Lobbysta - Mariusz Zielke - ebook

180 osób właśnie czyta

Opis

Marek załatwia swoim klientom duże kontrakty w urzędach i państwowych spółkach. Kiedy na jednym z przyjęć poznaje modelkę Monikę, w jego głowie rodzi się plan, dzięki któremu z trzeciej ligi przeskoczy od razu do biznesowej ekstraklasy.

Lobbysta” to powieść sensacyjna zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Książka w sposób bezkompromisowy obnaża mechanizmy polskiego biznesu, polityki, kulisy działań służb specjalnych, największych afer i operacji finansowych. To jednak przede wszystkim wciągająca i trzymająca w napięciu historia, która łączy wartką akcję, galerię niezwykłych osobowości i nieprzewidywalną fabułę.

***

Autor: Mariusz Zielke - dziennikarz śledczy i gospodarczy, pisarz i copywriter

Od 20 lat obnaża patologie systemowe w Polsce. Ujawnił największe afery korupcyjne w kraju (m.in. sprawa Andrzeja M., zmowy funduszy emerytalnych), setki nadużyć w postępowaniach przetargowych oraz największy skandal w historii polskiego show-biznesu, tj. 40 lat krycia pedofilii znanego muzyka i prezentera. Wygrał wszystkie procesy sądowe, nigdy nie skłamał i nie musiał prostować podanych informacji. Od 10 lat na "cenzurowanym", ale zawsze po stronie prawdy i czytelnika.

Autor głośnych bestsellerowych thrillerów m.in. "Wyrok", "Sędzia", "Dobre miasto", "Zło".

"Lobbysta" jest jego najmocniejszą powieścią, która ujawnia kulisy wielu polskich skandali na najwyższych szczeblach władzy. Jeśli interesujesz się polityką i gospodarką, nie możesz przegapić tej książki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 342

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Mariusz Zielke
LOBBYSTA
creo-books.pl
Redakcja, korektyJoanna Zielke
Skład, łamanieSebastian Stępień
Projekt okładkiKamil Wiśniewski
© Copyright for this edition by AWI CREO, Łomianki 2019 © Copyright for the text by Mariusz Zielke, 2019
ISBN 978-83-955554-1-1
Drogi Czytelniku. Nad książką ciężko pracował autor i wiele innych osób. Uszanuj ich trud.Korzystaj z książki w sposób legalny, bo dzięki temu będziemy mogli sobie pozwolić,by przygotować dla Ciebie kolejne znakomite lektury.
Wydawnictwo: AWI CREOcreo-books.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Trzeba przeto być lisem, by wiedzieć, co sidła,i lwem, by postrach budzić u wilków.

Niccolò Machiavelli, „Książę”tłum. Krzysztof Żaboklicki, Warszawa 1984

CZĘŚĆ PIERWSZA

MONIKA

14.

Przygnębiający był fakt, że te największe, topowe operacje były jednak zawsze poza nimi. Marek próbował podpiąć się jakoś pod prywatyzację Techkomu, ale co mógł zrobić? Był za krótki w uszach, jak to mawiał Olo.

„Gromek ogarnia i koniec, nic tu po tobie.”

Siwy nie mógł pomóc i pewnie nie chciał. Był już na emeryturze, kazał samemu sobie radzić. Poza tym, uważał, że na wszystko jest czas.

„Jeszcze nie jesteś Gromkiem. Jeszcze musisz dużo popracować, żeby nim się stać. Pamiętasz, co ci mówiłem o tym zawodzie? Jest jak kariera boksera. Trzeba stopniowo osiągać kolejne poziomy, przygotowywać się do pojedynków, budować rekord, by na koniec trafić najwyższy cel, a potem go utrzymywać. Jedna wpadka i cała ta piramida się wali, nie ma już powrotu. Kleks w rekordzie i nie masz czego szukać w ekstraklasie. Na wszystko jest czas. Cierpliwości, chłopcze.”

Marek miał trochę pretensji, bo wiedział, że Siwy zna się z Gromkiem, mógłby go przedstawić, pomóc, ale z jakiegoś powodu nie chciał i trzeba było się z tym pogodzić.

