Rozproszyli się na długo, nim policja dotarła na miejsce, a nie mamy armii, która zajęłaby się zamieszkami. Ludzie ci włamali się jednak do domu na krańcu zaułka i napadli dwie mieszkające tam kobiety. Za niemoralność.

W policzku Buławy zaczął drgać mięsień.

– Ojciec Najświętszy sądzi, że jeśli będzie dostatecznie mocno naciskał, zrezygnuję z pobrania królewskich podatków. Myli się.

– Z wyjątkiem Meadowsów i Gillonów arystokracja wciąż odmawia opłacenia podatków. Bidul znacznie przetrzebi nasz skarbiec. Straciliśmy dochody z bramek na moście. Za kilka miesięcy będziemy mieć prawdziwe kłopoty.

– Zapłacą. – Buława uśmiechnął się od ucha do ucha tak radoś­nie i złowieszczo, że Aisa aż się wzdrygnęła, lecz po chwili się otrząsnął. – Są jakieś wieści na temat dwóch księży?

– Nic a nic. Zniknęli. Ale w Arvacie już usłyszeli, że oferujemy równorzędną nagrodę. – Arliss ponownie przewertował stos dokumentów. – We wczorajszej wiadomości Ojciec Najświętszy żąda, żebyśmy wycofali nagrodę za ojca Tylera, jeżeli chcemy trafić do nieba.

– Jeżeli chcemy trafić do nieba – powtórzył Buława. – Pewnego dnia osobiście poślę tego człowieka na spotkanie z Jezusem.

– Jeszcze jeden kłopotliwy raport. Dwa dni temu jeden z moich posłańców zauważył, jak kilku księży opuszczało Nowy Londyn boczną drogą.

– Dokąd się udali?

– Prawdopodobnie do Demesne. Mój człowiek śledził ich aż do Szlaku Mortmesneńskiego.

Buława spochmurniał.

– Powinniśmy pójść ich tropem? – spytał Elston.

– Nie – odparł Buława po chwili namysłu. – Jeżeli dogadał się ze Szkarłatną Królową, mój informator z pałacu wszystko mi przekaże. Co jeszcze?

Arliss spojrzał na przygotowaną listę.

– Musimy zwieźć plony przed nadejściem śniegów. Całe królestwo cierpi z braku świeżych owoców i warzyw. Myślę, że pierwsi rolnicy, którzy tam wrócą i zbiorą plony, mogliby ustalić cenę.

– To żadna zachęta dla tych, którzy uprawiają pola arystokratów.

– To prawda, ale cała szlachta wciąż przebywa w Nowym Londynie. – Arliss uśmiechnął się tak szelmowsko, że Aisa nie mogła nie poczuć do niego sympatii, choć śmierdział tymi paskudnymi papierosami. – Skoro lord Taki-czy-siaki nie pilnuje swoich ziem podczas przemarszu Mortmesneńczyków, to skąd będzie wiadomo, co się stało ze zbiorami?

– A jeśli Mortmesneńczycy rzeczywiście będą plądrowali w drodze do domu? – zapytał Elston z oburzeniem.

– Nie będą. Pytałem zastępcę Halla. Ziemie po ich przejściu zostają nietknięte, Bóg jeden wie dlaczego. – Arliss wzruszył ramionami. – Niech rolnicy pozbierają to, co najlepsze. Nawet zbiory z kilku dni pomogą im przetrwać zimę, jeżeli wejdą na rynek jako pierwsi. A ich sukcesy zachęcą pozostałych.

Buława powoli pokiwał głową.

– Zajmij się tym.

– Merritt wciąż czeka na zewnątrz, panie kapitanie – przypomniał mu Elston.

– Ilu ludzi z Caden przyprowadził?

– Trzech.

– Tylko?

– Tak, panie kapitanie. Ale to nie byle jacy ludzie. To bracia Millerowie.

– Oho. – Buława zadumał się chwilę nad tą informacją. Aisa nie wiedziała, kim są Millerowie, ale na temat wpuszczenia członków Caden do skrzydła królowej odbyła się gorąca dyskusja. Elstonowi nie podobał się ten pomysł, podobnie jak większości strażników, ale Buława się uparł i Aisa miała nadzieję, że dopnie swego. Bardzo chciała zobaczyć z bliska prawdziwych skrytobójców.

– Wprowadźcie ich.

Buława wszedł na podwyższenie, a Aisa wstrzymała oddech z wyczekiwaniem. Ale zupełnie zignorował tron i usadowił się na najwyższym stopniu, a Devin wpuścił ludzi z Caden do sali.

