Listy Miłości - Maria Nurowska - ebook + książka

Listy Miłości ebook

Maria Nurowska

0,0
27,20 zł

lub
Opis

Najpiękniejsze i najważniejsze książki Marii Nurowskiej w nowym wydaniu.

Miłość i śmierć, wina i zagubienie oraz poszukiwanie własnej tożsamości. 

Opowieść o niezwykłym dążeniu, o rozpaczliwych próbach kogoś, kto – by uniknąć śmierci – musi stać się kimś innym. Historia miłości w czasach nienawiści i barbarzyństwa.

Elżbieta Elsner pod fałszywym nazwiskiem stworzyła sobie nowe życie. Tłumaczy się z tego w listach do Andrzeja.

W wieku 16 lat poszła dobrowolnie za ojcem do getta warszawskiego, gdzie została prostytutką, by ocalić ich oboje. Po ucieczce z getta przyjmuje nową tożsamość i staje się Krystyną Chylińską. Żyje jednak w nieustannym lęku, że ktoś mógłby ją rozpoznać i zniszczyć jej egzystencję. 

W końcu przeszłość ją dopada i słyszy: „Krystyna Chylińska nie jest twoim prawdziwym nazwiskiem...”.

Maria Nurowska zaliczana jest do najważniejszych pisarzy współczesnej literatury polskiej.

Jej „Listy Miłości” zasługują na uwagę. Autorka świadoma jest tradycji, w której pisze – jej bohaterka Krystyna Chylińska ma w sobie coś z Anny Kareniny, książka przypomina także Początek Andrzeja Szczypiorskiego. 

„Frankfurter Allgemeine Zeitung”

Maria Nurowska – jedna z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich pisarek. Jej powieści podbijają serca kolejnych pokoleń czytelników. Najbardziej znane to: „Mój przyjaciel zdrajca”, „Sprawa Niny S.”, „Nakarmić wilki”, „Drzwi do piekła”, „Dom na krawędzi”. Książki Marii Nurowskiej przetłumaczono na szesnaście języków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 282




jest jedną z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich pisarek. Wydała ponad trzydzieści książek, m.in. Hiszpańskie oczy, Listy miłości, Miłośnicę, fabularyzowaną biografię Krystyny Skarbek, opowieść o Ryszardzie Kuklińskim – Mój przyjaciel zdrajca, Księżyc nad Zakopanem,a w ostatnich latach Drzwi dopiekła, Dom na krawędzi, Wariatkę z Komańczy i Bohaterowie są zmęczeni. Jej książki zostały wydane w 23 krajach, w Niemczech, we Francji i  w Chinach były bestsellerami.

Copyright © Maria Nurowska, 2008

Projekt okładki

Julia Lew

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-783-9

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

List ostatni

koniec października ’68

Krystyna Chylińska to nie jest twoje prawdziwe imię i nazwisko – powiedziałeś, jakby mimochodem, nie czekając na moją odpowiedź. Nie wiem zresztą, czy było to pytanie, czy stwierdzenie faktu. Miałeś nieprzeniknioną twarz. Potem, z Twojej rozmowy telefonicznej z przyjacielem, dowiedziałam się, że otrzymałeś wymówienie z pracy w trybie natychmiastowym. No cóż – rzekłeś – mamy polowanie na czarownice.

Przez te wszystkie lata oczekiwałam takiego dnia, dnia prawdy. Nie sądziłam tylko, że objawi się ona w taki sposób. Ugodzi w Ciebie z zewnątrz, odbierając najważniejszą sprawę życia: pracę. Ja gotowa byłam ponieść karę za sprzeniewierzenie się prawdzie. Ze strachu. Ze zwykłego ludzkiego strachu, a raczej był to strach zakochanej kobiety. To mnie jeszcze mniej usprawiedliwia, tym bardziej że wyznanie o gotowości poniesienia kary też nie jest w pełni prawdziwe. Nie byłam gotowa. Świadczy o tym moja obecność przy Tobie. Moja obecność przy Tobie od dwudziestu pięciu lat…

Jak mam odpowiedzieć na Twoje pytanie-stwierdzenie? Krystyna… to imię, które wymawiałeś tyle razy, przylgnęło do mnie, stało się moją prawdziwą skórą, a mimo że nie mam żadnej innej, znaleźli się ludzie, którzy postanowili mnie z niej obedrzeć. Co oni Ci powiedzieli, Andrzeju? Znowu jest czas strachu i pogardy, z jakiegoś archiwum ktoś wyciągnął moją teczkę…

Zawsze się bałam. Najpierw, że przyjdzie gestapo, potem, że ktoś z moich znajomych rozpozna mnie na ulicy. Nagle z czyichś ust padnie moje prawdziwe imię, a ja zobaczę przy tym Twoją twarz, Twoje oczy.

Tyle lat minęło, a pamiętam słowa starego Żyda z getta. Powiedział: „Jabłko, które za daleko padnie od jabłoni, zgnije, zrobaczywieje”. Czy jestem takim jabłkiem? Od pierwszej chwili, kiedy Cię ujrzałam w drzwiach, byłam już tylko kobietą. Zakorzeniłam się w swojej miłości i w swoim strachu. Miłość i strach stały się istotą mojego życia.

Przed godziną wyszedłeś z domu, po raz pierwszy nie mówiąc mi dokąd. Po raz pierwszy nie opowiedziałeś mi o swoich kłopotach, może dlatego, że wiązały się bezpośrednio z moją osobą, a może uważałeś, że tej kobiecie o obcym imieniu i nazwisku nie masz nic do powiedzenia. Nie mogę przypomnieć sobie wyrazu Twoich oczu, kiedy padło to pytanie-stwierdzenie. Być może nie patrzyłeś na mnie. Latami wyobrażałam sobie tę naszą rozmowę. Wkładałam Ci w usta zupełnie inne słowa, za każdym razem co innego znaczące. I zawsze były Twoje oczy… A może nawet patrzyłeś na mnie, ale ja Twoich oczu nie widziałam. Poczułam się jak ktoś, komu się mówi, że za chwilę będzie koniec świata.

Kim będę, odchodząc z tego domu, do którego weszłam po raz pierwszy drugiego lutego tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku? Tym razem muszę odejść, nie mam wyboru. Ktoś w moim imieniu postanowił odkryć Ci prawdę. Zgadzam się na rozwód. To chyba jedyny sposób, żebyś mógł wrócić do swojego zawodu, do pracy. Może dla Ciebie nie wszystko jest jeszcze stracone. Walizka, którą pakowałam i rozpakowywałam tyle razy, stoi przy drzwiach. Za chwilę stąd wyjdę. Pozostawiam listy, które pisałam do Ciebie przez te wszystkie lata…

