Listy Maresi - Maria Turtschaninoff - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Długo wyczekiwana trzecia część serii o Czerwonym Klasztorze. Maresi chce założyć w Sáru, rodzinnej wiosce, szkołę dla dziewcząt, by przekazać im wszystko, czego nauczyła się w Czerwonym Klasztorze. Droga do osiągnięcia celu okazuje się jednak trudniejsza niż mogła przypuszczać. W Sáru jest kimś obcym, a jej czerwony płaszcz budzi nieufność, nawet u jej matki. Maresi posiada jednak moc, o jaką nikt jej nie podejrzewa, nawet ona sama i decyduje się jej użyć, gdy jej wiosce i całemu ludowi grozi wielkie niebezpieczeństwo. Maresi dowiaduje się, że oprócz wiedzy, którą można odnaleźć w bibliotece, jest też inna wiedza, a prócz miłości do ksiąg i bogiń istnieje jeszcze inna miłość. Listy Maresi to powieść o tęsknocie za poczuciem bezpieczeństwa i o nadziei. O tym, że śmierć nie jest końcem. To historia niosąca pocieszenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 431

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

KRÖNIKOR FRÅN RÖDA KLOSTRET

Original text copyright © Maria Turtschaninoff, 2018

Original edition published by Förlaget, Helsingfors, 2018

Polish edition published by agreement with Maria Turtschaninoff and Elina Ahlback Literary Agency, Helsinki, Finland

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Copyright © 2019 for the Polish translation by Patrycja Włóczyk (under exclusive license to Wydawnictwo Debit, Młody Book)

Tłumaczenie tej książki otrzymało wsparcie finansowe FILI – Finnish Literature Exchange.

Redakcja: Alicja Kaszyńska

Korekta: Teresa Dziemińska

Projekt okładki: studiohelen.co.uk

Wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A jeśli ją kopiujesz, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

ISBN 978-83-8057-373-4

Wydawnictwo Debit Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

email:[email protected]

www.mlodybook.com.pl

www.facebook.com/BookMlody

www.instagram.com/mlodybook

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Travisowi, bardziej niż kiedykolwiek

Niniejsze pisma to listy Maresi Enresdotter. Napisała je w swojej ojczyźnie Rovas i wysłała do Czerwonego Klasztoru za panowania trzydziestej trzeciej i trzydziestej czwartej Matki. Maresi z Rovas była znana w Klasztorze jako Maresi Czerwony Płaszcz, przeganiaczka mrozu, poskramiaczka bestii, opiekunka tych, którzy umarli. A również jako ta, która wywołała lawinę śnieżną i wpuściła umarłych między żywych.

Listy Maresi trafiły do klasztornego archiwum dzięki siostrze O, archiwariuszce i Służebnicy Haggi, oraz jej następczyniom. Zbiór nie jest jeszcze kompletny, lecz już zebrano w nim opisy najważniejszych wydarzeń z dziejów Czerwonego Klasztoru. Nikt więc nie zapomni o tym, co zdarzyło się w Rovas w ciągu dwóch pierwszych lat po powrocie Maresi do rodzinnej wioski. A był to czas, w którym decydowała się przyszłość tej ziemi.

PIERWSZY ZBIÓR LISTÓW

WIOSNA

Czcigodna Siostro O!

Piszę ten list przy trzaskającym ogniu. Dzisiejszego wieczoru niełatwo było go rozpalić, bo niemal całą podróż przez góry padało i opał zamókł. Tak jak mój wełniany płaszcz. Słyszę wokół siebie dźwięki karawany: rozmowy, śmiechy, dzwonki mułów i koni, odgłosy przeżuwania wydobywające się z pysków zwierząt, które szarpią za gałązki, by dobrać się do młodych listków. W powietrzu unosi się zapach ogniska i mięsa, które powoli przypieka się nad żarem. Jeden ze strażników jadących za karawaną miał dzisiaj szczęście, upolował górską owcę i podzielił się nią ze wszystkimi.

Wczesnowieczorne niebo jest pogodne, a blady księżyc wisi nad niskimi szczytami. Karawana dotarła do najwyższego punktu pasma górskiego. Poniżej nas, na północy, rozciąga się nizina Rovas.

Zgodnie z umową piszę teraz, na krótko przed końcem podróży. Już chyba wiem, w jaki sposób zorganizować wysyłkę listów, by docierały one do Klasztoru i vice versa. Niektóre karawany rokrocznie udają się na południowy zachód, a potem z powrotem, z Masson, portowego miasta Vallerien, aż do leżącego wśród stepów na północ od Rovas, Namar, palisadowego miasta Akkadów. Mądrze będzie wysyłać listy dwa razy w roku, wiosną i jesienią. Powinny dotrzeć na miejsce w kilka miesięcznych cykli księżyca. Rozmówiłam się z paroma kupcami, zarówno z mężczyznami, jak i kobietami. Wiedzą już, że osoba, która dostarczy list z Rovas na Menos, zostanie hojnie wynagrodzona. Najlepiej, by większą część zapłaty dostała, gdy list dotrze do adresata, tak sądzę.

Powiedziałaś mi, że moje listy będziesz czytać na głos pozostałym siostrom w Domu Paleniska podczas posiłków. To dobra decyzja, gdyż to właśnie siostry wyposażyły mnie w wiedzę, którą niosę w świat. A srebro Matki pomoże mi założyć szkołę w Rovas. Ale najpierw czytaj te listy sama, Siostro O. Czy możesz spełnić moją prośbę? Znasz mnie, paplam jak najęta i piszę zdecydowanie za dużo. Mówiłaś, że powinnam spisywać wszystko, co mnie spotka, ponieważ wiele z tego może się Klasztorowi przydać, nawet jeśli dla mnie nie jest to oczywiste. Być może jednak są tam rzeczy nieistotne, dlatego chciałabym, żebyś wybierała tylko to, co naprawdę się liczy. Pewne wieści będą przeznaczone wyłącznie dla Ciebie, Siostro O. Zorientujesz się, o które chodzi.

Listy te staną się kontynuacją moich kronik sprzed czterech lat, tych opowiadających o tamtej wiośnie, gdy na Menos wtargnęli mężczyźni, by uprowadzić Jai. Podobnie jak wtedy, nie czuję się dość silna, by sprostać tak wielkiemu wyzwaniu. Pomimo moich niedoskonałości zrobię wszystko co w mojej mocy. Mam nadzieję, że pozwolicie także nowicjuszkom zapoznać się z moimi listami. Dla tych, które tak jak ja po skończeniu nauk zamierzają udać się w świat i szerzyć wiedzę zdobytą w Klasztorze, to będzie dobre przygotowanie.

Wiem, że wszystkie się martwiłyście, iż podczas podróży może mi się coś stać lub ktoś mnie obrabuje, lecz nic takiego nie nastąpiło. Za niewielką opłatą przyłączałam się do różnych karawan. Korzystałam z ich ochrony przed rabusiami i innymi niebezpieczeństwami. Za karawanami zawsze jechało kilku uzbrojonych strażników. Nigdy jednak nie spotkaliśmy żadnego rabusia, a wycie wilków słyszeliśmy tylko w oddali. Były tak daleko, że nawet moja mulica nie okazywała zaniepokojenia. Oczywiście musiałam czasami za coś zapłacić, na przykład za podróż z pierwszą karawaną i za miejsce na wozie. Kiedy zaprzyjaźniłam się z Ajanie, wędrowną handlarką z Vallerien, powiedziała, że powinnam była się targować i dać połowę tego, co zapłaciłam. Cóż, ciągle się uczę i ciągle mam w tobołku dużo srebra. Ajanie nauczyła mnie spać z nim pod głową.

