Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 396 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lord Jim - Joseph Conrad

Jedna z najważniejszych powieści XX wieku “Lord Jim” Josepha Conrada jest dostępna w Legimi za darmo w formie ebooka, zarówno w formacie epub jak i mobi.

 

Conrad jest jednym z najciekawszych autorów przełomu XIX i XX wieku. Urodzony na Ukrainie, pochodził z polskiej, ziemiańskiej rodziny. Zostaje zesłany w głąb Rosji za patriotyczną działalność ojca, wraca do Polski, ale ostatecznie udaje się na emigrację. Część życia spędza na statkach, gdzie może szlifować język angielski. Debiutuje dosć późno, a jego teksty spotykają się z przychylnością krytyków.

 

Lord Jim” opowiada historię zdegradowanego oficera. Poznajemy ją z wielu różnych perspektyw. Główny bohater od dzieciństwa marzył o wielkich przygodach i bohaterskich czynach. Gdy w końcu miał okazję, aby wykazać się, przestraszył się. Nie był na to przygotowany. We własnych oczach okrył się hańbą. Jim cały czas starał się postępować honorowo. Swoje marzenie o bohaterstwie mógł zrealizować dopiero w odległym mieście Patusan, gdzie zdobył zaufanie rdzennych mieszkańców i pomógł im zakończyć długotrwałe spory.

 

Conrad nie oszczędza swojego bohatera. Autor stawia go przed wieloma trudnymi zadaniami. Musi rozliczyć się z własną przeszłością, która blokuje go w dalszym życiu, odkupić swoje winy. Chce dojrzeć do własnego obrazu, pokonać swoje słabości. Ostatecznie stawia go przed tragicznym wyborem między słowem danym ukochanej, a przyjęciem odpowiedzialności.

 

Historia Jima stawia wiele pytań przed czytelnikiem, a jednocześnie daje bardzo mało odpowiedzi. Niejednoznacza postawa bohatera pozwala na wiele rozstrzygnięć i interpretacji.

Opinie o ebooku Lord Jim - Joseph Conrad

Cytaty z ebooka Lord Jim - Joseph Conrad

błyszczenia wśród niebezpieczeństw na spokojne dachy domów, między którymi wiła się ciemna wstęga rzeki, na kominy faktorii 1 wznoszące się prostopadle na tle szarego nieba, wysmukłe jak ołówki i wyrzucające
Rozdział I Potężnie zbudowany, bardzo wysoki, szedł prosto na ciebie z lekkim pochyleniem ramion, głową naprzód, patrząc spode łba, jak byk gotujący się do ataku. Jego głęboki, niski głos, nacechowany pewnością siebie, nie miał w sobie nic przykrego. Był niepokalanie czysty, biało ubrany od trzewików do kapelusza i w rozmaitych wschodnich portach, gdzie zarabiał na życie w charakterze agenta okrętowego, ciszył się wielką popularnością.
Rozdział II Po dwóch latach takiego oswajania się z niebezpieczeństwami morskimi znalazł się na pełnym oceanie i wchodząc w krainy tak dobrze znane jego imaginacji, ze zdziwieniem przekonywał się, że są zupełnie ogołocone z nadzwyczajnych przygód. Odbył wiele podróży. Poznał magiczną jednostajność istnienia między niebem a wodą; musiał znosić ludzką krytykę, prozaiczną surowość codziennych obowiązków, których wypełnianie daje chleb, ale za które jedyną nagrodą jest prawdziwe umiłowanie swej pracy. Ta nagroda omijała go. A nie mógł już cofnąć się, gdyż nic tak nie wiąże, nic tak nie pozbawia złudzeń, a zarazem zniewala – jak życie na morzu. Przy tym jego przyszłość przedstawiała się w dobrych barwach. Będąc dżentelmenem poważnym, łagodnym w obejściu, posiadał głęboką znajomość swych obowiązków; z czasem, chociaż jeszcze bardzo młody, został pomocnikiem kapitana na pięknym okręcie, nie przeszedłszy nawet przez próby wystawiające na światło dzienne wewnętrzną wartość człowieka, jego temperament i rodzaj substancji tworzącej jego jestestwo, co poświadczyłoby tajemną prawdę jego dążności i aspiracji, nie tylko wobec innych, ale dla niego samego.
opiekę swoich rządów, swoje powodzenie, swą nędzę, znane od lat młodzieńczych otoczenie i groby ojców. Przybyli pokryci pyłem, potem, sadzą, łachmanami – silni mężczyźni na czele całych rodzin, chudzi starcy, śpieszący naprzód bez nadziei powrotu; młodzi chłopcy z nieustraszonymi
cygara, materiały piśmiennicze, kopie przepisów portowych i ciepło powitania topiące całą sól zebraną w sercu marynarza po trzymiesięcznej wędrówce po morzu. Zawarta w ten sposób znajomość trwa tak długo, dopóki okręt pozostaje w porcie, gdyż agent pamięta o złożeniu codziennej wizyty. Dla kapitana jest wierny jak przyjaciel, uważny jak syn, odznacza się cierpliwością Hioba, oddaniem kobiety i wesołością dobrego kompana. Później za to wszystko posyła się rachunek. Jest to piękne, humanitarne zajęcie. Dlatego też dobrych agentów nie liczy się na tuziny. Gdy taki jegomość nie tylko posiada zdolność abstrakcyjnego myślenia, ale jest jeszcze oswojony z morzem, to dla swego pracodawcy przedstawia niemałą wartość i zasługuje na to, by mu dogadzano. Jim otrzymywał zawsze doskonałą pensję i dogadzano mu tak, że można by w ten sposób kupić wierność samego czarta. Pomimo to z czarną niewdzięcznością rzucał on nagle służbę i zmykał. Przyczyny, jakie podawał, wydawały się pracodawcom dziwaczne. „Przeklęty głupiec” mówili
Cudowna cisza zapanowała nad światem, a gwiazdy wraz ze spokojem swych promieni zdawały się zlewać na ziemię zapewnienie wiecznotrwałego bezpieczeństwa. Księżyc w swej pierwszej kwadrze błyszczał na zachodzie, podobny do wióra odciętego od złotej sztaby, a Morze Arabskie, gładkie i chłodne dla oka jak przestrzeń lodowa, rozciągało swą doskonałą płaszczyznę pod spokojnym koliskiem ciemnego widnokręgu.
Rozdział III Cudowna cisza zapanowała nad światem, a gwiazdy wraz ze spokojem swych promieni zdawały się zlewać na ziemię zapewnienie wiecznotrwałego bezpieczeństwa. Księżyc w swej pierwszej kwadrze błyszczał na zachodzie, podobny do wióra odciętego od złotej sztaby, a Morze Arabskie, gładkie i chłodne dla oka jak przestrzeń lodowa, rozciągało swą doskonałą płaszczyznę pod spokojnym koliskiem ciemnego widnokręgu.

Fragment ebooka Lord Jim - Joseph Conrad

Jo­seph Con­rad

Lord Jim

Roz­dział I

Po­tęż­nie zbu­do­wa­ny, bar­dzo wy­so­ki, szedł pro­sto na cie­bie z lek­kim po­chy­le­niem ra­mion, gło­wą na­przód, pa­trząc spode łba, jak byk go­tu­ją­cy się do ata­ku. Je­go głę­bo­ki, ni­ski głos, na­ce­cho­wa­ny pew­no­ścią sie­bie, nie miał w so­bie nic przy­kre­go. Był nie­po­ka­la­nie czy­sty, bia­ło ubra­ny od trze­wi­ków do ka­pe­lu­sza i w roz­ma­itych wschod­nich por­tach, gdzie za­ra­biał na ży­cie w cha­rak­te­rze agen­ta okrę­to­we­go, ci­szył się wiel­ką po­pu­lar­no­ścią.

Agent okrę­to­wy nie po­trze­bu­je zda­wać żad­nych eg­za­mi­nów, ale mu­si po­sia­dać zdol­ność abs­trak­cyj­ne­go my­śle­nia i umieć wy­ka­zać je w prak­ty­ce. Je­go pra­ca po­le­ga na tym, by przy po­mo­cy pa­ry, ża­gli lub wio­seł ści­gać się z in­ny­mi agen­ta­mi na wi­dok za­rzu­ca­ją­ce­go ko­twi­cę okrę­tu, ser­decz­nie po­wi­tać ka­pi­ta­na i wsu­nąć mu swą kar­tę – kar­tę agen­ta okrę­to­we­go – a przy pierw­szej je­go wi­zy­cie na wy­brze­żu sta­now­czo, lecz bez osten­ta­cji skie­ro­wać go do ob­szer­ne­go, po­dob­ne­go do wi­niar­ni ma­ga­zy­nu, gdzie jest wszyst­ko, co się pi­je i je na stat­ku; gdzie ku­pić moż­na wszyst­ko, co jest po­trzeb­ne do użyt­ku i upięk­sze­nia okrę­tu, po­cząw­szy od łań­cu­chów z ha­ka­mi, po­przez ozdo­by ste­ru aż do ksią­żek o zło­tych kart­kach, i gdzie ka­pi­tan okrę­tu przyj­mo­wa­ny jest z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi przez agen­ta okrę­to­we­go, któ­re­go przed­tem ni­g­dy w ży­ciu nie wi­dział. Tam jest chłod­na izba, wy­god­ne fo­te­le, bu­tel­ki, cy­ga­ra, ma­te­ria­ły pi­śmien­ni­cze, ko­pie prze­pi­sów por­to­wych i cie­pło po­wi­ta­nia to­pią­ce ca­łą sól ze­bra­ną w ser­cu ma­ry­na­rza po trzy­mie­sięcz­nej wę­drów­ce po mo­rzu. Za­war­ta w ten spo­sób zna­jo­mość trwa tak dłu­go, do­pó­ki okręt po­zo­sta­je w por­cie, gdyż agent pa­mię­ta o zło­że­niu co­dzien­nej wi­zy­ty. Dla ka­pi­ta­na jest wier­ny jak przy­ja­ciel, uważ­ny jak syn, od­zna­cza się cier­pli­wo­ścią Hio­ba, od­da­niem ko­bie­ty i we­so­ło­ścią do­bre­go kom­pa­na. Póź­niej za to wszyst­ko po­sy­ła się ra­chu­nek. Jest to pięk­ne, hu­ma­ni­tar­ne za­ję­cie. Dla­te­go też do­brych agen­tów nie li­czy się na tu­zi­ny. Gdy ta­ki je­go­mość nie tyl­ko po­sia­da zdol­ność abs­trak­cyj­ne­go my­śle­nia, ale jest jesz­cze oswo­jo­ny z mo­rzem, to dla swe­go pra­co­daw­cy przed­sta­wia nie­ma­łą war­tość i za­słu­gu­je na to, by mu do­ga­dza­no. Jim otrzy­my­wał za­wsze do­sko­na­łą pen­sję i do­ga­dza­no mu tak, że moż­na by w ten spo­sób ku­pić wier­ność sa­me­go czar­ta. Po­mi­mo to z czar­ną nie­wdzięcz­no­ścią rzu­cał on na­gle służ­bę i zmy­kał. Przy­czy­ny, ja­kie po­da­wał, wy­da­wa­ły się pra­co­daw­com dzi­wacz­ne. „Prze­klę­ty głu­piec” mó­wi­li za je­go ple­ca­mi, kry­ty­ku­jąc w ten spo­sób je­go nad­zwy­czaj­ną draż­li­wość.

Dla bia­łych lu­dzi pro­wa­dzą­cych in­te­re­sy w por­cie i dla ka­pi­ta­nów okrę­tów był on po pro­stu Ji­mem. Miał, ro­zu­mie się, rów­nież na­zwi­sko, ale bar­dzo pra­gnął, by go nie wy­mie­nia­no. Je­go in­co­gni­to, po­dziu­ra­wio­ne jak rze­szo­to, kry­ło nie osob­ni­ka, lecz pew­ne zda­rze­nie. Gdy wia­do­mość o nim roz­nio­sła się w por­cie, gdzie w tym cza­sie prze­by­wał – rzu­cał to miej­sce i uda­wał się gdzie in­dziej – naj­czę­ściej da­lej na wschód. Trzy­mał się mor­skich por­tów, gdyż był wy­gna­nym z mo­rza ma­ry­na­rzem, a miał zdol­ność do te­go ro­dza­ju abs­trak­cyj­ne­go my­śle­nia, któ­re przy­dat­ne jest tyl­ko w pra­cy agen­ta okrę­to­we­go. Zna­ny był w Bom­ba­ju, Kal­ku­cie, Ran­gu­nie, Pe­nang, Ba­ta­wii – i w tych wszyst­kich miej­sco­wo­ściach Jim był agen­tem okrę­to­wym. Póź­niej, gdy je­go wy­sub­tel­nio­ne od­czu­cia od­cią­gnę­ły go na do­bre od por­tów mor­skich i bia­łych lu­dzi, skrył da­ne mu od na­tu­ry, a nie­wy­god­ne wła­sno­ści du­cho­we w dzie­wi­czych la­sach i tam miesz­kań­cy dżun­gli, Ma­laj­czy­cy, do­da­li słów­ko do je­go jed­no­zgło­sko­we­go in­co­gni­ta. Na­zwa­li go Tu­an Jim, co się rów­na mia­nu Lord Jim.