Cóż, dla takich jak on – drobnych lobbystów – pozostawały przetargi w urzędach i spółkach. Budowanie rekordu. Tak, żeby za bardzo nie rzucać się w oczy. Bo w przeciwnym razie duże drapieżniki, które i tak już warczały odstraszająco, dając do zrozumienia, jak bardzo się niepokoją, skakały do gardeł i rozrywały je jednym szarpnięciem. Wciąż, mimo wieku, stępionych nieco kłów, przytłumionych alkoholem zmysłów, tamci byli dla Marka zbyt silni.

Jak zakwestionować decyzję rządu, gdy wszystko na górze poukładane?

Cała operacja wyglądała, owszem, mocno podejrzanie, ale rzekomo była zgodna z prawem. Służby wszędzie chodziły, lepiej było nie prowokować, żeby nie doprowadzić do otwartego konfliktu z nimi. Marek denerwował się różnymi, potencjalnie niezwykle dla przyszłości Polski groźnymi konsekwencjami, ale wiedział, że sam kijem Wisły nie zawróci. Nikt nie lubi usłyszeć w twarz nieprzyjemnego, krótkiego „spierdalaj”, bez żadnych wyjaśnień i uzasadnień, na które nie ma jak zareagować. W takich sytuacjach podkula się ogon i tyle.

Dobrze zapamiętał dwie lekcje. Pierwszą, gdy dopiero zaczynał w lobbingu, dostał od kogoś podobnego do Ola. Widząc, jak Marek stara się dobrać do jego konfitur, tamten „drugi Olo” wywiózł go do lasu i pokazał, który grób jest przeznaczony dla młodego biznesmena, jeśli nie przestanie zadawać pytań, jątrzyć i wchodzić pomiędzy wódkę a zakąskę. Nie było dla niego tu miejsca.

„W tym lesie leży już kilku takich jak ty... konsultantów. I jakoś nikt o nich nie dopytuje.”

Marek, mimo że z „drugim Olo” było dwóch osiłków, nie wystraszył się.

„A jeśli pójdę na policję?”

Jeden z tych dwóch wyjął blachę.

„Po co czekać?”

Marek zapamiętał i nauczkę, i nazwisko policjanta.

Kolejna lekcja odbyła się nieco później.

Znalazł fajny deal na Pomorzu. Firma ciekawa, zdrowa, z perspektywami, zyskowna, tyle że trochę zadłużona. No ale przy upadłości dług został zrestrukturyzowany i teraz do wzięcia była naprawdę fajna przestrzeń do realnego wyprowadzenia na prostą. Marek ucieszył się, już liczył przyszłe zyski i możliwości. Jego entuzjazm ostudził syndyk, od którego usłyszał, że trzeba wyłożyć prawie dwadzieścia baniek na wstępie i to gotówką. Próbował coś zagadywać, ale syndyk twardo obstawał, że cena uczciwa, a jak się nie da, to obniży w następnym podejściu.

Marek przeanalizował wszystko i uznał, że te dwadzieścia nie przejdzie, nikt tyle nie da, bo to zwyczajnie na tym etapie za dużo, więc wystartuje dopiero w następnym przetargu. Jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że ktoś kupił firmę w pierwszym podejściu, nie za dwadzieścia tylko za pięć milionów.

– No ale jak to? – zapytał w biurze syndyka. – Przecież w ogłoszeniu przetargowym była cena wyjściowa dwadzieścia. Jak z dwudziestu wylicytować pięć? W dół żeście licytowali?

– Zmieniono warunki w trakcie. Ustalono, że pięć wystarczy, jako cena wyjściowa, bo inaczej nikt się nie zgłosi.

– Skąd wiedzieliście, że się nie zgłosi?

– Wadium nikt nie wpłacił, syndyk uznał, że nie ma co czekać w takim razie, zgodził się na gwarancję zamiast wadium. Sam pan mówił, że dwadzieścia to za dużo. Zresztą jak się panu nie podoba, proszę skarżyć do sądu.

– Pewnie zaskarżę. Dwadzieścia rzeczywiście za dużo, ale pięć to za mało. Dałbym siedem, może nawet dziesięć. A tak zrobiliście złodziejstwo.