Kiedy pierwsza karawana, z którą podróżowałam, skręciła na zachód w kierunku Devenlad, przez kilka dni szłam pieszo. W końcu kupiłam od pewnego kupca starą, wysłużoną mulicę z długimi, miękkimi uszami. Zasłaniają mi widok, gdy na niej jadę. Jej grzbiet jest szeroki i całkiem wygodny. Kupiec, który mi ją sprzedał, nie powiedział, jakie ma imię, może w ogóle jej nie nazwał. Mówię na nią Szarogłowa, to po naszej najwyższej górze, Białogłowej. Moja mulica wielokrotnie szła tą drogą, niosąc na swoim grzbiecie czerwoną herbatę i sól aż do królestwa Akkadów. Kupiec powiedział, że jest za stara, by pokonać tę trasę jeszcze raz. Góry między Rovas a równinami Akkadów są wysokie, a wspinaczka męcząca. Ale ja nie chciałam dotrzeć aż tam. Mimo to bałam się, że niskie góry stanowiące południową granicę Rovas i tak okażą się dla mojej mulicy zbyt wymagające. Schodziłam więc z jej grzbietu i pieszo pokonywałam najtrudniejsze odcinki. Kamienie ślizgały się pod kopytami i nogami. Miałam wrażenie, że wcale nie posuwamy się naprzód.

Dobrze się dogadujemy, mulica i ja. Szarogłowa w zasadzie mnie słucha. Tylko od jej kościstego grzbietu nabawiłam się otarć na pośladkach.

Droga, którą przemierzałyśmy, nazywana jest Końską Drogą, ponieważ Akkadowie pędzą nią swoje dorodne konie na południe, gdzie dostają za nie wysoką cenę. Ale nie spotkałyśmy żadnej końskiej karawany. Wiosna to nie jest dobra pora na przeganianie zwierząt po drogach zniszczonych przez zimowy deszcz, śnieg i wichury. Wiosna to czas karawan zmierzających na północ. Kupcy wożą wtedy towary z południowych krajów tam, gdzie po zimowym znoju łaknie się dobrych rzeczy, przypraw i odrobiny luksusu. Ajanie pokazała mi srebrną biżuterię, którą kupuje na targowiskach w Masson. Jest zbyt skromna dla bogatego ludu w Irindibul, więc chociaż Namar leży dużo dalej, to Ajanie co roku tam wyrusza. W palisadowym mieście pozbywa się korzystnie tego, czym majętni mieszkańcy Irindibul pogardzają. Wymienia srebrne ozdoby na wełnę i transportuje ją na południowy wschód. W Lagorze, którą opisała jako mozaikowe miasto nad morzem, dostaje za nią wełniane tkaniny oraz kilimy. Następnie wraca do Vallerien i sprzedaje swoje towary za czyste złoto.

Ajanie zwiedziła kawał świata. Jak na mieszkankę Vallerien sporo podróżuje: na zachodzie dotarła do kraju długorożców, na północy do stepów Akkadów, a na wschodzie aż do Lagory.

Fascynujące było patrzeć podczas podróży na zmieniający się krajobraz. Od Vallerien, królestwa wysp, z kolorowymi statkami na morzu i w każdym małym porcie, przez rozległe żuławy, na których zbiera się sól, po nizinę Vallerien z jej plantacjami winorośli oraz drzewek oliwnych i tętniącą życiem stolicę Masson. Żałuję, że nie zobaczyłam Devenland, ale leży za bardzo na zachód. Ciekawi mnie, jak wyglądają plantacje herbaty na górskich zboczach. Kiedy po opuszczeniu Vallerien przyłączyłam się do devenlandzkiej karawany, dane mi było powąchać czerwonej herbaty. Pięknie pachniała. Transportuje się ją na północ, do Akkadów, którzy piją wyłącznie ten gatunek.

Niewiele ze spotkanych przeze mnie osób słyszało o Rovas. Anjanie powiedziała, że chociaż przejeżdżała przez Rovas wiele razy, nie miała pojęcia, że ma ono swoją nazwę. Dla niej to od zawsze była jedynie najbardziej wysunięta na północny zachód część Urundien. Oczywiście musiałam jej opisać Rovas. Ogień jeszcze całkiem nie zgasł, mam zatem trochę światła, więc spiszę to, co jej powiedziałam, mając nadzieję, że moja opowieść trafi do klasztornego archiwum: Dawno temu moje Rovas było miejscem, gdzie żyli wolni ludzie, lecz nasz najbliższy sąsiad na południowym wschodzie, Urundien, od zawsze był głodny ziemi i bogactw. Podczas jednej ze swoich wypraw wojennych podporządkował sobie mój kraj, a sojusz przypieczętował małżeństwem swojego króla z córką przywódcy Rovas. Wtedy to władca Urundien wyznaczył nádora, swego rodzaju jarla, by rządził tym „nieokrzesanym, leśnym ludem”. Nádor pilnuje, by do królewskiego skarbca trafiały podatki i opłaty celne. Mieszkańcy Rovas to rolnicy i drwale. Rolnicy ciągle muszą walczyć z zachłannym lasem, próbującym odzyskać wykarczowane tereny, więc to, co uprawiają, ledwo starcza im i ich rodzinom. Drwale, flisacy i traperzy wiodą samotnicze i surowe życie w bezkresnych lasach lub tam, gdzie zostaną najęci albo gdzie jest zwierzyna. Mieszkańcy Rovas to nadal wolni ludzie. Mają swoją ziemię i swój las, lecz gruba zwierzyna należy do króla. Tylko władcy Urundien wolno na nią polować, chyba że obdarzy tym przywilejem swoich ulubieńców. Zwykle jesienią duże grupy myśliwych ciągną z Urundien do lasów Rovas.

Niestety wolność mieszkańców Rovas ogranicza bieda, niewiedza i ciężka praca. Nádor regularnie i bezlitośnie pobiera podatki. Wsie dziesiątkują choroby i głód. Mnóstwo tu zabobonów i uprzedzeń, które mam nadzieję wyplenić, gdy w końcu dotrę do Sáru, wioski, gdzie się urodziłam, i założę moją szkołę. Może to niezbyt wiele, ale musi wystarczyć na początek. Ajanie mówiła mi, że w Vallerien i Devenland szkoły stają się coraz powszechniejsze, choć oczywiście uczęszczają do nich jedynie synowie bogaczy.

Podczas tej długiej podróży dużo rozmyślałam o tym, jaka będzie ta moja szkoła. Powtarzałaś mi wiele razy, czcigodna Siostro O, że muszę wykazać się cierpliwością i nie oczekiwać, że mieszkańcy wioski od razu zechcą posłać do niej swoje córki, ale jestem pewna, iż to zrobią, gdy zobaczą, jakie korzyści niesie ze sobą prawdziwa wiedza.

Jutro pożegnam się z Ajanie i resztą karawany, gdyż udają się na północy zachód. Przetną równinę i za siedem, osiem dni, w zależności od pogody, powinni dotrzeć do zalesionych podnóży gór oddzielających Rovas od państwa Akkadów. Wspinaczka zajmie im dużo czasu, lecz schodzenie nie potrwa tak samo długo, ponieważ rozlegle stepy znajdują się na płaskowyżu, gdzie panuje zupełnie inny klimat aniżeli w Rovas.

Napiszę więcej, gdy znajdę się bliżej mojej rodzinnej wioski.

Twoja nowicjuszkaMaresi

Jai, Przyjaciółko Moja!

