Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Londyńscy prawnicy - Carole Mortimer

Gideon w zastępstwie brata przejmuje na miesiąc obowiązki prezesa rodzinnej firmy. I ma tylko jedną wątpliwość – czy da radę współpracować z Joey McKinley. Oboje są prawnikami, lecz mają inne temperamenty. Joey nie może znieść powściągliwości Gideona i wciąż go prowokuje. On nie wie, jak wytrzyma z tak irytującą kobietą. A jednak, gdy zaczyna im grozić niebezpieczeństwo, ich wzajemna niechęć szybko znika…

Opinie o ebooku Londyńscy prawnicy - Carole Mortimer

Fragment ebooka Londyńscy prawnicy - Carole Mortimer

Carole Mortimer

Londyńscy prawnicy

Tłumaczenie: Janusz

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Zamierzasz sterczeć tutaj cały ranek, zadzierając arystokratycznego nosa, czy pomożesz mi i zaniesiesz do windy jedno z tych pudeł?

Gideon przymknął powieki. Powoli policzył do dziesięciu. Wziął wdech, jeszcze wolniej wypuścił powietrze i otworzył oczy.

Ale Joey McKinley nie zniknęła. Stała nadal przy bagażniku swojego samochodu zaparkowanego dwa stanowiska obok wozu Gideona na prywatnym podziemnym parkingu i niecierpliwie stukała w betonową podłogę niebotycznie wysokim obcasem. Wiedział, że jeśli teraz nie zareaguje stanowczo, ona przez najbliższe cztery tygodnie zatruje mu życie.

Dwudziestoośmioletnia Joey McKinley, niska i szczupła, o rudych włosach, pociągłej twarzy, nieco piegowatym nosku, szmaragdowozielonych oczach i gładkiej kremowej cerze, ubrana w elegancki czarny żakiet i jedwabną zieloną bluzkę…

– To jak? – spytała wyzywająco jego prywatna Nemezis.

Pomyślał z irytacją o swoim starszym bracie Lucanie, który beztrosko zwalił mu na głowę tę kobietę. Lucan przed dwoma dniami się ożenił i na czas miesiąca miodowego przekazał mu obowiązki prezesa St Claire Corporation, natomiast na stanowisku radcy prawnego firmy zatrudnił tymczasowo Joey McKinley. Kompletnie przy tym zignorował wątpliwości Gideona, czy oboje potrafią ze sobą współpracować.

Gideon doceniał jej zdolności prawniczki, lecz wszystko inne go w niej drażniło – a zwłaszcza prowokujące zachowanie i wyzywające stroje. Nawet teraz, w urzędowym czarnym kostiumie, wyglądała demonstracyjnie kusząco. Rozpięte guziki pozwalały dostrzec zaokraglenia pełnych piersi w dekolcie bluzki, a obcisła kusa spódniczka odsłaniała długie zgrabne nogi.

– No, czego się tak ociągasz? – zawołała niecierpliwie. – Mógłbyś od czasu do czasu porzucić tę swoją wyniosłość i zniżyć się do nas, zwykłych śmiertelników!

Jej bezceremonialny sposób bycia i niewyparzony język irytowały Gideona, który zawsze starannie ważył słowa. Skrzywił się. Zetknął się z Joey McKinley zaledwie kilka razy – ostatnio na przyjęciu ślubnym Lucana i Lexie. Poznał ją dwa miesiące wcześniej w jej gabinecie w firmie adwokackiej Pickard, Pickard & Wright, kiedy poinformował Joey, że udało mu się wydobyć jej bliźniaczkę Stephanie z poważnych tarapatów prawnych. Trzy tygodnie później widział ją w kościele na ślubie Stephanie ze swoim bratem bliźniakiem Jordanem, któremu towarzyszył jako drużba.

Przypomniał sobie kompletne zaskoczenie, jakie wtedy przeżył. Napotkał drwiące spojrzenie Joey, gdy szła główną nawą za swoją pięknie wystrojoną siostrą. W tym nie było jednak niczego dziwnego, jako że oboje od pierwszego wejrzenia nabrali do siebie antypatii. Zdumiało go coś innego. Gdy wszyscy usiedli już w ławkach, a Jordan i Stephanie oraz ich świadkowie podpisywali akt ślubny, w kościele rozbrzmiał cudowny anielski śpiew. Kobiecy głos, słodki i dźwięczny, odtwarzał solo bez akompaniamentu majestatyczną melodię, która zdawała się wznosić ku niebiosom. Piękno tego śpiewu oszołomiło go i poruszyło do głębi. Rozejrzał się i skonstatował z osłupieniem, że owym śpiewającym „aniołem” jest nie kto inny jak Joey McKinley!

Joey nie miała pojęcia, dlaczego Gideon St Claire wyzwala w niej najgorsze instynkty – do tego stopnia, że sprawiało jej przyjemność rozmyślne drażnienie go i wytrącanie ze stanu, który uważała za aroganckie samozadowolenie. Może istotnie powodem były jego wyniosłość, chłodna rezerwa i emocjonalna powściągliwość. Wszystko w nim było wyważone, stonowane i akuratne – od krótko ostrzyżonych włosów i eleganckich czarnych garniturów, zawsze z białą koszulą i bezbłędnie dobranym krawatem w dyskretnym kolorze, po drogi, lecz nierzucający się w oczy metalicznie szary seryjny samochód. Gdyby Joey miała majątek rodziny St Claire, jeździłaby co najmniej czerwonym sportowym ferrari!

A może jej niechęć wynikała z faktu, że dwa miesiące temu Gideon St Claire rozwiązał delikatny osobisty problem prawny jej siostry, czego wcześniej Joey nie udało się osiągnąć mimo wielotygodniowych usiłowań.

W każdym razie z pewnością nie mogło chodzić o to, że ten niezwykle przystojny mężczyzna zdawał się w ogóle nie dostrzegać w niej kobiety, a już na pewno nie uważał jej za atrakcyjną!

Tak, był przystojny… Miał złociste włosy – choć zbyt krótkie jak na jej gust – ciemnobrązowe oczy spoglądające przenikliwie, wydatne kości policzkowe, zmysłowe usta i mocno zarysowaną szczękę. Sprężysta swoboda, z jaką się poruszał, świadczyła, że jego ciało pod nienagannie skrojonym garniturem jest zapewne szczupłe i muskularne.

Wydawał jej się nadzwyczaj seksowny, choć niewątpliwie gdyby to usłyszał, poczułby się do głębi urażony w swym zdystansowanym chłodzie.

Zważywszy jego uderzającą męską urodę, intrygowało ją, dlaczego na ślubach braci nie pojawił się z żadną partnerką. To w połączeniu z faktem, że ją ignorował, kazało jej zapytać siostrę, czy może Gideon woli facetów. Stephanie zaprzeczyła stanowczo i śmiała się niepohamowanie chyba z pięć minut.

A zatem ten arogancki, powściągliwy i zniewalająco przystojny mężczyzna najwyraźniej lubi kobiety – tylko nie ją!

Być może mogłaby się z tym pogodzić, lecz ten ostentacyjny brak zainteresowania wprawiał ją w zakłopotanie, toteż w odruchu obronnym często starała się świadomie go szokować.

– Dlaczego nic nie mówisz? – spytała teraz. – Zatkało cię czy może jeszcze się na dobre nie obudziłeś?

– Nie daje mi pani dojść do słowa – powiedział. Nawet ten niski, poważny głos jest niesamowicie seksowny, westchnęła w duchu. – Panno McKinley…

– Joey.

Skrzywił się z wyraźnym niesmakiem.

– Nie masz nic przeciwko temu, że będę się do ciebie zwracał Josephine?

– Absolutnie nic, o ile nie przeszkodzi ci moja reakcja – odparła beztrosko. – Gdy ostatnio ktoś mnie tak nazwał, skończył z podbitym okiem – wyjaśniła pogodnie.

– Nie lubisz imienia Josephine? – spytał zdziwiony.

– Zdecydowanie nie.

Pomyślał z przygnębieniem, że sprawy zmierzają w złym kierunku. Kiedy przed dwoma dniami Lucan zakomunikował mu swoją decyzję, Gideon doszedł do wniosku, że uda mu się rozwiązać ten problem poprzez rozmowę z Joey. Zamierzał spokojnie i logicznie wyjaśnić jej, dlaczego, jego zdaniem, nie mogą razem pracować, a potem pożegnać się i zająć obowiązkami tymczasowego prezesa St Claire Corporation. Do licha, czy ona nie widzi równie jasno jak on, że różnią się niemal pod każdym względem?!