– Proszę uważać na słowa.

– Zaskarżę ten przetarg! – walnął słuchawką.

Chciał zaskarżyć. Kipiał szczerą wściekłością, był gotów tę sprawę postawić na ostrzu noża. I wtedy zgłosił się do niego kupiec, ten co dał pięć milionów, człowiek na poziomie, kulturalny, wyrobiony.

– Panie Marku, po co panu kłopoty?

– Nie rozumiem.

– Pan jest mądry człowiek, na pewno rozumie.

– Działam zgodnie z prawem.

– My również. I mój mocodawca bardzo pana prosi, żeby nie był pan psem ogrodnika.

– Czuję się oszukany.

– A mógłby pan wycenić te swoje poczucie?

A potem nagle pojawił się Olo i zaczął go prosić:

– Mareczku, odpuść. Przecież cię nie zostawimy z niczym. Przecież dostaniesz działkę.

– Jak to „my”? Jak to działkę? Wy też w tym jesteście?

– A gdzie nas nie ma? Odpuść Mareczku, dogadamy się.

Wściekłość może opadła, rozeszła się. Trochę wciąż był zły, bo już kilka razy go tak zrobiono; zamiast godziwej kasy musiał zaakceptować jakieś ochłapy. Najbardziej pamiętał klimat z tej korporacji metalowej, gdzie pod nosem wyprowadzili mu firmę wartą trzysta milionów za... pięćset tysięcy. „Pierdolone fundusze emerytalne” – ocenił, bo to one odpowiadały za przekręt. Wtedy też odpuścił, bo zaczął się prawdziwy burdel na korytarzach. Dosłownie każdy z każdym. A Siwy patrzył na to wszystko i się dobrze bawił.

„Tak to właśnie wygląda, Mareczku. Dokładnie tak.”

Nie chciał się kopać z koniem.

„Dobra, niech będzie.”

Zawsze to parę stówek zarobku...

Ze wspomnień wyrwał go dzwonek telefonu. Numer nieznany.

– Ta twoja się przeprowadza, chcesz nowy adres?

„Ta twoja” – powtórzył Marek w myślach i poczuł dziwny ucisk w piersi. Z trudem hamował wybuch radości. Więc Monika skończyła z Aktorem. Będzie wolna.

U Dużego Misia, pod okiem Ola, ale wolna. Otwierała się dla niego nowa przestrzeń. A przecież on miał już gotowy plan... No bo plan jest najważniejszy. Strategia to połowa sukcesu – mawiał Siwy.

– Poproszę.

(...)

CZĘŚĆ DRUGA

MAREK

25.

Rudy powąchał paczkę z cygarami, pokręcił głową z niedowierzaniem, że dał się wkręcić w taką akcję, westchnął głęboko i ruszył do biura Ośrodka Centralnego.

– O, dzień dobry panie Arku – powitała go na recepcji blondynka, przypominająca gwiazdę Playboya. – Pan prezes już czeka.

Prezes? Łysy był „tylko” dyrektorem. Kazał się pracownikom nazywać „prezesem”? Rudy znał co prawda parę podobnych przypadków megalomanii, ale akurat po tym urzędniku państwowym się tego nie spodziewał. Gdy pracował w Komendzie Głównej, wydawał mu się całkiem rozsądny, choć bezczelny i chamski. Tłumaczył jednak, że z mundurowymi tak trzeba.

„Jak dajesz im odrobinę miejsca na myślenie, od razu intrygują. Tu trzeba jasno i prosto. Rozkaz ma być wykonany, a jak nie, to wpierdol. Robią, co do nich należy, boją się, wszystko działa jak w zegarku.” – tłumaczył.

„No, chyba że rozkaz jest do dupy” – miał ochotę odpowiedzieć Rudy, ale oczywiście milczał. Zresztą znał z góry odpowiedź:

„Rozkaz zawsze jest dobry. tylko wykonanie może okazać się niewłaściwe.”A jednak to, co zobaczył w Ośrodku, było totalnym przegięciem, i nie chodziło tylko o to, że Łysy zatrudnił sobie na recepcji lolę rodem z wybiegów, nawet jeśli tylko prowincjonalnych. Co tu było grane?