Zamierzam pisać oddzielnie do Ciebie i do Ennike, ale to wcale nie znaczy, że nie możecie czytać sobie nawzajem moich listów, chyba że wyraźnie Wam tego zabronię. Zdecydowałam się pisać krótsze listy zamiast jednego długiego, żeby móc je nadawać, jak tylko nadarzy się okazja. Nigdy nie wiem, kiedy będzie kolejna.

Wiesz, w końcu dotarłam do Rovas! A dokładniej do południowych krańców Rovas. Moja rodzinna wioska leży daleko od delikatnie pofałdowanej niziny, w przepastnych, górzystych lasach. Karawana, z którą podążałam, obrała wczoraj inną drogę i w ten wczesnowiosenny dzień wędrowałam zupełnie sama. Mam wrażenie, jakbym widziała i przeżywała wszystko w inny sposób, gdy nie ma przy mnie nikogo poza moją mulicą. Przechodząc przez szemrzący wiosenny strumyk, zawsze czuję podekscytowanie. Widząc dachy domów pojawiające się na horyzoncie lub zakręt, za każdym razem czuję łaskotanie w brzuchu – zastanawiam się, kogo dziś spotkam. Jakaś część mnie ma też nadzieję, że to już moja rodzinna wioska, chociaż wiem, iż leży o kilka dni podróży na północny wschód i nie rozpoznaję tych okolic. Ale może podczas mojej nieobecności wszystko się zmieniło? Może nawet wioska przeniosła się w inne miejsce!?

Rozbiłam w krzakach obóz na noc i zaraz idę spać. Mulica i wiatr są moim jedynym towarzystwem. Mogłabym patrzeć w gwiazdy, ale dzisiejszej nocy jest pochmurno. Pociesza mnie myśl, że one tam są, one i księżyc. Na Ciebie również zerkają z góry, Jai, Przyjaciółko Moja.

Napiszę więcej, gdy dotrę do domu.

Twoja przyjaciółkaMaresi

Czcigodna Siostro O!

Od siedmiu dni pada i nie może przestać. To ciągły, niezbyt intensywny deszcz, który wszystko zalewa: mnie, moją mulicę i mój bagaż. W płaszczu od Jai co prawda jest mi ciepło, ale już dawno nie miałam okazji się wysuszyć. Deszcz kapie ze wszystkich gałęzi, a kamienie są śliskie. Zatrzymałam się na noc w na wpół rozlatującej się szopie. Większa część dachu wciąż się trzyma, więc dzisiejszej nocy nie zmoknę. Nie udało mi się rozpalić ognia, ponieważ nie mam suchego drewna. Robi się ciemno, tym razem nie popiszę zbyt długo.

Mulica i ja mijamy po drodze wiele wiosek przypominających Sáru. Siedliska, czyli domy wraz z zabudowaniami gospodarczymi i szopami, w większości były stawiane na planie okręgu lub półokręgu. Otaczały je lasy, w których na karczowiskach urządzono pola uprawne i łąki. Na południu każde pole grodzono oddzielnie, lecz im bliżej moich rodzinnych stron, tym więcej pól miało wspólne ogrodzenia.

Wiele nocy spędziłam pod gołym niebem. Kiedy byłam mała i latem razem z matką i Náraes zbierałam w lesie jagody, matka uczyła mnie, jak z konarów i gałęzi zbudować ochronę przed wiatrem i niezbyt intensywnym deszczem. Takie właśnie obozy zakładałam teraz przy strumieniach wzbierających od topniejącego śniegu i wiosennego dżdżu, przy małych, cichych leśnych jeziorkach i na zboczach gór z bezkresnym widokiem na doliny i pasma górskie. Tylko dym z niewidocznych kominów pokazywał mi, gdzie znajdują się ludzkie domostwa.

Nie jest łatwo odnaleźć się w lesie. Dorastałam w lesie, biegałam po jego miękkim mchu, odkąd tylko nauczyłam się chodzić, i sporo o nim wiem. Zdaję więc sobie sprawę, jak potrafi być niebezpieczny i zdradliwy. Rovas jest w większości porośnięte lasem. Tam, gdzie nie rośnie las, teren zmienia się w górzysty i skalisty. Najważniejszymi szlakami handlowymi, a w zasadzie szlakami transportowymi, są rzeki, ale płyną one głównie z północnego zachodu na południowy wschód. Ja zaś podróżowałam z południowego wschodu, więc nie mogłam z nich skorzystać. Byłoby to łatwiejsze i szybsze, dokładnie tak, jak o tym rozmawiałyśmy, zanim wyruszyłam. Końska Droga, którą na początku podążałam, biegnie przez zachodnią część Rovas, z południowego zachodu na północ. Wioski są ze sobą połączone leśnymi drogami. Najczęściej jednak to tylko wąskie dukty prowadzące z osady do osady, a nie tam, gdzie to pasowałoby podróżnemu.

Ale za każdym razem, gdy nie byłam pewna, czy dobrze idę, gdy droga się rozwidlała lub całkowicie znikała w gęstwinie, Szarogłowa szła ze stoickim spokojem w wybranym przez siebie kierunku i po pewnym czasie okazywało się, że miała rację. Jest mądrzejsza ode mnie, mulica jedna. Była nieoceniona podczas mojej podróży.

Każdego dnia obserwuję, jak stopniowo wszystko się zazielenia, i słyszę śpiew ptaków. Strasznie nieśmiała ta wiosna. Nie jest w stanie wybuchnąć zielenią i ciepłem. Im dalej na północ, tym chłodniej i wiosna przychodzi później. Nie pomyślałam o tym, że w czasie, który na Menos oznacza pomyślne wiatry i pogodę idealną na podróż, w Rovas przypada pora deszczowa.

Mam wrażenie, że tą drogą zmierzałam na południe, kiedy osiem lat temu opuściłam Rovas, lecz nie jestem pewna. To było tak dawno. Wszystko wydawało się takie nowe i przerażające, że nie zwracałam zbytnio uwagi na samą drogę. Byłam tylko dzieckiem. Załadowano mnie na wóz, który wywiózł mnie z Rovas na południe. Tam posadzono na oślim grzbiecie i przeprowadzono przez góry, a potem trafiłam na inny wóz, którym dojechałam aż do Vallerien. Martwię się, że mogę nie odnaleźć mojej wioski. To niewielka osada i kiedy pytam o drogę, ludzie w odpowiedzi tylko przecząco kręcą głowami.

I, Siostro O, to mogę wyjawić tylko Tobie, boję się czegoś jeszcze, a mianowicie głodu.

W Klasztorze przyzwyczaiłam się do zawsze pełnego żołądka. Czasami to było proste, niewyszukane jedzenie, lecz przez osiem lat nie zaznałam głodu. Teraz spotykam twarze, które wiedzą, czym jest głód, i to sprawia, że wszystko mi się przypomina. Przypominam sobie, jak zabiliśmy ostatnią świnię. Jak to było głodować tak długo, że człowiek nie wiedział już, co to jest uczucie sytości. Przypominam sobie, jak to było jeść rzeczy nienadające się do jedzenia: zgniłe zboże, liście, trawę, padlinę, gotowane skóry. Pamiętam smak chleba z trocinami. Pamiętam mój wydęty brzuch i wątłe ręce oraz nogi Anner, a także to, jak biegunka osłabiała ją z dnia na dzień.