Po­cho­dził z pro­bo­stwa. Wie­lu ka­pi­ta­nów han­dlo­wych okrę­tów po­cho­dzi z te­go przy­byt­ku po­boż­no­ści i spo­ko­ju. Oj­ciec Ji­ma po­sia­dał pew­ną do­zę wia­do­mo­ści o rze­czach nie­zba­da­nych, któ­re po­trzeb­ne są lu­dziom miesz­ka­ją­cym w skrom­nych dom­kach, a nie na­ru­sza­ją spo­ko­ju umy­sło­we­go lu­dzi, któ­rym nie­omyl­na Opatrz­ność za­miesz­ki­wać ka­że w pa­ła­cach. Ma­ły ko­śció­łek na wzgó­rzu miał sza­rą bar­wę ska­ły wi­dzia­nej po­przez za­sło­nę z zie­lo­nych li­ści. Stał tam już od wie­ków, a ota­cza­ją­ce go drze­wa pa­mię­ta­ły za­pew­ne chwi­lę, gdy kła­dzio­no ka­mień wę­giel­ny. Po­ni­żej czer­wo­ny dach pro­bo­stwa two­rzył cie­płą pla­mę na tle ga­zo­nów i grzą­dek kwia­to­wych. Wa­rzyw­ny ogró­dek znaj­do­wał się w głę­bi, żwi­ro­wa­ny dzie­dzi­niec na fron­cie, a szkla­ny dach oran­że­rii wzno­sił się nad ce­gla­nym mu­rem. Od kil­ku już po­ko­leń dom ten na­le­żał do ro­dzi­ny, ale Jim był jed­nym z pię­ciu sy­nów, więc gdy po po­cząt­ko­wych stu­diach nad li­te­ra­tu­rą ob­ja­wi­ło się je­go po­wo­ła­nie do ka­rie­ry ma­ry­na­rza, zo­stał wy­sła­ny na­tych­miast „na okręt, gdzie kształ­co­no przy­szłych ofi­ce­rów flo­ty han­dlo­wej”.

Na­uczył się tam tro­chę try­go­no­me­trii i na­był zręcz­no­ści we wdra­py­wa­niu się na wy­so­kie masz­ty. Ogól­nie był lu­bia­ny. Był trze­ci w sztu­ce pły­wa­nia i wio­sło­wał za­wsze w pierw­szej ło­dzi. Ma­jąc moc­ną gło­wę i do­sko­na­łe zdro­wie, czuł się do­brze na du­żych wy­so­ko­ściach. Sta­no­wi­sko je­go by­ło na sa­mym szczy­cie masz­tu i czę­sto spo­glą­dał stam­tąd z po­gar­dą czło­wie­ka prze­zna­czo­ne­go do błysz­cze­nia wśród nie­bez­pie­czeństw na spo­koj­ne da­chy do­mów, mię­dzy któ­ry­mi wi­ła się ciem­na wstę­ga rze­ki, na ko­mi­ny fak­to­rii1 wzno­szą­ce się pro­sto­pa­dle na tle sza­re­go nie­ba, wy­smu­kłe jak ołów­ki i wy­rzu­ca­ją­ce dy­my jak wul­ka­ny. Mógł pa­trzeć na od­pły­wa­ją­ce wiel­kie okrę­ty, na sze­ro­kie pro­my w nie­ustan­nym ru­chu, na ma­lut­kie łó­decz­ki, uwi­ja­ją­ce się pod je­go sto­pa­mi, na mgli­stą wspa­nia­łość od­da­lo­ne­go mo­rza, piesz­cząc na­dzie­ję prze­by­wa­nia w świe­cie peł­nym przy­gód i nie­bez­pie­czeństw.

Na dol­nym po­kła­dzie, wśród gwa­ru dwóch­set gło­sów za­pa­dał w ma­rze­nia i z gó­ry prze­ży­wał hi­sto­rie za­czerp­nię­te z opi­sów po­dró­ży mor­skich. Zda­wa­ło mu się, że ra­tu­je lu­dzi z to­ną­cych okrę­tów, od­ci­na­jąc masz­ty przy hu­ku na­wał­ni­cy, że trzy­ma­jąc się li­ny wal­czy z bał­wa­na­mi; al­bo znów ja­ko sa­mot­ny roz­bi­tek, na­gi, bo­sy, wdra­pu­je się po ska­łach, szu­ka­jąc śli­ma­ków, by się ra­to­wać od śmier­ci gło­do­wej. Spo­ty­kał się z dzi­ku­sa­mi na pod­zwrot­ni­ko­wych wy­brze­żach, uspa­ka­jał bun­ty i w ma­łej łó­decz­ce rzu­co­nej na ła­skę oce­anu, pod­trzy­my­wał na du­chu zroz­pa­czo­nych to­wa­rzy­szy. Za­wsze był wzo­rem czło­wie­ka od­da­ne­go swym obo­wiąz­kom, za­wsze nie­wzru­szo­ny – jak bo­ha­ter w książ­ce.

– Coś się sta­ło na gó­rze. Leć­my!

Ze­rwał się. Chłop­cy cią­gnę­li dra­bi­ny. Na gó­rze sły­chać by­ło bie­ga­ni­nę i krzy­ki, a gdy wy­lazł przez otwór – sta­nął jak ska­mie­nia­ły.

Był zmierzch zi­mo­we­go dnia. Od po­łu­dnia wiatr wzmógł się, za­trzy­mu­jąc ruch na rze­ce, te­raz wył w strasz­nym hu­ra­ga­nie, a wy­bu­chy je­go spra­wia­ły wra­że­nie wy­strza­łów ar­mat­nich. Deszcz lał ca­ły­mi stru­ga­mi, któ­re to wi­sia­ły w po­wie­trzu, to wia­trem pchnię­te – roz­su­wa­ły się; w ta­kiej chwi­li Jim doj­rzał ma­łe stat­ki przy brze­gu ci­ska­ne fa­la­mi, ol­brzy­mie gma­chy nie­wy­raź­nie ry­su­ją­ce się na wy­brze­żu, sze­ro­kie ło­dzie pro­mo­we szar­pią­ce się na ko­twi­cach, po­mo­sty pod­rzu­ca­ne w gó­rę i za­le­wa­ne pia­ną wod­ną. No­wy tu­man za­krył to wszyst­ko. Po­wie­trze prze­peł­nio­ne by­ło le­cą­cą wo­dą. Był ja­kiś śmia­ły cel w tym wi­chrze, ja­kaś wście­kła sta­now­czość w je­go wrze­niu, w tym bru­tal­nym roz­hu­ka­niu nie­ba i zie­mi, któ­re zda­wa­ło się zwra­cać prze­ciw nie­mu i za­par­ło mu dech z prze­ra­że­nia. Stał nie­po­ru­szo­ny. Zda­wa­ło mu się, że jest po­rwa­ny w ja­kiś wir.

Po­pchnię­to go. „Śpiesz­cie się, do ło­dzi!” ktoś krzyk­nął. Ma­li ma­ry­na­rze prze­bie­gli obok nie­go. Je­den z ku­trów pły­wa­ją­cych zwy­kle wzdłuż wy­brze­ży, szu­ka­jąc schro­nie­nia, wpadł na sta­tek sto­ją­cy na ko­twi­cy, a któ­ryś z okrę­to­wych in­struk­to­rów do­strzegł wy­pa­dek. Gro­ma­da chło­pa­ków wgra­mo­li­ła się na bel­ki po­przecz­ne i sku­pi­ła się u otwo­rów ze­wnętrz­nych. „Zde­rzy­ły się stat­ki. Aku­rat przed na­mi. Pan Si­mons wi­dział to!” No­we pchnię­cia, Jim za­to­czył się do środ­ko­we­go masz­tu i schwy­cił się za sznur. Sta­ry „okręt-szko­ła” przy­mo­co­wa­ny do swych pa­li, za­drgał ca­łym cia­łem, ła­god­nie chy­ląc swój przód w stro­nę wia­tru, zda­wał się nu­cić ni­skim ba­sem prze­brzmia­łą pio­sen­kę mło­do­ści.

„Spusz­czać łódź!” Uj­rzał lek­ko opusz­cza­ją­cą się łódź i rzu­cił się za nią. Usły­szał plusk. „Da­lej! Na­przód!” Po­chy­lił się jesz­cze bar­dziej. Wo­da na­oko­ło go­to­wa­ła się, roz­pry­sku­jąc ja­sne smu­gi. Przy za­pa­da­ją­cej ciem­no­ści wi­dać by­ło łód­kę tar­ga­ną nie­mi­ło­sier­nie wi­chrem. Prze­cią­gły krzyk do­szedł nie­wy­raź­nie uszu Ji­ma. „Rów­no, szcze­nia­ki, je­że­li chce­cie ko­goś wy­ra­to­wać! Rów­no!” Na­gle łódź, pchnię­ta zręcz­ny­mi wio­sła­mi, pod­nio­sła wy­so­ko swój dziób i prze­sko­czy­ła hu­czą­cy bał­wan, zwy­cię­ża­jąc za­klę­cie rzu­co­ne na nią przez wi­cher i wo­dę.

Jim uczuł, że ktoś go moc­no schwy­cił za ra­mię. „Za póź­no, smy­ku!” Ka­pi­tan okrę­tu po­ło­żył swą cięż­ką rę­kę na ra­mie­niu chłop­ca, któ­ry, zda­wa­ło się, chce się rzu­cić do wo­dy. Jim spoj­rzał w gó­rę z wy­ra­zem bo­le­sne­go za­wo­du w oczach. Ka­pi­tan uśmiech­nął się przy­jaź­nie. „Bę­dziesz miał wię­cej szczę­ścia in­nym ra­zem. To cię na­uczy zwin­no­ści!”

Ra­do­sne okrzy­ki po­wi­ta­ły po­wra­ca­ją­cą łódź. Tań­czy­ła na fa­lach do po­ło­wy na­peł­nio­na wo­dą, wio­ząc dwóch ura­to­wa­nych lu­dzi. Ca­ła gro­za wzbu­rzo­nych ży­wio­łów zda­wa­ła się te­raz Ji­mo­wi god­na po­gar­dy, zwięk­sza­jąc żal, że te mar­ne po­gróż­ki zdo­ła­ły roz­bu­dzić w nim ta­ki strach. Te­raz wie­dział, co o tym my­śleć. Prze­ko­na­ny był, że nic a nic nie boi się hu­ra­ga­nu. Mógł­by sta­wić czo­ło więk­szym nie­bez­pie­czeń­stwom. Po­tra­fił­by te­go le­piej do­ko­nać niż in­ni. Nie po­zo­sta­ła w nim ani odro­bi­na stra­chu. Jed­nak te­go wie­czo­ru trzy­mał się na ubo­czu, gdyż chło­piec, któ­ry po­śpie­szył na po­moc za­gro­żo­ne­mu stat­ko­wi, był bo­ha­te­rem dol­ne­go po­kła­du. Chło­piec ten, o twa­rzy dziew­czy­ny i du­żych sza­rych oczach, za­rzu­ca­ny był py­ta­nia­mi przez ci­sną­cych się do nie­go to­wa­rzy­szy.

– Gdy uj­rza­łem – opo­wia­dał – wy­nu­rza­ją­cą się z wo­dy je­go gło­wę, ci­sną­łem do wo­dy hak ra­tun­ko­wy. Utkwił w je­go majt­kach, a ja o ma­ło nie wy­le­cia­łem z łód­ki i był­bym wy­padł, gdy­by sta­ry Si­mons nie po­rzu­cił ru­dla i nie schwy­cił mnie za no­gi. To po­rząd­ny chłop ten sta­ry Si­mons. Ani tro­chę nie mam ża­lu do nie­go, że gde­ra na nas tak czę­sto. Prze­kli­nał mnie ca­ły czas, trzy­ma­jąc mnie za no­gę, ale to był je­go spo­sób ostrze­ga­nia, bym nie pu­ścił z rę­ki li­ny. Sta­ry Si­mons pręd­ko się uno­si, to praw­da. Nie, nie ten ja­sno­wło­sy, to tam­ten z bro­dą. Gdy­śmy go wcią­gnę­li do ło­dzi, ję­czał: „Oj, mo­ja no­ga! Mo­ja no­ga!” i prze­wra­cał ocza­mi. Po­my­śl­cie so­bie, ta­ki wiel­ki chłop, a mdlał jak dziew­czy­na. Czy któ­ry z was mdlał­by od uką­sze­nia ta­kie­go ha­ka? Bo ja to nie. Ta­ki ka­wa­łek wlazł mu w mię­so! – Po­ka­zy­wał hak, któ­ry w tym ce­lu przy­niósł ze so­bą na dół, i wy­wo­łał wiel­kie wra­że­nie. – To śmiesz­ne, do­praw­dy! Że tam du­żo krwi stra­cił, to się ro­zu­mie.

