Opis

Jak zdobyć miejsce na gali rozdania Oscarów?

Gdzie można spotkać celebrytów?

Jak odnaleźć się w Mieście Aniołów?

Znany aktor Rainer Strecker pokazuje metropolię, która, choć znana z tysięcy filmów, potrafi zaskakiwać. Można tu spacerować po plaży i dzikich, niebezpiecznych kanionach, a chwilę później cieszyć się urokami wielkiego miasta. Tutaj skosztujemy niezwykle urozmaiconej kuchni – od meksykańskich tacos przez kalifornijskie bioburgery po dania koreańskie. Tu w końcu można usłyszeć aż 128 języków i zetknąć się z bogactwem wielu kultur.

Autor z ironią i dużym poczuciem humoru zagląda za kulisy fabryki snów. Odwiedza najsłynniejsze miejsca, opisuje magiczne widoki i opowiada o codziennym życiu ludzi. Odkrywa również duchowe aspekty tej różnorodnej religijnie metropolii, w której prężnie rozwija się biznes oparty na wróżbach i zabobonach.

„Tu możesz zostać, kimkolwiek zechcesz. W Los Angeles poznasz siebie od tej strony, której istnienia nigdy u siebie nie podejrzewałeś, jest trochę tak, jakbyś w dzikim kanionie i przy dobrej pogodzie odkrywał nieznane, tropikalne kwiaty. Za sprawą Los Angeles poznałam świat takim, jakim jest – bez makijażu, mimo że szminka jest tu w częstym użyciu. To miasto wie wszystko o blaskach i cieniach naszych nowoczesnych czasów. O każdym koszmarze i każdej szansie naszych metropolii…”
Cornelia Funke, fragment Przedmowy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 207

lub

Seria: MUNDUS

Projekt okładki Agnieszka Winciorek

Zdjęcie na okładce: Thomas E Connelly/Shutterstock.com mervas/Shutterstock.com

Tytuł oryginału: Gebrauchsanweisung für Los Angeles

Copyright © 2013 by Piper Verlag GmbH, München

All rights reserved

Copyright © for Polish Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Copyright © for Polish Translation by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Wydanie I, Kraków 2015 All rights reserved

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechnianyw jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

ISBN 978-83-233-3886-4

ISBN 978-83-8179-522-7 (e-book)

www.wuj.pl

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12 663-23-81, 12 663-23-82, fax 12 663-23-83

Dystrybucja: tel. 12 631-01-97, tel./fax 12 631-01-98

tel. kom. 506-006-674, e-mail: [email protected]

Konto: PEKAO SA, 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Dla moich synów Linusa i Kamila

Przedmowa

Gdy człowiek mieszka w Los Angeles, często widzi, jak turyści zakochują się w tym miejscu. Mimo że większość przyjeżdża z przeświadczeniem, że Los Angeles ich odstręczy. Przecież ze mną było dokładnie tak samo! „Czemu nie Waszyngton? Czemu nie Chicago?”, cały czas słyszę swoje westchnienia po otrzymaniu wiadomości, że muszę jechać właśnie do Los Angeles na Book Expo America. Wyśmiała-bym każdego, kto by mi wtedy powiedział, że to miasto stanie się moją drugą ojczyzną i pokocham je bardziej niż jakiekolwiek inne na świecie.

Ale gdzie indziej można spacerować po kanionach, w których musi się bronić własnego psa przed kojotami i grzechotnikami, gdy tymczasem tuż za rogiem tętni życiem wielkie miasto? Tu Malibu z delfinamii pelikanami, tam Kanion Franklina z rysiamii pumami, w ogrodzie oposy i ropuchy (o cytrynachi brzoskwiniach nie wspominając), a za dziesięć minut przechadzasz się po muzeum LACMA lub pijesz kawę w którejś z hollywoodzkich kawiarni. Los Angeles... nieskończenie odmienne od tego wszystkiego, co znałam. A przecież znajomez tysięcy filmów. Z tabloidowych historii i z ekranów kin, tak zintegrowane z dziką naturą, że Europejka we mnie codziennie popada w zdumienie. Aaach, Los Angeles! Sto dwadzieścia osiem języków – mniej więcej – i kultura, która wciąż się kreuje od nowa. Połowa miasta mówi po hiszpańsku, ale w niektórych dzielnicach szyldy sklepów są po koreańsku. Tu możesz zostać, kimkolwiek zechcesz. W L.A. poznasz siebie od tej strony, której istnienia nigdy u siebie nie podejrzewałeś, jest trochę tak, jakbyś w dzikim kanionie i przy dobrej pogodzie odkrywał nieznane, tropikalne kwiaty. Za sprawą Los Angeles poznałam świat takim, jakim jest – bez makijażu, mimo że szminka jest tu w częstym użyciu. To miasto wie wszystko o blaskachi cieniach naszych nowoczesnych czasów. O każdym koszmarzei każdej szansie naszych metropolii...

Gdy Rainer Strecker pierwszy raz przyjechał do mnie i do Miasta Aniołów, pracowaliśmy z sobą już od czterech lat. Razem czytaliśmy swoje teksty na wielu scenach, a po pewnym czasie nawet słowa, które sama napisałam, brzmiały jego głosem. Nie byłam jednak pewna jego zdania na temat mojej nowej ojczyzny. Wiedziałam, że kocha Włochy, Hawaje, Azję... no i oczywiście Berlin, ale L.A...., nie, tu nie mogłam mieć pewności.

Nazywam Los Angeles także Ukrytym Miastem, nie ma bowiem na świecie wielu miejsc równie skutecznie ukrywających swoje piękno. Za przygnębiającymi bulwarami i autostradami, za niekończącymi się rzędami domów, które wyglądają jak zbudowane dopiero wczoraj z drewnai kartonu... noi jeszcze ta masa samochodów – czasem ma się wrażenie, że Los Angeles oddycha blachą. O tak, potrafi się ukryć całkiem nieźle.

Rainer umie jednak zwiedzać jak mało kto. Miasto przemówiło do niego od razu. Zaczął je odkrywać z taką namiętnością, że już po niedługim czasie znał więcej jego tajemnic niż ja. Los Angeles to sto dwadzieścia osiem miast w jednym, i sądzę, że Rainer zna je wszystkie! Czyta w tym wyjątkowym, cudownym, niezrównanym, kompletnie pomylonym mieście jak w książce... Dowiedziawszy się, że sam zamierza taką napisać, bardzo się ucieszyłam. Bądź co bądź każdy z nas pragnie, by śpiewano pieśni na cześć tego, co kocha. Byłam pewna, że Rainer nie sprawi mi zawodu.

Los Angeles może być bardzo hojne, jeśli podejdzie się do niego z miłością. Przed Rainerem otworzyło wszystkie swoje drzwi i kaniony. Wsypało mu się do butów piaskiem i igłami rozmarynu, wlało kawą w Aroma Café, słuchało, jak po raz pierwszy czytał po angielsku moje teksty w cudownej Public Library w Downtown. Pokrążyło z nim helikopterem nad moim ogrodem i przestraszyło mnie przez policyjny megafon. No, a później... tak, później L.A. sprawiło mu wyjątkowy prezent. Ale niech sam o tym opowie... Zasłużył sobie na to. L.A. odwzajemnia miłość z namiętnością.

Los Angeles, maj 2013Cornelia Funke

Miasto wielu warstw

„Przyjeżdżajcie do Los Angeles! Świeci tu słońce, plaże są szerokie i piaszczyste, gaje pomarańczowe ciągną się jak okiem sięgnąć. Pracy w bród, ziemia tania. Każdy robotnik może być właścicielem domu, a w każdym domu mieszka szczęśliwa amerykańska rodzina. To wszystko możesz mieć i ty. Kto wie? Być może ktoś cię odkryje i zostaniesz gwiazdą filmową, a przynajmniej jakąś spotkasz. W Los Angeles żyje się dobrze. To raj na ziemi...”

W tym miejscu wprowadzenia do filmu Tajemnice Los Angeles, którego akcja rozgrywa się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, Danny DeVito śmieje się obrzydliwie i dodaje: „Podpuszczają cię, sprzedają wizerunek...”.

Pomarańczowe gaje od dawna już nie istnieją, na ich miejscu ciągną się, jak okiem sięgnąć, monotonne osiedla. O pracę bardzo trudno, a ceny działek przyprawiają o zawrót głowy. Na przekór wszystkiemu Los Angeles chce jednak przyćmić blaskiem słońce. Do Miasta Aniołów od zawsze napływają ludzie z całego świata, bo tak naprawdę Los Angeles to coś więcej niż tylko wizerunek – jest realne tak samo jak tęcza. Wybrałem to porównanie nie z powodu słońca i wielobarwności, lecz dlatego że to miasto, podobnie jak tęczę, widać w całości tylko z pewnego dystansu. Gdy podejdzie się bliżej, i jedno, i drugie staje się nierealne.

Przypatrzmy się zatem najpierw z daleka.

Obszar wielkiego Los Angeles County to hrabstwa Ventura County, Orange County i San Bernardino County. Z geograficznego punktu widzenia L.A. jest urbanistycznym kolosem, którego kształty wyznaczają morze, pustynia i góry, i leży na tej samej szerokości co Osaka, Casablanca oraz Bejrut.

Miasto ciągnie się wzdłuż wybrzeża, jest położone na wzgórzach, od północy i wschodu ograniczają je góry. Są tu plaże, trzy lotniska, port, bulwary, autostrady, a gdy posłużymy się zoomem, zobaczymy misterną sieć ulic. Nienaturalnie proste, betonowe przesieki to koryta, którymi w porze deszczowej płyną wody rzeki L.A. i mniejszych od niej Compton Creek i Ballona Creek. Pada dość rzadko, ale jeśli już – to tak gwałtownie, że małe strumyczki mogą spowodować niszczycielski potop.

Mapa administracyjna wygląda jak dziurawy, obgryziony po bokach ser. Kilka hrabstw bezskutecznie stara się o włączenie do gminy, inne z kolei bronią się przed tym, jak mogą, na przykład Santa Monica, Beverly Hills i Culver City, które oficjalnie nie są częścią Los Angeles, a nawet mają własną policję. Na cienkim pasku lądu, nazywanym tutaj Shoestring, sznurówką, wiszą San Pedro i port, który – ściśle rzecz ujmując – składa się z dwóch portów, Los Angeles i Long Beach.

Żeby nie mnożyć definicji ponad potrzebę, zajmę się po prostu hrabstwami Los Angeles County i Orange County. Zresztą granice są płynne, a w oczach turysty L.A. sprowadza się zazwyczaj do Beverly Hills, Santa Monica i Long Beach. Wszystkie dane statystyczne dotyczą zaś miasta Los Angeles, na którego ogromnym obszarze zmieściłyby się: Monachium, Stuttgart, Karlsruhe, Kolonia i Frankfurt razem wzięte, łącznie z ich mieszkańcami.

Tak w wielkim uproszczeniu wygląda oficjalna mapa miasta. Przemilcza ona jednak kilka faktów. W celu uzyskania pełniejszego obrazu należałoby umieścić na niej przeźroczystą folię z rozrysowanym kompletnym układem ulic, ponieważ niemal każda ulica ma swój cień: alleys, równoległe zaułki ciągnące się na tyłach budynków. Nie otrzymały one żadnych nazw i stanowią system niedozwolonych skrótów, oficjalnie nieistniejących dla służb oczyszczania miasta, dostawców, gońców. System limfatyczny miasta.

Po nałożeniu kolejnych folii obraz stałby się jeszcze dokładniejszy: mapa dla niezmotoryzowanych z liniami autobusowymi, kolejowymi, tramwajowymi i możliwościami przesiadki. Specjalny plan miasta z adresami gwiazd dla turystów (istnieje tak zwana Star Mapz zaznaczonymi posiadłościami celebrytów; często są to tylko puste drugo- i trzeciorzędne nieruchomości, a zresztą i tak nic się nie zobaczy zza wysokiego żywopłotu).

Na mapie dla bezdomnych znalazłyby się punkty wydawania posiłków i granice tolerancji policji. Mapa, która zmieniałaby się radykalnie w zależności od pory dnia. Parki, place, wejścia do sklepów, przystanki autobusowe i wiaty są sprzątane o określonej porze. Do niektórych potencjalnych „sypialni” nie można się nawet zbliżyć, inne dobre miejsca do spania są już z pewnością dawno zajęte.

Mapa gangów pokazuje, w których rejonach grozi nam niebezpieczeństwo; tam żyją inni, Crips czy Bloods, czy jak ich tam zwał.

Przemysł zaś porusza się zupełnie innymi drogami. Tak zwany korytarz Alameda podpina port do sieci kolejowej i – jak tętnica główna – zmierza przede wszystkim do najważniejszego dworca miasta, Union Station, oraz do trzeciego pod względem wielkości lotniska na świecie – LAX.

Tak więc kompletna mapa miasta wyglądałaby jak kostka o przecinających i nakładających się na siebie ścianach, które w dziwny sposób nie mają punktów stycznych.

Niektóre zbiory posiadają części wspólne, które wchodzą z sobą w minimalny kontakt. Są na przykład dzielnice, w których mieszkają jeszcze Chińczycy, lecz już zaczynają dominować Latynosi. Tym dwóm grupom etnicznym jakoś udaje się nie stykać z sobą, nie spotykają się ani w restauracjach, ani w supermarketach, ani w przedszkolach. Jak dwa równoległe światy; dotyczy to zresztą wszystkich tych warstw. Samodzielne rzeczywistości.

Noc okrywa naszą kostkę dodatkową folią. Na wyludnionych terenach przemysłowych nagle rozpoczyna się walka o miejsca parkingowe, bo jakiś klub w okolicy otworzył swe podwoje. Ożywione za dnia dzielnice pustoszeją aż do następnego poranka. Jak negatyw filmu. Czarne staje się białe, a pełnia – pustką.

Przez filtr nocy miasto zmienia swój wygląd: nagle powstaje wrażenie optycznej głębi. Gładkie powierzchnie porowacieją. Światło nie pada na fasady z zewnątrz, lecz od wewnątrz. Niektóre budynki pochylają się od środka na zewnątrz, wydaje się, że świecą wewnętrznym światłem. Możemy podziwiać piękno pomieszczeń, ukryte w dzień za fasadą jak za maską. Tu błogie życie we dwoje, tam ćwiczą jogę na matach, ktoś inny trenuje na crosstrainerze.

Kostkę należałoby uzupełnić o jeszcze jeden wymiar: czas. Mapa dla kierowców powinna być tak naprawdę z gumy, to kurcząca się, to rozciągająca w zależności od pory dnia. Odległości są podawane nie w kilometrach, ale w godzinach, trasy w minutach. Aktualne zagęszczenie ruchu na proponowanych trasach jest zaznaczone w systemie nawigacyjnym różnymi kolorami.

Krótko po wschodzie słońca wygląd miasta zmienia się jeszcze raz. Noclegownia to znowu przystanek autobusowy, na trawnikach włączają się z szumem spryskiwacze wody, na parkingach przed sklepami budowlanymi stoją przygnębieni pierwsi robotnicy najemni w nadziei, że ktoś się zatrzyma i zaoferuje im pracę. Na trasach pojawiają się biegacze, w powietrzu unosi się zapach jaśminu, coffee to go i niezniszczalnego optymizmu.

Najpierw dworce, potem ludzie

Los Angeles ucieleśnia marzenie mieszczucha o miłym życiu na łonie ujarzmionej natury. Wymyślone jako anty­model molochów na Wschodnim Wybrzeżu czy w Europie. Marzenie o własnym domku i sąsiadach, którzy dzielą to marzenie z nami. Pewnie z tego powodu wszystkie budynki w okolicy są tak podobne do siebie. Krótko strzyżone trawniki, przed domem drzewo, przeważnie dwa miejsca parkingowe. Dla nas to koszmar – nie zapominajmy jednak, że ludzie w Stanach potrzebują czegoś zupełnie innego, by czuć się dobrze i bezpiecznie.

W tym miejscu pozwolę sobie zacytować świetny Sposób użycia Ameryki Paula Watzlawicka. Pisze on: „Już od przedszkola tłuką Amerykaninowi do głowy, że jest częścią grupy, że najważniejsze są wartości, zachowanie i dobrostan grupy. Tylko niewdzięcznik może myśleć inaczej. (...) Nazwanie Europejczyka przeciętniakiem to obraza, Amerykanin zaś odczuwa strach przed wykluczeniem. Grupa nie toleruje odmieńców, gardzi nimi. Dlatego pewnie nikt nie lubi siedzieć sam w restauracji, bo to by oznaczało, że nikt go nie kocha”.

Jeśli więc, powiedzmy, ktoś chciałby mieć przed domem tajemniczy ogród, nikt oczywiście mu tego nie zabroni, ale zasadniczo wybiera się sąsiadów, o których się wie, że mają te same upodobania co reszta mieszkańców. A jeśli lubisz chadzać własnymi ścieżkami, wybierz dzielnicę poplątanych ulic i podejrzanych kamienic, tam na pewno spotkasz podobnych do ciebie samotników – na przykład Coldwater Canyon. Bo w Ameryce nabywasz nie tylko nieruchomość, lecz także sprzęgnięty z nią styl życia. Nie kupujesz samego domu, lecz także specyficzną jakość życia, pewien układ. Fundujesz sobie życie, jakim chciałbyś żyć, a jeśli twoje marzenia ulegną zmianie, po prostu się wyprowadzasz i żyjesz inaczej. Wskakujesz w gotową formę. Tak właśnie ukształtowało się Los Angeles.

Są tacy, którzy twierdzą, że L.A. powstało wokół samochodu. Inni posuwają się jeszcze dalej, mówiąc, że wokół parkingów. Pewne jest jedno: życia kiezów*, które znamy z Europy, z łażeniem od kawiarni do kawiarni i znajomymi z widzenia, tutaj nie znajdziemy. Gdy w pewnych miejscach idziesz piechotą, możesz się spodziewać, że niebawem zatrzyma się przy tobie jakiś samochód, a kierowca spyta, czy nic ci się nie stało, czy potrzebujesz pomocy. Wystarczy, że przystaniesz na krawężniku w pewnej odległości od świateł, a nawet na Melrose Avenue, ulicy handlowej, zatamujesz ruch samochodów na obu pasach. W tym dziwnym mieście niczego nie załatwisz bez auta. Nie wyskoczysz sobie, ot tak po prostu, po gazetę czy bułki. Chyba że mieszkasz „w miasteczkach w mieście”, w Venice czy Silver Lake, ale o tym później.

Dlaczego to miasto jest takie rozwleczone? Ciągnie się właściwie bez końca. Trudno mu wytyczyć granice, zdefiniować je. Dlaczego w ogóle mówi się o mieście, a nie o regionie z różnymi ośrodkami, jak to jest na przykład z Zagłębiem Ruhry? Przyjrzyjmy się zatem jego dziejom.

Historia powstania Los Angeles ściśle wiąże się z komunikacją i transportem, to właśnie im miasto zawdzięcza swój kształt.

Każde skrzyżowanie dróg handlowych, każda uprawa, każda kopalnia, na przykład kopalnia złota w rejonie San Francisco, powstały dzięki smykałce do interesów garstki ludzi, a nie wskutek rozwoju Los Angeles. Czego potrzebuję do przystosowania pustynnego kraju na potrzeby człowieka? To bardzo proste: muszę mieć wodę, komunikację z resztą świata i mit. Przypominam cytat ze wstępu do L.A. Confidentional: „Kraina wiecznej wiosny, kraj kwitnących pomarańczy”.

System komunikacyjny już istniał, zanim pierwsi osadnicy tu dotarli. Nieprawdopodobnie bogaci ludzie postawili sobie bowiem zasadnicze pytanie: jak w ten odległy rejon ściągnąć kupców lub dzierżawców ziemi? Zaczęli budować linię kolejową. Wiadomo: tam gdzie jest woda, zrobi się w końcu zielono, a tam gdzie stanie dworzec, wysiądą z pociągu pierwsi pasażerowie. Najpierw była więc komunikacja, potem jej użytkownicy.

Ten sposób postępowania odciska się do dzisiaj na wyglądzie „niemiasta”, jakim jest Los Angeles. Na jego wystrzępionych krańcach cały czas powstają nowe „super­wsie”. W 2011 roku ukazała się następująca reklama jednego z biur nieruchomości: Get from your home to L.A. in 20 minutes or less. L.A. is closer than you think. Introducing a great new home community designed to get you to L.A. in no time. Metrolink Express to downtown in 20 minutes. Od drzwi własnego domu do L.A. w dwadzieścia minut lub krócej. Nowe piękne osiedle, założone tylko po to, by szybko znaleźć się w mieście. Tekst reklamy niewiele się różni od tych z około 1910 roku. Kompanie zachwalały: kolej żelazną, komunikację, prędkość, połączenie uroków życia na wsi z przyjemnościami miasta.

Po zmasowanym wykupie ziemi „ojciec portu w Los Angeles” Phineas Banning zbudował w zatoce na południe od Wilmington przystań dla statków dalekomorskich, a następnie poprowadził linię kolejową z portu w pobliże Downtown w Los Angeles. Była to pierwsza kolej żelazna w południowej Kalifornii. W pierwszej połowie XIX wieku Downtown przez krótki czas funkcjonowało jako coś w rodzaju centrum miasta, które potem niekończące się rzesze osadników zaczęły przesuwać coraz bardziej na peryferie. Farmerów z opustoszałych terenów Środkowego Zachodu, przybywających tu w poszukiwaniu żyznej ziemi, nie interesowało bowiem miejskie życie. Wielcy właściciele ziemscy, na przykład C.H. Howland czy Henry E. Huntington, poprowadzili linie kolejowe daleko w głąb dzikiego kraju, zbudowali trakcje elektryczne i spokojnie czekali na zainteresowanych kupnem ziemi chłopów. Sprytni maklerzy ściśle współpracowali z urzędami parcelacyjnymi, a szybko rozbudowująca się sieć kolejowa umożliwiała transport każdej nowej fali osadników na przygotowane tereny.

Szkielet szybko rozwijającego się miasta tworzyło pięć głównych linii kolejowych, które na przełomie 1847 i 1875 roku łączyły Downtown z San Fernando, San Bernardino, Anaheim, Wilmington i Santa Monica. Obecna zmiana polega tylko na zastąpieniu szyn autostradami. Pocięte żyłkami jak liść L.A. przyjęło kształt, który nadali mu najpierw wielcy właściciele ziemscy, a potem Southern Pacific Railroad (SP).

Podłączenie SP do sieci kolejowej w 1897 roku okazało się dla rozwoju miasta równie doniosłe jak wcześniej budowa portu dalekomorskiego, a nieco później akweduktu, który zaopatrywał miasto w wodę z rzeki Owens. Linia kolejowa do San Francisco była połączeniem transkontynentalnym, dzięki czemu Los Angeles uniknęło losu miasta peryferyjnego. Krótko po otwarciu linii kolejowej SP wchłonęła wszystkie istniejące towarzystwa kolejowe i zmonopolizowała rynek. Założoną przez Henry’ego E. Huntingtona Pacific Electric Railwayz jej słynnymi czerwonymi wagonami, które kursowały przez Miasto Aniołów po liczącej w sumie tysiąc mil szyn trasie, SP wykupiła w 1910 roku. (Gorąco polecam film Na miłość boskąz 1926 roku z Haroldem Lloydem w roli głównej, a zwłaszcza zapierającą dech w piersiach scenę pościgu piętrowego autobusu przez zatłoczone ulice Downtown). Sieć tramwajowa i kolejowa w samym Los Angeles i na jego peryferiach należała do najnowocześniejszych i najgęstszych na świecie, choć dzisiaj nie ma po niej śladu. Jak to się mogło stać? Co zadecydowało o wszechobecności samochodów?

Pacific Electric Railway nie była w stanie konkurować z szybkością, płynnością i komfortem podróży samochodem. W 1915 roku w regionie jeździło pięćdziesiąt pięć tysięcy samochodów, w 1920 już sześćset tysięcy. Na podstawie tych liczb możemy sobie wyrobić mgliste pojęcie na temat eksplozji demograficznej i komunikacyjnej. Zalety nowego środka lokomocji okazały się zbyt oczywiste. Wszędzie, gdzie nawierzchnia była w miarę równa i twarda, dojeżdżało się samochodem (na przykład Bulwar Zachodzącego Słońca był wtedy jeszcze wielką hałdą piachu, ale nikomu to nie przeszkadzało). Samochód gwarantował niezależność od rozkładu jazdy i wytyczonej trasy. Masowa produkcja uczyniła automobil ogólnie dostępnym, tak więc na plażę, w góry czy na pustynię mogła się wybrać nawet średniozamożna rodzina. Kiedy w 1927 roku Henry Ford przeniósł swoje fabryki do Los Angeles, a jego śladem podążyli także inni producenci samochodów, Chrysler i General Motors, w regionie pojawiła się nowa fala robotników. Powstała zupełnie nowa infrastruktura z zakładami Standard Oil, Firestone, Phillips Petroleum i innymi.

Mimo to popularność nowego środka lokomocji nie stanowiła jedynej przyczyny całkowitego zaniku komunikacji miejskiej – przecież w metropoliach, takich jak Nowy Jork, Paryż, Londyn czy Berlin, wiodą zgodny żywot samochody, metro i tramwaje. Tutaj jednak chciwe koncerny naftowe i samochodowe stworzyły potężne i dobrze zorganizowane lobby samochodowe, a dla zachowania pozorów założyły kompanię kolejową National City Lines. Ta firma widmo wykupiła całą komunikację publiczną w okręgu i krok po kroku zaczęła ją demontować, nie oszczędzając także ładnych czerwonych tramwajów. Brzmi to jak naciągana teoria spiskowa, tyle tylko, że wcale teorią nie jest. Po prostu: kolej wykupiono i zlikwidowano.

Na tory wylano asfalt, pięć głównych linii kolejki w całości zastąpiły autostrady. Od tej pory miasto rozwija się zgodnie z potrzebami kierowców.

* Niewielki zwarty obszar miejski zamieszkany przez zasiedziałą od pokoleń ludność – przyp. tłum.

Mieszkanie w samochodzie

Z Santa Monica Freeway skręcam w Sto Dziesiątą, kierunek Pasadena-Południe. Nie jadę w żadnym konkretnym celu, chcę tylko zobaczyć tunele, o których tyle mi naopowiadano. Zauważam jednak, że właściwie cała trasa jest dość niezwykła. Widok drapaczy chmur w Downtown na moment zapiera dech w piersiach (jeszcze bardziej widowiskowy okaże się w drodze powrotnej z północy, w promieniach zachodzącego słońca wieżowce wyglądają jak bezcielesne, świetlne palce), potem przejeżdżam przez czteropoziomowe skrzyżowanie autostrad Sto Pierwszej ze Sto Dziesiątą, mijając po prawej Chinatown. Po chwili po lewej ukazuje się stadion Dodgersów. Z sześciu pasów autostrada zwęża się do czterech. Wciąż kieruję się na północ i po chwili docieram do czterech krótkich tuneli: portale jak wjazdy do zaklętych zamków, ornamenty, które w ogóle nie pasują do autostrady – no bo w 1931 roku trasa nazywała się Pasadena Parkway.

Ta zielona szosa ekspresowa, ciągnąca się wzdłuż rzeki Arroyo Seco, była pierwszą autostradą na Zachodzie. Dobrze, że wloty tuneli pojawiają się jeden po drugim, bo w pędzącym sznurze samochodów nie mógłbym przyhamować. Zakręty są ostrzejsze niż normalnie, tunele wąskie, a rampy wjazdowe bardzo krótkie. Otwartą w 1940 ro-ku autostradę przewidziano dla pojazdów znacznie wolniejszych niż dzisiaj. Wciskany w zakręty mocą silnika z XXI wieku, odczuwam historię na własnej skórze.

O dawnych czasach przypomina też trochę niegdysiejszy dom towarowy Old May Co. przy Wilshire Boulevard, w którym obecnie znajduje się muzeum kina stworzone przez Academy of Motion Picture Arts and Sciences. Budynek na rogu Streamline-Moderne to wejście do tak zwanej Miracle Mile,która odcisnęła swe piętno na „mieście samochodów Los Angeles”. Makler A.W. Ross już w latach dwudziestych ubiegłego wieku przewidział, że samochód doprowadzi do decentralizacji świata biz­nesu w Downtown. Ross przeprowadził badania zachowań konsumpcyjnych nowych, zamożnych i zmotoryzowanych mieszkańców Beverly Hills i zachodniego Hollywood, po czym zajął się modernizacją Wilshire Boulevard, będącego do tej pory zwykłą nieasfaltowaną drogą na terenie zakładów mleczarskich. Tym samym stworzył konkurencję dla pełnego pieszych centrum handlowego w Downtown.

Ross chciał zaprojektować nowoczesną shoppingmeile, atrakcyjną pod każdym względem nie tylko dla pieszych, lecz także dla zmotoryzowanych. Jego innowacyjne pomysły nie dotyczyły tylko samego wyglądu ulicy. Zupełną nowością były na przykład pasy do skrętu w lewo i skorelowane z sobą światła. Każdy właściciel musiał zapewnić odpowiednią liczbę miejsc do parkowania na tyłach sklepu, tam też znajdowały się teraz wejścia i wyjścia, a wszystko po to, by nie tamować strumienia samochodów, nieprzerwanie płynącego główną ulicą.

Frontowe części budynków zostały zaprojektowane tak, by umożliwić szybkie i sprawne dotarcie do każdego celu, nawet przy prędkości pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Czytelne logo, proste oznaczenia, proste fasady z elementami w stylu art déco.

Miracle Mile okazała się przebojem kopiowanym w całych Stanach Zjednoczonych. Jest pramatką wszystkich mallsi shoppingcentersw L.A.

W Europie inwestuje się tak dużo w dom, ponieważ stanowi on centrum życia. W L.A. jest inaczej, ponieważ wszyscy się ciągle przeprowadzają, a poza tym, jeśli w samochodzie spędza się przeciętnie półtorej godziny dziennie (a to dobre sześć procent doby), to staje się on drugim domem. Z tego powodu rzadziej, niż można by się spodziewać, spotyka się tu wystrzałowe, sportowe auta. Większą popularnością cieszą się samochody terenowe, tak zwane Sport Utility Vehicles (SUV), które ze swoimi wysokimi fotelami przywodzą na myśl mieszkania na kółkach. Samochód jest wyposażony we wszystko, co trzeba, by nie musieć z niego wysiadać: nawigację, telefon, chłodzony schowek, stojak na kubek i flatscreen,urządzenie włączające telewizor natychmiast po zatrzymaniu auta. W samochodzie wykonuje się typowo domowe czynności – robi się makijaż, czyta gazety. Prawie każdy kierowca rozmawia przez telefon, albo odfajkowując sprawy towarzyskie, które od dawna należało załatwić, albo rozpoczynając kilka rozmów biznesowych. Obowiązkowe są coffee to go i zazwyczaj dobry humor. Czas spędzony w samochodzie nie służy wyłącznie przemieszczeniu się z punktu A do punktu B, należy go wykorzystać maksymalnie przyjemnie.

Są kawiarnie drive-in, restauracje drive-ini kościoły drive-in. Samochód jest przedłużeniem domu, widać to wyraźnie po koncertach open airw Hollywood Bowl. Początkowa radość z dogodnie położonego miejsca parkingowego ustępuje po koncercie nieopisanej trwodze. Udało się zaparkować, a teraz z lewej, z prawej i za nami stoi co najmniej po trzynaście rzędów samochodów! Na wprost wyjechać się nie da, bo od ulicy dzieli nas ogrodzony kawałek trawy obsadzony drzewami. Ale prawdziwa impreza dopiero się zaczyna. W mgnieniu oka są rozkładane stoliki i krzesła, zapalane świece, ustawiane grille, opróżniane przenośne lodówki. Przez otwarte klapy bagażników słychać muzykę, z każdej strony dobiega aromatyczny zapach (tego wieczoru poszliśmy na koncert muzyki reggae). Wymarła jeszcze przed chwilą przestrzeń ożywia się jak europejska promenada. Do domu nie śpieszy się nikomu.

Europejski brak cierpliwości i nasza agresywność są w L.A. nie do pomyślenia. Nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że wciskając się w sznur samochodów, prędzej opuści się skrzyżowanie i zyska na czasie. Samo używanie klaksonu znacznie się różni od naszego – bardzo emocjonalnego lub przynajmniej stanowiącego okazję do energicznej konkluzji: ja mam rację. W Niemczech często widzę, jak na światłach gaśnie komuś silnik i chociaż można założyć, że zawstydzony kierowca robi, co może, by uruchomić go jak najprędzej, zawsze znajdzie się ktoś, kto musi to skomentować trąbieniem. Czasem klaksony dialogują z sobą jak szczekające wiejskie kundle.

Gdy w Los Angeles ktoś zagapi się na światłach, rozlega się krótkie, wręcz nieśmiałe trąbienie, albo trochę gwałtowniejsze, jeśli jakaś tleniona blondyna nakłada sobie tusz na rzęsy i sznur samochodów musi ją ominąć. Ale uwaga: jak w wielu sprawach w Los Angeles, także w tej można się pomylić. Na jedną rzecz w ogóle nie zwracają uwagi. Jeśli chcesz na dużym skrzyżowaniu skręcić w lewo, masz na to bardzo mało czasu, musisz się bowiem błyskawicznie wcisnąć w lukę pomiędzy prostopadłym a jadącym z przeciwka sznurem samochodów. Nie zdążysz, a kierowcy za tobą będą tak samo wściekle trąbić jak u nas. Kiedyś chciałem odreagować w typowo niemiecki sposób, ale moja pasażerka zabroniła mi tego z przerażeniem. Po L.A. jeździ wielu szaleńców z pistoletem w schowku na rękawiczki.

W pierwszych tygodniach mojego pobytu w Los Angeles niemal co drugi dzień znajdowałem za wycieraczką mojego wynajętego samochodu mandat. To nie zauważyłem, że czas parkowania wynosi dwie godziny, to znowu zaparkowałem zbyt blisko skrzyżowania, to nie miałem karty parkingowej stałego mieszkańca. Raz musiałem zapłacić pięćdziesiąt dolarów, chociaż wziąłem pod uwagę naprawdę wszystko. Uzasadnienie: jeśli parkujesz na pochyłości, przednie koła musisz skręcić tak, żeby w razie trzęsienia ziemi samochód podjechał w górę, a nie popędził w dół jak pocisk po odblokowaniu ręcznego hamulca. Na naukę nigdy nie jest za późno. Na czterodniową wycieczkę do Palm Springs wybraliśmy się trochę większym samochodem. Dla mojego małego samochodziku z wypożyczalni znalazłem na te dni parking, którego byłem pewny jak śmierci. Mandat, który oczywiście po powrocie zastałem za wycieraczką, miał następujące uzasadnienie: w