Wygląda na to, że teraz nastały tu dobre lata, ludzie częstują mnie jedzeniem, a czasami zapraszają do swoich domów na owsiankę i twardy, żytni chleb. Raz dostałam nawet soloną rybę. Mięso spożywa się o tej porze roku tylko wtedy, jeśli ostatnie lata były tłuste. Kiedy zbliżam się do jakiejś wioski, na spotkanie wybiegają mi stada kur i owiec oraz pasterze grający na piszczałkach z wierzby i pędzący przed sobą długonogie świnie pokryte futrem. Pamiętam, jak strugaliśmy wierzbowe piszczałki, gdy byłam mała, pamiętam smak zielonej wierzby i gdy teraz słyszę pasterzy, robi mi się ciepło na sercu. Podczas zimy głodu zaszlachtowano wszystkie zwierzęta, jakie były w naszej wiosce.

Ci wszyscy ludzie, których spotykam, zaznali głodu dość niedawno. To widać. Dzieci są niskie i wcale nie takie okrągłe i rumiane jak nasze młodsze nowicjuszki. Nikt nie ma zbędnych kilogramów. Stada zwierząt są małe, jeśli weźmie się pod uwagę wielkość wiosek. I, Siostro O, boję się. Oczywiście wiedziałam, że życie tutaj będzie się różnić od klasztornego, lecz o tylu rzeczach zapomniałam.

Najbardziej boję się tego, co zastanę w mojej rodzinnej wiosce. Czy wszyscy żyją?

Staram się być silna, Siostro O. Staram się być odważna. Ale w niektóre dni moje serce jest równie ciężkie i ciemne jak wełna, z której uszyto mój płaszcz.

Twoja Maresi

Jai, Przyjaciółko Moja!

Był wczesny wieczór, kiedy rozpoznałam to miejsce. Przy tym szemrzącym strumyku bawiłam się jako dziecko! Zobaczyłam zakręt na wodzie, gdzie puszczaliśmy nasze żaglowce z liści, i kładkę, na którą wbiegaliśmy, by kibicować swoim statkom, licząc na ich wygraną. Byłam zmęczona, moja mulica także, planowałam wkrótce rozbić na noc obóz, lecz widok strumyka napełnił moje ciało nową siłą, a moje serce tęsknotą tak wielką, iż nawet narowistość mulicy nie mogła mnie powstrzymać. Zsiadłam z jej grzbietu, by jej ulżyć, przeprowadziłam ją przez kładkę i weszłam z nią na świeżo zaorane pola. Nie było tam żadnej porządnej drogi, którą można by pójść, jedynie ścieżka wzdłuż rowu. Ale nawet w zapadającej ciemności moje nogi szły w dobrym kierunku. Tutaj trzeba przeskoczyć. Tutaj rów był zdradliwie śliski. Tutaj jesienią rosły grzyby. Ciągnęłam za sobą mulicę, która musiała zarazić się moim entuzjazmem, gdyż nie stawiała takiego oporu jak zazwyczaj.

Weszłam do wioski od południa, a nie tą małą, leśną drogą biegnącą przez wieś w kierunku osady Jóla na zachodzie. Przystanęłam na zboczu powyżej dwóch czarnych pól i zobaczyłam domy kulące się przed nachodzącym zmierzchem. Przed sobą miałam młyński potok, teraz spieniony i rwący od wiosennego deszczu. Po drugiej stronie znajdowały się budynki gospodarcze i stodoły, a za nimi cztery domy zwrócone przodem do siebie, tworzące krąg ochronny wokół wewnętrznego podwórka. Dalej rósł las, który wyglądał jak ciemna draperia. Ze wszystkich czterech kominów wydobywał się dym, lecz nigdzie nie było żywego ducha. Jedynie światło sączące się wokół zamkniętych okiennic. Zwierzęta również były zamknięte na noc w oborach i kurnikach. Ostatni raz moje serce waliło tak mocno w krypcie.

Mulica parsknęła i zaczęła truchtać ścieżką wijącą się między polami, a ja ruszyłam wolno za nią. Strumyk groźnie szumiał, woda sięgała prawie do kładki, a deski były śliskie. Z szumem wody w uszach weszłam między niskie i szare budynki gospodarcze, które chyliły się ku sobie. W powietrzu unosiła się woń obornika, dymu i wilgotnej ziemi. Głęboko zaczerpnęłam powietrza, aż poczułam ból w klatce piersiowej. Powrozem przywiązałam mulicę do najbliższego drzewa. Dom matki i ojca stał przede mną w deszczu, szary i ciemny. Wyglądał dokładnie tak, jak wtedy, gdy widziałam go po raz ostatni. Podeszłam do drzwi, uniosłam rękę, by zapukać, lecz właśnie w tym momencie zza drzew wychylił się księżyc i oświetlił zniszczone drewno. Otworzyłam zaciśniętą pięść, dotknęłam palcami zmurszałych desek i pomyślałam o drzwiach wejściowych do różnych pomieszczeń Klasztoru: brązowych, pachnących chlebem drzwiach Domu Paleniska, marmurowych drzwiach Świątyni Róży oraz dwuskrzydłowych, błyszczących niczym miód, drzwiach do biblioteki w Domu Wiedzy. Oparłam czoło o deski i głęboko zaczerpnęłam powietrza. Pachniały mokrym drewnem.

W dzień w Rovas nikt się nie zamyka, ale na noc drzwi są ryglowane. Zapukałam.

– Kto tam? – spytał głęboki, męski głos. Głos mojego ojca. Ledwo wydusiłam odpowiedź.

– Pokój temu domowi, ojcze.

Nastąpiła krótka cisza, po czym po drugiej stronie rozległ się dźwięk podnoszonego rygla. Drzwi się otworzyły i oślepiło mnie światło. Zobaczyłam przed sobą wysoką, chudą postać. Potem przyciągnęły mnie do siebie silne ramiona i ojciec wymamrotał w moje włosy:

– Moja córka. Moja córka. Moja córka.

Usłyszałam głos matki, a gdy moje oczy przyzwyczaiły się do światła, zobaczyłam ją nad ramieniem ojca. Siedziała przy piecu z robótką na kolanach i rękami przyciśniętymi do piersi.

– Maresi. To naprawdę ty?

Wyswobodziłam się z uścisku ojca i spojrzałam w jego kochaną twarz. Była dokładnie taka, jak ją zapamiętałam. Ciepłe, brązowe oczy, duży, szeroki nos, odstające uszy. Tylko pojawiło się na niej więcej zmarszczek i broda posiwiała mu jeszcze bardziej.

Matka wstała i podeszła do mnie z otwartymi ramionami. Jej gruby, brązowy warkocz błyszczał w świetle ognia. Ona też za bardzo się nie zmieniła. Była chudsza, niż wtedy, gdy wyjeżdżałam, o ile to w ogóle możliwe. Chwyciłam ją za ręce i  wpatrywałyśmy się w siebie przez chwilę. Próbowała coś powiedzieć, lecz jej oczy wypełniły się łzami i tylko pokręciła głową. Przyciągnęła mnie do siebie i mocno przytuliła.

– Nie sądziłam, że cię jeszcze kiedyś zobaczę, naprawdę nie sądziłam. Moje dziecko, wróciłaś do domu?

– Tak, matko – odparłam. – Wróciłam do domu.

Matka pachniała tak jak dawniej: mąką, kapustą i wełną. Rozpłakałam się. Płakałam jak dziewięciolatka, którą byłam, opuszczając matkę, ojca i wszystkie ukochane osoby. Nie chciałam, by wypuściła mnie ze swoich objęć.

Kościste ramiona, które mnie obejmowały. Ręce, które głaskały mnie po głowie.

Niczego w moim życiu nie czułam tak mocno, tak intensywnie.

Nagle matka mnie odepchnęła i krzyknęła przez łzy:

– Przecież ty jesteś cała mokra! Tak nie można, zaraz się rozchorujesz!

