Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 374 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Londyn 1967 - Piotr Szarota

Ebook nie zawiera fotografii.

Swoisty bedeker, ale nie turystyczny, lecz intelektualny, o złożonej strukturze i tylko pozornie dotyczący wyłącznie konkretnego miasta w historycznym momencie. Dwanaście miesięcy roku 1967 i wydarzenia dziejące się wówczas w Londynie to ledwie punkt wyjścia, jako że narracja nieustannie sięga w przeszłość i podpowiada też, co działo się później. Z ludźmi przede wszystkim, ich działalnością, ale także, jak zmieniał się sam Londyn, Anglia i kultura Zachodu.

Obserwujemy, jak w którymś z miesięcy roku 1967 radzą sobie na londyńskiej scenie konkretne osoby, wywodzące się z różnych stron świata (nie brakuje wśród nich znanych i nieznanych Polek i Polaków!), stając się historią, która wówczas się pisała. To także szkice z historii psychologii i psychoanalizy, symbolizowane głośnymi wówczas nazwiskami, portrety gwiazd rocka i pop, mody, malarstwa i sztuk wizualnych, działalności klubowej, ikon seksu i pornografii, krótsze i dłuższe opowieści o pisarzach, poetach, reżyserach, fotografach, hetero- i homoseksualnych związkach (te ostatnie to pretekst do przypomnienia, jak restrykcyjne było prawo brytyjskie jeszcze w połowie lat sześćdziesiątych…), fascynacji narkotykami wszelkiej proweniencji, kontrowersjach wokół wojny wietnamskiej i działalności Bertranda Russella i Isaiaha Berlina. Poznamy wyimki z ówczesnej historii The Beatles, The Rolling Stones, Pink Floyd, Davida Bowie’ego (wówczas Jonesa), The Who, ale także – Bee Gees….

Nie sposób zwięźle zrelacjonować zawartości tego intelektualno-obyczajowego bedekera. Warto jednak podkreślić, iż rzecz jest znakomicie napisana, gęsta, lecz przejrzysta, skrząca się od detali, nieskąpiąca przy tym szerszej refleksji nad blaskami i cieniami kontrkultury brytyjskiej, która właśnie w Londynie miała jedną ze swoich stolic, choć lato miłości roku 1967 miało miejsce za oceanem. Piotr Szarota bardzo dyskretnie ujawnia własną kompetencję badawczą jako psycholog i badacz obyczajowości, pozwalając prezentować się swoim bohaterom i podpowiadając czytelnikom kolejne tropy interpretacji ówczesnej rzeczywistości. Mówi nam: działo się!

prof. Wojciech Burszta

Opinie o ebooku Londyn 1967 - Piotr Szarota

Fragment ebooka Londyn 1967 - Piotr Szarota

Opracowanie ‌graficzne: Andrzej Barecki

Redakcja: Leszek ‌Kamiński/ADK Media

Korekta: Jolanta ‌Spodar

Indeks: Anna Dorota Kamińska

Recenzja ‌wydawnicza: ‌prof. dr ‌hab. ‌Wojciech J. Burszta

Fotografia ‌na obwolucie ‌© ‌East ‌News/Keystone Pictures

Ebook ‌nie ‌zawiera fotografii z wydania ‌papierowego książki

ISBN ‌978-83-244-0466-7

Copyright © ‌by Wydawnictwo Iskry, ‌Warszawa 2016

Copyright © ‌by Piotr Szarota

Wydawnictwo ‌Iskry al. Wyzwolenia ‌18

00-570 Warszawa

tel. 22 827 94 15

iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji ‌do wersji elektronicznej

Spis rzeczy

Wstęp

Osoby

Styczeń

Luty

Marzec

Kwiecień

Maj

Czerwiec

Lipiec

Sierpień

Wrzesień

Październik

Listopad

Grudzień

Podziękowania

Indeks

Bibliografia

Przypisy

Pamięci mojej ‌ciotki, Barbary Manteuffel-Devaris ‌(1932–1989), Angielki ‌z wyboru, dzięki której mogłem ‌po raz pierwszy ‌zobaczyć Londyn
Wstęp

Tytuł ‌książki może ‌sugerować, że mamy ‌do czynienia z opracowaniem ‌o charakterze przewodnika, tyle ‌tylko, że dotyczącego Londynu sprzed ‌lat niemal pięćdziesięciu. ‌Dobry to trop, ‌ale równocześnie wielce ‌złudny. Piotr Szarota zaproponował ‌bowiem – owszem ‌– swoisty bedeker, ‌ale nie turystyczny, ‌lecz intelektualny, ‌o złożonej strukturze i tylko ‌pozornie ‌dotyczący wyłącznie ‌konkretnego miasta w historycznym momencie. ‌Kanwą opowieści autora jest ‌oczywiście ‌Londyn ‌jako miejsce, aliści nie ‌w sensie abstrakcyjnego topos, lecz ‌– ‌by pozostać przy grece ‌– chora, ‌czyli ‌jako ‌miejsce egzystencjalne, ‌ze wszystkimi ‌cechami czyniącymi je wyjątkowym. ‌To jednak tylko ‌pretekst, ‌jakby ‌rama obrazu dla ‌tego, co dalej, szerzej ‌i głębiej ‌pragnie ‌nam autor powiedzieć. ‌Dwanaście miesięcy roku ‌1967 i wydarzenia dziejące się ‌wówczas ‌w Londynie to ledwie punkt ‌wyjścia, jako że narracja ‌nieustannie sięga w przeszłość i podpowiada ‌też, ‌co działo się ‌później. Z ludźmi przede wszystkim, ‌ich działalnością, ‌ale także, ‌jak ‌zmieniał się sam Londyn, Anglia i kultura Zachodu.

Londyn 1967 ma konstrukcję „pretekstową” z tego względu, iż autor skupia się na wydarzeniach i postaciach, które zakotwiczone są w kolejnych miesiącach londyńskiego genius loci, ale „pod płaszczykiem” konwencjonalnego opisu kryje się, jak się rzekło, prawdziwa opowieść. Przypomnijmy, że „pretekst” ma dwa znaczenia; oznacza albo zmyślony, błahy powód ukrywający prawdziwe i istotne przyczyny lub cele jakiegoś działania, albo wywołaną jakimś zdarzeniem okazję do wypowiedzenia się. W tym wypadku w grę wchodzi ten drugi sens pretekstu. Tak więc, dajmy na to, pojawienie się nad Tamizą bohatera i jego londyńskie peregrynacje, spotkania, uwikłanie w towarzyskie układy, dole i niedole to pretekst właśnie do przedstawienia jego/jej biografii i twórczości, wpisania jej w kulturowe i obyczajowe tło powojennego (a niekiedy jeszcze w realia sprzed drugiej wojny światowej) świata, który zmieniał się, by w roku 1967 i 1968 przybrać postać apogeum legendarnych „swingujących” lat sześćdziesiątych, z ich rozchwianą moralnością, kontrkulturowym blichtrem i niebywałą energią twórczą. Obserwujemy, jak w którymś z miesięcy roku 1967 radzą sobie na londyńskiej scenie konkretne osoby, wywodzące się z różnych stron świata (nie brakuje wśród nich znanych i nieznanych Polek i Polaków!), stając się historią, która wówczas pisała się w chora Londynu. To także opowieść o zmieniającej się Anglii, szkice z historii psychologii i psychoanalizy, symbolizowane głośnymi wówczas nazwiskami, portrety gwiazd rocka i pop, mody, malarstwa i sztuk wizualnych, działalności klubowej, ikon seksu i pornografii, krótsze i dłuższe opowieści o pisarzach, poetach, reżyserach, fotografach, hetero- i homoseksualnych związkach (te ostatnie to znów pretekst do przypomnienia, jak restrykcyjne było prawo brytyjskie jeszcze w połowie lat sześćdziesiątych...), fascynacji narkotykami wszelkiej proweniencji, kontrowersjach wokół wojny wietnamskiej i działalności Bertranda Russella i Isaiaha Berlina. Poznamy wyimki z ówczesnej historii The Beatles, The Rolling Stones, Pink Floyd, Davida Bowiego (wówczas Jonesa), The Who, ale także – Bee Gees...

Nie sposób zwięźle zrelacjonować zawartości tego intelektualno-obyczajowego bedekera. Warto jednak podkreślić, iż rzecz jest znakomicie napisana, gęsta, lecz przejrzysta, skrząca się od detali, nieskąpiąca przy tym szerszej refleksji nad blaskami i cieniami kontrkultury brytyjskiej, która właśnie w Londynie miała jedną ze swoich stolic, choć lato miłości roku 1967 miało miejsce za oceanem. Piotr Szarota bardzo dyskretnie ujawnia własną kompetencję badawczą jako psycholog i badacz obyczajowości, pozwalając prezentować się swoim bohaterom i podpowiadając czytelnikom kolejne tropy interpretacji ówczesnej rzeczywistości. Mówi nam: działo się! Ale także: warto sięgnąć pamięcią w minione realia, by zobaczyć, jak Londyn, także za sprawą tego ważnego roku, stawał się globalną stolicą kultury, mekką artystów i chora szczególnym.