List pierwszy

styczeń ’44

Nazywam się Elżbieta Elsner, mam dziewiętnaście lat. Wyjście z getta… kiedyś do tego powrócę, teraz nie chcę o tym myśleć. Znalazłam się po aryjskiej stronie. Byłam zupełnie sama. W kieszeni miałam fałszywą kenkartę na nazwisko Krystyna Chylińska. Powinnam możliwie jak najprędzej dotrzeć do domu, gdzie mieszkała matka. Ona czekała na mnie. Ale im dłużej krążyłam ulicami, tym bardziej byłam pewna, że do niej nie pójdę. Zapadał zmrok. Naprzeciw mnie pojawił się nagle jakiś człowiek. Wydawało mi się, że już go tego dnia widziałam i że być może mnie śledzi. Skręciłam do jakiejś bramy, zadzwoniłam do drzwi na pierwszym piętrze. Nikt nie otwierał. Wbiegłam na drugie piętro i stanęłam przed drzwiami, na których wisiała wizytówka: „A.R. Korzeccy”. Otworzyła mi siwa kobieta. Stałyśmy naprzeciw siebie. W tamtej chwili jej twarz była wyrocznią. Czekałam. Patrzyły na mnie oczy, które od razu wszystko wiedziały, mimo że wcale nie byłam podobna do Żydówki. Nikt by na to nie wpadł, tak mylący był mój wygląd. Ale ona wiedziała, skąd przychodzę. Patrzyłyśmy na siebie w milczeniu, potem wzięła mnie za rękę i wprowadziła do środka. Kiedyś opiszę Panu te miesiące, jakie z nią spędziłam. W jej oczach odnalazłam ratunek, a potem, kiedy ona umierała, szukała go w moich. Teraz chcę pisać o Panu. Usłyszałam dzwonek, po którym zawsze pojawiał się we mnie odruch strachu przed tym kimś, kto stoi za drzwiami. Poszłam otworzyć. Był Pan zaskoczony, widząc obcą osobę, dobrze pamiętam wyraz Pana twarzy, bo przecież działo się to rano. Od dzisiejszego ranka jest Pan tutaj, a ja piszę do Pana list, którego z pewnością nigdy Pan nie przeczyta, ale piszę, jest mi to potrzebne. Tylko… chyba powinnam zacząć od początku, bo znowu kłamię. Nie bardzo wiedząc przed kim, przed Panem, przed sobą, a może ze strachu przed prawdą. Ja prawdy o sobie nie rozumiem, mogę opisywać fakty, a więc tę jej najmniej znaczącą część. Przecież sprawą dużo istotniejszą są motywy, zwykle najmniej jasne dla sędziów. W moim przypadku kto będzie sędzią? Pan? Czy ja sama?

Nazywam się Elżbieta Elsner, mam dziewiętnaście lat. Jakie jest to moje dziewiętnaście lat? Z pewnością oszukane… W gruncie rzeczy jestem obojętna. Tak bym o sobie powiedziała, obojętna, jeżeli chodzi o mnie samą. Może dlatego w ogóle jeszcze istnieję, że się już przy tym nie upieram. Tam, za murem, gotowa byłam na wszystko, byle przeżyć. Ja! – coś krzyczało we mnie. Ten głos zagłuszał wszystko inne.

Mój tatuś, Artur Elsner, był profesorem filozofii, miał swoich uczniów, którzy go uwielbiali. Było to uwielbienie prawdziwe, bo przedostało się na teren getta. Nasze mieszkanie na Miłej, do którego wprowadziliśmy się jesienią czterdziestego roku, zawsze było gwarne. Studenci rozsiadali się gdzie popadło, na stole, na krzesłach, na podłodze. Tatuś zajmował swój fotel, który przyjechał tu z częścią naszych mebli. Potrzebowaliśmy ich niewiele, bo mieszkanie było małe, dwa pokoiki i kuchnia. Kiedy po raz pierwszy je zobaczyłam, rozpłakałam się. Przedtem mieszkaliśmy w pięknym domu z ogrodem. Mogłam tam zostać z matką, która była Aryjką. Ale chciałam być z nim. Bo uwielbiałam go jak jego studenci. Przysłuchiwałam się tym wszystkim dyskusjom, tym rozważaniom, które wraz z tatusiem przeniosły się do getta i były przerywane godziną policyjną.

Moi rodzice źle żyli ze sobą, matka miała trudny charakter, w głębi duszy porównywałam ją z Ksantypą, tym bardziej że ojciec z powodzeniem mógł wytrzymać porównanie z Sokratesem. Byłam jego ukochaną i jedyną córeczką. Kochał także moją matkę, była taka piękna. To po niej odziedziczyłam jasne włosy i dość rzadki kolor oczu. Czyste szafiry… tak powiedział kiedyś o moich oczach jeden ze studentów tatusia. Tatuś namawiał mnie, żebym została z matką, ona nawet chciała zatrzymać mnie siłą. Ale ja się uparłam. Rozłąka z nim wydawała się czymś niemożliwym. Więc getto. Getto zamiast cykuty – pomyślałam, patrząc na matkę, która, gdy odjeżdżaliśmy, stała na ganku. Płakała. Takie kobiety zawsze płaczą, kiedy jest już za późno.

Przez pierwszy rok jakoś sobie radziliśmy, dożywiali nas studenci tatusia. Każdy coś zdołał przemycić. Było nawet tak, że nie odczuwaliśmy głodu. Potem, kiedy getto zostało odcięte, zaczął się nasz dramat. Wtedy już nie mieszkaliśmy sami, mój pokój zajmowała kobieta, która miała odegrać ważną rolę w moim życiu. Pewnego dnia odezwał się dzwonek przy drzwiach, a ponieważ od dawna nikt nas nie odwiedzał, ucieszyłam się. Pomyślałam, że może blokada się skończyła i zobaczę którąś ze znajomych twarzy. W głębi duszy liczyłam, że będzie to jeden ze studentów tatusia. Niewysoki brunet o oczach, w których coś się czaiło na dnie. Tak sobie pomyślałam i serce zabiło mi szybciej… Za drzwiami stała kobieta o wyzywająco umalowanej twarzy. Spod narzuconego na ramiona wyliniałego futerka prawie wylewały się opięte bluzką piersi. Stała w rozkroku, dla zachowania równowagi, jej pantofle miały niewiarygodnie wysokie obcasy. W ręku trzymała tekturową, przewiązaną sznurkiem walizkę.

Chwilę na siebie patrzyłyśmy, potem uśmiechnęła się i niskim, schrypniętym głosem powiedziała:

– Mam tu mieszkać.

– Tu my mieszkamy – odrzekłam.

Ona wzruszyła ramionami.

– Mam tu mieć pokój – powtórzyła.

I znowu się sobie przyglądałyśmy.

– Zawołam tatusia.

Uchyliłam drzwi do jego pokoju, jak zwykle siedział w fotelu z książką.

– Tu jest jakaś pani – powiedziałam niepewnie.

– Do mnie? – zainteresował się.

– Ta pani mówi, że… że będzie z nami mieszkała.

Tatuś wolno odłożył książkę, potem wstał, obciągnął marynarkę i ruszył do przedpokoju. Na widok kobiety zaniemówił. Z niedowierzaniem studiował szczegóły jej fizjonomii. Przyglądał się jej czarnym, silnie skręconym włosom, potem krzykliwie umalowanej twarzy, ominął biust i wpatrzył się w stopy, które wysokie obcasy wykrzywiły do środka. Ona przyglądała się tatusiowi z takim samym zaciekawieniem. Był z pewnością kimś z innego świata, z szopą siwych włosów, kozią bródką i roztargnieniem w oczach.

– Czego szanowna pani sobie życzy? – usłyszałam jego głos.

Zdziwiłam się, bo tatuś nigdy się tak do nikogo nie zwracał, nigdy też nie mówił z takim akcentem. Ona, już mniej pewnie, odpowiedziała:

– Mam tu mieszkać.

I tak się stało. Ja przeniosłam się do tatusia, a ona zajęła mój pokój. Kuchnia była wspólna. Nie sprawiała kłopotów jako sublokatorka. Wychodziła przed wieczorem, wracała nad ranem i większą część dnia właściwie przesypiała. Nikt do niej nie przychodził. Mieliśmy spokój. Tylko że ten spokój miał oznaczać coś bardzo niedobrego. Skończyły się pieniądze, nie mieliśmy też już niczego, co można byłoby sprzedać. Tatuś próbował dostać jakąś pracę. Przez kilka tygodni pełnił obowiązki stróża nocnego na posesji obok, potem musiał odejść, bo zjawił się ktoś, kto miał czym się „wkupić”. My nie mieliśmy już żadnych środków. I nie mieliśmy już szczęścia. Kończyło się na tym, że tatuś wracał i ciężko zapadał w fotel. Wiedziałam, co to znaczy. Niczego nie znalazł. Gdyby nie nasza współlokatorka, byłoby tragicznie. Czatowałam, kiedy wejdzie do kuchni, i niby to przypadkiem się tam pojawiałam. Jeżeli właśnie coś jadła, dzieliła się ze mną. Napychałam usta kawałkiem gliniastego chleba z uczuciem upokorzenia i winy wobec tatusia, który też był przecież głodny. Ona musiała się orientować w naszej sytuacji, bo kiedyś, tak mimochodem, wspomniała, że mogłaby załatwić mi jakąś pracę. Powtórzyłam tatusiowi. Zrobił surową minę, wyczułam, że jest temu przeciwny. Zawsze się liczyłam z jego zdaniem, ale byłam głodna. Ja byłam głodna. Kiedy ona do tego wróciła, odpowiedziałam:

– Dobrze, tylko tatuś nie może wiedzieć.

Uśmiechnęła się w taki sposób, jakbym już była jej wspólniczką. I skinęła potakująco głową. Gdzieś w głębi serca poczułam żal do tatusia o ten uśmiech. Żal, że jest taki niezaradny. Że cierpimy głód. Minęło kilka dni, a ona zachowywała się tak, jakby zapomniała o naszej rozmowie. Zlękłam się, że być może się rozmyśliła. To by oznaczało klęskę. Skorzystałam z okazji, kiedy tatuś wyszedł, a ona właśnie wstała, słyszałam, jak porusza się po pokoju. Zapukałam do niej. Tym razem jej uśmiech był zakłopotany.

– Myślałam, że może na sprzątaczkę, ale nie potrzebują – powiedziała.

– Przyjmę każdą pracę – odparłam.

Ona spojrzała na mnie ze smutkiem, a może nawet więcej, z melancholią.

– Co ty wiesz o życiu, mała – stwierdziła.

Wtedy zaczęłam ją prosić ze łzami w oczach, żeby nam pomogła.

– Byłaś już z mężczyzną? – spytała.

Zdumiało mnie to. Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Ona przypatrywała mi się uważnie, a potem ze złością rzekła:

– Nie wiesz, jak wygląda kutas, a chcesz znaleźć każdą pracę. Każda praca to jest ta praca!

Poczułam się jak ktoś, kto musi pokonać pewną przestrzeń, a jeśli tego natychmiast nie zrobi, na wszystko będzie za późno.

– Chcę pracować! – powiedziałam na tyle mocno, że nie mogła tego zlekceważyć.

– Ile masz lat? – spytała.

– Szesnaście i pół.

– Ja nie skończyłam czternastu, jak zakosztowałam tego miodu – stwierdziła gorzko. – Matka miała mnie z Żydem, dlatego tu jestem. Najpierw tam wsadzili za druty, a potem przywieźli do samej Warszawy. Kto by pomyślał, że wyjdę na warszawiankę… – Nagle spojrzała mi prosto w oczy. – Albo wytrzymasz, albo spuchniesz z głodu, wywiozą taczką, wrzucą do dołu!

– Wytrzymam – odpowiedziałam, chociaż moje serce zachowywało się tak, jakby chciało uciec z piersi.

– A jemu nie mów prawdy. – Wskazała głową na drzwi.

– Nie, tatuś nie może wiedzieć. Nigdy – odparłam.

I kiedy wrócił ze spaceru, obwieściłam mu, że będę dawała lekcje francuskiego i niemieckiego w domach uczniów. Prawie nie spałam tej nocy. Nie do końca zdawałam sobie sprawę, na czym właściwie będzie polegała moja praca. Rozumiałam, że będą tam mężczyźni i ja będę z nimi. Ale moja rola była niejasna. Może oni będą palili cygara, a ja będę podawała popielniczki. Ja przecież ciągle jeszcze byłam dzieckiem. Mimo tych strasznych rzeczy, które działy się dokoła. Widziałam trupy na ulicy przykryte gazetami.

Następnego dnia rano wyszłam z domu. Umówiłam się z naszą współlokatorką, że zaczekam na nią za rogiem. Wkrótce usłyszałam stukot jej wysokich obcasów, a potem ukazała się ona w tym swoim nieodłącznym futerku. Ujęła mnie pod rękę.

– Wszystko będę mówiła za ciebie, ty tylko stój i rób dobrą minę… do złej gry – dokończyła.

Minęłyśmy kilka ulic, potem przy odrapanym domu skręciłyśmy i weszłyśmy od podwórza. Była ciemna sień, korytarz i wreszcie drzwi. Przy biurku siedział otyły jegomość z cygarem w zębach. Tuż za nim stała wysoka palma. On sam i jego otoczenie wydało mi się mało realne w połączeniu z tym, co się działo na ulicy. Zupełnie jakbym oglądała to w kinie.

– Szefuniu – powiedziała moja współlokatorka – mam niespodziankę.

Usiadła na biurku i zaczęła się do niego wdzięczyć.

– Dosyć mam niespodzianek i bez ciebie – odburknął, a potem wskazał na mnie. – Jak do kuchni, to nie potrzebuję.

– Ona chce pracować.

Grubas zlustrował mnie wzrokiem i skrzywił się.

– To jeszcze dziecko.

– Jest chętna – zaszczebiotała kobieta, a potem rozkazała: – Chodź tu bliżej.

Jednym ruchem rozpuściła mi włosy. On ujął mój kosmyk i chwilę rozgniatał w palcach, jakby sprawdzając jego grubość. Nagle przejechał dłonią po mojej piersi. Cofnęłam się gwałtownie.

– Żarty sobie robisz, Wera – rozzłościł się mężczyzna. – Zabierajcie się stąd!

– Znam trzy języki. Angielski, francuski i niemiecki – wypaliłam, mimo że ona zakazała mi się odzywać.

Grubas zaśmiał się. To był taki krótki, urywany śmiech, potem spoważniał.

– Dobrze znasz niemiecki?

– Dobrze.

Zastanowił się chwilę.

– Chodź tutaj.

Zbliżyłam się, byłam jednak nieufna. Chyba to zauważył, bo surowo powiedział:

– Mógłbym cię przyjąć, ale nie lubię fochów.

– Ja… ja będę dobrze pracowała – odrzekłam, czując, jak pod powieki napływają mi łzy.

Kazał mi wyjść i zaczekać na korytarzu. Dosyć długo konferowali z Werą, a potem pojawiła się obok mnie. Ruszyłyśmy do wyjścia.

– Masz jakiegoś chłopca? – spytała.

Zaczerwieniłam się po czubki włosów, ale odpowiedziałam twierdząco. Myślałam o jednym ze studentów ojca, o tym czymś nieuchwytnym, co istniało między nami.

– Idź do niego. Będziesz miała chociaż wspomnienie.

– Został za murem.

Twarz Wery wydłużyła się.

– Pieprzony Aryjczyk – powiedziała mściwie. – Nie umiał się do ciebie zabrać, teraz będą kłopoty.

– Dlaczego? – spytałam.

Wprawiło ją to w osłupienie. Przystanęła pośrodku chodnika.

– To ty nie wiesz dlaczego?

– Wiem, ale… – Spłoszona zamilkłam.

– No, jaka to praca? – spytała zaczepnie.

– Z mężczyznami.

– Z mężczyznami, z mężczyznami – powtórzyła, przedrzeźniając mnie – ale co z mężczyznami?

Milczałam.

– Ładne kwiatki… Czekać nie ma na co – myślała Wera głośno – jeszcze dwa tygodnie i będziesz do niczego. Albo teraz, albo nigdy.

– Teraz – odpowiedziałam.

Ona rozzłościła się nie na żarty.