Stojący na ich czele Merritt miał sporo ponad sześć stóp wzrostu, ale poruszał się jak Buława – stawiający długie kroki wielkolud, który w razie potrzeby potrafi rozwinąć ogromną prędkość. Jego czoło szpeciła paskudna blizna. Aisa, która podczas szkolenia dorobiła się kilku ran od noża i innej broni, uznała, że ta blizna nie powstała po cięciu. Gdyby miała zgadywać, obstawiałaby, że po zadrapaniach paznokciami. Słyszała już o Merritcie – każdy słyszał, bo należał do elity Caden. Ale trzej mężczyźni za jego plecami stanowili dla niej zagadkę.

Weszli do sali w trójkątnym ustawieniu: jeden na przedzie, dwóch z tyłu. Aisa rozpoznała tę defensywną formację ze swoich szkoleń. Płaszcze w kolorze krwi wyglądały absurdalnie jaskrawo na tle szarego kamienia ścian twierdzy. Fizycznie ci trzej nie byli do siebie podobni: jeden wysoki, drugi średniego wzrostu, trzeci niski, włosy mieli w różnych odcieniach brązu, od piaskowego po brunatny. A jednak łączyło ich jakieś dziwne, niefizyczne podobieństwo, którego Aisa nie była w stanie określić. Gdy jeden z nich się poruszył, poruszali się także pozostali – bez słowa i innych sygnałów ustawiali się w trójkąt, więc Aisa miała powody przypuszczać, że pracują razem od bardzo dawna. Jako tymczasowy kapitan Elston oznajmił, że żadnemu z członków Caden nie wolno zbliżyć się do Buławy na odległość mniejszą niż dziesięć stóp. Wyglądali, jakby potrafili narobić problemów.

Merritt wskazał po kolei na swoich trzech towarzyszy.

– Millerowie. Christopher, Daniel, James.

Buława przyglądał im się chwilę, po czym powiedział:

– Słyszałem, że waszą trójkę wydalono z gildii.

– Gildia się rozmyśliła – odparł łagodnie Christopher, ten najwyższy.

– Dlaczego?

– Możemy się przydać, lordzie regencie.

– Byliście przydatni sześć lat temu. Od tego czasu o was nie słyszałem.

– Nie próżnowaliśmy – rzekł James.

– Nie wątpię. – Ton Buławy zrobił się bardziej surowy. – Ścigaliście królową.

Wszyscy trzej milczeli, przyglądając mu się zadziornie, i Buława w końcu ustąpił.

– Co się stało, to się nie odstanie. Mam zadanie dla was i każdego członka waszej gildii, który się zgłosi.

– Nasza gildia ma wiele zajęć – odparł James, ale Aisa miała wrażenie, że zrobił to automatycznie. Może za pierwszym razem zawsze odmawiają.

– Tak, tak, bardzo wiele – odpowiedział Buława z nutą drwiny w głosie. – Doszły nas słuchy. Caden w roli zbójów, Caden w roli najemników, Caden organizujące walki psów. I gorzej.

– Robimy to, co musimy. Cóż z tego?

– To poniżej waszej godności, nie na to się pisaliście. Takie zajęcia rujnują prestiż waszej gildii. Mam dla was lepsze zadanie. Trudne i niebezpieczne. Wymagające także odrobiny finezji. Nawet gdybym dowodził nieprzetrzebioną armią, nie powierzyłbym takiego zadania żołnierzowi.

Trzeci z braci, Daniel, odezwał się po raz pierwszy.

– Co to za zadanie?

– Wysprzątanie Bidula.

James zaśmiał się.

– To proste. Wystarczy cysterna.

– Wcale nie takie proste – odpowiedział Buława bez uśmiechu. – Jest tam ciasno, kobiety i dzieci żyją w bardzo niebezpiecznych warunkach. Królowa kazała mi zaznaczyć, że mężczyźni też. Mielibyście bezpiecznie wyprowadzić stamtąd niewinnych, a alfonsów i organizatorów chcę zobaczyć żywych w więzieniu.

– Jaka jest stawka za to zadanie?

– Ustalona. Dziesięć tysięcy funtów miesięcznie przez trzy pełne miesiące. Jeżeli przez ten czas nie uda się waszej gildii, to wątpię, czy uda się komukolwiek.

– Premia za wcześniejsze wykonanie zadania?

Buława spojrzał na Arlissa, który niechętnie pokiwał głową i rzekł:

– Posprzątajcie w dwa miesiące, byle dokładnie, a zapłacimy wam za trzy.