Jim po­my­ślał, że to nie­ład­nie tak prze­chwa­lać się swy­mi czy­na­mi. Hu­ra­gan wy­wo­łał w tym chłop­cu rów­nie fał­szy­wy he­ro­izm, jak w nim strach. Gnie­wał się na ten bru­tal­ny spi­sek nie­ba i zie­mi, któ­ry go za­sko­czył nie­spo­dzia­nie i ogłu­szył go­to­wość na wszyst­kie nie­bez­pie­czeń­stwa. Gdy­by nie to, był­by na­wet rad, że nie przy­stą­pił do czy­nu, sko­ro tak pręd­ko da­ło się to za­ła­twić. Po­sze­rzył swo­je wia­do­mo­ści bar­dziej niż ci, któ­rzy tej pra­cy do­ko­na­li. Gdy wszy­scy bę­dą się wa­hać, on, czuł to do­sko­na­le, bę­dzie wie­dział, jak dzia­łać wo­bec gro­zy wzbu­rzo­ne­go oce­anu i wi­chru. Wie­dział, co o tym my­śleć. Nie czuł w so­bie naj­mniej­sze­go wzru­sze­nia na wspo­mnie­nie na­wał­ni­cy i osta­tecz­ny sku­tek te­go wy­pad­ku był ta­ki, że trzy­ma­jąc się z da­la od ha­ła­śli­wej gro­ma­dy chłop­ców, drżał no­wą żą­dzą przy­gód, wie­rząc w swą nie­za­chwia­ną, wszech­stron­ną od­wa­gę.

Roz­dział II

Po dwóch la­tach ta­kie­go oswa­ja­nia się z nie­bez­pie­czeń­stwa­mi mor­ski­mi zna­lazł się na peł­nym oce­anie i wcho­dząc w kra­iny tak do­brze zna­ne je­go ima­gi­na­cji, ze zdzi­wie­niem prze­ko­ny­wał się, że są zu­peł­nie ogo­ło­co­ne z nad­zwy­czaj­nych przy­gód. Od­był wie­le po­dró­ży. Po­znał ma­gicz­ną jed­no­staj­ność ist­nie­nia mię­dzy nie­bem a wo­dą; mu­siał zno­sić ludz­ką kry­ty­kę, pro­za­icz­ną su­ro­wość co­dzien­nych obo­wiąz­ków, któ­rych wy­peł­nia­nie da­je chleb, ale za któ­re je­dy­ną na­gro­dą jest praw­dzi­we umi­ło­wa­nie swej pra­cy. Ta na­gro­da omi­ja­ła go. A nie mógł już cof­nąć się, gdyż nic tak nie wią­że, nic tak nie po­zba­wia złu­dzeń, a za­ra­zem znie­wa­la – jak ży­cie na mo­rzu. Przy tym je­go przy­szłość przed­sta­wia­ła się w do­brych bar­wach. Bę­dąc dżen­tel­me­nem po­waż­nym, ła­god­nym w obej­ściu, po­sia­dał głę­bo­ką zna­jo­mość swych obo­wiąz­ków; z cza­sem, cho­ciaż jesz­cze bar­dzo mło­dy, zo­stał po­moc­ni­kiem ka­pi­ta­na na pięk­nym okrę­cie, nie prze­szedł­szy na­wet przez pró­by wy­sta­wia­ją­ce na świa­tło dzien­ne we­wnętrz­ną war­tość czło­wie­ka, je­go tem­pe­ra­ment i ro­dzaj sub­stan­cji two­rzą­cej je­go je­ste­stwo, co po­świad­czy­ło­by ta­jem­ną praw­dę je­go dąż­no­ści i aspi­ra­cji, nie tyl­ko wo­bec in­nych, ale dla nie­go sa­me­go.

Raz tyl­ko w cią­gu ca­łe­go te­go cza­su miał przed­smak te­go, czym gro­zi roz­hu­ka­ny oce­an. Ta praw­da nie prze­ja­wia się tak czę­sto, jak mo­że się wy­da­wać. W nie­bez­pie­czeń­stwach hu­ra­ga­nu roz­ma­ite są od­cie­nie i tyl­ko od cza­su do cza­su oka­zu­je się jaw­nie ca­ła po­nu­ra gwał­tow­ność złych za­mia­rów – coś nie­okre­ślo­ne­go, co ka­że umy­sło­wi i ser­cu ludz­kie­mu uwie­rzyć, że ta kom­pli­ka­cja wy­pad­ków, te ży­wio­ło­we si­ły rzu­ca­ją się na nie­go z ca­łym roz­my­słem zło­śli­wo­ści, z si­łą prze­cho­dzą­cą wszel­ką kon­tro­lę, z nie­okieł­zna­nym okru­cień­stwem, pra­gną­cym wy­drzeć z nie­go wszel­ką na­dzie­ję, oba­wę, ból wy­czer­pa­nia i żą­dzę spo­czyn­ku; coś, co chce zmiaż­dżyć, znisz­czyć, zni­we­czyć wszyst­ko, co wi­dział, znał, ko­chał, co go cie­szy­ło lub cze­go nie­na­wi­dził; wszyst­ko, co jest bez­cen­ne i ko­niecz­ne: pro­mie­nie słoń­ca, pa­mięć, przy­szłość – coś, co chce zmieść ca­ły ogrom­ny świat raz na za­wsze sprzed je­go oczu przez pro­sty a bez­li­to­sny akt po­zba­wie­nia go ży­cia.

Jim obez­wład­nio­ny cio­sem spa­da­ją­ce­go nań masz­tu na po­cząt­ku ty­go­dnia (o któ­rym je­go szkoc­ki ka­pi­tan zwykł był póź­niej po­wta­rzać: „Lu­dzie! To cud, do­praw­dy, że okręt prze­trwał to wszyst­ko!”) spę­dził wie­le dni wy­cią­gnię­ty na grzbie­cie, oszo­ło­mio­ny, przy­bi­ty, zgnę­bio­ny, prze­cho­dząc mę­ki jak na dnie prze­pa­ści, w któ­rej nie ma uko­je­nia. Nie dbał o to, ja­ki bę­dzie ko­niec i w chwi­lach przy­tom­no­ści był na wszyst­ko obo­jęt­ny. Nie­bez­pie­czeń­stwo, gdy się go nie wi­dzi, po­sia­da nie­okre­ślo­ność wła­ści­wą my­śli ludz­kiej. Bo­jaźń kry­je się w cie­niu, ima­gi­na­cja, wróg lu­dzi, źró­dło wszel­kich stra­chów, nie­pod­sy­ca­na ni­czym za­pa­da w spo­kój wy­czer­pa­nych wzru­szeń. Jim nie wi­dział nic po­za nie­ła­dem pa­nu­ją­cym w po­trzą­sa­nej ka­ju­cie. Le­żał, pa­trząc na ota­cza­ją­ce go spu­sto­sze­nie i rad był, że nie po­trze­bu­je iść na po­kład, ale od cza­su do cza­su chwy­tał go ja­kiś nie­zwal­czo­ny nie­po­kój; dy­szał i wił się pod koł­drą i wów­czas bez­myśl­na bru­tal­ność ist­nie­nia, któ­ra na­ra­zi­ła go na ta­kie od­czu­cia, na­peł­nia­ła go roz­pacz­li­wym pra­gnie­niem uciecz­ki za ja­ką­kol­wiek ce­nę. Na­stęp­nie wró­ci­ła pięk­na po­go­da i nie my­ślał już o tym wię­cej.

Po­wstał jed­nak ku­la­wy i sła­by i gdy okręt przy­był do jed­ne­go ze wschod­nich por­tów, mu­siał pójść do szpi­ta­la. Po­wo­li wra­cał do zdro­wia, więc po­zo­sta­wio­no go w szpi­ta­lu.

By­ło tam jesz­cze tyl­ko dwóch bia­łych pa­cjen­tów: ja­kiś ma­ry­narz ze zła­ma­ną no­gą i do­staw­ca ko­le­jo­wy są­sied­niej pro­win­cji, tknię­ty ja­kąś ta­jem­ni­czą cho­ro­bą pod­zwrot­ni­ko­wą, któ­ry utrzy­my­wał, że dok­tór jest osłem i le­czył się pa­ten­to­wa­ny­mi środ­ka­mi prze­my­ca­ny­mi przez od­da­ne­go mu słu­gę. Ci dwaj opo­wia­da­li so­bie na­wza­jem swo­je ży­cie, gra­li tro­chę w kar­ty lub le­żąc na fo­te­lach, w szla­fro­kach, zie­wa­li dzień ca­ły, nie mó­wiąc ani sło­wa. Szpi­tal stał na wzgór­ku i ła­god­ny wie­trzyk, wpły­wa­jąc przez za­wsze sze­ro­ko otwar­te okna, przy­no­sił ła­god­ność nie­ba, obez­wład­nie­nie zie­mi, to cza­row­ne tchnie­nie wschod­nich wód. By­ły w nim bal­sa­micz­ne wo­nie, su­ge­stie nie­skoń­czo­ne­go spo­ko­ju, da­ry wiecz­nych ma­rzeń. Jim pa­trzył po­przez gąsz­cze ogro­dów, da­chy mia­sta, po­nad pal­ma­mi ro­sną­cy­mi na wy­brze­żu na tę przy­stań upstrzo­ną wy­sep­ka­mi, ob­la­ną wspa­nia­ły­mi pro­mie­nia­mi słoń­ca, ze swy­mi okrę­ta­mi, po­dob­ny­mi z da­la do dzie­cin­nych za­ba­wek, z tą błysz­czą­cą ru­chli­wo­ścią, przy­po­mi­na­ją­cą ja­kąś świą­tecz­ną pa­ra­dę, i ze skle­pie­niem nie­bios wie­czy­ste­go, wschod­nie­go spo­ko­ju, ze słod­kim uśmie­chem wschod­nich mórz, wła­da­ją­cych prze­strze­nią aż po da­le­ki wid­no­krąg.

Gdy tyl­ko mógł cho­dzić bez ki­ja, po­szedł do mia­sta, szu­ka­jąc spo­sob­no­ści do­sta­nia się do do­mu. W owej chwi­li nic się nie nada­rza­ło, więc na­tu­ral­nie za­warł zna­jo­mość w por­cie z ludź­mi swe­go po­wo­ła­nia. Na­tknął się na dwa ich ro­dza­je. Jed­ni, nie­licz­ni i rzad­ko tam wi­dy­wa­ni, pro­wa­dzi­li ta­jem­ni­cze ży­cie, za­cho­wa­li nie­spo­ży­tą ener­gię, z tem­pe­ra­men­tem roz­bój­ni­ków mor­skich, a spoj­rze­niem ma­rzy­cie­li ży­li w ja­kimś cha­osie pla­nów, na­dziei, nie­bez­pie­czeństw, przed­się­wzięć wy­prze­dza­ją­cych cy­wi­li­za­cję; śmierć zda­wa­ła się być je­dy­nym pew­nym zda­rze­niem w ich fan­ta­stycz­nej eg­zy­sten­cji. Więk­szość zaś lu­dzi by­ła tak jak on sam rzu­co­na tu przez ja­kiś przy­pa­dek i po­zo­sta­ła w cha­rak­te­rze ofi­ce­rów na miej­sco­wych okrę­tach. Wstręt­na im by­ła te­raz myśl służ­by na eu­ro­pej­skich okrę­tach z jej trud­niej­szy­mi wa­run­ka­mi, su­row­szym po­ję­ciem obo­wiąz­ków i nie­bez­pie­czeń­stwa­mi burz­li­wych oce­anów. Na­stro­ili się do wiecz­ne­go spo­ko­ju mo­rza i nie­ba Wscho­du. Po­lu­bi­li krót­kie wę­drów­ki, wy­god­ne fo­te­le na po­kła­dzie, licz­ne za­ło­gi zło­żo­ne z tu­ziem­ców i wy­róż­nia­nie z po­wo­du bia­ło­ści skó­ry. Drże­li na myśl o cięż­kiej pra­cy i pę­dzi­li wy­god­ne ży­cie, ocze­ku­jąc ni­by la­da chwi­la no­wych roz­ka­zów, słu­żąc Chiń­czy­kom, Ara­bom, Me­ty­som – dia­błom sa­mym go­to­wi słu­żyć, gdy­by pra­ca by­ła lek­ka. Wiecz­nie opo­wia­da­li o ja­kichś szczę­śli­wych wy­pad­kach: jak ktoś tam otrzy­mał do­wódz­two stat­ku idą­ce­go do Chin – rzecz bar­dzo przy­jem­na; to znów w Ja­po­nii ktoś do­brze so­bie ży­je; tam­ten zaś uży­wa we flo­cie sy­jam­skiej; w tym wszyst­kim, co mó­wi­li – w swo­ich czy­nach, w spoj­rze­niach, w ca­łych po­sta­ciach – zdra­dza­li swój sła­by punkt, świad­czą­cy o pew­nym ze­psu­ciu, o po­sta­no­wie­niu, by bez­piecz­nie prze­próż­no­wać ży­cie.