Polecam tę książkę jako inteligentnie pomyślany i takoż zrealizowany zamysł autorski o walorach zarówno poznawczych, jak i artystycznych. To nie jest kolejna nostalgiczna książka o kontrkulturze i kontestacji, ale swoisty raport z – by użyć określenia Maksa Webera – żywych stanów kultury (i świadomości) optymistycznych lat z historii Zachodu, kiedy wszystko wydawało się możliwe, a walka starego porządku z nowymi pomysłami uwolnienia się z oków mieszczańskich norm i zasad przepajała niemal wszystkie dziedziny życia. Luneta skierowana na Londyn roku 1967 to studium przypadku i przybliżenie, jak to wszystko wyglądało.

Prof. dr hab. Wojciech Józef Burszta

KATEDRA ANTROPOLOGII KULTURY INSTYTUT KULTUROZNAWSTWA UNIWERSYTET SWPS

Milanówek, 13 czerwca 2016 roku

Osoby

Kingsley Amis (1922–1995), angielski pisarz, znany przede wszystkim z powieści Jim szczęściarz. Ojciec Martina Amisa (ur. 1949), przyszłego powieściopisarza. W 1967 r. Kingsley kończy 45 lat, zaś Martin obchodzi osiemnaste urodziny.

Michelangelo Antonioni (1912–2007), jeden z najwybitniejszych włoskich reżyserów XX wieku, w 1966 r. przyjechał do Londynu, aby nakręcić film, który przyniesie mu światową sławę – Powiększenie. Główną rolę zagrał w nim nieznany dotąd aktor David Hemmings (1941–2003). W 1967 r. Antonioni kończy 55 lat, Hemmings 26 lat.

David Bailey (ur. 1938), najsłynniejszy fotograf angielski lat 60., pierwowzór postaci Thomasa, bohatera Powiększenia. W 1967 r. kończy 29 lat.

Roger Keith „Syd” Barrett (1946–2006), współzałożyciel zespołu Pink Floyd, znany koneser mody psychodelicznej i substancji psychoaktywnych. W 1967 r. kończy 21 lat.

Peter Blake (ur. 1932), malarz angielski, jeden z najważniejszych twórców pop-artu, który międzynarodową sławę zyskał dzięki projektowi okładki do albumu Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. W 1967 r. kończy 35 lat.

David Bowie, właśc. David Robert Jones (1947–2016), jeden z najwybitniejszych brytyjskich muzyków rockowych. W 1967 r. jako dwudziestolatek wydaje pierwszą solową płytę.

Anthony Burgess (1917–1993), jeden z najwybitniejszych pisarzy angielskich XX wieku, autor słynnej Mechanicznej pomarańczy. W 1967 r. kończy 50 lat.

William S. Burroughs (1914–1997), jeden z najwybitniejszych pisarzy awangardowych XX wieku, autor kultowego Nagiego lunchu. W 1967 r. kończy 53 lata.

Angela Carter (1940–1992), jedna z najoryginalniejszych pisarek angielskich XX wieku, kojarzona z ruchem feministycznym. W 1967 r. dwudziestosiedmioletnia Carter wydaje swoją drugą powieść Magiczny sklep z zabawkami.

Charles Chaplin (1889–1977), urodzony w Londynie legendarny aktor, reżyser i kompozytor. W 1967 r. kończy 78 lat; premierę ma wtedy jego ostatni film Hrabina z Hongkongu.

Richard Dawkins (ur. 1941), angielski zoolog i etolog, któremu sławę przyniosła książka Samolubny gen, znany też jako zacięty przeciwnik religii. W 1967 r. kończy 26 lat.

Marianne Faithfull (ur. 1946), znakomita angielska piosenkarka, wnuczka edukatora seksualnego Theodore’a Faithfulla (1885–1973). W latach 60. zasłynęła przede wszystkim jako narzeczona Micka Jaggera (ur. 1943). W 1967 r. Marianne kończy 21 lat, Mick 24.

Leonor Fini (1907–1996), włoska malarka działająca głównie we Francji, przez kilkadziesiąt lat związana ze znakomitym polskim eseistą Konstantym Jeleńskim. W 1967 r. kończy 60 lat i przyjeżdża do Londynu na otwarcie wystawy w Hanover Gallery.

Germaine Greer (ur. 1939), australijska pisarka feministyczna, autorka Kobiecego eunucha. W 1967 r. kończy 28 lat.

Jimi Hendrix (1942–1970), prawdopodobnie najwybitniejszy gitarzysta rockowy XX wieku. We wrześniu 1966 r. przyjeżdża do Anglii, aby w kilka miesięcy rzucić Londyn na kolana. W 1967 r. kończy 25 lat.

David Hockney (ur. 1937), jeden z najwybitniejszych żyjących artystów angielskich, w latach 60. w szpagacie pomiędzy Londynem a Los Angeles; w 1967 r. kończy 30 lat.

L. Ron Hubbard (1911–1986), założyciel tzw. Kościoła Scjentologicznego, w latach 1959–1967 aktywny głównie w Wielkiej Brytanii. W 1967 r. kończy 56 lat.

Barbara Hulanicki (ur. 1936), urodzona w Warszawie brytyjska projektantka, szefowa jednego z najmodniejszych londyńskich butików – Biba. W 1967 r. kończy 31 lat.

Stanislas Klossowski (ur. 1942), syn słynnego malarza Balthusa, arbiter elegancji w epoce Swinging Sixties; w 1967 r. kończy 25 lat.

Ronald „Ronnie” (1933–1995) i Reginald „Reggie” Kray (1933–2000), słynni londyńscy gangsterzy utrzymujący ożywione kontakty ze światkiem artystycznym; w 1967 r. obchodzili wspólnie 34 urodziny, po raz ostatni na wolności.

Oskar Kokoschka (1886–1980), austriacki artysta, prekursor ekspresjonizmu, od 1946 r. obywatel brytyjski; w 1967 r. kończy 81 lat i otwiera w londyńskiej Marlborough Gallery nową wystawę.

Stanley Kubrick (1928–1999), jeden z najwybitniejszych reżyserów filmowych w historii kina, w 1967 r. kończy 39 lat.

Ronald Laing (1927–1989), słynny brytyjski psychiatra, autor bestsellerów Podzielone „ja” i Polityka doświadczenia. W 1967 r. kończy 40 lat.

Philip Larkin (1922–1985), uznawany często za największego angielskiego poetę drugiej połowy XX wieku. W 1967 r. kończy 45 lat, powstają wtedy jego dwa najbardziej znane wiersze: Wysokie okna i Annus mirabilis.

John Lennon (1940–1980), współzałożyciel zespołu The Beatles, w 1967 r. kończy 27 lat i zakochuje się w japońskiej artystce Yoko Ono (ur. 1933).

Doris Lessing (1919–2013), angielska pisarka, laureatka Literackiej Nagrody Nobla, w 1967 r. kończy 48 lat i przeżywa fascynację sufickim odłamem islamu.

Paul McCartney (ur. 1942), pomysłodawca albumu Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band i filmu Magical Mystery Tour. W maju 1967 r. dwudziestopięcioletni Paul poznaje swoją przyszłą żonę Lindę Eastman (1941–1998).

Anaïs Nin (1903–1977), urodzona we Francji pisarka, której światową sławę przyniosła publikacja intymnego Dziennika. W 1967 r. Anaïs kończy 64 lata.

Joe Orton (1933–1967), jeden z najpopularniejszych angielskich dramaturgów lat 60., znany z ironicznego podejścia do rzeczywistości i czarnego humoru. W 1967 r. kończy 34 lata i jest u szczytu kariery.

Jerzy Pietrkiewicz (1916–2007), polski poeta, który w 1953 r. zadebiutował w Wielkiej Brytanii jako powieściopisarz; związany z awangardową pisarką Christine Brooke-Rose (1923–2012). W 1967 r. Jerzy kończy 51 lat.

Roman Polański (ur. 1933), wybitny polski reżyser, w latach 1964–1968 mieszkający i pracujący głównie w Londynie. W 1967 r. trzydziestoczteroletni reżyser wiąże się z aktorką Sharon Tate (1943–1969) i rozpoczyna pracę nad filmem Dziecko Rosemary.

Mary Quant (ur. 1934), najbardziej znana angielska projektantka mody lat 60. W 1967 r. kończy 33 lata.

Sheila Rowbotham (ur. 1943), angielska historyczka i teoretyczka feminizmu. W 1967 r. kończy 24 lata.

Bertrand Russell (1872–1970), angielski filozof, logik, matematyk i aktywista społeczny, laureat Literackiej Nagrody Nobla. W 1967 r. kończy 95 lat i wydaje pamflet War Crimes in Vietnam. Bohaterką książki jest także jego druga żona, Dora Russell (1894–1986), feministka i aktywistka społeczna.