Uważał ten plan za przemyślany i rozsądny, dopóki nie stanął twarzą w twarz z tą uszczypliwą, bezceremonialną kobietą. Już krótka rozmowa z Joey McKinley dowiodła, że się co do niej nie mylił. Zarazem jednak uświadomiła mu, że jakakolwiek próba przekonania jej, by zrezygnowała z miesięcznej współpracy z nim, odniesie wręcz przeciwny skutek.

Po raz pierwszy w swoim doskonale uporządkowanym życiu nie wiedział, jak ma postąpić. Pojmował jedynie, że czterotygodniowy kontakt z tą impulsywną młodą kobietą wpędzi go w obłęd!

Nawet jeśli ona ma anielski głos…

Niepokoiła go również zmiana, jaka zaszła ostatnio w zachowaniu jego braci. Nie miał nic przeciwko Stephanie i Lexie, ale odkąd je poznali, zaczęli postępować całkowicie nieprzewidywalnie. Obaj z miejsca się zadurzyli i niemal natychmiast poślubili swe wybranki.

Jordan, gwiazdor filmowy, który w ciągu minionej dekady miewał liczne romanse z pięknymi aktorkami i modelkami, dwa miesiące temu nieoczekiwanie zakochał się w swojej fizjoterapeutce Stephanie, a po ślubie wciąż wydawał się nią totalnie zauroczony. Do tego stopnia, że dostosował harmonogram zdjęć na planie swego najnowszego filmu do godzin jej pracy w klinice, którą otworzyła po przeprowadzce do Los Angeles.

Lucana zaś całkowicie pochłaniało kierowanie korporacją St Claire, z której uczynił jedną z największych i najlepiej prosperujących firm na świecie -aż do chwili, gdy przed kilkoma tygodniami poznał Lexie i kompletnie stracił dla niej głowę.

W istocie do niedawna wszyscy trzej bracia St Claire słynęli z profesjonalizmu i zaangażowania w pracę – Jordan w aktorstwo, Lucan w biznes, a Gideon w prawo. W ciągu minionych paru miesięcy dwaj pierwsi całkowicie zmienili nastawienie, toteż ceniący ciągłość i porządek Gideon nadal nie potrafił się z tym pogodzić. Tym większy niepokój budziła w nim perspektywa pracy z irytującą i nieprzewidywalną panną McKinley.

– Dobrze więc, niech będzie Joey – przystał z ledwie dostrzegalnym westchnieniem. – Zapewne Pickard, Pickard & Wright, a zwłaszcza Jason Pickard, z żalem przyjęli twoje odejście z kancelarii?

Wydawała się zaskoczona.

– Jak to odejście? – spytała. – I co miałeś na myśli, mówiąc: „Zwłaszcza Jason Pickard”? – dorzuciła chłodno.

Gideona krępowała ta rozmowa na parkingu firmy. Nie chciał, by którykolwiek z pracowników przyłapał go na sprzeczce z nieznajomą kobietą. Szybko podszedł do Joey. Owionął go lekki, lecz upajający zapach jej perfum – wcale nie tak wyzywających, jak by się spodziewał. Były delikatne i subtelnie zmysłowe.

Zacisnął usta.

– Chciałem po prostu wyrazić ci współczucie z powodu tego, że na pochopną prośbę Lucana musiałaś porzucić posadę w kancelarii adwokackiej, by podjąć pracę u nas na zaledwie cztery tygodnie.

Joey oszołomiła jego bliskość. Znów pożałowała, że ten przystojny mężczyzna jest taki chłodny i zamknięty w sobie. Gdyby trochę zmienił wizerunek, podbiłby w mgnieniu oka każdą kobietę.

Wystarczyłoby nieco zapuścić włosy – co uczyniłoby go młodszym i zniewalająco seksownym – i zamienić ten tradycyjnie skrojony garnitur na sprane dżinsy i obcisły czarny podkoszulek uwydatniający muskulaturę, a każda prawdziwa kobieta dostałaby orgazmu na sam jego widok!

Uśmiechnęła się szelmowsko, wyobraziwszy sobie jego pełną zgrozy minę, gdyby mógł odgadnąć, co o nim pomyślała.

– Co cię tak rozbawiło? – spytał.

Spoważniała, bo uświadomiła sobie, jak bardzo niebezpiecznie atrakcyjny stałby się, gdyby nabrał odrobiny luzu. Na szczęście nie był w jej typie. Preferowała mężczyzn śmiałych, energicznych i otwartych na nowe wyzwania. Gideon zaś sprawiał wrażenie człowieka, dla którego najśmielszą odmianą w życiu było zastąpienie szarych skarpetek czarnymi.