– Zapraszam – lola z szerokim uśmiechem, kręcąc ponętnie biodrami, poprowadziła go do drzwi.

Rudy wszedł ostrożnie. Pierwszy raz był w nowym gabinecie Łysego. Dotąd spotykali się zawsze na zewnątrz lub na Puławskiej.

A tu... Gabinet Łysego umeblowano oryginalnymi, włoskimi kanapami pokrytymi naturalną cielęcą skórą, gustownymi regałami, barkami, na ścianach zawieszono parę całkiem niezłych obrazów. Wzrok przykuwał telewizor. Wielki, chyba ze 100–calowy ekran dobrej firmy pokazywał piękne kobiety, przechadzające się na wybiegu. Łysemu wyraźnie pomieszało się w głowie.

– Coraz częściej pokazują gejów – poskarżył się Łysy, jakby Rudy miał na to wpływ. – Masz coś dla mnie?

Przybysz wręczył dyrektorowi cygara i poczekał, aż ten niecierpliwie rozpakuje podarunek, a następnie z satysfakcją przytknie do nosa ulubioną używkę.

– Wspaniałe.

Pewnie, że wspaniałe – pomyślał Rudy – droższych nie było. Pięć tysięcy za paczkę, złodziejstwo w biały dzień. Przyjaciel, niejaki Gościu, uprzedził Rudego, że na spotkanie trzeba przynieść paczkę jakościowych cygar, bo Łysy postanowił stworzyć swoistą regułę.

„Będziesz miał tyle czasu, ile się pali cygaro.”

Rudy zrobił research i przejrzał bloga Łysego o cygarach. Choć ostatecznie i tak miał go za buca, kupił te cholerne cygara, które dyrektor tak polecał.

– Co tam?

– Jakąś lampę ci postawili pod nosem – Rudy wskazał przez okno nowy element otoczenia.

– Ano wstawili. Mnie się nie chciało protestować. Ponoć ktoś się potknął na zewnątrz, zwichnął nogę i uznał, że to niebezpieczne. Dobre sobie. Niebezpieczne to jest to, co myśmy ze sobą zrobili, co nie, Arek?

– Oczywiście – przyznał niechętnie Rudy. Żałował od dawna, że się wpieprzył w tę całą akcję, ale nie było już odwrotu. Gościu i Rudy zaszli zbyt daleko w ustaleniach, żeby Rudy się wycofał. Pierdolone układy!

Łysy rozparł się w skórzanym fotelu, zaciągnął cygarem, wyraźnie zadowolony i rozluźniony zaproponował:

– No dobra, przejdźmy do interesów.

– Właśnie – Rudy odetchnął sztucznie. Wcale nie chciał już robić z nimi interesów, ale skoro nie było wyjścia... – Chciałem delikatnie zauważyć, że faktury nabrały mocy.

– Faktury? – przez twarz Łysego przebiegło coś złowieszczego.

– No – Rudy nie był pewien, jak to ująć. – Zgodnie z ustaleniami i umową wystawiliśmy trzy i terminy minęły w zeszłym tygodniu. Ja już złożyłem zamówienia w Corpo, więc... jakby to powiedzieć, nie ma odwrotu. Mam towar na magazynie za pięćdziesiąt milionów.

Łysy poprawił się na fotelu.

– Co ty chcesz mi powiedzieć?

– Nic... tylko...

– No wal, prosto z mostu. Nic nie wiem o braku płatności. Podejrzewasz coś?

– Nie, absolutnie. Po prostu uznałem, że trzeba ci powiedzieć, bo przecież to też zagrożenie dla budżetu.

– Jak to?

– Będzie trzeba wystawić noty odsetkowe.

– Nie rozumiem, za parę dni zwłoki?

– Takie są przepisy.

– Od razu przepisy.