Vidal Sassoon (1928–2012), angielski fryzjer i stylista o międzynarodowej sławie. W 1967 r. kończy 39 lat.

Tom Stoppard (ur. 1937), urodzony w Czechosłowacji dramaturg brytyjski. Przełomem w jego karierze okazała się londyńska premiera sztuki Rosencrantz i Guildenstern nie żyją w kwietniu 1967 r., miał wtedy 30 lat.

Stefan (1910–1988) i Franciszka (1907–1988) Themersonowie, słynna artystyczna para związana z filmową, malarską i literacką awangardą; urodzeni w Polsce, od 1942 r. tworzą wspólnie w Londynie. W 1967 r. Stefan kończy 57 lat, a jego żona 60.

Kenneth Tynan (1927–1980), jeden z najwybitniejszych angielskich krytyków teatralnych, który jako pierwszy ośmielił się wypowiedzieć magiczne słowo fuck na antenie telewizji BBC. W 1967 r. kończy 40 lat.

Andy Warhol (1928–1987), jeden z najważniejszych przedstawicieli pop-artu, znany także ze swoich eksperymentów filmowych. W 1967 r. kończy 39 lat.

Angus Wilson (1913–1991), pisarz angielski, profesor anglistyki na University of East Anglia. W 1967 r. kończy 54 lata.

Występują też duchy dwóch zmarłych i pochowanych w Londynie myślicieli: Zygmunta Freuda (1856–1939) i Karola Marksa (1818–1883).

Styczeń
1

Aleja ciągnęła się dwa kilometry bez najmniejszego zakrętu, jakby ktoś wytyczył ją promieniem lasera. W normalny dzień dałoby się zobaczyć górującą na samym jej końcu Świątynię Boonty. Teraz jednak, mimo obłędnej pełni księżyca, który znajdował się wciąż dość nisko, Carmody dostrzegł tylko ciemny kształt skąpany w fioletowej poświacie. Coś podpowiedziało mu, że jest to konstrukcja wykonana z kamienia, a nie tylko gra cieni. Patrząc na nią, poczuł ukłucie niepokoju.

Ponad wszystkim unosił się księżyc – złoto-fioletowy w środku i okolony srebrno-fioletową obwódką. Był tak wielki, że wydawało się, że zaraz runie, a wrażenie to potęgowała jeszcze mieniąca się różnymi odcieniami fioletowa mgiełka...[1].

Hendrix odłożył książkę, gdy stewardesa poprosiła go o zapięcie pasów – za dwadzieścia minut mieli lądować na lotnisku Heathrow. Siedzący obok Chas Chandler zgasił nerwowo papierosa. Jeszcze do niedawna był basistą w The Animals, ale znudzony koncertową rutyną z dnia na dzień postanowił zostać rockowym menedżerem. Hendriksa widział w akcji w nowojorskim klubie i postanowił, że razem podbiją Londyn. Ciemnoskóry gitarzysta, w dodatku z rockowym temperamentem, tego jeszcze nie widzieli nad Tamizą. Nie zraził go nawet jego prostacki pseudonim sceniczny – Jimmy James, zresztą już w samolocie wymyślili coś znacznie lepszego. Prawdziwe nazwisko brzmiało całkiem nieźle, trzeba było tylko zmienić pisownię imienia na bardziej egzotyczną. Był 24 września 1966 roku.

Chandler chciał stworzyć trio, które nazywać się miało The Jimi Hendrix Experience, gitarzystę już przywiózł, do szczęścia potrzebował więc tylko sekcji rytmicznej. Na Noela Reddinga trafił przypadkiem w klubie, gdzie odbywały się przesłuchania gitarzystów do zespołu, który montował Eric Burdon po rozpadzie Animalsów. Noel wypadł średnio, ale Chas czekał w pogotowiu, aby zaprosić go na kolejny konkurs piękności, tym razem jako basistę. Zważywszy na to, że Redding nigdy wcześniej nie grał na basie, poszło rewelacyjnie. Pasował też ze względu na swoją hendriksowską fryzurę. W październiku dołączył do nich kolejny Anglik – perkusista Mitch Mitchell. Nawiasem mówiąc, tutaj również zadecydował przypadek. Po przesłuchaniu Chas był pod wrażeniem muzycznych możliwości Mitcha, jednak odpychał go jego arogancki styl bycia. Jak się później miało okazać, muzyk podchwycił go jako nastolatek, kiedy na przekór swemu robotniczemu pochodzeniu obsadzony został w telewizyjnym serialu w roli chłopca z ekskluzywnej public school. O mały włos miejsce w zespole dostałby Aynsley Dunbar, który również wypadł na przesłuchaniu znakomicie. Chandler długo nie mógł się zdecydować, w końcu rzucił monetą – wypadło na Mitcha. Drugorzędny basista, który udawał menedżera, zebrani naprędce muzycy – to nie był przepis na sukces, ale na spektakularną katastrofę. I tak by się pewnie stało, gdyby Londyn nie zakochał się w Hendriksie.

Zanim jednak The Jimi Hendrix Experience przedstawili się publiczności, Chas załatwił Hendriksowi króciutki solowy występ na pierwszym londyńskim koncercie supergrupy Cream. Był to nie lada honor, bo Clapton miał już wtedy status gwiazdy pierwszej wielkości. Wszyscy czekali na pierwszą płytę jego nowego zespołu, która miała pojawić się w sklepach dopiero w grudniu. Nic dziwnego, że sala pękała w szwach. Pięciominutowy występ Hendriksa obrósł legendą. Publiczność zamarła, gdy na scenę wszedł nieznany ciemnoskóry gitarzysta z białym stratocasterem. Jimi zdecydował się na Killing Floor Howlin’ Wolfa, zagrał go z rockową energią i dużo szybciej, niż nakazywał rozsądek. Była to nie tylko eksplozja nieokiełznanego żywiołu, lecz również popis niebywałej sprawności technicznej. Mimo wszystko nie był to jeszcze Hendrix, którego znamy z płyt i późniejszych zapisów koncertowych. Nieśmiały, odwrócony plecami do publiczności w niczym nie przypominał showmana, w którego miał przemienić się w ciągu kilku miesięcy.

Próbą ognia dla The Jimi Hendrix Experience miało być krótkie tournée po Francji. Wszystko dzięki Johnny’emu Hallydayowi, który zobaczył Jimiego w Londynie i zaproponował, żeby pojawił się jako support podczas jego francuskiej trasy. Hallyday będzie to wspominał przez kolejne pięćdziesiąt lat swojej kariery, ale wtedy był to z jego strony nie lada gest. To on (przynajmniej u siebie) był gwiazdą pierwszej wielkości, a o Hendriksie nie słyszał jeszcze nikt. Pół roku później The Jimi Hendrix Experience spotka jeszcze większy zaszczyt, będą mogli towarzyszyć w trasie bożyszczom ówczesnych dwunastolatków – zespołowi The Monkees.

Po powrocie z Francji Hendrix i Chandler zamieszkali ze swoimi dziewczynami w obskurnym Hyde Park Towers Hotel na Bayswater, gdzie nogi łóżek zapadały się w przegniłej podłodze. Dopiero w grudniu mieli przenieść się do dwupoziomowego mieszkania, które podnajął im Ringo Starr. Mogli pochwalić się już wtedy pierwszym singlem: Hey Joe. Piosenka mozolnie pięła się po liście przebojów, na której dumnie królował Tom Jones. W styczniu nagrali kolejną: Purple Haze, z którą doszli w maju do trzeciego miejsca. Sukces świętowali już w nowym mieszkaniu. Ringo stracił do nich cierpliwość. Sąsiedzi skarżyli się ciągle na nieziemskie hałasy, na domiar złego Jimi pod wpływem LSD próbował przedekorować wnętrze. Powodów do celebracji miało być wkrótce znacznie więcej. Rok 1967 przyniósł zespołowi dwa znakomite albumy i pamiętny występ na festiwalu w Monterey. W grudniu Hendrix był już w Anglii gwiazdą, teraz musiał tylko zawojować Amerykę. Pozostaną mu na to niespełna trzy lata. Wyciśnie z nich, co tylko się da.