Zaczęła szukać dla mnie jakichś rzeczy nadających się do ubrania. Rozejrzałam się po naszym kochanym, starym domu, gdzie nic się nie zmieniło. Udeptane klepisko z grubą warstwą słomy. Stół i ławki przy palenisku. Dwie izby, jedna dla matki i ojca, druga dla Akiosa. W sieni zagroda dla zwierząt. Okiennice zamknięte na noc, deszcz na zewnątrz i wspaniały, ogrzewający ogień w palenisku.

– To powinno pasować – powiedziała matka, podając mi pasiastą spódnicę z kwiatowym haftem wzdłuż lamówki i znoszoną koszulę z krótkim rękawem. Kiedy się ubierałam, matka rozłożyła moje ubrania przed paleniskiem, by wyschły. Przyglądała się spodniom i koszuli ze zdziwioną miną. Wręczyła mi czerwono-biało-czarną krajkę. – Tkając to, myślałam o tobie – oznajmiła. – Miałam nadzieję, że żyjesz i że pewnego dnia znowu się zobaczymy.

Gdy okręciłam krajkę wokół talii, do izby wszedł Akios. Otrzepał buty z gliny. Zauważywszy mnie, zamarł, a jego oczy zrobiły się ogromne.

– Maresi! – zawołał. – Siostro moja!

Dziwnie się poczułam, słysząc, że mężczyzna nazywa mnie siostrą. Krew z tej samej krwi, kość z tej samej kości. Uśmiechnęłam się szeroko.

– Akios! Zapuściłeś brodę!

Akios pogładził swój zarost i się zaśmiał.

– Nie mogę być rolnikiem bez brody – stwierdził.

Podeszłam do mojego brata i mocno go uścisnęłam. On objął mnie jeszcze mocniej, po czym pociągnął za kosmyk moich potarganych na wietrze włosów.

– Kleszcz – rzekł, przekomarzając się.

– Pędrak – odpowiedziałam, wbijając mu palec w brzuch, lecz szybko sobie uświadomiłam, że dawny przydomek już do niego nie pasuje. Akios był dwa lata młodszy, ale teraz o głowę wyższy ode mnie. Nawet luźna koszula nie była w stanie ukryć jego szerokich barków i umięśnionych ramion. Jego włosy, kiedyś mające ten sam kasztanowy kolor, co moje i Náraes, pojaśniały. Sięgały mu aż do ramion.

– Bracie, ależ ty wyrosłeś! – zawołałam i oboje zaczęliśmy się śmiać do rozpuku.

Nie było czasu na snucie opowieści, bo zrobiło się bardzo późno. Wszyscy byliśmy zmęczeni, ale zadowoleni z tego, że możemy posiedzieć razem i poprzyglądać się swoim twarzom w świetle dogasającego ognia. Matka wmusiła we mnie czerstwy chleb i resztkę wieczornej kaszy. Głaskała mnie po włosach, policzkach i ręku.

– Jutro ugotuję ci coś naprawdę pysznego – obiecała. – Trzeba uczcić twój powrót.

– Jutro – powtórzyłam i ziewnęłam. W końcu się rozgrzałam i wyschłam. Akios zaproponował, bym spała na jego łóżku w małej izbie, sam postanowił położyć się na półce nad paleniskiem. Nie mogłam się już doczekać, aż wsunę się pod koc utkany przez matkę, a do snu ukołysze mnie prawie zapomniany przeze mnie dźwięk deszczu uderzającego o dach nad naszymi głowami. Najpierw jednak musiałam zadać to pytanie.

– Náraes. Czy ona…

Ojciec spojrzał na mnie ze zdziwieniem, po czym się uśmiechnął i szybko złapał mnie za rękę.

– Náraes żyje i wszystko u niej dobrze. Założyła rodzinę i nie mieszka już z nami. Jutro się z nią zobaczysz.

Piszę to w małej izbie przy świetle łojówki. Wszyscy już śpią, jutro czeka ich kolejny pracowity dzień. Sama prawie już zasypiam, lecz chcę skończyć ten list. Uchwycić tę chwilę, gdy mam dach nad głową, jestem sucha, rozgrzana i syta. Czuję się bezpieczna. Jestem w domu.

Dobrze być w domu, Jai.

Twoja przyjaciółkaMaresi

Droga Ennike Różo!

Jestem w domu i dzisiejszej nocy spałam pod dachem moich rodziców. Obudziłam się z suchością w ustach i ciężką głową. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie się znajduję. Leżałam na prawdziwym materacu, a nie na gołej ziemi jak podczas całej podróży. Czułam zapach czystego prześcieradła i wełny. Słyszałam miękkie głosy i przytłumiony dźwięk deszczu uderzającego o dach. Wydawało mi się nawet, że jestem w moim łóżku w Domu Nowicjuszek, lecz dźwięki nie bardzo się zgadzały. Zapachy też nie.

Wtedy otworzyłam oczy i poczułam zapach kaszki z jarzębiny. Siostra Ers serwowała nam różne pyszności w Domu Paleniska, ale robiona przez matkę kaszka z jarzębiny posłodzona odrobiną cukru jest wyjątkowa. Usiadłam na łóżku i zobaczyłam, gdzie jestem. W domu, w moim rodzinnym domu, pod kocem utkanym przez moją matkę! Przez głowę założyłam koszulę, wskoczyłam w spódnicę i uładziłam włosy, na ile się dało.

W izbie przy stole siedzieli ojciec, Akios, jakaś dorosła kobieta z grubym, orzechowym warkoczem i dwoje małych dzieci. Jedno u niej na kolanach, a drugie u mojego ojca. Matka stała przy palenisku i mieszała w dużym żeliwnym garnku, który ojciec kupił od domokrążcy, gdy byłam mała.

– Oto ona – rzekł ojciec. – Przywitaj się z nią i jej dziećmi.

Kobieta z warkoczem była moją starszą siostrą Náraes! Wstała, podała dziecko Akiosowi i wzięła mnie w ramiona.

– Żyjesz – stwierdziła. – Ty naprawdę żyjesz! Matka przyszła do mnie dziś rano i powiedziała, że wróciłaś do domu. Nie mogłam w to uwierzyć. – Wypuściła mnie z objęć i spojrzała na mnie poważnie. – Śniłaś mi się, Maresi. W moich snach krążyłaś blisko śmierci.

– Krążyłam, ale nigdy nie przeszłam przez jej wrota – odpowiedziałam równie poważnie, przyglądając się mojej siostrze. Ledwo ją poznawałam. Jest trzy lata starsza ode mnie. Gdy opuszczałam Rovas, miała mniej lat niż dzisiaj Heo. Ale bardzo się postarzała. Jej policzki są zapadnięte, a oczy ogromne. Włosy wciąż ma grube i lśniące. Nosi je splecione z tyłu w długi warkocz, lecz niesforne loki kręcą się wokół jej szczupłej twarzy. Kiedyś myślałam, że jesteście do siebie podobne, ale teraz Náraes wygląda jak dorosła kobieta, podczas gdy Ty wciąż jesteś urodziwą Panną Dziewicą i Różą.

Poza tym Náraes jest w ciąży.

– Chodź, poznasz swoje siostrzenice – zaproponowała Náraes. – Ten dzikusek na kolanach u ojca to Maressa. – Náraes spojrzała na mnie trochę nieśmiało. – Dałam jej imię po tobie. Mam nadzieję, że nie jesteś temu przeciwna.

Spojrzałam na dziewczynkę. Wyglądała na jakieś trzy latka. Miała jasne loki okalające buzię i ciekawe, brązowe oczy, które krytycznie mi się przyglądały. Chwyciłam Náraes za rękę i mocno ją ścisnęłam.

