Losowi na przekór - Andrzej Wielowieyski - ebook
Opis

Spadkobierca rodziny o tradycji prawie tak długiej jak polska państwowość opowiada o Polsce międzywojennej widzianej oczami dziecka, o moralnych dylematach młodego żołnierza AK, który z trudem odnajduje się w świecie, gdzie zabija się nie tylko wrogów, ale też o trudnych wyborach, przed którymi stali młodzi Polacy, kiedy władzę w kraju 
przejęli komuniści.

„Podążając za życiem i wyborami Andrzeja Wielowieyskiego, sami stajemy się świadkami przełomowych wydarzeń polskiej historii ostatnich kilkudziesięciu lat. A gdy mamy Go za przewodnika, historia ta staje się bardziej zrozumiała, a i my bardziej wobec niej wyrozumiali. Również dzięki temu – jestem o tym przekonana – książka ta wejdzie do kanonu najważniejszych świadectw naszej najnowszej historii” – Aleksandra Klich

„Czas zacząć – skoro powoli zbliżam się do 90. roku życia – opowieść o moich doświadczeniach przełomów ubiegłego wieku. Było ich aż trzy: 1914–1921, 1939–1952 i 1980–2015. Przeorały one głęboko naszą rzeczywistość i nas samych. Dziś mamy dużo nowych doświadczeń, ale to, kim jesteśmy, tym przełomom przede wszystkim zawdzięczamy” – Andrzej Wielowieyski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1281

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Jan Cywiński
Korekta i opracowanie indeksu: Danuta Sabała
Fotoedytor: Rafał Szczepankowski
Projekt graficzny okładki, makiety, skład i łamanie oraz przygotowanie zdjęć do druku:
Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART. DESIGN – www.panczakiewicz.pl
Autorzy i źródła zdjęć (numery stron dotyczą wydania papierowego):
Ze zbiorów: Andrzeja Wielowieyskiego: 14-16, 18, 19, 23-28, 44, 47, 65 górne, 67, 68, 86, 92, 103-107, 109, 112, 116, 118, 128, 129-131, 133 dolne, 135, 137, 152, 153, 155, 156, 159, 170, 172, 183, 185, 190, 195, 196, 198 g., 201, 207, 222, 227, 246, 247, 248, 249, 250, 254, 256, 258, 260 g., 261, 262, 267, 270, 276-278, 302, 306, 313 g., 319, 403, 420, 442, 454, 499, 500, 512, 513, 534, 536, 551, 557, 562, 573, 583, 590; Andrzeja Wielowieyskiego oraz Zbigniewa Zielińskiego: 30-34, 38-41, 42 g., 43 g., 45, 46, 50, 51; Anny Baryły: 35, 203; Jana Radolińskiego: 42 d.; Andrzeja Friszke: 65 d., 76, 79 g., 81, 84 d., 150, 151, 163, 164 d., 191, 215 g., 217, 220, 282, 283, 299, 300, 309, 312 d., 321 d., 327, 328 g., 329 g., 383, 402, 440, 492; Andrzeja Ciechanowieckiego: 78 g.; Henryka Woźniakowskiego: 79 d.; redakcji Tygodnika Powszechnego: 164 g.; Krzysztofa Jedlińskiego: 198 d.; Tomasza Śnieżka: 259; Marcina Święcickiego: 260 d.; Pawła Paciorkiewicza: 265, 271; Jana Cywińskiego: 347; Krzysztofa Brzózki: 519; Narodowe Archiwum Cyfrowe: 64 g., Edward Hartwig: 72; Wikipedia: 43 d., 64 d.; Maciej Jurkowski: 206; Magdalena Gotowska: 290 d.; Oskar Chomicki: 301, 369; Erazm Ciołek: 310; Anna Wdowińska: 527-529; Desa Unicum/Marcin Koniak 84 g.; Agencja Gazeta/Iwona Burdzanowska: 66, Grażyna Makara: 78 d., Jacek Marczewski: 215 d., Piotr Wójcik: 312 g., 329 d., 434, Andrzej Iwańczuk: 328 d., Albert Zawada: zdjęcie okładkowe, 333 g., Grzegorz Skowronek: 333 d., Krzysztof Miller: 428, Wojciech Surdziel: 445, Tomasz Wierzejski: 446, 469, 496, Sławomir Sierzputowski: 457, Łukasz Cynalewski: 549, Waldemar Gorlewski: 556; Fotonova/Anna Beata Bohdziewicz: 133 g., 134; Reporter/Anna Beata Bohdziewicz: 432; East News/Wojtek Łaski: 290 g., 313 d., 315, 321 g.; Kancelaria Prezydenta RP/Damazy Kwiatkowski: 520.; Rada Europy: 532, 544, 554
Agora SA oświadcza niniejszym, że pomimo podjętych starań nie udało się ustalić osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce (poza wyżej wymienionymi). Osoby uprawnione z tytułu tych praw prosimy o kontakt z Agorą SA (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel.: 22 555 40 00) w celu uregulowania należności prawnoautorskich.
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:
Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska
Redaktor naczelny: Paweł Goźliński
Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska
DOFINANSOWANIE ZE ŚRODKÓW MINISTRA KULTURY
I DZIEDZIDZTWA NARODOWEGO
© Copyright 2015 by Andrzej Wielowieyski
© Copyright by Agora SA, 2015
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2015
ISBN: 978-832-681-802-8 (epub); 978-832-681-803-5 (mobi)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Nie spisałbym tych wspomnień i nie mógłbym dołączyć tylu zdjęć znaczących w mym życiu ludzi, gdyby nie pomoc i ofiarność przyjaciół. Dziękuję im z całego serca, zwłaszcza Andrzejowi Friszke i Zbigniewowi Zielińskiemu. Bez ich uwag, sugestii i fotografii te wspomnienia byłyby znacznie uboższe. Pomogli mi też bardzo Henryk Wujec, Andrzej Ciechanowiecki i Marcin Geremek, a także Anna Baryła, Krzysztof Brzózka i Paweł Paciorkiewicz. Pewne szczegółowe kwestie udało się wyjaśnić dzięki Konradowi Bielińskiemu, Jarosławowi Jóźwiakowi, Aleksandrze Lipczak, Małgorzacie Łukasiewicz, Ince Słodkowskiej, Iwonie Szpali i Mikołajowi Szymańskiemu. Wiele pracy włożyła zwłaszcza w przygotowanie zdjęć moja córka Ewa Wielowieyska, a wykorzystał je dobrze redaktor Rafał Szczepankowski.