– To wy je narzucacie. Nie da się tego obejść, bo ustawa jasno mówi o tego typu przypadkach. Więc jeśli dłużej będziecie zwlekać z płatnością, dostaniecie większe odsetki, a to grozi naruszeniem tego... jak to się tam nazywa... dyscypliny budżetowej. Pojawi się rzecznik, kontrola NIK, nie daj Boże. Siłą rzeczy... możesz oberwać. A przecież tego obaj nie chcemy.

Łysy zawahał się.

– Minister się wkurwił – wyznał w końcu.

– Nie rozumiem. Wszystko jest zgodne z prawem.

– No ale się wkurwił.

– To znaczy?

– Znaczy się, że nie ma działki.

Rudy zamarł. A więc o to chodziło. Łysy chciał więcej łapówek. To stawało się już naprawdę niebezpieczne i groziło wpadką o niewyobrażalnej skali. A teraz jeszcze chce w to umoczyć samego ministra... Rudy zwyczajnie przestał wierzyć Łysemu. Kto wie, może minister nie miał zielonego pojęcia, co tu się odpierdala. Tyle że to jeszcze gorzej. Zostawić bez nadzoru jakieś trzy i pół miliarda złotych? Przecież w USA siedziałby za to sto lat. A w Chinach dostałby od razu czapę; tam nawet szefa Interpolu potrafią drapnąć za głupie parę milionów dolarów.

– Zrozum, na tym etapie...

– Parę milionów przecież możecie jeszcze odpalić – zdenerwował się Łysy. – Inkasujecie prawie miliard. W perspektywie do podziału są trzy kolejne. Trzeba się dzielić konfiturami, co nie? Tort, jaki jest, każdy widzi...

– Dzielimy się.

– Uczciwie dzielić. Wiesz, każda strona powinna mieć poczucie... sam rozumiesz... pewnej równości...

– Staramy się uczciwie.

– Nie dość się staracie. Trzeba znaleźć jeszcze parę milionów. Powiedzmy pięć. Mam taki oto pomysł, jak to zrobić – Łysy wyciągnął folder z biurka.

Rudy poczuł, że jest cały mokry od potu. A jeśli to wszystko jest jakąś prowokacją? Przecież to, co robił Łysy, w normalnym kraju było nie do pomyślenia. Dobra, jesteśmy w Polsce, ale aż taki numer? Jak chłopaki od hazardu dawali dziesięć lat temu dwadzieścia milionów łapówki to zrobili to w sposób cywilizowany i dyskretny. Nawet specjalna komisja nie była ostatecznie w stanie dojść, kto wziął. Tylko dający ponieśli karę. A akcja z korumpowaniem premiera? Cywilizacja panie taka, że nic nikomu nie można było zarzucić. Akcje kupione za milion, sprzedane za dwa. Czysty zysk. Co z tego, że w jeden dzień? To już w jeden dzień miliona nie można zarobić? W Rosji zarabia się tak dziesiątki.

– Co to?

– Nie widzisz. Projekt domu.

– I?

– Ładny, nie?

– No... ładny... ale... nie rozumiem...

– Kupicie ten projekt. Kupicie tę działkę na Mazurach, która jest tam wskazana, kupicie robotników, wybudujecie dom i... płatność pójdzie... na fakturę... rozumiesz?

Rudy był już całkiem mokry od tego wydzielanego od pół godziny potu. Łysy brał w bezczelny sposób, ale to przechodziło wszelkie wyobrażenia.

– Musimy jasno sobie powiedzieć, że pewne rzeczy są trudne i ryzykowne.

– Ryzyko zostaw mnie, zadbaj o inwestycje.

– Jak mam to wytłumaczyć na zarządzie?

– Twój problem. Powiedz, że potrzebujecie nowego centrum konferencyjnego. Powiedz, że ma być tajne, bo dla służb, to zawsze działa, nikt nie chce wnikać. Wiesz, nowy lokal operacyjny – przejdzie, mówię ci. Potrzebujecie słupa, a ja jestem słupem wprost idealnym. A jak nie ja, to mój tato. Ma już doświadczenie...

– Ale procedury...

– Chcecie zarobić ten miliard czy mam pogadać z waszą konkurencją?

Rudy westchnął. Łapówki łapówkami, ale w razie gdyby był nagrywany, trzeba jednak wyjaśnić, skąd to wszystko się wzięło.