– Dziękuję – wyszeptałam.

– A ta mała to Dúlan. Urodziła się poprzedniej wiosny. Właśnie wychodzą jej pierwsze zęby.

Dúlan siedziała u Akiosa na kolanach i ssała swoją piąstkę, a ślina spływała jej na brzuszek. Patrząc na nią, pomyślałam o Gei, o tym, że mają tak samo radosne, ufne spojrzenie. Ale nóżki i policzki Dúlan nie były tak pulchne jak Gei, gdy była w tym samym wieku.

– A kiedy urodzi się trzecie? – spytałam. Náraes spojrzała z uśmiechem na swój brzuch. – Jesienią. Po żniwach. Będę biegać po polu z wielkim brzuchem. Tauer twierdzi, że to chłopiec.

Tauer to znachor z sąsiedniej wioski, do którego ze swoimi dolegliwościami przychodzą ludzie z okolicznych wsi. Odbiera też porody.

– Siadaj – poprosiła matka, stawiając garnek na stole. – Już późno, mężczyźni muszą zaraz wracać do pracy.

Spojrzałam na ojca i Akiosa i zobaczyłam, że mają wilgotne włosy. Zdążyli już popracować w polu. Zawstydziłam się.

– To przez tę podróż, matko. Byłam taka zmęczona, zazwyczaj nigdy…

Podeszła do mnie i pocałowała mnie w czoło.

– Doskonale to rozumiem. Nikt nie ma do ciebie pretensji, Maresi.

– Muszę najpierw zaczerpnąć świeżego powietrza – wymamrotałam pod nosem i sięgnęłam po mój czerwony płaszcz wiszący na haku przy drzwiach, gdzie poprzedniego wieczoru powiesiła go matka. Był prawie całkowicie suchy, więc zarzuciłam go sobie na ramiona. Na nogi założyłam duże buty ojca.

To już nie był poranek. Padał deszcz i ptaki prawie nie śpiewały. Ruszyłam ścieżką wokół domu prowadzącą do budynku gospodarczego, który stał tam, gdzie zawsze. To stamtąd rozpościerał się jeden z najpiękniejszych widoków na naszą wieś. W dole, w dolinie za wszystkimi zabudowaniami, płynął strumyk. Wokół wsi rozciągały się pola, ciemne i gliniaste. Za nimi znajdował się las, mroczny i cichy, skąpany w deszczu. Ze wszystkich kominów wydobywał się dym, ale w odróżnieniu od poprzedniego wieczoru wioska tętniła życiem: z obór dobiegały odgłosy zwierząt, jakaś dziewczyna wyrzucała kurom resztki ze śniadania. Nie zauważyła mnie, a ja jej nie rozpoznałam. Domyśliłam się tylko po jej wieku, że to musi być Lenna Adonsdotter, która była niemowlęciem, gdy opuszczałam Rovas. Inna kobieta w zamaszystej, brązowej spódnicy nabierała wody ze strumienia. Z takiej odległości nie mogłam dostrzec, kto to taki.

Dotarłszy do budynku gospodarczego, nagle przypomniałam sobie o Szarogłowej. Była przywiązana do drzewa. Pobiegłam do niej. Miała pysk pełen świeżych gałązek. Spojrzała na mnie z wyrzutem. Pogłaskałam ją między uszami i stokrotnie przeprosiłam, po czym ją odwiązałam i zaprowadziłam w dół, do strumyka, żeby mogła się napić. Po drodze nikogo nie spotkałyśmy. Popędzałam ją, jak tylko się dało. Na samą myśl o kaszce z jarzębiny dostawałam ślinotoku.

Wchodząc do domu, usłyszałam stukot łyżek i rozmowy. Wyskoczyłam z butów ojca, powiesiłam płaszcz przy drzwiach i strzepnęłam z włosów wilgoć. Moje miejsce przy stole było wolne. Usiadłam i dostałam miseczkę parującej kaszki. Wokół mnie rozmawiała i śmiała się moja rodzina, moja krew, lecz ja byłam zbyt skupiona na jedzeniu, by włączyć się do rozmowy.

– Za kogo wyszłaś za mąż? – spytałam w końcu z pełną buzią. Náraes się uśmiechnęła.

– Za Jannarla.

Podniosłam wzrok.

– Tego od sąsiadów?

Uśmiechnęła się.

– Tak. Teraz tam mieszkam.

Jak przez mgłę pamiętałam jasnowłosego młodzieńca o kiepskiej cerze, który miał w zwyczaju żartować sobie z Náraes, gdy wiozłyśmy ziarno do młyna. Spojrzałam na moją siostrę. Trudno mi było uwierzyć, że jest teraz mężatką z dwojgiem dzieci i z trzecim w drodze. Że każdej nocy dzieli łoże z mężczyzną. Że już nie mieszka z matką i ojcem. Ojciec Jannarla miał dobrze prosperujące gospodarstwo, więcej pola i większy dom. Náraes przeprowadziła się do niego i stała się częścią jego rodziny. Teraz dbała o ich dom razem z jego matką.

– Máros wciąż mieszka w rodzinnym domu? – spytałam, a Náraes kiwnęła twierdząco głową. Máros to młodszy brat Jannarla, mniej więcej w wieku Náraes. Często bawiliśmy się ze sobą: Máros, Náraes, moja najlepsza przyjaciółka Sannarl, Marget z Vitgården i ja. Máros jest głuchy, ale wymyśliliśmy różne znaki rękami i miny, dzięki którym świetnie się rozumieliśmy.

– Ale Maresi, teraz ty coś opowiedz. – Matka dołożyła mi kaszki i odgarnęła z mojego czoła niesforny kosmyk. Usiadła na ławie obok ojca i podała miseczkę Maressie, która pakowała sobie kaszkę do buzi, nie odrywając ode mnie wzroku. – Gdzie byłaś? Co się z tobą działo? Jak do nas wróciłaś?

– Na mulicy.

Wszyscy parsknęli śmiechem, lecz Maressa spojrzała na mnie poważnie.

– Masz własną mulicę? – spytała, zaskakując mnie tym, jak ładnie mówi.

– Tak, należy do mnie i ma na imię Szarogłowa.

Na twarzy ojca pojawiło się zaskoczenie.

– Jest na zewnątrz? Przecież mamy miejsce w chlewiku.

– Nie teraz, Enre – powiedziała matka zniecierpliwionym tonem. – Pozwól Maresi mówić! – Sięgnęła po swoje wrzeciono i wróciła do przędzenia wełny. Nigdy nie widziałam matki siedzącej bezczynnie.

Więc opowiadałam. Podsumowanie tych ośmiu lat nie było prostym zadaniem. Z trudem relacjonowałam najważniejsze i najboleśniejsze wydarzenia. Pominęłam tylko, że otworzyłam drzwi Haggi i zabiłam wszystkich mężczyzn, którzy wtargnęli na Menos, by nas skrzywdzić. Pomyślałam, że jeszcze nadarzy się okazja, by o tym wspomnieć. Zamiast tego opisałam wyspę Menos i to, jak tam dotarłam, wędrując z karawanami i płynąc statkiem. Mówiłam o moim zagubieniu w pierwszych dniach pobytu na wyspie. Opowiedziałam im o tym, jak wygląda Klasztor i jak się tam żyje, o szarych, kamiennych budynkach (tutaj nikt nie widział domu z kamienia, w Rovas buduje się z drewna), o górach i drzewkach oliwnych, o bezkresnym morzu. O siostrach i ich wyjątkowych umiejętnościach, o różnych domach i co to oznacza, jeśli zostanie się wybraną do któregoś z nich. Opowiedziałam im o zbiorach krwistego ślimaka i o tym, że dzięki niemu możemy się utrzymać. A także o moich przyjaciółkach, o Tobie, Jai i Heo, o tym, że przybyłyśmy na Menos z różnych stron i z różnych powodów. Mówiłam o Domu Wiedzy i znajdującym się w nim Skarbcu. Próbowałam im wyjaśnić moją miłość do ksiąg – lecz trudno to wytłumaczyć komuś, kto nie umie czytać ani pisać. Tak jak decyzję o opuszczeniu Klasztoru i powrocie do domu, by założyć szkołę.

