Wydawca: WAB Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 188 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Londyn. Przewodnik popkulturowy - Robert Ziębiński

Robert Ziębiński z dużą dozą autoironii przedstawia dziesięć opowieści ze swego „łażenia” po Londynie, tworząc z nich błyskotliwy przewodnik dla miłośników kina, rock'n'rolla i tych, którzy nie lubią chodzić utartymi szlakami.

Każde szanujące się miasto z długą historią ma swoje mroczne tajemnice i swojego ducha. Londyńskich tajemnic nikt nie ośmielił się liczyć, duchy i owszem. Robert Ziębiński, miłośnik Londynu, idąc szlakiem kultowych filmów, zespołów i książek wprowadza nas w barwne życie stolicy Wielkiej Brytanii. Potwory i duchy są bowiem takimi samymi mieszkańcami tego miasta, jak zwykli obywatele. Kto zresztą wie, do której z kategorii bliżej było Kubie Rozpruwaczowi czy braciom Kray?

Opinie o ebooku Londyn. Przewodnik popkulturowy - Robert Ziębiński

Fragment ebooka Londyn. Przewodnik popkulturowy - Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Londyn

Przewodnik popkulturowy

Copyright © by Robert Ziębiński, MMXV

Wydanie I 

Warszawa MMXV

Redakcja: Zofia Sawicka

Korekta: Ilona Turowska, Małgorzata Lach

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki: © alice-photo/shutterstock.com

Układ typograficzny, skład i łamanie: Magdalena Antoniuk

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-2366-6

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp, czyli jak przypadkowo zostałem turystą

Wszystko zaczęło się od przypadku. W maju 2007 roku zadzwoniła do mnie znajoma pracująca w UIP (duży dystrybutor filmowy) z propozycją: „Leć do Londynu, zrobisz wywiady z okazji premiery Shreka 3”. Nigdy wcześniej nie byłem na premierze hollywoodzkiego filmu. Nigdy też nie byłem w Londynie. Tak wyszło. Nie wiem, dlaczego ze wszystkich miast Europy akurat Londyn zawsze omijałem. Jakoś nigdy nie było mi po drodze. Aż do tamtej chwili.

Mój ówczesny szef klepnął delegację. Samolot wylatywał bodaj o siódmej rano. Trzy godziny później miałem wsiąść do pociągu ekspresowego na lotnisku Gatwick i dotrzeć do stacji Victoria w centrum Londynu. Stamtąd już tylko kilka kroków dzieli mnie od hotelu, w którym mają czekać na mnie Cameron Diaz i Antonio Banderas. Wywiady zaczynały się od czternastej, o siedemnastej miałem wrócić na Victorię i lecieć do domu. Prosty plan. Tyle że proste plany czasami lubią się komplikować.

Najpierw w stan ciężkiego szoku wprowadziła mnie podróż z lotniska do miasta. Zaledwie półgodzinny przejazd, a po pociągu chodzi pani, która sprzedaje piwo i wino? Ciekawostka. Potem trafiłem na Victorię i oniemiałem. Dosłownie odebrało mi mowę. Widziałem ten dworzec na filmach, pamiętałem opisy z książek, ale gdy w końcu trafiłem tam naprawdę, mój mózg nie nadążał z przetwarzaniem informacji. Uwiodło mnie to – jak się potem okaże – klasycznie angielskie połączenie tradycji ze współczesnością. Zapach starości przemieszany z zapachem wszystkich kaw, kanapek i kebabów tego świata. I ludzie. Istna rzeka ludzi, płynąca rwącym, nie do powstrzymania nurtem. A w środku tego nurtu ja – robaczek z dyktafonem i małą torbą podróżną. Czy byłem przestraszony? Pewnie. Ale i zafascynowany. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że postanowię pisać o moim (moim!) Londynie książkę, że będę jeździł tam regularnie przez pięć kolejnych lat, mieszkał w dziwnych hotelach, spał na podłogach w podłych czynszówkach i snuł się bez celu po dzielnicach, do których biali chłopcy nie powinni zachodzić po zmroku. Wtedy nie wiedziałem nic. Ale nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy wysiadłem na Victorii. Zupełnie jakby ktoś zdzielił mnie w łeb czymś ciężkim i jeszcze na dokładkę poprawił mocnym ciosem w splot słoneczny. Paraliż i bezdech. Ten stan trwa do dziś. Ilekroć wysiadam z samolotu na obojętnie którym londyńskim lotnisku. Ilekroć metro, pociąg czy autobus dowozi mnie do centrum. Zawsze czuję się tak samo. Beznadziejnie, bezgranicznie zakochany w mieście, które jest jedną z najbardziej enigmatycznych i nieoswajalnych kochanek na tym świecie.

Wracając do tematu – z Victorii wyszedłem wprost na przystanki autobusowe. Siadłem na ławce, zapaliłem papierosa i zacząłem dumać, co by tu zrobić z czasem, bo do wywiadów trochę mi go zostało. Nie znam miasta, a w dodatku muszę uważać, żeby się nie zgubić, bo wracam tego samego dnia. Uznałem, że dobrym pomysłem będzie spacer po pobliskich ulicach, ruszyłem więc przed siebie wzdłuż Victoria Street, mijając po drodze sklepy, ludzi, samochody. I nagle to wszystko przestało być istotne. Na horyzoncie zamigotał mi bowiem znak, który znałem z tysięcy filmów sensacyjnych, zdjęć w gazetach i programów telewizyjnych. NEW SCOTLAND YARD.

Jestem zatwardziałym fanem kryminałów. Zwłaszcza anglosaskich. Gdybym miał teraz wyliczyć, ile razy ten budynek przewijał się w powieściach czy filmach, ta lista zajęłaby całą objętość książki.

Serce bije mi jak szalone, wpadam w jakiś amok, niemal biegnę, aż w końcu dopadam tego ruchomego znaku. Jest. Dotykam słupka. Jest. Czuję go. To, co się potem wydarzyło, do dziś jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe i absurdalne, ale cóż – zdarza się. Zamiast iść dalej podziwiać Londyn, wciąż w transie ruszyłem w stronę automatycznych drzwi. Wlazłem na komisariat, a potem, zamiast podejść do oficera dyżurnego, ruszyłem przed siebie. Nic nie pamiętam, oprócz obłąkańczego bicia serca i potrzeby parcia naprzód. W końcu dwóch mundurowych zgarnęło mnie bodaj na drugim piętrze. Kim pan jest? Co pan tu robi? Tłumaczę, że dziennikarzem. Wyciągam, czy raczej próbuję wyciągnąć, legitymację, funkcjonariusz wykręca mi rękę. Nie ma w tym agresji. Czysty profesjonalizm. Dziś wiem, jak mogłem dla nich wyglądać: dziwny koleś z obłędem w oczach, który przeszedł przez bramki i dotarł do miejsca, w którym go nie powinno być. W dodatku ma przy sobie mały plecak i nie potrafi powiedzieć, co tam robi. Nie minęły wtedy przecież jeszcze dwa lata od słynnych zamachów w metrze i autobusach. Policja, wyczulona na dziwaków i osobliwe zachowania, potraktowała mnie jak należy, czyli jak podejrzanego.

Kiedy dotarło do mnie, gdzie jestem i co mi grozi, wpadłem w panikę. Za jakieś trzy godziny powinienem meldować się w hotelu na wywiad, a zapowiadało się na to, że spędzę w areszcie najbliższe dwie doby. Nie spędziłem. W końcu trafiłem na przyjaznego oficera, który mnie wysłuchał i kazał mi mocno walnąć się czymś w głowę. Jeśli chcę dowiedzieć się czegoś o funkcjonowaniu Metropolitan Police, mam zadzwonić, umówić się, zgłosić do ludzi odpowiedzialnych za kontakty z prasą, a nie pakować się bez upoważnień na teren biurowy. Trochę się ze mnie pośmiali, trochę pogrozili palcem, ale ostatecznie wypuścili. Obiecałem, że kiedyś wrócę, jednak zrobię to już tak jak należy. Nie wróciłem. I raczej się już na to nie zapowiada. W roku 2014 w związku z cięciami budżetowymi legendarna siedziba New Scotland Yard została sprzedana arabskiemu holdingowi, który zamieni ją w apartamentowiec. Dostęp zatem będzie już mniej skomplikowany (a w każdym razie na pewno będzie tam mniej ludzi z bronią). Ale magia zniknie.

Do dziś pielęgnuję to wspomnienie i sam się dziwię, że mi się upiekło. W zasadzie po wejściu tam bez przepustki powinienem zostać zatrzymany. Choćby ze względów bezpieczeństwa – mogłem być przecież groźnym terrorystą. Lecz tak się nie stało. Zdążyłem na wywiad z Diaz (nudna i napompowana botoksem) i Banderasem (dowcipny i inteligentny). Zdążyłem na samolot, choć po drodze wsiadłem w taksówkę, która wiozła mnie chyba pół godziny (spacer z hotelu na Victorię zajmował najwyżej dziesięć minut), a na lotnisku okazało się, że jak ostatni idiota bilet powrotny kupiłem nie do Warszawy, a do Krakowa.

To był mój pierwszy raz. Drugi nastąpił trzy miesiące później. Tym razem poleciałem na kilka dni. Zostałem zaproszony na premierę zremasterowanej wersji filmu Help Richarda Lestera i trafiłem na zamkniętą imprezę do siedziby BAFT-y. Piłem drinka, stojąc obok Thoma Yorke’a z Radiohead (nikt z nim nie chciał rozmawiać, bo – choć nie wygląda – podobno jest najbardziej nadętym bufonem w branży), siedziałem na krześle, na którym było napisane, że należy do Micka Jaggera, i poznałem idola z mojego dzieciństwa, czyli sir Richarda Lestera. Jeśli pierwsza wizyta sprawiła, że zakochałem się w Londynie, druga była niczym ślub. Zostaliśmy sobie przeznaczeni – na dobre i na złe.

Nie planowałem jeszcze wtedy pisać książki o moim ukochanym mieście. Ten pomysł zrodził się kilka lat później. Gdzieś w 2009 roku, gdy byłem już w Londynie w zasadzie rezydentem. Mieszkałem albo u znajomych na Hackney, albo w podłych hotelach na South Knightsbridge czy Bayswater. I snułem się. Bezustannie snułem się po ulicach. Pewnego razu (przeczytacie o tym w rozdziale drugim) jedna z brytyjskich instytucji w Warszawie zaprosiła mnie na wycieczkę śladami historii rock’n’rolla. Cztery dni chodzenia po londyńskich ulicach i poznawania opowieści o rocku. Raj na ziemi.

Aż do tamtej chwili wydawało mi się, że przez ostatnie dwa lata poznałem już Londyn na tyle dobrze, że mogę oprowadzać po nim znajomych. Jednak pod koniec rockowej wycieczki uświadomiłem sobie, że nie wiem o tym mieście nic. I wtedy, dokładnie wtedy, narodził się pomysł na książkę, którą właśnie czytacie.

Cztery dni spędzone na szukaniu śladów rock’n’rolla nie tylko uświadomiły mi, że nic nie wiem o Londynie, ale też dały mi do myślenia. Jak turysta zdobywa wiedzę o mieście? To proste – chodzi do muzeów, czyta przewodniki i zapisuje się na wycieczki. Wszyscy (no, prawie wszyscy) tak właśnie robimy. Kupujemy przewodnik, bilet do muzeum, a z urlopu wracamy z wiedzą, którą mogliśmy zdobyć, nie wychodząc z domu. Owszem, widzieliśmy kilka obrazów, byliśmy w Forbidden Planet i na koncercie. To, co zobaczyliśmy, jest nasze. Ale w żaden sposób nie przybliża nas do wiedzy o mieście. Bo prawdziwe życie miast, zwłaszcza tych turystycznych, toczy się z dala od muzeów, znanych sklepów i barów. Pamiętacie pierwszą scenę Ulic nędzy Martina Scorsese? Głos z offu mówi: „Odkupienia nie znajdziesz w kościele, ono jest na ulicach, a cała reszta jest gówno warta”1. Z miastem jest podobnie. Możesz chodzić do kościołów kultury, obcować z arcydziełami, ale prawda o mieście leży zupełnie gdzie indziej. Na ulicach.

Podczas swoich wcześniejszych spacerów po Londynie, nie mając o tym pojęcia, setki razy mijałem toaletę, przy której John Lennon robił sobie ostatnią w życiu rock’n’rollową sesję zdjęciową. Wsiadając do metra na King’s Cross, nie wiedziałem, że wciąż straszy tam duch dziewczyny, która zginęła w wielkim pożarze w 1987 roku. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, ilu polskich Żydów mogło wiedzieć, kim był Kuba Rozpruwacz, z tej prostej przyczyny, że zabijał dokładnie pod oknami ich mieszkań. Spacerując ulicami starych miast, ocieramy się o setki fascynujących historii, nie mając pojęcia, że wydarzenia rozgrywały się tuż obok, na wyciągnięcie ręki.

Od czasu wycieczki śladami rock’n’rolla zacząłem zwiedzać Londyn zupełnie inaczej. Bezmyślne łażenie przed siebie zastąpiłem rozważnym planowaniem. Przypominałem sobie filmy, które uwielbiam, płyty, książki, intrygujące postaci i myśląc o nich, zacząłem szukać ich śladów. Nie w muzeach, lecz na ulicach. Tak powstało dziesięć tekstów zawartych w tej książce. Tekstów, które wzięły się z miłości do popkultury i wielkiego miasta, na którego ulicach się rodziła.

Nie zabiorę was do muzeów, nie pokażę wam Londynu z książeczek w stylu Let’s travel… Pokażę wam za to mój Londyn. Miasto, w którym duchy przeszłości wciąż mają przemożny wpływ na przyszłość. Miasto, w którym na każdym kroku można spotkać legendy popkultury.

Żeby była jasność – nie porywam się na napisanie biografii Londynu. Jeśli takowej szukacie, polecam wam genialny Londyn Petera Ackroyda. Monumentalne dzieło o historii miasta, tak doskonałe, że po nim nie ma już co pisać książek historycznych o tej metropolii. To, na co się porwałem, to przewodnik, który dla własnej wygody nazywam przewodnikiem przypadkowego turysty. Takiego jegomościa, co to wpada na kilka dni do miasta i nie ma pojęcia, co w nim robić, ale jednego jest pewny – ma alergię na muzea i powszechnie dostępne atrakcje. A potem zauważa w sklepie okładkę Oasis (What’s the Story) Morning Glory? i myśli: czy przypadkiem ta okładka to nie zdjęcie ulicy w Londynie? Potem zaczyna się lawinowe zwiedzanie – choćby właśnie śladami okładek.

Każdy z rozdziałów pozwoli wam przespacerować się ulicami Londynu w poszukiwaniu śladów bohaterów z dawnych lat, postaci fikcyjnych i realnie istniejących, kultowych płyt i filmów. Poszukamy śladów działalności Kuby Rozpruwacza i poznamy duchy londyńskiego metra (wiecie, że aby trafić na każdą z nawiedzonych stacji, trzeba by jeździć metrem trzy dni bez przerwy?), zabiorę was do świata szpiegów i spróbujemy odkryć, gdzie pijał James Bond. Wyjedziemy także poza pierwszą, najbardziej ekskluzywną strefę Londynu i dowiemy się, co łączy kiboli z pociągami InterCity. No i poszukamy Micka Jaggera, który mimo statusu megagwiazdy, czasami schodzi na londyńskie ulice, by wmieszać się w tłum szaraków.

***

Poznaliście założenia. Poznaliście cele. W tym przewodniku znajdziecie tylko dziesięć tras z kluczem, ale w rzeczywistości jest ich nieskończenie wiele – granice wyznaczają wasza wyobraźnia i zainteresowania. Gwarantuję jedno – jeśli coś was ciekawi, podróż śladami tej fascynacji pokaże wam oblicze Londynu, o którym nikt inny wam nie opowie. Pamiętajcie jednak o zasadach. Brzmią one tak: „Podróżnik powinien zabierać z sobą tylko to, co niezbędne. Nadawanie nadbagażu jest kłopotliwe. (…) Wystarczy jeden garnitur, jeśli weźmiesz ze sobą odplamiacz. Garnitur powinien być koloru szarego. Na szarym nie widać plam, jest także stosowny w razie pogrzebu. Zawsze należy zabrać książkę, by uniknąć rozmów z obcymi. Gazetę przeczytasz szybko, poza tym przypomni ci, że jesteś z dala od domu. Ale nie bierz więcej niż jedną książkę. Nie przeceniaj ilości wolnego czasu, bo weźmiesz niepotrzebne rzeczy. W podróży, tak jak w życiu, im mniej się ma, tym lepiej. Najważniejsze, byś nie zabierał w podróż rzeczy wartościowych, których stratę bardzo byś przeżył”2. Ten monolog wygłaszał w filmie Przypadkowy turysta bohater grany przez Williama Hurta. Podczas zbierania materiałów do tej książki jego słowa bezustannie dźwięczały mi w głowie.

Tyle tytułem wstępu. Zacznijmy od miejsca, w którym londyńską przygodę rozpoczyna niemal każdy turysta. Od Piccadilly Circus.

Rozdział pierwszyPotwory na Piccadilly Circus

Pierwsze zdanie, jakie wypowiedział do mnie londyński przyjaciel, brzmiało:

– Widziałeś już Piccadilly Circus?

– Nie – odparłem zgodnie z prawdą.

– To chodź, pokażę ci, to najważniejsze miejsce w Londynie.

I pojechaliśmy. Na miejscu poczułem się trochę tak, jakby ktoś zabrał mnie na rynek w Krakowie. A więc to tyle – ot, turystyczna atrakcja, jakich wiele w każdym mieście. A potem zacząłem szukać. Bo przecież turystyczne atrakcje to coś, czego tygryski nie lubią najbardziej. I tak w końcu znalazłem własny klucz do Piccadilly.

I. O zbawiennym wpływie londyńskich korków na logiczne myślenie

Podstawowa wiedza, którą powinien błyskawicznie przyswoić każdy początkujący turysta w Londynie: po tym mieście nie należy poruszać się samochodem. A jeśli już musicie, róbcie to nocą lub w godzinach wczesnoporannych. W przeciwnym razie, zamiast zwiedzać miasto, postoicie w korkach. I jeszcze wydacie majątek na taksówki.

Pamiętam, że to był ciepły wrzesień, a ja, choć miasto zdążyłem już poznać doskonale – i znałem niepisaną zasadę, by nie przemieszczać się samochodem – zostałem zmuszony do jazdy po mieście wielkim furgonem. Co więcej, musiałem pokonać nim trasę z okolic Lambeth Bridge na Piccadilly Circus. Jeśli nigdy nie byliście w Londynie, uwierzcie na słowo, szybciej byłoby te kilka kilometrów przejść pieszo. Środek lokomocji został mi jednak narzucony odgórnie przez instytucję, która zaprosiła mnie wówczas do miasta. Mus to mus.

Mój przewodnik i zarazem kierowca odebrał mnie z hotelu i ruszyliśmy przed siebie. Po godzinie przesłuchaliśmy już w całości składankę będącą historią brytyjskiego rocka w pigułce. Kiedy człowiek tkwi tak długo w miejscu, uświadamia sobie, jakim cudem zespołowi The Small Faces udało się stworzyć tak leniwą atmosferę w piosence Lazy Sunday Afternoon. Piccadilly Circus wciąż niewyraźnie majaczyło w oddali, a my w radiu usłyszeliśmy Warrena Zevona udającego wilka.

Zmarły w 2003 roku Zevon w Stanach Zjednoczonych był uznawany za boga rocka, kogoś równego Bruce’owi Springsteenowi. U nas w Polsce wciąż pozostaje postacią nieznaną. W roku 1978, po wizycie w Londynie, Zevon skomponował jeden ze swoich największych przebojów – Werewolves of London. Świetną, ironiczną piosenkę o tym, że nieważne są wygląd i pozycja – bestia może kryć się w każdym. Angielskie lato powoli przechodziło w angielską jesień, a my, siedząc w samochodzie, słuchaliśmy, jak trzydzieści parę lat temu młody amerykański chłopak wyobrażał sobie wilcze zawodzenie. I wtedy do głowy przyszedł mi pewien pomysł.

Podsunął mi go mój przewodnik, który podłapał jakiś dziwny wilczy nastrój i gdy podjeżdżaliśmy – w końcu! – pod Piccadilly Circus, zaczął gestykulować i opowiadać o tym, że to tu nakręcono przecież Amerykańskiego wilkołaka w Londynie (zrealizowany w 1981 roku kultowy film Johna Landisa).

Gdy miałem może siedem lat, przez szparę w drzwiach potajemnie śledziłem akcję filmu oglądanego przez rodziców. Film traktował o mężczyźnie, który zamieniał się w dzikie zwierzę i pożerał ludzi w jakiejś metropolii. Niewiele z niego zapamiętałem, ale jedna scena utkwiła mi w pamięci na zawsze. Ogromny, futrzasty stwór rzucał się na fotele w sali kinowej, a potem wybiegł na ulicę i przebiegł pod świecącym neonem, powodując gigantyczny karambol. Dopiero po latach, jako już dużo starszy chłopak, uświadomiłem sobie, że bestią był wilkołak, miastem Londyn, a neon znajdował się dokładnie na Piccadilly Circus.

Korki na Piccadilly to nie wymysł współczesności, tyle że w latach czterdziestych ubiegłego wieku samochody miały więcej stylu i klasy

Te wspomnienia wróciły do mnie, gdy mój przewodnik, na przemian gadając i wyjąc, wjeżdżał na Piccadilly. Plac w samym sercu West Endu jest dziś – obok Big Bena, katedry Westminsterskiej i pałacu Buckingham – wizytówką turystyczną Londynu. Tyle że przecież w filmie Landisa wygląda zupełnie inaczej niż obecnie. Mieści się na nim kino erotyczne, szwenda się szemrane towarzystwo. Ćpuny, transwestyci, prostytutki. Dziś kina już, rzecz jasna, nie ma. Z kolei podejrzanych typów, cwaniaczków, co to ładnie pytają o godzinę, a potem stwierdzają, że przydałby się im zegarek – owszem, spotkać można. Często przy bliższym kontakcie okazuje się, że mówią po polsku (żeby nie było, że się czepiam, jest pośród nich także dużo Irlandczyków). Narkomanów, transwestytów i prostytutki dawno temu przegnano stąd na obrzeża pierwszej strefy. Przynajmniej oficjalnie.

Reklama Coca Coli to najstarsza reklama wyświetlana na telebimach przy Piccadilly. Na zdjęciu w wersji z XXI wieku

Tak czy siak – jeśli byliście w Londynie, Piccadilly Circus widzieliście nieraz, jeśli dopiero będziecie – zobaczycie na sto procent. Zobaczycie posąg Erosa, o którego przez lata toczyły się boje, bo przecież nie przystoi, żeby grecki bóg miłości (zamiast, dajmy na to, Anioła Chrześcijańskiej Dobroci) stał na środku głównego placu miasta i celował z łuku w Parlament. Zobaczycie słynne neony reklamowe – najstarszy, reklama Coca-Coli, wisi tam nieprzerwanie od 1954 roku. Zobaczycie teatr Criterion i jeszcze kilka innych punktów charakterystycznych. Jednej rzeczy jednak nie zobaczycie. Potworów. Dobrze się ukryły. Ale nie dajcie się zwieść! Metropolitan Police zadbała wprawdzie o to, by wizytówka miasta, pojawiająca się w niemal każdych wiadomościach, była czysta i schludna. Usunęli w cień niewygodne indywidua i zmniejszyli przestępczość. Lecz tych prawdziwych potworów, tych, które pojawiają się w naszych koszmarnych snach… tych nie pozbędą się nigdy. Tak, macie rację – trudno pozbyć się czegoś, co teoretycznie nie istnieje… Ale nie bądźmy tak drobiazgowi. Ja tam wierzę w potwory. Wierzę też, że one wciąż spacerują po Piccadilly Circus, zmierzając w sobie tylko wiadomych kierunkach. Są wśród nich pan Hyde, hrabia Drakula i nieszczęsny bohater filmu Amerykański wilkołak w Londynie. To był właśnie ów pomysł, który wpadł mi do głowy, gdy słuchałem wycia mojego kierowcy: opowiedzieć o miejscu, które zna każdy turysta, z innej, potwornej perspektywy.

II. Jak na Piccadilly Circus znalazły się potworne potwory

Wielka Brytania nie lubi potworów. To dość śmiała teza, ale twierdzę, że prawdziwa. Owszem, to Brytyjczycy wymyślili przygody hrabiego Drakuli, to oni dali popkulturze mrocznego pana Hyde’a i monstrum doktora Frankensteina. Bardzo szybko jednak swoje potwory oddali do dyspozycji reszcie świata, a sami zakochali się w opowieściach o upiornych domostwach i duchach. Jeśli zapragniecie zwiedzać Londyn śladem duchów i nawiedzonych miejsc, znajdziecie dziesiątki instytucji, które za cenę od dwudziestu funtów w górę oferują taką wycieczkę. Z potworami jest gorzej.

Owszem, w Zjednoczonym Królestwie powstały o nich setki filmów. Niektóre z nich, jak choćby produkcje ze studia Hammer, to dziś kanon światowego kina, o wiele większym szacunkiem cieszą się jednak poza granicami Wysp. Być może wynika to z brytyjskiej przekory. Otóż angielskie potwory bardzo szybko zostały zawłaszczone przez amerykańskie studia filmowe. Wyspiarze nie lubią, kiedy coś im się odbiera. Skoro Amerykanie zabrali sobie potwory, widocznie potwory nie były wiele warte. Tak to głównym źródłem brytyjskich strachów stały się wspomniane nawiedzone domostwa i wszelkiej maści duchy. Tych już Amerykanom nie udało się zawłaszczyć – być może dlatego, że filmy o duchach są mniej spektakularne od filmów o potworach, a w Hollywood liczy się rozmach.

Jest jeszcze jeden szczegół, który działa na niekorzyść brytyjskich potworów. Otóż ich twórcy – z wyjątkiem urodzonej w Londynie Mary Shelley, która akcję swojego Frankensteina – współczesnego Prometeusza umieściła daleko poza granicami Wielkiej Brytanii – nie byli Anglikami. Pana Hyde’a stworzył Szkot Robert Louis Stevenson, hrabiego Drakulę – Irlandczyk Bram Stoker. Obaj nie za dobrze znali topografię stolicy. O Londynie Stevensona złośliwi pisali, że jest Edynburgiem ze zmienionymi nazwami ulic, natomiast Londyn Stokera określano mianem „gazetowego”.

Oczywiście tego, jakie czynniki faktycznie spowodowały, że potwory cieszą się mniejszą popularnością w Wielkiej Brytanii, zapewne nigdy się nie dowiemy. Ale nie one są tu najważniejsze. Chcemy tylko dowiedzieć się, jak potwory wylądowały na Piccadilly Circus i czy da się spojrzeć na to miejsce z potwornej perspektywy.

Potwory są trochę jak współcześni celebryci. Pojawiają się tam, gdzie warto się pojawić. Kilka lat temu polskie gwiazdy przeprowadzały się do domów w Konstancinie, amerykańscy aktorzy zaludniali plaże Malibu, a brytyjscy celebryci kupowali apartamenty w Brighton. Z potworami jest tak samo. Piccadilly Circus to serce Londynu, więc musiały tam trafić, nawet jeśli tylko po drodze do innych miejsc. Pan Hyde jeszcze jako doktor Jekyll przechodził przez Piccadilly Circus, kierując się w stronę Soho, w XIX wieku będącego dzielnicą prostytutek i domów uciech. Tam, w wynajętej kawalerce, oddawał się niejasnym eksperymentom.

Jeśli staniecie na środku Piccadilly Circus zwróceni twarzą w stronę Shaftesbury Avenue, potem pójdziecie tą ulicą w górę, a następnie skręcicie w lewo w Dean Street – będziecie mogli pochwalić się znajomym, że przeszliście – mniej więcej – śladem Jekylla vel Hyde’a. Tyle że zamiast do dzielnicy uciech traficie do najprężniej rozwijającej się dzielnicy branży filmowej. Owszem, są jeszcze na Soho sex shopy i kręcą się czasami prostytutki (męskie), jednak dziś największą atrakcją tego miejsca są ukryte w nieoznakowanych kamienicach studia filmowe. To dlatego bardzo często można tam spotkać wiele gwiazd filmu. Zjawiają się tam nie w poszukiwaniu podniet, lecz najzwyczajniej w świecie z powodów zawodowych – kończą nagrywać postsynchrony albo śpieszą na kolaudację (tajne pokazy z producentami). Nuda, zero seksu i skandali.

Gdyby zależało wam na trasie doktora, polecam spacer w górę Regent Street aż do Cavendish Square (to na tyłach handlowej Oxford Street). W tamtym miejscu mieszkał jeden z przyjaciół Jekylla, a w XIX wieku była to jedna z najbardziej prestiżowych lokalizacji w Londynie. Dziś straciła odrobinę na atrakcyjności, niespełna pięćset metrów od Cavendish Square można bowiem znaleźć tanie pakistańskie hostele i dość szemrane towarzystwo.

Dla hrabiego Drakuli Piccadilly Circus było najbliższym sąsiedztwem – kupił od młodocianego Jonathana Harkera dom na Piccadilly, bo „to bijące serce najmodniejszej dzielnicy w Londynie”3. Wieńczący ulicę plac był miejscem jego spacerów. Jeśli chcecie poczuć na karku oddech Drakuli, stańcie tak, by teatr Criterion mieć po lewej stronie, i ruszcie przed siebie. Po krótkim spacerze dotrzecie do ulubionej „restauracji” hrabiego – obrzydliwie bogatej (także dziś) dzielnicy Mayfair.

Niestety, nawet gdybyście bardzo chcieli odbyć wycieczkę w poszukiwaniu miejsc – domów, hoteli, burdeli – które widzieliście w filmach o Drakuli czy o panu Hydzie, czeka was rozczarowanie. W zasadzie każdy z tych obrazów, począwszy od klasyki gatunku, czyli Drakuli Toda Browninga (1931), przez Doktora Jekylla i pana Hyde’a ze Spencerem Tracym (1941), aż po Drakulę Francisa Forda Coppoli (1992), został nakręcony w studiu. Kamera nawet na sekundę nie pojawiła się na ulicach Londynu. Zapewne to także w dużej mierze przyczynia się do mniejszej popularności potwornej turystyki. W końcu skoro nie ma gotowego materiału, czyli domów albo knajp, trzeba fantazjować i wymyślać anegdoty, co wiąże się z dużym wkładem własnym i przewodnikom masowych wycieczek nie zawsze się opłaca.