Millerowie odwrócili się do siebie i zaczęli szeptać, a wszyscy zebrani czekali. Merritt nie dołączył do braci, obojętnie stał obok. Już wcześniej zgodził się pomóc im za darmo – zdaniem Buławy był coś dłużny królowej. Aisa miała jednak wątpliwości. Za jaki dług człowiek z Caden zgodziłby się pracować za darmo?

Buława z niewzruszonym wyrazem twarzy obserwował z góry trzech braci, ale Aisa nie dała się zwieść. Coś popychało go do działania. Przed zniszczeniem mostu nie słyszała o Bidulu i nikt nie chciał jej o nim opowiedzieć, ale do tej pory zdążyła już podsłuchać tyle, by wiedzieć, co to za miejsce: labirynt pod miastem, gdzie tolerowano wszelkie występki, gdzie dzieci młodsze od Aisy sprzedawano dla zysku i rozrywki. Myśli o tym miejscu nie przestawały jej gnębić. Tatko był złym człowiekiem, ale przynajmniej był jeden. Świadomość, że było wielu takich ludzi, że wszyscy robili takie straszne rzeczy, że istniało całe podziemie, gdzie dzieci przechodziły przez to samo piekło co ona… prześladowała Aisę i nie dawała jej spać po nocach. Wyglądało na to, że prześladuje też Buławę, bo i on, i Arliss wkładali wiele energii w sprawę Bidula, choć Arliss żałował pieniędzy. Nikt nie spierał się z Buławą w tej kwestii, ale jego zdaniem wszystko toczyło się zbyt wolno, a teraz Aisa była niemal pewna, że dostrzega za jego plecami cień poganiającej go królowej. Że to ona go popychała.

Członkowie Caden doszli do porozumienia i odwrócili się z powrotem do Buławy. W ich imieniu odezwał się Christopher.

– Przedstawimy tę propozycję na następnym zgromadzeniu wszystkich członków gildii. Tymczasem my trzej przyjrzymy się temu zadaniu, na razie bez zapłaty i bez zobowiązań.

– Niech będzie – odparł Buława. – Skoro bez zapłaty, nie będę wyznaczał wam terminów. Ale czas ma tu kluczowe znaczenie. Chciałbym się z tym uporać przed powrotem królowej.

Bracia gwałtownie podnieśli wzrok.

– Skąd pomysł, że wróci? – spytał James.

– Wróci – odpowiedział Buława tonem, który kończył dyskusję.

– Jeżeli przyjmiecie zadanie, o zapłacie będziecie rozmawiali ze mną – zwrócił się do nich Arliss. – Nie będzie żadnych zaliczek ani innych tego typu głupot, więc nawet nie próbujcie.

– Poproszę jednak o małą zaliczkę – rzekł Daniel. – Chodzi o tę dziewczynę. – Wskazał na Aisę. – Słyszeliśmy o niej. Podobno ma rękę do noży, choć nigdy kogoś takiego nie widzieliśmy. Czy przed odejściem moglibyśmy prosić o pokaz?

Buława zmarszczył brwi.

– Chcecie walczyć z dzieckiem?

Aisa nachmurzyła się. Nie znosiła, gdy ktoś wypominał jej wiek.

– Nie chodzi o prawdziwą walkę, lordzie regencie – odpowiedział Daniel. – Tylko o pokaz.

Buława pytająco spojrzał ku Aisie, ona zaś przytaknęła gorliwie. Zmierzyć się z Caden! Nawet remis byłby niesamowity.

– Jeśli zostaniesz ranna, piekielnico – szepnął Buława, pochyliwszy się ku niej – sama wytłumaczysz wszystko matce.

Aisa już zdążyła poodpinać paski od zbroi, zdjąć ją i wyjąć nóż. Fell kazał zrobić ten nóż specjalnie dla niej – broń miała ten sam kształt i budowę co noże pozostałych strażników; wykonano ją na wzór starego modelu Bellanda z płaskim, wygiętym ostrzem. Ale Aisa miała małe dłonie, dlatego Venner uznał, że rękojeść musi być węższa, a ostrze cieńsze. Fell kazał wykonać ten nóż ulubionemu kowalowi, dzięki czemu Aisa mogła z zadowoleniem władać solidnym ostrzem. Venner powtarzał, że w rękach zdolnego wojownika nóż jest jak część dłoni, ale Aisa czasami miała wrażenie, że przeskoczyła nawet ten poziom, bo broń stała się nie tylko częścią jej dłoni, ale i częścią jej samej – pomagała przepędzić demony. Nawet tatko odchodził w niepamięć, gdy Aisa była uzbrojona.

