Litania zachwytów - Mariusz Parlicki - ebook

Litania zachwytów ebook

Mariusz Parlicki

0,0
24,23 zł

lub
Opis

Litania zachwytów” Mariusza Parlickiego to zbiór: liryki miłosnej, wierszy refleksyjnych, poezji w baśniowo-balladowym klimacie, ale też i wierszy nostalgicznych, poświęconych przemijaniu, starzeniu się i śmierci. W tomie tym dominuje jednak wyraźnie radość życia z pewną nutką sentymentalizmu, Podmiot liryczny tych wierszy zabiera Czytelnika w barwną podróż, podczas której zmieniają się jak w kalejdoskopie odcienie uczuć, pory dnia, nocy i roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 36

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Mariusz Parlicki

Litania zachwytów

© Mariusz Parlicki, 2021

„Litania zachwytów” Mariusza Parlickiego to zbiór: liryki miłosnej, wierszy refleksyjnych, poezji w baśniowo-balladowym klimacie, ale też i wierszy nostalgicznych, poświęconych przemijaniu, starzeniu się i śmierci. W tomie tym dominuje jednak wyraźnie radość życia z pewną nutką sentymentalizmu, Podmiot liryczny tych wierszy zabiera Czytelnika w barwną podróż, podczas której zmieniają się jak w kalejdoskopie odcienie uczuć, pory dnia, nocy i roku.

ISBN 978-83-8245-432-1

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Jak cię kocham

Jak cię kocham? Nie mogę powiedzieć,

bo w języku wciąż słów takich nie ma,

ale może ktoś pisze, kto?, nie wiem,

w nieodkrytym języku poemat

na ten temat,

lecz zanim powstanie,

jak cię kocham, dam wyraz spojrzeniem

tak głębokim, jak oczu wyznanie

może być, reszta — będzie milczeniem.

Twoje zdjęcie

Wśród szpargałów skurzonych od lat,

przekładanych z miejsca na miejsce,

odnalazłem zaginiony czas —

Twoje zdjęcie,

Twoje zdjęcie.

Czarno-białe, nieostre, a róg

poplamiony czerwonym winem.

Kto pomyślałby, że znajdę tu

tę dziewczynę,

tę dziewczynę?

Na strychu unosi się kurz

w odcieniach szarości i różu,

czuję, że łzy pociekły mi już.

To od kurzu,

to od kurzu.

Odłożyłem zdjęcie, by czas

tak, jak wszystko dalej je zmieniał.

Może zajrzę tu za parę lat

po wspomnienia,

po wspomnienia?

A jeżeli nie zajrzę, to ktoś

będzie kiedyś miał może zajęcie,

by wymyślić, co robi tu to

Twoje zdjęcie

Twoje zdjęcie.

Wiersz dla ciebie

W popielniczce papieros się tli,

w filiżance — kawa zziębnięta,

czytam mail, piszesz bym nie był zły,

lecz przyjedziesz dopiero na święta.

Dzieci cicho w łóżeczkach już śpią,

chrupek garść nasypałem znów kotu

i pod nosem zakląłem: — psia kość,

do świąt jeszcze jest ponad pół roku!

Do piwnicy poszedłem, by tam

sprawdzić, czy ktoś nie ukradł choinki,

ręce potem umyłem i łza

popłynęła na widok twej szminki.

Zapomniałaś ją zabrać, bo już

trzeba było gnać na lotnisko,

więc została i czeka wciąż tu

tak, jak czeka dokoła tu wszystko.

Kraków już się układa do snu,

na zajezdni śpią smacznie tramwaje,

sąsiad kaszle, nie może wziąć tchu,

bo zbyt mocno pachnie mu majem.

Psy bezdomne gryzą się gdzieś

niedaleko, bo dobrze je słyszę

i to wszystko układa się w treść

wiersza, który dla ciebie piszę.

Pierwsza miłość

Nie widziałem cię chyba sto lat,

między nami wykopał czas przepaść,

którą próżno zasypać by chciał

najzdolniejszy śpiewak — poeta.

Choć muzykę by piękną i tekst

stworzył taki, że serce aż rośnie,

to ta przepaść istniałaby, więc

by znów na nią spoglądał żałośnie.

Nie widziałem cię chyba sto lat

i możliwe, że już nie zobaczę,

lecz gdy Cohen śpiewa to tak

wszystko widzę jak dawniej. Inaczej

być nie może. A może, kto wie,

tak jest lepiej lub lepiej już było?

Kiedy kładę się spać to znów śnię

pierwszą miłość, śnię pierwszą miłość.

Tak

Jak kamienna lawina z łoskotem

ku dolinie zbiega spod szczytu,

tak najszybciej jak tylko mogę

biegnąć chcę do twych oczu błękitu.

Szybko tak, jak fala tsunami,

która gna niewstrzymana lu wyspie,

tak by usta z twoimi ustami

móc połączyć, z oddali gnam, gdy śnię.

I jak głaz, który nad morskim brzegiem,

był od zawsze, jest i zostanie,

chcę przy tobie tylko ja jeden

stać. Do końca, jak stoi ten kamień.

Gitara i klarnet

do obrazu Georga Braque’a, „Gitara i klarnet”

Na pewnej ulicy przy barze

dla ludzi grali w duecie:

ona — na gitarze,

on — na klarnecie.

Ona — na gitarze,

on — na klarnecie.

W pobliskim kościele witraże

aż drżały, gdy grali w duecie:

ona — na gitarze,

on — na klarnecie.

Ona — na gitarze,

on — na klarnecie.

Rozpromienione ich twarze

rysownik szkicował w kajecie:

gdy ona na gitarze

grała, a on na klarnecie,

gdy ona na gitarze

grała, a on na klarnecie.

Aż w końcu się to zdarzyło,

na wieczność stali się parą

nie tylko oni ze sobą,

ale i klarnet z gitarą.

Nie tylko oni ze sobą,

ale i klarnet z gitarą.

Moja pierwsza

Wracam w myślach do dziewczyny

kiedy są jej imieniny,

a to tak od września aż do października,

nie pamiętam dziennej daty,

bo spisałem ją na straty,

tak przynajmniej chcę by było w pamiętnikach.

Gdy widziałem ją na przerwie,

czułem, że mnie coś rozerwie

i nie miałem nic przeciwko by tak było,

gdy jej miałem podać rękę,

odwiedzałem wpierw łazienkę,

przeczytałem w babskiej prasie, że to miłość.