Wzięła głęboki wdech.

– Och, ależ ja wcale nie zrezygnowałam z pracy w kancelarii adwokackiej. Starsi wspólnicy chętnie udzielili mi miesięcznego urlopu, żebym mogła pomóc Lucanowi. Załatwił to z nimi już trzy tygodnie temu. A kiedy tobie przekazał tę złą wiadomość?

Gideon zesztywniał.

– Nie przypominam sobie, abym nazwał to złą wiadomością.

– Ale tak sugerowałeś. No to kiedy? Dopiero dwa dni temu w sobotę na ślubie, tak? Zapewne kompletnie zepsuł ci tym resztę weekendu! – dorzuciła z kpiącym śmiechem.

Gideon nie miał pojęcia, dlaczego przy tej kobiecie czuje się tak niepewnie. Podczas lat pracy w sądzie, a potem jako radca prawny w wielkiej firmie Lucana, zyskał reputację nie mniej twardego i nieugiętego niż jego starsi bracia. A jednak nawet krótka wymiana zdań z Joey McKinley kompletnie wytrąciła go z równowagi.

Mocno zacisnął dłoń na rączce czarnej aktówki.

– Spędziłem miły weekend – skłamał.

– Gdyby ta wiadomość istotnie cię nie zirytowała, poprosiłbyś Stephanie o mój telefon, aby już wcześniej ze mną porozmawiać. Lecz tego nie zrobiłeś. A może obawiałeś się, że wysnułaby fałszywe wnioski?

– Słucham?

– Mogłaby odnieść wrażenie, że jesteś mną prywatnie zainteresowany – wyjaśniła kpiąco.

Wziął kolejny głęboki wdech w daremnej próbie opanowania się. Od dawna nie czuł się tak rozdrażniony.

– Uważam to za całkowicie nieprawdopodobne – odparł chłodno.

– Czyżby?

Czy mu się wydawało, czy Joey rzeczywiście stała teraz bliżej niż jeszcze przed chwilą? Tak blisko, że widział jej piersi w koronkowym biustonoszu.

Dobry Boże…

Zmierzył ją lodowatym wzrokiem.

– Z pewnością ta rozmowa uświadomiła ci, że nasza współpraca jest niemożliwa.

Joey wyprostowała się i odrzekła rzeczowo:

– Zawarłam umowę z Lucanem, nie z tobą. I zawsze dotrzymuję podjętych zobowiązań.

– Jestem pewien, że kancelaria Pickard, Pickard & Wright bardziej potrzebuje twoich profesjonalnych usług niż ja – zauważył.

– Przeciwnie, z radością spełnią prośbę Lucana.

Oczywiście, pomyślał drwiąco. Wyświadczenie przysługi St Claire Corporation zwiększy ich prestiż, a nie zaszkodzi też karierze Joey.

– A zatem – ciągnęła, patrząc mu w oczy z jawnym wyzwaniem – wszyscy są zadowoleni z tego układu. Oprócz ciebie.

Chłodno odwzajemnił jej spojrzenie.

– Nie powiedziałem, że nie jestem zadowolony – odparł, chociaż w rzeczywistości perspektywa czterech tygodni pracy z Joey budziła w nim zdecydowaną niechęć.

– Skoro tak, może zechciałbyś mi wyjaśnić, co miała znaczyć twoja uwaga, że „zwłaszcza Jason Pickard” żałuje mojego odejścia z kancelarii?

Gideon wyczuł, że to jej pytanie nie jest już celowo prowokacyjne. Pod maską opanowania była naprawdę rozgniewana, choć nie miał pojęcia, dlaczego. Wszyscy w światku prawniczym wiedzieli, że od pół roku jest związana z młodym Pickardem.

Wzruszył szerokimi ramionami.

– Wiadomo powszechnie, że jesteście przyjaciółmi.

– Właśnie, przyjaciółmi – podkreśliła z naciskiem opanowanym tonem. – Niczym mniej ani więcej.

– Wybacz, jeśli wkroczyłem w twoje prywatne sprawy.

– Powiedziałam ci przecież, że nie.

Potrząsnął głową.

– Naprawdę nie mam czasu na tę kłótnię z powodu niewinnej uwagi, za którą już zresztą przeprosiłem. A teraz, jeżeli nie masz nic przeciwko temu…

– Ale właśnie mam coś przeciwko temu – przerwała mu.

Stała tak blisko, że czuł jej ciepły oddech. Szczerze żałował, że w ogóle rozpoczął tę rozmowę. Powinien był zanieść do windy jedno z tych pudeł z bagażnika jej czerwonego coopera mini, a potem zamknąć się na resztę dnia w gabinecie Lucana.

Miał trzydzieści cztery lata i był w pełni usatysfakcjonowany swoją zawodową karierą oraz przelotnymi płytkimi romansami, które nie angażowały uczuć. Z wyjątkiem tych, jakimi darzył braci i matkę, wobec reszty rodzaju ludzkiego zachowywał fizyczny i emocjonalny dystans.

Jednakże trudno przychodziło mu utrzymać tę rezerwę w obecności energicznej Joey McKinley. Zwłaszcza kiedy stała tak blisko, że czuł zapach jej cytrynowego szamponu i widział kasztanowy i złocisty połysk rudych włosów. Wiedział, że ten niezwykły kolor jest naturalny, bo podobny mają włosy jej bliźniaczki.

Zastanawiał się mimo woli, jakie te włosy okazałyby się w dotyku. Tak miękkie i jedwabiste, na jakie wyglądają, czy kłujące i twarde, jak ich właścicielka?

Odepchnął od siebie te myśli i cofnął się szybko.

– Joey, małżeństwo twojej siostry z moim bratem uczyniło nas niemal krewnymi, ale wiedz, że nic mnie nie obchodzi twoje życie erotyczne.

Zaskoczyła ją gwałtowność tej deklaracji. Nie pojmowała, dlaczego już od ich pierwszego spotkania zachowywał się wobec niej wrogo. Przemknęło jej przez myśl, że być może uprzedził się do niej, jeszcze zanim ją poznał, z powodu krążących plotek o jej rzekomym romansie z młodym Pickardem. Plotek, tak się składa, całkowicie nieprawdziwych.

Owszem, Jason jest nadzwyczaj przystojny i co najmniej raz w tygodniu jadali razem kolację na mieście. Lubiła jego towarzystwo, lecz nie miało to nic wspólnego z miłością ani z seksualnym pociągiem.

Ich relacja stanowiła właściwie rodzaj przykrywki, gdyż Jason w rzeczywistości kochał mężczyznę, którego poznał podczas studiów uniwersyteckich i z którym mieszkał od dziesięciu lat. Niestety, musiał ukrywać to przed rodzicami. Pickard senior i Gloria byliby wstrząśnięci i oburzeni, gdyby się dowiedzieli, że obydwu mężczyzn łączy coś więcej niż przyjaźń.

Joey była podekscytowana, gdy Jason Pickard, młodszy wspólnik w renomowanej firmie adwokackiej, pierwszy raz zaprosił ją na kolację. Szybko się jednak zorientowała, że nie jest nią w najmniejszym stopniu zainteresowany erotycznie. Ze swą zwykłą otwartością zadała mu parę bezpośrednich pytań i otrzymała równie bezpośrednie, szczere odpowiedzi. Poznanie preferencji seksualnych Jasona w niczym nie zmieniło jej stosunku do niego. Joey lubiła go i spotykanie się z nim sprawiało jej przyjemność. Nie miała nic przeciwko wspólnym kolacjom, zwłaszcza że w jej życiu uczuciowym niewiele się działo. I tak zrodziła się plotka o ich związku, która dotarła nawet do zimnego i zdystansowanego Gideona St Claire’a.

Posłała mu chłodny uśmiech.

– Skoro moje życie erotyczne cię nie obchodzi, to dlaczego wciąż o nim rozmawiamy?

Gideon opanował się z wysiłkiem.

– Może zanieśmy twoje rzeczy na górę i zabierzmy się do pracy – zaproponował.

Wyjął z bagażnika jedno z pudeł i zaniósł do windy. Joey wzięła drugie, zamknęła bagażnik i z uśmiechem satysfakcji poszła za nim.

Najbliższe cztery tygodnie wytrącania Gideona St Claire’a z jego wyniosłego samozadowolenia zapowiadały mnóstwo dobrej zabawy. Jeśli nie dla niego, to przynajmniej dla niej…

ROZDZIAŁ DRUGI

– Dokąd to? – zapytał ostro Gideon, gdy się obejrzał i zobaczył, że Joey zamiast podążyć za nim korytarzem do jego biura, przystanęła przed gabinetem przeznaczonym dla asystentki Lucana. Aktualnie był nieużywany, ponieważ trzy tygodnie temu asystentką Lucana została Lexie, a obecnie oboje spędzali szczęśliwy miodowy miesiąc na prywatnej wyspie na Karaibach.

Zielone oczy Joey błysnęły.

– Lucan zaproponował mi taktownie, abym zajęła pusty gabinet Lexie, zamiast urzędować w twoim.

– A skąd wiedziałaś, że właśnie ten pokój należy do Lexie?

– Na przykład z tabliczki na drzwiach – odrzekła z rozbawieniem. – Poza tym przyszłam tu już w czwartek po południu i Lucan przedstawił mi zakres moich obowiązków.

– I na czym mają polegać? – zapytał Gideon, a w duchu dodał: „Oprócz bycia dla mnie przeklętym utrapieniem”.

Wzruszyła ramionami.

– Lucan uprzejmie nie chciał obarczyć mnie zbyt wieloma prawnymi sprawami, jednak chętnie je przejmę. Poza tym zostałeś bez sekretarki.

– Moja sekretarka…

– Jest obecnie moją sekretarką – przypomniała mu przekornie.

Do diabła, ta sytuacja wyglądała coraz gorzej! Podejrzewał, że Lucan i Lexie mają teraz niezły ubaw jego kosztem. Od czasu małżeństwa starszy brat nie tylko stał się nieprzewidywalny, lecz także nabrał spaczonego poczucia humoru!

– Jeśli wolisz, mogę korzystać z twojego gabinetu – powiedziała Joey, znów ze zniecierpliwieniem tupiąc obcasem. – Tylko decyduj się szybko. To pudło robi się coraz cięższe!

Z irytacją wydął wargi. Przywykł myśleć o swoim gabinecie jako o prywatnym azylu. Ściany wyłożone drewnianą boazerią i zastawione od podłogi do sufitu regałami pełnymi książek z zakresu angielskiego i zagranicznego prawa, ustawionych w porządku alfabetycznym. Mahoniowe biurko bez żadnych osobistych drobiazgów. Takimi właśnie zbędnymi rupieciami, wypełniającymi dwa pudła, Joey najwyraźniej zamierzała się otoczyć. Nie, wcale mu się to nie podobało. Jednakże, z drugiej strony…

– Za późno – oznajmiła stanowczo i łokciem nacisnęła klamkę gabinetu Lexie. Weszła do środka. – Bardzo ładny – mruknęła z aprobatą.

Gideon z ociąganiem wszedł za nią. Zobaczył znajome sosnowe biurko, kremowe ściany i złocistą wykładzinę pasującą do długich czarnych włosów Lexie. Mimo woli zauważył, że równie dobrze będzie harmonizowała z bujnymi kasztanowozłociścierudymi splotami Joey i jej szmaragdowozielonymi oczami.

– Co ty tu trzymasz, kamienie? – spytał poirytowany, stawiając pudło na blacie biurka.

On wcale nie jest takim łagodnym króliczkiem, pomyślała. Gdy zaczął krążyć z rozdrażnieniem po pokoju, przypominał raczej drapieżne zwierzę – i taki zdecydowanie bardziej jej się podobał.

– Niezupełnie – odpowiedziała, zdjęła pokrywę pudła i zaczęła je opróżniać.

Rupiecie, tak jak przypuszczał. Oprawiony dyplom ukończenia prawa, dwie fotografie w ramkach – jedna rodziców, a druga ślubna Stephanie i Jordana – szklany przycisk do papierów z piękną żółtą różą w środku, złoty smok…

– Chwileczkę: złoty smok?!

– Słucham? – spytała, trzymając go w ręku.

Dopiero wtedy uświadomił sobie, że wykrzyknął to na głos. Ale, do licha, smok? Pięknie wykuty ze złota, ze skrzydłami rozpostartymi do lotu i oczami z żółtych szafirów nie pasował do wyobrażenia, jakie Gideon wyrobił sobie o opryskliwej Joey.

Jest w niej coś jeszcze oprócz anielskiego głosu, pomyślał.

Popatrzyła na niego niepewnie. Miał taką minę, jakby wyjęła z pudła i zamierzała powiesić na ścianie karabin półautomatyczny!

– Stephanie poleciła go dla mnie wykonać, kiedy zrobiłam magisterium z prawa – wyjaśniła.