Daniel odłożył resztę uzbrojenia, a w jego dłoni zabłysnął częściowo ukryty nóż o dłuższym ostrzu niż to, którym władała dziewczyna. Venner też to zauważył, bo wskazał na broń Daniela i zawołał:

– To nie będzie uczciwa walka!

– Przewaga jest naturalnym elementem bitwy – odpowiedział Daniel, zwracając się do Buławy. – Jestem też o ponad stopę wyższy od niej. Ale skoro jest jeszcze dzieckiem, złapię rękojeść wyżej niż zwykle. Tak będzie sprawiedliwie?

Buława spojrzał na Aisę, a ona pokiwała głową. Walczyłaby nawet z człowiekiem, który miałby większą przewagę – tym większa chwała.

– Uważaj na siebie, dziewczyno! – zawołał Venner. – Pamiętaj o swoich talentach!

Aisa mocno chwyciła nóż skierowany ostrzem w dół. Venner często jej powtarzał, że w walce jej wzrost zawsze będzie stanowił utrudnienie, ale może to nadrobić dzięki szybkości i sprytowi. Pozostali strażnicy zrobili im miejsce i ustawili się dookoła w odległości około dwudziestu stóp, Aisa zaś mętnie usłyszała, że zaczęli się zakładać.

– Nie zamierzam cię zranić – powiedział Daniel, stając dziesięć stóp od niej. – Chcę tylko sprawdzić, co potrafisz.

Te słowa znaczyły tyle co nic. Venner i Fell też nie zamierzali jej zranić, ale Aisa miała już kilka wygojonych ran na dłoniach i przedramionach. Walka to walka.

– Zamachnij się – nakazał Daniel, ale nie zrobiła tego. Venner uczył ją, że agresja na początkowym etapie to błąd. Atak bez przewagi pozbawiłby ją osłony żeber i gardła.

– Jesteś ostrożna, co? – spytał Miller.

Aisa nie odpowiedziała – była zbyt zajęta ocenianiem przeciwnika. Trzymał dłonie blisko ciała, oszczędzał energię. Miał większy zasięg od niej. Gdyby chciała się do niego zbliżyć, musiałaby odbić co najmniej jeden cios na przedramię. Zaczęła od serii kontrolowanych pchnięć – wykonała je wolniej, niż potrafiła, i nie pokazała prawdziwego zasięgu swojego ciosu. Krew aż śpiewała w jej żyłach; Venner nazwałby to adrenaliną, ale Aisa wiedziała, że to pieśń walki, pieśń zupełnie osamotnionej, zapędzonej w kąt osoby, która może polegać wyłącznie na sobie i swoim ostrzu. Poczuła metaliczny posmak w ustach.

Zabójca nagle skoczył naprzód, machnął ręką, by odwrócić jej uwagę, a drugą zadał cios. Aisa nauczyła się już jednak, że musi być skupiona na dłoni, w której przeciwnik trzyma nóż, więc bez trudu uskoczyła, przetoczyła się pod jego ramieniem i stanęła na nogach.

– Szybka – zauważył Daniel.

Aisa nie odpowiedziała, bo zauważyła coś, gdy mężczyzna odwrócił się w jej stronę, by za nią ruszyć: jego lewa noga była osłabiona. Kulał albo – co bardziej prawdopodobne – niedawno został zraniony. Oszczędzał tę nogę, utrzymując ją przezornie poza strefą kontaktu. Aisa zamarkowała ruch, jakby chciała od niechcenia rzucić mu się do gardła, i syknęła, gdy mężczyzna przeciął skórę na jej przedramieniu. Jednocześnie mocno kopnęła go w rzepkę, kierując palce tak, jak nauczył ją Buława. Przeciwnik wydał z siebie stłumiony jęk, zachwiał się i padł na podłogę.

– Ha! Właśnie tak! – krzyknął Venner. – Podejdź, dziewczyno! Podejdź, póki leży!

Skoczyła rywalowi na plecy, celując nożem w gardło, ale zdążył zablokować jej cios, więc nie była w stanie odpowiednio chwycić. Wykonał perfekcyjną dźwignię, przerzucił Aisę przez ramiona i tym razem to ona jęknęła, gdy wylądowała na plecach i huknęła głową o posadzkę.

– Wszystko w porządku, Aiso?! – zawołał Buława.