– Tu nie chodzi o miliard tylko o płatności za już zamówiony i w części dostarczony towar. Skala jest tak duża, że jak nie zapłacisz, to będziemy musieli wnieść o upadłość. Stu ludzi straci pracę.

– No wiem.

– Jeśli gazety to wyniuchają...

Łysy spiął się.

– Nie strasz mnie gazetami. Mam sześćdziesiąt milionów na reklamy, pamiętaj o tym. Żadna gazeta mnie nie stuknie w trakcie, gdy wykupuję u nich kampanie.

Rudy milczał przez chwilę.

– Pamiętam – mruknął, choć miał ochotę powiedzieć: „się okaże”.

– Cóż. Zastanów się dobrze: albo bierzecie miliard i jesteście grzeczni, albo się kłócimy i wtedy nie macie nic, poza problemami. To co, mamy jasność?

Cygaro powoli dopalało się do końca. Rudy wahał się, ale ostatecznie mruknął:

– Chyba tak.

– Nie lubię słowa „chyba”.

– Tak, mamy jasność – cicho powiedział Rudy.

Łysy uśmiechnął się szeroko, klasnął w dłonie i zgasił cygaro w popielniczce.

– O, to mi się dużo bardziej podoba – spojrzał po raz ostatni w okno. Ustawiona tuż przy nim lampa akurat rozbłysła jaskrawym światłem. Testowali.

„Pod latarnią najciemniej” – pomyślał Łysy.

(...)

29.

Lampa jakby mu się przyglądała. Łysy obszedł ją i dokładnie obejrzał, stając na palcach i starając się przeniknąć wzrokiem przez mleczną osłonę żarówek. Niby wszystko było w porządku, niczym nie różniła się od pozostałych ustawionych przy ulicy, a jednak... było w niej coś innego. Łysy był fanem komiksów i „Wojny światów”. Dziś miał sen, w którym nowo postawiona przed budynkiem lampa nagle ożyła i zmieniła się w trójnogi pojazd Marsjan. Obudził się po trafieniu pierwszym promieniem świszczącego lasera.

Rano zebrał pracowników w sali konferencyjnej i zapytał wprost:

– Której, kurwa, było ciemno przed budynkiem? Przez kogo postawili nam tu lampę, co teraz świeci po oczach?

Widząc miny podwładnych, ugryzł się w policzek i przeprosił za wulgaryzm. Kurwa, to nie policja, musiał się pilnować, żeby go nie podkablowali do szefa. Minister już raz interweniował w związku ze skargami personelu. Łysy co rusz wpadał z deszczu pod rynnę, bo osiadli w ministerstwie urzędasy nie chcieli dać sobie narzucić jego policyjnej władzy. Radził sobie, ale...

„Panie dyrektorze, tak nie można. Nie może pan traktować swoich podwładnych i personelu resortu jak policjantów. To nie służba mundurowa, nie posługujemy się rozkazami, a polecenia służbowe powinny być przekazywane na piśmie, ewentualnie w sposób dyplomatyczny potwierdzone ustnie.”

„Oczywiście, panie ministrze.”