– Szkoła – wolno powtórzyła matka. – Co będziesz w niej robić?

– Przede wszystkim uczyć dzieci czytania i pisania. Liczyć. Będę im też opowiadać o historii i sąsiednich krajach.

– Czemu miałoby to służyć? – Matka spojrzała na mnie pytająco, a jej wrzeciono przyspieszyło. – Tutaj nauka nie jest potrzebna. Dzieci pomagają w gospodarstwie jak tylko podrosną. Dokładnie tak jak ty, kiedy byłaś mała. I nie opuszczają wioski, no chyba że poślubią kogoś z sąsiedniej wsi.

Próbowałam wymyślić jakąś odpowiedź, która nie uraziłaby matki, gdyż sama nie umiała czytać ani pisać, lecz gdy spojrzałam w jej ciepłe oczy, nie byłam w stanie nic powiedzieć.

– To dobry pomysł, Maresi – odezwał się ojciec. – Wiedziałem, że jesteś wyjątkowa, jeszcze kiedy byłaś dzieckiem i opowiadałaś Akiosowi długie historie.

Matka zamarła, słysząc słowa ojca. Zerknęłam na nią i zobaczyłam mocno zaciśnięte usta i zmarszczkę między brwiami. Nie miała jej, gdy byłam mała.

Náraes wstała i wzięła Dúlan na ręce.

– Muszę wracać do domu. Jannarl niedługo wróci i będzie chciał coś zjeść.

– Chcę zobaczyć mulicę – stanowczym tonem oświadczyła Maressa.

– Zobaczysz, jak wyjdziemy. Chodź. – Náraes wyciągnęła rękę, a Maressa posłusznie zsunęła się z ławy, na której siedziała. Przy drzwiach ojciec pomógł im się ubrać.

Po ich wyjściu ojciec i Akios również się ubrali i wyszli na pole, nie zważając na deszcz. Pomogłam matce sprzątnąć ze stołu, napełniłam kocioł wodą z beczki stojącej przy drzwiach i usiadłam, czekając, aż się zagotuje. Matka dołożyła do ognia, po czym wytarła ręce w fartuch.

Moja rodzina się zmieniła. Ojcu posiwiała broda, Akios to teraz młody mężczyzna, a Náraes przeszła największą przemianę z nich wszystkich – stała się kobietą i miała dzieci. Tylko matka wygląda tak jak zawsze. Gęste, brązowe włosy. Dobre, ciepłe oczy. Spierzchnięte dłonie. Gruby warkocz owinięty wokół głowy i fartuch w paski zawiązany na utkanej w domu spódnicy z typowymi dla Rovas haftami kwiatowymi wzdłuż lamówki. Jest szczuplejsza niż kiedyś, poważniejsza. Pamiętam matkę, która się śmiała, często i głośno.

Do śmierci Anner.

– Ależ ci włosy urosły! Przypominają włosy twojej babci, są tak samo gęste – stwierdziła matka, głaszcząc mnie po głowie. – I mówisz inaczej.

– Mieszkanki Menos posługują się innym językiem – odparłam. – Moje usta jeszcze się nie przyzwyczaiły do tego, by znowu mówić po naszemu.

– Trudno się było go nauczyć?

Przypomniałam sobie, jak to było, gdy dotarłam na Menos i nic nie rozumiałam. Myślałam, że umrę z tęsknoty za domem. Jedynym pocieszeniem byłaś Ty, Ennike Różo i Twoja dobroć. Czy kiedykolwiek Ci za to podziękowałam? Robię to teraz. Nie wiem, czy bym przeżyła, gdybyś się mną nie zaopiekowała, gdybyś nie nauczyła mnie języka. Miałaś tyle cierpliwości. Przytulałaś mnie w nocy, gdy płakałam tak bardzo, że moja poduszka była cała mokra od łez.

– Tak – wyszeptałam. – To było bardzo trudne.

Matka stała przede mną w milczeniu, przyciskając ręce do piersi. Wyciągnęła dłoń, jakby chciała mnie pogłaskać, lecz szybko ją cofnęła.

– Pójdę po grzebień – powiedziała i zniknęła. Wróciła z wypolerowanym od używania grzebieniem, który pamiętałam z dzieciństwa.

– Tym grzebieniem Náraes wyrwała mi mnóstwo włosów – oznajmiłam, marszcząc czoło. Matka uśmiechnęła się i położyła rękę na mojej łopatce.

– No już, odwróć się.

Zaczęła od skołtunionych końcówek. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się dłońmi matki w moich włosach, dymem z paleniska drażniącym mój nos i smakiem jarzębiny oraz miodu na moim języku.

– Nie przeszłaś tutaj rytuału plecenia włosów – stwierdziła zamyślona matka. – Opuściłaś dom jako mała dziewczynka, a teraz jesteś na to zdecydowanie za stara.

– Krwawię już.

– Tak, to zrozumiałe, przecież masz już prawie siedemnaście lat.

Matka umie liczyć. Potrafi to większość ludzi stąd. Trzeba zliczyć wieczorem zwierzęta, jaja w koszyku i snopki zboża na polu. To wymaga umiejętności liczenia do ponad dwudziestu.

Rytuał plecenia włosów odbywa się, gdy dziewczynka ma pierwsze krwawienie. Czwartego dnia czesze się i splata jej włosy. Odtąd już zawsze nosi je związane, na znak tego, że stała się kobietą. Ale ja nie chcę zaplatać moich włosów. Na Menos nie było takiego zwyczaju, więc i tutaj nie zamierzam tego robić. Szybko zmieniłam temat rozmowy.

– Opowiedz mi coś, matko.

– Ja? – Matka prychnęła. – To ty masz co opowiadać.

– Zaśpiewaj jakąś pieśń. Wszystko jedno jaką.

Matka milczała przez chwilę. Dotarła grzebieniem do karku, przejechała po skórze, a ja zakwiliłam. Wtedy zaczęła śpiewać.

Niedźwiedzica do miodu

towarzystwa nie miała,

i na czarnym nieboskłonie

męża dla się szukała.

To było prawie jak sen. Móc poczuć we włosach ciepłe, przyjazne dłonie matki. Usłyszeć, że dla mnie śpiewa, tak jak to robiła wiele razy, gdy byłam malutka. Nie ma pieśni, której by nie znała. Minęła dłuższa chwila, zanim na tyle odzyskałam panowanie nad sobą, że mogłam coś powiedzieć.

– Byliście ostatnio u ciotki w Murik, matko?

– Nie. Dawno tam nie byliśmy. Wiesz, ile pracy jest na gospodarstwie, a kiedy mam wolną chwilę, to pomagam Náraes przy dzieciach. Wiosną drogi są w strasznym stanie, a tej zimy spadło dużo śniegu. Nie mamy już konia, więc nie możemy pojechać tam saniami, tak jak to robiliśmy, gdy byłaś mała. Ale od Káruna Eiminssona wiemy, że żyją i są zdrowi. Pamiętasz go? Jest drwalem i myśliwym, mieszka w małej chałupie w lesie przy drodze na Jóla, i przemieszcza się częściej niż my.