– Słuchaj no, mała! Jak ktoś nie ma nic innego, to sprzedaje siebie. Rozumiesz! Albo siebie sprzedaje, albo zdycha na ulicy, jak ten tutaj – wskazała leżące pod murem zwłoki; z poszarpanych nogawek spodni wystawały zbrązowiałe i wyschnięte na kości stopy. – A wiesz, co to znaczy sprzedawać siebie? Pozwalasz, żeby ten, co ma forsę, włożył ci rękę za majtki, a potem, żeby je zdjął, a potem, żeby się na tobie położył. Albo według uznania… Mam mówić dalej?

– Nie.

Stałam na chodniku z uczuciem, że wszystko dokoła jest ruchome. Patrzyła na mnie z politowaniem, ale w jej oczach pojawiło się coś ciepłego. Witała we mnie wspólniczkę. To był pierwszy stopień wtajemniczenia. Gotowa byłam iść dalej i ona o tym wiedziała. Ujęła mnie pod rękę.

– Trzeba wymyślić, jak cię przygotować do pracy…

Kiedy weszłam do pokoju, tatuś siedział w fotelu. Drzemał. Nagle uświadomiłam sobie, jak bardzo się ostatnio postarzał. Nigdy nie był wysoki, ale teraz jakby się jeszcze skurczył, plecy mu się pochyliły, głowa uciekła w ramiona. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest to człowiek załamany psychicznie. Uśmiechnął się na mój widok.

– Jak ci poszło, Elusiu?

– Załatwione – odpowiedziałam z nagłym skurczem w gardle. – Będę pracowała wieczorami, bo moi uczniowie w dzień są zajęci.

– A to dobrze, dobrze – ucieszył się.

Przytuliłam się do niego. Byłam o głowę wyższa. Coś takiego, pomyślałam, oto zamieniliśmy się rolami, to on był teraz moim dzieckiem. I powinnam go chronić, najdłużej jak się da. Wyciągnęłam z torby bochenek chleba, który dostałam jako zadatek. Podzieliliśmy go sprawiedliwie. Wkrótce pozostało po nim wspomnienie i okruszyny na stole. Tatuś podniósł na mnie wzrok i z takim przepraszającym uśmiechem powiedział:

– Wszystko zjedliśmy…

– Teraz już nie będziemy głodni – odrzekłam z odrobiną dumy w głosie.

Tak, byłam dumna, że się mimo wszystko nie wycofałam. To, co mówiła Wera, brzmiało jak okrutna bajka. Ale to była prawda. W nocy nie mogłam spać, myślałam o tym, co mi przyniosą najbliższe dni. W jakiejś chwili położyłam rękę w dole brzucha, powędrowała niżej, pomiędzy uda. Dotykałam się z dziwnym uczuciem. Tak mało wiedziałam o sprawach dorosłego życia. Tak mało wiedziałam o mężczyznach. O miłości. Przecież to, co istniało pomiędzy mną a studentem tatusia, było czymś niedopowiedzianym do końca. Było jakieś nieśmiałe, delikatne. Przypominało szelest liści przed burzą. Czy drzewo mojego życia jeszcze się kiedyś podniesie? Czy zostałam pokonana na zawsze? To chyba dobre słowo, bo zwycięstwo nad sobą, nad swoim strachem było jednocześnie klęską, nie wiem już nawet, czy jeszcze dzieciństwa, czy już młodości. Miałam szesnaście lat. Fizycznie nie byłam jeszcze dojrzała, ale umysłowo rozkwitłam na całego. Albo tak mi się tylko wydawało. To, że słuchałam dyskusji tatusia ze studentami, że brałam w nich udział, musiało coś znaczyć. Ale z pewnością znaczyło niewiele w sensie praktycznym. W tym sensie Wera już dawno skończyła uniwersytet, podczas gdy ja byłam w pierwszej klasie szkoły powszechnej. Następnego dnia szepnęła mi w kuchni, że przed wieczorem musimy wyjść z domu. Jak zwykle ja pierwsza, ona zaraz po mnie. Na ulicy wyjaśniła mi, że idziemy do jej narzeczonego. O nic nie pytałam, ucieszona, że to jeszcze nie jest ten dzień… Wera przywołała rikszę. Wkrótce znalazłyśmy się na drugim końcu getta, gdzie otoczenie było nędzne, bo i mieszkali tam najwięksi nędzarze. Weszłyśmy do na wpół rozwalonego domu. Dziwiłam się nawet, że ktoś tam w ogóle mieszka. Ona bez pukania otworzyła drzwi do jakiejś kuchni. W rogu pod oknem starzec z długą siwą brodą odprawiał modły, przykryty rytualnym tałesem, w kącie na łóżku leżała młoda wychudzona kobieta, a pośrodku na cementowej podłodze bawiła się grupka brudnych dzieci. W ich twarzach widoczne były tylko białka oczu i zęby. Wera zaprowadziła mnie za zasłonkę, za którą znajdowało się zagracone pomieszczenie. Na żelaznym łóżku leżała szara z brudu pościel. Przy stole siedział młody mężczyzna w mundurze policjanta. Pił samogon ze szklanki. Mimo że nie sprawiał wrażenia pijanego, poczułam nagły lęk i chęć ucieczki.

Wera pocałowała go w policzek.

– No to jesteśmy – rzekła, wyraźnie ucieszona na jego widok.

Mężczyzna spojrzał na mnie, a potem przeniósł wzrok na Werę.

– To ona? – spytał.

– Ona – potwierdziła skwapliwie.

– Ty chyba zwariowałaś. Przecież to dziecko.

– Nie masz racji, Natanie – zaprotestowała. – Od wczoraj to już kobieta.

– To po co ja jestem potrzebny?

– Ty tylko zrobisz jej drobną przysługę. Uratujesz ją tym od śmierci głodowej. Ją i jej ojca staruszka.

Zdziwiłam się, że tak widzi tatusia, przecież on miał dopiero pięćdziesiąt lat.

– A czy ona przynajmniej wie, po co tu przyszła?

– Zaraz jej to powiemy.

Wera nalała pół szklanki samogonu i wcisnęła mi w rękę.

– Pij! – rzekła rozkazująco.

Poczułam wrzątek spływający do żołądka, zakrztusiłam się, ona jednak kazała mi opróżnić szklankę do dna. Potem jeszcze mi dolała. Tym razem poszło lepiej. Nogi zrobiły się miękkie, wszystko dookoła jakby spowolniało, przysiadłam na skraju rozbebeszonego łóżka. Wera zajrzała mi w twarz.

– No, jak tam, mała?

– Dobrze. – Zabrzmiało to jakoś słabo.

– Muszę już iść – powiedziała. – Wrócisz sama do domu?

Posłusznie skinęłam głową. Poklepała mnie po plecach, potem sięgnęła do torebki i wyjęła pieniądze, wsunęła mi je do kieszeni.

– To na rikszę.

Zostałam sama z mężczyzną. Siedział przy stole odwrócony do mnie plecami. Upływały minuty, a on się nie poruszał. Pomyślałam nawet, że może zapomniał o moim istnieniu. I wtedy usłyszałam jego głos:

– Jesteś gotowa?

– Tak – odrzekłam, przełykając ślinę. W ustach czułam odrętwiały język.

On jednym ruchem pchnął mnie na łóżko. Czułam się jak człowiek, który nie jest w stanie wyjaśnić, że narkoza nie działa. Czasami śniło mi się, że leżę na stole operacyjnym, chirurg pochyla się nade mną ze skalpelem, a ja nie mogę zaprotestować. Ten sen zaczynał się sprawdzać. Zapadłam w smrodliwą pościel, a może był to zapach samogonu, którym oboje cuchnęliśmy. Mężczyzna znalazł się obok mnie, zsunął się do tyłu i jednym szarpnięciem rozwierając moje nogi, założył je sobie na ramiona. Podźwignął się tak, że z bliska zobaczyłam jego twarz, jednocześnie coś obcego wtargnęło we mnie. Poczułam ból. Chciałam krzyczeć, nie mogłam jednak wydobyć z siebie głosu. Byłam nienaturalnie przygięta, nogi ciągle pozostawały gdzieś w górze, ale prawie dotykałam kolanami swojej brody. Tuż nad sobą miałam nabiegłą krwią twarzy mężczyzny. Rysy mu się zmieniły, pogrubiały. Straciłam chyba poczucie rzeczywistości. To wnętrze, ja, on, wirowaliśmy w koszmarnym tańcu. Wszystko przybliżało się i oddalało w ustalonym rytmie. Nie mogłam się z tego wyrwać, byłam jego częścią. Zatarła się granica pomiędzy moim ciałem i ciałem tego mężczyzny, ta symbioza była chyba czymś najbardziej przerażającym. Wydało mi się, że nie będę już mogła samodzielnie istnieć. I nagle wszystko się zmieniło. Mężczyzna jednym ruchem wysunął się ze mnie. Wstał, zapiął spodnie i nie spoglądając w moją stronę, wyszedł. Wolno, wolniutko wyprostowałam nogi, a potem obciągnęłam spódnicę. Ćmiący ból rozlewał się po moim brzuchu, usiadłam jednak, stwierdzając, że moje ubranie jest bardzo pomięte. Brakowało tylko jednej części garderoby, o której Wera zrobiła mi wykład na ulicy. Moje majteczki zwisały ze szczytu łóżka jak biała flaga… Kiedy on wszedł, siedziałam w ten sam sposób co przed aktem miłosierdzia, który się przed chwilą dokonał. Nie patrząc na mnie, nalał sobie wódki i wypił jednym haustem.

– Może ty też chcesz? – spytał.

– Nie, zaraz pójdę – odrzekłam.

Widziałam tylko jego plecy i do tych pleców, wychodząc, zupełnie bez sensu powiedziałam to jedno słowo:

– Dziękuję.

Przeszłam przez kuchnię, nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Starzec modlił się w kącie, dzieci bawiły się pośrodku, tylko kobieta leżała odwrócona twarzą do ściany. Kiedy znalazłam się na dworze, był już zmrok. Unios­łam głowę i zobaczyłam niebo gwiaździste…

Tatuś czekał na mnie przy drzwiach.

– Martwiłem się o ciebie – powiedział.

– Nie martw się o mnie, już nigdy się o mnie nie martw – odrzekłam obcym głosem. To prawda, nie mogłam rozpoznać już ani jego, ani siebie. Wydawało mi się, że dotąd oboje byliśmy nieprawdziwi, jakby przez pomyłkę przydzielono nam inne role.

W kuchni nastawiłam wodę na maszynce. Gaz był słaby i grzała się długo, przelałam ją do miski. Postawiłam na podłodze. Kiedy nad nią przykucnęłam, pojawiło się we mnie coś jak drżenie, potem zrozumiałam, że to bezgłośny płacz. Obmywałam się z uczuciem, że moje ciało nie należy już do mnie. Z jakichś powodów zostało mi wypożyczone. Jedno wiedziałam na pewno. Dzięki niemu będę mogła przetrwać.

Grzanie wody na maszynce, zwyczajna codzienna czynność, czym było dla mnie tamtego dnia… Czy mężczyzna jest w stanie to zrozumieć? A jednak Pan mi już coś zwrócił, Panu zawdzięczam nadzieję, że kiedyś potrafię być sobą jako kobieta…

Słysząc, że Wera tłucze się w kuchni, wstałam z łóżka. Godzina była nadranna, cały dom spał, tylko my dwie miałyśmy odtąd żyć innym rytmem. Kiedy mnie zobaczyła, na jej twarzy pojawiła się ciekawość, która od razu, bez słów, została zaspokojona.

– Chcesz wódki? – spytała.

A kiedy zawahałam się, stwierdziła:

– Napij się, to zaśniesz.

Były to prorocze słowa, bo już wkrótce nie byłam w stanie zasnąć bez wypicia przynajmniej połowy szklanki ohydnej, cuchnącej cieczy.

Ten dzień w końcu nadszedł. Znalazłam się w zadymionej sali, wystawiona tam jako towar. Szef zarządził, że dopóki jestem taka chuda, mam nosić dłuższą sukienkę. Wkładałam pod nią gorset, jego miski Wera wypchała watą, żeby moje piersi wydawały się większe. Włosy uczesano mi w kok. Moim pierwszym klientem stał się otyły mężczyzna, jak się potem okazało, właściciel zakładu pogrzebowego. Obserwował mnie, siedząc przy sąsiednim stoliku. Czułam ten wzrok i modliłam się w duchu, żeby to tylko nie był on. Ale kiedy podniósł się z miejsca, wiedziałam, że idzie po mnie. Zaprowadziłam go na górę do pokoju, który mi wyznaczono. Był mały, z jedną spadzistą ścianą. Pod tą ścianą stało wąskie, żelazne łóżko z siatką. Kiedy tłuścioch usiadł na nim, rozpaczliwie zaskrzypiało. On pochylił się, chcąc zdjąć buty, ale przeszkodził mu potężny brzuch.

– Pomóż mi, dziecko – powiedział z przepraszającym uśmiechem.

Poczułam do niego coś w rodzaju sympatii, pomogłam zdjąć dosyć sfatygowane pantofle. Odpiął szelki i zsunął spodnie. Stał przede mną w kalesonach do kolan, wystawały spod nich krótkie owłosione nogi. Ciągle się uśmiechał.

– Jesteś tu nowa – rzekł. – Szybko się przyzwyczaisz.

A mnie się wydawało, że już się przyzwyczaiłam. Kiedy o tym myślałam w ciemności nocy, było o wiele bardziej skomplikowane. Rozebrałam się za zasłonką i chciałam położyć się na łóżku, ale on przyciągnął mnie i ujął moją dłoń. Prowadził ją po swoim ciele, coraz niżej. Nagle moje palce natrafiły na coś, co istniało poza tym zwalistym ciałem i było jak dopiero co wyklute pisklę. Wyrwałam rękę, uciekając za zasłonkę. Mężczyzna przestał być taki dobroduszny. Ze złością stwierdził, że musimy to zrobić, a gdyby było inaczej, nie zagrzeję tu miejsca. Ja jednak nie chciałam wyjść. On pofatygował się do mnie, złapał mnie za włosy i siłą przywlókł z powrotem. Nie puścił już mojej głowy, starając się wtłoczyć ją sobie pomiędzy uda. Walczyliśmy z coraz większą zajadłością. Jego ręce stały się mokre od potu, może dlatego udało mi się uwolnić włosy. Wpadłam za zasłonę, na gołe ciało wciągnęłam sukienkę i, zanim zdołał temu zapobiec, wybiegłam na korytarz. Nie mogłam wrócić na salę. Miałam potargane włosy, byłam boso. Bałam się, że zobaczy mnie szef i będzie to mój pierwszy i ostatni dzień tutaj. A jednak nie zdecydowałam się wrócić na górę, utknęłam gdzieś w korytarzu pod schodami. Postanowiłam czekać tam na Werę. Była z klientem, ale przecież „to” nie trwało długo, będzie musiała zejść na dół. I tak się stało, usłyszałam jej gardłowy śmiech, który był dla mnie jak ocalenie.

– Wera – zawołałam półgłosem.

– Co tu robisz? – zdziwiła się.

– Ten mężczyzna… chciał czegoś takiego…

– To się zdarza.

– Ale nie dzisiaj. Nie pierwszego dnia, wytłumacz szefowi…

Zastanowiła się chwilę.

– Ten amator kwaśnych jabłek został na górze?

Skinęłam twierdząco głową. Bez słowa odwróciła się na pięcie i poszła tam za mnie. Resztę nocy przesiedziałam w zadymionej sali. Wracałyśmy razem, ale do mieszkania weszłyśmy osobno. W czasie wędrówki przez wymarłe getto – jedni umarli, inni jeszcze spali – trzymałam ją pod rękę. Chciałam jej podziękować, ale nie wiedziałam jak, więc tylko mocno przyciskałam do siebie jej łokieć.

– To było okropne… obrzydliwe – powiedziałam cicho.

– Przyzwyczaisz się.

– On też tak powiedział.

Wera roześmiała się.

– Sama widzisz. Zresztą, co tam… co się przejmować. Śmierć stoi za plecami…

Prawie poczułam z tyłu na szyi dotyk kościstych palców. Od tamtej pory czuję go zawsze, ilekroć zbliża się niebezpieczeństwo.

Moje stosunki z tatusiem uległy zmianie. Żyliśmy obok siebie, wypowiadaliśmy jakieś słowa, ale nie byliśmy w stanie pozbyć się uczucia samotności. Początkowo przyłapywałam jego pytający wzrok, potem oczy tatusia zrobiły się beznadziejnie smutne. Starałam się bardzo, by ich nie napotkać. Poza tym nasza sytuacja była dobra, jedzenia nie brakowało. Początkowo czułam się zagrożona. Minęło parę tygodni, a nikt mnie jakoś nie zapraszał na górę. Snułam się pomiędzy stolikami, w papierosowym dymie, z uczuciem niepokoju, że szef żałuje, iż wziął darmozjada na utrzymanie. Raz czy dwa zawołano mnie do niego, abym przetłumaczyła jakieś zarządzenie. Ale to było przecież tak niewiele. W końcu zła passa minęła. Znalazł się pierwszy klient po tamtym falstarcie. Mimo mojej niezbyt pociągającej figury – byłam prawie płaska, moje uda przypominały dwa półksiężyce – był zadowolony. Powiedział, że mam piękne włosy i że będzie do mnie przychodził. Wera ucieszyła się, gdy jej o tym powiedziałam. Okazało się, że stały klient w naszej budzie to było coś. Dwa domy dalej mieścił się podobny lokal dla eleganckich gości. Z zewnątrz dom był tak samo odrapany, ale w środku podobno pluszowe kotary, salony. I luksusowe dziwki. My byłyśmy proletariatem getta. Ale wystarczało, że nie jestem głodna i że nie jest głodny tatuś.

To, że tam chodziłam, stawało się coraz prostsze. Któregoś dnia gorset wydał mi się za ciasny, moje piersi się zaokrągliły, potem wypełniły się uda. Wera określiła to jako „nabieranie ciała”. Zmieniła mi się też twarz, szafiry w moich oczach rozbłysły gorączkowym blaskiem… Początkowo tylko ja te zmiany dostrzegałam, potem dostrzegli je także inni. Odkąd zaprzyjaźniłam się z Werą, właściwie stale u niej przesiadywałam. Zwykle piłyśmy samogon w towarzystwie jej narzeczonego. Przedtem krępowała się go tu przyprowadzać, teraz często u niej nocował. W czasie jednej z takich libacji opowiedział o swoich przeżyciach tamtego dnia, gdy Wera mnie do niego przyprowadziła.

– Miałem takiego pietra, że hej. Najchętniej uciekł­bym gdzie pieprz rośnie…

– Co tam, Natan – skwitowała to Wera. – Grunt, że stanąłeś na wysokości zadania.

Po mojej metamorfozie taka rozmowa nie byłaby możliwa. Już nikt nie mówił do mnie „mała”, nikt się mną nie wysługiwał. A szef podniósł stawkę za moje usługi na górze. Szarpnął się nawet na kieckę dla mnie, była krótka, ledwie zasłaniała pośladki, za to miała pełno falbanek. Dostałam też pończochy ze szwem i buty na wysokich obcasach, bardzo szybko nauczyłam się w nich chodzić.

Którejś nocy, w czasie krótkiej przerwy „na papierosa”, siedziałyśmy z Werą przy stoliku i paliłyśmy jednego na spółkę, bo tak było oszczędniej. Wera coś do mnie mówiła, nagle urwała w pół słowa, rysy jej stężały. Odruchowo obejrzałam się i zobaczyłam mężczyznę w esesmańskim mundurze, jednocześnie dobiegł mnie jej szept:

– Śmiejący się Otto.

Słyszałam o nim, miał też inne przydomki, na przykład „kat getta”. Jakiś tydzień temu zastrzelił kilkunastoletniego chłopca, który przeprawiał się na tamtą stronę po żywność. Stał w drzwiach na lekko rozstawionych nogach, pod pachą trzymał swoją esesmańską czapkę z trupią główką. Sala zamarła. Z zaplecza wybiegł szef. Toczył się w stronę Niemca jak baryłka. Parsknęłam śmiechem. Wera wbiła mi paznokcie w dłoń. Zabolało mnie i chyba się przestraszyłam. Szef już tańczył wokół nowego gościa, próbując odgadnąć jego życzenia. Tamten nie zaszczycił go jednak żadnym słowem. Ruszył między stolikami, a ja wiedziałam, że idzie do mnie. Po to była ta wizyta. Przychodził mnie obejrzeć. Przeczucie mnie nie myliło, jak pierwszego dnia, kiedy tłuścioch uniósł się znad swojego kotleta. Śmiejący się Otto podszedł do naszego stolika. Wera poderwała się natychmiast, a ja spokojnie paliłam papierosa. Patrzyłam przed siebie, jakby nic ciekawego w pobliżu się nie działo. On odczekał chwilę, a potem ruszył z powrotem do wyjścia. Szef podążał za nim jak karykaturalny cień, a Wera opadła na krzesło. Była trupio blada.

– Nie licz na swoją urodę – rzekła trzęsącym się głosem. – Każda z nim przegra.

– Zobaczymy. – Mnie samą zdziwił ton, jakim to powiedziałam.

Esesman opuścił salę i od razu powrócił zwykły rytm: brzęk sztućców i kieliszków, przekrzykujące się głosy, muzyczka. Do naszego stolika zmierzał mój stały klient, właściciel pasmanterii, więc śpiesznie zgasiłam peta i „zrobiłam” twarz, nadając jej wyraz przyzwolenia i oczekiwania. Ale nie dotarł do mnie, szef zastąpił mu drogę. Tamten na początku nie chciał zrezygnować, kiedy jednak szef szepnął mu coś na ucho, śpiesznie się wycofał. Po chwili miałyśmy grubasa przy stoliku. Na twarzy malował mu się wyraz rozanielenia, nigdy go takim nie widziałyśmy ani ja, ani Wera. Pochylił się nade mną i słodko zaćwierkał:

– Ela, od dzisiaj nie ma cię dla nikogo.

– Chce mnie szef wylać? – spytałam niewinnie.

– Skądże znowu. – Przeraził się całkiem serio. – Będziesz miała tylko jednego klienta.

Dobrze wiedziałam, kim będzie ten klient. Wera też to wiedziała, patrzyła na mnie z mieszaniną podziwu i przestrachu w oczach. A ja? Może też się bałam… przecież miałam dopiero siedemnaście lat. Sytuacja, w której się znalazłam, była jak znieczulenie, ale chwilami przestawało działać i wtedy byłam już tylko przerażonym dzieckiem.

Minęły trzy dni, czy raczej noce, a ja siedziałam przy stoliku i nudziłam się. Postanowiłam, że przyniosę ze sobą książkę, chociaż nie wiem, czy będę mogła czytać… Zjawił się wreszcie. Idąc przez salę, nie spojrzał na mnie, zniknął na zapleczu. Po jakimś czasie przybiegł rozgorączkowany szef i kazał mi iść do pokoju na parterze. Żeby się tam dostać, trzeba było przejść przez biuro. Nie zapaliłam światła i zaciągnęłam sobie pończochę, bo potknęłam się o krzesło. Otwierając drzwi do pokoju, myślałam już tylko o tym, że poleciało mi oczko. A może w ten sposób chciałam odpędzić strach… Przez chwilę wydawało mi się, że nikogo nie ma. Potem go zauważyłam. Stał przy oknie, na tle zaciągniętej zasłony, odwrócony plecami. Znowu plecy – pomyślałam. Wolno się odwrócił, patrzyliśmy na siebie. Niezbyt wyraźnie widziałam jego twarz. Dopiero kiedy podszedł bliżej, zdziwiłam się, bo była to zwyczajna twarz średnio przystojnego mężczyzny. Gdyby przyszedł na górę po cywilnemu, potraktowałabym go jak każdego innego klienta. Ale już po chwili myślałam inaczej. Kiedy spojrzeliśmy sobie w oczy, poczułam to kościste dotknięcie z tyłu pod włosami i natychmiast uruchomił się we mnie cały system obronny. Wpatrzyłam się w te oczy bez lęku. To on odwrócił wzrok.

– Siedzieć – powiedział po polsku. – My siedzieć…

– Możemy rozmawiać po niemiecku.

Nasze oczy znowu się spotkały. Patrząc w nie, zaczęłam się rozbierać, zsunęłam pantofle, co nie było dobrym posunięciem, bo natychmiast stałam się niższa. Zajęłam się zdejmowaniem pończoch, zrzuciłam sukienkę, bieliznę. Stałam przed nim naga. Jednym ruchem rozpuściłam włosy, uważając, aby ani na chwilę nie zgubić jego wzroku. Z zachłanną ciekawością śledziłam jego twarz.

– Nie rozbiera się pan? – spytałam.

– Może napijemy się szampana? – odpowiedział pytaniem, jego głos był potwierdzeniem, że się mnie bał.

– Nie piję – odrzekłam zimno.

Rozbierał się w ciemnościach. Słabe światło z ulicy wyłowiło z mroku sylwetkę nagiego mężczyzny. Wkrótce stał obok, szczupły i sprężysty. Gdyby przyszedł po cywilnemu, być może odbylibyśmy zwykły, krótki „numer”. Ale jego esesmański mundur wisiał obok na krześle. Nie musiałam się zbytnio wysilać, żeby jad wydostawał się ze mnie każdym porem mojej skóry. Udało się. Wprawiłam mojego partnera w zupełną niemoc. Czułam, jak się zwija, jak ze sobą walczy. Nie kwapiłam się mu pomóc. Trwało to dosyć długo, wreszcie wstał. Ubrał się i wyszedł bez słowa. Pozostałam sama, przestraszona nagle, na granicy łez. Przecież za taką obelgę mógł zrobić ze mną wszystko, odstawić na Umschlagplatz albo z bliska strzelić w głowę. Pojawiła się też myśl, że być może moje godziny są policzone. A co się stanie z tatusiem? Wyślą go ze mną albo razem nas zakatują. Zimne, kościste palce coraz bardziej zaciskały się na mojej szyi, powstrzymywałam się, żeby ze strachu nie krzyczeć. Ruszyłam do domu, nie wstępując na salę. Tatuś jeszcze nie spał, swoim zwyczajem drzemał w fotelu nad książką.

– Tak wcześnie wróciłaś – powiedział przyjaźnie.

To spowodowało wybuch.

– A nie pytasz skąd? Przecież dawno nie wierzysz, że daję lekcje! Jestem dziwką! A wiesz, jak mnie nazywają? Królową burdelu!

On zamachał rękami, jakby chciał się odgonić ode mnie. Wydał mi się żałosny. Pajac z kozią bródką – pomyślałam z pogardą. Zamknęłam się w kuchni. W szafce stała butelka z samogonem, pociągnęłam spory łyk. Kościste palce prawie natychmiast zwolniły uścisk. Kilka samotnych godzin przesiedziałam przy kuchennym stole. Kiedy wróciłam do pokoju, tatuś spał już czy udawał, że śpi. Położyłam się do łóżka, chociaż wiedziałam, że sen nie przyjdzie. Była chwila, kiedy chciałam wsunąć się do tatusia pod kołdrę, jak to czyniłam w dzieciństwie. Jak wtedy chciałam szukać u niego pomocy. Ale był bezradny, we wszystkim zależny ode mnie. Wera miała rację, getto przedwcześnie uczyniło z niego starca. Nawet poruszał się jak ktoś zniedołężniały. Kiedyś zastałam go w kuchni, trzymał chleb w garstce, skubiąc po kawałku, jak to czynili nędzarze.

– Przecież jest smalec – rzekłam. – Dlaczego sobie nie posmarujesz?

– Nie starczy dla ciebie.

– Mnie zostaw w spokoju – odpowiedziałam ostro.

Nasłuchiwałam kroków na schodach. Czy już idą po mnie, a nawet gorzej, czy idą po nas… Zbliżała się godzina, o której wychodziłam do pracy. Dość niepewnie się czułam, wchodząc na salę. Wszystko było jak zwykle, pełno dymu, muzyka, gwar. Usiadłam przy stoliku, niemal z tym samym uczuciem co pierwszego dnia. Na widok szefa serce skoczyło mi do gardła. Może już są… On jednak z lepkim uśmiechem szepnął, że tamten czeka. Natychmiast stałam się kimś innym. Już siebie nie rozpoznawałam, bo utożsamiać się mogłam tylko z moim strachem. Wszystko inne było obce, to nie byłam ja, to była ona. I ona właśnie szła do tego, który czekał. Zobaczyłam jego plecy, a potem zobaczyłam jego twarz. Oczy w tej twarzy stopniały, były uległe, mogłabym nawet powiedzieć, że były psie… Usiadłam na kanapce i zakładając nogę na nogę, powiedziałam:

– Dzisiaj napiję się szampana.

Rzucił się w stronę stolika. Z kubełka z lodem wystawała owinięta w sreberko szyjka butelki. Strzelił korek, a potem jasny płyn wypełnił kieliszki na cieniutkich nóżkach. Ujęłam kieliszek w palce z uczuciem, że oto zaczyna się w moim życiu nowy okres. Byłam zaciekawiona, co takiego odkrył we mnie ten Niemiec, co go tak zniewoliło, przecież tacy jak on nie mieli serca. Chyba nie dowiedziałam się do końca. Być może tak działała moja uroda. Ale pięknych dziewczyn wtedy nie brakowało, wystarczyło udać się kilka domów dalej. To prawda, byłam bardzo ładna. „Czuć jeszcze rosę na płatkach” – powiedział jeden z klientów. On też był mną rozbrojony. Chyba to dobre słowo. Ale jeden z „gości”, inteligent, w naszej budzie zdarzało się to nieczęsto, powiedział: „Twoja piękność jest trująca, jedzie od niej śmiercią…”. Przestraszyłam się tych słów. I tego człowieka. Nie chciałam z nim iść, chociaż proponował większe pieniądze. Uparłam się, i koniec. Mogłam sobie na to pozwolić. Na dużo więcej mogłam sobie pozwolić niż moje koleżanki. Z chwilą kiedy pojawił się Śmiejący się Otto, mogłam sobie pozwolić na wszystko. On zresztą przestał się śmiać, przy mnie stał się ponury. Jego zazdrość o mnie objawiała się wybuchami złości. Kiedyś chciał zastrzelić człowieka, który ośmielił się na mnie spojrzeć. Doprowadził do tego, że zaczęto się mnie bać. Nawet Wera odsunęła się ode mnie. Zachodziłam do niej, ale i ona, i jej narzeczony na mój widok milkli. Stawali się sztuczni, nie potrafiłam tego zmienić. Przestałam u nich bywać. Żyłam w pełnej izolacji. Kiedy szłam przez getto obładowana siatkami z jedzeniem, to wszystko, co działo się dookoła, było jak dekoracja. Trupy na ulicy, żebrzące dzieci. Nawet nie przychodziło mi do głowy, żeby się z kimkolwiek dzielić. To byłby pusty gest w świecie, do którego przystałam. Miałam niejasne przeczucie, że jeżeli wyjmę z siatki chociaż jedną pomarańczę i obdaruję nią wygłodniałe dziecko, wszystko to zniknie, a ja sama znajdę się na jego miejscu. Jedyną moją troską było nakarmić tatusia. Stałam się teraz łaskawa dla niego. Przynosiłam kawior, sardynki. Stałam się nawet przymilna, wypytywałam czule. Odpowiadał swoim smutnym głosem i niczego nie chciał przyjąć poza chlebem. Nie złościło mnie to, uważałam to za taki sam pusty gest, jak obdarowywanie umierającego dziecka pomarańczą. Tylko do jednego nie miałam prawa, przywłaszczyłam sobie zwroty, jakich kiedyś używałam w dzieciństwie. Mówiłam: „tatku”, „tatuśku”. To nie było fair. Oboje to czuliśmy, ale nie potrafiłam sobie odmówić. Chyba już siebie zza muru nie pamiętałam, czasami mignęła mi tamta dziewczynka ze wstążkami w warkoczach, przepływała przede mną w powietrzu niema, jeszcze bardziej nieprawdziwa niż moje obecne życie. Po co więc zapożyczałam od niej te zaklęcia. „Tatku”, „tatuśku”… Był pięćdziesięcioletni starzec i była luksusowa dziwka. Otto chciał mi wynająć mieszkanie, ale się nie zgodziłam. Z uporem obstawałam przy domu na Miłej i przy pokoiku, do którego wchodziło się przez biuro. Tam wyznaczałam spotkania. Już nie wstępowałam na salę, pojawiałam się w futrze z norek o różnych porach, czasami on czekał bezskutecznie. Nie wolno mu było odwiedzać mnie w domu ani nikogo po mnie przysyłać. W tym pokoju za biurem równo o północy wystrzelił korek od szampana. Zaczął się rok tysiąc dziewięćset czterdziesty trzeci.

