Listy Rainera Marii Rilkego do Klary Rilke-Westhoff - Rainer Maria Rilke - ebook + książka

Listy Rainera Marii Rilkego do Klary Rilke-Westhoff ebook

Rainer Maria Rilke

0,0

Opis

Listy Rainera Marii Rilkego (1875–1926) do żony, Klary Westhoff (1878–1952), rzeźbiarki, uczennicy Rodina, obejmują okres od momentu ich poznania się w kolonii artystycznej w Worpswede koło Bremy w 1900 do roku 1925, kiedy poeta mieszkał w Muzot, wysoko nad doliną Rodanu, w szwajcarskim kantonie Valais. Dzięki kwerendom edytora i tłumacza Tomasza Ososińskiego jest to najpełniejsza edycja listów Rilkego do żony. Zawiera między innymi listy o Cézannie, pisane przez Rilkego w czasie pierwszej pośmiertnej wystawy artysty w paryskim Grand Palais. Listy są jednym ze świadectw życia, procesu twórczego i dzieła wielkiego poety Nowoczesności.

Niewiele zostanie Ryszardzie naprawdę niewiele
z poezji tego szalonego wieku na pewno Rilke Eliot
kilku innych dostojnych szamanów którzy znali sekret
zaklinania słów formy odpornej na działanie czasu bez czego
nie ma frazy godnej pamiętania a mowa jest jak piasek

Zbigniew Herbert, Do Ryszarda Krynickiego – list

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 587

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Listy do żonyi nie tylko– korespondencjaRainera Marii Rilkegoz Klarą Rilke-Westhoff

I

Kiedyś listy podróżowały dużo dłużej: swych adresatów szukały tygodniami, miesiącami, nieraz latami, z trudem przemierzając przestrzenie dzielące je od miejsca przeznaczenia. Dziś pokonują je w czasie dużo krótszym, dlatego ich charakter jest inny. Zabierają tylko to, co niezbędne – niemal sam komunikat. Żadnych pieczęci, znaczków, kopert, formuł wstępnych, rozbudowanych zakończeń, ozdobnych podpisów – żadnego bagażu, tak niegdyś przydatnego w podróży.

Dzisiejsze listy są szybsze, ale też mniej wszechstronne. Zdolne tylko powtarzać powierzoną wiadomość. Zazwyczaj nie potrafią obcować z kimkolwiek poza wyznaczonym adresatem, raczej nie są w stanie kogokolwiek poza nim zainteresować.

Dawna korespondencja budzi zainteresowanie między innymi właśnie przez swoją wszechstronność i umiejętność radzenia sobie w podróży, a szczególnie godne uwagi listy pisali właśnie ci autorzy, którzy potrafili obdarzyć swoje listy większą niż zazwyczaj samodzielnością, wysyłając je niejako okrężną drogą, pozwalając im dryfować w czasie i przestrzeni, pisząc nawet w pewnym oderwaniu od adresata, a w każdym razie w sposób taki, by potrafiły rozmawiać także z innymi czytelnikami. W ich wypadku listy stawały się często niemal dziełami literackimi (listami pozbawionymi konkretnego adresata).

Do takich autorów należał bez wątpienia Rainer Maria Rilke. Jego listy często mają charakter literacki, czego on sam miał świadomość, uznając je za część swego dzieła i polecając opublikować po śmierci. W powstałym na rok przed śmiercią testamencie pisał: „Jako że od pewnych lat dużą część mojej natury zwykłem wyrażać w listach, nic nie stoi na przeszkodzie […], by opublikować moją korespondencję znajdującą się w rękach adresatów”. Literackie walory jego listów doceniali też jego współcześni – w roku 1929 Franz Werfel pisał do księżnej Thurn und Taxis o skierowanych do niej listach Rilkego: „Na każdej stronie jest tam jakieś cenne spostrzeżenie, rozpoznanie, przemyślenie; i wszędzie te wyjątkowe porównania, przerażająco wspaniałe przebłyski Pani przyjaciela, którego słusznie nazywa Pani «czarodziejem». To nie są w ogóle listy, to są wiersze, które znalazły się pod mniejszym ciśnieniem, inaczej stałyby się kryształem”.

O literackim charakterze wielu listów wyraźnie świadczy również fakt, że już przez pierwszych wydawców (Carl Sieber, Ruth Sieber-Rilke, Klara Rilke-Westhoff) fragmenty korespondencji traktowane były jako „samodzielne dzieła sztuki” i wyłączane z edycji listów zebranych. Stało się tak w wypadku Listów do młodego poety (wydanych oddzielnie w roku 1929), Listów do młodej kobiety (1930) oraz stanowiących część korespondencji z żoną Listów o Cézannie (1952).

Listy do żony stanowią bardzo istotny fragment epistolograficznej spuścizny Rilkego, na którą składa się w sumie ponad dziesięć tysięcy wydanych do tej pory listów (pewna część jego korespondencji pozostaje wciąż jeszcze nieopublikowana). Wśród korespondentów Rilkego znajdowało się wiele znanych postaci ówczesnego życia artystycznego, między innymi: Hugo von Hofmannsthal, Auguste Rodin, Paul Valéry, André Gide, Stefan George, Gerhard Hauptmann, Stefan Zweig czy Romain Rolland. Szczególny charakter (często bardzo autobiograficzny) miała korespondencja z kobietami – poza Klarą Rilke-Westhoff między innymi z Marie von Thurn und Taxis, Sidonie Nádherný von Borutin, Balladine Klossowską czy Lou von Andreas-Salomé.

II

Znajomość Rilkego i jego przyszłej żony, rzeźbiarki Klary Westhoff, rozpoczęła się w Worpswede, miejscu, które w życiu Rilkego pod wieloma względami miało odegrać istotną rolę. W tej małej wiosce położonej w pobliżu Bremy znajdowała się wówczas jedna z ważniejszych niemieckich kolonii artystycznych, założona w roku 1889 przez malarzy Ottona Modersohna, Fritza Mackensena oraz Hansa am Ende, z czasem przyciągająca kolejnych artystów, między innymi Fritza Overbecka oraz Heinricha Vogelera1.

Do Worpswede trafił Rilke (podobnie jak jego przyszła żona Klara Westhoff) właśnie za pośrednictwem tego ostatniego. Dwaj artyści spotkali się po raz pierwszy we Florencji w roku 1898, niedługo później zaś Vogeler odwiedził Rilkego w Berlinie i zaprosił do odwiedzenia swoich rodzinnych stron. Rilke z zaproszenia skorzystał i jeszcze w grudniu tego samego roku udał się najpierw do Hamburga, potem do Bremy, gdzie u rodziny Vogelera spędził Boże Narodzenie, w końcu zaś wybrał się na cztery dni do Worpswede. Być może już wtedy miał okazję zetknąć się z innymi mieszkającymi w Worpswede artystami, na przykład z Klarą Westhoff. Bliższa znajomość z nią rozpoczęła się jednak dopiero dwa lata później, latem roku 1900. W sierpniu 1900 Rilke wrócił z drugiej podróży do Rosji, odbytej wspólnie z Lou von Andreas-Salomé, i już następnego dnia po powrocie zdecydował się przyjąć kolejne zaproszenie Vogelera i udać się do Worpswede.

Spędził tam wówczas sześć tygodni (28 sierpnia – 5 października). Zacieśnił przyjaźń z Vogelerem, z którym prowadził długie rozmowy o malarstwie. Interesował się również twórczością innych kolonistów, poznanie ich malarstwa miało później zaowocować między innymi napisaniem monografii Worpswede. Brał intensywny udział w miejscowym życiu towarzyskim, pod nieobecność Vogelera pełnił honory gospodarza domu w trakcie wieczornych spotkań kostiumowo-muzyczno-poetyckich w Barkenhoffie (pisze o tym między innymi w Dzienniku schmargendorfskim). Szczególnie zaprzyjaźnił się zwłaszcza z dwiema młodymi kobietami: malarką Paulą Becker i rzeźbiarką Klarą Westhoff.

Jego przyszła żona pochodziła z pobliskiej Bremy. Jej ojciec zajmował się kupiectwem, wykazywał jednak duże zrozumienie dla artystycznych skłonności Klary i kiedy miała siedemnaście lat, pozwolił jej rozpocząć edukację w szkole malarstwa w Monachium. Właśnie podczas pobytu w Monachium w latach 1895–1898 Klara poznała Vogelera, który zachęcił ją do odwiedzenia kolonii w Worpswede. Wiosną roku 1898 Klara przyjęła zaproszenie i przeniosła się na stałe do Worpswede, gdzie została uczennicą Mackensena. Zaprzyjaźniła się tam zwłaszcza z Paulą Becker, studiującą u tego samego nauczyciela. Uczestniczyła również w organizowanych przez kolonistów wyjazdach i wystawach: w październiku 1898 roku razem z Ottonem Modersohnem, Fritzem Overbeckiem i Fritzem Mackensenem udała się do Amsterdamu na wystawę obrazów Rembrandta, zorganizowaną z okazji koronacji królowej Wilhelminy, a w roku 1899 na wystawie artystów z Worpswede w Dreźnie po raz pierwszy oficjalnie wystąpiła jako jedna z nich; wystawiła wówczas rzeźbiarski portret starej kobiety. W grudniu 1899 roku wzięła udział w wystawie grupy w Kunsthalle w Bremie.

Jej pobyt w kolonii przerywany był studiami w Lipsku u Maxa Klingera (latem 1899 roku spędziła u niego sześć tygodni) oraz w Paryżu, gdzie studiowała najpierw w Akademii Juliana, później zaś u samego Rodina (do Paryża wyjechała razem z Paulą Becker w grudniu 1899 roku, po wykonaniu wspominanego w listach Rilkego portretu babki, Laury Westhoff).

W pierwszym okresie znajomości Rilke nie wyróżniał jeszcze żadnej z dwóch młodych artystek. Chyba nawet bliższa mu była wtedy Paula – to jej zostawił notatnik z wierszami, gdy na początku października wyjeżdżał do Berlina. Po wyjeździe korespondował z obiema przyjaciółkami, w tonie dość oficjalnym (zwracając się per Pani), lecz niepozbawionym akcentów osobistych. Do listów często dołączał wiersze. Na początku następnego roku Paula (zaręczona już z Ottonem Modersohnem2) i Klara odwiedziły go w Berlinie. Klara spędziła w stolicy pierwszą połowę lutego. Oboje z Rilkem zbliżyli się wówczas do siebie, zapadła również decyzja w sprawie zaręczyn3. Wkrótce poinformowali o tym przyjaciół z Worpswede, a w marcu – rodziców Rilkego. Definitywnie zakończył się wtedy związek poety z Lou Andreas-Salomé – 26 lutego Lou napisała do niego pożegnalny list. Milczenie, jakie między nimi potem zapadło, Rilke przerwał dopiero ponad dwa lata później, w czerwcu 1903, już po rezygnacji z prób ułożenia sobie wspólnego życia z żoną.