Byli po imieniu, więc minister musiał obawiać się nagrywania albo sam nagrywał. W każdym razie pewnie potrzebował podkładki, dupokrytki, stąd ten język. Łysy dostosował się i nawet na nikim potem nie zemścił. Zrozumiał przekaz, że teraz może być przez jakiś czas na świeczniku, mogą go badać i próbować podkładać świnie. Trzeba było uważać, w końcu gra toczyła się o bardzo wysoką stawkę. Tak naprawdę, nie tylko lampa go niepokoiła. Gdy wchodził do metra miał wrażenie, że jest pod ostrzałem. Nawet rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś obiektu na niebie. Słyszał, że w Ameryce mają już drony, których nie można dostrzec gołym okiem z ziemi, a one nagrywają filmy i dźwięk bez przeszkód, ale jak odchodził z policji, a było to przecież niedawno, nie było tego jeszcze na wyposażeniu. Nawet wojsko dopiero zamawiało taki sprzęt, więc będzie na stanie gdzieś za rok. Więc dronów się nie bał. A może helikopter albo kamera z mikrofonem kierunkowym ustawiona gdzieś na jednym z tych bloków. Na dachu czy może za szybą w mieszkaniu operacyjnym. Ale kto mógł go szpiegować? Kto by się zdobył na taką operację? Przecież już raz próbowali i nic z tego nie wyszło. Łysy pięć lat wcześniej miał na karku całe BSW – Biuro Spraw Wewnętrznych, bo życzliwi donieśli, że bierze. Zarzuty się wówczas nie potwierdziły. Przynajmniej oficjalnie. Paradoksalnie pomógł mu dziennikarz, który dostał zlecenie, żeby zaatakować policjanta. Niejaki Zimny. Zamiast zrobić, co mu kazali i odjebać Łysego, on przyjął, że może być niewinny... inni uwierzyli, nawet ten naiwny Zimny uwierzył chyba. Niezłe jaja! Łysy zamiast bury i więzienia dostał awans. Potem Zimny jeszcze dwa razy wkładał mu szpilę przy zamówieniach z wolnej ręki, ale bez skutku. Był już nie do ruszenia. Tak przynajmniej przekonywał emisariusz jednego z ministrów. Więc skąd to przeczucie? Kto mógł go szpiegować?

„Cholera, może Ruscy” – przyszło mu do głowy w metrze. Gdzieś tam w kuluarach koledzy oficerowie powtarzali, że pokój nie jest na zawsze, że Ruscy coś szykują. Albo zrobią im prowokację, albo ponagrywają, na dziwki też trzeba uważać, bo mogą podesłać – przekonywał taki jeden super ostrożny. Łysy pomyślał, że taki cwany, bo ma jedną na boku stałą do dymania, więc nie potrzebuje, a innym by chciał zabronić, jebany pies ogrodnika.

Przejechał kilka stacji i wysiadł na jednej z wcześniejszych niż planował. Wsiadł do tramwaju, wysiadł na następnym przystanku. Uważnie przyglądał się twarzom, szukając potencjalnych szpiegów. Żadna nie wydawała mu się podejrzana. Żadna się nie powtórzyła. Podobnie samochody.

„Nie no, kurwa. Popadam w paranoję. Ruskich jeszcze będę szukał” – pomyślał i rozluźnił się, gdy zobaczył obok salon samochodowy. To musi być znak, bo właśnie myślał, co kupić ojcu na prezent.

– Dzień dobry – przywitał go sprzedawca. Chyba właśnie zamierzał zamknąć, ale wyczuł, że Łysy może być kimś ważnym, bo błyskawicznie zmienił nastawienie i zaproponował oprowadzenie po salonie. – Co pana najbardziej interesuje? Coś terenowego, miejskiego, sportowego?

– Potrzebuję na dzień ojca.

– Miejski?

– Nie, raczej terenówka, o ten tam mi się podoba – wskazał niezbyt dużego suva.

– Świetny wybór. W tej wersji będzie nawet w promocji cenowej.

– Chcę full opcję. Nie musi być w cenie promocyjnej.

– Oczywiście.

– Ma być cztery na cztery, najmocniejszy silnik, skóra, podgrzewanie, pełna elektronika, co tam jeszcze macie...

– Jasne – sprzedawca już wiedział, że się nie pomylił i dobrze zrobił, że nie spławił klienta. Jak dobrze pójdzie, będzie to jedyny sprzedany w takiej wersji model w Polsce, a za coś takiego koncern potrafił dać dodatkową nagrodę, może i nawet jakąś wycieczkę zagraniczną, premię czy bonus.

– Jak szybko jesteście w stanie dostarczyć?

– Myślę, że wystarczą dwa dni.

Łysy wyjął wizytówkę Rudego i podał sprzedawcy.

– Fakturę na te dane, płatność będzie zaraz po wystawieniu, a dostawa auta tutaj – napisał na kartce adres ojca. – Tylko proszę na dwudziestego trzeciego czerwca zdążyć i żeby nikt tatusiowi nie powiedział, kto jest płatnikiem.

– Oczywiście.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki