Wydawca: Videograf Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 408 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 27 min Lektor: Joanna Domańska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 27 min Lektor: Joanna Domańska

Opis ebooka LO story - Magda Skubisz

Master, Ryba, Burak i Lusia – nie oni jedni, ale oni jakoś zwłaszcza – cierpią męki w drugiej licealnej. Prześladowcy to: system edukacyjny ogólnie, a szczególnie: Gnida – sadystyczna i szpetna matematyczka, Zosia-Narkoza – nieco mniej szpetna, za to perfekcyjnie zarzynająca swój przedmiot polonistka, no i wychowawczyni – strachliwa anglistka z płaskostopiem. Udręczona młodzież intensywnie odreagowuje stres za pomocą rozlicznych używek, wśród których prym wiedzie alkohol kupowany od handlarzy zza ukraińskiej granicy. Pod wpływem trunków rozgrywa się znaczna część wydarzeń opisanych w powieści, co w żadnym razie nie spłyca jednak treści i nie zagraża niewątpliwym walorom artystycznym utworu, a nawet jakby przeciwnie.

Opinie o ebooku LO story - Magda Skubisz

Fragment ebooka LO story - Magda Skubisz

Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2016

Wszelkie wydarzenia opisane w książce są fikcyjne, a podobieństwa przypadkowe.

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2015

tekst © Magdalena Skubisz

ISBN 978-83-7835-503-8

Nie przypominam sobie okresu życia, w którym byłbym nieszczęśliwy…

No, może poza okresem, kiedy chodziłem do szkoły.

Jerzy Urban

Dorocie Kosteleckiej – polonistce z rezerwatu

Poniedziałek

Niebo zalała chłodna jasność. W pewien styczniowy poranek, gdy stada wypolerowanych gawronów lśniły w słońcu, a łyse drzewa rzucały cień na śliskie ulice i nieposypane chodniki pewnego podkarpackiego miasteczka, w bramie walącej się kamienicy sterczała zgarbiona nastolatka. Była godzina 7.50.

Nastolatka nazywała się Alicja Pawlacz. Nie była sierotą, nie handlowała ukraińską wódką, nie była na nic chora i na szyi nie dyndała jej żadna molestująca bliźnich tabliczka, a mimo to podejrzanie kuliła się w ciemnym, obfitującym w przeciągi korytarzyku. Wyraz jej twarzy zdradzał udrękę. Alicja wzdychała, buchając parą w okopcone sklepienie i zezując raz po raz spod kaptura. Po chwili zaklęła i nerwowo zerknęła na zegarek.

Jak łatwo się domyślić, powyższe czynności zdradzały stan beznadziejnego zakochania. Na odwzajemnienie tegoż uczucia Alicja za bardzo nie liczyła, bowiem uważała się za kobietę o nienachalnej urodzie i bezbarwnej osobowości. W dodatku nie miała pieniędzy, nie bywała w modnych lokalach (jeżeli w ogóle w tym mieście takowe były) i stać ją było raptem na jedno tanie piwo dziennie. I czym tu uwieść?

Nastoletniemu mężczyźnie „wnętrze” jednostki rodzaju żeńskiego kojarzy się zupełnie inaczej, he, he.

Ciekawe, czy Master wie, że „wnętrze” to wyraz wieloznaczny? Albo nawet homonim… Ciekawe, czy w ogóle wie, co to homonim? Swoją drogą Master może interesować się zagadnieniami bardziej frapującymi niż homonim…

– Wiecie, jak zabić Człowieka Pająka?

Nadzieja Alicji, że będzie sam i że będzie mogła ot tak przypadkowo spotkać go na ulicy i zagadnąć: „Cześć! Nie widziałeś gdzieś Kaśki?”, rozwiała się brutalnie. Master szedł otoczony chichoczącą świtą, złożoną z licealnych pierwszoklasistek, które, nie czekając na odpowiedź, zapobiegawczo zaczęły pokładać się ze śmiechu.

– Człowiekiem Laczkiem! – wyjawił triumfalnie, spoglądając z politowaniem na chudą blondyneczkę, która ze szczęścia posmarkała się w rękaw. – Idźcie już lepiej do klasy, bo was opieprzą, laaaski.

Dziewczynki, wyraźnie rozczarowane, niechętnie się oddaliły, gdacząc i drobiąc w śniegu kozaczkami o zwężonych noskach.

Ufff… Teren czysty. Ala odetchnęła z ulgą i z rozczuleniem spojrzała na samotnego Mastera. Teraz wahała się, czy zapoczątkować kulejącą konwersację, czy też lepiej nie wychylać się z bramy i trochę sobie popatrzeć.

– O! Luśka! Co się tak czaisz?

Jasna cholera! Nie trzeba było do tego stopnia intensyfikować wzroku.

– Luśka! Wyłaź stamtąd!

I jeszcze ta obrzydła ksywa: Luśka. W zamierzeniu miała być zdrobnieniem od Alusi.

Odchrząknęła trzy razy i zasłoniła kapturem twarz, na której panoszył się kwitnący trądzik.

– Cześć! Nie widziałeś gdzieś Kaśki?

Ciemne oczy Mastera omiotły ją w skupieniu i Alę przeszył rozkoszny dreszcz.

– Idzie.

– Ooo… – Wbrew staraniom zabrzmiało to jak jęk rozczarowania.

– Co robiłaś w tej bramie?

Ala odchrząknęła ponownie.

– To, co zwykle. Najpierw zrobiłam sprejem małe graffiti, potem zbiłam szybę, oplułam poręcz… Na koniec wykręciłam żarówki.

Master uśmiechnął się szeroko, odsłaniając aparat ortodontyczny. Nazębna szyna przypominała trochę drut kolczasty, przez co uśmiech wyglądał zachwycająco drapieżnie.

– Fajnie. Ja bym jeszcze zaprószył ogień… – Naraz odwrócił się i pomachał energicznie do kolorowej, omotanej przydługim szalikiem osóbki, która z tkwiącym w zębach papierosem brnęła przez puszysty śnieg. – Rybaaa!!! Rusz się, dziewczyno, bo dostaniesz pałę!

Kolorowa postać najpierw pokazała gest Kozakiewicza, potem rąbnęła Mastera śnieżką w oko.

– O, ty małpo… – jęknął i posłał w stronę nadchodzącej turlającą się poboczem puszkę.

Kasia nie pozostała dłużna. Cisnęła w kolegę słoniną z karmnika dla ptaków (akurat to miała pod ręką).

Wymiana ciosów przebiegała w sympatycznej atmosferze i Ala czule przyglądała się bijącej się parce.

Master – próżny cherubinek o ambicjach inteligenta i metroseksualnym wyglądzie. Sylwetką przypominał łykowatego Animka, a z twarzy – starszą wersję Billa Kaulitza, z tym że nie znał niemieckiego, nie malował konturówką powiek i znacznie rzadziej marszczył czoło. Bogaty, piękny i popularny wśród stad dojrzewających przedstawicielek płci pięknej, potomek nuworysza z branży meblarskiej. Właściciel szpanerskiego płaszcza, peugeota 206 i imponującej kolekcji komputerowych RPG-ów. W dwóch słowach: nadęty dupek.

Zakochana w nim była bez pamięci…

Kasia – zwana Rybą – osoba niekonwencjonalna i bezkompromisowa. Dziecko przemytników z wszczepioną w genach umiejętnością podrażniania otoczenia merkantylnym uśmiechem. Arogancka, wybuchowa, mściwa, prezentująca mocno już przestarzały image hippiski i jeszcze bardziej archaiczne przekonanie o kształcącej roli literatury w życiu nastoletniego człowieka. Jednostka z co najmniej paru względów niezwykła – chociażby z racji całkowitej niepodatności na kaca mimo spożywanych namiętnie hurtowych ilości alkoholu. Licealistka ze stale obniżanym sprawowaniem, między innymi za niebanalny wygląd, na który zwykle składały się: wyrazisty makijaż, czarne paznokcie, kolczyki w nosie, uszach i innych eksponowanych miejscach, prócz tego tatuaże i mnóstwo, mnóstwo brzękadełek, tak ślicznie rezonujących podczas pisania na tablicy.

Krótko mówiąc: jeśli Ala posiadała tak zwaną najbliższą koleżankę – żeby nie nazwać jej szumnie „przyjaciółką” – była nią owa młoda dama, żądna wrażeń i zniszczona przez nałogi.

– Cześć, Lusia! – Kasia uściskała ją serdecznie, nie wyciągając papierosa z ust. – Cześć, Łukaszku! – Jak gdyby nigdy nic przywitała się z Masterem i otrzepała go z resztek słoniny. – Ładną masz czapkę. A gdzie Zenon z Nizin?

– Pewnie bus się spóźnił.

– Albo krowa ocieliła…

– Albo kury nieso… – wyraził obawę Master. – Chodźmy do budy, może po drodze Zenon sam się napatoczy.

Ruszyli w stronę budynku ogólniaka, bardzo ładnego, z lekko tylko obtłuczonym tynkiem. Budowla pęczniała godnością i majestatem; na krytym zabytkową karpiówką dachu siedziały dwa zmarznięte gargulce, którym sople lodu zwisały z pazurzastych łapek. Z komina walił czarny dym i wsiąkał w zasnute chmurami niebo.

Nieco niżej, pod szkolnym murem (na którym zawiedziony kibic naskrobał kredą: „Jebać Czuwaj!”, a poniżej zadowolony: „Niech żyje Czuwaj!”) Zenon Kobiałka, urągając wszechobecnej architektonicznej powadze, zamaszyście wycierał w śnieg mocno zabytkowe buty Tatry.

– Co tam, Zeniu? Woziłeś obornik?

Zenon nieprzyjaźnie łypnął na Mastera spod filcowego beretu i nic nie odrzekł. Generalnie był małomówny.

– Burak, jak zaczną ci śmierdzieć butki, to Gnida wyrzuci cię z klasy i nie będziesz musiał pisać sprawdzianu – wytłumaczyła logicznie Kasia.

– Ale ja chcę pisać sprawdzian.

Nikt nie przewidział opcji istnienia człowieka, który chce pisać sprawdzian z matematyki, więc zamilkli.

Burak w ogóle był swego rodzaju zjawiskiem, gdyż lubił się uczyć, którą to pasję uprawiał pomiędzy mieszaniem paszy dla trzody chlewnej a jazdą rozrzutnikiem gnoju po polach ornych. Trzydzieści lat wcześniej miałby stypendium za pochodzenie, teraz – z Nizin rodzinnych i de facto społecznych – dojeżdżał do szkoły rozlatującym się busem bądź PKS-em, a woźny co rano sprawdzał, czy uczeń z prowincji zmienił obuwie. Miał wdzięk i aparycję żołnierza z pomników wdzięczności dla Armii Czerwonej, akcent z „Samych swoich”, talent do przedmiotów ścisłych i niepodatny na miejskie zepsucie charakter. Nawet ksywa uwypuklała zalety ducha i szlachetną anatomię: Burak był twardy, krzepki, czerwony i – jak podpatrzył Master w męskiej ubikacji – miał zwężający się ku dołowi korzonek.

– Umrę – oznajmiła Kasia, przypatrując się, jak kolega zakłada obdarte tenisówki, a tatry wkłada do torby.

– Na co? – spytał szorstko.

Kasia wzniosła ku niebu powieki zalepione granatowym cieniem.

– Umrę z nienawiści do Gnidy i jej sprawdzianów.

– Przestań kwękolić – upomniał ją surowo Master.

– Kwękać się mówi.

– Kwękolić. To jest połączenie kwękania i jękolenia.

– Nie ma czegoś takiego jak jękolenie – wtrącił się z mądrą miną Burak. – Mówi się: jęczeć.

– A co ci, kurwa, przeszkadza? – zapienił się Master, zdenerwowany przed poranną klasówką. – Będę sobie tak mówił, bo mi się tak podoba. Jękolić, kwękolić…

– Pierdolić – uciął Zenon i popatrzył w zadumie na szarą, upstrzoną płatkami śniegu bryłę, na której krwawo rysowała się tabliczka ogólniaka. – Ciekawe, czy Gnida będzie miała dzisiaj atak?

– Coś ty… – westchnęła Ala, człapiąc ciężko po schodach. – Jest klasówka i Gnida będzie rozkwitać. Będzie łaskawa. Pozwoli sobie podać kawę i ciastko, i stertę tych debilnych gazet: „Doktor Be radzi, jak leczyć chromanie przestankowe i unikać przegrzewania moszny w za ciasnych gaciach”.

– Jak? – zaciekawił się Master, ale został zignorowany.

– Albo te wszystkie rzewne reportaże o dzieciach bez nóżek.

– Przestań – powiedziała Kasia. – Nie chcę słuchać o dzieciach bez nóżek. To okropne.

Zapadło milczenie, przerywane nierównym chrzęstem śniegu miażdżonego ciężkimi glanami Mastera.

– Masz jakieś gazety? – spytała Ryba. – Przewodnicząca Mao kazała przynieść. Co by się Gnida zajęła gazetą, a nie nami.

Master pokręcił głową, przyozdobioną kretyńską czapeczką z rogami łosia.

– Nie mam. Mogę jej co najwyżej kupić świerszczyki dla odmiany.

Burak aż przystanął, powodując niewielki korek przy wejściu.

– E, pieprzysz! Naprawdę byś kupił?

– Jak mnie wkurwi, to położę jej na biurku, przysięgam. Zobaczę jej minę.

– Hi, hi, hi – zaśmiała się cichutko Ala. – Jakie?

– „Peep show”, „Cats”, „Anal Pervers”, takie tam…

– Hi, hi, hi. To po angielsku. Myślicie, że zrozumie?

– Przecież ma obrazki. Z podpisami.

– Jak komiks. Hi, hi…

– Ciekawe, co by zrobiła? – zastanowiła się Kasia.

– Dostałaby ataku, wyrzygała kawę…

– I ciastko…

– I ciastko…

Weszli do klasy, rzucając zdawkowe „cześć”. Nikt nie odpowiedział, bo cała II b była zestresowana nadchodzącą właśnie lekcją.

Ala rzuciła kurtkę na krzywy ścienny haczyk. Master – esteta w każdym calu – wyciągnął z plecaka wieszak i troskliwie umieścił na nim swój ukochany skórzany płaszcz. Na wierzchu ułożył starannie rogatą czapkę, po czym, zerknąwszy z niesmakiem na haczyki, umieścił odzienie na pustej ławce. Ściślej – na pustej ławce przed biurkiem. Wyglądało to co najmniej intrygująco.

Ala oczami wyobraźni już widziała, jak na ten widok wąziutkie, sine wargi Gnidy zaciskają się w cienką linię dezaprobaty. I zawsze wtedy ogarniało ją nieodparte przeczucie, że gdzieś w środku tej małej sadystycznej główki czai się szaleńcza radość i gotowość zgnębienia wszystkich i wszystkiego.

Master przeciągnął się z głośnym ziewnięciem.

– Nooo… – Popatrzył na zegarek. – …jeszcze pięć godzin i pogram sobie w „Quake’a”. Tam jest taka postać podobna do Gnidy, lubię za nią gonić z piłą…

– Dlaczego z piłą? – machinalnie spytał Burak, wyciągając plecak spod buta Mastera. – Rozdeptałeś mi kanapkę, pacanie.

– Serio? Z czym?

Burak popatrzył z westchnieniem na sufit.

– Nieważne z czym, nawet jakby była z gównem, to ci nie wolno deptać po mojej kanapce. Nic nie czujesz w tych swoich buciorach.

– Nieprawda. Gówno bym poczuł.

* * *

Trwała gorączkowa bieganina.

Przewodnicząca Mao (skrót od Maogosi – bo tak, posługując się niechlujną dykcją, artykułowała swoje imię) – brzydka, energiczna dziewczyna, z tych, co to się angażują społecznie albo sępią od każdego po pięć złotych na gazetkę ścienną, żeby było „ładniej” – trzęsącymi się rękami nakładała na talerzyk kremówkę. Chyba papieską. – Ala dojrzała dwie warstwy żółtego kremu. Pewnie lepiej się kojarzyła. A poza tym, jak Gnida mogłaby nie zjeść papieskiej kremówki? To trąciło herezją.

Na biurku piętrzył się już stos gazet. Ala nie wypatrzyła wśród tytułów doktora Be ani dzieci bez nóżek, były za to łzawe historyjki o niekochanych żonach i mężach, samotnych matkach, samotnych nieszczęśliwych, samotnych porzuconych, a nawet jedna o niekochanym, samotnym, nieszczęśliwym, porzuconym psie. Na szczycie sterty szmatławców czerwonym tytułem straszyły zawistne wspominki: „Mąż rzucił mnie dla młodszej, a ona potem zostawiła jego!”.

„Jejku – pomyślała Ala – jak konsument takiej papierowej sraczki, tych ckliwych, jednowątkowych, autoerotycznych wynurzeń może się zachowywać normalnie? Biedna Gnida, to nie jej wina, że jest nerwowa. My ją do tego zmuszamy”.

Przewodnicząca wyczyściła palcem brzegi talerzyka, oblizała palec i postawiła naczynie na biurku. Jej koleżanka, Pryta (pomagała zawsze przy gazetce), przytruchtała pośpiesznie, dzierżąc oburącz szklankę z kawą i utopioną w niej łyżeczką.

Ala miała nadzieję, że przynajmniej tam napluła.

– Cukier!!! Gdzie jest cukier?!! – darła się Maogosia z nutką histerii w głosie. – Kurczę, ona zaraz przyjdzie!!! Niech mi ktoś pomoże!!! – zawyła i popatrzyła wyczekująco na Mastera, który zawsze się jej podobał.

Master oczywiście nie ruszył się z miejsca, ale za to zwinął dłonie w trąbkę i ryknął:

– E, wszyscy! Gdzie jest, kurwa, cukier?! – Zamilkł nagle, po czym gwałtownie wstał i powiedział: – Dzień dobry.

– Widzę, że nie macie cukru – stwierdziła Gnida, drobiąc krótkimi nóżkami w kierunku biurka. – A ty, Masterski, dostajesz uwagę… Proszę to sprzątnąć. – Wskazała pogardliwie na kremówkę i kawę bez cukru. – Nie mam gdzie położyć dziennika.

Powiało grozą.

Przewodnicząca Mao zerwała się z miejsca i ze wstydliwym pośpiechem usunęła nieszczęsny poczęstunek. Gnida stała tymczasem obrażona i nieruchoma jak kukła, z twarzą zakrzepłą w jakimś nieuchronnym postanowieniu.

Ala mogła się założyć, że obmyśla właśnie najbardziej przykrą metodę pacyfikacji Klasy, W Której Nie Ma Cukru (Do MOJEJ Kawy!).

– No to ekstra… – wycedziła cichutko przez zęby siedząca obok Kasia. – Zrobi nam teraz sajgon… Pewnie da jakiś temat, którego nie było…

Ala popatrzyła ze wstrętem na Gnidę, wpisującą uwagę Masterowi. Wyprostowana („He, he, dlaczego większość niskich ludzi siedzi tak komicznie wyprostowana?”), napuszona, w paskudnym beżowym angorowym sweterku z wyczesanym na sztorc włosem i w takimż kretyńskim berecie, wyglądała jak brudna owca porażona prądem. Poniżej sweterka opinała się na brzuchu walcowata, kraciasta spódnica, spod której wyłaziły dwie tłuste łydy w sraczkowatych wełnianych pończochach („Pewnie ma żylaki” – zauważyła kiedyś spostrzegawcza Ryba) i kawałek żółtej halki. Łydy tkwiły zawsze w tych samych kanciastych, wypolerowanych na wysoki połysk czółenkach z przysadzistym, kwadratowym obcasem, które awansowały ich właścicielkę do zaszczytnego grona ludzi widocznych, to jest liczących sobie więcej niż metr pięćdziesiąt wzrostu.

– Ghrrr… – zacharczała Gnida. – Wyciągamy karteczki. – Założyła okulary i pogmerała grubymi paluchami w zbiorze zadań. – Siadamy pojedynczo… – Rozległ się hurgot gwałtownie odsuwanych krzeseł. – Ciszej – poleciła tym samym, beznamiętnym tonem i natychmiast popierdywania stalowych nóżek o parkiet straciły na sile. – Imię, nazwisko, klasa, dwa iks dodać cztery igrek, dzielone przez dwa, otworzyć nawias, pierwiastek z trzech, razy osiem iks…

– Dzielone przez…? – zapytał ktoś odważny.

– Trzeba było uważać, zamknąć nawias, do potęgi drugiej… Jakubowski, masz minusa za odpisywanie od kolegi.

– Ale ja nie dosłyszałem zadania! – kwiknął urażony Jakubowski.

– A dosłyszałeś, że masz minusa? – Uśmiechnęła się. – Dodać, otworzyć nawias, jedna druga igrek…

– Wolniej… – rozległy się błagalne głosy.

Gnida jednak dyktowała w zastraszającym tempie, a ekstaza na jej twarzy była aż nadto widoczna.

– Macie dziesięć minut.

„Sadystka z pasją. Wenus w angorowym, kurwa, futrze” – pomyślała Ala, notując zawzięcie, i nagle uświadomiła sobie absolutną bezcelowość tej czynności, bo przecież i tak niczego nie była w stanie rozwiązać. Odwróciła kartkę i narysowała Gnidę z pejczem i w lateksowych stringach, oddającą się ekstatycznej flagellacji…

– CZYJE TO?!

Ala poderwała głowę. Swoją drogą dość późno wieszak Mastera znalazł się w centrum uwagi.

– Nie wiemy, pani profesor – rozległy się pokorne głosy, choć na pewno gdzieś czaili się życzliwi, którzy zapytani wprost, natychmiast wyjawiliby dane właściciela.

– Dyżurny! – Dyżurnym okazał się nieszczęsny kolega Jakubowski, który poderwał się tak nagle, że przewrócił kwietnik. – Proszę to w tej chwili odnieść do szatni!

Rozległ się szmerek rozbawienia.

– My nie mamy szatni – odezwał się ze smutną miną Master. – Każą nam się wieszać na ścianie. O, tam. – Zarzucił głową.

– To twoje ubranie?! – spytała nagle w przebłysku intuicji i podeszła do ławki. Stanęła w rozkroku (na tyle, na ile pozwoliła opięta spódnica) i wpatrzyła się w ucznia nienawistnym wzrokiem. – I wstań, jak do mnie mówisz!

Master wydał dyskretny jęk znużenia i posłusznie nachylił się nad Gnidą z perspektywy swojego metra osiemdziesiąt pięć.

– To nie moje – zełgał bezczelnie.

Klasa obserwowała scenę z radosnym zainteresowaniem. Niektórzy zaczęli ściągać.

– Kłamiesz! Widziałam cię dzisiaj przed szkołą w tej czapce!

– Skąd! W życiu bym czegoś takiego na siebie nie włożył…

Gnida zaczęła sapać. Wąskie usta zacisnęła tak mocno, że wyglądała, jakby ktoś chlasnął ją po twarzy żyletką.

– Nie kłam, Masterski, bo to się dla ciebie źle skończy.

– Ja zawsze mówię prawdę – obraził się.

– DYŻURNY!!!

Jakubowski zerwał się jak poprzednio; tym razem ktoś uczynny przytrzymał kwietnik.

– Czyje to jest?! Pytam po raz ostatni!

– Eee…

– Hmmm… Skoro właściciel się nam zawieruszył, to odniesiesz ten wieszak do pokoju nauczycielskiego…

Master jakby się skurczył.

– …i położysz na moim biurku. Widocznie ktoś pomylił klasy, prawda, Masterski?

– Na pewno… – powiedział lekceważąco, ale dostał nerwowego tiku w lewej powiece. Żeby go ukryć, podłubał palcem w oku.

– Aaa… – Przywołała gestem Jakubowskiego. – Oddaj karteczkę. – Popatrzyła na zegarek. – I reszta klasy tak samo…

Rozległy się głosy oburzenia.

– Jeszcze trzy minuty!

– Zegarki wam źle chodzą – zasugerowała z uśmiechem. – Kładziemy karteczki na biurko! Komu się nie podoba, nie musi oddawać. A za całokształt dzisiejszej lekcji możecie podziękować koledze Masterskiemu. – I znowu się uśmiechnęła, łyskając szarawym szkliwem. – No, no, szybciutko, bo zaraz zaczynamy nowy temat.

– Co za suka! – wysyczała Kasia, wstając. – Masz coś?

– Nic. Zdążyłam tylko przepisać.

– Dawaj, zaniosę.

Gdy Kasia oddała obie kartki, Ala przypomniała sobie o Gnidzie z pejczem.

– Jasna cholera! – jęknęła do siebie i rzuciła się w kierunku biurka. – Pani profesor, ja bardzo przepraszam, ale pomyliłam klasówki – wyjąkała uprzejmie. – Czy mogłabym…?

Gnida popatrzyła na nią lodowato i wróciła do przerwanego zajęcia, polegającego na starannym wpisywaniu jedynek do dziennika. Ala poczekała cierpliwie, starając się nie zipać jej na ręce, po czym z powodu braku jakiejkolwiek reakcji odwróciła się i wróciła do ławki.

– Mam przechlapane. Ona mnie pokazowo zgnębi.

Kasia wyczyściła cyrklem paznokieć i zamyśliła się.

– A podpisałaś się? – spytała nagle.

– Nie pamiętam.

– To wyluzuj.

– A jak się podpisałam?

– To też wyluzuj. Jak jesteś spięta, puszczasz straszne bąki.

Ala zaniemówiła z oburzenia.

– Żartowałam, kochanie.

– Za późno. Naprawdę puszczam bąki.

– To poczekaj, aż Gnida podejdzie… O, idzie… Patrz, jaką ma radochę, że wstawiła tyle pał.

– Czyja to kartka? – Gnida pomachała kartką Ali.

Alicja pokonała odruch, żeby wstać i się przyznać. Na wszelki wypadek Kasia zapobiegawczo dźgnęła ją cyrklem (tępą stroną – co raczej zawdzięczać można czystemu przypadkowi).

– Widzę, że dzisiaj druga be ma problem z rozpoznawaniem swoich rzeczy – ogłosiła Gnida, posyłając Masterowi wymowne spojrzenie. – No cóż… dojdziemy do tego drogą eliminacji. Na kartkach nie podpisały się cztery osoby: Gudzelak, Gałuszka, Jakubowski i Pawlacz. – Rozejrzała się triumfalnie w oczekiwaniu na uznanie dla własnej przenikliwości. – Wstać. Przyznać się albo cała czwórka dostanie jedynki. Oprócz tych z klasówki, oczywiście.

Ala spróbowała wstać, ale utknęła w ciasnej przerwie pomiędzy ławką a krzesłem.

Gnida spojrzała na nią z niesmakiem.

– Rusz się, dziewczyno. To tobie się pomyliły kartki?

– Tak – stęknęła, usiłując wykopać spod siebie krzesło. – Bo ja wzięłam starą kartkę z plecaka… i tam na drugiej stronie kolega coś mi kiedyś narysował…

– To? – Gnida uprzejmie zaprezentowała swoją podobiznę całej klasie.

Rozległ się nerwowy śmieszek, pobrzmiewający gdzieniegdzie ulgą, że pechowa kartka należy do kogoś innego.

– Tak, tak, właśnie to – przytaknęła Ala gorliwie. – Myślałam, że jest czysta, przepraszam…

– Kolega?

– Tak.

– Dawno temu?

– Tak. Nie pamiętam nawet kiedy…

Gnida uśmiechnęła się z wyższością i Ala wyczuła, że popełniła jakiś błąd.

– Dziwne. Bo ten twój kolega rysował tym samym długopisem, którym pisałaś na odwrotnej stronie… Ale cóż, przypadki się zdarzają, prawda, dziewczyno?

Ala pokiwała głową i poczuła, że jak jeszcze raz Gnida nazwie ją dziewczyną, to nie wytrzyma i splunie jej na beret (twarz była za nisko).

– Siadaj, Pawlacz. Jedynka i uwaga.

– Ciekawe, co napisze – szepnęła Kasia, kiedy Ala usiadła i ze złością zaczęła ryć cyrklem po ławce. – Uczennica na lekcji matematyki rysuje nauczyciela w stringach…

– Ciszej, tam – upomniała Gnida. – Pawlacz, nie kul się tak, bo będziesz garbata. Zadanie domowe. Do sprawdzenia. Zeszyt.

Ala bez słowa podała zeszyt (zadanie odpisała od Buraka, więc istniało spore prawdopodobieństwo, że rozwiązane jest prawidłowo) i zaczęła się modlić o szczęśliwe zakończenie tej jakże emocjonującej lekcji. Niestety, zostało jeszcze dwadzieścia minut. W ciągu dwudziestu minut Gnida mogła doprowadzić zdrowego człowieka do stanu obłędu i sprowokować sytuacje skrajne, kiedy to udręczona ofiara ma trzy wyjścia: uciekać, zaskomleć pokornie o litość albo rzucić się oprawcy do gardła. Ala najchętniej skorzystałaby z trzeciej opcji. Gdyby była bardziej asertywna.

Gnida pochyliła beret i zaczęła oglądać zeszyt z dokładnością, jakiej nie powstydziłby się kontroler jakości limitowanej serii wyrobów papierniczych. Ala zauważyła, jak od jej oddechu kartka wilgotnieje i zaczyna się delikatnie marszczyć. „Jak kapnie jej z nosa, zrobię z tej kartki laleczkę wudu” – pomyślała i zaczęła rozważać możliwość kradzieży zdjęcia (tak na wszelki wypadek) ze szkolnego tableau. A potem razem z całą paką: szpileczki w oczka, przypalanie papierosem, darcie, skubanie, dziurawienie, wszystko to zakończone upojną kolektywną defekacją na zbezczeszczone resztki.

– Siadaj! – warknęła Gnida, oddając zeszyt.

Wyrwana z transu Ala drgnęła i stwierdziła, że z nieznanych powodów na jej twarz wypłynął szeroki uśmiech. Zlikwidowała go czym prędzej.

– Piszcie nowy temat: funkcja kwadratowa…

Tu nastąpiła zawiła definicja podana najczystszym matematycznym żargonem, żeby nie było wątpliwości, że ktokolwiek z obecnych ją zrozumie. Gnida podeszła do tablicy i skrzypiąc kredą, napisała jakieś obmierzłe cyferki.

– Pani profesor! – odezwała się lękliwie Długa (wielkie, smutne brzydactwo z zaklejonym okiem). – Mogę się przesiąść do przodu? Nie widzę dobrze…

– Nie widzisz? – spytała zgryźliwie magister Wszanka. – To co tu jeszcze robisz? Do szkoły specjalnej! – poradziła i rozejrzała się triumfująco, jakby chciała sprawdzić wywarte wrażenie.

Długa klapnęła na swoje miejsce i łzawiąc z wysiłku, wpatrzyła się w tablicę. Potem zaczęła zezować do zeszytów lepiej widzących koleżanek.

Gnida dyktowała, uczniowie notowali w skupieniu. Nikt nie był na tyle głodny wiedzy, by zadawać jakiekolwiek pytania, większość tkwiła w naiwnym przekonaniu, że lekcja zakończy się na zgłębianiu tajników funkcji kwadratowej. Matematyca jednakże miała inne plany. Nabazgrała na tablicy jakieś podłe równanie i zaczęła się domagać, by ktoś je rozwiązał. Chętnych, co zrozumiałe, nie było, więc – posługując się dziennikiem i grubym paluchem sunącym z góry na dół – odpytała całą klasę. Ponieważ nikt nie wykazał się dostateczną inteligencją przy tablicy, oświadczyła, że w tej kwestii nie pozostaje jej nic innego, jak tylko wpisać wszystkim minusy. Co też radośnie uczyniła.

Nikt się nie wywinął: ani Jakubowski z wieszakiem, usłużnie deklarujący chęć udania się do pokoju nauczycielskiego, ani Master, powołujący się na potrzebę pilnej wizyty u szkolnej pedagog, ani wreszcie niesamowity człowiek nazwiskiem Pluto, symulujący atak kolki nerkowej.

Zadźwięczał dzwonek. Gnida zabrała dziennik i wyszła, a wkoło rozległo się zbiorowe westchnienie ulgi.

Została po niej tylko zimna kawa. Obok – papieska kremówka (zaraz pokłóciły się o nią dziewczynki z pierwszej ławki), która mimo całej swej świątobliwej aury nie uchroniła II b od nieszczęścia. Niezaszczycony Gnidzią uwagą artykuł o młodej niewiernej kłuł w oczy obleśnie tłustą czcionką.

– O ja pierdolę… – wyszeptał w bezmiernym zdumieniu Master. – Patrzcie! Zapomniała mojego płaszcza!!!

* * *

– Tfu! Won, wstrętna babo! – wzdrygnął się Master, gniotąc z lubością ukochany płaszcz. – Jak jeszcze raz ją zobaczę, to zacznę rzucać czosnkiem.

– Już dawno mówiłam, że ją trzeba egzorcyzmować. Nie ruszyła kremówki… – Ala powoli robiła bilans ostatnich czterdziestu pięciu minut, na który składały się: pała, uwaga i minus. Prócz tego perspektywa koszmarnej matmy przez następne pół roku. – Ona nas zarżnie.

– Ja się nie boję, ja mam kasę.

– Ale ja nie mam! Nie mam kasy na korepetycje u jej koleżanek!

– To ona ma koleżanki? – zdziwił się uprzejmie Master.

Kasia popatrzyła na Alę stanowczo.

– Musisz chodzić na korepetycje do koleżanek, bo inaczej zakibluje cię w drugiej klasie. Pochodzisz, zapłacisz i będziesz miała spokój. Zacznie cię pytać jak niedorozwiniętą: Alusiu, srusiu, tu musisz odjąć, a nie pomnożyć i zamknij nawiasik, bo to jest koniec równanka… Będzie ci tak do wyrzygania dziamgać przy tablicy, a na koniec da ci czwórę.

– Sram na jej czwórę.

Burak z niemiłosiernym piskiem obrócił krzesło i przysunął się do ławki koleżanek.

– E tam… gadasz… – W garści trzymał zgniecioną kanapkę, woniejącą twarogiem z cebulą. – Mnie by się czwóra przydała. Bo w sumie to lubię matmę, ale nad wszystkim muszę sam siedzieć w domu, bo ona przecież niczego nie tłumaczy.

– Kurde, że na taką nie ma bata – złościła się Ryba. – Gówno tłumaczy, trzy czwarte klasy ma zagrożenia na półrocze… Starzy przychodzą do szkoły, denerwują się, ona jest oczywiście wtedy przekurwamilutka… – Kasia miała różnorakie zdolności, ale naśladowanie Gnidy wychodziło jej najlepiej: – Tak, tak, pani dziecko jest zdolne, tylko ma trochę zaległości. Jak pójdzie na korepetycje – oczywiście nie do mnie, to by było nieuczciwe – to oceny się poprawią…Byłam w tamtym roku na takich korepetycjach: piętnaście minut zadań, a później baba kazała mi podlać kwiatki i wyprowadzić psa na spacer.

– No, ale miałaś czwórę.

– Sram na jej czwórę!

Zapadła cisza.

Ala ryła cyrklem po ławce, Burak ciamkał jednostajnie.

– A gdybyśmy tak zgłosili Zielonej? – spytał nagle, zionąc cebulą.

Kasia popatrzyła na niego bykiem.

– Głupi jesteś? Zielonej? Ona jest tu nowa, chce mieć święty spokój, nie będzie się narażać komuś, kto uczy tu nie wiadomo od kiedy… Gnidzie to metryka pewnie zginęła na wojnie…

– Ona uczyła jeszcze moją ciotkę – przypomniał sobie Master, krzywiąc nos w zetknięciu z wonią kanapki Buraka. – Tyle że wtedy nie wysyłała na korepetycje, tylko polowała na deficytowe towary. Za komuny. Ciotka miała dobrze, bo babcia pracowała w sklepie odzieżowym i jak rzucili towar, zawsze francy coś odkładała. Mówi, że jak kiedyś rzucili chińskie podkoszulki, to nawet nie chciało jej się stać w kolejce, tylko się wryła na chama, z łokciami, między ludzi i mówi: „Niech pani daje szybko, bo straszny tłok!” – a babcia się wściekła zajebiście, bo to wszyscy słyszeli i jej kierownik też, i kazała jej wracać do kolejki. To tej aż ponoć ryj pobladł z pasji, obróciła się i wyszła, i jeszcze chciała trzasnąć drzwiami, ale był za duży tłok i jakiemuś gościowi przycięła rękę…

– A ciotka?

– Ciotka się wystraszyła, ale na szczęście była już w ostatniej klasie, tuż przed samą maturą, i Gnida mogła jej nagwizdać… – Nagle pociągnął z dezaprobatą nosem. – Jezu, człowieku! Co to jest?!

Burak popatrzył na kanapkę.

– Serek.

Master jęknął.

– Serek, kurwa! Chyba cię starzy chcą wykończyć…! Gdzieś ty to kupił?

– To jest twaróg. Domowej roboty. W sklepie takiego nie sprzedają.

– Pewnie, że nie sprzedają, bo by ich sanepid zamknął! Ty w ogóle myjesz te swoje krowy przed dojeniem?

– Myję – odparł Burak z godnością.

– No tak, zapomniałem… Przecież to jedyna okazja, żebyś złapał kogoś za cycki… Auaaa!!! Żartowałem! Żartowałem, Zenon! Puść mnie! Puść… nie bij słabszych! Kocham twoje krowy, słyszysz?! – Próbował się uwolnić z uścisku Buraka, który fachowo wykręcał mu rękę. – KOCHAAAM!!! Tylko na mnie nie chuchaj, błagam…

* * *

Godzina wychowawcza z Zieloną.

Podczas gdy Gnida należała do kliki pedagogów dinozaurów, od kilkudziesięciu lat wrośniętych w szkolne struktury i sitwy, Zielona była nową nauczycielką, ostrożną, przymilną i unikającą za wszelką cenę narażania się komukolwiek. W panikę wpędzały ją wszelkie przejawy niesubordynacji wychowanków. Lęk przed gronem pedagogicznym paraliżował co śmielsze inicjatywy, a na ewentualne pretensje szacownych kolegów i koleżanek pod adresem swojej klasy reagowała natychmiastowo i bezkrytycznie. Była układna i ugodowa, a jej sztandarowe hasło: „Nie róbcie problemów” zazwyczaj skutecznie obalało większość argumentów, którymi II b usiłowała bronić swoich interesów.

Weszła do klasy. Młoda, ale przedwcześnie postarzała kobietka o kościstych rękach i papierosowym oddechu. Nerwowy, kaczkowaty chód zdradzał problem z płaskostopiem.

Godzina wychowawcza zazwyczaj służyła do rozmów towarzyskich, gier w kości i karty, dzisiaj jednak wskutek wzburzenia młodzież była w bojowym nastroju i istniała możliwość, że ktoś poruszy temat magister Wszanki.

Na razie było spokojnie: Zielona uzupełniała dziennik, konsultantki Avonu nęciły naiwne koleżanki ofertą kremu na wągry (promocja – 19,90 plus żel antytrądzikowy gratis), ktoś jadł kanapkę, ktoś wysyłał SMS-a, a nieprzyzwoicie bogaty kolega Oremus, który mógłby w zasadzie zrezygnować z chodzenia na lekcje i kupić sobie maturę (bo i tak się nie uczył, a do szkoły uczęszczał ze względu na towarzystwo), siedział z laptopem na kolanach i grał w „Diablo”.

Zielona zachowywała się kulturalnie i nie przeszkadzała nikomu w czynnościach rekreacyjnych, dopiero gdy Oremus zamknął laptop i zaczął bekać seriami, wywołując zachwycone chichoty u wpatrzonych w niego koleżanek, u pozostałych zaś obrzydzenie, wstała i spytała, czy II b nie ma żadnych problemów z tak zwanym gronem.

Zadała to pytanie, jak się wydało Ali, zupełnie niezobowiązująco, oczekując zaprzeczenia; tymczasem – ku zaskoczeniu wszystkich – wstała Przewodnicząca Mao i z pełnym zaangażowaniem (które tak uwielbiała), boleściwie utyskującym głosem zdała relację z poprzedniej lekcji. Następnie zawiesiła wyczekujący wzrok na Zielonej i usiadła.

– Coś z tym trzeba zrobić – odezwała się po chwili Zielona.

Rozległy się szmery uznania i inne potakujące odgłosy. Grająca zawzięcie w kości Kasia przejęła się deklaracją wychowawczyni i wyciągnęła głowę spod ławki. Klasa nadstawiła uszu.

– Musicie… zacząć się uczyć – oznajmiła Zielona.

Rozległ się jęk rozczarowania.

– Ale pani Wszanka nie może…

– Pani Wszanka wszystko może. Przynajmniej w tej szkole – powiedziała Zielona ze złością i widać było, że natychmiast pożałowała tych słów. – Coś jeszcze?

Ala z zaciekawieniem zauważyła, że Kasia podnosi rękę do góry.

– Słucham.

– Czy uważa pani za rzecz normalną – zaczęła Kasia, wstając – fakt, że siedemdziesiąt procent naszej klasy, która nie należy do najgorszych, dostaje zagrożenie z matematyki na każde półrocze? Od półtora roku!

– Ale nie macie jedynek – zauważyła cierpko Zielona.

– Owszem. Bo chodzimy na korepetycje. Też od półtora roku.

– I płacimy kasę! – wyrwało się komuś.

– Skoro nie macie jedynek, to widocznie się opłaca. Mnóstwo uczniów chodzi na korepetycje. Nie ma co robić z tego takiej sensacji.

– Naprawdę? – spytała Kasia lodowato. – Żałuję, ale jestem innego zdania. Dwa lata temu zdawaliśmy z matematyki egzaminy do liceum. Większość z nas miała piątki. A po pół roku mieliśmy już zagrożenie.

– No właśnie, a ja miałem szóstkę… – pochwalił się Jakubowski.

– To się zdarza – warknęła Zielona. – W liceum na ogół jest wyższy poziom.

Widać było, że chce jak najszybciej zakończyć temat.

Kasia nacierała dalej.

– Nie dziwi pani, że tylko z tego jednego przedmiotu jest wyższy poziom? A może to specjalny poziom profesor Wszanki? Osiągalny jedynie po korepetycjach?

Rozległy się śmiechy. Zielona zacisnęła mocno szczęki.

– Posłuchaj, nie wiem, co sugerujesz…

– Sugeruję, że korepetycje są dodatkową formą zarobków pani profesor – powiedziała Kasia dobitnie, obserwując gwałtowny odpływ krwi z twarzy rozmówczyni. – Że stopnie z matematyki zależne są od chodzenia na korepetycje. I że wszyscy o tym wiedzą, tylko nikt tego głośno nie mówi.

Zielona usiadła i z pozoru spokojnie zaczęła bawić się długopisem. Kasia wciąż stała w ławce i patrzyła na nią bezlitośnie.

– Dziwi mnie, że w tak młodym wieku – zaczęła wychowawczyni z ironią – opracowałaś tak zaawansowaną teorię spisku. Nieuczciwe oceny… wyłudzanie pieniędzy… A wszystko to przez nauczyciela, który nie chcąc oblać swoich uczniów już w pierwszym półroczu… – Podniosła nieznacznie głos. – …namawia do skorzystania z korepetycji! I to NIE u siebie, ale u innych pedagogów.

– Oni są w zmowie – wyrwało się Burakowi. – To są zawsze ci sami.

Zielona wstała gwałtownie.

– Może pani Wszance wstyd, że jej uczniowie muszą się dokształcać?! Pomyślałeś o tym? Każdy korepetytor pyta ucznia, kto jest jego nauczycielem! A może nie chce was oddawać w niepewne ręce?!

– No tak – westchnął z ostatniej ławki Pluto. – Niepewne ręce, niepewna kasa…

– Nie pozwalaj sobie! – Twarz miała bladą i zaciętą, na czole pulsowała żyłka. – Nie musicie chodzić na korepetycje, ale wziąć się do roboty! I nie wolno wam nikogo pomawiać tylko dlatego, że nie macie szóstek z matematyki! To jest podłe! Powinniście być wdzięczni, że macie takiego nauczyciela jak pani Mariola… – zawołała gniewnie i za późno się zreflektowała.

Master zamrugał gwałtownie.

– Jak? – zapytał cicho.

Klasa zastygła na moment w niedowierzaniu, przetrawiając niezwykłą wiadomość, by następnie wybuchnąć koszmarnym, niepowstrzymanym rechotem.

Kasia dzielnie trwała przez chwilę nieporuszona, po czym nagłym ruchem padła na ławkę i popłakała się ze śmiechu.

– Spokój! – ostrzegła Zielona, próbując zachować pozory dyscypliny. – Uspokójcie się! – krzyknęła, ale zagłuszyło ją histeryczne wycie Mastera:

– Mariola!!! Jezu, Mariola!!! Ten troll w berecie cały czas się nazywał Mariola…!

Zielona wyciągnęła z torebki papierosy i wyszła, trzaskając drzwiami.

* * *

– Cała nadzieja w rodzicach – sapnęła Kasia między jednym a drugim kłębem dymu, który malowniczo rozpłynął się po ścianie damskiego kibla. Służącego notabene obu płciom za palarnię. – Musieliby tylko zwołać pospolite ruszenie przeciwko Gnidzi, narobić trochę wrzasku u dyrektora i po sprawie.

– He, he, uważaj, bo stary się przestraszy paru rodziców – mruknął Master, rozparty wygodnie na parapecie. – Ciotka mi opowiadała, że za jej czasów też tak było.

– I co? – spytała Ala.

Usiadła w kucki pod ścianą, na której wybrzuszały się odłażące płytki, i zagapiła się na Mastera. Właśnie wyciągnął z kieszeni koszuli aromatyczną cygaretkę, rozerwał szeleszczący luksusem celofan, oblizał kilkakrotnie ustnik i apetycznie zaciamkał.

– Wiśniowe – uśmiechnął się do Kasi, palącej spoddworcowego ukraińskiego LM-a, po trzy pięćdziesiąt paczka. – Chcesz?

– Łukaszku…

– No?

– …jak będziesz tak nosił dupę wyżej głowy, to jeszcze sobie to cygaro wsadzisz nie w ten otwór, co trzeba.

Master pomyślał przez chwilę.

– To znaczy, że nie chcesz? – spytał pojednawczo, klikając dystyngowanie zapalniczką Zippo i dokładnie opalając koniec. – A tak w ogóle to dlaczego, jak ja jestem miły, to ty zawsze się do mnie tak brzydko odzywasz? – Zaciągnął się z rozkoszą i wydmuchnął strumień gęstego, białego dymu.

Zapach przypominał jakby owocowy budyń – delikatny i słodki. Niestety Kasia zaraz wydaliła z siebie gryzący swąd LM-a i wówczas woń stała się nieznośna – zaczęła do złudzenia przypominać budyń przypalony.

Ala rozkaszlała się rozdzierająco, licząc na domyślność przyjaciół (z góry skazała się na niepowodzenie, bowiem obydwoje byli zagorzałymi palaczami).

– Dlaczego uważasz, że ja się do ciebie brzydko odzywam? – spytała Kasia, parodiując bliżej nieokreśloną uczestniczkę najnowszego reality show.

– Bo JA uważam, że TY, zamiast mówić do mnie tak, jak się, NO, mówi, generalnie mówiąc, normalnom polszczyznom, to jesteś takom, NO… – Pstryknął palcami. – …wulgarnom panienkom…

– Za to TY, generalnie, jesteś świniom! Świniom i szowinistom!

– A JA sobie nie życzę, żebyś TY do mnie mówiła w ten sposób! Ja sobie generalnie wypraszam, kurwa, NO…

Nie wiadomo, jak długo trwałaby ta beznadziejna konwersacja, gdyby nie Burak, który skończył sikać w kabinie obok i trzasnąwszy drzwiami, przerwał ją brutalnie.

– I co z tą ciotką? – spytał ponuro.

– Z jaką ciotką? – zirytował się wyrwany z roli Master. – W ogóle o czym ty mówisz, człowieku? Przychodzisz tu z wywieszonym fiutem i wcinasz się w rozmowę! Trochę wyczucia!

– Nie mam wywieszonego fiuta – oświadczył Burak stanowczo, ale odruchowo zerknął w dół. – Ale jak nie powiesz zaraz, co z tą ciotką, to naprawdę wywieszę i naleję ci na te buciory.

Master z cierpiętniczą miną przewrócił oczami.