– Ela – powiedział Śmiejący się Otto – wyjdź za mnie.

Spojrzałam na niego ze zdumieniem.

– Coś ty powiedział?

– Chcę się z tobą ożenić.

– I zhańbić swoją rasę! Co na to powie twój Führer? – spytałam ze śmiechem.

– Kocham cię – rzekł cicho.

– Ale ja ciebie nie kocham – odpowiedziałam zimno. – I nie rozmawiajmy już o tym.

Co czułam, gdy esesman klęczał u moich nóg, gdy całował moje stopy? To dziwne, nie czułam nic. Zupełnie nic. Jakbym była konturem pustym w środku. Nie mogłam tylko zapomnieć słów niedoszłego klienta: „Twoja piękność jest trująca, jedzie od niej śmiercią”. Pewną przyjemność sprawiało mi dręczenie esesmana. Byłam od niego inteligentniejsza, doskonale mówiłam po niemiecku. Którejś nocy zaczęłam deklamować wiersz:

Dieses Baums Blatt, der von Osten

Meinem Garten anvertraut,

Gibt geheimen Sinn zu kosten,

Wie’s den Wissenden erbaut.

Ist es ein lebendig Wesen,

Das sich in sich selbst getrennt?

Sind es zwei, die sich erlesen,

Dass man sie als eines kennt?

Solche Frage zu erwidern,

Fand ich wohl den rechten Sinn:

Fühlst du nicht an meinen Liedern,

Dass ich eins und doppelt bin?

– Czyj to wiersz? – spytał.

Roześmiałam się.

– Syna tego samego narodu, co ty i twój Führer. Może nawet o nim słyszałeś, to Goethe.

Nic nie odpowiedział, a może naprawdę o nim nie słyszał.

Do domu wróciłam nad ranem. Zdziwiłam się, zastając tatusia w fotelu, z nieodłączną książką na kolanach. Głowę miał pochyloną, siwa czupryna opadła mu na czoło. Spał. Krzątałam się po pokoju, potem umyłam się w kuchni. Kiedy wróciłam już w koszuli nocnej, zastałam go w tej samej pozycji. Zdjęta nagłym przeczuciem, dotknęłam jego ręki. Była zimna. To zimno przeniknęło mnie do głębi.

– Tatuśku – wyszeptałam głosem dziewczynki zza muru.

Uniosłam tatusiowi głowę. Zobaczyłam kochaną twarz, ale za chwilę stało się coś strasznego, powoli opadła szczęka, nadając mu wygląd drapieżnego ptaka. Wklęsłe policzki, wyostrzony nos… było w tym coś ptasiego. Pobiegłam do pokoju Wery, gdzie świętowała Nowy Rok z narzeczonym. Oboje byli wstawieni, mój widok ich otrzeźwił. Nie mogłam powiedzieć ani słowa, wskazałam tylko nasze drzwi.

– Zasnął staruszek – powiedziała Wera ciepło.

Przewiązała tatusiowi głowę szalikiem i jego twarz z powrotem przybrała ludzki wygląd; wyglądał teraz jak ktoś, kogo bolą zęby. Stałam jak sparaliżowana, ocknęłam się dopiero wtedy, gdy Wera wyjęła mu książkę z ręki. Zlękłam się, że ją zamknie i nie dowiem się nigdy, co czytał tej ostatniej nocy. Starannie założyłam stronę. Potem, gdy Wera krzątała się po pokoju, siedziałam w kuchni przy stole. Po twarzy płynęły mi bezgłośnie łzy. On już przestąpił ten próg, który był przed wszystkimi ludźmi. On już wiedział. Chciałam być z nim. Jak zawsze, od dzieciństwa. Nigdy go nie opuściłam, nawet w ciągu tych złych miesięcy. Nie pamiętałam już siebie takiej. Najtragiczniejsze było to, że on o tym nie wiedział. Musiał umrzeć, żebym z powrotem stała się sobą. Ale cena była zbyt wygórowana, nie mogłam się z nią pogodzić.

Wera zajrzała do kuchni.

– Chodź do swojego staruszka – powiedziała przepitym, przepalonym głosem. Ten głos był współczujący.

Przyjmowałam jej współczucie, ona przecież znała tatusia i lubiła go. Była towarzyszką w tym upodlonym życiu, jakie wiedliśmy, odkąd dopadły nas głód i nędza.

Drugiego lutego wyszłam z getta, wyprowadził mnie opłacony przez Śmiejącego się Ottona człowiek. W kieszeni miałam kenkartę na nazwisko Krystyna Chylińska. Na to nazwisko Niemiec wynajął apartament, mieliśmy się tam spotkać. Ale ja tam nie poszłam. Jakiś czas krążyłam ulicami, a kiedy wydawało mi się, że jestem śledzona, skręciłam do bramy, weszłam na klatkę schodową i zadzwoniłam do drzwi na pierwszym piętrze. Nikt nie otwierał. Usłyszałam kroki nasłanego przez Niemca anioła stróża, pobiegłam piętro wyżej i nacisnęłam dzwonek przy drzwiach, na których wisiała wizytówka: „A.R. Korzeccy”. Po chwili w drzwiach stanęła Pańska matka. Patrzyły na mnie oczy, które od razu wszystko wiedziały, mimo że wcale nie byłam podobna do Żydówki. Stałam przed nią w płaszczyku jak z młodszej siostry. W tym płaszczyku parę lat temu przekroczyłam granicę getta. Na nogach miałam stare buciki, właściwie już ciasne, bo ja wtedy przecież jeszcze rosłam. Wszystkie stroje, jakie zafundował mi Śmiejący się Otto, zostawiłam w mieszkaniu na Miłej. Nawet nie miałam czasu pożegnać się z Werą. A może nie chciałam… Pańska matka wiedziała, skąd przychodzę, a mimo to wzięła mnie za rękę i wprowadziła do środka.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI