Wydawca: Ole Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Londyn nowych Ruskich. Od Berezowskiego do Deripaski ebook

Mark Hollingsworth, Stewart Lansley

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Londyn nowych Ruskich. Od Berezowskiego do Deripaski - Mark Hollingsworth, Stewart Lansley

Kulisy rosyjskiego eldorado. Jak się bawią Noworuscy…

Londyn od zawsze przyciągał krezusów, lecz nigdy wcześniej do miasta nie napłynęła taka rzesza superbogatych obcokrajowców, co u progu nowego tysiąclecia. Zaczątkiem masowego napływu rosyjskich oligarchów do Londynu była prywatyzacja rozległego, wartego fortunę rosyjskiego mienia państwowego. Dla rosyjskiego miliardera mieszkającego w Londynie dochód uzyskany w ojczyźnie był na Wyspach wolny od podatku! Sensacyjne historie z życia rosyjskich oligarchów w Londynie, wśród nich Borysa Berezowskiego właściciela ociekającej złotem londyńskiej twierdzy; Romana Abramowicza właściciela klubu piłkarskiego Chelsea, Michaiła Chodorkowskiego i najbogatszego z nich Olega Deripaski.

Opinie o ebooku Londyn nowych Ruskich. Od Berezowskiego do Deripaski - Mark Hollingsworth, Stewart Lansley

Fragment ebooka Londyn nowych Ruskich. Od Berezowskiego do Deripaski - Mark Hollingsworth, Stewart Lansley

Mark Hol­ling­sworth

Ste­wart Lan­sley

Lon­dyn no­wych Ru­skich

Od Be­re­zow­skie­go do De­ri­pa­ski

Tłuma­cze­nie: Ka­ta­rzy­na Iwańska, Aga­ta Trzcińska-Hil­de­brandt, Mar­ta Ko­mo­row­ska

Tytuł ory­gi­nału: Lon­don­grad

Au­to­rzy: Mark Hol­ling­sworth i Ste­wart Lan­sley

Opra­co­wa­nie wer­sji pol­skiej Qu­en­di Lan­gu­age Se­rvi­ces (www.qu­en­di.pl) w składzie:

Tłuma­cze­nie: Ka­ta­rzy­na Iwańska, Aga­ta Trzcińska-Hil­de­brandt, Mar­ta Ko­mo­row­ska

Re­dak­cja: Małgo­rza­ta Żebrow­ska-Pio­trak

Ko­rek­ta: Anna Ma­rec­ka

Skład: Wio­let­ta Ko­wal­ska/Vio­let De­sign

© Mark Hol­ling­sworth and Ste­wart Lan­sley, 2009

Pierw­sze wy­da­nie nakładem Har­per­Col­lins Pu­bli­shers Ltd.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., War­sza­wa 2014

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-280-1600-2

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Ane­ta Więckow­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Dla bo­ga­te­go człowie­ka nie ma żad­nych ba­rier

– ro­syj­skie po­wie­dze­nie

Po­dzięko­wa­nia

Au­to­rzy pragną po­dziękować dzie­siątkom lu­dzi, którzy udzie­li­li wy­wiadów w toku po­wsta­wa­nia ni­niej­szej książki. Niektórzy zro­bi­li to otwar­cie, inni – ze względu na kon­tro­wer­sje to­wa­rzyszące po­ja­wie­niu się ro­syj­skich su­per­bo­ga­czy w Lon­dy­nie – zgo­dzi­li się na współpracę wyłącznie pod wa­run­kiem za­cho­wa­nia ano­ni­mo­wości.

Mie­liśmy różnych in­for­ma­torów. Niektórzy z nich to zamożni Ro­sja­nie obec­nie miesz­kający w Lon­dy­nie, inni to goście z Mo­skwy. Wie­lu znało oso­biście grupkę biz­nes­menów, którzy wy­bi­li się do pierw­szej ligi świa­to­wych bo­ga­czy w efek­cie lu­kra­tyw­nej wy­prze­daży ro­syj­skie­go majątku państwo­we­go w la­tach 90. XX w. lub ściśle z nią współpra­co­wało.

Mie­liśmy szczęście, że mo­gliśmy czer­pać z pra­cy praw­ników, pra­cow­ników na­uko­wych, śled­czych wy­wia­du go­spo­dar­cze­go, ana­li­tyków ry­zy­ka po­li­tycz­ne­go oraz tych, którzy pomo­gli nowo wzbo­ga­co­nym Ro­sja­nom urządzić się w Lon­dy­nie, służąc im jako pry­wat­ni kon­sul­tan­ci do spraw bez­pie­czeństwa, agen­ci nie­ru­cho­mości, han­dla­rze dzieł sztu­ki, an­tyków i win lub do­staw­cy pry­wat­nych od­rzu­towców, jachtów i luk­su­so­wych aut.

Choć jest to pierw­sza tak ob­szer­na re­la­cja z życia nowo­bo­gac­kich Ro­sjan w Lon­dy­nie, opie­ra­my się na pra­cy dzien­ni­ka­rzy i au­torów, którzy wcześniej zaj­mo­wa­li się tą te­ma­tyką. Na szczególne po­dzięko­wa­nie zasługu­je Ke­ith Do­vkants z dzien­ni­ka „Lon­don Eve­ning Stan­dard”. Ko­rzy­sta­liśmy również z do­rob­ku An­drew Jac­ka, byłego ko­re­spon­den­ta ga­ze­ty „Fi­nan­cial Ti­mes” w Mo­skwie i au­tora książki In­si­de Pu­tin’s Rus­sia, Do­mi­ni­ca Mid­gleya i Chri­sa Hut­chin­sa, au­torów książki Abra­mo­vich: The Bil­lio­na­ire from No­whe­re, Mi­shy Glen­ny’ego, au­to­ra książki McMa­fia: Cri­me Wi­tho­ut Fron­tiers, Do­mi­ni­ca Ken­ne­dy’ego z „The Ti­mes”, Da­vi­da Lep­par­da z „Sun­day Ti­mes”, Ter­ry’ego Ma­ca­li­ste­ra z „The Gu­ar­dian”, Gle­na Owe­na z „Mail on Sun­day”, Tho­ma­sa Ca­ta­na, Ad­ria­na Gat­to­na oraz sce­na­rzyst­ki i po­wieścio­pi­sar­ki Jill Wic­ker­sham.

Na uzna­nie zasługują również re­dak­to­rzy „Lon­don Eve­ning Stan­dard” oraz była re­dak­tor­ka ma­ga­zy­nu Ve­ro­ni­ca Wa­dley za zro­zu­mie­nie zna­cze­nia oli­garchów i fe­no­me­nu No­wych Ru­skich. Słowa po­dzięko­wa­nia należą się także lon­dyńskie­mu klu­bo­wi Fron­tli­ne, który pro­pa­gu­je nie­za­leżne dzien­ni­kar­stwo na całym świe­cie i pro­mu­je pełniej­sze zro­zu­mie­nie wszyst­kie­go co ro­syj­skie.

Jeśli cho­dzi o na­szych współpra­cow­ników z USA, je­steśmy bar­dzo wdzięczni Wil­lo­wi Fer­rag­gia­ro z Wa­szyng­to­nu, DC, który prze­pro­wa­dził – jak za­wsze – zna­ko­mi­te wy­wia­dy z byłymi ame­ry­kański­mi dy­plo­ma­ta­mi i urzędni­ka­mi. Dzięku­je­my także za cen­ne spo­strzeżenia Ri­char­do­wi Be­ha­ro­wi, wie­lo­krot­nie na­gra­dza­ne­mu byłemu dzien­ni­ka­rzo­wi ma­ga­zy­nu „For­tu­ne”, An­drew Me­ie­ro­wi, daw­ne­mu ko­re­spon­den­to­wi ty­go­dni­ka „Time” w Ro­sji i au­to­ro­wi książki The Lost Spy: An Ame­ri­can in Sta­lin’s Se­cret Se­rvi­ce, oraz Glen­no­wi Simp­so­no­wi, byłemu dzien­ni­ka­rzo­wi śled­cze­mu „Wall Stre­et Jo­ur­nal”.

Nie­wie­lu mo­skiew­skich dzien­ni­ka­rzy jest tak do­brze po­in­for­mo­wa­nych jak Will Ste­wart. Je­steśmy również wiel­ce zo­bo­wiązani funk­cjo­na­riu­szom ro­syj­skiej pro­ku­ra­tu­ry ge­ne­ral­nej, jak również Vin­cen­to­wi Pe­tril­lo, bry­tyj­skie­mu biz­nes­me­no­wi, który wie więcej niż kto­kol­wiek inny na te­mat ro­syj­skie­go sek­to­ra wy­do­byw­cze­go.

Dzięku­je­my po­nad­to za fa­chową po­moc Ale­xo­wi Year­sley­owi, byłemu sze­fo­wi ds. pro­jektów spe­cjal­nych we wpływo­wej or­ga­ni­za­cji po­zarządo­wej Glo­bal Wit­ness, który dał nam dostęp do roz­ległej sie­ci swo­ich między­na­ro­do­wych kon­taktów, co pod wie­lo­ma względami wzbo­ga­ciło tę mi­niejszą książkę. Praw­do­po­dob­nie zna on wszyst­kich w tym mrocz­nym świat­ku. Ta książka nig­dy nie po­wstałaby również bez wkładu na­sze­go do­ku­men­ta­li­sty, Toma Mil­l­sa, który udo­wod­nił, że jest nie­stru­dzo­ny, za­rad­ny, skru­pu­lat­ny i zna­ko­mi­ty w tym, co robi. Wy­ko­nał kawał do­brej ro­bo­ty, ana­li­zując złożone in­for­ma­cje kor­po­ra­cyj­ne i do­cie­rając do trud­nych do wyśle­dze­nia źródeł.

Je­steśmy szczególnie zo­bo­wiązani M.A. Ni­cho­las za to, że po­dzie­liła się z nami swoją dogłębną wiedzą na te­mat Ro­sji zgro­ma­dzoną pod­czas licz­nych wi­zyt w tym kra­ju i wcześniej­szej pra­cy w cha­rak­te­rze dok­to­rant­ki w Har­ri­man In­sti­tu­te na Uni­wer­sy­te­cie Co­lom­bia w No­wym Jor­ku, jak również za jej wkład w ma­te­riał do książki, jej struk­turę oraz pro­jekt okładki. Chcie­li­byśmy także po­dziękować Lucy Cot­trell i Anne Ran­nie za ich po­moc­ne ko­men­ta­rze do pierw­szych wer­sji, a Ste­wart pra­gnie również po­dziękować swo­je­mu agen­to­wi li­te­rac­kie­mu, An­drew Low­nie­mu, za niesłabnące wspar­cie.

Na ko­niec pra­gnie­my złożyć wy­ra­zy uzna­nia Ri­char­do­wi Col­lin­so­wi za skru­pu­latną ko­rektę i ad­ju­stację ma­nu­skryp­tu, Ra­chel Ray­ner za skom­pi­lo­wa­nie zdjęć, a przede wszyst­kim Joh­no­wi El­liot­to­wi, na­sze­mu re­dak­to­ro­wi pro­wadzącemu z wy­daw­nic­twa Forth Es­ta­te, za in­te­li­gentną, dokładną i wni­kliwą re­dakcję oraz nie­zastąpio­ne rady.

mark hol­ling­sworth i ste­wart lan­sley

lon­dyn, li­piec 2009 r.

Roz­dział 1Człowiek, który wie­dział za dużo

„Za głęboko się wko­pałem. Nie je­stem pe­wien, czy zdołam się jesz­cze z tego wy­grze­bać”.

Ste­phen Cur­tis, sty­czeń 2004 r.

18.56, środa, 3 mar­ca 2004 r. No­wiu­sieńki biały sześcio­oso­bo­wy he­li­kop­ter Agu­sta A109E wart półtora mi­lio­na funtów ląduje pod za­chmu­rzo­nym nie­bem na he­li­por­cie Bat­ter­sea w południo­wo-za­chod­nim Lon­dy­nie. Na plat­for­mie cze­ka wyraźnie znie­cier­pli­wio­ny 45-let­ni bry­tyj­ski praw­nik Ste­phen Cur­tis, ści­skając w dłoniach dwa nie­za­re­je­stro­wa­ne te­le­fo­ny komórko­we. Jest wściekły. Trzy mi­nu­ty wcześniej za­dzwo­nił do Ni­ge­la Brow­na, dy­rek­to­ra zarządzającego ISC Glo­bal Ltd, fir­my za­pew­niającej mu ochronę, w spra­wie spor­nych fak­tur przesłanych ro­syj­skie­mu klien­to­wi. „Będą z tego pro­ble­my!”, krzyknął do słuchaw­ki, po czym zro­bił pauzę. „Słuchaj, muszę kończyć. He­li­kop­ter jest na miej­scu”.

Cur­tis wcho­dzi na pokład ma­szy­ny i wpa­so­wu­je swój potężny kor­pus w lewy tyl­ny fo­tel ka­bi­ny pasażer­skiej. Członek obsługi na­ziem­nej kładzie na prze­ciw­ległe sie­dze­nie trzy sztu­ki bagażu podręczne­go, po czym pi­lot otrzy­mu­je po­zwo­le­nie na start. O 18.59 śmigłowiec wzla­tu­je ku ciem­ne­mu lon­dyńskie­mu nie­bu. Jest zim­no i mgliście; na wy­so­kości 1158 m wiszą postrzępio­ne chmu­ry, ale wa­run­ki do lotu są znośne, a wi­docz­ność wy­no­si 7 km.

Praw­nik wyłącza oba apa­ra­ty i roz­sia­da się wy­god­nie w fo­te­lu. Po dniu nie­kończących się stre­sujących rozmów te­le­fo­nicz­nych pro­wa­dzo­nych z luk­su­so­we­go, war­te­go czte­ry mi­lio­ny funtów pen­tho­use’u w Wa­ter­si­de Po­int w po­bliżu Bat­ter­sea wprost nie może się do­cze­kać odprężającego wie­czo­ru w do­mo­wych pie­le­szach – ustron­nym XVIII-wiecz­nym Zam­ku Pen­n­sy­lva­nia na wy­spie Por­t­land u wy­brzeży Dor­set.

Gdy po nie­spełna go­dzin­nym lo­cie he­li­kop­ter do­cie­ra do por­tu lot­ni­cze­go Bo­ur­ne­mo­uth, pada słaby deszcz, a lądo­wi­sko jest skry­te w chmu­rach. Agu­sta otrzy­mu­je po­zwo­le­nie na lądo­wa­nie i za­czy­na obniżać lot, kie­rując się od stro­ny Sto­ney Cross na północ­ny-wschód, gdzie – mimo za­chmu­rze­nia – przez mrok wcze­sne­go wie­czo­ru wyraźnie prze­bi­jają się światła sa­mo­chodów pędzących drogą A27. Pi­lot, ka­pi­tan Max Rad­ford, doświad­czo­ny 34-let­ni miej­sco­wy, który re­gu­lar­nie transpor­tuje Cur­ti­sa do Lon­dy­nu i z po­wro­tem, wywołuje przez ra­dio wieżę kon­tro­li lotów z prośbą o po­zwo­le­nie na lądo­wa­nie na pa­sie 26. „Echo Ro­meo”, od­po­wia­da kon­tro­ler­ka ru­chu lot­ni­cze­go Kir­sty Hol­tan. „Czy masz kon­takt wzro­ko­wy z pa­sem?”, „Emm… nie. Tym ra­zem nie. Echo Ro­meo”.