– To był dowcip Buraka. Subtelny, jak zwykle… – Zaciągnął się cygarem i spojrzał na kolegę bez entuzjazmu. – Ech, jak ty się zmieniłeś… Kiedyś miałeś wdzięk. Minimalny, ale zawsze…

Burak czekał cierpliwie.

– Ciotka… – Master odrzucił z oczu czarną grzywkę (ten ruch trochę skojarzył się Ali z koniem, ale nie było to jej najoryginalniejsze skojarzenie dotyczące Łukaszka). – No więc kiedy ciotka, albo raczej babcia, była na etapie pokornego wręczania Gnidzi chińskich majtek spod lady…

– Podkoszulków – poprawił Burak.

– Podkoszulki rzucali raz na jakiś czas, ciotka mówiła, że najwięcej Gnidzia nachapała się gaci. I to takich wielkich, rozmiar XXL, bo miała grubaśną dupę…

– I co?

– À propos dupy…?

– Master, kurwa! – krzyknęli jednocześnie Kasia i Burak.

– No, w każdym razie jeden gość z ciotki klasy nie mógł się dogadać z… – Zachichotał zaraźliwie. – …z Mariolą. Cholera, pod zdjęciami w tabloidzie zawsze miała: Maryla! Ale jaja, nie?! Nie patrzcie się tak, już kontynuuję… No i potem przyszli jego rodzice i też się nie dogadali. Za to dogadali się z innymi rodzicami, nawet z innych klas, i poszli do dyrektora. Nie pamiętam, kto był wtedy dyrektorem, ale facet też miał chyba z Gnidzią jakieś układy, bo nic jej nie zrobił, rodzicom powiedział, że się nie znają, że to świetny pedagog, ble, ble, ble, pokazał im listy gratulacyjne, które pewnie sam napisał, a gościa wysłał na egzamin komisyjny. Powiedział, że jak mu się ocena nie podoba, to niech udowodni, że umie matmę. No to gość udowodnił i zdał… A potem zmienił szkołę. Pewnie nie chciał się użerać.

Kasia pokiwała głową.

– Pewnie nie. Ciekawe tylko, o co Gnidzi poszło, że tak się uwzięła na tego chłopczynę.

Master wypuścił okrągłe kółeczko dymu, szczękając przy tym obrzydliwie żuchwą.

– O to, co zwykle. Matka chłopczyny pracowała w mięsnym. I to na osiedlu Marioli.

– I co? Nie zostawiała jej szynki pod ladą?

– Gorzej – nic jej nie zostawiała. Nie wpuszczała jej bez kolejki, dopiero jak odstała swoje, pytała, co podać, a ponieważ gówno było, to zamiast szynki czy innych żeberek sprzedawała jej konserwę turystyczną… No i tak kobita podpadła.

– Swoją drogą złośliwa baba. – Kasia rozgniotła butem niedopałek LM-a (Ala odetchnęła z ulgą) i energicznie kopnęła w kąt. – Tylko nie domyśliła się, czym to grozi.

– Jaka tam złośliwa – żachnął się Master. – Ona po prostu słabo widziała. Miała ponoć pingle minus pięć. To co ona tam mogła widzieć? Chyba tylko to mięso na ladzie…

– To fakt – odezwał się Burak. – Taki pokurcz jak Gnidzia łatwo się gubi w tłumie.

Master chciał parsknąć śmiechem, ale zakrztusił się dymem.

– A ja – oznajmił, zipiąc – przysięgam, że jak skończę tę pieprzoną szkołę, to jej nigdy nie będę widział. Nigdy!

– Jak to? Zamierzasz się oślepić czy jak? – spytała Ala, zdecydowawszy się zabrać głos i uchronić tym samym Mastera przed dalszym wygłaszaniem nielogiczności.

Popatrzył na nią uważnie (nawet kaszląc, wyglądał atrakcyjnie).

– Nie będę… mówił jej „dzień dobry” i nie będę jej poznawał! – wydusił, rzężąc.

Kasia huknęła go pięścią w plecy. Znieruchomiał, wciągnął ze świstem powietrze i wypuścił, wydając przy tym z siebie króciutkie, urywane poszczekiwania. Kasia pogłaskała go po grzywce.

– Biedny chłopczyk. To znaczy, że nie będziesz się kłaniał Gnidzie? Hmmm… na pewno bardzo to przeżyje. A tak w ogóle to nie wiesz, że cygarem się nie zaciąga?

– Nie?

Popatrzyła na niego z nieskrywanym politowaniem i wyciągnąwszy mu cygaretkę spomiędzy palców (Master zakwilił żałośnie), wsadziła ją sobie do ust.

– Dobre – stwierdziła po chwili, wypuszczając kłąb białego dymu. – Fajna lokomotywka, daje w łeb… – Po czym ku zgorszeniu Mastera zaciągnęła się głęboko.

Zadźwięczał dzwonek.

Ala oderwała plecy od brudnej ściany i wstała, przeciągając się ze znużeniem.

– Co teraz mamy?

– Zosia Narkoza razy dwa – mruknął Burak. – Kiedyś się przez nią zabiję.

* * *

Zosia Narkoza, lub – jak kto woli – Makowa Panienka, była drobną, pobladłą trzydziestolatką o wypukłej, anemicznej twarzy wystraszonego Muminka i wypukłych (aby nie powiedzieć – wypadających) okrągłych oczkach. W dodatku bezrzęsych, co widać było zwłaszcza przy wolniutkim, sennym mruganiu – często jedynym objawie Zosinej aktywności. Oprócz sennego mrugania potrafiła też sennie i długo mówić, bez znaczenia było, czy omawia „Pana Tadeusza”, czy erotyki Leśmiana. Szczególnie to drugie robiła tak drętwo, że przez kolejnych parę lekcji Master wlewał jej do kawy johimbinę, która jednak nie odniosła skutku – Zosia była wręcz jeszcze bardziej senna niż zwykle.

Miała tendencje moralizatorskie i inwencję twórczą zawężoną do zawartości kolorowego segregatorka (z Misiem Yogi na okładce), z którego dyktowała notatki; takie same dla wszystkich klas, co było poniekąd wygodne, oczywiście dla kogoś, kto był ciekawy, co będzie na następnej lekcji.

Na bezbrzeżną pogardę Ali Makowa Panienka zasłużyła sobie ocenianiem pisma w zeszycie oraz dyletanckim potraktowaniem któregoś z wierszy Leopolda Staffa, gdzie wiatrak, który wyciągał w niebo „swe ramiona rabie”, został przez Zosię przyrównany do rozmodlonego żydowskiego rabina. Debilka.

– Dzień dobry – wyszeptała Zosia, wchodząc do klasy.

– Dzień dobry – wyszeptała II b.

– Zaczynamy nowy temat: „Ojciec Goriot” jako powieść realistyczna. Mam nadzieję, że przeczytaliście lekturę? – Mrugnęła pomalutku, przysłaniając rozciągniętą powieką tęczówki koloru mułu.

Ala i Kasia wyciągnęły z plecaków plastelinę, Master – iPoda, a Burak – wymiętą ulotkę o szczepieniach obowiązkowych cieląt i trzody chlewnej, którą studiował z uwagą już drugi miesiąc.

– Piszmy temat – zaszemrała polonistka. – „Ojciec Goriot” jako powieść realistyczna.

Ala jęknęła i otworzyła zeszyt.

– Pierwsze zdanie: „Ojciec Goriot” jest powieścią realistyczną. Realizm tej powieści… Słucham, Oremus.

– Ja chcę do ubikacji.

– Możesz pójść. Realizm tej powieści… Co się tam dzieje? – Zamrugała dwukrotnie, co mogło sugerować nadzwyczajne wzburzenie, i skrzywiła się z niesmakiem na widok koleżanek Oremusa bijących się o laptop. – Proszę odłożyć to urządzenie, bo wpiszę uwagę – powiedziała spokojnie i złowieszczo otworzyła dziennik.

Zosia grożąca uwagami była niebezpieczna, bo prawie zawsze dotrzymywała słowa.

– Realizm tej powieści uwidocznił się w kunsztownej i przejrzystej kompozycji, zawierającej cechy właściwe dla powieści realistycznej, kropka. – Zosia otworzyła segregator, zerknęła między kartki, schludnie obleczone w koszulki, i kontynuowała z namaszczeniem:

– Autor „Ojca Goriot” odkrywa dachy mieszczan…

– Mieszkań – przerwała zimno Kasia.

Zosia zamrugała nerwowo po raz kolejny, a na jej twarz wypłynął buraczany pąs.

– Słucham?

– Mieszkań paryskich i prowincjonalnych… Mam ten sam skrypt co pani profesor. Druga linijka od dołu.

Zosię zamurowało.

Kasia, nabuzowana po kłótni z wychowawczynią, miała spojrzenie krnąbrne i nieustępliwe. W dodatku bezczelnie machała w powietrzu skryptem, tak żeby każdy mógł zobaczyć feralną linijkę. Wnętrze Misia Yogi zostało bezwstydnie obnażone.

– To chyba ja dyktuję notatkę? – spytała wyniośle Zosia, desperacko usiłując ratować resztki autorytetu. – Proszę, piszmy: mieszczan paryskich i prowincjonalnych. Nie słyszałaś o mieszczanach paryskich?

– O paryskich może, ale nie o prowincjonalnych…

Rozległy się delikatne śmieszki tych, co zrozumieli. Reszta zastanawiała się, czy Zosia się nie wkurzy i nie zacznie pytać.

– Kasiu, jak to nie słyszałaś o PROWINCJONALNYCH mieszczanach? – wtrącił przez nikogo niepytany Master i uśmiechnął się przepraszająco w kierunku biurka. – Mieszczanin prowincjonalny mieszka w mieście, ale nie w centrum, tylko na prowincji.

– Na prowincji mieszka prowincjusz, matole.

– Ale to jest taka prowincja w mieście. Takie peryferia. Nie jakaś wiocha, jak u naszego Zenona. Prawda, pani profesor?

– Odpierdol się – wycedził cichutko Zenon znad ulotki.

– Peryferia to są peryferia, a prowincja to inaczej wiocha – obwieściła Kasia. – Ty na przykład reprezentujesz sobą prowincję umysłową.

Master rzucił jej fałszywy uśmieszek.

– O! Jak ładnie! Do rymu. – A pod ławką kopnął ją w goleń (glanem) i wysyczał wściekłym szeptem: – Czy ty masz dzisiaj okres? Musisz się kłócić z każdym?!

– Dość tego – zarządziła Zosia. – Jeżeli wasza koleżanka zna się lepiej ode mnie na języku polskim, to proszę bardzo, sama może podyktować notatkę. Masz ochotę wyjść na środek i poprowadzić lekcję?

– A mogę wziąć skrypt? – spytała na pozór niewinnie Kasia, i w tym momencie dostała z obu stron dwa kopniaki (drugi od Ali), które ścięły ją z nóg i spowodowały nagłe opadnięcie na krzesło.

Zosia, która wzięła to za objaw kapitulacji, mrugała przez chwilę („Jakoś tak spazmatycznie” – pomyślała Ala ze współczuciem) łysymi powiekami, rąbnęła Misiem Yogi o biurko i oznajmiła żałośnie:

– Nie życzę sobie na przyszłość tego typu zachowań z waszej strony. To jest brak szacunku dla nauczyciela. Zgłoszę to waszemu wychowawcy.

Po czym wstała, otworzyła Misia i jak gdyby nigdy nic powróciła do przerwanego wątku „Ojca Goriot” jako powieści realistycznej.

Ala spuściła głowę i zaczęła potulnie bawić się plasteliną, nie zważając na koszmarny styl notatki – porażające prymitywizmem banały, zmieszane z odmienioną przez przypadki „powieścią realistyczną” i wyrwanymi z kontekstu fragmentami skryptu.

– „Nie życzę sobie tego typu zachowań”! Co my jej, kubeł zakładamy na głowę czy jak? – warczała Kasia, zawzięcie ryjąc cyrklem biedną ławkę i ciskając mordercze spojrzenia w kierunku biurka. – Nie można nic powiedzieć! Nawet jak pierdoły dyktuje! Przecież ja to mogę zdawać na maturze…

– Temat: Mieszczanie prowincjonalni w „Ojcu Goriot”… – szepnęła Ala i obie zaczęły chichotać.

– Alicjo i Katarzyno – rozległ się zirytowany głosik – pokażcie swoje notatki.

– Nie mamy – powiedziała hardo Kasia i wstała.

Ala przelała na papier co nieco z wykładu i teraz zachodziła w głowę, dlaczego Ryba wciąga ją w wojnę przeciwko mentalnym wydzielinom Zosinego mózgu. Przecież może siąść spokojnie, przeczekać, przepisać, gdzieniegdzie przytaknąć i nie psuć nastroju.

Zauważyła, że Master przewrócił oczami, i na blat ławki wjechała zmiętolona karteczka o treści następującej:

– Słucham? – spytała zaskoczona Zosia.

– Nie mamy, bo myślałyśmy…

– Myślałyśmy o tym, co mówiła pani profesor o tych mieszczanach – przerwała Ala, przejmując inicjatywę i racząc się upojną wizją pijanej imprezki z Masterem. – I chciałyśmy przeprosić – wyznała wstydliwie, uparcie nie patrząc na koleżankę, która zastygła w bezbrzeżnym zdumieniu. – To my już siądziemy i nie będziemy przeszkadzać – wyjąkała i pociągnęła Kasię za rękaw. – Przepraszamy. – Pociągnęła mocniej. – Siadaj. Pani profesor się nie gniewa.

Kasia stała jeszcze przez chwilę, z wyciągniętym do kolan rękawem, po czym posłusznie zajęła miejsce. Dało się zauważyć, jak Zosia oddycha z ulgą.

– Wracajmy zatem do lektury. Mam nadzieję, że Katarzyna Materlak nie będzie miała więcej zastrzeżeń co do prowadzenia przeze mnie lekcji.

Kasia prychnęła coś pogardliwie, ale na szczęście pochyliła się nad zeszytem i nic nie było słychać.

– Świnia – wysyczała po chwili. – Zeszmaciłaś mnie publicznie… Za puszkę piwa.

– Za darmo też bym cię zeszmaciła. Robisz dzisiaj same zadymy. Przecież ona może się wściec!

– Przynajmniej coś by się działo. A tak, patrz, wszyscy ziewają… O, Burak zasnął.

Faktycznie. Burak drzemał na blacie ławki, nakryty dyskretnie podręcznikiem do polskiego, a Master od czasu do czasu wycierał mu chusteczką higieniczną ślinę z kącika otwartych ust.

Zosia kontynuowała słowociek, nużąc boleśnie. Wydawała z siebie coś w rodzaju monotonnego szmeru, który męczył, kłuł, torturował, aż wreszcie opadał terkoczącą cicho mgiełką i wsiąkał w zmęczone mózgi. Powietrze w klasie stało się ciężkie.

Ala zawiesiła błędny wzrok na Misiu Yogi, który ze swoim melancholijnym uśmiechem i wytrzeszczonymi, nieruchomymi oczkami niepokojąco zaczynał przypominać polonistkę. Albo socjopatę chorego na Basedowa –Gravesa. I to mimo futerka…

Było strasznie. Strrrasznie.

Ziewający Master najpierw złapał komara, a potem w zadumie zaczął robić mu wiwisekcję ołówkiem. Z roztargnieniem wydzierał drgające nóżki, skrzydełka, cały czas kiwając mechanicznie głową w takt wykładu.

„To prawda – pomyślała Alicja. – Nuda rodzi patologie”. Westchnęła raz jeszcze i rozmazała na ławce wałeczek plasteliny.

– Oddawaj! – kwiknęła z pretensją i odrobinę za głośno Kasia. – To była ręka!

– Czyja?

– No właśnie – zaszemrała z góry Zosia. – Chciałam się dowiedzieć, co to znowu jest? – spytała, z widocznym obrzydzeniem wskazując jednorękiego ludzika.

Kasia zamarła na chwilę, po czym wyjaśniła, zadzierając głowę:

– Ojciec Goriot.

Teraz z kolei zamarła Zosia. Pochylona, ruszała przez chwilę grdyką, mrugając i wyglądając jak przed atakiem histerii. Klasę ogarnęły radosne chichoty, gdyż Ojciec Goriot był niebieski, niedbale wygnieciony i miał zwisające do kolan przyrodzenie.

Zosia