2

Beatlesi nie potraktowali Hendriksa jako konkurencji, w tym czasie ścigali się już tylko sami ze sobą. Na początku 1967 r. mieli na głowie nie tylko nagranie nowej płyty, która potwierdzałaby ich wielką formę, ale, zobligowani podpisanym trzy lata wcześniej kontraktem z wytwórnią United Artists, myśleli o nowym filmie. Przez dwa lata, które minęły od czasu, kiedy kręcili z Richardem Lesterem Help!, muzyka, a zwłaszcza teksty zespołu zmieniły się prawie nie do poznania. Trudno było nie zauważyć także zmian w wyglądzie całej czwórki. Najstarsi z ekipy, John i Ringo, byli już żonaci i mieli obchodzić w tym roku dwudzieste siódme urodziny. Może nie był to jeszcze wiek emerytalny, ale udawanie beztroskich nastolatków przychodziło im już z coraz większym wysiłkiem. Wydawało się oczywiste, że nowy film w pewnym przynajmniej stopniu powinien odzwierciedlać tę przemianę. Znacznie poważniejsza w wymowie była już nakręcona przez Lestera na jesieni 1966 r. satyra Jak wygrałem wojnę, w której wystąpił Lennon. Nawiasem mówiąc, właśnie w tym filmie po raz pierwszy założył okulary w staromodnych drucianych oprawkach, które stały się wkrótce nieodłączną częścią jego nowego wizerunku.

W obozie Beatlesów panowała zgoda, że do nowego filmu potrzebny jest profesjonalny scenariusz z prawdziwymi dialogami, które zastąpić miały pisane naprędce skecze. Początkowo myślano o westernie, miało to być coś w rodzaju Viva Maria!, w którym wystąpiły najsłynniejsze wtedy francuskie gwiazdy Brigitte Bardot i Jeanne Moreau. Potem rozważano ekranizację Trzech muszkieterów i szeptano nawet o gościnnym udziale Bardot w roli Milady. Także ten projekt został jednak odłożony na półkę. I wtedy sprawę wziął w swoje ręce producent dwóch poprzednich filmów Beatlesów, Walter Shenson. Jego wybór padł na telewizyjnego scenarzystę Owena Holdera. Opisujący fabułę treatment, który Holder przedstawił jeszcze w sierpniu 1966 r., wydał mu się dość obiecujący, jednak scenariusz okazał się niestety nieporozumieniem. Dwunastego stycznia Shenson zdradził Beatlesom nazwisko nowego kandydata na scenarzystę. Miał nim zostać młody dramaturg Joe Orton. Okazało się, że Paul McCartney świetnie kojarzy to nazwisko. Związany wówczas z aktorką Jane Asher, chcąc nie chcąc, bardzo często odwiedzał teatr i tak się złożyło, że najnowsza sztuka Ortona Łup całkiem mu się spodobała.

Shenson dostał zielone światło, zarówno od Beatlesów, jak i głównodowodzącego, czyli Briana Epsteina, nie zdawał sobie jednak do końca sprawy, jak ryzykowną podjął decyzję. Wiedział za to, że dzień wcześniej Łup został ogłoszony najlepszą sztuką roku 1966, a niewykluczone, że czytał też pean ku czci młodego angielskiego teatru zamieszczony na pierwszej stronie „Evening Standard”. W artykule nie mogło oczywiście zabraknąć nazwiska Ortona:

Pośród tych wszystkich modnych bzdur powtarzanych o fenomenie Swinging London jedna rzecz zasługuje na uwagę – nasza dramaturgia faktycznie przeżywa dziś jeden z najbardziej fascynujących i żywiołowych okresów w historii. Prawdopodobnie od czasów rozkwitu dramatu elżbietańskiego nie mieliśmy do czynienia z takim bogactwem, siłą wyrazu, głębią i wyobraźnią. Za dzisiejszym odrodzeniem dramatu stoi pokolenie nowych autorów, którzy pojawili się w czasach powojennych [...]. Osborne, Pinter, Wesker, Arden, Orton: te nazwiska pobudzają umysły, ożywiają naszą kulturę i drażnią sumienia[2].

3

Pierwszego stycznia 1967 r. Joe Orton skończył trzydzieści cztery lata i był w szczytowym momencie swojej kariery. Urodził się w prowincjonalnym Leicester, które wtedy przypominało jeszcze Anglię z książek Dickensa. Jego ojciec, William Orton, był ogrodnikiem, matka Elsie pracowała jako szwaczka, pieniędzy starczało ledwo na opłacenie podstawowych rachunków. Dom był nawet spory, ale śmierdział wilgocią. John, bo tak się póki co nazywał przyszły dramaturg, był ich pierwszym dzieckiem, później na świat przyszło jeszcze troje – młodszy brat Douglas oraz siostry: Marilyn i Leonie. Ojciec nigdy się z nimi nie bawił, uparcie nie kupował prezentów, rzadko nawet jadał z rodziną posiłki. Był nieobecnym ojcem i nieobecnym mężem. Elsie wychowała sama czwórkę dzieci, co było nie lada wyczynem, jeśli weźmie się pod uwagę, że była schorowana do tego stopnia, iż usunięto jej w końcu jedno płuco.

William był za to kompletnym nieudacznikiem, choć trzeba przyznać – dość przystojnym. I to prawdopodobnie musiało zmylić Elsie w okresie zalotów. Po ślubie nigdy już jej nie przytulił ani nie pocałował, za to odwiedzał ją regularnie w sypialni. Przyjmowała to z godnością, jednak po urodzeniu czwartego dziecka zaczęła się zamykać w pokoju na klucz. Jak zwierzyła się po latach najmłodszej córce, od zawsze brzydziła się seksem. Lubiła też powtarzać, że małżeństwo było największą pomyłką jej życia. Gdyby nie William, mogłaby zostać gwiazdą opery i śpiewać w Londynie na scenie Covent Garden. Faktycznie miała podobno dobry głos (mezzosopran), jednak nikt nie brał poważnie jej fantazji o operowej karierze.

Te rojenia o podboju londyńskiej sceny musiały jednak zainspirować Johna, choć z matką nigdy nie był specjalnie blisko. Praktycznie jedyną osobą, z którą znalazł w rodzinie wspólny język, była jego najmłodsza siostra Leonie. Ojcem szybko nauczył się pogardzać, niechęć była zresztą obustronna. Kiedy wyszło na jaw, że syn chce zostać aktorem, William postanowił wybić mu to z głowy, ale jak na nieudacznika przystało, zawiódł również tym razem. Chłopiec próbował sił w lokalnych kółkach dramatycznych, zapisał się nawet na lekcje wytwornej wymowy i dykcji. Swoimi aspiracjami na ogół budził tylko wesołość i politowanie, był jednak na tyle ambitny i uparty, że udało mu się uzyskać w końcu upragnione stypendium londyńskiej Royal Academy of Dramatic Art.

To właśnie na studiach poznał starszego o siedem lat Kennetha Halliwella, z którym spędzić miał resztę życia. Wycofany i rozchwiany emocjonalnie Halliwell również przyjechał z prowincji. Choć pochodził z klasy średniej i ze znacznie zamożniejszej rodziny, los obchodził się z nim jeszcze surowiej niż z Ortonem. Wcześnie stracił ukochaną matkę, która rozpuszczała go do granic możliwości. Nie była to zwyczajna mieszczańska śmierć (w połogu czy na serce), lecz wypadek, tragiczny i groteskowy zarazem. Pani Halliwell odeszła nagle i bez ostrzeżenia w wyniku ostrej reakcji alergicznej po użądleniu osy. Wszystko trwało zapewne parę minut i nie wiadomo nawet, czy ktoś zdążył wezwać karetkę. Odtąd wychowywał chłopca surowy i zgorzkniały ojciec. Był sumiennym księgowym, cieszącym się dużym zaufaniem, jednak ludzie obchodzili go na ogół z daleka. Znajomy zapamiętał go jako człowieka, który nigdy się nie uśmiechnął, odzywał się zaś tylko wtedy, kiedy nie było już innego wyjścia. Gdy zabrakło matki, ojciec i syn przeważnie milczeli w duecie. W końcu pan Halliwell włożył głowę do piekarnika i odkręcił gaz. Samobójstwo zaaranżował z typową dla siebie metodycznością, ale nie zawracał sobie głowy tym, żeby zostawić synowi pożegnalny list. Widok martwego ojca, podobnie jak obraz duszącej się matki, Kenneth pamiętać będzie do końca życia, nie da się jednak ukryć, że ta druga śmierć była dla niego wybawieniem. Po pierwsze, uratowała go od przykrego towarzystwa, po drugie, spadek pozwolił na wymarzone studia dramatyczne.

Halliwell i Orton dość szybko zdecydowali się zamieszkać razem. Niektórzy koledzy domyślali się zapewne, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń, ale wśród sąsiadów nie budzili podejrzeń. Kenneth, który był bardziej oczytany i dość wszechstronny w swoich zainteresowaniach, stał się dla Johna rodzajem mentora. Stanowili modelowo niedobraną parę. Joe był przystojny i wysportowany, a za jego atrakcyjnością fizyczną szedł sukces towarzyski. Wszyscy zdawali się uwielbiać jego cięty język i chłopięcy wdzięk, był duszą każdego towarzystwa. Nie można tego powiedzieć o zamkniętym w sobie i zneurotyzowanym Halliwellu. W dodatku nie dość, że był mało atrakcyjny, to jeszcze wyglądał na dużo starszego niż w rzeczywistości. Nienawidził swojej postępującej łysiny, którą przykrywał francuskim beretem bądź nasuniętym głęboko na czoło kapeluszem.

Studia minęły szybko i okazały się częściowo stratą czasu. Zrozumieli w końcu, że ich ambicje aktorskie nie były najlepiej ulokowane i zdecydowali się na zmianę planów. Ich nową pasją stała się literatura. Stworzyli pisarski team i postanowili zabłysnąć jako powieściopisarze. Byli nawet dość produktywni, niestety ich pisane na cztery ręce powieści (The Mechanical Womb, Lord Cucumber i The Boy Hairdresser) mimo urokliwych tytułów były uparcie odsyłane przez wydawców. Trochę dla wygłupu, a po części w wyniku narastającej frustracji, zaczęli ozdabiać obwoluty wypożyczanych w lokalnych bibliotekach książek kolażami. Kolaże te były w większości dziełami samego Kennetha, John pomagał mu, doklejając fałszywe opisy na skrzydełkach. Atakowali absurdalnym poczuciem humoru i kampową wyobraźnią. Przykładowo, na okładce romansu Queen Favourite pióra sędziwej Phyllis Hambledon na pierwszym planie widać splecioną w zapaśniczym pojedynku dwójkę półnagich mężczyzn, w tle zaś monumentalny meczet. Z kolei na obwolucie klasycznego dzieła poświęconego dynastii Tudorów oblicza angielskich władców i królowych zostały podstępnie zastąpione współczesnymi twarzami wyciętymi z gazet i magazynów. Kontrastują one z pełnymi przepychu strojami z epoki, zwłaszcza w przypadku Henryka VIII, który pod ręką Halliwella przemienił się w posępnego goryla. Ich akcje bawiły może niektórych czytelników, bibliotekarzy doprowadzały jednak do szału.

Czasy zdecydowanie nie sprzyjały podobnym zabawom. Orton i Halliwell zostali w końcu wytropieni przez przebiegłego detektywa, aresztowani przez policję, a następnie w maju 1962 r. osądzeni jak pospolici przestępcy. Trudno uwierzyć, ale skazano ich wtedy na pół roku więzienia. Paradoksalnie miesiące spędzone w (dość popularnym wśród bohaterów tej książki) Brixton Prison pomogły Ortonowi odnaleźć wolność. Uniezależnił się artystycznie od Halliwella i postanowił spróbować swoich sił w dramaturgii. Był to doskonały wybór, miał bowiem fantastyczny słuch do języka mówionego, który w połączeniu z jego wyobraźnią i specyficznym humorem dał wspaniałą, wybuchową mieszankę.

Niedługo po wyjściu z więzienia udało mu się sprzedać swoją pierwszą sztukę i ten sukces postawił go od razu na nogi. Miał też sporo szczęścia, bo spotkał na swej drodze agentkę, która nie tylko w niego uwierzyła, ale potrafiła również umiejętnie pokierować jego karierą. Wymyśliła mu nawet nowe imię, bo jako John Orton mógłby kojarzyć się za bardzo ze starszym kolegą po fachu, Johnem Osborne’em. Przełomem okazała się komedia Entertaing Mr. Sloane. Choć po premierze w maju 1964 r. spotkała się z chłodnym przyjęciem, szybko zyskała należny jej rozgłos i jeszcze w tym samym roku przeniesiona została na deski dwóch teatrów na West Endzie.

Halliwell nie miał tyle szczęścia. Mógłby grzać się w blasku sławy partnera i wydawać pieniądze, których nagle bardzo im przybyło, kłopot w tym, że też pragnął uznania i poklasku. Kolejne sukcesy Ortona i własne nieudane próby zaistnienia w artystycznym świecie wzmacniały tylko gorycz i zawiść. Stawał się coraz bardziej impulsywny i konfliktowy. Był jeszcze jeden problem. W tamtym czasie za homoseksualizm trafiało się do więzienia. Miał to zmienić dopiero nowy Sexual Offences Act uchwalony przez parlament w 1967 r. Dopóki obaj byli studentami otoczonymi wąskim kręgiem znajomych, wszystko było w porządku. Teraz sytuacja stała się kłopotliwa. Halliwell zaczął przedstawiać się jako sekretarz nowej gwiazdy brytyjskiego dramatopisarstwa. Początkowo wydawało się to nawet zabawne, później zaczęło go nieznośnie uwierać. Zwłaszcza że Joe nie bardzo miał ochotę się z nim publicznie pokazywać. Halliwella przerażał również seksualny apetyt partnera i z coraz większym trudem znosił jego podboje i flirty, które tamten skrupulatnie odnotowywał w dzienniku.

W dzienniku znajdziemy również drobiazgowy opis krótkiej i platonicznej przygody Ortona z Beatlesami. Zdradza, że propozycję napisania scenariusza przyjął chłodno i początkowo zasłaniał się brakiem czasu. W końcu wielkodusznie poprosił o przesłanie poprzedniego scenariusza, który zgodnie z umową miał posłużyć mu za punkt wyjścia. Podstawowe założenie dramaturgiczne polegało na tym, że każdy z czwórki Beatlesów stanowić miał cząstkę osobowości młodego mężczyzny Stanleya Grimshawa, stąd też wymyślny tytuł Shades of a Personality. Orton uznał, że koncept nie jest najgorszy i wróży niezłą zabawę. Honorarium w wysokości piętnastu tysięcy funtów, które udało mu się wynegocjować, było iście królewskie. Mało kto zarabiał wtedy tyle przez cały rok, a napisanie scenariusza mogło mu zabrać najwyżej miesiąc.

Teraz pozostało tylko spotkanie z Brianem Epsteinem i Beatlesami. Doszło do niego 24 stycznia, a drużynę z Liverpoolu reprezentować miał ostatecznie tylko Paul. W dzienniku Orton zapisał wszystko dość chaotycznie, ale z paroma smakowitymi szczegółami:

Zostałem przedstawiony jednej czy dwóm osobom. I Paulowi McCartneyowi. Był taki jak na zdjęciach. Tyle że miał teraz wąsy. Włosy też były trochę krótsze. Puścił najnowsze nagranie Beatlesów Penny Lane. Spodobało mi się. Potem kawałek z drugiej strony płyty – truskawkowe coś tam. To nie podobało mi się już tak bardzo [...]. Powiedziałem, że w porównaniu z muzyką pop teatr jest staroświecki [...]. Rozmawialiśmy też o narkotykach, o grzybach, które wywołują halucynacje jak LSD. Po jednej czy dwóch delikatnych aluzjach do marihuany przyznałem się, że próbowałem jej w Maroku. Atmosfera rozluźniła się trochę.

Pracując nad scenariuszem, Orton wykorzystał pomysły z dwóch niewydanych powieści i wymyślił nowy tytuł Up Against It. Fabuła, zachowując elementy stylu Ortona, była jednak daleko bardziej odrealniona niż jego sztuki. W dużym skrócie to pełna zwrotów akcji historia czterech wyrzutków próbujących odnaleźć własne miejsce w świecie, który właśnie zwariował. Na swojej drodze spotykają m.in. arcybiskupa Canterbury, który okazuje się kobietą, seksualnego maniaka w mundurze policjanta i grupę żądnych krwi anarchistów, którzy wciągają ich w morderczy spisek. Kulminacją akcji jest zamach na brytyjską premier, który ma zostać dokonany rękami Beatlesów w londyńskim Royal Albert Hall. Aby wtopić się w tłum i nie dać rozpoznać, cała czwórka zakłada kobiece stroje. Zamach zostaje wykonany zgodnie z planem, a na wieść o śmierci pani premier rozpoczyna się krwawa rewolta, którą siły rządowe próbują bezskutecznie stłumić. W walkach, oczywiście po stronie rebeliantów, biorą udział Beatlesi. W końcu siły rządowe zostają pokonane, a cała czwórka odznaczona orderami za męstwo na polu walki. Najbardziej zapada jednak w pamięć końcówka, w której wszyscy czterej biorą ślub kościelny z niejaką Patricią Drumgoole, skromną i nierzucającą się w oczy sekretarką. Patricia początkowo kocha się tylko w jednym z nich, przystojnym i uwodzicielskim Ianie, jednak postanawia, że przygarnie także jego trzech towarzyszy (w końcu stanowią jedność...). Film miała kończyć scena rozgrywająca się nazajutrz po nocy poślubnej, kiedy w piątkę leżą razem w małżeńskim łożu.

Scenariusz został przesłany Epsteinowi 24 lutego i od tego momentu zapanowała złowieszcza cisza. Orton nie doczekał się telefonu, a manuskrypt odesłano mu w końcu bez słowa komentarza.

4

Przewrotny humor Ortona z pewnością zachwyciłby Franka Zappę, który w 1967 r. odwiedził Londyn aż dwukrotnie, ale Up Against It było pomysłem co najmniej tak ryzykownym, jak scenariusz ostatniego filmu Charliego Chaplina. Hrabina z Hongkongu swoją światową premierę miała piątego stycznia 1967 r. Film nakręcony został zimą i wczesną wiosną poprzedniego roku w studiach filmowych Pinewood w podlondyńskim Iver Heath. Równolegle nad filmem Fahrenheit 451 pracował tam François Truffaut, a tuż po zakończeniu zdjęć do Hrabiny do Pinewood zawitała ekipa nowej odsłony przygód Jamesa Bonda Żyje się tylko dwa razy. W tym samym czasie kręcono w Anglii kilka innych filmów, które miały na stałe wejść do historii kina, począwszy od Powiększenia i Wypadku po Parszywą dwunastkę. Daje to pojęcie, jakiego wyzwania podjął się Chaplin, próbując przypomnieć o sobie po dziesięciu latach, które upłynęły od premiery Króla w Nowym Jorku.

Kiedy zaczynał pracę nad nowym filmem, miał przeświadczenie, że mimo skończonych siedemdziesięciu sześciu lat może zaoferować widowni coś nowego. Pomysł był dość przewrotny, Chaplin zdecydował się na recykling starego scenariusza, jeszcze z lat 30., ale nie chciał zrobić stylowej, nostalgicznej ramoty, lecz nakręcić nowoczesny film, który by ramotę tylko udawał[3]. Bulwarowa farsa o pięknej prostytutce, która okazuje się rosyjską hrabiną, a po ucieczce z burdelu wpada wprost w ramiona amerykańskiego dyplomaty, miała być podana jako mroczna, przesiąknięta pesymizmem przypowieść o okrucieństwie świata i niedoskonałości ludzkiej natury. Chaplinowi udało się po raz pierwszy (i ostatni) w życiu podpisać kontrakt z wielką hollywoodzką wytwórnią (Universal) i zaangażować do filmu Marlona Brando i Sophię Loren.

Zdjęcia szły jednak fatalnie. Powiedzieć, że pomiędzy obiema gwiazdami nie było chemii, byłoby zbyt daleko idącym eufemizmem, po prostu nie mogli na siebie patrzeć. Co gorsza, Brando kompletnie nie czuł roli. W autobiografii wspomina:

Kiedy [Chaplin] zaproponował mi ją w 1966 r., powiedziałem, że nie wydaje mi się, żeby do mnie pasowała – nigdy nie widziałem się w komedii, ale przekonał mnie, że będę dobry, a ponieważ uważałem go za geniusza, zgodziłem się zostać marionetką w jego rękach. Przyszło mi do głowy, że pewnie wie coś, czego ja nie wiem, że mogę dodać do tego filmu jakiś element, o którym nie mam pojęcia i dzięki temu wszystko się uda. Ale Hrabina z Hongkongu była katastrofą, a podczas zdjęć odkryłem, że Chaplin jest prawdopodobnie największym sadystą, jakiego przyszło mi poznać. Był egocentrycznym tyranem i dusigroszem. Zadręczał ludzi, którym zdarzyło się spóźnić, wciąż popychał ekipę, żeby pracowała szybciej; nie miał litości. Najgorsze w tym było to, że był okrutny wobec własnego syna, Sydneya, który grał w filmie mojego pomagiera. Bez przerwy upokarzał go na oczach wszystkich: „Sydney, jakiś ty głupi! Nie masz wystarczająco rozumu, żeby wiedzieć, jak położyć rękę na klamce?”.

Choć Chaplin był bardzo zadowolony z ostatecznego rezultatu, szybko wyszło na jaw, że ironiczne drugie dno, które miało decydować o klasie filmu, okazało się zarówno dla krytyków, jak i dla widzów niewidoczne. Doceniono jedynie Sophię Loren, bo nie dość, że ujawniła talent komediowy, to jeszcze wyglądała olśniewająco w białej sukni ze szczodrze wyciętym dekoltem. Rola Brando została jednak bezlitośnie wyśmiana, zaś Chaplin jednogłośnie odesłany na emeryturę. Wielkodusznie odnotowano tylko jego zabawny epizod – rolę trapionego chorobą morską starego stewarda. Wpadł wtedy w furię. Na jego czarną listę trafili nie tylko angielscy krytycy, ale także Londyn jako miejsce nieszczęśliwej premiery. „Premiera mojego następnego filmu nie odbędzie się w Londynie. Wybiorę Berdyczów albo inną pipidówę i zostawię Londyn na później – zagrzmiał w jednym z wywiadów. – Nie rozumiem, co tu się teraz wyprawia. Myślę, że wszyscy zalali się w trupa”. Niestety, nie było już kolejnej premiery, Hrabina miała okazać się jego pożegnaniem z kinem, był to też ostatni film, w którym wielki Charlie pojawia się na ekranie.

Na tę pechową londyńską premierę nie dojechała Sophia Loren, która spodziewała się dziecka (niestety poroniła). Przybył natomiast jej filmowy partner Marlon Brando, który został w Londynie kilka dni. Podpisał już kolejny kontrakt, tym razem pojawić się miał u boku Elizabeth Taylor w nowym filmie Johna Hustona W zwierciadle złotego oka, który również zostanie zmiażdżony przez krytyków. Mimo tej czarnej serii, do której dopisać można jeszcze komedię The Bedtime Story (1964), western Appaloosa (1966) oraz kryminał The Night of the Following Day (1968), Brando był już wtedy żywą legendą, podobnie jak Marlena Dietrich, Fred Astaire, Laurel i Hardy, Mae West, Marilyn Monroe czy Tony Curtis. W tym właśnie towarzystwie trafi w 1967 r. na okładkę nowej płyty Beatlesów Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. Co ciekawe, na zachowanych próbnych ujęciach widać także Sophię Loren i Marcella Mastroianniego, ostatecznie jednak zniknęli zasłonięci przez woskowe figury Beatlesów. Zaskakujące, że Chaplin, choć w przeciwieństwie do większości tego filmowego towarzystwa urodził się w Anglii, nigdy nie był brany pod uwagę.

Ta znacząca nieobecność skłania do podejrzeń, że żaden z Beatlesów nie miał specjalnej pokusy obejrzenia Hrabiny z Hongkongu, ironia losu sprawiła jednak, że na listach przebojów musieli się ścigać z napisaną przez Chaplina piosenką w wykonaniu Petuli Clark. Chaplin wymarzył sobie, aby ten ckliwy, zaaranżowany na orkiestrę utwór wykonał Al Jolson, amerykański piosenkarz wodewilowy, któremu sławę przyniósł w 1927 r. Śpiewak jazzbandu. Artysta zrobił mu jednak niemiłą niespodziankę, umierając szesnaście lat wcześniej. W tej sytuacji rozgoryczony reżyser postanowił włączyć do filmu jedynie wersję instrumentalną. Zbyt późno wpadł na pomysł, że This Is My Song zaśpiewałaby dobrze jego sąsiadka ze Szwajcarii, Petula Clark. Zadbał jednak, aby wypuścić tę piosenkę na singlu równolegle z premierą filmu. Sukces przerósł chyba wszelkie oczekiwania. Petula wspięła się w lutym 1967 r. na pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów. Sztuka ta nie udała się wydanemu w tym samym miesiącu rewelacyjnemu singlowi Beatlesów, który odtworzył Ortonowi McCartney. Brian Epstein załamywał ręce: po raz pierwszy od czasów debiutanckiego Love Me Do ich płyta nie wskoczyła na sam szczyt listy! Nie był to jednak koniec triumfów Charliego i Petuli, wkrótce This Is My Song stało się ogólnoświatowym przebojem i doczekało wykonań w innych językach. Choć jako reżyser Chaplin poniósł dotkliwą klęskę, okazało się, że jako kompozytor potrafił napisać większy hit niż legendarny duet Lennon–McCartney.

5

Kolejnym weteranem, który wciąż nie pozwalał o sobie zapomnieć, był Bertrand Russell. Niedługo miał obchodzić swoje dziewięćdziesiąte piąte urodziny, tego pięknego wieku nie dane było doczekać żadnemu z jego bliskich współpracowników z pierwszego półwiecza kariery. Alfred Whitehead, współautor jednego z jego największych dzieł, Principia Mathematica, umarł w 1947 r. Młodszy od Russella o rok G.E. Moore, z którym współtworzył zręby filozofii analitycznej, odszedł w 1958 r. Jego niegdysiejszy protegowany z c.k. monarchii Ludwig Wittgenstein nie żył od 1951 r., w tym samym roku umarła również pierwsza żona filozofa, Amerykanka Alys Pearsall Smith. Od dawna nie żyła zresztą także lady Ottoline Morrell, z którą swą żonę zdradzał. Tymczasem on, mimo matuzalemowego wieku, działał nadal i to z energią, jakiej mogli mu pozazdrościć niektórzy dwudziestolatkowie. Brał udział w demonstracjach, podpisywał manifesty, udzielał tysięcy wywiadów, korespondował ze światowymi przywódcami, od Castro i Ho Chi Minha po kolejnych prezydentów Stanów Zjednoczonych. A dzięki regularnym występom telewizyjnym był w latach 60. rozpoznawalny nie mniej niż ówcześni bohaterowie popkultury. Był też regularnie karykaturowany, a rysownicy z upodobaniem przedstawiali go jako hipisa, wykorzystując fakt, że po dziewięćdziesiątce zapuścił włosy.

Działalność społeczna Russella i jego antywojenny aktywizm z lat 60. nie wynikały ani z kryzysu twórczego, ani z duchowej przemiany. Jako pacyfista ujawnił się już podczas I wojny światowej, co zaowocowało jego pierwszym pobytem w więzieniu Brixton. Dopiero wybuch II wojny światowej, zbrodnie niemieckie i mocarstwowe plany Hitlera, który wyraźnie zmierzał do podboju całej Europy, kazały Russellowi zrewidować swoją pacyfistyczną postawę. „Wojna jest zawsze wielkim złem, ale w niektórych, szczególnie ekstremalnych sytuacjach może być złem mniejszym” – pisał w 1943 r. Ta postawa charakteryzuje również jego ocenę imperialnej polityki Stalina w Europie Wschodniej. Z jego wypowiedzi prasowych z lat 1945–1948 widać, że amerykański atak nuklearny na ZSRR uznałby wtedy za moralnie uzasadniony. Jego perspektywa jednak zmieniła się drastycznie w momencie, kiedy Rosjanie dokonali pierwszych prób z własną bronią nuklearną. Od tego momentu Russell został niestrudzonym orędownikiem dwustronnego rozbrojenia. Stało się dla niego oczywiste, że w ówczesnej sytuacji III wojna światowa jest niepokojąco realną opcją, a jej wybuch oznaczałby bez wątpienia całkowitą zagładę ludzkości.

W lipcu 1955 r., w najbardziej napiętym okresie zimnej wojny, ogłoszony został tzw. Manifest Russella i Einsteina, który unaocznić miał skutki ewentualnego konfliktu nuklearnego i wzywał światowych przywódców do opamiętania. Podpisało się pod nim jeszcze dziewięciu innych wybitnych uczonych i intelektualistów z całego świata, w tym jeden Polak, Leopold Infeld. Manifest wzywał do zorganizowania regularnych, neutralnych politycznie konferencji pokojowych skupiających naukowców z całego świata. Pierwsza miała odbyć się w 1957 r. w Pugwash w Kanadzie.

Spośród wielu innych inicjatyw i akcji, w jakie zaangażował się Russell w okresie powojennym, wymienić trzeba jeszcze jego udział w rozwiązaniu kryzysu kubańskiego w październiku 1962 r. Przyczyną kryzysu było rozmieszczenie na Kubie radzieckich pocisków balistycznych średniego zasięgu bezpośrednio zagrażających terytorium USA. Russell, podobnie jak wielu niezależnych komentatorów, był przekonany, że kryzys ten może z łatwością przekształcić się w nuklearną konfrontację obu supermocarstw. Jego rola w rozwiązaniu konfliktu nie jest jasna, wiadomo, że doszło wtedy do wymiany telegramów między nim a Nikitą Chruszczowem, który ostatecznie zdecydował się na wycofanie rakiet z Kuby w zamian za usunięcie amerykańskich wyrzutni z Turcji. Warto dodać, że ustępstwo to w ostatecznym rachunku kosztowało Chruszczowa utratę władzy, po którą sięgnęli teraz ludzie Leonida Breżniewa. Był to początek wielkiej kariery politycznej nie tylko samego Breżniewa, ale także Aleksieja Kosygina, który miał odtąd sprawować funkcję premiera ZSRR.

Już w okresie kryzysu kubańskiego Russell aktywnie włączył się w nieliczne jeszcze wtedy akcje potępiające interwencję amerykańską w Wietnamie. W październiku 1965 r. publicznie podarł legitymację Partii Pracy, której członkiem był od niemal półwiecza, przewidując, że laburzystowski rząd Wilsona zamierza wesprzeć USA, wysyłając do Wietnamu swoje oddziały. Ostatecznie Wilson okazał się nader ostrożny we wspieraniu Ameryki, co nie zahamowało bynajmniej antywojennej aktywności Russella. Jego kolejnym krokiem było utworzenie Międzynarodowego Trybunału ds. Zbrodni Wojennych, który miał wziąć pod lupę skutki militarnych ataków USA w Wietnamie. Do Trybunału weszli przedstawiciele osiemnastu krajów, a Russellowi udało się pozyskać wielu ówczesnych intelektualistów i ludzi pióra na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, Simone de Beauvoir, A.J. Ayerem, Julio Cortazarem i Jamesem Baldwinem. Z ramienia Trybunału zaczął prowadzić ożywioną korespondencję z przywódcami USA i Wietnamu. Poniższy list do prezydenta Demokratycznej Republiki Wietnamu Ho Chi Minha pochodzi z 9 stycznia 1967 r.:

Szanowny Panie Prezydencie Ho,

prace Międzynarodowego Trybunału ds. Zbrodni Wojennych postępują szybko. Poza dwoma zespołami, które zostały już odesłane do swoich zadań i zajmują się w pierwszej kolejności bombardowaniami ludności cywilnej, Trybunał organizuje teraz dwie dodatkowe grupy ekspertów. Jedna z nich będzie składać się w całości z prawników i historyków prawa, którzy wydają się szczególnie kompetentni, aby zająć się problemem agresji. Będą zajmować się w szczególności analizą archiwów dyplomatycznych i dokumentacją związaną z przesłuchaniami amerykańskich pilotów, którzy dostali się do niewoli. Mam wielką nadzieję, że ta praca zostanie wykonana z maksymalną efektywnością. Naukowy zespół dochodzeniowy będzie się składał z biochemików, chirurgów, psychiatrów i lekarzy. Będą się zajmować skutkami, jakie wywołują eksperymentalne rodzaje broni i tortury. Przypuszczalnie w swoich analizach będą koncentrować się na działaniach wojennych na Południu.

[...] Obecnie Trybunał rozważa zorganizowanie otwartych dla publiczności sesji pomiędzy 10 a 15 kwietnia. Na tych sesjach przesłuchane zostałyby dwa pierwsze zespoły i zaprezentowany znaczny materiał dowodowy. Najprawdopodobniej później nastąpiłaby kilkutygodniowa przerwa, po której doszłoby do wznowienia przesłuchań podczas kolejnych otwartych sesji przez cztery do pięciu dni. Potem znów nastąpiłaby kilkutygodniowa przerwa, a następnie trzecia seria przesłuchań. I tak dalej aż do wyczerpania materiałów dowodowych.

W sumie byłoby pewnie 6–10 takich sesji, które trwałyby przez całą wiosnę i lato. Dzięki temu światowa opinia publiczna otrzymałaby dowody amerykańskich zbrodni [...]. Mamy nadzieję, że będziemy mogli Pana dokładnie informować o wszystkich aspektach pracy Trybunału.

Łączę wyrazy szacunku i pozdrowienia,

Bertrand Russell

Ostatecznie ani rząd Wielkiej Brytanii, ani Francji nie zezwoliły na przeprowadzenie otwartych sesji Trybunału, ale udało się je zorganizować w Sztokholmie i Roskilde. Jednak mimo początkowych nadziei Russella działania podejmowane przez Trybunał okazały się mieć znikomy wpływ na politykę Stanów Zjednoczonych. Więcej dla sprawy zrobiła książka Russella War Crimes in Vietnam, która ukazała się także w 1967 r. To z niej pochodzi często później przytaczany cytat: „Fundamentalną prawdą, którą chcę tu udokumentować, jest odpowiedzialność Stanów Zjednoczonych za wojnę w Wietnamie. Ten elementarny fakt jest kluczowy dla zrozumienia tego okrutnego konfliktu. Aby zrozumieć tę wojnę, musimy zrozumieć Amerykę”.

6

Wojną w Wietnamie nie zaprzątał sobie przesadnie głowy Stanislas Klossowski, który podobnie jak Hendrix przybył do Londynu w 1966 r., aby zostać gwiazdą popu, choć nie pogardziłby również wielką karierą filmową. Urodzony w Bernie w październiku 1942 r., był jednym z dwóch synów słynnego francuskiego artysty Balthusa ze związku ze szwajcarską pięknością, Antoinette de Watteville. W przeciwieństwie do młodszego brata, Thaddeusa, który zamieszkał w Paryżu i podobnie jak wujek, Pierre Klossowski, był frankofilem, Stanislas poszedł w ślady ojca, który był wielkim miłośnikiem kultury angielskiej i utrzymywał nawet, że jest spokrewniony z lordem Byronem.

Nie przyjechał do Londynu z pustymi rękami, miał już nawet na koncie pierwszego singla, którego (pod nazwiskiem Stach de Rola) nagrał podczas krótkiego pobytu w Kopenhadze. Miał też pewne doświadczenie. W Paryżu zaistniał jako członek rockandrollowej grupy The Playboys. Trzeba przyznać, że instrument, który wybrał (tamburyn), nie wymagał od niego specjalnej wirtuozerii, okazał się jednak skuteczną przepustką do sławy. W kwietniu 1965 r. przy okazji koncertu w paryskiej Olympii, gdzie Playboys poprzedzali występ Rolling Stonesów, Klossowski miał okazję bliżej poznać Briana Jonesa i innych członków słynnego już wtedy zespołu. Rok później Jones został jego londyńskim łącznikiem.

To właśnie dzięki założycielowi Stonesów Stach (a właściwie już Stash, bo pod tym imieniem występował od 1966 r.) poznał muzyczną śmietankę Swinging London. Stopień jego zażyłości z ówczesnymi gwiazdami (wyłączając Briana Jonesa) jest jednak wielką niewiadomą. Wspomnienia Klossowskiego sprawiają niestety wrażenie takich samych konfabulacji, jak historie opowiadane przez jego ojca. Tak na przykład chwali się przyjaźnią z Beatlesami:

W okresie, kiedy mieszkałem w domu Paula McCartneya, brałem udział w wielu sesjach Beatlesów, był nawet pomysł, żebym nagrał A Day in the Life, zanim jeszcze ukazał się Sierżant Pepper, co z pewnością zaowocowałoby automatycznie wielkim hitem na liście przebojów. Niestety, numer ten został zakazany w związku z rzekomymi aluzjami do narkotyków. [...] Podobno grałem na Baby, You’re a Rich Man. Niewykluczone, że to prawda. Ważniejsze, że wystąpiłem w wielu niewydanych nagraniach, które John i Paul traktowali jako podstawowy materiał na mój solowy album. Była to na przykład piosenka McCartneya Suicide. Siedziałem również przy fortepianie ramię w ramię z Johnem Lennonem, kiedy po raz pierwszy zagrał parę akordów, które rozwinęły się później w All You Need Is Love. Byłem blisko nie tylko z Johnem i Paulem, ale także z George’em, bowiem obaj dzieliliśmy pasję do ezoteryzmu i mistycyzmu, szczególnie w wydaniu orientalnym.

Niestety, żaden z Beatlesów nie potwierdził nigdy tych rewelacji, podobnie jak historii związanej z nagraniem jego drugiego singla, który zawierać miał cover piosenki A Message To Pretty. W sesjach do niej występować mieli nie tylko Beatlesi, ale także Mick Jagger. Niestety, nagranie się nie zachowało...

W Londynie prawie na każdym kroku towarzyszyła Stashowi legenda ojca. Balthus, który w lutym miał skończyć pięćdziesiąt dziewięć lat, był już wtedy artystą znanym i uznanym, a potwierdzeniem jego pozycji miała być londyńska wystawa w Tate Gallery w 1968 r. Warto jednak dodać, że jego osoba i twórczość zawsze budziły kontrowersje. Miał własny bezbłędnie rozpoznawalny i niezwykle wyrafinowany styl, lecz nie wszyscy mogli mu wybaczyć, że z niepokojącym uporem maluje nimfetki w różnych stadiach negliżu. Był też snobem i mitomanem, który pracowicie współtworzył swoją legendę. Choć sławę zdobył we Francji, nigdy nie wypierał się swojego polskiego pochodzenia, przeciwnie, zbudował na nim własny artystyczny wizerunek: dumnego, wyniosłego arystokraty o średniowiecznej genealogii. Wspominał nawet o pokrewieństwie z dynastią Piastów i wymagał, aby tytułować go „hrabią Klossowskim de Rola”, choć tytuł hrabiowski nigdy nie został jego przodkom nadany.

Wprawdzie ani Jones, ani Jagger nie mieli początkowo pojęcia, kim jest Balthus, ale Stash wykorzystał okazję i postanowił im ojca przedstawić. W kwietniu 1967 r. Stonesi w ramach swojego europejskiego tournée[4] przyjechali do Rzymu, gdzie Balthus urzędował w latach 60. jako dyrektor francuskiego Instytutu Kulturalnego mieszczącego się w renesansowym pałacu Villa Medici. Nie wiemy, jak artysta zareagował na tę zaskakującą wizytę, ale sądząc z jego późniejszych przyjaźni z Davidem Bowie i Bono, musiał być zadowolony, że ma sympatyków również na rockowym parnasie. Honory pani domu pełniła wtedy dwudziestopięcioletnia Japonka, Setsuko, z którą Balthus miał pobrać się w październiku. Pamiątką tego rzymskiego spotkania stała się piosenka Citadel, którą Jagger i Richards umieścili na kolejnej płycie Rolling Stonesów.

Stashowi ostatecznie nie udało się zrobić ani muzycznej, ani filmowej kariery, wszedł natomiast do historii z dwóch innych powodów. W maju 1967 r. wraz z Brianem Jonesem został aresztowany za posiadanie narkotyków. Choć policja ostatecznie wycofała wobec niego zarzuty, zdjęcia Stasha obiegły angielską prasę, a do historii tej (z uwagi na sławę Briana i jego późniejszą tragiczną śmierć) wielokrotnie jeszcze powracano. Drugi powód jest oczywiście ważniejszy – Klossowski był niezaprzeczalnie jedną z najbarwniejszych postaci tamtych czasów i jedną z najważniejszych ikon psychodelicznej mody. Jego znakiem rozpoznawczym stała się fryzura „na pazia”, dla której inspiracją był komiksowy bohater, książę Valiant, choć miłośnikom filmu bardziej kojarzyła się z gwiazdą niemego kina, Louise Brooks. Wzrok przyciągały też jego fantazyjne, bajecznie kolorowe ubrania. Stash najchętniej wybierał najdroższe tkaniny: zwiewny jedwab i aksamit, sięgając często po autentyczne stroje z dawnych epok. W wywiadzie udzielonym w 1966 r. młodzieżowemu magazynowi „Rave” z charakterystyczną dla siebie przesadą podkreślał, że wszystko, co nosi, jest niepowtarzalne. Tak więc swojej najnowszej, wyszywanej złotą nicią marynarki nie kupił wcale w jednym z modnych butików przy Carnaby Street, lecz w Damaszku, a jego nowy płaszcz uszyty został w Paryżu w 1718 r.

Wykwintny strój miał podkreślać jego arystokratyczne pochodzenie, bo Stash w swej mitomanii przebił nawet ojca i pozował na księcia. W rockowym światku robiło to oczywiście ogromne wrażenie, do dziś zresztą pisze się o nim w Anglii bez cienia ironii: „prince Stash Klossowski”. Prawdopodobnie arystokratyczny tytuł pomagał mu również w licznych seksualnych podbojach. W 1967 r. uwiódł na przykład ówczesną narzeczoną Micka Jaggera, Marianne Faithfull. Jak wspomina sama zainteresowana, pewnej nocy wspiął się do jej sypialni po krzaku wisterii, uznała więc, że zasłużył sobie na odrobinę czułości. Stash przyznaje się jeszcze do romansów z innymi rockowymi blond heroinami, jak Anita Pallenberg, Suki Poitier i Nico, ale tym razem trzeba mu wierzyć na słowo. Jak na ironię, jego oficjalną narzeczoną była w tym okresie brunetka. Ich związek rozpadł się dość raptownie, gdy nastoletnia Romina Power poznała włoskiego piosenkarza Albano Carrisiego. W 1982 r. zawojują świat piosenką Felicita.

Z Brianem Jonesem Stash dzielił nie tylko słabość do ekscentrycznych strojów i pięknych kobiet, ale również narkotyków, zwłaszcza LSD. Jego możliwości w tym zakresie były podobno kolosalne, potrafił zawstydzić nawet Syda Barretta, ówczesnego lidera Pink Floyd, który wydawał się w konsumpcji psychodelików niedościgniony. Potwierdza to związana z ówczesną artystyczną bohemą Jenny Lesmoir-Gordon, która znała dobrze ich obu. Po latach pozostało jej w pamięci następujące zdarzenie:

Stash chciał [...], abyśmy wyszli poza nasze materialne ograniczenia i wkroczyli do świata czystej miłości. Paliliśmy akurat ognisko i postanowił, że wejdzie w ogień i się w nim spali. To znaczy on sądził, że nie spłonie, ponieważ wypełniony jest czystą miłością. Miał na sobie długą wiktoriańską koszulę nocną, którą kupił sobie w butiku przy Portobello Road. Powtarzał ciągle: „Jenny, musisz uwierzyć”. Miejscowy policjant już raz nas tego wieczoru odwiedził, sprawdzając, co tu się wyprawia. Nie mieliśmy ochoty na jego kolejną wizytę i tłumaczenie, co przydarzyło się naszemu zwęglonemu koledze. Stash bardzo się wtedy na mnie obraził za to, że zabrakło mi wiary[5].