Zignorowała go i wstała, nie spuszczając wzroku z mężczyzny, który zaczął ją okrążać. Zrobiła mu krzywdę, atakując kolano, ale on się odwdzięczył – cięcie na przedramieniu było głębokie, a wolną dłoń miała śliską od krwi. Venner uczył ją doskonalenia wytrzymałości, ale już zaczynała odczuwać zmęczenie, a mięśnie pracowały wolniej. Poprawiła chwyt, starając się zacząć od nowa. Wiedziała, że przeciwnik nie pozwoli jej się zbliżyć do osłabionej nogi, ale zamarkowane przez nią wcześniej ciosy chyba podziałały, bo nie chronił żeber tak pilnie jak wcześniej. Zamierzała spróbować jednego solidnego ataku, ale będzie musiała za niego zapłacić.

– Uważaj, gdzie stąpasz – doradził Miller. – Na posadzce jest krew.

– Chcesz, żebym spojrzała w dół, co?

Uśmiechnął się szeroko i przełożył nóż do drugiej dłoni. Zebrani wokół strażnicy zaczęli szemrać, ale Aisa się nie przejęła: Venner też był oburęczny. Nie patrzyła na punkt, w który chciała uderzyć – w żebra za lewym przedramieniem, tuż za obszarem chronionym przez zbroję. Walczyła z przeciwnikiem, który miał nad nią przewagę, był wyższy, szybszy i lepiej wytrenowany, i w walce na śmierć i życie byłaby skończona. Ale tym razem wystarczyło tylko uderzenie.

Zorientowała się, gdy chciał zaatakować, bo wziął głęboki oddech tuż przed skokiem, zatoczył nożem szeroki łuk i wycelował w jej ramię. Aisa uskoczyła i przeciągnęła nożem po jego żebrach. Cios nie był czysty, bo nóż niemal wypadł jej z ręki, a jednocześnie poczuła pchnięcie w biceps. Usłyszała jednak syk bólu tuż przed tym, jak chwycił ją i okręcił. Aisa straciła równowagę i chwilę później stała już bezbronna w jego uścisku, z nożem przy gardle. Z trudem zdołała zastygnąć w bezruchu, dysząc ciężko. Przeciwnik nawet się nie zasapał.

– Puść ją – nakazał Buława.

Daniel wypuścił Aisę, a ona odwróciła się do niego. Przez chwilę po prostu stali, wpatrując się w siebie, a strażnicy zaczęli się spierać i przekazywać sobie monety.

– Jak sobie radzisz z mieczem? – spytał Miller.

– Jako tako – przyznała Aisa. Powolne postępy w walce na miecze stanowiły jej czuły punkt.

– Łatwo mi poszło, ale nie aż tak, a jestem jednym z najlepszych nożowników w gildii. – Przyglądał jej się przez dłuższą chwilę. – Uzdolniona w walce na noże, przeciętna w walce na miecze… żadna z ciebie królewska strażniczka, dziewczyno. Jesteś zabójczynią. Kiedy dorośniesz, mogłabyś opuścić to mauzoleum i porozmawiać z nami.

Dotknął rany na żebrach i wyciągnął w stronę Buławy palce umazane krwią.

– Dziękuję, regencie. Dobry pokaz.

Aisa chwyciła zbroję i wróciła na miejsce u stóp podwyższenia. Kibb mrugnął do niej, gdy podchodziła. Zapięła napierśnik i wytarła krew o jego przednią część. Buława na pewno pozwoli jej pójść do Coryna, żeby opatrzył jej dłoń, ale dopiero po spotkaniu, bo przecież sama zgodziła się na ten pojedynek. Tak było sprawiedliwie, ale krwawiła, więc po chwili namysłu obwiązała przedramię rozdartą dolną częścią rękawa i mocno zacisnęła.

– Skończyliśmy – Christopher zwrócił się do Buławy. – Wrócimy, gdy gildia podejmie decyzję.

– Jeżeli gildia się zgodzi, mogę dać wam co najmniej dwudziestu strażników do pomocy.

– Odmawiam. Nie chcemy mieszać w to żadnych amatorów.

Wśród strażników rozległ się szmer niezadowolenia, ale Millerowie już zdążyli się odwrócić i odejść.

Merritt zaśmiał się.

– Nie pałam wielką miłością do tych trzech, lordzie regencie, ale nadają się do zadania. Ja jestem gotów służyć królowej.

Ruszył do drzwi za pozostałymi członkami Caden, a Aisa rozluźniła mięśnie. Choć nikomu by się do tego nie przyznała, wciąż dźwięczały jej w głowie słowa Daniela.

– W takim razie zostaje nam sprawa królewny, tak? – spytał Arliss. Podczas pojedynku nie ruszył się od stołu, co zaskoczyło Aisę. Wydawało jej się, że to on pierwszy zacznie zbierać zakłady. – Co zamierzamy zrobić?