Pod koniec lutego Rilke spędził z Klarą tydzień w Westerwede, na początku marca zaś udał się jak co roku do matki do Arco w północnych Włoszech, by między innymi poinformować ją o planowanym ślubie. Pozostawał też w stałym kontakcie listownym z Klarą, pisał do niej prawie codziennie (listy te jednak nie zostały do tej pory wydane drukiem, w wydaniach listów Rilkego były pomijane – prawdopodobnie ze względu na ich osobisty charakter). Po powrocie z Włoch odwiedził rodziców Klary w Bremie, po czym udał się do Westerwede. Ceremonia ślubna odbyła się w Westerwede 28 kwietnia 1901 roku.

Miesiąc miodowy małżonkowie spędzili w sanatorium Biały Jeleń pod Dreznem (Rilke chorował w tym czasie na szkarlatynę). W końcu maja osiedlili się na stałe w Westerwede, gdzie rozpoczęli urządzanie wspólnego domu. 12 grudnia przyszło na świat ich jedyne dziecko – córka Ruth.

Po jej narodzinach tryb życia małżonków istotnie się zmienił: pochłonięta obowiązkami domowymi Klara miała niewiele czasu na życie towarzyskie i pielęgnowanie przyjaźni. Szczególnie dotkliwie odczuła to Paula Becker. W dodatku Rilke, jak się zdaje, pod tym względem wywierał na Klarę pewną presję. W każdym razie wspólni przyjaciele zarzucali mu apodyktyczność wobec żony i narzucanie jej swoich samotniczych nawyków, Klarę natomiast zachęcali, żeby nie wycofywała się z życia, i nakłaniali do większej samodzielności wobec męża. W jednym z listów Paula Becker pisała: „W Pani słowach Rilke odzywa się zbyt mocno i zbyt gorliwie. Czy miłość wymaga, by stać się jak drugi? Nie i po tysiąckroć nie. […] Niewiele wiem o tym, co jest między nim a Panią, ale zdaje mi się, że zrezygnowała Pani ze zbyt wielu części swojej osoby i rozłożyła je niczym płaszcz, po którym król ma teraz kroczyć”4. Przed takimi zarzutami Rilke bronił się, twierdząc, że nie ogranicza wolności Klary, lecz tylko pomaga jej doświadczyć istotnej przemiany, która może nastąpić jedynie w samotności. Samotność Klary – jak sądził Rilke – otworzy przed nią nowe możliwości i pozwoli dojrzeć do nowej, pełniejszej przyjaźni, prawdziwi jej przyjaciele powinni zatem umieć się na nią zgodzić. W jednym z listów do Pauli Becker Rilke pisał wtedy między innymi: „…ale dlaczego nie cieszy się Pani na to nowe, które nadejdzie, gdy nowa samotność Klary Westhoff otworzy nagle bramy, by Panią przyjąć?”5

Spór ten był czymś więcej niż tylko jednym z wielu epizodów życia małżeńskiego, w jego kontekście uwidoczniła się bowiem zasadnicza cecha osobowości Rilkego: skłonność do samotności i duża potrzeba zachowania odrębności w relacjach. Postawa taka będzie zresztą charakterystyczna dla Rilkego we wszystkich jego relacjach z kobietami. W liście do Mimi Romanelli wiele lat później napisze: „Nigdy nie zapominaj, że moim losem jest samotność, że nie wolno mi nikogo potrzebować, że cała moja siła bierze się w gruncie rzeczy z oddalenia… Błagam tych, którzy mnie kochają, by kochali moją samotność”6. W pierwszym okresie małżeństwa również Klara wydawała się przekonana do głoszonej przez Rilkego koncepcji wspólnej samotności. Jeszcze dwa lata później pisała w liście do Ellen Key: „Każde z nas czuło w drugim życie, które potrzebowało samotności i spokoju, aby wytrwać w swej długiej i ważnej pracy. Nasza wspólnota miała nam stworzyć owo ciche odosobnienie”7. Z upływem lat jednak obie strony zaczęły postrzegać swój małżeński epizod nieco inaczej. Rilke często mówił o zbytniej uległości Klary i poddawaniu się jego wpływom, jakby się zgadzał z formułowanymi dużo wcześniej zarzutami Pauli. Wiele lat później w liście do przyjaciółki, Sidonie Nádherný von Borutin, napisał: „Klara ma w sobie bardzo wiele z dziewczyny i dlatego wciąż bardzo dużo tęsknoty za tym, by prowadzić życie kobiety, a przecież jeśli się podporządkowuje, to jest tym samym raczej wiernym uczniem niż kobietą, raczej uczniem i zwolennikiem, i to nie w najmocniejszym sensie, lecz raczej w sensie rezygnowania i naśladowania. Dlatego nie sądzę, że mogłaby stać u czyjegoś boku jako kobieta: składając się w ofierze innemu życiu, nie staje się silna, lecz ustępliwa, odzwierciedla, zamiast być przeciwnikiem […]. Nie stało się chyba dobrze, że trafiła właśnie na mnie, nie potrafię bowiem życzliwie odnieść się ani do niej jako artystki, ani do tego, co pragnie w niej życia kobiecego”8. A w tym samym mniej więcej czasie w jednym z listów do Lou następująco opisywał swoją relację z żoną: „To dziwne, nasz związek polegał na tym, że ona mnie bezkrytycznie, ślepo przyjmowała, całkowicie akceptowała – potem zaś, kiedy spostrzegła, ile się wkradło między nas obcości, a nawet wrogości, do czego się sama zresztą przyczyniła, popadła w krańcową negację. Gdy się na nią patrzy, gdy się widzi, co się stało z nią od czasu jej lat dziewczęcych, nie znajduje się nic uchwytnego (poza jej macierzyństwem i stosunkiem do Ruth), nic, jak tylko bezustanne przechodzenie od adoracji mojej osoby do całkowitego jej przekreślenia […]. Stopniowo zacząłem pojmować (pod naciskiem jej decyzji i mojej własnej potrzeby posiadania obok siebie człowieka pomocnego, zawsze gotowego mnie wspierać, opiekuńczego), dlaczego w naszym wzajemnym stosunku tak mało było czegoś rzeczywiście trwałego; otóż ona ze wszystkich sił starała się być albo moim Ja, albo Contre-Ja, i w ten sposób naturalnie stał się z niej advocatus diaboli, wszystko sobie opacznie tłumaczyła, była wieczną oponentką bez żadnych osobistych powodów. Trudno wprost opowiedzieć, co przy tym wycierpiała, w każdym razie wszystko to dla nas obojga było bezcelowe, beznadziejne. Te piękne listy, które do mnie pisywała od czasu do czasu, to albo były moje listy, pisane w moim tonie, albo w ogóle nie pisała do mnie”9.

Wspólne życie w Worpswede naznaczone było również przez trudności finansowe, z jakimi borykała się para małżonków. Sytuacja Rilkego pogorszyła się znacznie, gdy po ślubie jego kuzynki odmówiły dalszego wypłacania zapomogi, jaką zapisał mu w testamencie wuj Jarosław, zapomoga ta bowiem miała być przeznaczona na studia. Rilke próbował na różne sposoby szukać zajęć zarobkowych, zdecydowany był jednak nie podejmować pracy urzędniczej i utrzymywać się z pisania. Pisał w tym czasie liczne recenzje i krytyki dla czasopism, między innymi dla „Bremer Tageblatt”. W styczniu 1902 roku za pośrednictwem Gustava Paulego, dyrektora Bremer Kunsthalle, dostał zlecenie na napisanie monografii o malarzach z Worpswede. Pauli zlecił mu też napisanie uroczystej sceny, która została wystawiona w Bremie razem z Siostrą Beatrix Maeterlincka dla uświetnienia otwarcia nowego gmachu muzeum (w lutym 1902 Rilke spędził w związku z tym kilka dni w Bremie, przygotowując przedstawienie).

W obliczu wspomnianych napięć oraz trudności już w kwietniu 1902 małżonkowie podjęli decyzję o likwidacji wspólnego gospodarstwa. Inicjatorem rozstania był Rilke, dla którego życie rodzinne okazało się niemożliwe do pogodzenia z pracą twórczą. Klara przyjęła to jednak ze zrozumieniem. Rozstanie bynajmniej nie oznaczało zerwania kontaktu, relacja miała trwać, a dzięki jej rozluźnieniu każde z małżonków miało zyskać swobodę potrzebną do pracy twórczej. Razem postanowili, że po rozwiązaniu gospodarstwa wspólnie wyjadą do Paryża – wiosną tego roku Rilke dostał bowiem zlecenie od Richarda Muthera, wrocławskiego historyka sztuki i redaktora serii monografii o wielkich artystach, na napisanie książki o Rodinie. Rilke nawiązał kontakt listowny z Rodinem, ten zaś życzliwie odniósł się do pomysłu.

Czerwiec i połowę lipca Rilke spędził jeszcze w Haseldorf, u księcia Schönaich-Carolath (Klara z Ruth odwiedziła w tym czasie przyjaciół w Amsterdamie). W końcu sierpnia wyjechał do Paryża, dokąd Klara dotarła na początku października. Pierwotnie myślała o zabraniu ze sobą córki, ostatecznie jednak Ruth została z dziadkami w Oberneuland.

W Paryżu małżonkowie skupili się na działaniach twórczych. Rilke zbierał materiały do książki o Rodinie, Klara zaś pracowała pod okiem Rodina, który robił jej korekty. Mimo tych sprzyjających warunków Rilke niezbyt dobrze czuł się w Paryżu. Miasto z jednej strony go fascynowało, z drugiej odpychało – ten ambiwalentny stosunek do Paryża uwidoczni się potem w poświęconych Paryżowi fragmentach Maltego. Miał też problemy zdrowotne. Po ukończeniu monografii o Rodinie pod koniec marca 1903 roku wyjechał do Włoch, gdzie do końca kwietnia przebywał w nadmorskiej miejscowości Viareggio.

Po powrocie został z Klarą w Paryżu do lipca, potem wrócił razem z nią do Niemiec, a w końcu sierpnia oboje udali się razem do Włoch, najpierw do Wenecji i Florencji, potem do Rzymu. W Rzymie mieszkali od września 1903 do czerwca następnego roku, kiedy z braku środków zmuszeni byli wrócić do Niemiec. Po drodze zatrzymali się na trzy dni w Düsseldorfie, gdzie obejrzeli wystawę dzieł Rodina i Zuloagi oraz kolekcję sztuki japońskiej Georga Oedera. W Niemczech na jakiś czas ich drogi się rozeszły: Klara postanowiła pozostać w pobliżu Bremy, gdzie mogła liczyć na zlecenia rzeźbiarskie i uczniów, a Rilke na zaproszenie malarki Hanny Larson udał się do Borgeby-gård koło Malmö. Przez cały czas utrzymywali jednak intensywny kontakt listowny. Pod koniec sierpnia również Klara wyjechała do Szwecji. Spędziła pewien czas w Borgeby-gård, potem wspólnie z Rilkem odwiedziła Furuborg i Kopenhagę, gdzie miała nadzieję na uzyskanie zleceń od którejś z miejscowych fabryk porcelany. Współpracy takiej jednak nie udało się jej nawiązać.

Okresy wspólnego życia przeplatały się nieustannie z okresami wytężonej pracy twórczej i samodzielnymi podróżami. Po wyjeździe Klary Rilke jeszcze przez jakiś czas pozostał w Szwecji, zimę spędził jednak z Klarą i Ruth w Oberneuland. Z powodu złego stanu jego zdrowia wiosną 1905 małżonkowie znów wyjechali na kilka tygodni do sanatorium Biały Jeleń pod Dreznem, gdzie poznali ciężko już wtedy chorą hrabinę Luise von Schwerin. Zaprosiła ich na lato do swojego zamku Friedelhausen w Hesji. W czerwcu Rilke pojechał do Getyngi na zaproszenie Lou. Po koniec lipca zaś skorzystał z zaproszenia hrabiny von Schwerin i udał się do Friedelhausen (gdzie pozostawał od 28 lipca do 9 września). W pierwszej połowie sierpnia odwiedziła go tam Klara.

Do ich kolejnego spotkania doszło w Paryżu, gdzie Rilke spędził niemal cały kolejny rok, mieszkając u Rodina w Meudon i pełniąc funkcję jego sekretarza. Klara przyjechała do Meudon na początku października. Jej pobyt u mistrza trwał jednak tym razem zaledwie miesiąc, z braku środków bowiem już w listopadzie musiała wrócić do Worpswede.

W końcu lutego następnego roku Klara towarzyszyła Rilkemu w jego podróży z odczytami po Niemczech (byli wtedy między innymi w Berlinie, Hamburgu i Bremie), w marcu zaś pojechali oboje na pogrzeb jego ojca do Pragi (ojciec Rilkego zmarł 14 marca 1906 roku). Wspólne wyjazdy nastąpiły też w drugiej połowie roku. Od maja Rilke nie był już związany z Rodinem – ich współpraca zakończyła się po tym, jak Rodin zarzucił Rilkemu niesumienność w prowadzeniu korespondencji. W sierpniu małżonkowie razem z Ruth spędzili kilka tygodni nad morzem w Belgii, potem przez dwa tygodnie byli razem u rodziny von der Heydtów w Godesberg (gdzie Klara wykonała między innymi rzeźbiarski portret córki gospodarzy). We wrześniu wspólnie odwiedzili Friedelhausen, a w październiku i listopadzie razem byli w Berlinie.

Mimo licznych wspólnych podróży i intensywnych kontaktów listownych charakter ich relacji stopniowo zaczął się zmieniać. Przynajmniej ze strony Klary, która coraz lepiej zdawała sobie sprawę z uciążliwości ciągłego podporządkowywania swojego życia rodzinnego twórczym zajęciom męża. Pod koniec listopada Rilke przyjął zaproszenie na Capri, gdzie następnie spędził zimę, Klara zaś postanowiła założyć pracownię w Berlinie i spróbować się utrzymywać z prac rzeźbiarskich. Na początku stycznia następnego roku zdecydowała się przyjąć zaproszenie przyjaciółki, baronowej May Knoop, i jej męża, właścicieli sanatorium Al Hayat w Heluan pod Kairem, i udać się do Egiptu (również w związku ze zleceniem rzeźbiarskim Knoopów).

Po drodze (w połowie stycznia 1907 roku) spotkała się z przebywającym wtedy na Capri Rilkem. Spędziła wówczas na Capri oraz w Neapolu cztery dni, po czym statkiem udała się w podróż do Egiptu. Z podróży pisała mężowi obszerne relacje, które budziły jego spory entuzjazm – Rilke planował nawet wtedy napisanie wspólnie z Klarą książki o Egipcie.

Trzy miesiące później, w drodze powrotnej, Klara ponownie zatrzymała się na Capri. Wspólnie z Rilkem spędziła tam wówczas cały miesiąc. Z Capri w połowie maja Rilke udał się do Paryża, Klara zaś wróciła do Niemiec. W Paryżu Rilke często odwiedzał Salon d’Automne, poznał wtedy między innymi obrazy Cézanne’a, które stały się dla niego bardzo istotnym punktem odniesienia, nie mniej ważnym niż wcześniej twórczość Rodina. Swoje przemyślenia dotyczące malarstwa Cézanne’a relacjonował Klarze w pisanych wtedy niemal codziennie listach, tak zwanych listach o Cézannie, stanowiących jeden z ciekawszych fragmentów ich korespondencji.

Boże Narodzenie roku 1907 małżonkowie spędzili razem w Oberneuland, gdzie Rilke przebywał od początku grudnia 1907 do połowy lutego następnego roku. Potem w maju po raz kolejny spotkali się w Paryżu, dokąd Klara przyjechała doskonalić swój rzeźbiarski warsztat pod okiem Rodina. Już na samym początku pobytu odkryła Hôtel Biron przy rue de Varenne, gdzie na pierwszym piętrze wynajęła wielką salę na pracownię. Miejsce to było na tyle atrakcyjne, że we wrześniu do Hôtel Biron przeniósł się również Rilke, a kilka pomieszczeń wynajął Rodin.

Paryski pobyt Klary tym razem trwał dłużej, do Niemiec wróciła na stałe dopiero w czerwcu 1909 roku. Przez następne lata głównym miejscem jej zamieszkania był Berlin. Kontakt z mężem pozostawał bliski: w lutym następnego roku Rilke spędził z żoną i córką kilka tygodni w Berlinie, w lipcu i sierpniu zaś cztery tygodnie w Oberneuland. Odbywał jednak w tym czasie również liczne samodzielne podróże, między innymi do Afryki Północnej.

W roku 1910 doszło do istotnego rozluźnienia relacji między małżonkami. Klara postanowiła zdecydowanie odciąć się od Rilkego, poprosiła go o zmniejszenie częstotliwości spotkań oraz o rozwód. Rozpoczęło się postępowanie rozwodowe, z którego potem jednak za porozumieniem stron zrezygnowano ze względu na liczne formalności.

W styczniu 1911 roku Klara przeniosła się do Monachium, dokąd rok później na stałe sprowadziła też córkę Ruth (w Monachium będzie mieszkać do roku 1918, kiedy to ostatecznie przeniesie się do Fischerhude w pobliżu Bremy). Jej tryb życia uległ znacznej stabilizacji, na co wpływ miała zapewne terapia psychoanalityczna, której poddała się w okresie od wiosny 1911 do lata 1912 roku. Był to również dobry czas w jej pracy twórczej: powstały wtedy między innymi bardzo udane portrety Richardy Huch i Karla Wolfskehla.

Do spotkań z Rilkem dochodziło w kolejnych latach dużo rzadziej. Widzieli się jeszcze wiosną w Paryżu, dokąd Klara udała się z zamiarem wykonania portretu Rodina (planu tego jednak ostatecznie nie udało się zrealizować), a później latem 1918 roku, gdy Klara była z Ruth w Monachium. Były to ich ostatnie spotkania w Niemczech.

W roku 1919 Klara przeniosła się z córką na stałe z Monachium do Fischerhude. Pobyt w tamtejszym domu, Bredenau, przerywany był nielicznymi podróżami – między innymi w roku 1924 do Holandii, gdzie w Hadze Klara oglądała prywatną kolekcję obrazów Van Gogha, należącą do Helene Kröller-Müller. W maju 1924 roku razem z bratem Helmuthem udała się do Szwajcarii, gdzie odwiedziła Rilkego w Muzot. Małżonkowie widzieli się wtedy po raz ostatni.

III

Korespondencja Rilkego z przyszłą żoną rozpoczęła się w roku 1900, trwała zaś niemal do samej śmierci poety – ostatni znany list pochodzi z roku 1925. Zawiera ona wiele refleksji Rilkego na temat jego własnych utworów; dzieli się on z żoną swoimi wątpliwościami twórczymi, przesyła jej rękopisy wierszy z prośbą o redakcyjną pomoc (między innymi rękopisy Księgi obrazów i Korneta); pisze o swoim spotkaniu z Rodinem, o fascynacji jego dziełem; opisuje zetknięcie z obrazami Cézanne’a na paryskim Salon d’Automne oraz dziełami Van Gogha. Jego listy często mają charakter eseistyczny, wręcz literacki. Zawierają też jednak spore fragmenty o charakterze osobistym, dotyczące relacji małżeńskich, stosunku Rilkego do życia rodzinnego, do córki, wyjaśniające jego odsunięcie od rodziny, niewynikające z braku uczuć, ale z potrzeby twórczej samotności. Oba te wątki zresztą w bardzo ciekawy sposób się uzupełniają: fascynacja Rodinem, jego nieustanną pracą (il faut toujours travailler – to dewiza Rodina, która na długie lata miała stać się również dewizą Rilkego), podziw dla zanurzenia w pracy, widocznego w dziełach późnego Cézanne’a, przekonanie, że tylko takie zanurzenie i całkowite poświęcenie życia dla twórczości może pracę człowieka obdarzyć ponadprzeciętnym znaczeniem, sprawić, że jego dzieła będą prawdziwe, autentyczne, żywe – wszystko to dobrze objaśnia postawę Rilkego wobec bliskich, jego potrzebę utrzymania dystansu. Dystans był główną zasadą twórczej osobowości Rilkego – i o ile we wcześniejszych latach mówił jeszcze o tym, że po okresie wytężonej pracy nad sobą nastąpi kiedyś okres wspólnoty z drugim człowiekiem, że dzięki samotności i skupieniu człowiek stanie się dopiero dojrzały i zdolny do wejścia we właściwe relacje z innymi, o tyle z czasem coraz jaśniej uświadamiał sobie swoje definitywne powołanie do samotności.

Listy Rilkego są świadectwem jego potrzeby samotności i odrębności, ale zarazem wielkiej potrzeby komunikacji, potrzeby posiadania drugiego człowieka, ku któremu można swoje myśli i uczucia kierować. I jakkolwiek dokumentują one jego potrzebę dystansowania się, pokazują też, że szła ona w parze z potrzebą adresata, niewidocznego towarzysza.

Lektura jego listów może również budzić refleksje ogólniejszej natury: po pierwsze, na temat roli dystansu w procesie twórczym (waga komunikatu staje się tym większa, im dłużej jest otoczony pustką, jakby nabierał znaczenia w otoczeniu obcymi i tam właśnie ulegał szczególnemu wzbogaceniu, dojrzewał). Po drugie, na temat coraz wyraźniejszego zanikania dystansu we współczesnym świecie, świecie coraz bardziej uporządkowanym i skodyfikowanym, w którym coraz łatwiej się komunikować, a coraz mniej jest nieokreśloności i pustej przestrzeni. Konsekwencją tej postępującej łatwości komunikacyjnej jest może nie tylko zanik tradycyjnej korespondencji, ale też zanik literatury, a może nawet sztuki w ogóle. Literatura bowiem wymaga odległości i pustki, nieużytków i terenów nieodkrytych, a w czasach skracania dystansów, łączenia i komunikowania musi w naturalny sposób zanikać. Jej rolę przejmuje bezpośrednia komunikacja.

IV

Listy Rilkego do żony nie zostały do tej pory wydane w całości, nie zostały nawet przez niemieckich wydawców zebrane w osobnym tomie. Większość z nich ukazała się w dwóch sześciotomowych edycjach listów zebranych przygotowanych przez Ruth Sieber-Rilke oraz Carla Siebera w latach 1929–1940. Publikowane były jednak bardzo często w formie niepełnej: liczne fragmenty o charakterze osobistym były usuwane (zastępowano je wielokropkiem; również w obecnej edycji wszystkie opuszczone przez niemieckich wydawców miejsca zostały wykropkowane). Wiele listów do żony zostało też przez wydawców pominiętych – zdaje się, że były to zwłaszcza listy zawierające treści osobiste. Nie wydano bowiem prawie w ogóle listów z okresu narzeczeństwa, niewiele też opublikowano listów z lat późniejszych, w których relacje między małżonkami zaczęły się rozluźniać (nie ma na przykład listów dotyczących planowanego rozwodu). Pojedyncze listy do żony ukazywały się w latach późniejszych, między innymi w tomie listów zebranych z roku 1950, w książce Wockego o Rilkem i Włoszech oraz w Rilke Chronik10 – nie jest to jednak na pewno całość tej korespondencji.

Listy Klary do Rilkego zaś poza nielicznymi wyjątkami nigdy nie zostały opublikowane. Cztery listy włączone do obecnej edycji to wszystko, co do tej pory ukazało się drukiem. Reszta spoczywa prawdopodobnie w archiwum w Gernsbach, znajdującym się w rękach spadkobierców Rilkego (obecnie Helli Sieber-Rilke, żony wnuka poety), do którego nawet badacze Rilkego nie mają pełnego dostępu11.

Korespondencja opublikowana w niniejszym tomie jest więc jedynie częścią listów, jakie małżonkowie do siebie pisali. Jako część korespondencji potraktowane zostały również niektóre wiersze dedykowane Klarze.

W języku polskim ukazała się do tej pory niewielka część listów Rilkego do Klary. Tak zwane Listy o Cézannie wyszły w tomie Testament w tłumaczeniu Bernarda Antochewicza12. TomDruga strona natury13 zawiera między innymi wybór listów z lat 1906–1908. Pojedyncze listy wydawano w antologiach i czasopismach, między innymi w „Toposie”14. Niniejszy przekład jest pierwszą polskojęzyczną edycją całości dostępnej korespondencji Rilkego z żoną.

Tomasz Ososiński

LISTY

18.10.1900, R.M. RILKE DO KLARY WESTHOFF

Schmargendorf pod Berlinem, 18 października 1900

Czy pamięta Pani, droga Klaro Westhoff, ten wieczór w małej niebieskiej jadalni?1 Opowiadała mi Pani wtedy o dniach piętrzących się przed Pani podróżą do Paryża2.

Na prośbę ojca3 musiała Pani odłożyć wyjazd i wyrzeźbić jego matkę. Pani oczy utkwione już w nowe piękno, przeczuwane w oddali, musiały je porzucić i zatrzymać przy znanej twarzy kobiety poważnej, czcigodnej i starej i codziennie wędrować krętymi ścieżkami jej zmarszczek. Ta spokojna praca krępowała Pani ręce, które wyciągnęła już Pani, by chwycić to, co nowe. I zamiast zmieniać się pod wpływem wielu wspaniałych doświadczeń w obcym kraju, wzrastała Pani i wznosiła się dzięki codziennej pracy. Zamiast Pani artyzmu, spragnionego przyjaznej obcości nowych rzeczy, rozwijały się w tych niespodziewanych dniach Pani ludzkie uczucia i zaufanie, Pani miłość skupiała się i kierowała ku cichej, spokojnej twarzy, która zdawała się na Pani łaskę, dziwnie bogata, jakby była twarzą czegoś, co nie potrafi się uzewnętrznić, nie ma głowy ani rąk. Jakby czasem rzeczy łączyły się w jedną twarz, która staje się ich twarzą, i ukazywały się w ten sposób patrzącemu… i tworzącemu! Wie Pani, bardzo mnie wtedy wzruszyła Pani pokora: że Pani oko, które spodziewało się już widoku większych rzeczy, gotowe było jednak wędrować drobnymi, uważnymi kroczkami po zarośniętych ścieżkach dawno minionych przeżyć i zatrzymywać się w pobożnym i czołobitnym milczeniu przy wszystkich ich kamieniach milowych. Że zapomniało o świecie i nie widziało świata poza tamtą twarzą.

Pamiętam dokładnie, co Pani wtedy mówiła. Stara kobieta, która odzywa się rzadko i mówi niewiele, która zakrywa ręce, gdy te chcą wykonać czuły gest, i która za pomocą rzadkich pieszczot buduje mosty ku nielicznym osobom, mosty, które przestają istnieć, gdy cofa rękę i znów staje się wyspą w fantastyczny sposób odbijającą się w otaczającym ją ze wszystkich stron zwierciadle nieruchomej wody. – Moje oczy również były już urzeczone blaskiem i widokiem wielkiego i doniosłego piękna. Wasz kraj rodzinny od pierwszej chwili był dla mnie czymś więcej niż tylko przyjazną obczyzną. Był właśnie krajem rodzinnym, pierwszym krajem rodzinnym zamieszkanym przez ludzi, jaki widziałem (bo zazwyczaj wszyscy ludzie żyją na obczyźnie, a rodzinne kraje pozostają niezaludnione…). Bardzo mnie to poruszyło. Chciałem być Waszym bratem, a Wasz kraj rodzinny jest na tyle zamożny, by móc również mnie objąć z miłością i utrzymać, a Wy jesteście tak dobrzy, że traktujecie mnie tak, jak traktuje się rodzeństwo, i wtajemniczacie ufnie w rozmaitość Waszych dni pracy i świąt. A ja cały zwracam się ku wielkiemu pięknu, którego jestem tylko biernym widzem… (bo nie brałem udziału w pracy nad jego dostrzeżeniem). Zapomniałem przy tym prawie zupełnie o spokojnej twarzy życia, która na mnie czeka i którą moje pokorne i posłuszne ręce muszą kształtować. Przez cały ten czas patrzyłem ku temu, co wielkie i pełne blasku, i dopiero teraz przyzwyczajam się powoli do bliskiej i surowej powagi tej wielkiej twarzy, którą muszę ukształtować, zanim wolno mi będzie przyjąć to, co dalekie i nowe. Pani pracowała przez miesiąc; ja będę pewnie potrzebował lat, zanim wolno mi będzie poświęcić się czemuś, co będzie wprawdzie w gruncie rzeczy znajome, jednak nieoczekiwane i pełne niespodzianek. Czuję teraz w sobie często nastrój tych tygodni pełnych pracy, o których Pani opowiadała. Od pewnego czasu widzę przed sobą twarz najspokojniejszej godziny, ale dopiero gdy zdecydowałem się tu zostać, studiować, wykorzystać wszelką pomoc, jakiej Berlin może mi udzielić w realizacji moich planów, i gdy postanowiłem tylko służyć, dopiero wtedy zacząłem rzeźbić. Myślę jeszcze często i ze wzruszeniem o Worpswede, o domku, w którym zapadać będą czarne wieczory, jeden po drugim, i płynąć zimne, samotne dni… po naszych niedzielach i nieoczekiwanych godzinach tak pełnych niezapomnianego piękna, że trzeba było nosić je na obu rękach – ale za mną, na wielkim morzu rozciągającym się za moimi plecami, rośnie już praca jak wędrująca fala, która wkrótce chwyci mnie i pochłonie – bez reszty, bez reszty…

Z tym właśnie przede wszystkim muszę się pogodzić. Zrozumie to Pani, bo zacząłem od Pani krótkiej historii, a przecież od pierwszej chwili mówiłem tylko o sobie, co jest przecież zrozumiałe w wypadku listu, który przychodzi do Pani w moim imieniu. Ja sam nie mogę porzucić „twarzy”. Przez całą zimę będę się starał pracować i może już w styczniu 1901 roku znowu pojadę do Rosji. Tam wszystkie życiowe sprawy stają się dla mnie jaśniejsze i dziwnie proste, tam łatwiej mi jest pracować, poprawiać, uzupełniać…

Zawsze wiedziałem, że jedno z wydarzeń, o którym mi Pani opowiedziała, nabierze dla mnie szczególnego znaczenia… Teraz Pani listopad ubiegłego roku stał się dla mnie czymś w rodzaju symbolu. I gdybym nie otrzymał od Pani tego wspaniałego obrazu nasyconego Pani wspomnieniem i uczuciem, nie wiedziałbym, czym teraz żyję i że to, czym żyję, jest dobre.

Prawda, że to jest dobre?

Nie żegnam się z Panią. Czuję się Pani bliski, gdyż jestem Pani wdzięczny, i cieszę się, że się nie pożegnałem… Pożegnania są ciężarem dla uczuć. Akcentują odległość, która za ich sprawą wzrasta i przysłania to, co wspólne, a przecież nawet ci najbardziej oddaleni zawsze mają ze sobą coś wspólnego…

Pani list był bardzo piękny! Był pełen Pani i to wspaniałe, że pisze Pani tak samo, jaka Pani jest. Niewielu to potrafi, a wielu, którzy tylko piszą, nie jest w stanie nauczyć się tego (co za słowo, „nauczyć się”!) przez całe życie. A u Pani pisanie nawet nie jest głównym zajęciem. Myślę, że mogłoby nim być. Również za pomocą pióra potrafiłaby Pani tworzyć ludzi.

Przed jakim to ludzikiem siedzi Pani teraz przy ciepłym piecu? Przed sztywno stojącym dzieckiem, które oddzieliła Pani od kucającej dziewczyny? A chłopiec podciągający kolana, którego tak kocham – czy jest już skończony? Zrobi mi Pani przyjemność, ilekroć zechce mi Pani napisać o tym i o wszystkim, o czym Pani zechce.

Dziękuję Pani za wszystko i myślę o Pani – i są to zawsze miłe myśli.

Pani Rainer Maria Rilke

(w nocy, o wpół do drugiej) adres R.M. Rilke, Schmargendorf pod Berlinem

23.10.1900, R.M. RILKE DO KLARY WESTHOFF

Schmargendorf, 23 października 1900

Droga Klaro Westhoff, tamtego wieczora, gdy siedzieliśmy razem w małej niebieskiej jadalni, mówiliśmy też o innych rzeczach: że w małym domku paliłoby się światło, łagodna, przysłonięta lampa, a ja stałbym przy kuchence i przygotowywał dla Pani kolację: piękne warzywa albo kaszę – a na szklanym talerzu błyszczałby ciężki miód, a zimne masło w kolorze kości słoniowej leżałoby na kolorowym rosyjskim obrusie. Musiałby też być chleb, twardy, ziarnisty chleb razowy i suchary, a na długim, wąskim półmisku trochę bladej szynki westfalskiej, pociętej pasmami białego tłuszczu, jak wieczorne niebo ciągnącymi się w dal chmurami. Do picia byłaby herbata, złotożółta herbata w szklankach o srebrnych podstawkach, o delikatnym zapachu, który tak pasował do zapachu hamburskiej róży, a pasowałby też do białych goździków albo świeżego ananasa… Wielkie cytryny pocięte na plasterki zanurzałyby się jak słońca w złotawy zmierzch herbaty, rozświetlając go lekko swym promiennym miąższem, a jego jasna, gładka powierzchnia zadrżałaby od wypuszczanych przez nie kwaśnych soków. Musiałyby tam być również czerwone mandarynki, w których ukryto rozległe lato, jak włoską jedwabną chustę ukrywa się w łupinie orzecha. I byłoby wokół nas mnóstwo róż, wysokich, zwisających z gałęzi, i leżących, które lekko podnoszą głowy, i takich, które przechodzą z ręki do ręki, jak dziewczyny w tańcu. Tak to sobie wymarzyłem. Przedwczesne marzenia, domek jest pusty i zimny, a moje tutejsze mieszkanie też jest puste i zimne – Bóg jeden wie, kiedy uda mi się tu zadomowić. – Ale mimo wszystko nie mogę uwierzyć, że rzeczywistość miałaby nie mieć zupełnie żadnego związku z tymi marzeniami. Wysłałem Pani wczoraj do spróbowania małą paczkę znakomitej kaszy owsianej. Przepis znajdzie Pani na paczce. Dobrze jest jednak gotować ją nieco dłużej niż zalecanych 15 minut. Przed jedzeniem niech Pani doda trochę masła albo musu jabłkowego. Jem ją teraz najchętniej z masłem, codziennie. Przygotowanie posiłku trwa 15 minut, to znaczy wcześniej trzeba zagotować wodę; kaszę wrzuca się do gorącej wody i gotuje 15–20 minut. Jeśli zamówiła Pani sobie garnek dwuściankowy „Kann alles” z wielkiego sklepu ze sprzętami gospodarczymi, to nie musi Pani nawet mieszać; niebezpieczeństwo przypalenia jest bardzo małe. Niech Pani spróbuje i da mi znać. Ta wielka firma kalifornijska ma też poza tym inne wspaniałe produkty. Wyślę Pani niedługo katalog. – Wie Pani oczywiście, że przed tą wymarzoną kolacją wyobraziłem sobie bardzo pracowity dzień. Prawda?

Pani Rainer Maria Rilke

5.11.1900, R.M. RILKE DO KLARY WESTHOFF4

Pamięta Pani, jak ten łabędź młody

noc nam rozjaśnił i Alsteru wody:

zdradził nam rzeczy jeszcze niezrobione,

a czucie jego, lecąc w naszą stronę,

skłoniło myśli nasze ku wspólności.

I ta godzina, która pełna była

szerokiej wiedzy, głębi i cichości,

cichego ziarna siłę w nas złożyła.

A gdy to ziarno kiedyś się rozwinie,

wrócę ku pięknej tego dnia krainie,

ku skarbom, które mi ten wieczór podał,

na jakiejkolwiek wtedy bym głębinie,

na jakichkolwiek bym przebywał wodach.

Samotny teraz czuję się we wszystkim,

w tym, czego pragnę i od czego stronię,

nie umiem mówić o tym moim bliskim,

do brzegu nocy nie potrafią donieść

ciemnych ciężarów moje słabe dłonie.

I tylko nieraz we śnie tak się czuję,

jak kiedy nocą szedłem obok Pani:

noc była wielka, zewsząd umacniani

byliśmy niebem, a z gwiazd jasnych zwisał

wiatr niczym cienka jedwabna kulisa.

Z dalekich okien światło rozbudzone,

pośród drzew biegnąc, do nas się zbliżało,

lecz potem jakby nas nie rozpoznało.

I poczuliśmy wtedy mocno całą

ciemność i milczeliśmy jak rodzeństwo,

które od lat jest razem, więc inaczej

rozumie słowa, według własnych znaczeń.

Mówiący bowiem stoją jakby dalej,

by za pomocą rąk i uczuć się odnaleźć,

każdy z nich jakby na przeciwnym brzegu

(i szum wędrownej wody między nimi),

a strumień licznych słów ich i szeregów

zdań słucha: oni są wołającymi.

Lecz my nie chcieliśmy na siebie patrzeć,

bo szliśmy razem i tą samą drogą,

twarze tym samym otulone wiatrem,

to samo niebo mając ponad głową,

te same w głowach tęskne myśli –

do domu Pani podeszliśmy,

a delikatne rzeczy cienie

ku ustom szły niepostrzeżenie,

niosąc im noc i nieistnienie…

5.11.1900, KLARA WESTHOFF DO R.M. RILKEGO

Westerwede, 5 listopada 1900

Drogi Rainerze Mario! To są winogrona z mojej altany. Chciałam je Panu już dawno przesłać, ale – nie wiem dlaczego – myślałam zawsze, że najpiękniejsze już zostały zerwane i że nie ma to sensu. Wzięłam jednak w końcu to, co jeszcze było. Liści jest już niewiele i przez nagie gałęzie zagląda spokojne zimowe niebo. Dziś rano wiele złotych drzewek było nagich. Noc była bardzo zimna, na zamarzniętych drogach wyraźnie słyszało się kroki, a księżyc błyszczał na oszronionych gałęziach i krzakach. Tańczyłam u G… w gospodzie u stóp góry, gdy wracałam do domu od Vogelera, było już późno, ale zajrzałam tam jeszcze, żeby zatańczyć z moim gospodarzem.

Kiedyś jeszcze o tym opowiem.

Mam nadzieję, że nie był Pan zły ani nie zepsuł się Panu humor ostatnio z powodu naszego listu. –

Dziś jest u mnie znowu moja matka. Przeczytałam jej śpiew o wygnańcu – musiałam czytać go jej trzy razy.

I jeszcze tylko pozdrowienie od zimy – od początków zimy w Westerwede.

Najserdeczniej Pańska Klara Westhoff

8.11.1900, R.M. RILKE DO KLARY WESTHOFF

Schmargendorf, 8 listopada 1900

W końcu, droga Klaro Westhoff, zaczynam się zadomawiać, przyzwyczajać, pracować. Niedługo już całkiem zanurzę się w pracy. Przesyłam wiele pozdrowień i najszczersze podziękowania za wszystkie prezenty. Dziś przyszło wino. Cóż za bogactwo owoców i kolorów mam teraz u siebie! Moje okno wydaje się jeszcze większe w blasku dnia, który leży na liściach i gronach, tak jakby one – włączone w opadające soki – spoczywały jeszcze pod odchodzącym w dal niebem jesieni. Te późne północne winogrona mają w sobie zadziwiającą słodycz. Przychodzi mi na myśl – przypomina mi się coś…:

Wiem już, dlaczego ta noc nieprześniona,

którą nam wypełniło wędrowanie,

tak cicha w winnej stała się altanie:

bo cała słodycz przeszła w winogrona.

Bo żadna z rzeczy nie śmie się poruszyć

w porze, gdy wszystkie drzwi w milczeniu stają,

wskazując drogę ku tajemnej głuszy –

i wiatry głośno szumieć się lękają,

zegary drżą, godziny wybijając,

a wody szepcą pośród łąk w potokach,

łagodna treść się zatrzymuje w sokach…

Dlatego pies przeraził nas w oddali

i krzyki zwierząt, gdyśmy w ciszy trwali,

chcieliśmy być stróżami tamtej ciszy,

a wszystkim drzewom o czarnych koronach

miało się zdawać, że nikt ich nie słyszy –

bo cała słodycz przeszła w winogrona.

To wszystko właśnie podarowała mi Pani w winogronach. Niech Pani przyjmie to jako nadmiar, który muszę Pani zwrócić!

Niedługo napiszę znowu – i Pani też, prawda?

Widziałem w ostatnich dniach wiele pięknych rzeczy. Cotteta (pejzaże z Sabaudii), Rodina (odlew Barbédienne’a według l’Éternel printemps) i obrazy przedziwnego Francuza Cézanne’a. Opowiem następnym razem.

Niech Pani każe wkrótce sfotografować swoje rzeźby, zwłaszcza chłopca podciągającego kolana, którego tak kocham. Trzeba by zrobić mu zdjęcia z wielu stron. Myśląc o tej małej postaci, zawsze odczuwam wielką tęsknotę. Niech Pani wkrótce prześle mi również zdjęcie swojej nowej pracy, proszę! (Czy to nie straszne, że właśnie gdy otrzymałem podarunek, znowu się czegoś domagam?)

Niech Pani pozdrowi wszystkich naszych znajomych. I niech Pani powie, proszę, Vogelerowi, że jego „książkę” wyślę w każdym razie jeszcze w tym tygodniu. Heinrich Vogeler dostanie wtedy również list, który od dawna już mu się należy. Byłem jednak w ostatnim czasie w takim nieładzie i zajęty tyloma zewnętrznymi sprawami, że nie chciałem pisać.

Teraz też jest już prawie północ i żegnam się z Panią, tak jakbyśmy byli razem – w Pani miłym pokoju. Dobrej nocy.

Pani Rainer Maria

18.11.1900, R.M. RILKE DO KLARY WESTHOFF

Schmargendorf, niedziela, 18 listopada 1900

Obawiam się, droga Klaro Westhoff, że nie mogę spełnić wszystkich Pani życzeń, chociaż jest ich tak niewiele. Chyba nie mogę wysłać Pani wiersza z okazji Pani święta. Cały czas jeszcze jestem w fazie przygotowań do pracy i muszę trzymać się z dala od dźwięków odwodzących mnie od tego, co rozpoczęte i codzienne, i prowadzących ku świętom, na które nie zasłużyłem.

Ale pamiętam w każdym razie, że dzień jest szczególny5, i muszę powiedzieć, że myśl o nim napełnia mnie ciepłem i wieloma dobrymi, wiernymi uczuciami wobec Pani.

Gdy myślę o tym, o czym mówiła mi Pani przy różnych okazjach (a dzieje się tak każdego dnia wieczorem), to te różne epizody z Oberneuland, Bremy albo Joinville6 wydają mi się jakby cyklem legend: poszczególne postaci na każdym obrazie są tak wyraźne i mocne, jakby każdą z nich uformowała, wykończyła i wypełniła zrozumiałym życiem jakaś przekazywana z pokolenia na pokolenie tradycja.

I jeśli dziś jako życzenie przychodzą mi do głowy te miłe słowa, które wypowiedziała Pani do mnie, gdy w drodze do Hamburga przejeżdżaliśmy koło Oberneuland, to ma to związek z Pani świętem, ale chodzi też o coś więcej.

Nie wstydzę się, że znów, tak jak kiedyś, próbuję wypowiedzieć się za pomocą Pani obrazów, Pani słów niemal, jakbym chciał Panią obdarować Jej własnością. Ale tak właśnie jest, droga Klaro Westhoff, że wiele naszych bogactw bierzemy w posiadanie dopiero wtedy, gdy przynosi nam je cudzy głos. I gdyby ta zima mogła być taka, jak sobie wymarzyłem, to moim codziennym obowiązkiem byłoby wypełnianie moich słów i zdań Pani własnością i wysyłanie ich ku Pani, by niczym ciężkie, chwiejące się karawany przybywały do Pani i wypełniały wszystkie przestrzenie Pani duszy pięknem i kosztownościami z Pani nieodkrytych kopalni i skarbców.

Pamięta Pani… (czy nie piszę tak w każdym liście?), pamięta Pani, pewnego razu mówiła Pani o tym, jak bardzo była podekscytowana, gdy po raz pierwszy miała Pani spędzić jesień i zimę nie w mieście, lecz pośród szczęśliwych drzew, których wiosnę i lato miała Pani w pamięci od najwcześniejszych lat, bo kojarzyły się ze wszystkim, co ciepłe, kochane i delikatne, i z nieskończenie szczęśliwą melancholią letnich wieczorów i długich, tęsknych wiosennych nocy. Znała je Pani równie dobrze, jak ukochanych ludzi z Pani otoczenia, których lato i wiosna, dobroć i szczęście dotyczyły Pani i naznaczały Pani dorastanie i których inne przeżycia (gdy Pani o nich gdzieś usłyszała) rzadko Pani dotykały – będąc jak strzał w lesie, o którym przesądni ludzie długo opowiadają. A teraz miała Pani pozostać na wsi w coraz bardziej osamotnionym domu i patrzeć, jak ukochane drzewa cierpią na coraz silniejszym wietrze, patrzeć, jak gęsty ogród za oknem robi się coraz rzadszy, postrzępiony i jak nawet w najgłębszych miejscach zaczyna prześwitywać przezeń niebo, bardzo zmęczone i pozwalające deszczom padać i uderzać ciężkimi kroplami w zmieniające kolor liście, które umierają ze wzruszającą pokorą. Patrzeć na cierpienia tam, gdzie do tej pory były tylko rozkosz i oczekiwanie, i znosić umieranie właśnie tam, gdzie serce życia najgłośniej biło na Pani piersi. I miała się Pani zachowywać jak dorośli, którzy od razu mogą wszystko wiedzieć, tak, którzy właśnie w ten sposób stają się dorośli, że nawet najciemniejsze i najsmutniejsze rzeczy nie muszą się przed nimi ukrywać, że w ich obecności nie przykrywa się zmarłych i nie ukrywa tych, których twarze pocięte są i rozdarte ostrym bólem. A Pani, Klaro Westhoff, jak prosto i dobrze zniosła Pani to wszystko, jak dobrze Pani to przeżyła i jaki postęp Pani zrobiła w ten sposób w swoim młodym życiu! Pani miłość była tak wielka, że potrafiła wybaczyć wielkie umieranie, a Pani oko tak pewne, już wtedy, że wynalazło piękno we wszystkich tych nowych kolorach, uczuciach i gestach ziemi, i w całym tym odchodzeniu widziała Pani dzięki swej wrażliwości tylko pretekst, pod którym natura roztaczała niewidziane wcześniej piękno. Jak oczy aniołów spoczywają na umierającym dziecku, zachwycając się przemienieniem jego na wpół już zbawionej twarzy, tak Pani, z ufnością patrząc na umierającą ziemię, widziała uśmiech i piękno, i nadzieję na wieczność.

Droga Klaro Westhoff, jeśli kiedyś w Pani życiu nastanie jesień lub zima albo pojawi się obawa, która przychodzi czasem przed nastaniem wiosny, niech się Pani nie martwi, wszystko będzie tak, jak wtedy w Oberneuland. Doświadczy Pani tylko nowego piękna, piękna bólu i wielkości, i będzie bogatsza potem w letnie dni, które po długim chmurnym czasie znów rozpoczną swój koncert. Niech Pani będzie błogosławiona! Amen.

Czy to jest życzenie? To jest tysiąc życzeń! I niech Pani wybaczy, że nie wysyłam Pani wiersza, lecz mówię Pani, że sama Pani stworzyła wtedy wiersz w drodze do Hamburga, gdy przejeżdżaliśmy koło Oberneuland. Niech Pani będzie zdrowa.

Pani Rainer Maria

Jak szczęśliwa musi być Pani rodzina w dniu tego święta! Przesyłam Pani Na moją cześć7 z wierszem, który napisałem na początku w Worpswede. Prześlę również wkrótce inne moje książki, wszystkie, które są tego warte. I w końcu zeszyt z serii „Wegwarten”8, przeznaczonej dla ludu, jako dodatek gratis. I katalog Wiertza9 w nawiązaniu do jednej z wieczornych rozmów u Pani. I wiersz Kornet10, który uświetnia jednego z przodków. Niech je Pani przeczyta jednego z pięknych wieczorów, w białej sukni. Jest to pierwszy i jedyny zapis tego wiersza i jeśli będę go kiedyś drukował, będę musiał Panią poprosić o zwrot rękopisu – ale to szybko nie nastąpi. Również katalog Wiertza, który tylko wypożyczyłem, niech mi Pani odeśle przy okazji, może razem z Pani zdjęciami (na które czekam z radością!).

Wkrótce napiszę, co jeszcze przyszło mi do głowy w związku z Rodinem. Powinniśmy napisać kiedyś razem jakiś tekst o nim! Tak, niech Pani jedzie do Paryża, potem… myślę, że tak będzie dobrze.

Tysiąckroć Pani Rainer Maria

Niech Pani pozdrowi naszych przyjaciół!

21.11.1900, R.M. RILKE DO KLARY WESTHOFF

Schmargendorf, 21.11.1901, w Pani urodziny

Droga Klaro Westhoff, byłem już w drodze na pocztę z telegramem do Pani – ale zawróciłem; nie miałem ochoty właśnie w dniu, w którym myślę o Pani tak uroczyście, informować Pani o tym za pośrednictwem jakiegoś urzędnika i niebieskiego, pełnego błędów tekstu kelnera. Czuje Pani przecież, że jestem z Panią w jej kochanym pokoju, po co o tym mówić?

Przeddzień Pani święta był dla mnie cudowny i bogaty, bo dostałem Pani list o wieńcu. Bardzo byłem nim przejęty i w tym przejęciu napisałem wielkie requiem dla Gretel11, które odpiszę dla Pani kiedyś, kiedy znajdę trochę czasu. – Bardzo wiele mi Pani daje, Klaro Westhoff.

Moje właściwe życzenia i to, co im towarzyszy, pewnie już do Pani dotarły. A może też i złoto pod postacią słodkiego miodu. Zatem: życzę Pani wszystkiego, co najukochańsze i najpoważniejsze!

Pani Rainer Maria

2.12.1900, R.M. RILKE DO KLARY WESTHOFF

Schmargendorf, niedziela, 2 grudnia 1900

Droga Klaro Westhoff, Heinrich Vogeler12 musi Pani o wszystkim opowiedzieć. Widziałem się z nim o wiele za krótko, ale był u mnie, w mojej wieczornej pracowni, i wie, w jakim otoczeniu żyję, wie też, że muszę bardzo dużo pracować i długo jeszcze nie będę z siebie zadowolony. Z tego właśnie powodu nie odpowiedziałem jeszcze na Pani drogi list, w którym przesłała Pani zdjęcia.

Dziękuję Pani. Przywołały wiele miłych wspomnień, zwłaszcza że oprócz małych postaci podarowały mi fragment okna Pani atelier. A same prace dzięki podpowiedziom zdjęć widzę teraz bardzo wyraźnie. Cały czas najbardziej podoba mi się siedzący chłopiec podciągający kolana i obejmujący je ramionami. Widziany z przodu lub z boku czy z którejkolwiek innej strony – jest zawsze skończoną i zamkniętą w sobie całością, pomyślaną w przestrzennym materiale i obdarzoną marmurową duszą. Bardzo ciekawa jest też mała, zwinięta postać, a szczupła stojąca figura wydaje się bardzo odległa i samotna. (Mam na myśli coś, co trudno wypowiedzieć. Mam na myśli na przykład, że istnieją dzieła plastyczne przedstawiające postacie jakby wyjęte z tłumu innych postaci i widać na nich jeszcze ślady postaci sąsiednich albo takie, które dostrzeżono w ciasnym pokoju, a w końcu i takie, które mają wokół siebie przestrzeń. Dzieła rzeźbiarskie stoją zawsze w obcym otoczeniu, są więc zawsze nasycone przestrzenią i krajem rodzinnym, który jest ich właściwym miejscem zamieszkania, i wypromieniowują z siebie swe właściwe otoczenie, które jest jedną ze stron ich samotnej, kamiennej istoty).

To było bardzo miłe, że przeczytała Pani na głos również Korneta!

Dziś wysyłam PaniRequiem. A Vogeler bierze z mojej biblioteki dwie książki, które również Pani i Paula Becker13 (niech ją Pani pozdrowi) powinna przeczytać: debiutanckie dzieło Hofmannsthala Wczoraj14 i Rzeźbiarzy Schönherra15, często grywanych na Scenie Secesyjnej16.

Niech Pani będzie zdrowa.

Napiszę teraz chyba nieprędko, bo muszę zagłębić się w pracy i oderwać od wszystkich innych rzeczy. Ale wie Pani przecież, że zawsze jestem szczerze Pani oddanym

Rainerem Marią

Ten list pisałem w pośpiechu.

Niedziela, później

Jeszcze jedno: Dowiedziałem się wczoraj wieczorem, że zapisała Pani wypowiedzi małego „Dreibeina”17. Myślę, że w ogóle powinna Pani zapisywać wiele z tego, co Pani widzi, nie tylko dlatego, że dobrze Pani to widzi, ale że Pani wrażenia tak mocno, bezpośrednio i szczerze ujawniają się w Pani słowach.

Mimo mojego pośpiechu i pracy chciałem jednak zapytać: czy był u Pani Klinger18? Widział Pani nowe prace?

Niech Pani, proszę, zatrzyma Wiertza. Należy teraz do mnie, więc mogę go Pani podarować.

Raz jeszcze: Pani Rainer Maria

11.12.1900, R.M. RILKE DO KLARY WESTHOFF

Schmargendorf, 11 grudnia 1900

Prawda, droga Klaro Westhoff, że nie przestanie mnie Pani odwiedzać pod postacią Pani drogich listów, nawet gdy będę przez chwilę milczał, jakbym był daleko? Niech Pani nie pozwoli, by odległość zdobyła nad nami władzę.

…Każdy odwiedzający, jak każdy temat, jest tylko pretekstem. Coś chce nastroić nas świątecznie; wtedy otrzymujemy wiadomość, na przykład, że przyjedzie Klinger, i rozpoczyna się oczekiwanie. I w końcu to nie Klinger się pojawia. I wtedy dostrzegamy, że wcale nie czekaliśmy tak, jakby to on miał przybyć, i że wszystko prowadziło do tego, co się ostatecznie stało. Często też czekamy za długo. To, co przychodzi, jest jakby elementem przygotowań, staje pokornie w gronie cichych, oczekujących rzeczy, nie porusza się. A my siedzimy, czekamy i nasłuchujemy w ciszy, a serce bije nam mocno – ale to już właśnie jest święto i każdy nowy przybysz byłby kimś obcym, zbędnym…

A ten postęp, który nastąpił i który odczuła Pani razem ze swoim świątecznym pokojem, niech Pani powie, czy mieści się on gdzieś w pobliżu terenów zamieszkałych przez słowa, czy mogłaby Pani o nim choć z daleka opowiedzieć? Czy dotyczy on ciszy i samodzielności Pani postaci? Albo – jeśli nie chce Pani o nim mówić – czy nastąpił on za sprawą nowej pracy, której nie widać jeszcze na małych fotografiach?

Albo niech mi Pani coś opowie o sobie. Wyczuję to we wszystkim, co się Pani wydarza w ciągu dnia, tak jak w ostatnim liście dostrzegłem wszędzie Pani wdzięczną radość.

Czy Heinrich Vogeler opowiedział Pani o wszystkim na tyle dokładnie, że może sobie Pani wyobrazić otoczenie, w którym ten list (och, właściwie to tylko sadzonka listu, tkwiąca w ciemnej ziemi moich wspomnień) powstaje? I w jakim otoczeniu spędzam dni? Wiele pozdrowień.

Pani Rainer Maria

Prośba: dziękuję Pauli Becker za miły list. Niedługo jej odpowiem. Niech Pani pozdrowi ją i Ottona Modersohna19. Czy urodziny Heinricha Vogelera wszyscy będą spędzać razem?

22.12.1900, R.M. RILKE DO KLARY WESTHOFF

[Schmargendorf, 22 grudnia 1900]

Droga Klaro Westhoff, książka „o dobrym Bogu”20 jest dla wszystkich otwarta. Ale z pewnością mało kto do niej do tej pory wstępował, wysyłam Pani jeden z pierwszych egzemplarzy z bożonarodzeniowymi życzeniami. Jednocześnie wysyłam inną książkę prozatorską, Historie praskie21, którą daję Pani dlatego, że jest tam wiele dzieciństwa (nie w sensie akcji, ale nastroju, obawy lub wdzięku) i ponieważ wiem, że Pani je tam odnajdzie. Będzie Pani ze swoją rodziną, którą Pani kocha, i będzie miała Pani prawdziwe święta, jak każdy, kogo kocha wiele bliskich osób, każdą inaczej. Niech się Pani cieszy i będzie radosna, i niech Pani innym daje radość, gdyż potrafi to Pani.

Pani Rainer Maria

13.02.1902, R.M. RILKE DO KLARY RILKE-WESTHOFF

Bremen, Schwachhauser Chaussee 14 [13 lutego 1902]

Droga, wczoraj wieczorem była próba generalna22, […] próba generalna z przeszkodami. – Książę Bellidor jest chory, „ma nadzieję” do soboty wyzdrowieć… Ale kto wie?… Wczorajsza próba odbyła się więc bez niego; konieczne stało się w każdym razie znalezienie potencjalnego zastępcy. Najpierw doktor P. chciał grać księcia… potem zaproponowano Vogelera i Vogeler rzeczywiście wczoraj zaczął się uczyć! Ale przy pierwszej próbie okazało się, że jego głos i wymowa się nie nadają. Pani R. oczywiście znowu pomyślała o siostrzeńcu, doktorze A., który gra w mojej sztuce artystę. Miał się przygotować i już na próbie generalnej markować księcia. Ale przyszedł dopiero wieczorem, w ostatniej chwili, a dwie chwile wcześniej znalazł się jako widz na próbie prawdziwy „artysta”, młody entuzjasta (że też człowiek może…!), pan… Mischke. Nikogo innego nie było, więc pani R. poprosiła go, by na próbie generalnej bez kostiumu, z książką w ręku markował księcia. Pan Mischke kazał się prosić dwukrotnie, po czym przecząco potrząsnął głową, lecz jednocześnie wyraził zgodę, co było chyba oznaką walki, jaka toczyła się w jego artystycznym wnętrzu. Pan Mischke, młody entuzjasta, zniknął więc z książką na kilka minut, potem kurtyna poszła w górę – najpierw monolog Beatrix, potem Mischke jako Bellidor. To była namiętność. Stałem w kulisach i czułem, jak podium drży od potężnej namiętności tego pana, który, choć był w cywilu, nie omieszkał objąć siostry Beatrix ze straszliwą pasją. W ręce, którą obejmował ją za szyję, trzymał książkę, z której odczytywał swoją przemożną i dziką miłość, a gdy nie mógł odcyfrować jakiegoś słowa, wypełniał powstającą z tego powodu pauzę westchnieniem, szczękaniem zębów lub prychaniem. Ależ to był hałas, niesłychany. Jakby zamiast dyletanta, który próbował nieco przystrzyc sobie brodę i się ogolić, pojawił się nagle prawdziwy fryzjer, który przy szczęku nożyc i zapachu pomady wspaniale i zręcznie wykonuje swoją pracę. Szalał tak przez dziesięć minut, szarpał Beatrix (która zresztą była bardzo szczęśliwa, że może w końcu grać wielką rolę razem z Mischkem, któremu na scenie pana J. ma szansę zaprezentować się najwyżej w roli pokojówki) w tę i we w tę, jak kawał mięsa, którym zbiera się z talerza resztki sosu – po czym wyszedł z nią w końcu, powoli uspokajając drżenie, za kulisy. – To był pierwszy akt. W kolejnych aktach pan Mischke znowu był widzem (chwała Bogu!) i znowu byliśmy we własnym gronie. Szło to w miarę dobrze, to znaczy bez widocznych zakłóceń, tylko w trzecim akcie pani doktorowa V. wprowadziła pewne zamieszanie, bo nie mogła zrozumieć suflera M. – Gdy wszystko było gotowe, wypróbowałem moją uroczystą sztukę23, która nie została wyrecytowana zbyt pięknie, a potem znowu na scenę i do dziesiątej albo właściwie wpół do jedenastej w nocy próby z paniami i z oświetleniem, jeśli coś jeszcze było nie tak… Nie wiem, czy cały ten trud w końcu się opłaci. Idzie teraz znośnie, a ci, którzy widzieli to wczoraj, twierdzą, że robi duże wrażenie. Pytałem Heinricha Vogelera, co powiedzieli o tym Modersohnowie, z którymi nie rozmawiałem. Ottonowi Modersohnowi podobno bardzo się podobało. „A Pauli Becker?” – zapytałem. Ona powiedziała coś, czego nie zrozumiałem, raczej nie była zachwycona, jak mi się zdawało – powiedział Heinrich Vogeler. Mogę to sobie wyobrazić. Dziś doktor A. na wszelki wypadek nauczy się roli księcia, a po południu będę próbował z nim i z panną V. Poza tym mam jeszcze jedną próbę oświetlenia. – Ta choroba M. bardzo mnie martwi, jak możesz sobie wyobrazić, i przyczynia mi wiele nieprzewidzianej i niewdzięcznej pracy! – Maska bardzo się spodobała. Byłem zadowolony z jej barwy, ale wszyscy chcieli, żeby była bardziej kolorowa, zwłaszcza w świetle. Z ciężkim sercem pomalowałem ją więc na okropny czerwony kolor, do czego musiałem użyć tempery, którą Heinrich Vogeler przyniósł do malowania kulis, nie miałem wyboru. Nie gniewaj się, droga, że tak ją oszpeciłem – do celu, który musimy mieć na względzie, dobrze się teraz nadaje, a Ty musisz kazać zrobić dobry odlew… Dziękuję za Twój list… dlaczego piszesz w salonie? Jeśli potrzebne Ci ciche miejsce do czytania lub do pisania, idź do mojej pracowni albo do Twojego pokoiku w atelier!… Najlepiej myśli mi się na górze, przy moim biurku. – Dobrze, że przyszło kilka ciekawych książek. Przeczytaj, a potem mi opowiedz. Zajrzyj też do gazet i zakreśl to, co wyda Ci się dla mnie interesujące, żebym mógł to od razu znaleźć – ale gazet nie przysyłaj. Niedługo przecież będę z powrotem. Bardzo się już z tego cieszę!…

Twój Rainer Maria

16.02.1902, R.M. RILKE DO KLARY RILKE-WESTHOFF

Brema, 16 [lutego 1902] (niedziela), rano

Dziś na moim stole podczas śniadania nie leżał żaden list… ale gdy wróciłem nocą z Kunsthalle, znalazłem pakiet z korektą i kliszami. I było tam też kilka słów, które przed zaśnięciem przeczytałem oczyma zmęczonymi od dymu, zamętu i światła. Wielki wieczór mam już za sobą; M. zagrał, a przedstawienie Beatrix poszło bardzo dobrze; w decydującym momencie wszyscy dali z siebie wszystko i to wielokrotne wszystko w sumie zrobiło dobre wrażenie.

1.06.1902, R.M. RILKE DO KLARY RILKE-WESTHOFF

Haseldorf, 1 czerwca 1902

…Rano przyjechał pewien Duńczyk… Powiedziałem temu starszemu panu o naszej sympatii dla duńskich pisarzy, a on bardzo serdecznie zaprosił nas do siebie w odwiedziny. Ale o Jacobsenie nie wiedział – zdaje mi się – nic. Być Duńczykiem i nie wiedzieć nic o Jacobsenie24, i słysząc to nazwisko, myśleć o jakimś innym Jacobsenie…! Język duński brzmi zresztą całkiem ładnie…

5.06.1902, R.M. RILKE DO KLARY RILKE-WESTHOFF

Zamek Haseldorf w Holsztynie, 5 czerwca 1902

Droga i dobra, dziękuję Ci za Twój długi list – mogę sobie wyobrazić, że podróż była ciężka i przytłaczająca, a noc w amsterdamskim hotelu nieprzyjemna; Hamburg (gdzie miałem dwie godziny) też mi się wcale tego dnia nie podobał; był gorący i duszny jak miasto śródlądowe. Pawilon Alsterski był właśnie wewnątrz odnawiany, w środku pełno było rusztowań, a na zewnątrz siedział okropny malarz J.Ph., którego znam z Monachium i z którym nie chciałem się zetknąć. Postanowiłem więc odpocząć trochę w Café l’Europe, a potem wrócić na dworzec. A moja pierwsza noc w Haseldorf była nie mniej duszna niż Twoja u van Geldernów. I od tamtej pory wszystkie dni były takie gorące i duszne, i tylko czasem pod wieczór niektóre z nich rozpuszczały się w powoli ciemniejącym powietrzu. Dzisiaj (po raz pierwszy) niebo jest zachmurzone i trochę pada. Park jest piękny. Bardzo pociągający jest zwłaszcza widok z jednego z wysokich okien w jadalni. Widać stamtąd płaszczyzny trawników rosnących dziko i tak wysokich, że pojedyncze krzaki róż toną prawie w ich zielonych falach. Na tych łąkach rosną dwa nieskończenie pięknie kwitnące drzewa podobne do jabłoni. Nazywają je crataegus (crataegus bez kolców); nie wiem, co to jest – ale Ty pewnie będziesz wiedzieć. Poza tym, chodząc po ogrodzie, cieszę się zawsze, rozpoznając jakiś kwiat albo krzak, którego mnie nauczyłaś. Najpiękniejsze są ścieżki wzdłuż fosy zamkowej. Rosną tam teraz stare kasztanowce, spiętrzone jak góry, ich gałęzie sięgają ziemi, a pod setkami rąk ich liści żyją całe kolonie cieni. Teraz właśnie kwitną. To cudowny widok, gdy te kwietne stożki w rytmicznych odstępach wznoszą się aż ku najwyższym gałęziom. W dzień wszystko to jest trochę zbyt zielone, ale ostatnio wieczorem, tak koło wpół do jedenastej (ściemniało się już), te stare drzewa wyglądały jak ciemne płaszcze z powtarzającym się regularnie haftowanym wzorem. Biel kwiatów stała się cudownie tajemnicza, a czasem taka kwietna piramida wyglądała jak złożone i wzniesione w górę dłonie, które wystają spod ciemnej szaty. Niestety mętna i leniwa fosa nie odbijała tych wspaniałych drzew. Bez i rododendrony rosną też równie wysoko na starych krzewach, które nagle gdzieś na wysokości koron drzew rozwijają się i bogato rozkwitają.

Cieliste azalie wypuszczają zapachy, a magnolie mają już liście obok wielkich, przypominających lilie wodne kwiatów. Dziś odkryłem też pewne wysokie drzewo o szerokich, chłodnych, zielonych liściach i dziwnych, szarosrebrnych, zamkniętych kwiatach, które były bardzo wytworne. Myślę, że to jakiś orzech… ale niezbyt często chodzę do tego ogrodu, bo upał jest tam ciężki, a fakt, że jest się zewsząd otoczonym groblami, wywołuje smutek. A na ścieżkach jest tyle czarnych, nagich ślimaków, że człowiek boi się cały czas, że któregoś z nich nadepnie.

Dużo czasu spędzam w pokoju, gdzie jest najchłodniej i najpiękniej i gdzie mogę poczuć się w miarę sam. Ale można powiedzieć, że to wielkie szczęście, iż przybyłem tu dopiero po skończeniu monografii; nie sądzę, że byłbym w stanie ją tu pisać. Jest w tym domu jakiś niepokój, który nie sprzyja za bardzo ani wypoczywaniu, ani pracy. – Chodzę więc czasem do archiwum, grzebię w starych książkach i czytam od czasu do czasu kilka linijek; wątpię, czy znajdę coś, co mógłbym wykorzystać. Listy, o których myślałem, są tak liczne, że musiałbym czytać przez cały rok, żeby zyskać jakąkolwiek orientację, a trudne stare pismo, zaduch i kurz w archiwum też nie sprzyjają pracy. Muszę więc również tutaj ograniczyć się do rzeczy drukowanych; przeglądam historie rodzin von Ahlefelt i von Oppen-Schilden, które zamieszkiwały wcześniej Haseldorf, i nie jest wykluczone, że trafię na jakiś ciekawy życiorys, chociaż do odkrywania ciekawych miejsc w książkach mało mam talentu i wprawy. Bardzo natomiast interesuje mnie przeglądanie starych wydań ze względu na sam druk i sztychowane strony tytułowe, starych teczek z rycinami z końca XVIII wieku, przedstawiającymi trochę śmieszne, długie i jakby zaciekawione profile świętej pamięci szambelanów i rycerzy z Danebrog. Na pewno byłbym bardziej skłonny do pracy, gdyby było trochę chłodniej, ale to, że trudno mi się teraz skupić, wynika też zapewne z faktu, że w ostatnim czasie dużo pracowałem. To nic nie szkodzi; a tygodnie spędzone tutaj nie będą stracone, nawet jeśli miną mi na czytaniu kilku książek, do których inaczej nie miałbym okazji zajrzeć. Dziś rano wyjechał radca sądowy Paulsen, a teraz mamy urodziny księżniczki Margi, która skończyła czternaście lat. (Wygląda właściwie dużo dojrzalej!) Jutro książę i księżna jadą na pięć tygodni do uzdrowiska w Pyrmont; tak więc nie spotkam się już tutaj z nimi.

Gdy wyjadą, będę się starał spędzać wieczory samotnie, choćby tylko po to, by siedzieć przy oknie wychodzącym na fosę i myśleć o Tobie, droga, o Tobie i o małej kochanej Ruth…

28.08.1902, R.M. RILKE DO KLARY RILKE-WESTHOFF25

Rue Toullier 11 Quartier de la Sorbonne, le 28 août 1902 (vers le soir)

On ne peut pas s’en douter: je suis à Paris, quoique le coin où je demeure est plein de silence. Je suis une seule Attente: que deviendra? Ma chambre est à troisième ou quatrième étage (je n’ose pas compter) et ce qui ma fait fier c’est qu’il a une cheminée avec un miroir, une pendule et deux chandeliers en argent. – …26

31.08.1902, R.M. RILKE DO KLARY RILKE-WESTHOFF

Paryż, 11 Rue Toullier, 31 août, niedziela, 1902, szósta po południu

Moja droga i dobra, nie wiesz, jak bardzo mnie to cieszy, że Twoje listy tak szybko do mnie dochodzą. Właśnie dostałem ten z trzydziestego razem z załącznikami. Dostałem go o czwartej, ale od rana nie było mnie w domu i być może czekał na mnie już od kilku godzin. Wczoraj jeszcze trzymałaś go w swoich drogich, drogich dłoniach i w trakcie tej krótkiej podróży nie utracił nic z tego, co mu powierzyłaś… Dziękuję Ci; myślę i żyję przy Tobie każdego dnia. – Dziś jest niedziela. Pada deszcz – powoli, cicho i jesiennie. Na bulwarach zamiata się już mokre, zwiędłe liście na kupy – tym razem ktoś podstępnie pozbawił nas lata…

Wiesz, gdzie właśnie byłem? Odwiedziłem róg bulwaru Montparnasse i bulwaru Raspail, miejsce, w którym mieszkałaś. Wiem już teraz, że jest to jasny, wysoki róg i że dobrze się tam mieszka. Potem poszedłem ulicą Bréa do Ogrodu Luksemburskiego, a teraz siedzę w moim cichym pokoju, samotnie, a zatem blisko Ciebie.

Zaczynam się w tym pokoju powoli zadomawiać. Obsługa jest przyjazna i pomocna (choć nie dostała jeszcze żadnego napiwku). Kupiłem świece do srebrnych świeczników na kominku, które wieczorem palą się jak na ołtarzu. Od dziś będę miał też lampę – bo od wpół do dziewiątej albo od dziewiątej jestem zawsze w domu, a często już nawet o siódmej; – wieczorami będę czytał książki, robił notatki, myślał, cieszył się spokojem, samotnością – to wszystko, czego pragnę. W ciągu dnia szukam w mieście rzeczy, które chcę zobaczyć – nie bez trudu (bo jestem zbyt niezdarny, by poruszać się omnibusami; a z językiem też nie idzie mi łatwo…). Wczoraj byłem w Luwrze; wielki wydał mi się tam tylko Leonardo (Gioconda). Średniowieczne rzeźby: osiem zakonnic z seneszalem…27 (to malowany kamień!). W sali, w której stoją nowe zakupy, odkryłem kilka małych, glinianych (czy też plastelinowych) szkiców Carpeaux28. Bardzo ciekawe. Pod względem tematu przypominają Rodina (na przykład Ugolino itp.), formalnie bardzo są od niego odległe, może czasami w jego kierunku, ale bardzo daleko. Cała zwartość, do jakiej w niektórych miejscach dąży, jest jeszcze dawnym „grupowaniem”, budowaniem, jakiego Rodin nigdy nie znał… Widziałem też Notre-Dame de Paris. Szczególnie subtelni i pełni prostoty wydają mi się Adam i Ewa stojący na głównej fasadzie po lewej i po prawej stronie, samotnie i daleko od siebie, ponad balustradą z królami. Całość robi ogromne wrażenie, zwłaszcza jeśli pomyśleć, że wcześniej do wejścia prowadziło kilka stopni. – Dziś przed południem Musée du Luxembourg – dziwne, dziwne widzieć to wszystko po raz pierwszy, a jednak ponownie. Rozczarowania tak zmieszane z zaskoczeniami, że nie da się jednych od drugich oddzielić. Wczoraj w Luwrze przedziwny Courbet: pogrzeb w Ornans (zajrzyj do Twojego Muthera29), wyobrażałem to sobie zupełnie inaczej! A dzisiaj w Luksemburskim: mocna i potężna Olimpia Maneta. To bardzo śmiały obraz; Renoir, Degas i Besnard. (Krótko mówiąc, Salle Caillebotte). Poza tym irytująco dużo głupstw. Bastien-Lepage30, straszna nuda, tak samo Baszkircewa31. O wiele za dużo Carolusa-Durana32 i jemu podobnych. Z najnowszych ciekawe:intérieur, zmierzch, tytuł: Pieśń (po niemiecku); malarz: Lomont33. De la Gandara34, malarz modny, nie do pomyślenia obok Zuloagi35. Niestety tylko dwa Daumiery36. Rzeźby, również Dampt37, nic wielkiego – Falguière38 nic