Ji­mo­wi ten plot­ku­ją­cy tłum ni­by­ma­ry­na­rzy wy­da­wał się z po­cząt­ku zło­żo­ny nie z istot ludz­kich, lecz cie­ni. W koń­cu jed­nak za­czął go po­cią­gać wi­dok tych lu­dzi, dzi­wił się tym po­zo­rom szczę­ścia przy tak ma­łej do­zie obo­wiąz­ków, przy zu­peł­nym bra­ku nie­bez­pie­czeństw i przy­gód. I z cza­sem, obok po­cząt­ko­wej po­gar­dy, po­wo­li zbu­dzi­ło się w nim no­we uczu­cie; i na­gle po­rzu­cił myśl o po­wro­cie do do­mu, a za­cią­gnął się ja­ko po­moc­nik ka­pi­ta­na na pa­row­cu „Pat­na”.

„Pat­na” był to lo­kal­ny pa­ro­wiec sta­ry jak świat, dłu­gi jak chart, bar­dziej zje­dzo­ny przez rdzę niż gar­nek od daw­na po­rzu­co­ny w wo­dzie. Na­le­żał do Chiń­czy­ka, wy­dzier­ża­wio­ny był przez Ara­ba, a ko­men­dan­tem na nim był pe­wien re­ne­gat2, Nie­miec z po­łu­dnio­wej No­wej Wa­lii o pur­pu­ro­wym no­sie i ru­dych wą­sach, bar­dzo wy­kli­na­ją­cy pu­blicz­nie swą oj­czy­znę, ale w zgo­dzie ze zwy­cię­ską po­li­ty­ką Bi­smarc­ka bru­ta­li­zu­ją­cy wszyst­kich, któ­rych się nie oba­wiał i przy­bie­ra­ją­cy mi­nę „że­la­zne­go” czło­wie­ka. Gdy pa­ro­wiec zo­stał wy­ma­lo­wa­ny na ze­wnątrz, a wy­bie­lo­ny we­wnątrz, mniej wię­cej ośmiu­set piel­grzy­mów zna­la­zło po­miesz­cze­nie na je­go po­kła­dzie.

Na­pły­wa­li nań trze­ma dro­ga­mi, na­pły­wa­li pcha­ni wia­rą i na­dzie­ją otrzy­ma­nia kró­le­stwa nie­bie­skie­go, na­pły­wa­li z nie­ustan­nym ha­ła­sem i tu­po­ta­niem bo­sych nóg, bez sło­wa, bez szem­ra­nia, bez jed­ne­go spoj­rze­nia za sie­bie; i gdy usu­nię­to wszyst­kie bel­ki, dzie­lą­ce po­kład na czę­ści, roz­le­li się po nim na wszyst­kie stro­ny, za­ję­li je­go przód i tył, prze­le­wa­li się na dół przez zie­ją­ce otwo­ry, za­peł­ni­li wszyst­kie we­wnętrz­ne kry­jów­ki okrę­tu – na kształt wo­dy wpły­wa­ją­cej do cy­ster­ny, na­peł­nia­ją­cej wszyst­kie szpa­ry i pęk­nię­cia, pod­no­szą­cej się po­wo­li aż do brze­gów.Ośmiu­set lu­dzi, męż­czyzn i ko­biet, z wia­rą i na­dzie­ją, z ja­ki­miś swo­imi ser­decz­ny­mi przy­wią­za­nia­mi i wspo­mnie­nia­mi ze­bra­ło się tam, przy­by­wa­jąc z pół­no­cy, po­łu­dnia, znad gra­nic wschod­nich, dep­cząc po dróż­kach pro­wa­dzą­cych z dżun­gli, idąc wzdłuż rzek, prze­pra­wia­jąc się w ma­łych łó­decz­kach z wy­spy na wy­spę, zno­sząc cier­pie­nia, na­po­ty­ka­jąc dziw­ne zja­wi­ska, ule­ga­jąc dziw­nym oba­wom – a pod­trzy­my­wa­ło ich tyl­ko jed­no pra­gnie­nie. Przy­by­wa­li z sa­mot­nych sza­ła­sów, z lud­nych osad, nad­brzeż­nych wio­sek. Na głos jed­nej idei po­rzu­ci­li swe la­sy, wy­rę­by, opie­kę swo­ich rzą­dów, swo­je po­wo­dze­nie, swą nę­dzę, zna­ne od lat mło­dzień­czych oto­cze­nie i gro­by oj­ców. Przy­by­li po­kry­ci py­łem, po­tem, sa­dzą, łach­ma­na­mi – sil­ni męż­czyź­ni na cze­le ca­łych ro­dzin, chu­dzi star­cy, śpie­szą­cy na­przód bez na­dziei po­wro­tu; mło­dzi chłop­cy z nie­ustra­szo­ny­mi ocza­mi pa­trzą­cy­mi cie­ka­wie; nie­śmia­łe ma­łe dziew­cząt­ka ze zwi­chrzo­ny­mi, dłu­gi­mi wło­sa­mi; za­kwe­fio­ne ko­bie­ty, tu­lą­ce do pier­si owi­nię­te w brud­ne chu­s­ty dzie­ci – nie­świa­do­mi piel­grzy­mi po­słusz­ni prze­pi­som wy­ma­ga­ją­cej wia­ry.

– Spoj­rzyj na to by­dło – rzekł Nie­miec-dzier­żaw­ca do swe­go no­we­go po­moc­ni­ka.

Arab, wódz tej po­boż­nej po­dró­ży, przy­szedł ostat­ni. Szedł po­wo­li na po­kład, pięk­ny, po­waż­ny, w bia­łej sza­cie i sze­ro­kim tur­ba­nie. Szła za nim ca­ła gro­ma­da słu­żą­cych, nio­sąc je­go pa­kun­ki; Pat­na pod­nio­sła ko­twi­cę i od­pły­nę­ła od przy­sta­ni.

Prze­pły­nę­ła mię­dzy dwie­ma ma­ły­mi wy­sep­ka­mi, ob­je­cha­ła miej­sce, gdzie ża­glow­ce za­rzu­ca­ją ko­twi­ce, za­to­czy­ła pół­ko­le w cie­niu ja­kie­goś wzgó­rza i zna­la­zła się obok sze­re­gu wzdy­ma­nych wia­trem ża­gli. Arab, sto­jąc na przo­dzie pa­row­ca, gło­śno od­ma­wiał mo­dli­twy za po­dró­żu­ją­cych po mo­rzu. Wzy­wał ła­ski Wszech­moc­ne­go na tę po­dróż, bła­gał o Je­go bło­go­sła­wień­stwo dla pra­cy ludz­kiej i ta­jem­nych pra­gnień ich ser­ca; przy za­pa­da­ją­cym zmierz­chu pa­ro­wiec pruł spo­koj­ne wo­dy cie­śni­ny; a tam w da­li, w ty­le pa­row­ca, la­tar­nia mor­ska, po­sta­wio­na przez nie­wier­nych na zdra­dli­wej mie­liź­nie, zda­wa­ła się mru­żyć swe pło­mien­ne oko, pa­trząc na od­pły­wa­ją­cy pa­ro­wiec, jak­by szy­dząc z je­go po­boż­nych za­mia­rów.

Prze­byw­szy cie­śni­nę, Pat­na dą­ży­ła da­lej przez prze­smyk „One-de­gree” pro­sto do Mo­rza Czer­wo­ne­go pod spo­koj­nym, pa­lą­cym, nie­zmą­co­nym żad­ną chmur­ką nie­bem, spo­wi­ta go­re­ją­cy­mi pro­mie­nia­mi słoń­ca, za­bi­ja­ją­cy­mi wszel­ką myśl, przy­gnę­bia­ją­cy­mi ser­ce, ni­we­czą­cy­mi ca­łą wo­lę i ener­gię. A pod tą groź­ną wspa­nia­ło­ścią nie­ba mo­rze błę­kit­ne i głę­bo­kie po­zo­sta­ło spo­koj­ne, bez jed­ne­go ru­chu, bez jed­nej zmarszcz­ki, gę­ste, sto­ją­ce, mar­twe. Pat­na z lek­kim świ­stem pły­nę­ła tą rów­ni­ną świe­tla­ną a gład­ką, roz­wi­ja­ła czar­ną wstę­gę dy­mu na tle ja­sne­go nie­ba, a po­za so­bą, na wo­dzie, po­zo­sta­wia­ła bia­łą wstę­gę pia­ny nik­ną­cej na­tych­miast jak wid­mo szla­ku po­zo­sta­łe na mar­twym mo­rzu po wid­mie pa­row­ca.

Każ­de­go ran­ka słoń­ce, jak gdy­by za­war­ło ugo­dę z tym dą­żą­cym na piel­grzym­kę pa­row­cem, z ci­chym a na­głym wy­bu­chem świa­tła uka­zy­wa­ło się za­wsze w tym sa­mym miej­scu, w ty­le pa­row­ca, w po­łu­dnie do­ga­nia­ło go, zle­wa­jąc skon­cen­tro­wa­ny żar swych pro­mie­ni na po­boż­ne za­mia­ry ludz­kie, prze­chy­la­ło się da­lej i za­pa­da­ło ta­jem­ni­czo do mo­rza wie­czór za wie­czo­rem. Pię­ciu bia­łych na pa­row­cu ży­ło na śród­o­krę­ciu, w od­osob­nie­niu od ludz­kie­go ła­dun­ku. Roz­cią­gnię­te płót­no two­rzy­ło bia­ły dach nad po­kła­dem od koń­ca do koń­ca i je­dy­nie nie­ja­sny po­mruk, ci­chy szept smut­nych gło­sów zdra­dzał obec­ność te­go tłu­mu lu­dzi na ol­brzy­mim prze­stwo­rze wód. Ta­kie by­ły te dni spo­koj­ne, go­rą­ce, cięż­kie, zni­ka­ją­ce je­den po dru­gim w prze­szło­ści, jak gdy­by wpa­da­ły w wiecz­nie otwar­tą prze­paść; a pa­ro­wiec, sa­mot­ny pod słu­pem dy­mu, trzy­mał się sta­le jed­ne­go kie­run­ku, czar­ny, dy­mią­cy w tym świe­tli­stym bez­mia­rze, jak­by spa­lo­ny ogniem, le­cą­cym nań z bez­li­to­sne­go nie­ba.

Za­pa­da­ją­ca noc zda­wa­ła się bło­go­sła­wień­stwem.

Roz­dział III

Cu­dow­na ci­sza za­pa­no­wa­ła nad świa­tem, a gwiaz­dy wraz ze spo­ko­jem swych pro­mie­ni zda­wa­ły się zle­wać na zie­mię za­pew­nie­nie wiecz­no­tr­wa­łe­go bez­pie­czeń­stwa. Księ­życ w swej pierw­szej kwa­drze błysz­czał na za­cho­dzie, po­dob­ny do wió­ra od­cię­te­go od zło­tej szta­by, a Mo­rze Arab­skie, gład­kie i chłod­ne dla oka jak prze­strzeń lo­do­wa, roz­cią­ga­ło swą do­sko­na­łą płasz­czy­znę pod spo­koj­nym ko­li­skiem ciem­ne­go wid­no­krę­gu. Pa­ro­wiec szedł na­przód, je­go ru­chy zda­wa­ły się har­mo­ni­zo­wać z bez­pie­czeń­stwem wszech­świa­ta; a po obu stro­nach głę­bo­kie fał­dy wo­dy, wy­sta­ją­ce i ciem­ne na tej błysz­czą­cej rów­ni, wchła­nia­ły w swe pro­ste i po­przecz­ne bruz­dy de­li­kat­ną bia­łą pia­nę, wy­pry­sku­ją­cą z lek­kim świ­stem, ma­łe fa­le, zmarszcz­ki, zwo­je, któ­re, gdy po­zo­sta­ły w ty­le, mą­ci­ły przez chwi­lę po­wierzch­nię mo­rza po przej­ściu pa­row­ca, a póź­niej się uspa­ka­ja­ły, wy­gła­dza­ły, gi­nąc w ogól­nym spo­ko­ju nie­ba i wo­dy, po któ­rej po­ru­sza­ła się czar­na pla­ma łu­pi­ny okrę­tu, po­zo­sta­jąc wiecz­nie w jej cen­trum.

Jim, sto­jąc na most­ku, prze­nik­nię­ty był tą wiel­ką pew­no­ścią bez­gra­nicz­ne­go bez­pie­czeń­stwa i spo­ko­ju, ja­ki się da­je czy­tać ze spo­koj­ne­go sta­nu na­tu­ry, po­dob­nie jak czy­ta się pew­ność i pie­czo­ło­wi­tą mi­łość roz­la­ną na twa­rzy mat­ki. Pod płó­cien­nym da­chem, pod­daw­szy się wie­dzy i od­wa­dze bia­łych lu­dzi, ufa­jąc w po­tę­gę i moc że­la­znej sko­ru­py ich ogni­ste­go okrę­tu, piel­grzy­mi, wy­znaw­cy wy­ma­ga­ją­cej wia­ry, spa­li na ma­tach, de­rach, de­skach, na wszyst­kich po­kła­dach, we wszyst­kich ciem­nych ką­tach, owi­nię­ci w far­bo­wa­ne suk­na, oku­ta­ni w brud­ne łach­ma­ny, z gło­wa­mi opar­ty­mi na ma­łych za­wi­niąt­kach, z twa­rza­mi wci­śnię­ty­mi w pod­ło­żo­ne pod nie rę­ce; męż­czyź­ni, ko­bie­ty, dzie­ci; sta­rzy z mło­dy­mi, nie­do­łęż­ni z krzep­ki­mi – wszy­scy rów­ni wo­bec snu, bę­dą­ce­go bra­tem śmier­ci.

Po­dmuch po­wie­trza, we­pchnię­ty z przo­du pa­row­ca szyb­ko­ścią ru­chu, prze­cho­dził wzdłuż, mu­skał sze­re­gi wy­cią­gnię­tych ciał; za­wie­szo­ne tu i ów­dzie na słu­pach lam­py rzu­ca­ły mdłe świa­tło, w któ­re­go nie­ja­snych krę­gach, rzu­ca­nych na dół i drga­ją­cych lek­ko wsku­tek nie­wy­czu­wal­nych ru­chów pa­row­ca, uka­zy­wa­ła się to zwró­co­na do gó­ry bro­da, to pa­ra za­mknię­tych oczu, ciem­na rę­ka ze srebr­ny­mi pier­ścion­ka­mi, chu­de cia­ło owi­nię­te w łach­man, gło­wa od­rzu­co­na w tył, na­ga sto­pa lub gar­dło, ob­na­żo­ne i na­prę­żo­ne, wy­sta­wio­ne jak­by pod nóż. Za­moż­niej­si urzą­dzi­li dla swo­ich ro­dzin za­kąt­ki przy po­mo­cy cięż­kich pak i oku­rzo­nych mat; lu­dzie spo­czy­wa­li po­ko­tem, z ca­łym swym bo­gac­twem zwią­za­nym w je­den wę­zeł pod gło­wą; sa­mot­ni star­cy spa­li z wy­cią­gnię­ty­mi no­ga­mi na dy­wa­ni­kach słu­żą­cych do mo­dli­twy, rę­ka­mi za­kry­wa­li uszy, a łok­cie ster­cza­ły im po obu stro­nach twa­rzy; ja­kiś oj­ciec ze wznie­sio­ny­mi ra­mio­na­mi i ko­la­na­mi sty­ka­ją­cy­mi się z gło­wą – drze­mał, trzy­ma­jąc na ple­cach chłop­ca ze zwi­chrzo­ny­mi wło­sa­mi, któ­ry spał wy­cią­ga­jąc na­ka­zu­ją­cym ge­stem rę­kę; ko­bie­ta spo­wi­ta jak trup w bia­łe płót­no od stóp do gło­wy, trzy­ma­ła po na­gim dziec­ku w za­głę­bie­niu każ­de­go ra­mie­nia; bo­gac­two i cno­ta re­zy­do­wa­ły w jed­nym miej­scu na przo­dzie pa­row­ca, gdzie utwo­rzy­ła się wy­so­ka gó­ra o nie­rów­nych za­ry­sach i w bla­sku wi­szą­cej nad nią lam­py na tle nie­wy­raź­nych kształ­tów zgro­ma­dzo­nych tam przed­mio­tów po­ły­ski­wa­ły brzu­cha­te mie­dzia­ne dzba­ny, ostrza oszcze­pów, gdzieś po­chwa sta­rej sza­bli spo­czy­wa­ła na ku­pie po­du­szek, gdzie in­dziej znów wy­su­wał się dzió­bek dzban­ka do ka­wy. Umiesz­czo­ny w po­bli­żu przy­rząd pe­rio­dycz­nie wy­dzwa­niał każ­dą mi­lę prze­by­tą na tej dro­dze osło­dzo­nej na­dzie­ją i wia­rą. Nad uśpio­nym tłu­mem uno­si­ło się sła­be, cier­pli­we tchnie­nie, od cza­su do cza­su tyl­ko zmą­co­ne, gdy z głę­bi pa­row­ca wy­do­by­wa­ły się krót­kie, me­ta­licz­ne dźwię­ki, ostry zgrzyt szpa­dla pod­no­szą­ce­go wę­giel, gwał­tow­ny stu­kot za­trza­ski­wa­nych drzwi­czek pie­ca, jak gdy­by lu­dzie tam, w głę­bi, trzy­ma­ją­cy w rę­kach ta­jem­ni­czą wła­dzę, mie­li pier­si prze­peł­nio­ne wście­kłym gnie­wem, pod­czas gdy gór­na łu­pi­na pa­row­ca szła rów­no na­przód, bez jed­ne­go chyb­nię­cia się masz­tu, pru­jąc nie­ustan­nie wiel­kie spo­koj­ne wo­dy pod nie­do­stęp­nym w swej bło­go­ści nie­bem.

Jim prze­szedł w po­przek most­ka, a wła­sne kro­ki w tej nie­zmą­co­nej ci­szy do­szły tak wy­raź­nie je­go uszu, jak gdy­by od­bi­ły się echem o czu­wa­ją­ce gwiaz­dy; je­go oczy, błą­dząc po li­nii wid­no­krę­gu, zda­wa­ły się ła­ko­mie spo­glą­dać w nie­do­stęp­ny świat, nie wi­dząc cie­nia zbli­ża­ją­cych się wy­pad­ków.Je­dy­nym cie­niem na mo­rzu był cień czar­ne­go dy­mu, cięż­kim, ol­brzy­mim słu­pem wy­bu­cha­ją­cy nie­ustan­nie i roz­pły­wa­ją­cy się w po­wie­trzu. Dwaj Ma­laj­czy­cy, mil­czą­cy i pra­wie nie­ru­cho­mi, sta­li po obu stro­nach ko­ła, któ­re­go mo­sięż­ny brzeg błysz­czał ka­wał­ka­mi w owa­lu świa­tła pa­da­ją­ce­go z klat­ki kom­pa­su. Co chwi­la w oświe­tlo­nej czę­ści uka­zy­wa­ła się rę­ka z czar­ny­mi pal­ca­mi, pusz­cza­ją­ca i chwy­ta­ją­ca szpry­chy; zwo­je łań­cu­cha ko­ło­we­go cięż­ko chrzęsz­cza­ły w za­głę­bie­niu becz­ki. Jim rzu­cał okiem na kom­pas, to znów na ten nie­do­ści­gnio­ny wid­no­krąg, to wy­cią­gał się tak, że wszyst­kie sta­wy trzesz­cza­ły i by­ło mu do­brze; jak­by ośmie­lo­ny tym wi­do­kiem nie­na­ru­szal­ne­go spo­ko­ju czuł, że nie dba o to, co się z nim stać mo­że, za­nim na­stą­pi kres ży­cia. Od cza­su do cza­su spo­glą­dał le­ni­wie na ma­pę przy­twier­dzo­ną czte­re­ma plu­skiew­ka­mi do ni­skie­go, trój­noż­ne­go sto­li­ka, umiesz­czo­ne­go w ty­le okrę­tu. Ćwiart­ka pa­pie­ru, uświa­da­mia­ją­ca o głę­bo­ko­ści mo­rza, two­rzy­ła błysz­czą­cą po­wierzch­nię w świe­tle lam­py, po­wierzch­nię gład­ką i rów­ną jak po­ły­skli­wa prze­strzeń wód. Spo­czy­wa­ły na niej na­rzę­dzia mier­ni­cze; po­ło­że­nie pa­row­ca o pół­no­cy za­zna­czo­ne by­ło ma­łym, czar­nym ołów­kiem, a pro­sta li­nia za­kre­ślo­na ołów­kiem aż do Pe­rim, wy­ka­zy­wa­ła kie­ru­nek okrę­tu – dro­gę, wio­dą­cą du­sze do świę­te­go miej­sca, do na­dziei zba­wie­nia, na­gro­dy ży­wo­ta wiecz­ne­go (…). „Jak on rów­no idzie” – po­my­ślał Jim ze zdzi­wie­niem, z ja­kimś uczu­ciem wdzięcz­no­ści za ten nie­wzru­szo­ny spo­kój mo­rza i nie­ba. W ta­kich chwi­lach my­ślał o speł­nie­niu wiel­kich czy­nów: ko­chał te ma­rze­nia i wie­rzył w po­wo­dze­nie swych wiel­kich za­mia­rów. By­ły one naj­lep­szą cząst­ką je­go ży­cia, je­go ta­jem­ną praw­dą, ukry­tą rze­czy­wi­sto­ścią. Ce­cho­wa­ła je dum­na mę­skość, urok nie­okre­ślo­no­ści, po­prze­dza­ły go kro­kiem bo­ha­ter­skim; uno­si­ły z so­bą je­go du­szę i po­iły ją bo­ską am­bro­zją bez­gra­nicz­nej uf­no­ści w sie­bie sa­me­go. Nie by­ło rze­czy, któ­rej by nie mógł sta­wić czo­ła. Był za­do­wo­lo­ny ze swych my­śli i uśmie­chał się, pa­trząc przed sie­bie, a gdy przy­pad­kiem rzu­cił okiem po­za sie­bie, wi­dział na mo­rzu bruz­dę, zo­sta­wio­ną przez pa­ro­wiec, tak pro­stą, jak ta li­nia wy­kre­ślo­na ołów­kiem na pa­pie­rze.

Me­ta­licz­ny dźwięk spusz­cza­nych i wy­cią­ga­nych ce­brów3 z po­pio­łem ostrzegł go, że zbli­ża się ko­niec je­go czu­wa­nia. Wes­tchnął z ukon­ten­to­wa­niem, a za­ra­zem z ża­lem, że mu­si po­że­gnać się z tym spo­ko­jem, pod­nie­ca­ją­cym awan­tur­ni­czą lot­ność je­go my­śli. Chcia­ło mu się też tro­chę spać i czuł przy­jem­ne obez­wład­nie­nie wszyst­kich człon­ków, jak gdy­by ca­ła krew w cie­le za­mie­ni­ła się w go­rą­ce mle­ko. Ka­pi­tan pod­szedł ci­cho w szla­fro­ku i w noc­nej ko­szu­li sze­ro­ko roz­chy­lo­nej na pier­siach. Czer­wo­ny na twa­rzy, tyl­ko na wpół roz­bu­dzo­ny, le­we oko miał za­mknię­te, pra­we pa­trza­ło głu­pio, szkli­ście; po­chy­lił wiel­ką gło­wę nad kar­tą i skro­bał się po że­brach. Coś wstręt­ne­go by­ło w wi­do­ku te­go ob­na­żo­ne­go cia­ła. Na­ga pierś błysz­cza­ła od tłusz­czu, jak gdy­by w cza­sie snu ca­ły wy­to­pił się na wierzch. Wy­po­wie­dział fa­cho­wą, nie­zbęd­ną uwa­gę gło­sem ostrym, ochry­płym, przy­po­mi­na­ją­cym zgrzyt pi­ły o de­skę; fał­dy po­dwój­ne­go pod­bród­ka wi­sia­ły jak wo­rek pod szczę­ka­mi. Jim ze­rwał się i od­po­wiedź je­go peł­na by­ła sza­cun­ku; ale wstręt­na, mię­si­sta po­stać, wi­dzia­na po raz pierw­szy w ten spo­sób, utkwi­ła w je­go pa­mię­ci na za­wsze ja­ko wcie­le­nie wszyst­kie­go, co ni­skie, pod­łe, a by­tu­ją­ce w ukry­ciu na świe­cie, któ­ry ko­cha­my; bo­wiem w głę­bi serc wia­rę w na­sze zba­wie­nie po­kła­da­my w lu­dziach nas ota­cza­ją­cych, w wi­do­kach na­peł­nia­ją­cych na­sze oczy, w dźwię­kach do­cho­dzą­cych na­szych uszu i w po­wie­trzu na­peł­nia­ją­cym na­sze płu­ca.

Cien­ki, zło­ty wiór księ­ży­ca, pły­nąc po­wo­li w dół, zgi­nął na­resz­cie w czar­nej po­wierzch­ni wód, a po­za­świa­to­wa wiecz­ność zda­wa­ła się zbli­żać do zie­mi wraz ze zwięk­szo­nym bły­skiem gwiazd, z głęb­szym od­cie­niem po­ły­sku na wpół prze­zro­czy­ste­go skle­pie­nia wi­szą­ce­go nad pła­skim krę­giem nie­prze­zro­czy­ste­go mo­rza. Pa­ro­wiec szedł tak ła­god­nie, że je­go ruch na­przód był nie­od­czu­wal­ny dla zmy­słów ludz­kich, jak gdy­by był za­tło­czo­ną pla­ne­tą śpie­szą­cą przez ciem­ną prze­strzeń ete­ru za ro­jem słońc, we wzru­sza­ją­cym spo­ko­ju i sa­mot­no­ści cze­ka­ją­cych tchnie­nia przy­szłych kre­acji.

– Tam na do­le, to ma­ło po­wie­dzieć: go­rą­co – ode­zwał się ja­kiś głos.

Jim uśmiech­nął się, nie oglą­da­jąc. Ka­pi­tan wy­sta­wił ca­łą sze­ro­kość swych ple­ców; by­ła to ulu­bio­na sztucz­ka re­ne­ga­ta -- uda­wać, że nie wi­dzi wca­le czy­jejś obec­no­ści, chy­ba że spodo­ba­ło mu się zwró­cić na ko­goś na­gle swój wście­kły wzrok, a na­stęp­nie za­cząć wy­le­wać nań po­to­ki dzi­kich obelg, wy­bu­cha­ją­cych jak bru­dy ze ście­ku. Te­raz tyl­ko chrząk­nął nie­mi­le; dru­gi ma­szy­ni­sta, sto­jąc na szczy­cie dra­bi­ny, gnio­tąc rę­ka­mi brud­ny, mo­kry od po­tu łach­man, cią­gnął da­lej swe je­re­mia­dy4. Ma­ry­na­rzom do­brze się tu dzie­je na gó­rze, a ja­ki z nich po­ży­tek na świe­cie, to on by du­żo dał, że­by to wie­dzieć, a bied­ni ma­szy­ni­ści mu­szą pil­no­wać, by pa­ro­wiec szedł, a przy tym mo­gą do­sko­na­le i in­ne rze­czy ro­bić – ta­kie ży­cie to…

– Milcz! – mruk­nął groź­nie Nie­miec.

– A tak! Milcz! A gdy coś złe­go się dzie­je, to le­cisz pan do nas, co? – od­parł tam­ten.

On jest na wpół ugo­to­wa­ny, pew­ny jest te­go; ale w każ­dym ra­zie nie dba już o licz­bę swych grze­chów, gdyż przez ostat­nie trzy dni prze­szedł przez pró­bę ży­cia, ja­kie bę­dą pę­dzi­li źli lu­dzie po śmier­ci – tak, tak – a przy tym jest pra­wie ogłu­szo­ny tym ha­ła­sem, hu­kiem na do­le. Tam wre, ki­pi jak w pie­kle, a dla­cze­go on dzień i noc ry­zy­ku­je ży­cie, da­ne mu od Bo­ga, te­go sam po­wie­dzieć nie mo­że. Wi­docz­nie uro­dził się ta­ki głu­pi. Już on…

– Gdzie­żeś się upił? – py­tał Nie­miec dzi­kim gło­sem, ale nie ru­sza­jąc się z miej­sca; świa­tło od kom­pa­su pa­da­ło na nie­go, uwy­dat­nia­jąc tę nie­zgrab­ną fi­gu­rę jak­by wy­cię­tą z ka­wa­ła tłusz­czu.

Jim od­cho­dził, uśmie­cha­jąc się do nik­ną­ce­go wid­no­krę­gu; je­go ser­ce prze­peł­nio­ne by­ło szla­chet­ny­mi po­pę­da­mi, a my­śli po­dzi­wia­ły wła­sną wyż­szość.

– Upił? – po­wtó­rzył ma­szy­ni­sta po­gar­dli­wie; uwie­sił się rę­ka­mi na bel­ce, two­rząc ciem­ną pla­mę, po­ru­sza­ją­cą się mia­ro­wo. – Nie pa­na kosz­tem, ka­pi­ta­nie! Je­steś na to za ską­py, do pio­ru­na! Wo­lał­byś wi­dzieć, jak po­rząd­ny czło­wiek umie­ra, a nie dał­byś mu kro­pli sznap­sa. To wy, Niem­cy, na­zy­wa­cie oszczęd­no­ścią!

Sta­wał się sen­ty­men­tal­ny. Po­czci­wy pierw­szy ma­szy­ni­sta dał mu na­par­ste­czek o dzie­sią­tej „tyl­ko je­den, Bóg mi świad­kiem!” – po­czci­wy sta­ry; ale że­by ta­kie­go sta­re­go wy­gę jak on, wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi – na to nie wy­star­czy­ła­by i pię­cio­wia­dro­wa becz­ka. O nie! W każ­dym ra­zie nie dziś w no­cy. Szef śpi so­bie słod­ko jak nie­mow­lę z bu­tel­ką do­sko­na­łej wód­ki pod po­dusz­ką!

Z gru­be­go gar­dła ka­pi­ta­na Pat­ny wy­pły­nął ba­so­wy po­mruk, w któ­rym dźwięk sło­wa „Schwe­in”5 uno­sił się to wy­so­ko, to ni­sko, jak ka­pry­śne piór­ko przy lek­kim po­dmu­chu wia­tru. On z tym pierw­szym ma­szy­ni­stą już od wie­lu lat by­li kam­ra­ta­mi, słu­żąc jo­wial­ne­mu, spryt­ne­mu, sta­re­mu Chiń­czy­ko­wi z oku­la­ra­mi w ro­go­wej opra­wie i ka­wał­ka­mi czer­wo­ne­go je­dwa­biu wple­cio­ny­mi w si­we wło­sy war­ko­cza. W por­cie, gdzie zwy­kle sta­wa­ła Pat­na, krą­ży­ła po­gło­ska, że co się ty­czy bez­czel­ne­go okra­da­nia skar­bu pań­stwa, „to ci dwaj kom­pa­ni zro­bi­li wszyst­ko, co się tyl­ko da­ło”. Ze­wnętrz­nie by­li nie­do­pa­so­wa­ni: je­den z po­nu­rym wej­rze­niem, zły, o kor­pu­lent­nej bu­do­wie cia­ła; dru­gi – dłu­gi, chu­dy, kan­cia­sty, z gło­wą ko­ści­stą i dłu­gą jak u sta­re­go ko­nia, z za­pa­dły­mi po­licz­ka­mi, z obo­jęt­nym, szkli­stym wzro­kiem za­pa­dłych oczu. Wy­rzu­co­ny zo­stał gdzieś na wschod­nich wy­brze­żach – w Kan­to­nie, Szan­gha­ju lub mo­że w Jo­ko­ha­mie, przed dwu­dzie­stu, a mo­że i wię­cej la­ty; za­pew­ne sam na­wet nie chciał pa­mię­tać do­kład­nie miej­sco­wo­ści, ani przy­czy­ny roz­bi­cia się okrę­tu. Spra­wa ta nie na­bra­ła roz­gło­su, gdyż dzię­ki je­go mło­do­ści, po­prze­sta­no na wy­da­le­niu go z okrę­tu spo­koj­nym kop­nię­ciem no­gą. Że­glu­ga po tych mo­rzach co­raz bar­dziej za­czy­na­ła się roz­wi­jać, a lu­dzi je­go za­wo­du by­ło jesz­cze nie­wie­lu, więc „wy­pły­nął na wierzch”. Chęt­nie da­wał do zro­zu­mie­nia ob­cym lu­dziom, że on w tej pra­cy „zę­by zjadł”. Gdy się po­ru­szał, zda­wa­ło się, że pod ubra­niem dzwo­nią ko­ści szkie­le­tu; włó­czył się nie­ustan­nie po okrę­cie, pa­ląc faj­kę na bar­dzo dłu­gim cy­bu­chu, z ogłu­pia­łą po­wa­gą my­śli­cie­la, wy­pro­wa­dza­ją­ce­go sys­tem fi­lo­zo­ficz­ny z mgli­ste­go prze­bły­sku praw­dy. Zwy­kle trząsł się nad swym za­pa­sem trun­ków; ale tej no­cy od­stą­pił od swych za­sad, a to wy­szło na ko­rzyść je­go po­moc­ni­ka, mło­de­go chłop­ca o sła­bej gło­wie, któ­ry wsku­tek nie­spo­dzie­wa­nej uczty i tę­go­ści ma­te­ria­łu – stał się szczę­śli­wy, po­ufa­ły i roz­mow­ny. Wście­kłość Niem­ca z No­wej Po­łu­dnio­wej Wa­lii nie mia­ła gra­nic; sa­pał jak wy­pa­lo­na faj­ka, a Jim, za­ba­wio­ny tro­chę tą sce­ną, nie­cier­pli­wił się jed­nak, chcąc już zejść na dół; ostat­nie dzie­sięć mi­nut czu­wa­nia by­ło tak de­ner­wu­ją­ce jak wy­cze­ki­wa­nie na wy­strzał du­bel­tów­ki. Ci lu­dzie nie na­le­że­li do świa­ta bo­ha­ter­skich przy­gód, choć nie­złe z nich chło­py. Na­wet ten ka­pi­tan. Mdło mu się zro­bi­ło, gdy spoj­rzał na tę drga­ją­cą ma­sę mię­sa, z któ­rej wy­pły­wa­ły, char­czą­ce dźwię­ki, brud­ny po­tok ohyd­nych wy­ra­żeń; ale był za­nad­to obez­wład­nio­ny, by w tej chwi­li zdo­być się na nie­lu­bie­nie ko­goś lub cze­goś. War­tość tych lu­dzi nie ob­cho­dzi­ła go; ocie­rał się o nich, ale nie mo­gli go do­tknąć; dzie­lił z ni­mi wdy­cha­ne po­wie­trze, ale róż­nił się od nich… Czy ka­pi­tan rzu­ci się na ma­szy­ni­stę?… Ży­cie pły­nie ła­two, a on jest tak pew­ny sie­bie, zbyt pew­ny, by… Li­nia dzie­lą­ca je­go roz­my­śla­nia od zu­peł­ne­go za­śnię­cia cień­sza by­ła od pa­ję­czej ni­ci.

Po­moc­nik ma­szy­ni­sty ła­twym zwro­tem prze­szedł do kwe­stii swo­ich fi­nan­sów i od­wa­gi.

– Kto pi­ja­ny? Ja? Nie, ka­pi­ta­nie! Tak nie moż­na. Mu­si pan wie­dzieć, że mój star­szy jest tak ską­py, że i wró­bla by nie upo­ił. Ni­g­dy w ży­ciu tak nie po­ści­łem, jak te­raz; a ten ga­tu­nek wód­ki ni­ko­mu w gło­wie nie za­pró­szy. Ja mógł­bym pić roz­to­pio­ny ogień, a był­bym zim­ny jak lód. Gdy­bym my­ślał, że je­stem pi­ja­ny, rzu­cił­bym się do mo­rza, skoń­czył­bym ze so­bą, do pio­ru­na. Tak! Pro­sto! A z most­ka nie zej­dę. Gdzie pan my­ślisz, że bę­dę szu­kał świe­że­go po­wie­trza w ta­ką noc jak dzi­siaj, co? Mo­że na dol­nym po­kła­dzie, mię­dzy tym ro­bac­twem? Przy­pusz­czam, że nie! A zresz­tą, wca­le się pa­na nie oba­wiam.

Nie­miec wzniósł w gó­rę dwa cięż­kie ku­ła­ki6, po­trzą­sał ni­mi, nie mó­wiąc sło­wa.

– Ja nie znam, co to strach – cią­gnął da­lej ma­szy­ni­sta z za­pa­łem szcze­re­go prze­ko­na­nia. – Nie bo­ję się pra­co­wać w tej zgni­łej sko­ru­pie! To szczę­ście nie­ma­łe dla pa­na, że jest nas kil­ku na świe­cie, co się o wła­sne ży­cie nie bo­imy – ina­czej – gdzie był­by pan sam – i ten sta­ry grat, z bo­ka­mi cien­ki­mi jak pa­pier – tak, pa­pier – mo­że nie? To wszyst­ko bar­dzo pięk­nie dla pa­na – cią­gnie pan so­bie pie­niąż­ki, czy tak, czy owak; ale cóż mi z te­go – co ja z te­go mam? Mi­zer­nych sto pięć­dzie­siąt do­la­rów mie­sięcz­nie. Chciał­bym się pa­na z usza­no­wa­niem spy­tać – z usza­no­wa­niem, uwa­żaj pan, kto by nie plu­nął na ta­kie psie za­ję­cie jak to?… Nie ga­daj, że bez­piecz­ne – to nie­praw­da! Tyl­ko że ja je­stem jed­nym z tych nie­ustra­szo­nych lu­dzi…

Pu­ścił trzy­ma­ną bel­kę i wy­ko­ny­wał sze­ro­kie ru­chy, jak gdy­by chcąc wska­zać kształt i do­nio­słość swej war­to­ści; je­go cien­ki głos roz­cho­dził się po mo­rzu jak prze­cią­gły kwik, po­chy­lał się to na­przód, to w tył, i na­gle ru­nął gło­wą na­przód, jak gdy­by pchnię­ty z ty­łu. „Psia krew!” – za­wo­łał pa­da­jąc i chwi­la ci­szy na­sta­ła po tym okrzy­ku. Jim i ka­pi­tan, jak­by jed­ną my­ślą tknię­ci, rzu­ci­li się na­przód, a opa­no­waw­szy się, sta­nę­li sztyw­ni i pa­trzy­li wciąż ze zdu­mie­niem na nie­zmą­co­ną po­wierzch­nię mo­rza. Na­stęp­nie spoj­rze­li w gó­rę na gwiaz­dy.

Co się sta­ło? Ma­szy­na sap­nę­ła cięż­ko. Czy zie­mia zo­sta­ła wstrzy­ma­na w swym bie­gu? Nie mo­gli zro­zu­mieć; i na­gle to spo­koj­ne mo­rze, to nie­po­ka­la­nie czy­ste nie­bo wy­da­ło się strasz­nie nie­pew­ne w swej nie­ru­cho­mo­ści, jak gdy­by zwia­sto­wa­ło zbli­ża­nie się ogól­ne­go znisz­cze­nia. Ma­szy­ni­sta ca­łym swym cia­łem pod­sko­czył w gó­rę i opadł znów jak bez­kształt­na ma­sa. Ta ma­sa jęk­nę­ła: „A co to?” ze stłu­mio­nym ak­cen­tem wiel­kie­go gnie­wu. Od­głos grzmo­tu, grzmo­tu nad­zwy­czaj od­da­lo­ne­go, mniej niż głos, tro­chę wię­cej niż wi­bra­cja, prze­szedł po­wo­li, a w od­po­wie­dzi pa­ro­wiec za­drżał, jak gdy­by ten grzmot za­grzmiał głę­bo­ko w wo­dzie. Oczy dwóch Ma­laj­czy­ków przy ko­le bły­snę­ły w stro­nę bia­łych lu­dzi, ale ciem­ne ich rę­ce po­zo­sta­ły przy szpry­chach ko­ła. Dłu­ga łu­pi­na, pły­nąc da­lej, zda­wa­ła się wzno­sić na kil­ka ca­li stop­nio­wo, przez ca­łą swą dłu­gość, jak gdy­by sta­ła się gięt­ka i znów po­wró­ci­ła do swej sztyw­no­ści, i da­lej pru­ła gład­ką po­wierzch­nię mo­rza. Drże­nie jej usta­ło, ścichł też głos grzmo­tu, jak gdy­by pa­ro­wiec prze­pły­nął przez wą­ski pas drga­ją­cej wo­dy i dźwię­czą­ce­go po­wie­trza.

Roz­dział IV

W mie­siąc czy póź­niej po­tem, gdy Jim w od­po­wie­dzi na roz­ma­ite py­ta­nia sta­rał się po­wie­dzieć uczci­wie ca­łą praw­dę o prze­szłych wy­pad­kach, wy­ra­ził się tak o pa­row­cu:

– Prze­szedł tak ła­two przez to, co tam by­ło, jak wąż prze­śli­zgu­ją­cy się po ki­ju.

Okre­śle­nie to by­ło do­bre: py­ta­nia mia­ły na ce­lu zba­da­nie fak­tów, a śledz­two od­by­wa­ło się w po­li­cyj­nym gma­chu, w jed­nym z por­tów wschod­nich. Jim stał na wznie­sie­niu, w miej­scu dla świad­ków, z pa­ła­ją­cy­mi po­licz­ka­mi, w chłod­nej, ob­szer­nej izbie; wy­so­ko nad je­go gło­wą umiesz­czo­ny wen­ty­la­tor po­ru­szał się mia­ro­wo, a z do­łu spo­glą­da­ły ku nie­mu oczy z ciem­nych twa­rzy, bia­łych twa­rzy, czer­wo­nych twa­rzy, twa­rzy sku­pio­nych, ocza­ro­wa­nych, jak gdy­by wszy­scy ci lu­dzie, sie­dzą­cy w rów­nych rzę­dach na wą­skich ła­wach, by­li pod wpły­wem hip­no­zy je­go gło­su. A był on do­no­śny, brzmiał za­dzi­wia­ją­co dla je­go wła­snych uszu, był to je­dy­ny dźwięk sły­szal­ny na świe­cie, gdyż te okrut­nie wy­raź­ne py­ta­nia, któ­re wy­dzie­ra­ły je­go od­po­wie­dzi, zda­wa­ły się kształ­to­wać sa­me w bó­lu i roz­pa­czy we­wnątrz je­go pier­si i do­cho­dzi­ły do nie­go, bo­le­sne a mil­czą­ce, jak okrut­ne py­ta­nia wła­sne­go su­mie­nia. Tam, za tą sa­lą są­do­wą słoń­ce przy­pie­ka­ło, we­wnątrz wiał wiatr z wiel­kich wen­ty­la­to­rów wy­wo­łu­jąc dresz­cze, wstyd pa­lił, spoj­rze­nia tych utkwio­nych oczu by­ły jak ostrza szty­le­tów. Twarz pre­zy­du­ją­ce­go urzęd­ni­ka, gład­ko wy­go­lo­na i nie­wzru­szo­na, pa­trza­ła na Ji­ma, tru­pio bla­da, w oto­cze­niu dwu czer­wo­nych twa­rzy urzęd­ni­ków mor­skich. Przez sze­ro­kie okno umiesz­czo­ne pod su­fi­tem spły­wa­ło świa­tło na gło­wy i ra­mio­na tych trzech lu­dzi, któ­rzy od­ci­na­li się wy­raź­nie w pół­świe­tle wiel­kiej sa­li są­do­wej, gdzie au­dy­to­rium zda­wa­ło się być zło­żo­ne z ru­cho­mych cie­ni. Do­ma­ga­li się fak­tów. Fak­tów! Do­ma­ga­li się od nie­go fak­tów, jak gdy­by te fak­ty mo­gły wszyst­ko wy­tłu­ma­czyć!

– Gdy do­szedł pan do prze­ko­na­nia, że ze­tknę­li­ście się z czymś pły­wa­ją­cym, po­wiedz­my z ja­kąś reszt­ką roz­bi­te­go okrę­tu, ka­pi­tan ka­zał pa­nu pójść na przód pa­row­ca, by się prze­ko­nać, czy nie zo­stał uszko­dzo­ny. Czy są­dził pan, że si­ła zde­rze­nia mo­gła to zro­bić? – spy­tał urzęd­nik sie­dzą­cy na le­wo.

Miał cien­ką, w pod­ko­wę pod­cię­tą bro­dę, wy­sta­ją­ce ko­ści po­licz­ko­we, a oparł­szy oba łok­cie na sto­le, skła­dał i roz­kła­dał gru­be pal­ce, pa­trząc na Ji­ma ba­daw­czy­mi, nie­bie­ski­mi oczy­ma; dru­gi, cięż­ki, pe­łen po­gar­dy męż­czy­zna, roz­par­ty w krze­śle, wy­cią­gnął na ca­łą dłu­gość le­wą rę­kę i de­li­kat­nie bęb­nił pal­ca­mi po bi­bu­le le­żą­cej przed nim; po środ­ku nich sie­dział pro­sto w wy­so­kim fo­te­lu sę­dzia, gło­wę lek­ko po­chy­lił na ra­mię, rę­ce zło­żył na pier­siach; obok ka­ła­ma­rza sta­ły kwia­ty za­nu­rzo­ne w szklan­ce wo­dy.

– Nie – od­parł Jim. – Po­wie­dzia­no mi, by nie wo­łać ni­ko­go i nie ro­bić żad­ne­go ha­ła­su z oba­wy przed wy­wo­ła­niem pa­ni­ki. Uwa­ża­łem tę ostroż­ność za ko­niecz­ną. Wzią­łem jed­ną z lamp wi­szą­cych pod płót­nem i po­sze­dłem na przód pa­row­ca. Otwo­rzy­łem kla­pę i usły­sza­łem bul­go­ta­nie wo­dy. Spu­ści­łem lam­pę jak mo­głem naj­głę­biej i prze­ko­na­łem się, że otwór jest do po­ło­wy wy­peł­nio­ny wo­dą. Wie­dzia­łem już, że tam w do­le mu­si być wiel­ka dziu­ra.

Umilkł.

– Tak – rzekł gru­by urzęd­nik, uśmie­cha­jąc się do bi­bu­ły; je­go pal­ce nie­ustan­nie ska­ka­ły po pa­pie­rze nie wy­wo­łu­jąc stu­ku.

– Nie po­my­śla­łem jesz­cze o nie­bez­pie­czeń­stwie. Mo­głem być tro­chę oszo­ło­mio­ny; wszyst­ko to się sta­ło tak spo­koj­nie, tak na­gle. Wie­dzia­łem, że w pa­row­cu nie ma in­ne­go spo­je­nia, tyl­ko tam w dzio­bie, gdzie pu­sta prze­strzeń dzie­li dno od dol­ne­go po­kła­du. Wró­ci­łem do ka­pi­ta­na, by mu to po­wie­dzieć. Na­tkną­łem się na dru­gie­go ma­szy­ni­stę, któ­ry pod­no­sił się z zie­mi u stóp dra­bi­ny wio­dą­cej na po­most; zda­wał się oszo­ło­mio­ny i po­wie­dział mi, że praw­do­po­dob­nie ma zła­ma­ne le­we ra­mię; po­tknął się na jed­nym ze stop­ni, gdy ja by­łem na prze­dzie stat­ku. Krzyk­nął: „Bo­że mój! To zgni­łe, za­rdze­wia­łe że­la­stwo roz­pad­nie się za chwi­lę, a prze­klę­ty pa­ro­wiec pój­dzie na dno jak bry­ła oło­wiu!” Ode­pchnął mnie pra­wą rę­ką, wy­prze­dził i dra­piąc się po dra­bi­nie krzy­czał. Le­we ra­mię wi­sia­ło mu bez­wład­nie. Po­dą­ży­łem za nim i wi­dzia­łem, jak ka­pi­tan rzu­cił się na nie­go i po­wa­lił na ple­cy. Nie bił go wię­cej; po­chy­lił się tyl­ko nad nim mó­wiąc coś gniew­nie, lecz ci­cho. Zda­je mi się, że mó­wił mu, dla­cze­go, u dia­bła, nie za­trzy­mał ma­szy­ny, za­miast wrzesz­czeć na po­kła­dzie. Sły­sza­łem, jak po­wie­dział: „Ru­szaj się! Leć, prę­dzej!” Prze­kli­nał wciąż. Ma­szy­ni­sta spu­ścił się po dra­bi­nie i po­le­ciał, ję­cząc przy tym bo­le­śnie…

Jim mó­wił po­wo­li; przy­po­mi­nał so­bie wszyst­kie szcze­gó­ły szyb­ko i z nad­zwy­czaj­ną do­kład­no­ścią; mógł­by jak echo po­wtó­rzyć ję­ki ma­szy­ni­sty dla lep­sze­go ob­ja­śnie­nia wszyst­kie­go tym lu­dziom do­ma­ga­ją­cym się fak­tów. Po pierw­szych chwi­lach bun­tu zro­zu­miał, że tyl­ko dro­bia­zgo­we świa­dec­two wy­do­bę­dzie na wierzch rze­czy­wi­stą okrop­ność ca­łej tej spra­wy. Fak­ty, któ­rych ci lu­dzie tak gwał­tow­nie się do­ma­ga­ją, by­ły wi­docz­ne, zro­zu­mia­łe dla zmy­słów, zaj­mo­wa­ły swo­je miej­sce w prze­strze­ni i cza­sie, wy­da­rzy­ły się na pa­row­cu wa­żą­cym ty­siąc czte­ry­sta ton w cią­gu dwu­dzie­stu sied­miu mi­nut pod­czas war­ty; two­rzy­ły ca­łość ma­ją­cą za­ry­sy, swój wy­raz, skom­pli­ko­wa­ny wy­gląd, któ­ry moż­na za­pa­mię­tać ocza­mi, a oprócz te­go by­ło coś nie­wi­dzial­ne­go, ja­kiś kie­row­ni­czy duch za­tra­ce­nia za­miesz­ki­wał tam jak zło­śli­wa du­sza we wstręt­nym cie­le. Ko­niecz­nie chciał to wy­ja­śnić. To nie by­ła zwy­kła spra­wa, wszyst­ko w niej mia­ło nie­zmier­ną do­nio­słość, ale na szczę­ście pa­mię­tał wszyst­ko do­sko­na­le. Chciał wy­po­wie­dzieć wszyst­ko ze wzglę­du na mi­łość praw­dy, a mo­że tak­że i dla wła­sne­go do­bra; i gdy mó­wił z roz­my­słem, umysł je­go krą­żył i krą­żył wo­ko­ło gru­py fak­tów, któ­re zbi­ły się, ogar­nia­jąc go ca­łe­go, aby go od­ciąć od resz­ty lu­dzi; był isto­tą jak­by uwię­zio­ną w ogro­dze­niu o wy­so­kich pa­lach, rzu­ca­ją­cą się to tu, to tam, szu­ka­ją­cą słab­sze­go miej­sca, ja­kiejś szcze­li­ny, otwo­ru, by móc się wy­śli­znąć i uciec. Ta nad­zwy­czaj­na czyn­ność umy­sło­wa spra­wia­ła, że chwi­la­mi wa­hał się w swych od­po­wie­dziach…

– Ka­pi­tan prze­bie­gał po­most nie­ustan­nie; wy­da­wał się dość spo­koj­ny, tyl­ko po­tknął się kil­ka­krot­nie; raz, chcąc mu coś po­wie­dzieć, sta­ną­łem na­prze­ciw nie­go, wpadł na mnie, jak gdy­by był zu­peł­nie śle­py. Nie dał mi żad­nej okre­ślo­nej od­po­wie­dzi na mo­je spra­woz­da­nie. Mru­czał do sie­bie; po­chwy­ci­łem pa­rę słów, brzmią­cych coś jak: „prze­klę­ta pa­ra”! „pie­kiel­na pa­ra”! My­śla­łem…

„To do rze­czy nie na­le­ży” – rzu­ce­nie te­go ostre­go zda­nia prze­rwa­ło je­go mo­wę jak­by bo­le­snym cio­sem i po­czuł się bar­dzo znie­chę­co­ny i zmę­czo­ny. Już, już do­cho­dził do te­go, a te­raz, bru­tal­nie zmu­szo­ny do za­milk­nię­cia, mu­si od­po­wia­dać tak lub nie. Od­po­wie­dział uczci­wie krót­kim: „Tak, zro­bi­łem to” i, pięk­ny na twa­rzy, po­tęż­nie zbu­do­wa­ny, z mło­do­ścią i bla­skiem w oczach, trzy­mał się pro­sto i pew­nie, gdy du­sza wi­ła się w nim. Mu­siał od­po­wie­dzieć jesz­cze na jed­no py­ta­nie, tak ni­by ści­słe, a tak bez­u­ży­tecz­ne – i znów cze­kał. W ustach miał ta­ką su­chość, jak gdy­by jadł pył, go­rycz i sło­ność, jak po wy­pi­ciu wo­dy mor­skiej. Otarł wil­got­ne czo­ło, prze­su­nął ję­zyk po spa­lo­nych war­gach, zim­ny dreszcz prze­szedł mu po ple­cach. Gru­by urzęd­nik spu­ścił po­wie­ki i bęb­nił bez ha­ła­su, obo­jęt­ny, po­nu­ry; oczy dru­gie­go, po­nad ogo­rza­ły­mi, zło­żo­ny­mi pal­ca­mi, zda­wa­ły się ja­śnieć do­bro­cią; sę­dzia po­chy­lił się na­przód; je­go bla­da twarz zna­la­zła się w po­bli­żu kwia­tów, po­tem po­chy­la­jąc się na ra­mię fo­te­la, wsparł gło­wę na dło­ni. Wiatr z wen­ty­la­to­rów mu­skał gło­wy, spa­dał na tu­ziem­ców o ciem­nych twa­rzach, na Eu­ro­pej­czy­ków, sie­dzą­cych w mun­du­rach tak ob­ci­słych, że zda­wa­ły się przy­le­gać jak skó­ra; służ­ba są­do­wa w opię­tych, dłu­gich, bia­łych sur­du­tach uwi­ja­ła się wzdłuż mu­rów, bie­ga­jąc na­gi­mi sto­pa­mi tak ci­cho, jak gdy­by nie by­li to lu­dzie, lecz cie­nie. Czer­wo­ne pa­sy i czer­wo­ne tur­ba­ny do­da­wa­ły im ma­low­ni­czo­ści.

Oczy Ji­ma, błą­ka­ją­ce się po sa­li w chwi­lach mil­cze­nia, spo­czę­ły na bia­łym czło­wie­ku sie­dzą­cym z da­la od in­nych, z twa­rzą chmur­ną, zmę­czo­ną, ale ocza­mi spo­koj­ny­mi, pa­trzą­cy­mi pro­sto, cie­ka­wie i ja­sno. Jim znów dał od­po­wiedź i miał ocho­tę krzyk­nąć: „Ale po cóż to? Po co?!…” Tu­pał z lek­ka no­gą, za­gryzł war­gi i spoj­rzał w dal. Spo­tkał się ze wzro­kiem bia­łe­go czło­wie­ka. Zwró­co­ne na nie­go spoj­rze­nie nie mia­ło te­go hip­no­tycz­ne­go wy­ra­zu, co in­ne. Był to akt in­te­li­gent­nej wo­li. Jim za­po­mniał się tak da­le­ce mię­dzy dwo­ma py­ta­nia­mi, iż zna­lazł czas na myśl. „Ten czło­wiek – my­ślał – pa­trzy na mnie, jak gdy­by wi­dział ko­goś czy coś za mo­imi ple­ca­mi”. Mu­siał te­go czło­wie­ka gdzieś wi­dzieć – mo­że na uli­cy. Pew­ny jest, że ni­g­dy z nim nie roz­ma­wiał. Od wie­lu, wie­lu dni nie roz­ma­wiał z ni­kim, mil­czał, pro­wa­dząc dłu­gie roz­mo­wy z so­bą sa­mym jak wię­zień za­mknię­ty w ce­li lub roz­bi­tek w pusz­czy. Te­raz od­po­wia­dał na py­ta­nia nie­ma­ją­ce żad­ne­go zna­cze­nia, cho­ciaż sta­wia­ne w pew­nym ce­lu, ale wąt­pił, czy kie­dy­kol­wiek bę­dzie znów roz­ma­wiać. Dźwięk je­go wła­snych ze­znań po­twier­dzał z gó­ry po­wzię­te mnie­ma­nie, że mo­wa już mu nie jest wię­cej po­trzeb­na. Ten czło­wiek tam zda­wał się ro­zu­mieć je­go bez­na­dziej­ne po­ło­że­nie. Jim spoj­rzał na nie­go, póź­niej od­wró­cił się ener­gicz­nie, jak gdy­by że­gnał się z nim osta­tecz­nie.

Póź­niej nie­raz, w roz­ma­itych stro­nach świa­ta bę­dąc, Mar­low chęt­nie wspo­mi­nał Ji­ma.

Mo­że to by­ło po obie­dzie, na we­ran­dzie udra­po­wa­nej nie­ru­cho­mą zie­lo­no­ścią, ozdo­bio­nej kwia­ta­mi, w głę­bo­kim zmro­ku upstrzo­nym błysz­czą­cy­mi koń­ca­mi cy­gar. Wy­dłu­żo­ne trzci­no­we fo­te­le by­ły wszyst­kie za­ję­te. Tu i ów­dzie bły­snę­ło na­gle czer­wo­ne świa­teł­ko, roz­ta­cza­jąc blask na pal­ce ocię­ża­łej rę­ki, na część spo­koj­nej twa­rzy lub za­pa­la­ło iskier­kę w my­ślą­cych oczach, ocie­nio­nych cząst­ką gład­kie­go czo­ła; z pierw­szym wy­po­wie­dzia­nym sło­wem cia­ło Mar­lo­wa wy­cią­gnę­ło się w fo­te­lu i po­zo­sta­ło zu­peł­nie nie­ru­cho­me, jak gdy­by duch je­go cof­nął się w cza­sy mi­nio­ne i prze­ma­wiał stam­tąd przez je­go usta.

Roz­dział V

– Ach, tak, by­łem obec­ny przy tym ba­da­niu – rzekł – i do tej po­ry nie prze­sta­łem się dzi­wić, po co tam po­sze­dłem. Skłon­ny je­stem wie­rzyć, że każ­dy z nas ma anio­ła stró­ża, je­że­li zgo­dzi­cie się z tym, że każ­dy z nas ma rów­nież swe­go złe­go du­cha. Chcę, by­ście to przy­zna­li, gdyż nie mam ocho­ty wy­róż­niać się od in­nych, a wiem, że go po­sia­dam – złe­go du­cha, chcę po­wie­dzieć. Nie wi­dzia­łem go, ro­zu­mie się, ale mam na to do­wo­dy. Sie­dział on so­bie we mnie, a bę­dąc zło­śli­wej na­tu­ry, pchnął mnie, bym wmie­szał się w te­go ro­dza­ju spra­wę. W ja­ką spra­wę? – py­ta­cie. – No, w to ba­da­nie, w to śledz­two, gdzie nie­spo­dzie­wa­nym, sza­tań­skim spo­so­bem spo­tka­łem lu­dzi naj­roz­ma­iciej ska­la­nych, któ­rzy na mój wi­dok roz­pu­ści­li swe ję­zy­ki, by mi czy­nić swe pie­kiel­ne zwie­rze­nia, jak gdy­bym nie mógł sam so­bie czy­nić zwie­rzeń, jak gdy­bym – na Bo­ga! – nie po­sia­dał dość wia­do­mo­ści o so­bie, drę­czą­cych du­szę mo­ją do koń­ca ży­cia. A chciał­bym wie­dzieć, co zro­bi­łem, by na ta­ką ła­skę za­słu­żyć. Oświad­czam, że mam ty­le sa­mo wła­snych spraw na gło­wie, co i każ­dy czło­wiek, a pa­mięć mam tak sa­mo do­brą, jak prze­cięt­ny piel­grzym na tym świe­cie; wi­dzi­cie więc, że nie je­stem wy­jąt­ko­wym na­czy­niem do zbie­ra­nia zwie­rzeń ludz­kich. Więc po cóż mam mó­wić? Chy­ba dla za­bi­cia cza­su po obie­dzie. Ka­ro­lu, ko­cha­ny chłop­cze, obiad twój był wy­jąt­ko­wo do­sko­na­ły i w re­zul­ta­cie ci oto lu­dzie uwa­ża­ją spo­koj­ne­go ro­bra7 za coś mę­czą­ce­go, wy­ma­ga­ją­ce­go wy­sił­ku. Po­grą­ży­li się w twych wy­god­nych fo­te­lach i my­ślą so­bie: „nie chce nam się ru­szać, niech Mar­low opo­wia­da.”

Opo­wia­dać! Niech i tak bę­dzie. Ła­two opo­wia­dać o pa­nu Ji­mie po do­brej uczcie, z pu­deł­kiem przy­zwo­itych cy­gar pod rę­ką, w chłod­ny, gwiaź­dzi­sty wie­czór, mo­gą­cy spra­wić, że naj­lep­szy z nas za­po­mni, że je­ste­śmy tu po to tyl­ko, by cier­pieć i drą­żyć swą dro­gę w wę­drów­ce po­przez świa­tła, li­cząc się z każ­dą mi­nu­tą i kro­kiem, wie­rząc, że u kre­su wy­do­bę­dzie­my się z te­go ja­koś przy­zwo­icie. I nie­wie­le po­mo­cy mo­że­my ocze­ki­wać od tych, o któ­rych ocie­ra­my się łok­cia­mi. Ro­zu­mie się, że tu i ów­dzie są lu­dzie, dla któ­rych ca­łe ży­cie jest jak­by jed­ną po­obied­nią go­dzi­ną, spę­dzo­ną z cy­ga­rem w ustach: ła­twe, przy­jem­ne, pu­ste, mo­że oży­wio­ne ja­kąś baj­ką o wal­ce, baj­ką, o któ­rej się za­po­mi­na, za­nim się usły­sza­ło jej ko­niec, je­że­li w ogó­le ma ja­kiś ko­niec.

Na­sze oczy spo­tka­ły się po raz pierw­szy w cza­sie te­go prze­słu­cha­nia. Trze­ba wam wie­dzieć, że znaj­do­wa­li się tam wszy­scy ja­kim­kol­wiek spo­so­bem zwią­za­ni z mo­rzem, dla­te­go że spra­wa ta by­ła po­wszech­nie zna­na od chwi­li, gdy do­szedł nas ten ta­jem­ni­czy te­le­gram z Ade­nu. Mó­wię ta­jem­ni­czy, gdyż w pew­nym sen­sie ta­ki był, cho­ciaż za­wie­rał na­gi fakt, tak na­gi i szpet­ny, jak tyl­ko fakt być mo­że. Ca­ła ma­ry­nar­ka mó­wi­ła tyl­ko o nim. Te­go dnia z ra­na, gdym się ubie­rał, usły­sza­łem po­przez ścia­nę, jak mój Par­see Du­bash szwar­go­tał o Pat­nie z okrę­to­wym ste­war­dem ła­ska­wie ugosz­czo­nym her­ba­tą w spi­żar­ni. Gdy zna­la­złem się na wy­brze­żu, spo­tka­łem zna­jo­me­go, a pierw­sze je­go sło­wa by­ły: „czy sły­sza­łeś kie­dyś o czymś po­dob­nym?” Je­den, dru­gi, trze­ci po­wta­rzał to sa­mo, to uśmie­cha­jąc się cy­nicz­nie, to pa­trząc smut­nie, to klnąc, za­leż­nie od swe­go cha­rak­te­ru. Zu­peł­nie ob­cy lu­dzie po­ufa­le za­ga­dy­wa­li do sie­bie je­dy­nie w ce­lu ulże­nia swym prze­my­śle­niom na ten te­mat; każ­dy pra­cu­ją­cy w mie­ście za­cho­dził do knaj­py, by tam przy kie­lisz­ku po­mó­wić o tej spra­wie; sły­sza­ło się o tym w por­cie, w skle­pach, od agen­tów, od bia­łych lu­dzi, od tu­ziem­ców, me­ty­sów, od każ­de­go na wpół na­gie­go ry­ba­ka sie­dzą­ce­go na ka­mien­nych stop­niach. By­ło obu­rze­nie i żar­ty, a przede wszyst­kim nie­skoń­czo­ne dys­pu­ty o tym, co się też z ni­mi sta­ło. Tak rze­czy sta­ły przez pa­rę ty­go­dni czy dłu­żej, aż za­czę­ła prze­wa­żać opi­nia, że to, co by­ło ta­jem­ni­cze­go w tej spra­wie, oka­że się tra­gicz­ne, gdy pew­ne­go pięk­ne­go po­ran­ka, sto­jąc w cie­niu przy scho­dach por­to­we­go gma­chu, uj­rza­łem czte­rech lu­dzi, idą­cych ku mnie wy­brze­żem. Roz­my­śla­łem przez chwi­lę, skąd oni się tu na­gle zna­leź­li, gdy rap­tem, mo­gę po­wie­dzieć, krzyk­ną­łem do sie­bie: „Oto oni!”