Najważniejszą jednak rolę w uporządkowaniu i weryfikacji różnorodnych wspomnień i źródeł odegrał Jan Cywiński, mój dawny kolega z OPSZ-etu „Solidarności”. Jego wnikliwa czujność i ciężka praca redaktora pozwoliła uniknąć wielu błędów i niespójności oraz zapewnić jakąś zwartość tej opowieści.

Czas zacząć – skoro powoli zbliżam się do 90. roku życia – opowieść o moich doświadczeniach przełomów ubiegłego wieku. Było ich aż trzy: 1914-1921, 1939-1952 i 1980-2015. Przeorały one głęboko naszą rzeczywistość i nas samych. Dziś mamy dużo nowych doświadczeń, ale to, kim jesteśmy, tym przełomom przede wszystkim zawdzięczamy.

Pierwszy przełom, wraz z tym, co zdarzyło się przed I wojną światową, przeżywałem dzięki pamięci historycznej i ludziom, którzy w nim uczestniczyli. Był więc niemal moim własnym doświadczeniem. Później dziwnym zrządzeniem losu, mimo że się nie chowałem i próbowałem nawet walczyć, udało mi się wymknąć okrutnym żarnom historii drugiego przełomu, które już od lat 30. mełły na miazgę miliony ludzi, w tym także moich bliskich. Mogę i powinienem o nich wspomnieć, aby im oddać cześć i zachować pamięć, której są warci i która jest nam potrzebna, aby zrozumieć i szanować siebie samych. Wreszcie miałem szczęście i zaszczyt aktywnie uczestniczyć w przełomie „Solidarności” i zmianach, które przyniósł.

Skąd żeśmy się wzięli? Ano 1500-1600 lat temu jako Słowianie pojawiliśmy się na północ od Karpat, między Wisłą i Dnieprem, a stamtąd rozeszliśmy się po Europie. Coś tam chyba było w starej opowieści o Lechu, Czechu i Rusie. Kształtowały nas – jak sądzę – zwłaszcza trzy doświadczenia: lasu, konia i uprawy. Wśród nieprzebytych puszcz i bagien, w nieustannej walce z obcymi, my, Słowianie, a później nasze plemię, Lechici (Lachy, Lengyel, Lenkas) i Polanie, tworzyliśmy społeczność i własną cywilizację. Mamy w sobie 40, 45 pokoleń doświadczeń życia na tej ziemi, którą mieli przed nami inni: Celtowie, Germanie i „Łużyczanie” (ludy tzw. kultury łużyckiej).

Te trzy doświadczenia: lasu, konia i uprawy, znalazły się chyba w moich genach, bo je czasem silnie przeżywałem. Koń był nieodzowny dla licznych drużyn pierwszych prehistorycznych Piastów, którzy tworzyli 1100, 1200 lat temu nasze państwo, państwo Lechitów, zwanych późnej Polanami. Byli to prawdopodobnie „jeźdźcy”, konne drużyny napastników organizujących stale łupieżcze wyprawy na sąsiadów. Być może kmiecie, spokojni rolnicy osiedleni już na naszych ziemiach, w ogóle nie brali udziału w tej państwowotwórczej działalności. Przekonuje mnie do tego Jacek Brunon Siwiński, autor błyskotliwej książeczki Wczesne dzieje Polan (1990), i sądzę, że nie bez racji stawiał też tę sprawę rosyjski historyk, prof. Borys Grekow, który pisał: Szto eto Polaki, eto nacija ili kłass? Sądził, że Polanie to drużynnicy Piastów, którzy dostali pola, to znaczy ziemię na prawie wojskowym.

Wątpię, by moi przodkowie przybyli nad górną Wisłę wraz z drużynami Piastów, którzy zdobywali kolejno grody i obszary na wschód i południe od dorzecza Warty. Prawdopodobnie byli Wiślanami, których po tajemniczym i gwałtownym usunięciu Czechów z Krakowa pod koniec X wieku Mieszko, a później Bolesław Chrobry włączyli do swoich drużyn. To właśnie z nich pochodził chyba nasz rodowy, legendarny protoplasta Półkoziców, grododzierżca Stawisz, który prawdopodobnie dla Chrobrego bronił grodu Eczech na Morawach lub na Słowacji. Więcej interesujących szczegółów można na ten temat znaleźć w herbarzu jezuity o. Kaspra Niesieckiego (w tomie z 1740 r.) lub w mojej książce Tajemnice i niespodzianki historii.

Herb Półkozic, z kozłem nad tarczą i głową osła na tarczy, jeden chyba z najśmieszniejszych herbów w Europie, został ponoć Stawiszowi nadany wraz z dewizą Astux belli forte melior. Takie jej brzmienie podają czasem źródła, tak też dźwięczą mi w uszach przekazy rodzinne; dewiza miałaby znaczyć: „podstęp wojenny lepszy jest od siły”. Wypada jednak odnotować, na co zwracają uwagę filologowie, że ta łacińska maksyma jest błędna; jej poprawna forma to zapewne Astus belli sorte melior: „przebiegłość jest lepsza od zdania się na los wojny” (nie ma łacińskiego słowa astux, a „f” i „s” pisało się w średniowieczu podobnie i łatwo tu o pomyłkę). Herb miał być dla Stawisza nagrodą za uratowanie bronionego grodu, gdyż urządzając pozorowaną ucztę na jego wałach i wysyłając „wspaniałomyślnie” mięso kozła i osła, dwóch ostatnich posiadanych zwierząt, oblegającym wrogom, przekonał ich, że go głodem nie wezmą; w rezultacie odstąpili od oblężenia.

A później, od kolejnych Bolesławów, otrzymali ci królewscy i książęcy drużynnicy na północ od Tarnowa, w kierunku Wisły, nadania ziemi – iure militari – w trójkącie Gręboszów – Oleśno – Bolesław i siedzieli tam zwarcie co najmniej 300-400 lat, póki nie rozproszyli się po całym kraju. Historyk z Torunia Jan Wroniszewski przesłał mi swoją pracę O pochodzeniu Półkoziców Wielowieyskich, w której stwierdził, że wszyscy odnalezieni przez niego w źródłach Półkozice w XIV i XV wieku pochodzili z tego trójkąta lub mieli jakieś własności w tym rejonie. Musiało ich być sporo, bo wystawiali królowi na wyprawy jedną, dwie rycerskie chorągwie, czyli 300-600 ludzi. W czasie wyprawy na Lwów Kazimierz Wielki prowadził 12 chorągwi, w tym dwie Toporczyków i jedną Półkoziców. W porównaniu z Toporczykami czy Porajami Półkozice nie mieli tak silnej pozycji, ale dochodzili do liczących się godności, najpierw w ziemi łęczyckiej (rodzina Ligęzów), ale i u siebie: Półkozic Jan z Czyżowa i Wielkiej Wsi został za czasów kard. Zbigniewa Oleśnickiego kasztelanem krakowskim, a przedtem, za Jagiełły, przez ponad 20 lat chorążym ziemi krakowskiej, który niósł do bitwy wielką chorągiew Królestwa Polskiego, był nasz rodowy Marcin z Wrocimowic. Trzeba jednak uczciwie dodać, że nasi przodkowie byli również odpowiedzialni za duże kłopoty Królestwa; dotyczy to moich przodków i po mieczu, i po kądzieli. Otóż za czasów małoletniości Władysława Warneńczyka i jego nieobecności, a potem nieobecności królewicza Kazimierza Jagiellończyka, oraz podczas bezkrólewia rządził kard. Oleśnicki, który władztwo nad Małopolską zlecił owemu Janowi z Czyżowa, a w Wielkopolsce – Jastrzębcowi Dersławowi z Rytwian, przodkowi mojej matki. Niestety, obaj ci mężowie, jak się zdaje, przyczynili się znacznie lub dopuścili do rozdrapania znacznej części królewszczyzn, co było później przyczyną kilkudziesięcioletniej walki Sejmu o „restytucję” tych dóbr, co nastąpiło dopiero po stu latach.

Moi przodkowie przenieśli się znad Wisły o 30, 40 km w górę Dunajca i w spadku po swym stryju, owym Janie z Czyżowa, który miał tylko córkę, Felicjan i Marcin po 1450 r. przejęli Wielką Wieś za Wojniczem i zamek Trzeblin (lub Trzewlin); wieś nie była, jak się zdaje, szczególnie duża, za to położona na wysokiej na kilkadziesiąt metrów skarpie Dunajca. W XVII wieku, po ostrych konfliktach z rodziną Stadnickich, ich potomkowie przenieśli się do Gołczy i do Wielkanocy pod Miechowem, gdzie założyli i przez parę pokoleń prowadzili zbór kalwiński. Linię kalwińską Wielowieyskich rozpoczął Stanisław z Wielkiej Wsi (1550-1622), a jego wnuk Andrzej, wojski chęciński i potem skarbnik krakowski, był rotmistrzem chorągwi pancernej krakowskiej w bitwie pod Wiedniem, a poległ w walkach z Tatarami w 1694 r. Była też jednak linia katolicka, która przeniosła się do województwa ruskiego na pogranicze z Podolem (linia z Olejowej).

Wnuk Andrzeja Adam skończył szkołę kadetów w Dreźnie i potem służył w gwardii koronnej, został dowódcą pułku dragonów w Cudnowie na Ukrainie oraz generałem majorem. Kupił on Lubczę w powiecie jędrzejowskim, która stała się na 200 lat ośrodkiem naszego życia rodzinnego. Pułk dragonów, przemianowany w czasie Sejmu Czteroletniego na pułk straży przedniej, przejął po jego śmierci kuzyn z katolickiej linii, z województwa ruskiego, Stanisław Wielowieyski, również generał. Przeorganizował go i szkolił, powiększony do 1600 ludzi. W kampanii 1792 r. znalazł się w dywizji Kościuszki i odznaczył się pod Dubienką, odpierając ataki huzarów Kutuzowa, osłaniając pod koniec bitwy wycofywanie się dywizji i ratując w ostatniej chwili artylerię Naczelnika. Według ustnej tradycji rodzinnej sukces polegał na tym, że Rosjanie wystrzelali konie całej baterii, ale kawalerzyści Wielowieyskiego mieli dość zapasowych postronków i pod ogniem potrafili wyciągnąć i uratować prawie wszystkie działa. Naczelnik, rozpoczynając insurekcję, chciał mu powierzyć kierowanie resortem obrony, ale Wielowieyski, odcięty ze swym oddziałem przez dokonującą drugiego rozbioru armię rosyjską, już do Warszawy nie dołączył. W czasie kampanii na Ukrainie w 1792 r. zginął starszy syn gen. Adama, Aleksander.

●●●

Po namyśle włączam do mych wspomnień opowieść o babce Teodorze z Wielowieyskich Woronieckiej. Nie była ona w rodzinie osobą zapoznaną, w Lubczy wisiał jej piękny portret. Jej losy były jednak otoczone pewną tajemniczością, tak w każdym razie – jak się zdaje – postanowiły starsze panie w naszej rodzinie przed przeszło stu laty. Ale mój dziadek Stefan Wielowieyski uległ swej córce Halszce i opowiedział jej historię Teodory. Jest ona opisana w jego częściowo wydanych pamiętnikach.

Teodora była córką gen. Adama i młodo wyszła za mąż za mjr. Ulmuetza z jego pułku, ale wkrótce się rozwiodła, co u kalwinów było łatwiejsze niż unieważnienie u katolików. W 1787 r. doszło na statkach na Dnieprze do znanego spotkania w Kaniowie między carycą Katarzyną i królem Stanisławem Augustem. Teodora widocznie należała do ukraińskiej socjety, bo znalazła się w składzie dworu Stanisława Augusta.

W orszaku carycy był też jej nielubiany syn, carewicz Paweł. Mimo że miał już żonę i syna, zabrał Teodorę ze sobą do Petersburga; żyła przy nim przez dziewięć lat. Miała z nim dwoje dzieci: syna Adama i córkę. Z czasu, kiedy po śmierci matki Paweł wstąpił na tron, znane są jego przyjazne gesty wobec Polaków, zwłaszcza wobec Kościuszki. Mój dziadek przypisywał to wpływom Teodory. W każdym razie nie została przy carze, wyszła za mąż za generała księcia Józefa Woronieckiego, który adoptował jej dzieci. Syn Adam służył potem w wojsku polskim i bił się razem z moim prapradziadkiem Henrykiem Wielowieyskim przeciw Rosjanom w powstaniu listopadowym. Córka wyszła za jakiegoś rosyjskiego generała i miała synów, którzy w Petersburgu wysoko awansowali, a mój dziadek Stefan, kiedy w stolicy kończył prawo w latach 80. XIX wieku, odwiedzał ich i był z nimi w przyjaznych stosunkach. Opowiadali mu, że jako chłopcy odwiedzali wraz z matką i babką Lubczę i spotykali tam panie o dziwnych, nieznanych Rosjanom imionach: Ewa, Karolina czy Felicja.

Ta historia otrzymuje szczególny kontrapunkt w rodzinie Woronieckich. Kiedy raz znany dominikanin, duszpasterz i pisarz o. Jacek Woroniecki odwiedził Lubczę, dopytywał się szczególnie o swą prababkę Teodorę i oglądał jej portret. Mówił wtedy memu dziadkowi Stefanowi, że rodzinę Woronieckich spotkały takie zaszłości jak z babką Teodorą nie po raz pierwszy. Oto król Zygmunt August pod koniec życia przyjaźnił się z piękną warszawską mieszczką Barbarą Giżanką; przed jego śmiercią opiekowała się nim na zamku w Knyszynie. Potem były głośne rozhowory i dochodzenia w sprawie losu królewskich klejnotów. Królewska faworyta znalazła jednak bezpieczną przystań, wychodząc za mąż za kniazia Michała Woronieckiego z Wołynia.

●●●

Czasy niewoli przerywały tę tradycję wojskową w rodzinie. Jednak wnuk gen. Adama Henryk Eustachy podjął ją na nowo. W pamiętnikach opisał, jak jako czteroletni chłopiec witał z matką idący na Kraków w 1809 r. 5. pułk strzelców konnych z armii księcia Józefa (w którym zresztą służył, a potem nim dowodził mój prapradziad od strony matki Zygmunt Kurnatowski) i oficerowie pozwolili mu wydać strzelcom komendę „do zsiadania z koni” i do obiadu przygotowanego przez mamę Karolinę. W 1830 r. niespodziewanie przybył do Lubczy posłaniec od sąsiada i przyjaciela Henryka Dembińskiego (później generała i naczelnego wodza) z krótkim listem: „W Warszawie powstanie, ludzi i konie przygotuj”. W ciągu kilku tygodni sformowano i skierowano do walki 1. pułk krakusów (rodzaj lekkiej kawalerii, którą w 1813 r. tworzył książę Józef Poniatowski). Mój prapradziad Henryk Wielowieyski, z wykształcenia inżynier górnik, jako jedyny niezawodowy oficer obejmuje w nim dowództwo 3. szwadronu, odbywa całą kampanię 1831 r. i otrzymuje złoty krzyż Virtuti Militari. Opisał to w swych pamiętnikach. Odsiadywał potem karę w twierdzy zamojskiej i cudem nie utracił majątku.

I potem znów była przerwa. Pradziadek Adam brał udział w powstaniu 1863 r., ale w strukturach cywilnych, i szczęśliwie uniknął zesłania (piszę o tym w Tajemnicach...). Po prawdopodobnie chłopskim donosie zostali wraz z bratem Kazimierzem aresztowani i piechotą popędzeni do Miechowa, przy czym cudem ratował ich oficer Polak, bo sołdaci kilkakrotnie chcieli ich zakłuć bagnetami. To kobiety, jak się zdaje, przekupiły komendanta garnizonu w Miechowie księcia Jusupowa (inne źródła mówią, że był to książę Szachowski, znajomy Adama), który przesłuchując dwóch aresztowanych braci Wielowieyskich, otworzył okno i wyszedł z pokoju. Pradziadek Adam przewodził później namiastce samorządu gospodarczego (Towarzystwo Kredytowe Ziemskie) w Kielcach, a jego syn Stefan był wybitnym finansistą i działaczem gospodarczym. Pracował w Banku Rosji w Petersburgu i w Paryżu jako prokurent, a potem w ciągu 20 lat zbudował kilka tartaków, kilka fabryk i kupił kilka majątków. Działał w stronnictwie konserwatywnym i przez dwie kadencje był członkiem Rady Państwa, czyli rosyjskiego senatu. Dożył wielkiego szczęścia, którego zresztą jako działacz konserwatywno-ugodowy nie przewidział: mógł oglądać już w Niepodległej syna Zbigniewa – mojego ojca – który jako rotmistrz szkolił swych ułanów w 3. pułku, na tych samych podmiechowskich polach, na których 90 lat wcześniej szkolił swoich krakusów prapradziad Henryk. Dziadek wydał wtedy przyjęcie dla oficerów 3. pułku, wspominając wielkie tradycje wiedeńskie polskiej kawalerii. Miał dwanaścioro dzieci i dwadzieścia pięcioro wnuków. Umarł w 1931 r. Pamiętam jeszcze, jak się ze mną bawił, a ja, mając niewiele ponad trzy lata, goniłem go po jego mieszkaniu w Warszawie przy Alejach Ujazdowskich 28. Dziadek uciekał, trzymając ręce zaciśnięte z tyłu, tak samo jak i ja, i mój brat Stach je dzisiaj odruchowo trzymamy. Pamiętam go po śmierci, jak leżał już ubrany na swym łóżku, a potem był pogrzeb z tłumami ludzi, banderią krakusów i moim ojcem wydającym rozkazy i utrzymującym porządek.

W wieku pięciu, sześciu lat, co było dla mnie wielkim przeżyciem, zostałem przez dowódcę 3. pułku ułanów płk. Żelisławskiego uznany za „najmłodszego ułana 3. pułku”. Miało to sens, bo w 1917 r. mój ojciec, oficer rosyjskiej gwardii, współtworzył ten pułk w I Korpusie Polskim w Rosji Józefa Dowbora-Muśnickiego, a potem, dowodząc w nim 1. szwadronem w 1920 r., zdobył następny w rodzinie krzyż Virtuti Militari.

Tradycje kawaleryjskie były w domu żywe. Dwa pokoje wypełniały portrety hetmanów koronnych i litewskich, a razem z bratem Stachem od czwartego, piątego roku życia chowaliśmy się na koniach. Oczywiście na początku przez trzy, cztery lata musieliśmy jeździć na oklep, bez strzemion, ale potem już dosiadaliśmy normalnie dwóch ślicznych, młodych klaczy Roli i Salamandry, przygotowywaliśmy się też do służby kawaleryjskiej, śledząc ćwiczenia krakusów, które mój ojciec organizował w naszym radomszczańskim powiecie, i uczestnicząc w nich. A jednak później zostałem zatwardziałym piechurem. Z koni zrezygnowałem bez żalu. W 1944 r. przez parę miesięcy włóczyłem się po lasach w 27. pułku piechoty Armii Krajowej, potem lubiłem chodzić po górach, a w końcu przez wiele lat uczestniczyłem w 300-kilometrowych pielgrzymkach do Częstochowy. Miłość do koni zachowała za to moja żona Zula (Zofia), też pochodząca z kawaleryjskiej rodziny – Tyszkiewiczów. Do dziś hoduje i ujeżdża ok. dziesięciu koni, na których jeździ młodzież. Dwoje wnuków, Maryśka i Piotr Rościszewscy, są niezłymi zawodnikami na konkursach hipicznych.

Sądzę jednak, że silniejsze było przywiązanie moich genów do uprawy. Przez 700-800 lat moi przodkowie, gdy przestali być postrachem oraz napadać i porywać w niewolę sąsiadów, czym prawdopodobnie zajmowali się głównie za pierwszych Piastów, osiedli nad górną Wisłą i uprawiali ziemię. To doświadczenie także we mnie jest obecne. Mimo pewnej skłonności do awanturnictwa i szukania nowości pozostała trwała sympatia do ziemi. Jako dziecko i jako chłopak lubiłem pracować w polu, z pasją pomagałem przy żniwach, zwózce i omłotach, oczywiście z końmi, ale lubiłem też jeździć na traktorze. A później, kiedy kilka razy w życiu zmieniałem zawód, niewiele miałem piękniejszych przeżyć niż śledzenie, jak rośnie to, co sam zasiałem. Moim najmilszym hobby był ogródek. Kiedyśmy z Zulą byli na dorobku, to zaprawieni w domu poprzez hodowanie kóz i królików, założyliśmy małą hodowlę nutrii, mieliśmy też sporo kur, a przez kilka lat także pieczarkarnię w piwnicy.

Było też jeszcze jedno doświadczenie, które przyczaiło się w moich genach – doświadczenie lasu, być może najstarsze ze wszystkich, doświadczenie puszczańskich plemion słowiańskich, które przez długie pokolenia żyły przecież w leśnych ostępach. W latach 1942-1943 byłem praktykantem leśnym, mierzyłem sągi, pilnowałem sadzonek i wyrębów, rozliczałem sprzedane drewno i ściółkę z chłopami. Czułem wtedy wciągający mnie urok lasu. Jeszcze silniej to przeżywałem, kiedy w 1944 r. byłem żołnierzem leśnego oddziału i śpiewaliśmy na melodię Wojenko, wojenko: Lesie, polski lesie, ty nasze ustronie,/ Wciąż od ciebie niesie, wciąż od ciebie niesie,/ Wolnej Polski powiew.

Odczuwałem i uświadamiałem sobie wtedy, że las to z dawien dawna moje naturalne środowisko, że wśród tych drzew i zarośli, tych barw i woni, kiedyś byliśmy u siebie, my, to znaczy ja i moi przodkowie, mężczyźni i kobiety, w czasach przed cywilizacją. Bo dopiero przy wygasaniu „wędrówek ludów” osiedlali się na wyrębach i zaczynali uprawiać ziemię. Dużo silniej niż Kraszewski uświadomił mi to w swoim Bolesławie Chrobrym Antoni Gołubiew, który w tej epopei pokazał i przybliżył osobowości i losy naszych puszczańskich przodków. Wzbogacił te wątki w swych powieściach o średniowiecznej Anglii Ken Follett, pokazując współistnienie obok siebie cywilizacji wiejskiej i bardzo odmiennego środowiska leśnych ludzi. To środowisko odczuwała żywo i rozumiała nasza Rodziewiczówna, autorka Lata leśnych ludzi. Dobrze też pisze o leśnych doświadczeniach Czesław Miłosz w Dolinie Issy. Bardzo mi odpowiada oparta na badaniach DNA teza prof. Bryana Sykesa z Oksfordu (Siedem matek Europy, Amber, 2002), że wbrew dotychczasowym przekonaniom antropologów w naszych genach nad doświadczeniami rolników wciąż przeważają doświadczenia długich tysięcy lat, gdy byliśmy myśliwcami i zbieraczami.

R O Z D Z I A Ł  1
1. Moje środowisko

Urodziłem się w 1927 r. i na pewno miałem dobre dzieciństwo w tradycyjnym polskim dworze ziemiańskim. Dość intensywne życie społeczne zaczęło się dla mnie już przed wojną, najpierw w parafii. Byłem ministrantem, a kiedy miałem dziesięć lat, zostałem na jej terenie skarbnikiem dziecięcej Krucjaty Eucharystycznej, do 1938 r. Pamiętam, jak moja koleżanka Janka Turkówna przekazywała mi kasę liczącą 9 zł. Miałem tam pierwszą w życiu prelekcję, o życiu Pier Giorgia Frassatiego, katolickiego działacza studenckiego we Włoszech.

A potem była piłka. Co niedziela, od 1938 r. i później w czasie wojny do 1940, przychodziło po mszy świętej przed nasz „pałac”, czyli dom we wsi Chełmo (w powiecie radomszczańskim w dzisiejszym województwie łódzkim), 30, 40 chłopaków z dwóch wsi i graliśmy w dwa ognie. Mimo że należałem do młodszych uczestników, miałem ambicje, aby być „matką”, czyli szefem drużyny, który miał pewne przywileje, ale musiał zwłaszcza lepiej niż inni chwytać piłkę oraz celniej i mocniej „strzelać”. Do dziś czuję straszliwe piłki chyba Tadka Piecucha z Kraszewic, wsi sąsiadującej z Chełmem, od których prawie żebra pękały i traciło się dech. Później graliśmy też czasem w palanta, grę podobną do baseballu.

Andrzej Wielowieyski ma osiem miesięcy

Działo się to wszystko na pięknym gazonie i szerokim podjeździe pod dom, który był bardziej średnim pałacem niż dworem. Rozbudowali go pół wieku wcześniej dawni właściciele państwo Skórzewscy – niegdyś był to zameczek myśliwski króla Zygmunta Augusta, zbudowany w XVI wieku przez architektów włoskich.

[...]