Kon­tro­ler­ka może je­dy­nie ob­ser­wo­wać he­li­kop­ter na mo­ni­to­rze ra­da­ru. Za­nie­po­ko­jo­na zwiększa do mak­si­mum oświe­tle­nie pasa. Od­no­si to za­mie­rzo­ny sku­tek i ok. 1,5 km od lot­ni­ska pi­lot mel­du­je przez ra­dio: „Właśnie nawiązałem kon­takt wzro­ko­wy z pa­sem”. „Golf Echo Ro­meo. Czy po­trze­bu­jesz ra­da­ru?”, pyta Hol­tan. „Tak, tak”, od­po­wia­da Rad­ford przejętym głosem. Po­wta­rza to raz za ra­zem przy­najm­niej je­de­na­sto­krot­nie.

Na­gle śmigłowiec gwałtow­nie opa­da i od­bi­ja w lewo, po czym za­czy­na się ob­ra­cać w nie­kon­tro­lo­wa­ny sposób. W prze­ciągu kil­ku se­kund tra­ci po­nad 12 m. „Golf Echo Ro­meo. Czy wszyst­ko w porządku?”, pyta zde­ner­wo­wa­na Hol­tan. „Nie, nie”, od­po­wia­da Rad­ford.

Gdy znaj­dują się za­le­d­wie 1,5 km na wschód od krawędzi pasa 26, z ra­da­ru zni­ka od­czyt wy­so­kości. Przez następnych 56 se­kund pi­lot po­twier­dza, że ma moc, lecz za­raz po­tem roz­pacz­li­wym głosem mel­du­je: „Mamy pro­blem, mamy pro­blem”. O 19.41 ma­szy­na tra­ci moc, a Rad­ford krzy­czy do mi­kro­fo­nu: „Okej, muszę się wznieść, muszę się wznieść”.

Do uszu Rad­for­da do­cie­ra ni­ski dźwięk sy­re­ny in­for­mujący, że spadła prędkość ob­ro­to­wa główne­go śmigła. Nadal do­ci­ska pal­cem włącznik ra­dia, więc w wieży słychać, jak wal­czy, aby po­de­rwać spa­dającą ma­szynę, lecz całko­wi­cie tra­ci nad nią kon­trolę. „Nie! Nie!”, krzy­czy w pa­ni­ce. To jego ostat­nie słowa.

He­li­kop­ter spa­da bezwład­nie no­sem w dół. Po chwi­li ude­rza z dużą prędkością w zie­mię i eks­plo­du­je, wysyłając w po­wie­trze dzie­więcio­me­trową kulę ognia. Ma­szy­na to­nie w płomie­niach; jej szczątki są roz­rzu­co­ne w obrębie 400 m. „Usłyszałam głośny huk. Popędziłam do okna i zo­ba­czyłam gi­gan­tyczną kulę ognia”, wspo­mi­na Sa­rah Pri­ce, która miesz­ka na tra­sie prze­lo­tu ma­szyn ko­rzy­stających z lot­ni­ska. „Całe lot­ni­sko zda­wało się płonąć. To było prze­rażające”.

Na miej­sce zda­rze­nia przy­by­wa około 35 strażaków, lecz obaj mężczyźni znaj­dujący się na pokładzie śmigłowca – Ste­phen Cur­tis i Max Rad­ford – zginęli na miej­scu. Jesz­cze tej sa­mej nocy spa­lo­ne ciała zo­stają prze­wie­zio­ne do kost­ni­cy w Bo­scom­be w hrab­stwie Dor­set, gdzie następne­go dnia zo­staje prze­pro­wa­dzo­na sek­cja zwłok. Ciała są zwęglo­ne do tego stop­nia, że ich iden­ty­fi­ka­cja jest możliwa wyłącznie na pod­sta­wie próbek DNA po­bra­nych przez pod­pułkow­ni­ka Ma­id­men­ta i do­star­czo­nych do In­sty­tu­tu Me­dy­cy­ny Lot­ni­czej RAF w Hen­low w hrab­stwie Bed­ford­shi­re.

Wia­do­mość o tra­gicz­nej śmier­ci Cur­ti­sa nie tyl­ko wywołała szok u jego żony i córki, lecz wstrząsnęła również całym mrocz­nym świat­kiem ro­syj­skich oli­garchów, Krem­lem oraz grupą ban­kierów i księgo­wych pra­cujących w mętnym biz­ne­sie rajów po­dat­ko­wych, którzy re­gu­lar­nie prze­rzu­cają mi­lio­ny funtów, aby po­ukry­wać je na różnych kon­ty­nen­tach. To jed­nak nie wszyst­ko. Sy­re­ny alar­mo­we roz­brzmiały również w biu­rach bry­tyj­skich służb wy­wia­dow­czych i or­ganów ści­ga­nia. Ste­phen Cur­tis nie był bo­wiem zwy­czaj­nym praw­ni­kiem. Od lat 90. XX w. pełnił po­ta­jem­nie funkcję dys­po­nen­ta wie­lu ol­brzy­mich oso­bi­stych for­tun zbi­tych na kon­tro­wer­syj­nych pry­wa­ty­za­cjach gi­gan­tycz­nych ro­syj­skich przed­siębiorstw państwo­wych. Dwaj spośród jego klientów mi­liar­derów – Mi­chaił Cho­dor­kow­ski i Bo­rys Be­re­zow­ski – po­wie­rzy­li mu swo­je majątki, aby spra­wo­wał nad nimi pieczę i unie­możliwił do­tar­cie do nich ro­syj­skim władzom.

Ro­sja­nie lu­bi­li wy­bit­nie in­te­li­gent­ne­go, to­wa­rzy­skie­go Cur­ti­sa i mu ufa­li. Jako hoj­ny, lubiący wypić, lo­jal­ny, za­baw­ny i eks­tra­wa­ganc­ki człowiek błyska­wicz­nie od­na­lazł się w ich świe­cie. Po­tra­fił być jed­nak również nie­cier­pli­wy, bez­względny i bru­tal­ny, jeśli zaszła taka po­trze­ba: re­struk­tu­ry­zo­wał ich fir­my, prze­rzu­cał pie­niądze pomiędzy nie­zli­czo­ny­mi kon­ta­mi ban­ko­wy­mi w szem­ra­nych wy­spiar­skich ra­jach po­dat­ko­wych, zakładał fun­du­sze po­wier­ni­cze o za­gma­twa­nej struk­tu­rze i tak wszyst­ko aranżował, żeby ich ak­ty­wa for­mal­nie znaj­do­wały się w rękach nie­możli­wych do wyśle­dze­nia za­gra­nicz­nych pod­miotów. Gdy po­ja­wia­li się w Lon­dy­nie, znaj­do­wał dla nich nie­ru­cho­mości, przed­sta­wiał naj­bar­dziej wpływo­wym ban­kie­rom, za­ba­wiał do późna w nocy, re­ko­men­do­wał pry­wat­ne szkoły dla dzie­ci, a na­wet ra­dził, u którego kraw­ca z Sa­vi­le Row za­ma­wiać gar­ni­tu­ry.

Na początku 2004 r. Cur­tis już nie tyl­ko wdrażał swo­ich no­wych zamożnych ro­syj­skich klientów we wszel­kie aspek­ty bry­tyj­skie­go życia, lecz był także po­wier­ni­kiem wie­lu spośród ich licz­nych se­kretów. Tyl­ko on je­den był w sta­nie roz­szy­fro­wać zawiłą struk­turę własności ich ak­tywów – nie­ru­cho­mości, jachtów, dzieł sztu­ki, sa­mo­chodów, biżute­rii i pry­wat­nych od­rzu­towców, jak również kont ban­ko­wych, pa­kietów ak­cji, spółek i trustów. „Ste­phen wie­dział wszyst­ko, bo to on zor­ga­ni­zo­wał całą tę infrastruk­turę”, twier­dzi jego bli­ski przy­ja­ciel. Ukry­wał mi­liar­dy funtów w gma­twa­ni­nie nie­zli­czo­nych transak­cji fi­nan­so­wych, którą ro­syj­ski rząd usiłował później – w prze­ważającym stop­niu bez­sku­tecz­nie – roz­wikłać.

Gdy sie­dział w swo­im biu­rze w wąskim, czte­ro­piętro­wym bu­dyn­ku przy 94 Park Lane w dziel­ni­cy May­fa­ir, Cur­tis szyb­ko się zo­rien­to­wał, że pra­ca dla oli­garchów jest po­nad­to bar­dzo lu­kra­tyw­na. Jak na osobę wy­cho­waną w dość skrom­nych wa­run­kach, Cur­tis zbił na no­wych klien­tach z Ro­sji spo­ro pie­niędzy: wy­star­czająco dużo, żeby było go stać na własny he­li­kop­ter, pry­wat­ny sa­mo­lot, pen­tho­use w Lon­dy­nie oraz Za­mek Pen­n­sy­lva­nia. Prze­ka­zy­wał spo­re sumy na cele cha­ry­ta­tyw­ne, gościł przy­ja­ciół w swo­jej po­siadłości i fun­do­wał im dro­gie wa­ka­cje na Ka­ra­ibach. Ste­phen Cur­tis wie­dział jed­nak za dużo. Choć ko­chał flir­to­wać z ry­zy­kiem, a stres i eks­cy­ta­cja nie­odzow­nie to­wa­rzyszące współpra­cy z Ro­sja­na­mi ewi­dent­nie mu służyły, świa­do­mość własnej bez­bron­ności wpra­wiała go w co­raz większą ner­wo­wość. Oba­wiał się też o bez­pie­czeństwo ro­dzi­ny. W mo­men­cie śmier­ci był uwikłany w epic­kich roz­miarów walkę o władzę, jed­no z de­cy­dujących starć pomiędzy władza­mi państwo­wy­mi a biz­ne­sem w ba­ta­lii o świa­tową su­pre­mację – w wojnę pomiędzy naj­potężniej­szym człowie­kiem w Ro­sji Władi­mi­rem Pu­ti­nem a naj­bo­gat­szym ro­syj­skim biz­nes­me­nem Mi­chaiłem Cho­dor­kow­skim.

W paździer­ni­ku 2003 r., gdy Cur­tis pra­co­wał dla Cho­dor­kow­skie­go już od sześciu lat, mi­liar­der zo­stał aresz­to­wa­ny w środ­ko­wej Sy­be­rii pod groźbą użycia bro­ni. Za­rzu­ca­no mu uchy­la­nie się od po­datków na ma­sową skalę i oszu­stwo. Mie­siąc później praw­nik z May­fa­ir uwikłał się w kon­flikt jesz­cze bar­dziej: zo­stał mia­no­wa­ny pre­ze­sem ban­ku Me­na­tep z sie­dzibą na Gi­bral­ta­rze kon­tro­lującego Ju­kos – wart 15 mi­liardów do­larów kon­cern naf­to­wy Cho­dor­kow­skie­go. Ro­syj­skie ga­ze­ty na­gle zaczęły pisać o „ta­jem­ni­czym człowie­ku” na Gi­bral­ta­rze, który trzy­ma w garści dru­gie­go co do wiel­kości pro­du­cen­ta ropy w Ro­sji. Gra to­czyła się o mi­liardy funtów, na sza­li znaj­do­wało się po­li­tycz­ne być albo nie być Pu­ti­na, a Cur­tis miał ode­grać klu­czową rolę w krojącej się sądo­wej far­sie.

W mar­cu 2004 r., w miarę zbliżania się pro­ce­su Cho­dor­kow­skie­go, Cur­tis znaj­do­wał się pod co­raz większą presją. Ran­kiem następne­go dnia po jego śmier­ci, do której doszło 3 mar­ca, na prośbę ro­syj­skiej pro­ku­ra­tu­ry szwaj­car­ska po­li­cja prze­szu­kała biu­ra dwóch tam­tej­szych spółek mających powiąza­nia z Ju­ko­sem. Skon­fi­sko­wa­no do­ku­men­ty, przesłuchi­wa­no świadków w Ge­ne­wie, Zu­ry­chu i Fre­iber­gu; za­mrożono też szwaj­car­skie kon­ta ban­ko­we, na których znaj­do­wało się 5 mi­liardów do­larów.

Co więcej, za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni wcześniej Cur­tis podjął jesz­cze jedną brze­mienną w skut­ki, bar­dzo ry­zy­kowną de­cyzję: zgo­dził się po­ta­jem­nie współpra­co­wać z bry­tyjską po­licją. Jesz­cze do nie­daw­na działał za­ku­li­so­wo, stro­niąc od rozgłosu i za­cho­wując pełną dys­krecję, te­raz na­to­miast jako pre­zes wy­so­ce kon­tro­wer­syj­nej ro­syj­skiej spółki zna­lazł się w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia mediów. Jako człowiek z na­tu­ry wrażliwy i ner­wo­wy w no­wej roli czuł się co­raz bar­dziej odsłonięty. Oba­wiał się, że wcześniej czy później przed­sta­wi­cie­le ro­syj­skich władz za­pu­kają do jego drzwi i za­czną wy­py­ty­wać o jego udział w do­mnie­ma­nym ob­cho­dze­niu prze­pisów po­dat­ko­wych i wy­pom­po­wy­wa­niu gotówki z kra­ju.

Jak na­ka­zy­wało pra­wo, Cur­tis skru­pu­lat­nie zgłaszał wszel­kie „po­dej­rza­ne trans­ak­cje” i wszyst­ko, co mogło mieć bo­daj naj­mniej­szy związek z działalnością kry­mi­nalną, do Na­tio­nal Cri­mi­nal In­tel­li­gen­ce Se­rvi­ce (NCIS) w Sco­tland Yar­dzie – agen­cji, która prze­ciw­działa pra­niu brud­nych pie­niędzy i wal­czy z przestępczością zor­ga­ni­zo­waną. Na przykład w maju 2003 r. złożył ra­port w spra­wie po­ten­cjal­nie nie­le­gal­nej trans­ak­cji prze­pro­wa­dzo­nej przez jed­ne­go z jego ro­syj­skich klientów. Te­raz jed­nak po­trze­bo­wał ochro­ny z in­ne­go po­wo­du: oba­wiał się, że może stać się ce­lem swo­ich wrogów biz­ne­so­wych – kon­ku­ren­cyj­nych spółek naf­to­wych i udziałowców mniej­szościo­wych Ju­ko­su, którzy twier­dzi­li, że są okra­da­ni. Zda­wał so­bie również sprawę, że w Ro­sji zabójstwa na zle­ce­nie są na porządku dzien­nym. „Za głęboko się wko­pałem”, po­wie­dział ko­le­dze. „Nie je­stem pe­wien, czy zdołam się jesz­cze z tego wy­grze­bać”.

Przez kil­ka ostat­nich ty­go­dni życia Cur­tis znaj­do­wał się pod ciągłą ob­ser­wacją in­spek­torów go­spo­dar­czych i ro­syj­skich śled­czych; roz­ważał na­wet prze­nie­sie­nie biu­ra. Jego te­le­fo­ny były na podsłuchu, a na początku 2004 r. jego do­rad­cy do spraw bez­pie­czeństwa od­kry­li urządze­nie podsłucho­we w for­mie nie­wiel­kie­go ma­gne­su w jego wiej­skim domu w Dor­set. Według Eri­ca Jen­kin­sa, wuja, który często od­wie­dzał go na Gi­bral­ta­rze, gdzie Cur­tis spędzał większą część roku, praw­nik otrzy­my­wał licz­ne ano­ni­mo­we pogróżki i te­le­fo­ny, w których próbo­wa­no go za­stra­szyć. Brał je na tyle poważnie, żeby wy­nająć ochronę. „Nie ma wątpli­wości, że Ste­phe­no­wi grożono śmier­cią”, po­twier­dza Ni­gel Brown, którego fir­ma ochra­niała także klientów Cur­tisa – Be­re­zow­skie­go i Cho­dor­kow­skie­go. „Mo­ment, w którym zginął, był bar­dzo po­dej­rza­ny, a pew­ni lu­dzie mie­li mo­tyw, żeby go zabić. Zwy­czaj­nie wie­dział za dużo”.

Początko­wo Cur­tis igno­ro­wał pogróżki, lecz gdy pew­ne­go razu nie­zna­ny rozmówca wspo­mniał o jego żonie i 13-let­niej córce, po­sta­no­wił działać. W oba­wie o bez­pie­czeństwo swo­je i ro­dzi­ny w połowie lu­te­go 2004 r. nawiązał kon­takt z bry­tyj­skim Mi­ni­ster­stwem Spraw Za­gra­nicz­nych i NCIS, ofe­rując pełną, choć tajną współpracę. W za­mian za ochronę zo­bo­wiązał się do­star­czać in­for­ma­cji o działalności go­spo­dar­czej Ro­sjan w Wiel­kiej Bry­ta­nii i ak­ty­wach oli­garchów. Do tego cza­su jego powiąza­nia z NCIS były ogra­ni­czo­ne: współpra­co­wał z agencją w stan­dar­do­wym za­kre­sie, po­dob­nie jak większość praw­ników. Dla NCIS Cur­tis był po­ten­cjal­nie cen­nym in­for­ma­to­rem wta­jem­ni­czo­nym w kon­tro­wer­syjną działalność ro­syj­skich biz­nes­menów w Lon­dy­nie. Na­tych­miast otrzy­mał opie­ku­na, lecz po za­le­d­wie dwóch spo­tka­niach funk­cjo­na­riusz NCIS zo­stał wy­zna­czo­ny do in­nej ope­ra­cji. Cur­tis po­pro­sił o no­we­go opie­ku­na, lecz się nie do­cze­kał – zginął, za­nim mu go przy­dzie­lo­no.

Na ty­dzień przed ka­ta­strofą Cur­tis po­wie­dział bli­skie­mu przy­ja­cie­lo­wi w swo­im miesz­ka­niu w Wa­ter­si­de Po­int: „Jeśli w ciągu naj­bliższych kil­ku ty­go­dni coś mi się sta­nie, to nie będzie wy­pa­dek”. Śmiał się przy tym ner­wo­wo, ale nie żar­to­wał. Od­twa­rzał ko­le­gom z kan­ce­la­rii wia­do­mości na­gra­ne na po­czcie głoso­wej swo­je­go te­le­fo­nu komórko­we­go. „Cur­tis, gdzie je­steś?” pytał głos z ro­syj­skim ak­cen­tem. „Je­steśmy tu. Je­steśmy tuż za tobą. Śle­dzi­my cię”. W toku do­cho­dze­nia ko­ro­ne­ra wuj Cur­tisa Eric Jen­kins ze­znał, że bra­ta­nek powtórzył mu to ostrzeżenie słowo w słowo.

Częste pogróżki prze­ko­nały niektórych ko­legów praw­ni­ka i jego bli­skich, że Cur­tis zo­stał za­mor­do­wa­ny. „Oczy­wiście, że to było mor­der­stwo”, stwier­dził je­den z byłych pra­cow­ników jego kan­ce­la­rii. „Zro­bi­li to za po­mocą zdal­ne­go ste­ro­wa­nia. Zna­li z wy­prze­dze­niem jego plan lotów, bo mie­li jego te­le­fon na podsłuchu”. Den­nis Rad­ford, oj­ciec pi­lo­ta, po­wie­dział śled­czym, że jego zda­niem Ko­mi­sja ds. Ba­da­nia Wy­padków Lot­ni­czych (AAIB) nie spraw­dziła należycie, czy nie doszło do przestępstwa. Jego zda­niem „środ­ki bez­pie­czeństwa na lot­ni­sku Bo­ur­ne­mo­uth są tak mar­ne, że jeśli kto­kol­wiek chciał uszko­dzić ma­szynę, mógł uzy­skać do niej pełen dostęp, nie wzbu­dzając ni­czy­ich po­dej­rzeń”.

Świad­ko­wie twierdzą, że tuż przed tym, gdy śmigłowiec ude­rzył w zie­mię, roz­legł się nie­wy­jaśnio­ny, ogłuszający huk. „Usłyszałem nie­określony łomot. Pies zaczął szcze­kać. Kie­dy do nie­go wy­szedłem, usłyszałem jesz­cze parę huków. Śmigłowiec wy­da­wał z sie­bie cha­rak­te­ry­stycz­ne ostre dźwięki, jak­by sil­nik nie działał”, ze­znał Jack Malt miesz­kający w po­bliżu miej­sca wy­pad­ku. „Przed eks­plozją na chwilę za­padła ci­sza, więc przy­pusz­czam, że sil­nik zgasł”, wspo­mi­na Sa­rah Pri­ce, której dom znaj­du­je się 300 m od miej­sca ka­ta­stro­fy. Ona również usłyszała głośny huk bez­pośred­nio po­prze­dzający eks­plozję. Inny oko­licz­ny miesz­ka­niec Ga­vin Fo­xwell ze­znał w toku do­cho­dze­nia ko­ro­ne­ra, że he­li­kop­ter wy­da­wał „nie­ty­po­wy, ter­koczący dźwięk, jak­by wal­czył, żeby utrzy­mać się w po­wie­trzu”.

Śmierć Ste­phe­na Cur­ti­sa do dzi­siaj po­zo­sta­je nie­wy­jaśnio­na. Nie od­kry­to jed­nak żad­nych wia­ry­god­nych do­wodów sa­bo­tażu ani zabójstwa. Wnio­ski AAIB ze śledz­twa brzmiały następująco:

Wzięto pod uwagę możliwość in­ge­ren­cji ze stro­ny nie­upo­ważnio­nych osób trze­cich. W ka­bi­nie lub luku bagażowym mógł zo­stać umiesz­czo­ny pro­wi­zo­rycz­ny ładu­nek wy­bu­cho­wy. Na miej­scu wy­pad­ku od­na­le­zio­no jed­nak wszyst­kie drzwi ka­bi­ny i nie­na­ru­szoną klapę luku bagażowe­go. Nie stwier­dzo­no na nich żad­nych in­nych śladów uszko­dze­nia poza tymi, które po­wstały, gdy ma­szy­na ude­rzyła w zie­mię. W szczególności na żad­nej z części drzwi i kla­py nie od­na­le­zio­no śladów zde­rze­nia z cząstka­mi po­ru­szającymi się z dużą prędkością.

W toku do­cho­dze­nia Paul Han­nant, star­szy śled­czy AAIB, stwier­dził: „Jeśli chcesz spo­wo­do­wać, żeby taka ma­szy­na runęła na zie­mię, mu­sisz albo znisz­czyć główny wir­nik, albo po­maj­stro­wać przy głównej skrzy­ni biegów. W prak­ty­ce je­dyną inną możliwością jest uszko­dze­nie sys­te­mu ste­ro­wa­nia, ale pi­lot od razu by to za­uważył. […] Ka­pi­tan Rad­ford na­tych­miast wy­kryłby także wszel­kie próby użycia sub­stan­cji ko­ro­zyj­nych czy urządze­nia ze zdal­nym ste­ro­wa­niem”.

Osta­tecz­nie stwier­dzo­no, że przy­czyną ka­ta­stro­fy były złe wa­run­ki po­go­do­we i nie­doświad­cze­nie pi­lo­ta. Zda­niem in­spek­to­ra AAIB „naj­praw­do­po­dob­niej do wy­pad­ku doszło dla­te­go, że ka­pi­tan Rad­ford stra­cił orien­tację w ostat­niej fa­zie pod­cho­dze­nia do lądo­wa­nia na lot­ni­sku Bo­ur­ne­mo­uth”. Jed­nak mimo że fe­ral­nej nocy 3 mar­ca 2004 r. po­go­da fak­tycz­nie była nie naj­lep­sza – lek­ka mżawka i postrzępio­ne chmu­ry – wa­run­ki do lotu nie były szczególnie złe. Jak stwier­dził później oj­ciec pi­lo­ta, Den­nis: „Max latał wie­le, wie­le razy w znacz­nie gorszą po­godę. Jeśli stra­cił orien­tację, dla­cze­go opi­sy­wał przez ra­dio pas i roz­ma­wiał z wieżą kon­tro­li lotów 29 se­kund przed tym, gdy śmigłowiec roz­trza­skał się o zie­mię?”.

W toku śledz­twa ze­bra­no różne opi­nie na te­mat doświad­cze­nia i kom­pe­ten­cji Rad­for­da. Jako pi­lot pra­co­wał od 1993 r., miał na kon­cie 3,5 tysiąca go­dzin w po­wie­trzu i re­gu­lar­nie latał z Cur­ti­sem. W ra­mach szko­le­nia ope­ra­cyj­ne­go z pi­lotażu no­we­go, ulep­szo­ne­go mo­de­lu Agu­sta A109E Rad­ford kon­sul­to­wał się z dwo­ma in­struk­to­ra­mi. „Miałem wrażenie, że jego pew­ność sie­bie prze­wyższa jego umiejętności”, ze­znał Alan Da­vis, lecz Ri­chard Pop­py stwier­dził, że Rad­ford „po­sia­dał kwa­li­fi­ka­cje”, żeby latać śmigłowcem Agu­sta 109E. Choć AAIB usta­liło, że od 2000 r. nie pi­lotował na przyrządach, wzięto pod uwagę, że znał trasę, a w ciągu po­przed­nich dwóch mie­sięcy „wy­la­tał już 78 go­dzin”.

Ławie przy­sięgłych w postępo­wa­niu ko­ro­ne­ra wy­da­nie wer­dyk­tu zajęło le­d­wie go­dzinę: „śmierć na sku­tek nieszczęśli­we­go wy­pad­ku”. Mimo to krew­ni Rad­for­da do dzi­siaj po­zo­stają scep­tycz­ni. Utrzy­mują, że był od­po­wie­dzial­nym i ostrożnym pi­lo­tem, który nie­jed­no­krot­nie wy­per­swa­do­wał Cur­ti­so­wi lot z po­wo­du złej po­go­dy; nie zgo­dził się na­wet prze­wieźć go na przyjęcie syl­we­stro­we w Zam­ku Pen­n­sy­lva­nia.

Byli do­rad­cy Cur­ti­sa do spraw bez­pie­czeństwa także nie wy­zby­li się po­dej­rzeń. Ni­gel Brown upar­cie twier­dzi, że był to za­mach, i nie szczędzi kry­ty­ki wo­bec po­li­cji. „Po pro­stu nie mogę zro­zu­mieć, dla­cze­go nig­dy nie prze­pro­wa­dzo­no porządne­go do­cho­dze­nia w spra­wie zabójstwa”, wy­znał. „Ist­niały ku temu wyraźne pod­sta­wy, po­nie­waż Ste­phe­no­wi grożono śmier­cią, był mo­tyw, bo wie­dział zbyt dużo, a w do­dat­ku zginął w po­dej­rza­nych oko­licz­nościach. Ale po­li­cja nie przesłuchała ani mnie, ani jego ko­legów z pra­cy, ani klientów Ste­phe­na, ani jego pra­cow­ników. Po­win­no się chy­ba przesłuchać ostat­nią osobę, z którą roz­ma­wiał, a byłem nią ja. Może i nig­dy nie do­wie­dzie­li­byśmy się, co na­prawdę przy­tra­fiło się Ste­phe­no­wi, ale uważam, że śledz­two po­win­no było zo­stać prze­pro­wa­dzo­ne z większą sta­ran­nością”.

Choć żona Cur­ti­sa Sa­rah nig­dy nie wie­rzyła, że jej mąż zo­stał za­mor­do­wa­ny, za­sta­na­wia ją, dla­cze­go o jego śmier­ci jako pierw­szy po­in­for­mo­wał ją pe­wien ro­syj­ski biz­nes­men. „Przy­kro mi z po­wo­du śmier­ci Ste­phe­na”, po­wie­dział. Do­pie­ro go­dzinę później za­dzwo­niła po­li­cja z wia­do­mością, że „zda­rzył się wy­pa­dek”.

O tym, jak moc­no Cur­tis prze­czu­wał, że spo­tka go przed­wcze­sna śmierć, naj­le­piej świad­czy fakt, iż po­zo­sta­wił szczegółowe wy­tycz­ne co do swo­je­go po­grze­bu. Wy­ni­kało to po części z jego przesądnej, nie­mal fa­ta­li­stycz­nej na­tu­ry. Wie­rzył w du­chy i życie po­za­gro­bo­we. Za­wsze myślał, że umrze młodo. „Nig­dy nie do­cze­kam sta­rości”, po­wie­dział pew­ne­go razu, na długo przed tym, gdy spo­tkał Ro­sjan.

Należy jed­nak pamiętać, że u Cur­ti­sa zdia­gno­zo­wa­no białaczkę i rzadką cho­robę krwi, które ob­ja­wiały się na różne spo­so­by. Kie­dyś pod­czas rej­su ude­rzył się moc­no w głowę o bom żaglówki; jego zna­jo­my z nie­do­wie­rza­niem pa­trzył, jak krwa­wiąca po­wierzch­nio­wa rana goiła się nie­mal w oczach. Cur­tis po­trze­bo­wał re­gu­lar­nych trans­fu­zji krwi, które sta­bi­li­zo­wały jego stan, i przyj­mo­wał war­fa­rin – śro­dek roz­rze­dzający krew oraz za­po­bie­gający po­wsta­wa­niu skrzepów. Nosił też pończo­chy uci­sko­we prze­ciw­działające za­krze­pi­cy żył głębo­kich. Po dwóch ope­ra­cjach w pry­wat­nej kli­ni­ce po­wie­dzia­no mu, że nie wol­no mu podróżować sa­mo­lo­tem, gdyż po­gor­szy to jego stan. Mógł jed­nak latać he­li­kop­te­rem i dla­te­go właśnie na trzy mie­siące przed śmier­cią spra­wił so­bie no­wiu­teńki śmigłowiec Agu­sta A109E.

Jak na eks­tra­wa­gan­ta i prześmiewcę przy­stało, zażyczył so­bie, żeby jego po­grzeb nie był poważną, smutną uro­czy­stością, lecz okazją do „uczcze­nia jego życia”, i pro­sił żałob­ników, żeby „zre­zy­gno­wa­li z tra­dy­cyj­nej czer­ni”. W środę 7 kwiet­nia 2004 r. około 350 krew­nych, zna­jo­mych i part­nerów biz­ne­so­wych Cur­ti­sa ze­brało się w koście­le pw. Wszyst­kich Świętych w Easton na wy­spie Por­t­land w po­bliżu re­zy­den­cji ro­dzi­ny Cur­tisów – Zam­ku Pen­n­sy­lva­nia. Praw­nik był tak po­pu­larną osobą, że na zewnątrz zgro­ma­dziło się jesz­cze 100 osób; usta­wio­no na­wet głośniki trans­mi­tujące prze­bieg uro­czy­stości. O go­dzi­nie 13.50 przed świątynię za­je­chał szkla­ny powóz z trumną Cur­ti­sa ciągnięty przez dwa ko­nie z czar­ny­mi pióro­pu­sza­mi, ozdo­bio­ny kwia­ta­mi ułożony­mi w słowo „Tata”. Za po­wo­zem sunął konwój po­grzebowy: czar­ny rolls-roy­ce phan­tom, w którym je­chały wdo­wa po Cur­tisie Sa­rah i córka Lo­uise oraz dwa ben­tleye i fer­ra­ri wiozące po­zo­stałych członków ro­dzi­ny i naj­bliższych przy­ja­ciół.

Przed trumną, którą do kościoła wniosło sześciu mężczyzn, kro­czył szkoc­ki du­dziarz grający utwór Skye Boat Song. Za­raz za nią podążały zapłaka­ne Sa­rah i Lo­uise, obie w różowych su­kien­kach i płasz­czach. Idąc po­wo­li wzdłuż nawy, Sa­rah do­strzegła poważną, za­du­maną, ubraną na czar­no po­stać Bo­ry­sa Be­re­zow­skie­go w to­wa­rzy­stwie dziew­czy­ny, dwóch ochro­nia­rzy i ro­syj­skiej świty. Sta­wiła się także większość klientów Cur­ti­sa. W oczy rzu­cała się nie­obec­ność przed­sta­wi­cie­li jed­ne­go z jego naj­większych klientów – IKEA, która nie chciała być ko­ja­rzo­na z jego kon­tro­wer­syj­ny­mi ro­syj­ski­mi klien­ta­mi, jak również większości zarządu Ju­ko­su. W za­sa­dzie je­dy­nym człon­kiem zarządu Ju­ko­su, który po­ka­zał się na uro­czy­stości, był Wa­si­lij Alek­sa­nian, były dy­rek­tor ds. praw­nych w kon­cer­nie naf­to­wym Cho­dor­kow­skie­go i bli­ski zna­jo­my Cur­ti­sa. Alek­sa­nian był wściekły, że jego ko­le­dzy zboj­ko­to­wa­li po­grzeb mimo ry­zy­kow­nych ope­ra­cji, ja­kie Cur­tis prze­pro­wa­dzał dla ich fir­my.

Msza po­grze­bo­wa roz­poczęła się o godz. 14.00 tra­dy­cyj­ny­mi hym­na­mi, po których nastąpił so­lo­wy występ for­te­pia­no­wy Lo­uise. Było oczy­wi­ste, że Cur­ti­sa ko­cha­no. Je­den z mówców opi­sał go jako człowie­ka będącego uoso­bie­niem cy­ta­tu z wier­sza Ru­dy­ar­da Ki­plin­ga If: „Gdy będziesz po­tra­fił po­zo­stać lu­dem, do­ra­dzając królom”. Jego bli­ski przy­ja­ciel Rod Da­vid­son po­wie­dział do zgro­ma­dzo­nych: „W biz­ne­sie był klasą samą w so­bie. Za­czy­nał od trzęsie­nia zie­mi i do­pie­ro po nim osiągał apo­geum. Za­wsze mie­rzył da­lej niż gwiaz­dy. […] Był nie­zwy­kle szczo­dry; założę się, że te­raz, stojąc u perłowych wrót do nie­ba, wręcza Świętemu Pio­tro­wi klu­czy­ki do czer­wo­ne­go fer­ra­ri i roz­da­je che­ru­bi­nom kon­so­le Play­Sta­tion”.

W po­wie­trzu czuć było jed­nak napięcie, a to za sprawą rzu­cającego się w oczy i – przy­najm­niej dla niektórych – groźnie wyglądającego ro­syj­skie­go kon­tyn­gen­tu, w stronę którego goście co chwi­la rzu­ca­li ukrad­ko­wo ner­wo­we spoj­rze­nia. Gdy po ce­re­mo­nii Be­re­zow­ski i jego lu­dzie wsta­li z miejsc, resz­ta ze­bra­nych usunęła się im z dro­gi, aby mo­gli opuścić kościół jako pierw­si.

Lo­kal­ni żałob­ni­cy i przy­ja­cie­le wdo­wy byli w większości kon­wen­cjo­nal­ny­mi An­gli­ka­mi, przed­sta­wi­cie­la­mi kla­sy śred­niej, pro­wadzącymi ci­che, pro­ste życie w mia­stecz­ku Easton w hrab­stwie Dor­set, gdzie czas daw­no stanął w miej­scu. Nie byli przy­zwy­cza­je­ni do wi­do­ku su­ro­wych ro­syj­skich twa­rzy, lasu ka­mer te­le­wi­zyj­nych, rze­szy fo­to­grafów ani po­li­cji, która przy­wi­tała ich, gdy tego po­god­ne­go wio­sen­ne­go popołudnia opusz­cza­li świątynię. Dla miej­sco­wych mu­siało to wyglądać tak, jak­by do mia­stecz­ka przy­była eki­pa kręcąca Ojca chrzest­ne­go lub Ro­dzinę So­pra­no.

Sa­rah była zdru­zgo­ta­na śmier­cią męża, a do tego zdez­o­rien­to­wa­na i za­nie­po­ko­jo­na tak dużym za­in­te­re­so­wa­niem mediów. „Dla­cze­go jest tu tyle ka­mer?”, za­py­tała przed kościołem. „Nic z tego nie ro­zu­miem”. Życie Sa­rah, która przed ślu­bem pra­co­wała jako se­kre­tar­ka, to­czyło się wokół ro­dzi­ny, mu­zy­ki, przy­ja­ciół, zam­ku i an­giel­skiej wsi. Ste­phen nic jej nie mówił o tym, co robił po­ta­jem­nie w Lon­dy­nie, Ro­sji i na Gi­bral­ta­rze. Cur­tis był wiel­kim fa­nem Ja­me­sa Bon­da i upa­jało go jego dru­gie, se­kret­ne życie. Skru­pu­lat­nie od­dzie­lał kwe­stie oso­bi­ste od za­wo­do­wych, głównie po to, żeby chro­nić żonę. „Nic nie chcę wie­dzieć”, rzu­ciła raz Sa­rah, od­ci­nając się od mrocz­ne­go, bez­względne­go świa­ta ro­syj­skich su­per­bo­ga­czy.

Sa­rah nie roz­po­zna­wała żad­ne­go spośród Ro­sjan, którzy przy­by­li na po­grzeb jej męża. „Kto to jest? Kim jest ten człowiek?”, pytała raz po raz jed­ne­go ze współpra­cow­ników Ste­phe­na, po­pa­dając w co­raz większe zdu­mie­nie. „Co mój mąż mógł mieć wspólne­go z tymi wszyst­ki­mi Ro­sjanami?”, spy­tała in­ne­go przy­ja­cie­la. Nie chcąc jej mar­twić, obaj mil­cze­li. Po mszy pro­ce­sja żałob­ników od­pro­wa­dziła ciało Cur­ti­sa przy wtórze me­lo­dii You’ll Ne­ver Walk Alo­ne. Po­nad odgłosy po­cho­du wyraźnie wy­bi­jał się so­pran Sa­rah, która podążając za trumną męża, wyśpie­wała końcowe wer­sy pio­sen­ki. Pochówek z udziałem je­dy­nie ro­dzi­ny i naj­bliższych przy­ja­ciół odbył się w ogro­dzie Zam­ku Pen­n­sy­lva­nia. Cur­tis zo­stał złożony do gro­bu przy dźwiękach gra­nej na du­dach me­lo­dii Hi­gh­land Ca­the­dral.

Gdy po po­grze­bie goście uda­li się do na­mio­tu na poczęstu­nek, at­mos­fe­ra jesz­cze bar­dziej się zagęściła. Wie­lu byłych klientów Cur­ti­sa płonęło z cie­ka­wości, kim byli po­zo­sta­li goście i dla kogo pra­co­wa­li. „To była dziw­na sty­pa”, wy­znał były pra­cow­nik fir­my Cur­ti­sa. „Wszy­scy rzu­ca­li na boki ukrad­ko­we spoj­rze­nia, żeby zo­ba­czyć, kto z kim roz­ma­wia. Wie­działem, że niektórzy nasi klien­ci się zna­li, ale żaden się do tego nie przy­zna­wał na wy­pa­dek, gdy­by rozmówca zo­stał sfo­to­gra­fo­wa­ny lub sko­ja­rzo­ny z nie­od­po­wied­nią osobą. To było na­prawdę dzi­wacz­ne, wręcz ko­micz­ne”. O 21.45 nad kanałem La Man­che rozbłysła spek­ta­ku­lar­na fe­eria sztucz­nych ogni.

Na po­grze­bie Ste­phe­na Long­for­da Cur­ti­sa doszło do krępującego i nie­po­kojącego zde­rze­nia dwóch kul­tur: tra­dy­cjo­na­li­stycz­nych, sta­tecz­nych, powściągli­wych przed­sta­wi­cie­li an­giel­skiej kla­sy śred­niej i po­nu­rej, za­sad­ni­czej, sku­pio­nej eli­ty ro­syj­skie­go biz­ne­su.

Nie­wie­le po­nad de­kadę wcześniej obec­ność Ro­sjan w Wiel­kiej Bry­ta­nii była le­d­wo za­uważalna. Rzad­ko słyszało się ro­syj­ski ak­cent w bu­ti­ku w dziel­ni­cy Kni­ghts­brid­ge, re­stau­ra­cji w May­fa­ir czy na­wet lon­dyńskim me­trze, a co do­pie­ro na po­grze­bie ta­jem­ni­cze­go – żeby nie rzec po­dej­rza­ne­go – bry­tyj­skie­go praw­ni­ka. Nic nie wska­zy­wało na to, że wkrótce Bry­ta­nię za­le­je fala naj­pierw zwy­czaj­nie zamożnych, a po­tem wręcz obrzy­dli­wie bo­ga­tych Ro­sjan. Ich napływ, który roz­począł się po upad­ku ko­mu­ni­zmu w 1991 r., wzma­gał się po­wo­li, lecz do końca lat 90. XX w. pra­gnie­nie Ro­sjan, aby prze­nieść się do Lon­dy­nu – jak to określił pe­wien człowiek ze śro­do­wi­ska – „sięgnęło ze­ni­tu”.

Choć nie ma ofi­cjal­nych da­nych na te­mat wiel­kości lon­dyńskiej społecz­ności Ro­sjan i oby­wa­te­li byłego ZSRR, za­sad­ni­czo przyj­mu­je się, że w 2008 r. li­czyła gru­bo po­nad 300 tysięcy osób. Było ich na tyle dużo, że na ryn­ku po­ja­wiły się czte­ry ro­syj­skojęzycz­ne ga­ze­ty i ko­lo­ro­wy ma­ga­zyn „New Sty­le”, po­wstało zatrzęsie­nie ro­syj­skich por­ta­li społecz­nościo­wych i wszel­kie­go ro­dza­ju wi­tryn in­ter­ne­to­wych; co chwi­la od­by­wała się też taka czy inna im­pre­za dla lu­dzi z tego kręgu.

Mimo że wówczas była to jesz­cze nie­jed­no­li­ta społecz­ność, większość jej członków była zwykłymi fa­chow­ca­mi, którzy zde­cy­do­wa­li się za­miesz­kać i pra­co­wać w Lon­dy­nie. Wie­lu miało bry­tyj­skich małżonków. To właśnie oni – a nie ro­syj­scy oli­gar­cho­wie – na­zy­wa­li żar­to­bli­wie Lon­dyn „Mo­skwą nad Ta­mizą”. Niektórzy byli za­trud­nie­ni w or­ga­ni­za­cjach między­na­ro­do­wych lub ro­syj­skich spółkach mających sie­dzi­by w Lon­dy­nie, inni otwie­ra­li własne biz­ne­sy. Niektórzy pra­co­wali jako pośred­ni­cy w han­dlu nie­ru­cho­mościa­mi, w City lub w de­ta­lu, obsługując ro­syj­skich klientów. Przy­by­li do Wiel­kiej Bry­ta­nii, chcąc uciec przed przestępczością, nie­pew­nością po­li­tyczną i za­wi­ro­wa­nia­mi go­spo­dar­czy­mi. Na tle ogółu ro­syj­skiej po­pu­la­cji two­rzy­li elitę kla­sy śred­niej.

Niektórzy w dal­szym ciągu pra­co­wa­li w Mo­skwie, la­tając tam i z po­wro­tem – i to rej­so­wy­mi, nie pry­wat­ny­mi sa­mo­lo­ta­mi. Ma­szy­ny obsługujące lot SU­247 z Mo­skwy do Lon­dy­nu lądujące na lot­ni­sku He­ath­row w piątko­we wie­czo­ry były pełne ro­syj­skich biz­nes­menów wra­cających na week­end do ro­dzin; obsługa Ae­rofłotu miała na nich spe­cjalną nazwę: „nie­dziel­ny mąż”. Wśród osób re­gu­lar­nie kur­sujących między kon­ty­nen­ta­mi byli me­nedżero­wie spółek naf­to­wych, ban­kie­rzy, im­por­te­rzy i eks­por­te­rzy mający domy i ro­dziny w Lon­dy­nie, a pracę w Mo­skwie. Była to ich co­ty­go­dnio­wa mar­szru­ta: czte­ro­go­dzin­ny lot w piątkową i nie­dzielną noc, week­end w Lon­dy­nie, dni ro­bo­cze w mo­skiew­skim biu­rze.

Wśród napływających wart­kim stru­mie­niem imi­grantów była jed­nak także grup­ka nie­licz­nych, choć nie­porówny­wal­nie znacz­niej­szych osób – oli­garchów, czy­li ka­dra uprzy­wi­le­jo­wa­nych in­si­derów, którzy przejęli ro­syj­skie za­so­by na­tu­ral­ne nie­gdyś będące własnością państwa i pod ko­niec lat 90. ubiegłego wie­ku po­ja­wi­li się znikąd, dołączając do wąskie­go gro­na naj­bo­gat­szych lu­dzi na świe­cie. Niektórzy spośród ro­syj­skich nu­wo­ryszów – mi­liar­derów i mul­ti­mi­lio­nerów – po­zo­sta­li w oj­czyźnie, większość jed­nak prze­niosła się za gra­nicę lub zor­ga­ni­zo­wała so­bie tam bazę, za­bie­rając z sobą góry ak­tywów. Choć byli tacy, którzy wy­bra­li Izra­el, Nowy Jork lub Szwaj­ca­rię, większość zde­cy­do­wała się na Lon­dyn. Od początku no­we­go tysiącle­cia sypią pie­niędzmi – w których do­pie­ro co zaczęli się pławić – ni­czym con­fet­ti, spra­wiając, że Lon­dyn uzy­skał sta­tus en­kla­wy świa­to­wych su­per­bo­ga­czy, ceny nie­ru­cho­mości w mieście po­szy­bo­wały w górę, a sprze­daw­cy to­warów luk­su­so­wych od­no­to­wy­wa­li re­kor­do­we zy­ski, i dając po­pi­sy bo­gac­twa, ja­kich nie było od lat 20. XX w.

Niektórzy spośród ro­syj­skich kre­zusów opuścili Rosję w oba­wie przed aresz­to­wa­niem i osie­dli­li się właśnie w Lon­dy­nie. Inni sta­li się między­na­ro­do­wy­mi su­per­no­ma­da­mi, żyjącymi po części w Lon­dy­nie, po części w Ro­sji, podróżując po całym glo­bie pry­wat­ny­mi od­rzu­tow­ca­mi i luk­su­so­wy­mi jach­ta­mi. Jesz­cze inni po­sta­no­wi­li grać dys­kret­nie na dwa fron­ty. Oli­garchów – nową, wyższą warstwę ro­syj­skich bo­ga­czy – zwa­biły do Lon­dy­nu przy­chyl­ne pra­wo po­dat­ko­we, ela­stycz­ny sys­tem ban­ko­wy, swo­bod­ny styl życia, eli­tar­ne szkoły i nie­za­leżne sądo­wnic­two.

Ta książka opo­wia­da hi­sto­rię czte­rech ro­syj­skich oli­garchów: Bo­ry­sa Be­re­zow­skie­go – za­sad­ni­cze­go, eks­tra­wer­syj­ne­go ucie­ki­nie­ra, który knuł spi­sek prze­ciw­ko Ro­sji Pu­ti­na ze swo­jej ocie­kającej złotem lon­dyńskiej twier­dzy; Ro­ma­na Abra­mo­wi­cza – spryt­ne­go, skry­te­go właści­cie­la klu­bu piłkar­skie­go Chel­sea, który zbił mi­liar­dy funtów na sprze­daży ropy, wy­pro­wa­dzając w pole Be­re­zow­skie­go, nie­gdyś przy­ja­cie­la, później zaciętego wro­ga; Mi­chaiła Cho­dor­kow­skie­go – in­te­lek­tu­ali­sty, który w swo­jej na­iw­ności wie­rzył, że jest potężniej­szy od państwa, przez co skończył w sy­be­ryj­skim więzie­niu; i Ole­ga De­ri­pa­ski – bez­względne­go młode­go po­ze­ra i alu­mi­nio­we­go ma­gna­ta, który osta­tecz­nie wyrósł na naj­bo­gat­sze­go spośród całej kli­ki, w czym niewątpli­wie po­mogły mu ku­mo­ter­skie sto­sun­ki z Władi­mi­rem Pu­ti­nem.

W la­tach 90. XX w. ci czte­rej pa­no­wie błyska­wicz­nie zbi­li nie­wy­obrażalne for­tu­ny, gdy po upad­ku ZSRR w Ro­sji usiłowa­no na szyb­ko zbu­do­wać go­spo­darkę w za­chod­nim sty­lu. Choć źródłem ich oso­bi­ste­go bo­gac­twa była Ro­sja, to w Lon­dy­nie nastąpił ko­lej­ny etap ich błyska­wicz­nej wspi­nacz­ki na liście naj­bo­gat­szych lu­dzi na świe­cie.

Abra­mo­wi­czo­wi Lon­dyn pomógł choć częścio­wo na­sy­cić nie­za­spo­ko­jo­ny głód osten­ta­cyj­ne­go sza­sta­nia pie­niędzmi. De­ri­pa­sce, który nie miał wstępu do Stanów Zjed­no­czo­nych, sto­li­ca An­glii służyła za bazę, skąd roz­bu­do­wy­wał swo­je wie­lo­wy­mia­ro­we, ko­lo­sal­ne im­pe­rium biz­ne­so­we. Przed aresz­to­wa­niem Cho­dor­kow­ski za­bie­gał w Lon­dynie o względy bry­tyj­skich po­li­tyków i członków go­spo­dar­czej eli­ty w ra­mach między­na­ro­do­wej kam­pa­nii mającej na celu oczyścić jego zszar­ganą re­pu­tację. Be­re­zow­skie­mu, który od 2001 r. uni­kał eks­tra­dy­cji, Lon­dyn dawał schro­nie­nie przed ro­syjską pro­ku­ra­turą oskarżającą go o uchy­la­nie się od po­datków i oszu­stwo, które to za­rzu­ty upar­cie od­pie­rał.

W prze­ci­wieństwie do Ro­sji z jej sko­rum­po­wa­nym i upo­li­tycz­nio­nym sądo­wnic­twem, w Lon­dy­nie mo­gli też li­czyć na ochronę i uczci­wy pro­ces. Pod­czas gdy w kra­jach ta­kich jak Hisz­pa­nia, Fran­cja, Włochy i Sta­ny Zjed­no­czo­ne ro­syj­skich biz­nes­menów po­sta­wio­nych w stan oskarżenia aresz­tu­je się i prze­trzy­mu­je w więzie­niu, Wiel­ka Bry­ta­nia z upo­rem od­rzu­ca wszyst­kie spośród dzie­siątków wniosków o eks­tra­dycję składa­nych przez ro­syj­skie władze, nie zważając na to, iż za­tru­wa tym sto­sun­ki dy­plo­ma­tycz­ne między oby­dwo­ma państwa­mi. „Wy­da­je mi się, że oni [Ro­sja­nie] uważają, że jest to państwo pra­wa”, po­wie­dział Be­re­zow­ski. „Mają wrażenie, że są tu bez­piecz­ni”1.

Lon­dyn od za­wsze przy­ciągał kre­zusów, lecz nig­dy wcześniej do mia­sta nie napłynęła taka rze­sza su­per­bo­ga­tych ob­co­kra­jowców co u pro­gu no­we­go tysiącle­cia. Na prze­strze­ni dzie­sięciu lat po­prze­dzających 2008 r. do Wiel­kiej Bry­ta­nii napłynął ka­pi­tał za­gra­nicz­ny wart try­lio­ny funtów. Dla tych, którzy robią pie­niądze na pie­niądzach, czy­li praw­ników spe­cja­li­zujących się w pra­wie po­dat­ko­wym, księgo­wych i ban­kierów, była to złota de­ka­da. „Bry­tyj­czy­cy od­na­leźli swo­je nowe powołanie”, po­wie­dział Wil­liam Cash, wy­daw­ca z ko­nek­sja­mi, założyciel ilu­stro­wa­ne­go kwar­tal­ni­ka „Spe­ar’s We­alth Ma­na­ge­ment Su­rvey” re­la­cjo­nującego po­czy­na­nia naj­bo­gat­szych. „Od­na­leźli się w roli fi­nan­so­wych sługusów, będących na każde ski­nie­nie su­per­bo­ga­czy. Nie­gdyś bry­tyj­skie kla­sy rządzące same po­sia­dały for­tu­ny. Te­raz zo­stały ze­pchnięte do roli zwykłych pa­chołków otrzy­mujących ho­no­ra­rium za usługi świad­czo­ne świa­to­wej eli­cie fi­nan­so­wej”2.

W 2007 r., rok przed wy­bu­chem glo­bal­ne­go kry­zy­su go­spo­dar­cze­go, Lon­dyn zde­tro­ni­zo­wał Nowy Jork jako świa­tową sto­licę fi­nansów. Jego główny­mi atu­ta­mi były nie­mające so­bie równych możliwości uni­ka­nia po­datków na ogromną skalę i znacz­nie większa pobłażliwość or­ganów re­gu­la­cyj­nych. Po 9 września i se­rii głośnych skan­da­li fi­nansowych na Wall Stre­et rząd USA wpro­wa­dził ustawę Sar­ba­ne­sa-Oxleya – nowe pra­wo nakładające na pod­mio­ty go­spo­dar­cze su­row­sze wy­mo­gi do­tyczące ujaw­nia­nia in­for­ma­cji, pro­ce­dur księgo­wych i pro­ce­su wcho­dze­nia na no­wo­jorską Giełdę Pa­pierów War­tościo­wych. Wszyst­ko to spra­wiło, że Nowy Jork stra­cił na atrak­cyj­ności dla wyższych sfer świa­towego biz­ne­su, a Lon­dyn umiejętnie wy­ko­rzy­stał tę szansę. Sta­ny Zjed­no­czo­ne wpro­wa­dziły także poważne re­stryk­cje w za­kre­sie wy­da­wa­nia wiz za­gra­nicz­nym biz­nes­me­nom, przez co wy­pa­dały bla­do w porówna­niu z Wielką Bry­ta­nią, która była znacz­nie bar­dziej otwar­ta na ob­co­kra­jowców.

Dla majętnych Ro­sjan Lon­dyn miał również wie­le lo­gi­stycz­nych za­let: lot do Mo­skwy trwa za­le­d­wie czte­ry go­dzi­ny, a w południo­wo-wschod­niej An­glii znaj­du­je się sieć lot­nisk przyj­mujących pry­wat­ne sa­mo­lo­ty. Zda­niem Ja­me­sa Har­din­ga, re­dak­to­ra „The Ti­mes”, „w Lon­dynie można w cza­sie nor­mal­nych go­dzin pra­cy roz­ma­wiać rano z To­kio, a po południu z Los An­ge­les. Biz­nes­men wsia­da do sa­mo­lo­tu w Mo­skwie i za pięć go­dzin jest w cen­trum Lon­dynu. Lot z Bom­ba­ju trwa sie­dem go­dzin, z Pe­ki­nu – dzie­więć. To je­den z po­wodów, dla których w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu pięciu lat Lon­dyn stał się między­na­ro­do­wym ośrod­kiem ka­pi­tałowym, pod­czas gdy Nowy Jork po­zo­stał za­sad­ni­czo lo­kalną sto­licą fi­nan­sową”3.

De­cy­dujące zna­cze­nie mają jed­nak po­dat­ki. „Nowy Jork jest oczy­wiście bar­dzo sta­bil­ny, w prze­ci­wieństwie do większości in­nych centrów zarządza­nia bo­gac­twem, które nie są tak pew­ne”, po­wie­dział Da­vid Ha­rvey z So­cie­ty of Trust and Es­ta­te Prac­ti­tio­ners, którego człon­ko­wie bez żena­dy do­ra­dzają bo­ga­tym ro­dzi­nom, jak le­gal­nie wy­drzeć fi­sku­so­wi, ile się da. „To­kio ma za sobą okres załama­nia, Sin­ga­pur jest względnie nowy, a w Niem­czech do nie­daw­na po­dat­ki były dość wy­so­kie. Jeżeli chcesz le­gal­nie uni­kać płace­nia po­datków, Lon­dyn to naj­lep­szy wybór”4.

Wiel­ka Bry­ta­nia słynie z nie­mającego so­bie równych „prze­mysłu” uni­ka­nia po­datków – oraz rze­szy wy­so­ko opłaca­nych księgo­wych zdol­nych obmyślić naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne spo­so­by ukry­cia majątku klientów. W 2007 r. Między­na­ro­do­wy Fun­dusz Wa­lu­to­wy za­kla­sy­fi­ko­wał Lon­dyn obok Szwaj­ca­rii, Ber­mudów i Kaj­manów jako „po­za­te­ry­to­rial­ne cen­trum fi­nan­so­we” (ang. of­fsho­re fi­nan­cial cen­tre).

Większość państw wy­ma­ga od re­zy­dentów, w tym zamożnych ob­co­kra­jowców, aby od­pro­wa­dza­li po­da­tek od do­chodów kra­jo­wych i za­gra­nicz­nych oraz zysków ka­pi­tałowych. W Wiel­kiej Bry­ta­nii cu­dzo­zie­miec może złożyć oświad­cze­nie, że ma tzw. do­mi­cyl, czy­li ad­res za­miesz­ka­nia do celów po­dat­ko­wych, za gra­nicą, choć od lat miesz­ka w Zjed­no­czo­nym Króle­stwie i po­sia­da bry­tyj­ski pasz­port. Zgod­nie z tą za­sadą nie­re­zy­den­ci po­dat­ko­wi płacą po­da­tek je­dy­nie od do­chodów uzy­ska­nych w Wiel­kiej Bry­ta­nii; dochód zagra­niczny, sta­no­wiący prze­ważnie lwią część ich za­robków, po­zo­sta­je nie­opo­dat­ko­wa­ny. Po­nad­to przy za­ku­pie nie­ru­cho­mości za pośred­nic­twem za­gra­nicz­nych trustów na­byw­cy będący ob­co­kra­jowcami mogą uniknąć zarówno po­dat­ku od zysków ka­pi­tałowych, który sta­je się należny w mo­men­cie sprze­daży, jak i opłaty skar­bo­wej uisz­cza­nej nor­mal­nie w mo­men­cie przejęcia własności.

Dla ro­syj­skie­go mi­liar­de­ra miesz­kającego w Lon­dy­nie dochód uzy­ska­ny w oj­czyźnie był na Wy­spach wol­ny od po­dat­ku. „Ist­nie­je je­den główny powód, dla którego ci lu­dzie ciągną do Lon­dy­nu, a jest nim pra­wo po­dat­ko­we”, po­wie­działa Na­ta­sza Czu­wa­je­wa, ro­syj­ska dzien­ni­kar­ka pra­cująca w Lon­dy­nie. Choć w 2008 r. częścio­wo znie­sio­no te przy­wi­le­je w od­po­wie­dzi na na­si­lającą się kry­tykę ze stro­ny mediów i rosnące obu­rze­nie opi­nii pu­blicz­nej, a rząd nałożył na nie­re­zy­dentów po­dat­ko­wych da­ninę w wy­so­kości 30 tysięcy funtów rocz­nie, jed­nak dla ro­syj­skich su­per­bo­ga­czy są to gro­sze.

Zaczątkiem ma­so­we­go napływu ro­syj­skich oli­garchów do Lon­dy­nu była pry­wa­ty­za­cja roz­ległego, war­te­go for­tunę ro­syj­skie­go mie­nia państwo­we­go, która nastąpiła w la­tach 90. XX w. Był to gwałtow­ny pro­ces, w wy­ni­ku którego wąska gru­pa lu­dzi wzbo­ga­ciła się po­nad wszel­kie wy­obrażenie, co stwo­rzyło ogromną prze­paść pomiędzy bo­ga­ty­mi a bied­ny­mi i rozwście­czyło ogół ro­syj­skie­go społeczeństwa. Ra­port Ban­ku Świa­to­we­go z 2004 r. wy­ka­zał, że w efek­cie pry­wa­ty­za­cji trzy­dzie­stu lu­dzi kon­tro­lo­wało 40 pro­cent pro­duk­cji ro­syj­skiej go­spo­dar­ki w klu­czo­wych sek­to­rach, ta­kich jak za­so­by na­tu­ral­ne i prze­mysł sa­mo­cho­do­wy, o war­tości 225 mi­liardów do­larów. Wnio­sek z ra­por­tu brzmiał następująco: „Kon­cen­tra­cja własności we współcze­snej Ro­sji jest znacz­nie wyższa niż w ja­kim­kol­wiek państwie Eu­ro­py kon­ty­nen­tal­nej i wyższa niż w ja­kim­kol­wiek kra­ju na świe­cie spośród tych, dla których są dostępne odnośne dane”5.

Nie­wie­le z tego bez­pre­ce­den­so­we­go bo­gac­twa sku­pio­ne­go w rękach grup­ki po­ten­tatów zo­stało za­in­we­sto­wa­ne w ro­syj­ski biz­nes lub prze­ka­za­ne na cele do­bro­czyn­ne. Gros pie­niędzy wy­pro­wa­dzo­no po­ta­jem­nie za gra­nicę: mi­liar­dy do­larów ukry­to w la­bi­ryn­cie zagra­nicznych kont ban­ko­wych we wszyst­kich możli­wych ra­jach po­dat­ko­wych, od Szwaj­ca­rii i wyspę Jer­sey, po Wy­spy Dzie­wi­cze i Gi­bral­tar. Spo­ra część zo­stała zde­po­no­wa­na w bry­tyj­skich ban­kach. Tak ukry­te środ­ki były nie­mal nie­możliwe do wyśle­dze­nia. Mimo wysiłków ro­syj­skich i bry­tyj­skich or­ganów ści­ga­nia nie­wie­le z tego udało się za­re­kwi­ro­wać i odesłać do Ro­sji.

Choć pie­niądze po­cho­dziły z Ro­sji, nie było to jed­nak naj­wy­god­niej­sze miej­sce do ich wy­da­wa­nia: zbyt wie­le wy­ty­ka­nia pal­ca­mi w mo­skiew­skich re­stau­ra­cjach, zbyt częste kon­tro­le or­ganów po­dat­ko­wych, nie­ustający lęk przed za­ma­chem. W Ro­sji bo­ga­cze nie mogą ru­szyć się na krok bez ochro­nia­rzy oraz bom­bo- i ku­lo­od­por­ne­go sa­mo­cho­du. Za to w Wiel­kiej Bry­ta­nii i resz­cie Eu­ro­py, gdzie są w za­sa­dzie nie­roz­po­zna­wa­ni, mogą się odprężyć i sku­pić na wy­da­wa­niu „ciężko za­ro­bio­nych” pie­niędzy bez obaw, że zo­staną zmie­sza­ni z błotem lub pociągnięci do od­po­wie­dzial­ności. Gdy już ku­pi­li war­te mi­liar­dy funtów domy w mieście i po­siadłości na wsi, mo­gli w pełni oddać się przy­jem­nościom życia: pływać stat­kiem po Ka­ra­ibach, szu­so­wać na nar­tach w Gsta­ad i robić za­ku­py w Kni­ghts­brid­ge.

Żony oli­garchów czuły się w sto­li­cy An­glii jak w raju. „Lon­dyn to praw­dzi­wa me­tro­po­lia”, po­wie­działa Olga Si­ren­ko, re­dak­tor­ka por­ta­lu in­ter­ne­to­we­go dla ro­syj­skich eks­pa­triantów. „Jest mod­ny. Są tu bu­ti­ki wszyst­kich ma­rek i nie­zli­czo­ne wy­da­rze­nia kul­tu­ral­ne. Mo­skwa nie ma ta­kie­go szy­ku”. Alio­na Mu­czin­ska, która miesz­ka w Wiel­kiej Bry­ta­nii od 1991 r. i ma własną firmę w branży PR, twier­dzi, że Ro­sja­nie od­rzu­cają Paryż jako „zbyt za­py­ziały i wsio­wy”. Lon­dyn na­to­miast „tętni życiem i aż roi się w nim od re­stau­ra­cji i noc­nych klubów. Ro­sja­nom łatwiej jest tu wy­naj­mo­wać rolls-roy­ce’y i pry­wat­ne sa­mo­lo­ty”.

Po przy­by­ciu do Lon­dy­nu zamożni Ro­sja­nie aspi­rujący do wyższych sfer kie­ro­wa­li swo­je pierw­sze kro­ki do agen­cji nie­ru­cho­mości o od­po­wied­niej re­no­mie, ta­kiej jak Sa­vills, Kni­ght Frank czy Ay­les­ford. Trans­ak­cje za­wie­ra­no błyska­wicz­nie: żad­nych hi­po­tek, tyl­ko gotówka. W 2006 r. jed­na piąta wszyst­kich domów sprze­da­nych za po­nad 8 mi­lionów funtów tra­fiła do Ro­sjan. W przy­pad­ku nie­ru­cho­mości war­tych po­nad 12 mi­lionów funtów ten ułamek był jesz­cze większy. Ro­sja­nie byli jed­nak nie­zwy­kle wy­bred­ni, jeśli cho­dzi o lo­ka­li­za­cje: nie ogra­ni­cza­li się na­wet do dziel­nic ze „złoty­mi ko­da­mi pocz­to­wy­mi”, czy­li SW1, SW3, W1 i W8, a kon­kret­nych ulic i placów w ich obrębie. Wy­pa­dało mieć także po­siadłość na wsi. I w tym wy­pad­ku Ro­sja­nie mie­li bar­dzo kon­kret­ne wy­ma­ga­nia: w grę wcho­dziły wyłącznie miej­sco­wości St Geo­r­ge’s Hill i Wen­tworth Park, obie w hrab­stwie Sur­rey.

Ko­lejną de­cyzją, jaką mu­siał podjąć oli­gar­cha pragnący wmie­szać się w bry­tyjską ary­sto­krację, było to, do której z naj­lep­szych szkół z in­ter­na­tem posłać dzie­ci. Tam­tej­szy sys­tem edu­ka­cji to jesz­cze je­den czyn­nik prze­ma­wiający za prze­pro­wadzką na Wy­spy. Bry­tyj­skie pry­wat­ne szkoły za­pew­niają wy­so­ki po­ziom na­ucza­nia, przy­jazną at­mos­ferę i przede wszyst­kim bez­pie­czeństwo. W Mo­skwie na­to­miast ist­nie­je ciągłe, re­al­ne niebez­pie­czeństwo, że dziec­ko zo­sta­nie po­rwa­ne ze szkoły. Po­dob­nie jak pre­stiżowe lon­dyńskie agen­cje nie­ru­cho­mości, które otwie­rają biu­ra w Mo­skwie i Pe­ters­bur­gu, aby za­bie­gać o względy tam­tej­szych su­per­bo­ga­czy, tak bry­tyjskie pry­wat­ne szkoły, col­le­ge’e i uni­wer­sy­te­ty wysyłają do Ro­sji przed­sta­wi­cie­li wyższej ka­dry na­uczy­ciel­skiej, aby zachęcić zamożnych ro­dziców do posłania po­ciech na naukę do Zjed­no­czo­ne­go Króle­stwa.

W 2008 r. ni­ko­go nie dzi­wi­li już ro­syj­scy ucznio­wie w bry­tyj­skich szkołach i na naj­lep­szych uczel­niach wyższych: na­sto­let­nia córka Abra­mo­wi­cza uczęszczała do nie­za­leżnej szkoły dla dziewcząt w Lon­dy­nie, a córka mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych Sier­gie­ja Ław­ro­wa do Lon­don Scho­ol of Eco­no­mics. Począwszy od 2000 r., w bry­tyj­skich szkołach po­ja­wiało się co­raz więcej uczniów z Ro­sji, w od­po­wie­dzi na co niektórzy ro­dzi­ce zaczęli szu­kać placówek, w których nie było in­nych dzie­ci ro­syj­skie­go po­cho­dze­nia. Cze­sne w wy­so­kości na­wet 30 tysięcy funtów rocz­nie nie było pro­ble­mem, ale niektórym su­per­bo­ga­czom trud­no się było wy­zbyć sta­rych na­wyków. Dy­rek­tor­ka pew­nej pre­stiżowej pry­wat­nej szkoły dla dziewcząt opo­wia­dała o pew­nym Ro­sja­ni­nie, którego córka nie przeszła eg­za­minów wstępnych; za­ofe­ro­wał jej wa­lizkę pełną pie­niędzy i obie­cał, że zapłaci za wszyst­ko, za co trze­ba – nową salę gim­na­styczną, sale lek­cyj­ne, ba­sen. „Tu­taj tak to nie działa”, od­po­wie­działa mu spe­szo­na dy­rek­tor­ka. W in­nej eli­tar­nej szko­le ro­dzic spy­tał, czy jego he­li­kop­ter może lądować na bo­isku do kry­kie­ta, gdy będzie od­wie­dzać dziec­ko.

Choć większość ro­syj­skich dzie­ci osta­tecz­nie wra­ca do oj­czy­zny, edu­ka­cja w An­glii trak­to­wa­na jest jako in­we­sty­cja na przyszłość. „Wiem, że niektórzy oli­gar­cho­wie za­trud­niają je­dy­nie tych stu­dentów, którzy skończy­li za­chod­nie szkoły”, po­wie­dział Bo­rys Ja­ry­szew­ski, prze­wod­niczący Związku Ro­sjan przy Lon­don Scho­ol of Eco­no­mics6. To do­ty­czy także po­li­tyków. „Znam lu­dzi, których ro­dzi­ce zaj­mują na­prawdę wy­so­kie sta­no­wi­ska w ro­syj­skim rządzie, i oni też stu­diują w Lon­dy­nie”, dodał. „Jed­nak nie by­li­by chy­ba za­do­wo­le­ni, gdy­bym podał ich na­zwi­ska”7. Bar­dzo możliwe, że pew­ne­go dnia Ro­sja – po­dob­nie jak wie­le afry­kańskich i środ­ko­wow­schod­nich państw – wy­bie­rze pre­zy­den­ta, który kształcił się w bry­tyj­skiej pry­wat­nej szko­le.

Wiel­ka Bry­ta­nia od daw­na służy za bez­pieczną przy­stań ro­syj­skim emi­gran­tom i dy­sy­den­tom. Na początku lat 20. XX w. do Lon­dy­nu napływa­li an­ty­car­scy ra­dy­kałowie i co dwa lata od­by­wał się tam kon­gres re­wo­lu­cyj­ny. „New York Ti­mes” do­no­sił, że w cza­sie kon­gresu So­cjal­de­mo­kra­tycz­nej Par­tii Ro­bot­ni­czej Ro­sji (SDPRR) w 1907 r. wy­da­no na­kaz aresz­to­wa­nia pew­ne­go wy­so­kiej ran­gi uczest­ni­ka, Włod­zi­mie­rza Il­ji­cza Le­ni­na. Nagłówek brzmiał: „Sławny re­be­liant w Lon­dy­nie. Jeśli Le­nin powróci do Ro­sji, zo­sta­nie aresz­to­wa­ny – praw­dzi­we na­zwi­sko Ulja­now”. Le­nin nie był stałym wy­gnańcem, lecz w la­tach 1902–1911 od­wie­dził Lon­dyn sześcio­krot­nie. W koście­le Sied­miu Sióstr w Hol­lo­way w północ­nym Lon­dy­nie spo­tkał ro­bot­ników, którzy jego zda­niem „try­skają zapałem do so­cja­li­zmu”, pod­czas gdy w oko­li­cy Whi­te­cha­pel i in­nych re­jo­nach East Endu roiło się od ra­dy­kałów. W cza­sie jed­nej z wi­zyt Le­nin obej­rzał Ham­le­ta w te­atrze The Old Vic, od­wie­dził Kącik Mówców i Na­tio­nal Gal­le­ry. To w Bri­tish Mu­seum w 1902 r. spo­tkał po raz pierw­szy Lwa Troc­kie­go, który właśnie uciekł z Sy­be­rii.

Po re­wo­lu­cji 1917 r. w Lon­dy­nie schro­nie­nie zna­lazło nie­wie­lu bo­ga­tych Ro­sjan – tyl­ko 15 tysięcy do 1919 r. Znacz­nie więcej zbiegło do państw słowiańskich, Ber­li­na i w mniej­szym stop­niu do Fran­cji i Chin, zwłasz­cza Szan­gha­ju. Ci, którzy tra­fi­li do Wiel­kiej Bry­ta­nii, sta­no­wi­li mie­szankę ary­sto­kratów i li­be­ral­nych in­te­lek­tu­alistów, przed­sta­wi­cie­li kla­sy śred­niej. Zna­lazła się wśród nich ro­dzi­na fi­lo­zo­fa Isa­ia­ha Ber­li­na, który przy­był na Wy­spy w 1919 r. i osie­dlił się w mia­stecz­ku Sur­bi­ton w hrab­stwie Sur­rey. Ber­lin stwier­dził pew­ne­go razu: „Je­stem an­glo­fi­lem. Uwiel­biam An­glię. Bar­dzo do­brze mnie tu trak­to­wa­no. Nie zmie­nia to jed­nak fak­tu, że w dal­szym ciągu je­stem ro­syj­skim Żydem”8. Do po­tomków tej pierw­szej fali ro­syj­skich imi­grantów należeli dama He­len Mir­ren (właści­wie Je­le­na Wa­sil­jew­na Mi­ro­no­wa), na­gro­dzo­na Osca­rem za rolę w Królo­wej, oraz li­der Li­be­ral­nych De­mo­kratów Nick Clegg.

W cza­sie zim­nej woj­ny Ro­sja­nie napływa­li do Lon­dy­nu cienką, lecz nie­prze­rwaną strugą. Byli wśród nich dy­sy­den­ci chcący uniknąć zesłania do gułagu i wy­so­kiej ran­gi de­zer­te­rzy z KGB, którzy w Lon­dy­nie ko­niec końców zaczęli za­da­wać się z „białymi Ru­ski­mi” – w większości po­tom­ka­mi tych, którzy ucie­kli z Ro­sji po 1917 r. Ci dru­dzy pro­wa­dzi­li za­zwy­czaj spo­koj­ne życie, świet­nie mówili po an­giel­sku i byli w dużym stop­niu zan­gli­zo­wa­ni. Pod­czas spi­su lud­ności prze­pro­wa­dzo­ne­go w Wiel­kiej Bry­ta­nii w 1991 r. za­re­je­stro­wa­no 27 011 osób, które jako miej­sce uro­dze­nia wska­zały były ZSRR. Większość z nich sta­no­wi­li Ro­sja­nie.

W wy­ni­ku upad­ku blo­ku wschod­nie­go pod ko­niec lat 80. XX w. znacz­nie wzrosło natężenie, z ja­kim Ro­sja­nie napływa­li na Wy­spy: wywołało to nową, nie­spo­ty­ka­nych dotąd roz­miarów falę mi­gra­cji z Ro­sji, byłego ZSRR i państw Eu­ro­py Wschod­niej. W 1991 r. Am­ba­sa­da Wiel­kiej Bry­ta­nii w Mo­skwie wydała 100 wiz oso­bom za­trud­nio­nym w ro­syj­skich fir­mach, stu­den­tom i Ro­sja­nom, którzy poślu­bi­li Bry­tyj­czyków, lecz tyl­ko je­den Ro­sja­nin miesz­kający w Wiel­kiej Bry­ta­nii otrzy­mał oby­wa­tel­stwo. W połowie lat 90. XX w. Lon­dyńczy­cy zaczęli spo­ra­dycz­nie wy­chwy­ty­wać nie­roz­po­zna­wal­ny obcy ak­cent w skle­pie czy na uli­cy – Ro­sja­nie zbie­ra­li się w kil­ku ulu­bio­nych re­stau­ra­cjach i noc­nych klu­bach – lecz poza tym ci wcześni przy­by­sze po­zo­sta­wa­li w dużej mie­rze ano­ni­mo­wi. Stop­nio­wo strużka prze­isto­czyła się w istną powódź. W 2006 r. licz­ba wiz wy­da­nych Ro­sja­nom wzrosła do 250 tysięcy; w tym sa­mym roku 1 830 Ro­sjan otrzy­mało bry­tyj­skie oby­wa­tel­stwo. Be­re­zow­ski przyrównał napływ Ro­sjan do Wiel­kiej Bry­ta­nii w XXI w. do ich ma­so­wej mi­gra­cji do Fran­cji w XIX w. „Kie­dyś ro­syj­scy ary­sto­kra­ci mówili po fran­cu­sku i wyjeżdżali do Fran­cji”, za­uważył. „Współcześni Ro­sja­nie mówią po an­giel­sku i le­piej czują się w An­glii”9.

Do wcze­snych imi­grantów z Ro­sji – głównie pro­fe­sjo­na­listów kla­sy śred­niej, których żadną miarą nie dało się określić mia­nem zamożnych – w ciągu dwóch czy trzech lat dołączy­li przed­sta­wi­cie­le zgoła in­nej war­stwy ro­syj­skie­go społeczeństwa. Nowi Ru­scy, jak na­zy­wa­li ich ro­da­cy, po­ja­wi­li się po raz pierw­szy w la­tach 1993 i 1994. Za­czy­na­li już do­ra­biać się na re­for­mach go­spo­dar­czych Bo­ry­sa Jel­cy­na, złago­dze­niu re­stryk­cji nałożonych na pry­wat­ne przed­siębior­stwa i pierw­szej fali pry­wa­ty­za­cji, choć nie na taką skalę, jak nastąpiło to później. Byli mie­szanką urzędników państwo­wych, ob­rot­nych kan­cia­rzy, lu­dzi z Krem­la i byłych KGB-owców, a także członków nowo po­wstałych ro­syj­skich gangów.

Ci Nowi Ru­scy, którzy za­wsze byli w mniej­szości względem „zwykłych” ro­syj­skich imi­grantów, ge­ne­ral­nie nie przy­by­wa­li do Lon­dy­nu, żeby tu osiąść. Przy­jeżdżali na wi­zach tu­ry­stycz­nych lub biz­ne­so­wych na kon­fe­ren­cje, spo­tka­nia han­dlo­we, za­ku­py czy żeby za­sza­leć. Jak to ujął pe­wien Ro­sja­nin miesz­kający w Lon­dy­nie, który co nie­co o nich wie­dział, „wte­dy nie było co ma­rzyć o prze­nie­sie­niu się na stałe do Lon­dy­nu. Trud­no było zdo­być bez­ter­mi­nową wizę, chy­ba że nie­le­gal­nie, po­zwo­leń na pracę pra­wie nie wy­da­wa­no, a większość z tych lu­dzi mogła za­ro­bić w Mo­skwie o wie­le więcej niż w Lon­dy­nie. Mie­li pie­niądze i przy­jeżdżali tu na ty­dzień czy dwa, żeby je roz­trwo­nić”.

W la­tach 90. XX w. Bry­ta­nia stop­nio­wo łago­dziła swo­je prze­pi­sy wjaz­do­we. Łatwiej było zdo­być wizy tu­ry­stycz­ne i biz­ne­so­we. Władze szczególnie ser­decz­nie witały lu­dzi z na­bi­ty­mi port­fe­la­mi. Chcąc za wszelką cenę przy­ciągnąć in­we­sty­cje za­gra­nicz­ne, rząd na­gi­nał za­sa­dy, żeby sku­sić do przy­jaz­du su­per­bo­ga­czy. „Ge­ne­ral­nie jeśli przy­jeżdżasz z pie­niędzmi, przyj­mują cię z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi”, sko­men­to­wał w 2007 r. John Tin­cey, wi­ce­pre­zes Im­mi­gra­tion Se­rvi­ce Union10.

W 1996 r. kon­ser­wa­tyw­ny rząd Joh­na Ma­jo­ra wpro­wa­dził „wizy dla in­we­storów” z myślą o oso­bach chcących na stałe za­miesz­kać w Zjed­no­czo­nym Króle­stwie i będących w sta­nie za­in­we­sto­wać w kra­ju przy­najm­niej mi­lion funtów. Co naj­mniej 750 tysięcy funtów z tej kwo­ty mu­siało zo­stać ulo­ko­wa­nych w ob­li­ga­cje rządowe lub spółki za­re­je­stro­wa­ne w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Po pięciu la­tach in­we­storzy ci mie­li pra­wo ubie­gać się o po­zwo­le­nie na stały po­byt, a na­wet bry­tyj­skie oby­wa­tel­stwo. Tyl­ko jesz­cze jed­no państwo na świe­cie – Sta­ny Zjed­noczone – wpro­wa­dziło ta­kie roz­wiąza­nie (i to z o wie­le niższą opłatą wstępną), z którego sko­rzy­stało wie­lu zamożnych Ro­sjan: wy­star­czyło, że prze­kroczą wy­ma­ga­ny próg in­we­sty­cji.

Przynęta za­działała. Ro­sja­nie, jak również bo­ga­cze z in­nych państw, przy­by­wa­li tłumnie na Wy­spy. Cy­tując za ma­ga­zy­nem „For­bes” z 2006 r.: „Lon­dyn przy­ciąga eli­ty sław­nych i bo­ga­tych. Może bez­sprzecz­nie po­wie­dzieć o so­bie, że działa ni­czym ma­gnes na świa­to­wych mi­liar­derów”11.

Gdy już tu do­tar­li, no­wo­bo­gac­cy Ro­sja­nie bez żena­dy to­ro­wa­li so­bie pie­niędzmi drogę przez sto­licę. Szyb­ko uza­leżnia­li się od świa­to­we­go, bry­tyj­skie­go sty­lu życia. W Lon­dy­nie hi­sto­ria, kul­tu­ra i oka­zje dla kon­su­mentów chcących szyb­ko roz­stać się z dużą ilością pie­niędzy znaj­dują ucie­leśnie­nie pod po­sta­cią kla­sycz­nych bry­tyj­skich ma­rek, które zdają się mieć wyjątkową moc przy­ciąga­nia. Im bar­dziej tra­dy­cyj­ne, tym bar­dziej nęcące: za­ku­py w Fort­num & Ma­son i Bur­ber­ry, bu­tel­ka por­to za 900 funtów ze skle­pu z wi­na­mi Ber­ry Bros & Rudd w dziel­ni­cy St Ja­mes, her­bat­ka w ka­wiar­ni ho­te­lu Cla­rid­ge’s, ko­la­cja w re­stau­ra­cji Ru­les. Ro­sja­nie szczególnie po­lu­bi­li jesz­cze dwie inne bry­tyj­skie in­sty­tu­cje: czołowe lon­dyńskie domy au­kcyj­ne So­the­by’s i Chri­stie’s. To tu­taj u szczy­tu ar­ty­stycz­ne­go bo­omu połowy pierw­szej de­ka­dy XXI w. prze­li­cy­to­wy­wa­li in­nych ko­lek­cjo­nerów i wiodących między­na­ro­do­wych han­dla­rzy sztu­ki, zgar­niając co­raz to nowe dzieła fran­cu­skich im­pre­sjo­nistów i współcze­snych bry­tyj­skich ma­la­rzy.

Nie­mniej oszałamiająca roz­rzut­ność Ro­sjan nie wy­ni­kała je­dy­nie z pry­mi­tyw­ne­go ma­te­ria­li­stycz­ne­go łak­nie­nia dóbr luk­su­so­wych; wypływała również z fa­ta­li­stycz­ne­go spo­so­bu myśle­nia i ge­ne­ral­nie pe­sy­mi­stycz­ne­go na­sta­wie­nia do życia. Przez stu­le­cia lu­dzie w Ro­sji cier­pie­li strasz­liwą biedę i głód, byli też pod­da­wa­ni bru­tal­nym re­pre­sjom: sza­cu­je się, że za reżimu Sta­li­na życie stra­ciło 20 mi­lionów lu­dzi; ko­lej­ne 1,1 mi­liona zginęło pod­czas sa­me­go oblężenia Sta­lin­gra­du w la­tach 1942–1943. Jesz­cze długo po upad­ku im­pe­rium so­wiec­kie­go mi­liony lu­dzi żyły w stra­chu i po­czu­ciu ciągłej nie­pew­ności. Sy­tu­ację do­dat­ko­wo po­gar­szał sro­gi kli­mat, brak sta­bil­ności go­spo­dar­czej i sko­rum­po­wa­ny sys­tem praw­ny. Na­wet nowi mi­liar­de­rzy i ich ro­dzi­ny oba­wiają się, że ju­tro mogą wszyst­ko stra­cić. Jed­no z ulu­bio­nych po­wie­dzeń Ro­sjan brzmi: „Nig­dy nie mów nig­dy, jeśli cho­dzi o biedę i więzie­nie: i to, i to może cię spo­tkać każdego dnia”. Ro­sjanie wierzą też, że „to, co nie rośnie i się nie roz­wi­ja, jest ska­za­ne na wy­nisz­cze­nie i wy­mar­cie”.

Pośród ro­syj­skich mężczyzn uza­leżnie­nie od wy­da­wa­nia pie­niędzy ma­ni­fe­sto­wało się ko­niecz­nością na­by­wa­nia bajońsko dro­gich jachtów, sa­mo­lotów i aut. „Po­do­ba nam się an­giel­ska kul­tu­ra opar­ta na sa­mo­cho­dzie”, stwier­dził Alek­san­der Pi­ku­len­ko, ko­re­spon­dent do spraw mo­to­ry­za­cji mo­skiew­skiej ra­dio­sta­cji Echo Mo­skwy12. Sza­cu­je się, że w 2007 r. 40 pro­cent aut mar­ki Mer­ce­des-Benz sprze­da­nych w sa­lo­nie w cen­trum Lon­dy­nu tra­fiło do Ro­sjan. Wraz z ich przy­by­ciem na­stały także do­bre cza­sy dla racz­kującego sek­to­ra pry­wat­ne­go lot­nic­twa w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Za ich sprawą dzie­siątki sa­mo­rod­nych przed­siębiorców, ta­kich jak młodzi po­ten­ta­ci branży nie­ru­cho­mości bra­cia Can­dy, z dnia na dzień sta­li się mul­ti­mi­lio­ne­ra­mi.

Na Ro­sjan­ki lon­dyńskie luk­su­so­we skle­py działały jak ma­gnes: urządziły w nich „ru­blową re­wo­lucję”. Oczy­wiście najchętniej robiły za­ku­py w Har­rod­sie: wie­le ro­syj­skich żon – i praw­do­po­dob­nie także większość córek – byłoby najszczęśliw­szych, gdy­by ich mężowie po pro­stu ku­pi­li cały dom to­wa­ro­wy. Wśród ro­syj­skich emi­grantów krąży pe­wien dow­cip: „Bo­ga­ty Ro­sja­nin leżący na łożu śmier­ci wzy­wa do sie­bie żonę: – Olgo, obie­caj mi, że zro­bisz coś dla mnie, kie­dy umrę: przy­rzek­nij, że po­cho­wasz mnie w Har­rod­sie. Zszo­ko­wa­na, zapłaka­na żona błaga go, żeby prze­myślał de­cyzję: prze­cież stać go na wy­bu­do­wa­nie własne­go mau­zo­leum w Mo­skwie. – Nie, nie, nie – ob­sta­je przy swo­im umie­rający. – Nie ro­zu­miesz? Jeśli będę po­cho­wa­ny w Har­rod­sie, przy­najm­niej będę mieć pew­ność, że będziesz mnie od­wie­dzać cho­ciaż raz w ty­go­dniu”. Za­raz za Har­rod­sem pla­su­je się dom to­wa­ro­wy Ha­rvey Ni­chols znaj­dujący się przy tej sa­mej uli­cy, gdzie w szczy­to­wym mo­men­cie na pięciu piętrach za­trud­nia­no sześć sprze­daw­czyń mówiących po ro­syj­sku.

Po biżute­rię żony i ko­chan­ki oli­garchów udają się do West Endu. Nie­mal każdy sklep przy Old Bond Stre­et za­trud­nił osobę znającą ro­syj­ski. Naj­bar­dziej pre­stiżowi ju­bi­le­rzy, jak Asprey i Theo Fen­nell, za­wdzięcza­li znaczący wzrost do­chodów od­no­to­wa­ny pod ko­niec lat 90. XX w. po­sze­rzającemu się gro­nu ro­syj­skich klientów, wy­ka­zujących wyjątko­we zamiłowa­nie do nie­bo­tycz­nie dro­giej, nie­po­wta­rzal­nej biżute­rii od zna­nych pro­jek­tantów. Żony ro­syj­skich bo­ga­czy bez mru­gnięcia okiem wy­da­wały 5 tysięcy funtów na to­rebkę ze skóry ali­ga­to­ra czy 90 tysięcy funtów na pierścio­nek z dia­men­tem. „Za­cho­wują się jak dzie­ci w skle­pie ze słody­cza­mi”, za­uważył pe­wien sprze­daw­ca.

Po po­ran­ku spędzo­nym na jeżdżeniu od jed­ne­go do dru­gie­go skle­pu z mar­kową damską modą szo­fe­rzy od­wo­zi­li żony i córki na lunch do her­ba­ciar­ni i re­stau­ra­cji w ro­syj­skim sty­lu: Roka przy Char­lot­te Stre­et, Tro­ika w Prim­ro­se Hill lub Fi­fth Flo­or Re­stau­rant w domu to­wa­ro­wym Ha­rvey Ni­chols. Ich mężowie lu­bi­li wpaść na wcze­sne­go drin­ka do któregoś z ho­te­lo­wych barów w Do­rche­ster lub La­nes­bo­ro­ugh. Następnie uda­wa­li się na ko­lację do jed­nej z naj­droższych i naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nych re­stau­ra­cji w mieście, jak Le Ga­vro­che czy Ci­pria­ni w dziel­ni­cy May­fa­ir. Na­wet będąc na dru­gim krańcu świa­ta, ro­syj­scy su­per­bo­ga­cze nie mie­li żad­ne­go pro­ble­mu z za­spo­ko­je­niem każdej swo­jej za­chcian­ki. Pew­ne­go dnia późnym popołudniem prze­by­wający właśnie w Baku Ro­man Abra­mo­wicz oznaj­mił swo­je­mu asy­sten­to­wi, że zjadłby na ko­lację su­shi. Asy­stent złożył zamówie­nie za 1,2 tysiąca funtów w re­stau­ra­cji Ubon z Ca­na­ry Wharf – fi­lii mod­ne­go japońskie­go lo­ka­lu Nobu przy Park Lane. Po je­dze­nie pod­je­cha­no li­mu­zyną, którą szo­fer prze­wiózł zamówie­nie na lot­ni­sko Lu­ton, skąd zo­stało prze­trans­por­to­wa­ne pry­wat­nym sa­mo­lo­tem do Abra­mo­wicza do od­da­lo­ne­go o bez mała 5 tysięcy ki­lo­metrów Azer­bejdżanu13. Przy kosz­cie ope­ra­cji sza­co­wa­nym na 40 tysięcy funtów mu­siało to być jed­no z naj­droższych zamówień na wy­nos w hi­sto­rii.

Za całym tym blich­trem, prze­py­chem i do­bro­by­tem skry­wała się dru­ga stro­na ro­syj­skiej in­wa­zji na Wy­spy. Po­ja­wie­nie się Ro­sjan mogło tchnąć w Lon­dyn nowe życie pod względem fi­nan­so­wym, lecz jed­no­cześnie spra­wiło, że sto­li­ca An­glii prze­mie­niła się w posępną ko­lo­nię Mo­skwy. Choć pra­cow­ni­cy City, pro­du­cen­ci to­warów luk­su­so­wych i po­ten­ta­ci ryn­ku nie­ru­cho­mości byli nie­zmier­nie szczęśliwi z po­wo­du przy­by­cia ro­syj­skich ma­gnatów, nie są oni har­mo­nijną społecz­nością. Za ma­so­wym szałem wy­da­wa­nia pie­niędzy skry­wa się mrocz­ny świat oso­bi­stych waśni i sporów. Większość Ro­sjan jest w sta­nie woj­ny ze swo­imi ro­da­ka­mi i Rosją jako taką. W re­zul­ta­cie wie­lu nie­gdy­siej­szych przy­ja­ciół i part­nerów biz­ne­so­wych stało się za­przy­sięgłymi pu­blicz­ny­mi wro­ga­mi.

Gra to­czy się o ak­ty­wa war­te mi­liar­dy funtów. „Oni są bez­względni”, po­wie­dział pe­wien człowiek, który re­gu­lar­nie robił in­te­re­sy z naj­bo­gat­szy­mi Ro­sja­na­mi. „Ich słowo nic nie zna­czy. Wykołują cię przy pierw­szej oka­zji. Tam pa­nu­je pra­wo dżungli. Często są so­bie win­ni masę pie­niędzy”.

Wraz z nimi do Wiel­kiej Bry­ta­nii za­wi­tały więc również pew­ne szpet­niej­sze aspek­ty państwa ro­syj­skie­go. „W ślad za oli­gar­cha­mi przy­była po­li­ty­ka. To dla­te­go wszy­scy oni przed­siębiorą tak da­le­ko po­su­nięte i kosz­tow­ne środ­ki ostrożności”, wyjaśnia inny biz­nes­men.

Nie­gdyś bez­względne ba­ta­lie po­li­tycz­ne i biz­ne­so­we o kon­trolę nad bo­ga­ty­mi ro­syj­ski­mi za­so­ba­mi ropy, gazu i su­rowców mi­ne­ral­nych ogra­ni­czały się do sa­mej Ro­sji. Stop­nio­wo jed­nak te za­ciekłe oso­bi­ste i kor­po­ra­cyj­ne woj­ny roz­lały się też na Wielką Bry­ta­nię. Przez jakiś czas po­zo­sta­wały nie­zau­ważone, przy­najm­niej przez prasę i opi­nię pu­bliczną, choć nie przez służby bez­pie­czeństwa. Już w grud­niu 2006 r., gdy były funk­cjo­na­riusz KGB i dy­sy­dent Alek­san­der Li­twi­nien­ko umarł długą, bo­lesną i pu­bliczną śmier­cią w lon­dyńskim szpi­ta­lu w wy­ni­ku za­tru­cia po­lo­nem, ujaw­niły się w pełni im­pli­ka­cje za­bie­ga­nia o względy ro­syj­skich mi­liar­derów i opo­zy­cjo­nistów. Bry­tyj­ski rząd łaknął ich pie­niędzy, ale swo­je za­jadłe bra­tobójcze ba­ta­lie mie­li to­czyć poza gra­ni­ca­mi kra­ju. Zabójstwo Li­twi­nien­ki ujaw­niło słabość tej stra­te­gii do­bro­dusz­nej to­le­ran­cji.

Jak to ujął pe­wien Ro­sja­nin, który zna oso­biście kil­ku oli­garchów, „rządowi Wiel­kiej Bry­ta­nii może być wszyst­ko jed­no, jak ci goście za­ro­bi­li te wszyst­kie pie­niądze i ja­kie mają nie­cne za­mia­ry, tak długo, jak będą załatwiać swo­je szem­ra­ne in­te­re­sy poza Wy­spa­mi. Tyle tyl­ko, że tak to nie działa. Nie da się otwo­rzyć dla nich gra­nic i ocze­ki­wać, że żaden po­dej­rza­ny typ nie waży się prze­kro­czyć kanału La Man­che”.

Pro­fe­sor Ro­bert Se­rvi­ce z St An­to­ny’s Col­le­ge w Oxfor­dzie, wiodący an­giel­ski znaw­ca hi­sto­rii Ro­sji, zga­dza się z tym stwier­dze­niem: „Bry­tyj­ski rząd współpra­co­wał z lon­dyńskim City w za­pew­nie­niu spo­koj­nej przy­sta­ni ro­syj­skim biz­nes­me­nom, którzy po­trze­bo­wa­li wy­wieźć pie­niądze z oj­czy­zny. Bar­dziej powściągli­wy Nowy Jork i Stut­t­gart nie przystąpiły do ry­wa­li­za­cji o ro­syj­ski ka­pi­tał. Bry­ta­nia nie za­da­je zbyt wie­lu pytań na te­mat po­cho­dze­nia nagłego bo­gac­twa Ro­sjan. Stąd płatni zabójcy, którzy co i rusz do­bi­jają do na­szych brzegów, żeby nie prze­bie­rając w środ­kach, załatwić wewnętrzne po­ra­chun­ki”14.

Roz­dział 2Klub ro­syj­skich mi­liar­derów

„Nie da się za­prze­czyć, że choć set­ki lu­dzi nabiły so­bie kab­zy, 150 mi­lionów Ro­sjan żyje te­raz w kra­ju, który sprze­dał swo­je bo­gac­twa mi­ne­ral­ne za miskę so­cze­wi­cy”15.

Do­mi­nic Mid­gley i Chris Hut­chins, 2005 r.

W 2002 r. na ekra­ny kin wszedł ro­syj­ski film pt. Oli­gar­cha. Główny bo­ha­ter, Płaton Ma­kow­ski, był młodym ide­alistą – pra­cow­ni­kiem na­uko­wym, który po­rzu­cił stu­dia na rzecz szem­ra­ne­go świat­ka biz­nes­menów ery post­so­wiec­kiej. Obmyślił wie­le trans­ak­cji na gra­ni­cy le­gal­ności, które po­zwo­liły mu prze­chy­trzyć prze­ciw­ników: ro­syj­skie służby spe­cjal­ne. Naj­pierw w oka­mgnie­niu stał się jed­nym z naj­bo­gat­szych lu­dzi w Ro­sji z władzą fi­nan­sową i po­li­tyczną równą sa­me­mu państwu; po­tem – ry­wa­lem i za­przy­sięgłym wro­giem rządu.

Ak­cja fil­mu roz­gry­wa się w cza­sie za­wi­ro­wań go­spo­dar­czych wywołanych upad­kiem ko­mu­ni­zmu. Oli­gar­cha to ob­ra­zo­wa, choć fik­cyj­na, hi­sto­ria grup­ki biz­nes­menów, którzy przejęli majątek państwa. Są oni jed­nak przed­sta­wie­ni także jako wi­zjo­ne­rzy i siła napędowa kra­ju, który był spa­ra­liżowa­ny stra­chem przed zmianą. Jak za­uważył ma­ga­zyn „New Yor­ker”:

Płaton, nie­gdyś miłujący wol­ność ide­ali­sta, użył swo­je­go ge­niu­szu, aby stać się po­two­rem, bez wa­ha­nia poświęcającym ideały i naj­bliższych przy­ja­ciół. To tra­ge­dia wy­bit­nie uta­len­to­wa­nej jed­nost­ki uosa­biającej wszyst­ko to co naj­bar­dziej kre­atyw­ne w no­wej Ro­sji, a jed­no­cześnie wszyst­ko to co naj­gor­sze dla kra­ju, który spry­wa­ty­zo­wał dla własne­go zy­sku16.

Film opar­ty na po­wieści pt. Bol­sza­ja paj­ka Ju­li­ja Du­bo­wa, który później pra­co­wał dla Be­re­zow­skie­go, pobił w Ro­sji re­kor­dy oglądal­ności. W cza­sie pro­jek­cji spośród wi­dow­ni co chwi­la padały stłumio­ne okrzy­ki obu­rze­nia na wi­dok nie­przy­zwo­ite­go bo­gac­twa członków kli­ki. Losy Płato­na przyrówny­wa­no do wcze­snych lat jed­ne­go z naj­bar­dziej osławio­nych oli­garchów w kra­ju: Bo­ry­sa Be­re­zow­skie­go. Główny bo­ha­ter, w rolę którego wcie­lił się ro­syj­ski sym­bol sek­su – Władi­mir Masz­kow, zo­stał przed­sta­wio­ny ra­czej w do­brym świe­tle: jako ko­chający wol­ność pa­trio­ta, który w pew­nym mo­men­cie po­przy­siągł so­bie, że prędzej pójdzie do więzie­nia, niż opuści Rosję.

Owszem, w fil­mie jest kil­ka strze­la­nin; nie wyjaśnia on jed­nak, w jaki sposób tak wąska grup­ka lu­dzi w tak krótkim cza­sie zbiła for­tu­ny. Be­re­zow­ski przy­znał, że fabuła opie­ra się – choć dość luźno – na jego własnych początkach. Za­pro­sił na­wet reżyse­ra do swo­je­go domu w Lon­dy­nie na pro­jekcję fil­mu. Po­wie­dział po­tem re­por­te­ro­wi BBC: „Uważam, że jako dzieło sztu­ki film jest dość pry­mi­tyw­ny. Nie­mniej do­ce­niam wysiłek twórców w zro­zu­mie­nie lu­dzi ta­kich jak ja. To pierw­sza próba współcze­snej ro­syj­skiej ki­ne­ma­to­gra­fii, aby do­trzeć do po­bu­dek kie­rującymi ludźmi u szczy­tu władzy, którzy napędza­li re­for­my i wprowadza­li zmia­ny, za­miast się im pod­da­wać”17.

Gdy przed­sta­wi­cie­le no­wej gru­py ro­syj­skich su­per­bo­ga­czy zaczęli przy­jeżdżać do Lon­dy­nu na ma­sową skalę i wy­ra­biać so­bie re­pu­tację, za­in­try­go­wa­li bry­tyjską opi­nię pu­bliczną: „Lu­bi­my ich ob­ser­wo­wać, bo za­dzi­wia nas, jak to się stało, że lu­dzie, którzy nie tak daw­no sta­li w ko­lej­kach po chleb, są w sta­nie zgarnąć sprzed nosa naj­większym bo­ga­czom z resz­ty świa­ta naj­wspa­nial­sze domy w całej Bry­ta­nii”, wy­ja­wił nam pe­wien agent nie­ru­cho­mości z May­fa­ir.

Be­re­zow­ski, te­raz lek­ko po sześćdzie­siątce, jest wy­star­czająco sta­ry, żeby pamiętać ko­lej­ki po chleb w swo­jej oj­czyźnie, lecz jako do­rosły nie wiódł już tak skrom­nej eg­zy­sten­cji. Oli­gar­cha, nie­gdyś zna­ny pod pseu­do­ni­mem Sza­ry Kar­dy­nał ze względu na wpływy na Krem­lu, nie miał żad­nych za­ha­mo­wań, jeśli cho­dzi o wy­da­wa­nie pie­niędzy. W 1995 r. kupił so­bie oka­załą pod­mo­skiewską re­zy­dencję z pełną obsługą i zgro­ma­dził całą flotę spor­to­wych sa­mo­chodów. Za­gu­sto­wał w do­brych wi­nach i palił je­dy­nie naj­lep­sze cy­ga­ra. Jego bez­wstyd­ny styl życia wkrótce stał się przed­mio­tem le­gend: oto człowiek wiodący życie, które przed re­wo­lucją było wyłączną do­meną ro­syj­skiej ary­sto­kra­cji.

Be­re­zow­ski, którego majątek sza­co­wa­no wówczas na 1,5 mi­liar­da funtów, stał się uoso­bie­niem „ro­syj­skie­go oli­gar­chy”. Był tak potężny, że wiosną 1996 r. mógł się szczy­cić, iż wraz z sześcio­ma in­ny­mi oso­ba­mi kon­tro­lu­je 50 pro­cent ro­syj­skiej go­spo­dar­ki18. Prze­sa­dzał, lecz prawdą jest, że począwszy od wcze­snych lat 90. XX w.

Ro­sja szyb­ko prze­mie­niła się z go­spo­dar­ki cen­tral­nie ste­ro­wa­nej w państwo, gdzie trzy­dzieści kil­ka osób miało pod kon­trolą dwa stra­te­gicz­ne ob­sza­ry: za­so­by na­tu­ral­ne i przetwórstwo. Ro­sja błyska­wicz­nie prze­kształcała się z dyk­ta­tu­ry w społeczeństwo nie tyl­ko będące w dużej mie­rze własnością wąskiej eli­ty su­per­bo­ga­czy, lecz również dzierżące – przy­najm­niej przez chwilę – ogromną władzę po­li­tyczną.

Określe­nia „oli­gar­cha” po raz pierw­szy użyto w Ro­sji 13 paździer­ni­ka 1992 r., gdy należący do Cho­dor­kow­skie­go bank Me­na­tep ogłosił, że pla­nu­je świad­czyć usługi na rzecz „fi­nan­so­wej i prze­mysłowej oli­gar­chii”, czy­li klientów po­sia­dających pry­wat­ne środ­ki w wy­so­kości co naj­mniej 10 mi­lionów do­larów. W połowie lat 90. XX w. słowo to było już w po­wszech­nym użyciu w całej Ro­sji.

Pojęcie to wy­wo­dzi się ze sta­ro­grec­kiej fi­lo­zo­fii po­li­tycz­nej. Zarówno Pla­ton w dzie­le Państwo, jak i Ary­sto­te­les w roz­pra­wie Po­li­ty­ka opo­wia­dają się ra­czej za rządami eli­ty, a nie de­mo­kra­tycz­nej woli ludu. W V w.n.e. „oli­gar­cha” ozna­czał ak­tyw­ne­go prze­ciw­ni­ka de­mo­kra­cji ateńskiej; władzę w Gre­cji kil­ka­krot­nie przej­mo­wały wówczas bru­tal­ne oli­gar­chicz­ne rządy, które miały zwy­czaj wy­rzy­na­nia swo­ich de­mo­kra­tycz­nych opo­nentów.

Po­dob­nie jak ich sta­ro­grec­cy od­po­wied­ni­cy, mało który spośród dzi­siej­szych ro­syj­skich oli­garchów zbił for­tunę pracą własnych rąk; większość z nich do­ro­biła się na wewnętrznych in­try­gach po­li­tycz­nych i eks­plo­atując słabe punk­ty rządów pra­wa. Napędza­ni żądzą pie­niędzy oraz władzy, za­garnęli większość bo­gactw na­tu­ral­nych i hi­sto­rycz­nych państwa, ma­ni­pu­lując pro­ce­sem pry­wa­ty­za­cji prze­pro­wa­dzo­nym po upad­ku ZSRR.

Gdy w 1992 r. Bo­rys Jel­cyn zastąpił Mi­chaiła Gor­ba­czo­wa na sta­no­wi­sku pre­zy­den­ta, Ro­sja weszła w ko­lej­ny wiraż swo­jej zawiłej hi­sto­rii. Po­ja­wiły się pro­ble­my ze zby­ciem su­rowców na­tu­ral­nych, których kraj miał aż nad­to, bra­ko­wało żywności, a ro­syj­ski sys­tem ban­ko­wy cier­piał z po­wo­du chro­nicz­ne­go bra­ku płynności. Nie­gdyś znie­na­wi­dzo­ne Sta­ny Zjed­no­czo­ne – w Ro­sji określane mia­nem główne­go wro­ga – z przejęciem ob­ser­wo­wały rozwój wy­padków. W ciągu za­le­d­wie kil­ku ty­go­dni do­rad­cy z Między­na­ro­do­we­go Fun­du­szu Wa­lu­to­we­go i Ban­ku Świa­to­we­go po­ro­zu­mie­li się z wpływo­wy­mi ro­syj­skimi eko­no­mi­sta­mi-re­for­mi­sta­mi mającymi kon­tak­ty na Krem­lu, aby prze­ko­nać Jel­cyna do wpro­wa­dze­nia w pełni swo­bod­nej go­spo­dar­ki wol­no­ryn­ko­wej, cze­mu miała to­wa­rzy­szyć ma­so­wa pry­wa­ty­za­cja majątku Skar­bu Państwa. Był to ra­dy­kal­ny, prze­pro­wa­dzo­ny w sza­leńczym tem­pie pro­ces „odwróco­ne­go mark­si­zmu”.

Jak się później oka­zało, była to ko­lej­na re­gu­lar­na re­wo­lu­cja – choć tym ra­zem od ko­mu­ni­zmu do ka­pi­ta­li­zmu – trwająca trzy po­ko­le­nia. „Ro­sja była spłuka­na. Pod ko­niec 1991 r. ist­niały re­al­ne oba­wy, że nie uda się wyżywić lud­ności przez ko­lej­ny rok”, wyjaśnia Ja­mes Col­lins, były Am­ba­sa­dor USA w Ro­sji. „Rząd stra­cił kon­trolę nad wa­lutą, po­nie­waż lu­dzie dru­ko­wa­li pie­niądze w in­nych re­pu­bli­kach. Ta po­li­ty­ka, na­zwa­na później te­ra­pią wstrząsową, była oma­wia­na wewnątrz [rządu USA], ale nikt nie wstał i nie krzyknął: Hej, nie róbcie tego! Cały sys­tem się roz­pa­dał. Sy­tu­ację naj­traf­niej pod­su­mo­wał mój po­przed­nik, am­ba­sa­dor Ro­bert Strauss, który po­wie­dział: «Byli jak dwie mrówki na ogrom­nej kłodzie płynącej z prądem w dół rze­ki, kłócące się, która ste­ru­je»”.