– Odbić ją – odparł Buława. – Ale zabiłaby mnie, gdybym zostawił królestwo na pastwę losu. Musimy jakoś rozdysponować zasoby.

Aisa poczuła delikatny dotyk na ramieniu, odwróciła się i zobaczyła, że Coryn przygląda się jej ranom.

– Paskudne, dziewczyno, ale niezbyt głębokie. Zabierz ten rękaw, to cię pozszywam.

Oddarła resztę rękawa.

– Całkiem niezła walka, piekielnico – oznajmił Buława. – Ale pozwoliłaś, żeby wytrącił cię z równowagi.

– Wiem – odparła Aisa, zaciskając zęby, gdy Coryn zaczął dezynfekować ranę. – Był szybszy ode mnie.

– Młodzieńcza niezgrabność. Nie będzie trwała wiecznie.

Dla Aisy nawet dzień dłużej byłoby za długo. Była rozdarta pomiędzy dwoma światami: już nie dziecko, ale jeszcze nie dorosła. Pragnęła funkcjonować jak osoba pełnoletnia, pracować i zarabiać, odpowiadać za siebie. Rozwijała umiejętność walki, lecz zasady bycia strażniczką po prostu przyswajała: zachowanie w miejscach publicznych, świadomość, że straż jest ważniejsza niż sprawy osobiste, a najważniejsza jest królowa. To były lekcje dojrzałości i właśnie tak Aisa je odbierała. Czasami jednak wciąż miała ochotę uciec do mamy, położyć głowę na jej ramieniu i pozwolić się pocieszyć, tak jak wtedy kiedy była zaszczutym dzieckiem.

Nie mogę mieć wszystkiego.

Coryn przebił igłą skórę na jej przedramieniu. Wzięła głęboki wdech. Żaden z członków straży o tym nie mówił, a jednak wiedziała, że sposób, w jaki ktoś znosi rany, jest równie ważny jak radzenie sobie w walce. Chciała odwrócić uwagę, więc zapytała:

– Co to znaczy, że zostali wydaleni?

– Słucham?

– Ci ludzie z Caden. Powiedziałeś, że zostali wydaleni.

– To prawda. Sześć lat temu. Gildia poniosła przez nich ogromne straty, więc zostali z niej wyrzuceni.

– Auć! – pisnęła Aisa. Coryn trafił igłą w jakiś nerw. – Co takiego zrobili?

– Była kiedyś pewna arystokratka, lady Cross. Lord Tare miał na nią oko, podobnie jak na jej rodzinne ziemie, ale lady Cross potajemnie spotykała się na Równinie Almontu z młodym, ubogim rolnikiem i na każdym kroku odtrącała Tare’a. Więc lord ją porwał, zabrał do swojego zamku na południowym krańcu lasu Reddick i zamknął w wieży. Przysiągł, że nie wypuści jej, dopóki za niego nie wyjdzie.

– Małżeństwo to głupota – warknęła Aisa, zaciskając zęby, gdy Coryn mocniej zaciągnął szew. – Nigdy nie dam się w to wplątać.

– Nie wątpię – odparł Buława i zaśmiał się. – Lecz lady Cross nie była wojowniczką, dlatego chciała wyjść za mąż, ale za swojego młodzieńca. Spędziła w zamku Tare’a dwa miesiące i nie ugięła się ani odrobinę. Lord wpadł zatem na wspaniały pomysł i postanowił obciąć jej racje żywnościowe.

– Zagłodził ją, żeby zmusić do małżeństwa? – Przez twarz Aisy przebiegł grymas. – Dlaczego po prostu nie wyszła za niego i nie uciekła?

– Kościół Boży nie udziela rozwodów, dziecino. Mąż zawsze ma prawo zawlec żonę z powrotem do domu.

Aisa przypomniała sobie, że tatko też tak robił. Kiedy była dzieckiem, mama kilkakrotnie kazała im pakować skromny dobytek i uciekać, ale ostatecznie zawsze kończyli w domu z tatkiem.

– I co dalej?

– Lady Cross słabła, ale była nieugięta. W królestwie wybuchły nawet o to spory.

– A jej narzeczony nic nie zrobił?

– Nie miał zbyt wielkich możliwości. Zaproponował Tare’owi tych kilka funtów, które miał. Rodzina lady Cross także chciała ją wykupić, ale bez powodzenia. Do tego czasu lord już się zawziął – za punkt honoru wziął sobie złamanie tej kobiety. Wielu arystokratów wstawiało się za lady Cross u regenta, ale regent nie zamierzał angażować tearlińskiej armii w sprawy rodzinne. W końcu, gdy stało się jasne, że lady Cross umrze w tej wieży, nim cokolwiek się zmieni, Crossowie zebrali pieniądze i wynajęli skrytobójców z Caden, żeby ją wydostać.

