Los Elfów 1: Wojownicy ze stali - Peter Gotthardt - ebook + audiobook

Los Elfów 1: Wojownicy ze stali ebook

Peter Gotthardt

0,0
3,99 zł

lub
Opis

Pokój w Królestwie Elfów zaburza armia Stalowych Pięści, na czele z Królem Dumą. Elfy zostają zmuszone do opuszczenia pałacu i ukrywania się w lasach. Tam córka królowej, Jarzębina zaprzyjaźnia się z młodym elfem, Chmielem. Wspólnie odkrywają miejsce, które może pomóc elfom w walce z wrogiem. Ale czy ich armia jest wystarczająco silna? "Wojownicy ze stali" to pierwsza z czterech książek z serii "Los Elfów".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 31

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Wojownicy ze stali

To jest opowieść o jednej z najciemniejszych epok w długiej historii elfów. Do ich krainy wkroczył wróg ze swą potężną armią. Cel miał jeden – chciał odebrać elfom ziemię i wolność. Z wielu stron dochodziły wieści o jego nikczemnych czynach i rozmiarze zniszczeń! Rozpacz i przerażenie zapanowały w całym kraju, by wreszcie przerodzić się w gniew i chęć zemsty. Elfy postanowiły walczyć i wypędzić wroga. Wiedziały, że ważą się losy ich przyszłości i kolejnych pokoleń elfów.

Dąb na dziedzińcu zielenił się świeżymi delikatnymi liśćmi. Mała grupka elfów siedziała pod drzewem – wśród nich królowa Veronica. Mieszkała w zamku wraz z rycerzami, którzy zaprzysięgli bronić elfickiej ziemi przed zagrożeniem nadciągającym z Południa.

Dzisiaj królowa zgromadziła przyjaciół, by uczcić przyjście wiosny. Na stole przed nimi leżał świeżo upieczony chleb, piernik, suszone owoce i świeże jajka.

– To najcudowniejszy czas w roku – powiedziała królowa. – Kiedy wszystko się zieleni, moje serce przepełnia radość. W tym roku mam też ważniejszy powód do świętowania! Moje dzieci wróciły! A tak bardzo się bałam, że straciłam je na zawsze.

Uśmiechnęła się i czule spojrzała na córkę Daisy, a potem na syna Bramble’a. Niedawno wrócili do krainy elfów po niebezpiecznej podróży przez dzikie bezkresy.

– Obydwoje tak bardzo urośliście – zauważyła Carnation, ich niania. Faktycznie, Daisy była teraz prawie tak wysoka jak jej mama, a Bramble tylko nieznacznie ustępował wzrostem swojej siostrze.

– Słyszałem, Daisy, że świetnie władasz mieczem – odezwał się sir Hazel, mąż Carnation. Przed laty uczył Daisy fechtunku.

– Daisy jest mistrzynią! – oświadczył Bramble z taką pewnością w głosie, że dziewczyna zarumieniła się.

– Bramble ma rację! – potwierdził sir Blackthorn, młody rycerz, który towarzyszył dzieciom podczas ich długiej podróży. – Miałem zapewnić bezpieczeństwo tej dwójce. Ale z biegiem czasu to Daisy stała się naszą strażniczką i opiekunką.

Wszyscy się zaśmiali, a Bramble kolejny raz spojrzał z dumą na siostrę.

– A czy kiedyś będę mogła zostać rycerzem? – zapytała Daisy.

Hazel przytaknął, ale królowa pokręciła głową z lekkim niezadowoleniem.

– Bycie rycerzem to nie zabawa dla dzieci – powiedziała.

– Wiem! – gwałtownie przytaknęła Daisy – Ale ja nie jestem już dzieckiem!

– Nie, prawdopodobnie już nie jesteś – z rezygnacją potwierdziła jej mama i westchnęła ciężko.

W tym momencie usłyszeli tętent kopyt dochodzący przez otwartą bramę zamkową. Zlany potem, młody elf wjechał na dziedziniec.

– Wygląda jak ktoś, kto niesie ważne wieści – powiedział Hazel. Tymczasem elf zeskoczył z konia i podbiegł do królowej.

– Królowo! Biada nam! – wydyszał – Wróg najechał nasze ziemie. Mieszkańcy wiosek uciekają, ich domy się palą. To katastrofa!

– Co ty mówisz? – słabym głosem zapytała przerażona królowa.

Hazel wcisnął elfowi kubek wina i powiedział: – Uspokój się i mów, co się dzieje.

– Mam na imię Sambucus – zaczął elf. – Jestem strażnikiem granicznym daleko na północy, na samym krańcu ziemi elfickiej. Moi przyjaciele i ja pilnowaliśmy Pylistej Równiny. Nie jest to trudnym zadaniem, ponieważ Pylista Równina jest jałową pustynią, która ciągnie się przez wiele mil. Nic na niej nie rośnie i nigdy nie widziałem tam żadnych żyjących istot – prócz strażników.

– Ale dwa tygodnie temu przez Pylistą Równinę zaczęła przetaczać się ogromna chmura pyłu, a z niej wyłoniła się armia! Uderzyła w krainę elfów jak huragan. Nie mogliśmy ich powstrzymać. Ratowaliśmy życie ucieczką.

– Co wiesz o najeźdźcach? – zapytał Hazel.

– To wszystko, co wiem – odpowiedział Sambucus. – Najszybciej jak mogłem, wyruszyłem po pomoc. A w tym czasie moi przyjaciele zebrali grupkę odważnych elfów. Mają powstrzymywać wrogą armię do czasu, kiedy przybędą rycerze. Jechałem dzień i noc, aby dostać się do zamku i was ostrzec. Teraz wszystko jest w twoich rękach, królowo Veronico!

– Wrogowie są na naszej ziemi. Musimy ich jak najszybciej powstrzymać! – wykrzyknęła królowa. – Hazelu i Blackthornie, zbierzcie rycerzy z zamku. Wyślijcie posłańców do każdego, kto posiada broń i konie. Wyruszamy jutro.

– Ja też jadę z wami! – zadeklarowała Daisy.

– Absolutnie nie! – przerwała jej matka.

– Muszę! – wykrzyknęła Daisy. – Kiedy elfy walczą o swoje życie, nie mogę chować się w domu!

– Ale...– zaczęła królowa.

Carnation położyła rękę na ramieniu królowej i powiedziała:

– Daisy ma rację. Kiedyś to ona będzie królową elfów. Stanie na ich czele, kiedy będą w niebezpieczeństwie. Nie powstrzymuj jej.

Królowa głęboko westchnęła i przytaknęła. Wszyscy ruszyli w stronę zamku.

– Dziękuję! – wyszeptała Daisy, gdy mijała nianię.

– Nie dziękuj mi – odpowiedziała zasmucona Carnation. – Jeśli cokolwiek ci się stanie, będę tego żałować do końca życia.

Następnego dnia armia elfów wyruszyła na północ. Rycerze jechali na przedzie. Za nimi podążało ponad tysiąc elfów, uzbrojonych w siekiery i włócznie. Promienie słońca odbijały się od ich wypolerowanych zbroi i mieczów. Konie rżały i potrząsały głowami – zadowolone, że wreszcie mogą rozprostować nogi po długiej zimie spędzonej w stajniach.

Elfy poruszały się cicho, a w ich szeregach wyczuwało się napięcie. Wiedziały, że czeka ich ciężka walka. Daisy jechała w straży przedniej, razem z Hazelem i Blackthornem. Dwaj rycerze strzegli jej jak oka w głowie.

Królowa znajdowała się za nimi w kolejnych szeregach armii. Była nieuzbrojona, ale jej obecność dodawała odwagi pozostałym. Towarzyszył jej sir Armstrong. Mimo że był trollem, królowa Veronica przyjęła go do zamku i uczyniła swoim rycerzem. Nigdy o tym nie zapomniał. Był gotowy oddać za nią życie. Na jego plecach błyszczał złowrogo naostrzony topór – tak ciężki, że żaden z elfów nie był w stanie go podnieść.

Wyprawa trwała wiele dni. Elfy odpoczywały w krótkie wiosenne noce i ruszały dalej, gdy tylko pojawiało się pierwsze światło świtu. W południe jeźdźcy zatrzymywali się, by napoić swoje konie. Przed nimi rozpościerały się otwarte przestrzenie pól i łąk. Na wschodzie znajdował się rozległy las, a za nim wypiętrzały się góry.

Daisy, Hazel i Blackthorn jechali przodem, wypatrując niebezpieczeństwa.

– Ktoś nadciąga! – zauważyła Daisy i wskazała ciemne punkty na horyzoncie.

– Wojownicy? – spytał Hazel.

Ale była to tylko mała grupka chłopów, która szybko się do nich zbliżała.

– Ratujcie! – wydyszał pierwszy, który dobiegł do Daisy. – Tam jest z tysiąc wojowników. Pojawili się w naszej wsi jak jakieś gradobicie. Ledwie uszliśmy z życiem!

– Jakim cudem dotarli tutaj tak szybko? – zapytał Blackthorn.

– Bezlitośnie okładali swoje konie, zmuszając je do szaleńczego biegu – tłumaczył jeden z chłopów. – Biedne zwierzęta, aż spływały krwią. To był paskudny widok.

– Już ich widzę! – krzyknęła Daisy.

Na polach, rząd za rzędem, pojawiali się wojownicy na czarnych koniach. Okuci w stal od stóp do głów – a ich zbroje były czerwone jak ogień i żółte jak siarka.

Na czele wojsk jechał król w rydwanie ciągniętym przez cztery ogromne, syczące, zielone jaszczurki. Ich łuski błyszczały w słońcu.

Król ubrany był w srebrną zbroję i hełm, który całkowicie zasłaniał jego twarz. W ręku trzymał chorągiew z jego insygniami – sercem z szarego kamienia na płomienno-czerwonym tle. Za królem podążali strażnicy – grupka dwunożnych potworów. Przypominali dzikie odyńce z wielkimi kłami i kolcami. Każdy miał broń podobną do lancy z żelaznymi łańcuchami i przymocowanymi do nich ostrzami.

– Jest ich tak dużo! – wykrzyknęła przerażona tym widokiem Daisy.

– Ciekawe, co ich tu sprowadza? – dodał Blackthorn.

– Nie wyglądają na pokojowo nastawionych – zauważył Hazel.

Razem z chłopami szybko wycofali się w stronę królowej i jej rycerzy. Elfy ze strachem patrzyły na nadciągającą ogromną armię.

Ale nagle król z rydwanu rzucił rozkaz i wszyscy wojownicy stanęli.

– Ciekawe, czemu się zatrzymali? – królowa zapytała Hazela.

– Czekają, aż się poddasz – usłyszeli tajemniczy głos. I nagle ich oczom ukazała się kobieca postać, która jakby wyfrunęła z powietrza. Była wysoka, smukła i zwinna, a jej suknia ze srebrnych łusek mieniła się w słońcu. Z jej szyi i ramion zwisały złote łańcuchy.

„Jest piękna i... chyba nieszczęśliwa” – pomyślała Daisy.

Rycerze stojący najbliżej królowej sięgnęli po miecze. To tylko rozśmieszyło kobietę.

– Kim jesteś? – spytała królowa.

– Mam na imię Silktongue. Przysyła mnie król Vainglorious. To jego armię widzicie. Uderza i miażdży, jak pięść ze stali, i dlatego nazywa się ją Stalowymi Pięściami. Król Vainglorious jest władcą tego świata. Nikt nie przeciwstawi się jego sile. Powinniście się mu poddać. Jeśli obdarzy was łaską, będziecie mogli mu służyć i nigdy nie zabraknie wam bogactw i złota. Widzicie te łańcuchy, które noszę? To dar od niego.

Królowa Veronica spojrzała na nią chłodno i powiedziała:

– To jest kraina elfów. Twój król nie powinien tu być. Jest brutalnym mordercą i nie jest tu mile widziany.

– Czyli nie pokłonicie się królowi Vaingloriousowi?! – krzyknęła Silktongue. – Chcecie walczyć? Głupcy! Zmiażdży was jak niedźwiedź miażdżący jabłko w swoich potężnych szczękach.

– Twoje groźby nas nie przestraszą – powiedziała królowa. – I nie zwiedziesz nas obietnicami. Odejdź stąd!

Silktongue rzuciła jej wściekłe spojrzenie i syknęła: Głupcy! Szykujcie się na śmierć!

Chwilę później zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.

W szeregach elfów zapadła przejmująca cisza.

– Zatem będziemy walczyć? – zapytała w końcu Daisy.

– Nie mamy wyboru – odpowiedział jej Hazel. – Trzeba ich powstrzymać, zanim dotrą do zamku.

– I zanim zniszczą naszą piękną ziemię – dodała ze smutkiem królowa.

– Chętnie bym do was dołączył – odezwał się jeden z chłopów. Był młodym elfem. Słońce opaliło jego skórę i wybieliło włosy. – Ale nie mam broni.

– Jak ci na imię? – zapytała zaciekawiona Daisy. Podobał się jej jego pełen energii głos i błysk w brązowych oczach.

– Humulus! – odpowiedział.

– No dobrze, Humulusie – powiedział Hazel, wręczając mu włócznię. – Przyda się nam tak odważny mężczyzna jak ty, zwłaszcza dzisiaj.

Armia elfów zaatakowała armię króla Vaingloriousa i jego Stalowe Pięści. Hazel dowodził atakiem. Królowa nie brała udziału w walce. Z oddali wraz z Armstrongiem obserwowała bitwę. Rozgorzała walka. Słychać było kwik koni, krzyki i odgłosy mieczy uderzających w tarcze.

Elfy z trudem odpierały ataki. Armia wroga była zbyt silna.

– Do odwrotu! – Hazel starał się przekrzyczeć hałas.

– Wycofujemy się?! – wrzasnął Blackthorn. – Elfy się nie wycofują!

– Tylko martwe się nie wycofują! – odkrzyknął Hazel. – Musimy uciekać, póki nie jest za późno.

Stanął na swoim siodle i krzyknął: Elfy! Do lasu! Odwrót!

Jak na komendę elfy odwróciły się i zaczęły wycofywać w stronę lasu. Sytuację wykorzystali wojownicy Stalowych Pięści. Okrążyli Armstronga i królową, a jeden ze śmiałków próbował dosięgnąć Victorię. Ale nawet jej nie tknął. Troll powalił go jednym ciosem swojej potężnej siekiery, a potem skierował swoją wściekłość ku pozostałym.

Zaatakował ich jak byk w szale. Wywijał toporem jak trąba powietrzna, a wojownicy albo padali, albo uciekali. Kiedy dookoła nich zrobiło się trochę luźniej, Armstrong złapał lejce konia królowej i zaczął uciekać. Wraz z resztą armii elfów dotarli do bezpiecznego schronienia w lesie. Zatrzymali się dopiero w gęstwinie drzew. Nikt ich nie ścigał. Król Vainglorious jakby nigdy nic maszerował już ze swoją armią w stronę zamku Victorii.

A co pozostało elfom? Grzebanie martwych i opieka nad rannymi. Kiedy zapadła noc, strażnicy stanęli na warcie na skraju lasu. Ale nic nie zakłócało ciszy nocy.

Następnego dnia przybyła z zamku grupa zbiegłych elfów – wśród nich Carnation i Bramble. Udało im się umknąć przed armią wroga. Donieśli, że król Vainglorious razem ze swoimi potworami zajął już zamek. A armia Stalowych Pięści wyruszyła, by wyłapać i uwięzić jak najwięcej elfów.

Ta wiadomość wstrząsnęła elfickimi wojownikami. Ale najbardziej przeżyła ją Daisy. Jeszcze niedawno była tak pewna tego, że uda im się powstrzymać przeciwnika.

– I co teraz zrobimy? – zapytała w końcu.

– Możemy walczyć – odpowiedział jej Humulus, opatrując bandażem zranione mieczem ramię. – Wciąż żyjemy!

„Ma rację – pomyślała Daisy. – Nie mogę tracić nadziei”.

– Ale są tacy silni i jest ich tak wielu! – westchnął Bramble, jej młodszy brat. Przed oczami wciąż miał obraz armii Stalowych Pięści, szarżującej zamek.

Hazel położył mu dłoń na ramieniu i powiedział: – Rzeczywiście nie wygląda to kolorowo. Ale elfy przetrwały już wiele gorszych plag.

Pamiętacie tę historię? Był czas, kiedy złe duchy pojawiły się na naszych ziemiach. Wyglądały jak ciemne cienie rzucane na ziemię. Odcinały świat od światła, wszystko wokół nich usychało, a elfy cierpiały. Elfy są jak zielone rośliny i potrzebują do życia słońca!

Wszyscy myśleli, że to koniec, że elfy wyginą. Wszyscy, z wyjątkiem młodego elfa o imieniu Perianth. Zebrał on grupę towarzyszy i wlał w ich serca nadzieję i odwagę. Był naszym pierwszym królem. Razem z innymi chciał odzyskać światło. To była ciężka bitwa. Perianth zawsze walczył w pierwszym szeregu. Pewnej nocy, cienie go złapały. Zabiły i pochowały pod ziemią. To była najczarniejsza noc w historii elfów. Ale serce Perianth podobne było do nasionka, które niesie w sobie życie. W jedną noc na jego grobie wyrosło drzewo i pokryło się kwieciem. Perianth był znowu wśród swoich elfów. Cienie zamarły ze strachu, kiedy to zobaczyły, a elfy odzyskały nadzieję i odwagę. Krótko po tym wróg został wypędzony, a ziemia na nowo zakwitła. Od tego czasu elfy czczą imię Periantha. Wierzymy, że będzie on wśród nas, kiedy ponownie zagrozi nam ciemność. Często przypominam sobie tę historię o złych duchach – zakończył Hazel. – Jeśli wtedy elfy potrafiły przetrwać ciemność i niebezpieczeństwo, to my również sobie poradzimy.

– Myślisz, że przetrwamy? – zapytał Bramble.

– Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie – odparł Hazel. – Ja też nie. Ale wiem, że się nigdy nie poddamy.

– Nigdy? – zapytał jeszcze raz chłopiec.

– Nie, absolutnie nigdy! – powiedziała jego matka i mocno przytuliła syna.

Dla elfów nastały naprawdę trudne czasy. Wojownicy Stalowych Pięści włóczyli się po lesie, próbując je wyśledzić. Elfy musiały ciągle szukać nowych miejsc schronienia. Każdego dnia Hazel wysyłał zwiadowców, którzy wracali i ostrzegali innych przed nadciągającym niebezpieczeństwem.

– Cały czas ukrywamy się jak przestraszone króliki! – Daisy najwyraźniej traciła cierpliwość. – Dlaczego nie zaczniemy przeganiać wroga? – zapytała Hazela.

– Nie jest nas na tyle dużo, by stawić im czoła podczas bitwy – wyjaśnił Hazel. – Musimy poczekać.

– Poczekać na co? – nadal niecierpliwiła się Daisy.

– Też chciałbym wiedzieć – westchnął Hazel. – Póki co, musimy trzymać się z daleka od Stalowych Pięści. Dopóki jesteśmy w lesie, mogą nas zaatakować w każdej chwili. Oczywiście, jeśli nas znajdą. Dzisiaj ty pojedziesz na zwiad. Weź ze sobą Humulusa. Jest dobrym elfem i zrobi wszystko, by cię chronić.

Daisy poczuła dziwną radość na widok Humulusa. Jej serce zaczęło bić szybciej, potem radość ustąpiła uczuciu lekkiego niepokoju. A jeśli chłopak nie lubi jej tak, jak ona jego? Nie miała odwagi go o to zapytać.

– Muszę się dziś pokazać z jak najlepszej strony – pomyślała. – Tak, żeby zobaczył, że nie wypadłam sroce spod ogona. Czemu moje włosy muszą być tak potargane? – jęknęła w duchu, patrząc na odbicie w wodzie. Szybko się jednak pozbierała.

– Będę szła przodem – zadecydowała, gdy opuszczali obozowisko elfów. – Dobrze władam mieczem.

– Oczywiście – zgodził się Humulus, przewieszając rzemień włóczni przez ramię.

Szli wąską dróżką przez las. Z powodu deszczu, który spadł ubiegłej nocy, droga stawała się coraz bardziej błotnista. Obydwoje byli skupieni i czujni. Wróg mógł się pojawić w każdej chwili. Nasłuchiwali każdego szelestu i szmeru. Nagle coś wybiegło z krzaków prosto pod nogi Daisy. Dziewczyna wrzasnęła, cofnęła się i poślizgnęła na mokrej ziemi. Ze wstydem zauważyła, że siedzi w sporej kałuży.

Tymczasem sprawca całego zamieszania – duży ptak – wzbił się w powietrze i odleciał.

Za plecami Daisy usłyszała serdeczny śmiech Humulusa.

Daisy, okropnie zła na siebie i na swojego towarzysza, wstała z błota. Jej ubrania były mokre i brudne.

– I co się tak głupio śmiejesz? – prychnęła.

– Hm, to po prostu wyglądało śmiesznie – powiedział Humulus. – Dzielny rycerz sprowadzony na ziemię przez bażanta.

– Och ty… ty… – parsknęła Daisy, z trudem powstrzymując łzy złości i upokorzenia. A potem bez zastanowienia wbiegła w gęstwinę drzew.

– Nie, Daisy! – krzyknął Humulus. – Czekaj, ja…

Ale Daisy go nie usłyszała. Chciała po prostu uciec – od niego, od tego błota, od palącego uczucia wstydu.

„Uważa, że się do niczego nie nadaję – myślała ze złością. – Dlaczego jest taki głupi? I dlaczego ten durny ptak musiał wpaść akurat pod jej nogi?!”

Czuła spływające po policzkach łzy. Nie patrzyła, gdzie biegnie. Mijała kłody i krzaki.

– To elf! – nagle ciszę przerwał krzyk. – Łapać ją!

Jeden z wojowników Stalowych Pięści wyrósł tuż przed Daisy, a już kolejni szli w ich stronę. Sięgnęła po miecz. Już nie płakała, teraz myślała jedynie o obronie! Bez wahania zaatakowała pierwszego z wojowników. Serią szybkich uderzeń zmusiła go do wycofania się. Był kompletnie zaskoczony atakiem młodej bezbronnej dziewczyny. Ale wtedy przyszli kolejni.

Odwróciła się, by stawić im czoła. Zaatakowali ją ze wszystkich stron, jak psy myśliwskie osaczające swoją ofiarę.

Daisy obracała się w zamkniętym kręgu wrogów i dźgała na lewo i prawo. W pewnym momencie trafiła jednego z nich. A kiedy jej miecz utknął w jego ciele, cztery silne ręce chwyciły ją od tyłu. Wyrwano jej miecz. Daisy stała się więźniem Stalowych Pięści.

Jeszcze próbowała się uwolnić – kopała, krzyczała – ale nic to nie dało. Dwóch wojowników mocno wykręcało jej ręce.

„Dlaczego zaczęłam uciekać? – pomyślała zrozpaczona. – Jaka ja jestem głupia!”

– Spójrz na mnie! – rozkazał jej jeden z wojowników. – Mam na imię Gruff. Chcę wiedzieć, gdzie ukrywają się elfy. Jeśli pokażesz mi to miejsce, wypuszczę cię.

Daisy wbiła wzrok w ziemię i milczała.

„Teraz na pewno zginę… – pomyślała. – Już nigdy nie zobaczę mamy ani Bramble’a, ani... ani Humulusa…”

Jeden z wojowników podniósł miecz.

– Mam poderżnąć jej gardło? – zapytał.

– Nie – odpowiedział Gruff. – Jest wyszkoloną wojowniczką. Może się przydać królowi Vaingloriousowi.

– Nigdy! – krzyknęła oburzona Daisy.

– Wszyscy tak na początku mówicie – spokojnie odpowiedział jej Gruff. – Ale koniec końcem wszyscy się nam podporządkowujecie, gdy…

Nagle zawył z bólu i padł na ziemię. W jego plecach tkwiła długa włócznia. To Humulus przybiegł z odsieczą, ale teraz, pozbawiony włóczni, był zupełnie bezbronny. Szybko ocenił swoje szanse w starciu z przeciwnikami i rzucił się do ucieczki.

Dwaj wojownicy pobiegli za nim, a jeden wciąż pilnował Daisy. Trzymał jej ręce w żelaznym uścisku. „To moja szansa” – pomyślała Daisy.

Przewróciła się na bok i całym ciężarem ciała pociągnęła za sobą wojownika. Zaskoczony upadkiem, strażnik puścił dziewczynę. Daisy wykorzystała tę chwilę. Chwyciła swój miecz leżący wciąż na ziemi i wstała gotowa do ataku. Ale wojownik nadal siedział na ziemi, nie rozumiejąc, co się stało.

Dziewczyna rzuciła się więc za tymi, którzy gonili Humulusa. Nie musiała biec daleko. Zobaczyła, jak Stalowe Pięści osaczają przestraszonego chłopaka. Dźgnęła jednego z napastników mieczem w plecy – ten upadł na ziemię. Humulus wykorzystał zamieszanie. Złapał leżącą na ziemi grubą gałąź i uniósł ją jak maczugę. Wtedy ostatni z wojowników zdał sobie sprawę, że walczy sam z dwoma przeciwnikami. Unikając ciosów miecza Daisy, pobiegł w stronę obozowiska Stalowych Pięści.