– Udało im się? – spytała Aisa. Zasłuchała się niemal jak w jedną z bajek mamy.

– Tak, i to całkiem zgrabnie – wtrącił Elston. – James udawał jej kuzyna, zaczął ją błagać, żeby ustąpiła, a Christopher i Daniel odgrywali członków jego świty. Rozmawiali z lady przez godzinę, a kiedy wyszli, oznajmiła, że poślubi lorda Tare’a. Był przeszczęś­liwy i zaplanował ślub już na następny tydzień.

Zmyłka, pomyślała Aisa. Czasami miała wrażenie, że całe życie można było sprowadzić do poziomu walki.

– W tygodniu poprzedzającym ślub lord Tare bardzo pilnie strzegł lady Cross, a w całym królestwie uważano, że naprawdę się poddała. Obecny tu kapitan upierał się, że wcale tak nie jest – Elston zasalutował Buławie dwoma palcami – ale pozostali z nas dali się nabrać, choć nie pogorszyło to naszej opinii o lady Cross. Śmierć z głodu jest straszna.

– I co dalej? – dopytywała Aisa. Coryn zajął się jej bicepsem, ale ledwie to zauważyła.

– W dniu ślubu lady Cross wystroiła się i wyglądała wspaniale. Arvath wysłał miejscowego biskupa, by poprowadził ceremonię. Lord Tare sprosił pół królestwa, by mogło być świadkiem jego triumfu, więc kościół był pełen jego strażników i gości. Crossowie odmówili uczestnictwa, ale wszyscy pozostali arystokraci, a nawet sam regent, przyjęli zaproszenie. Lady Cross podeszła do ołtarza i przez całą dwugodzinną ceremonię postępowała zgodnie z wytycznymi biskupa, a w końcu została żoną lorda Tare’a.

– Słucham?

– Ślub przebiegł spokojnie i kiedy tylko się zakończył, wszelkie zmartwienia lorda odeszły w niepamięć. Zyskał ziemie małżonki i tytuł, czyli wszystko, czego pragnął. Został na dole i upił się ze swoimi strażnikami, a lady Cross weszła na piętro, by zdjąć suknię ślubną. Godzinę później Tare poszedł szukać żony, ale jej już nie znalazł. Wymknęła się bez trudu. Nim zdołał zebrać ludzi, była już w połowie drogi do lasu Reddick.

– Ale była jego żoną.

– Na to wygląda, prawda? Lord Tare wpadł w szał, popędził za ludźmi z Caden z psami gończymi, a kiedy nie udało mu się ich odnaleźć, zwrócił się do regenta. Dopiero po dwóch dniach ktoś wpadł na to, by porozmawiać z biskupem, a wówczas okazało się, że i jego, i strażników ktoś związał i uwięził w pałacu lorda. Biskup był wygłodzony i wściekły, i zupełnie niepodobny do człowieka, który udzielał lordowi ślubu.

– Właśnie tu się robi ciekawie, piekielnico – wtrącił Buława. – Nie znam łaciny, znam za to kilka osób, które władają tym językiem, i powiedziały mi, że biskup przez całą ceremonię paplał bzdury. Wygłosił długie kazanie na temat zalet czosnku, zasad gry w rugby i Bóg jeden wie czego jeszcze. Lady Cross przyrzekła, że będzie kochała piwo i podawała je do końca życia. Znała łacinę, a lord Tare nie.

Aisa zadumała się na chwilę nad jego słowami.

– A co z gośćmi?

– Bardzo wielu z nich znało łacinę, a kilkoro nawet przyjaźniło się z lordem. Ale nikt się nie odezwał. Dopiero później, gdy ich przesłuchiwano, przyznali, że ceremonia była fikcją. Skrytobójcy z Caden zaryzykowali, ale opłaciło im się. Koniec końców, całe królestwo opowiedziało się po stronie lady Cross. Jedynymi osobami, które pragnęły, by się złamała, byli sadyści i wrogowie kobiet – członkowie Caden z dużą pewnością obstawiali, że żadna spośród tych osób nie znała łaciny.

– Niezłe ryzyko – mruknął Arliss. – Przez ten ślub straciłem fortunę.

– Co zrobił lord Tare, kiedy się dowiedział?

– Zaczął rozgłaszać po całym Tearlingu, że zemści się na wszystkich: na lady Cross, na Caden, na podstawionym biskupie, którego zresztą nigdy nie odnaleziono. Ale nie miał żadnych praw do tej kobiety, a zanim sprawa się wyjaśniła, ona była już ze swoim rolnikiem.

– Poślubiła go?

– Tak. A rodzina ją za to wydziedziczyła. I właśnie przez to Millerowie wpadli w tarapaty: mieli dopilnować, by kobieta wróciła do rodziny, a oni zawieźli ją do rolnika. Crossowie zapłacili im tylko połowę. W Caden zawrzało i bracia zostali wyrzuceni z gildii. Zostali także obłożeni ekskomuniką przez Kościół Boży, choć wątpię, żeby się tym przejęli.

– Ale udało im się – zadumała się Aisa. – Uwolnili ją.

– I nieźle na tym zarobili.

– A lord Tare? Co się z nim stało?

– Nadal jest panem na swoim zamku. Zgorzkniałym jak zimowe piwo – odpowiedział Buława. – Był zamieszany w spiski zmierzające do obalenia królowej i gdybym tylko potrafił udowodnić, że wiosną był na przełęczy Argive, już by zawisł. Ale na razie mu odpuściłem.

Szkoda. W prawdziwej bajce czarny charakter poniósłby karę.

– Zawsze pracują razem? – spytała. – Ci trzej bracia?

– Tak. Wielu członków Caden działa w takich grupkach, zwłaszcza gdy ich umiejętności się uzupełniają. Ale potrafią też działać wszyscy razem. To byłby naprawdę imponujący widok: ludzie z Caden zjednoczeni w dążeniu do wspólnego celu.

– Ale dlaczego Bidul, panie kapitanie? – spytał Coryn. – Myślałem, że priorytetem jest królowa.

– Jest, ale nigdy by mi nie wybaczyła, gdybym nie miał innych priorytetów. To ona wyznaczyła mi to zadanie. – Buława zamrugał i Aisa przez chwilę miała wrażenie, że w jego oczach błysnęły łzy. – Wtedy nie wiedziałem, co miała na myśli, ale powierzyła mi obowiązek zrobienia tam porządku. Powierzyła mi opiekę i nad bezbronnymi, i nad wielkimi, a z tym zadaniem nie mogę czekać na jej powrót.

Ktoś załomotał pięścią w wielkie podwójne drzwi skrzydła królowej, a Aisa aż podskoczyła. Straż zacieśniła się wokół Buławy. Devin i Cae uchylili drzwi, lecz do środka weszła jedynie ubrana na biało służąca. Aisa nie była w stanie zrozumieć słów, ale w całym pomieszczeniu było słychać histeryczny ton ich paplaniny.

– Co się dzieje, Cae?! – zawołał Buława.

– Mamy problem na dole, panie kapitanie. Z tą wiedźmą Thorne’a.

– Jaki problem?

Służąca spojrzała na Buławę szeroko otwartymi oczami. Nie była młoda, a jej twarz była blada jak ściana.

– Mów!

– Zniknęła – zaskrzeczała kobieta.

– Co z Willem? Jej strażnikiem?

Ale kobieta nie była w stanie odpowiedzieć. Buława zaklął, zeskoczył ze schodków i wielkimi krokami wymaszerował ze skrzydła królowej. Aisa ruszyła za nim korytarzem, a potem trzema biegami schodów prowadzącymi do prowizorycznego więzienia Brenny. Bała się tej kobiety. Bali się jej wszyscy, nawet najodważniejsi strażnicy. Wizyta u Brenny nie była bezpieczna, ale Aisa wciąż miała w głowie słowa zabójcy z Caden.

„Kiedy dorośniesz, mogłabyś opuścić to mauzoleum i porozmawiać z nami”.

Minęli ostatni zakręt i Buława zatrzymał się przed komnatą Brenny. Drzwi były otwarte na oścież, ale na straży stała jedynie kałuża krwi. Zapach uderzył Aisę, jakby ktoś wymierzył jej policzek. Nad kałużą zebrał się już rój much, a jedna z nich zaczęła bzyczeć przy głowie dziewczyny. Aisa odpędziła ją.

Buława ruszył naprzód, ale Elston położył mu dłoń na ramieniu, by go powstrzymać.

– Kapitanie, my wejdziemy pierwsi.

Buława skinął głową, choć Aisa wyczuła, że irytowały go takie ograniczenia. Elston i Kibb weszli do środka, a dziewczyna podreptała kilka kroków za nimi. Chciała wszystko zobaczyć, a jednocześnie nie chciała. Zerknęła zza Elstona, po czym skuliła się, gdy zauważyła w kącie pokoju jasnoczerwoną masę.

– Bezpiecznie?