Pokręciłam przecząco głową. Nie pamiętałam żadnego Káruna. O tylu rzeczach zapomniałam.

– Nie musisz oporządzić zwierząt? – spytałam.

– Nie, już nie. Musieliśmy je zabić poprzedniej zimy głodu.

– Przecież… gdy się skończyła, kupiliśmy świnię?

Dłoń matki trzymająca grzebień na chwilę się zatrzymała.

– Przeżyliśmy więcej niż jedną zimę głodu, Maresi. Trzy lata temu susza zabrała nawet żyto. By przeżyć, musieliśmy pożyczać ziarno na siew i jedzenie od nowego nádora.

– Macie nowego nádora?

– Tak. Po drugim głodzie król Urundien wymienił starego nádora na nowego. Nie wiemy, dlaczego nic nam się tutaj nie mówi. – Zauważyłam, że wspominając o nádorze, ściszyła głos. Jakby bała się, że ktoś mógł ją usłyszeć. – Może dlatego, że nie płacimy podatków. Nowy nádor jest inny. Poprzedni głównie siedział w zamku i nie wtrącał się do nas, obchodziły go tylko daniny. Ten, którego teraz mamy… – zamilkła. Jakby ściany miały uszy. – Wszyscy mamy u niego długi.

Odwróciłam się tak szybko, że matka szarpnęła mnie grzebieniem.

– Jak duże są długi ojca?

– Duże. Ale nie martw się tym. – Pochyliła się i mnie objęła. – Tak się cieszymy, że znowu jesteś w domu, Maresi. Nie będziemy mówić o smutnych rzeczach pierwszego dnia po twoim powrocie do domu. – Wyprostowała się i uniosła pasmo moich włosów, teraz gładkich i bez kołtunów. – Nie widzę nic złego w tym, by ominąć rytuał i po prostu teraz zapleść ci włosy. Kiedyś trzeba to zrobić. Chcesz jeden warkocz czy dwa?

Odwróciłam się i łagodnie wyswobodziłam włosy z jej dłoni.

– Nie splatam włosów. Na Menos tego nie robimy.

Matka przyglądała mi się przez chwilę. Opuściła rękę.

– Woda się gotuje. Chcesz zmywać czy wycierać?

Nie wracałyśmy już później do tego tematu, ale widzę, że matkę martwi to, że nie chcę splatać włosów. Albo raczej, że jej to przeszkadza niczym swędzące ugryzienie komara.

Pora wślizgnąć się do łóżka.

Twoja Maresi

Jai, Przyjaciółko Moja!

Odkąd wróciłam do domu, minęło już parę dni. Nie wiem, co o tym myśleć. Jestem zmęczona i wybacz, że w nie najlepszym nastroju.

Pierwszego dnia pomagałam matce i większość czasu spędziłam w domu. Byłam słaba i rozstrojona. Nie chciałam skupiać na sobie uwagi. Zamiast tego wypytałam matkę o mieszkańców wioski. Najpierw stwierdziła, że wszystko jest po staremu.

– Bo co niby miałoby się tutaj zmienić? – oświadczyła. Ale myli się. Tylko w jej oczach wszystko jest takie jak zawsze i dzieje się tak jak zwykle. Dla mnie dużo się zmieniło.

Moja przyjaciółka Sannarl, z którą w dzieciństwie bawiłam się prawie codziennie, zmarła krótko po tym, jak opuściłam Rovas. Jej rodzina mieszkała w małej chatce za wsią, nie mieli pola, a ojciec był drwalem. Gdy przyszedł głód – po lecie, w którym w okolicach Midsommar mróz zniszczył większą część żyta, a resztę wypłukał deszcz – nie było nikogo, kto mógłby im sprzedać żywność. Już jesienią cała rodzina wyszła na drogi, by żebrać. Wróciły tylko matka i młodsza siostra Sannarl. Rok po moim wyjeździe zmarła również matka mojego ojca, ze starości i z głodu.

Tęsknię za nią. Pamiętam jej miękkie, pomarszczone policzki i łagodny głos, którym mówiła do nas, swoich wnucząt.

Odkąd wyruszyłam w drogę, w naszej wiosce i w sąsiedniej urodziło się mnóstwo dzieci. Wioska jest taka jak kiedyś, domy stoją tam, gdzie zawsze stały. Także w czasach, kiedy mój ojciec był mały. Ojciec Jannarla dobudował jeszcze jedną izbę dla Jannarla i Náraes. Mieszkają w niej razem z dziećmi. Poza tym domy niewiele się zmieniły, może są tylko trochę bardziej poszarzałe. Jest mniej zwierząt niż wtedy, kiedy byłam dzieckiem, ale więcej, niż kiedy uciekałam przed głodem. Moi towarzysze zabaw dorośli, ich rodzice się zestarzeli, lecz życie toczy się tak samo: trzeba ciężko pracować od świtu do nocy.

Drugiego dnia po kolacji matka, sprzątając garnek ze stołu, oświadczyła, że powinnam pomyśleć o tym, by odwiedzić sąsiadów.

– Żeby wiedzieli, że nasza córka naprawdę wróciła do domu.

Zrozumiałam, że to dla niej ważne. Że być może chroniła mnie przed ciekawskimi wizytami, bym mogła odpocząć, ale teraz chce już pokazać mieszkańcom wsi, iż wróciłam.

– Nie mogę pójść z gołymi rękami – powiedziałam, a matka i ojciec pokiwali głowami ze zrozumieniem. Zwykłe wizyty nie wymagają prezentów, lecz to nie miała być zwykła wizyta. A przy specjalnych okazjach Rovańczycy wręczają sobie małe upominki.

– Możesz pójść jutro – zaproponowała matka. – Żebyś zdążyła się przygotować.

Później tego samego wieczoru wyjęłam sól, którą kupiłam w Vallerien, i czerwoną, wełnianą tkaninę, którą Matka schowała mi do worka. Pocięłam ją na kawałki i uszyłam z nich małe woreczki. Ozdobiłam je haftami, które przyszły mi do głowy: różą, jabłkiem i muszelką. Użyłam do tego czarnej i białej nici matki. Wiem, właśnie podnosisz brew w ten sam sposób co zawsze, gdy Cię zaskakuję. Myślisz, że Maresi nie potrafi szyć. Ale haftowanie to co innego. To dawna miejscowa tradycja. Nauczyłam się haftować od matki i Náraes jeszcze jako mała dziewczynka. Wypełniłam woreczki solą. Sól to tutaj drogocenny towar. Cały handel solą odbywa się przez Urundien i wszystkie tamtejsze kopalnie oraz kopalnie państw lennych należą do władcy. Rzeka Kyris, która płynie na wschód od naszej wioski i nad którą leży miasto Kandfall z zamkiem nádora, nazywana jest przez ludzi słoną rzeką, ponieważ cała sól z kopalni w górach jest transportowana jej wodami do Irindbul.

Następnego dnia byłam gotowa i wyszłam z domu z moimi woreczkami. Najpierw poszłam do sąsiadów. Ich bałam się najmniej. Zapukałam do drzwi i zgodnie z tutejszym zwyczajem weszłam do środka, nie czekając na odpowiedź. Máros przywitał się ze mną jako pierwszy, wykonał znak ręką, jak wtedy gdy byliśmy mali. Nie słyszy po chorobie, którą przeszedł jako dziecko, lecz mimo tego bawiliśmy się ze sobą bez przeszkód.

U sąsiadów nic się nie zmieniło, z wyjątkiem drzwi prowadzących do izby, gdzie teraz mieszka moja siostra ze swoją rodziną. Klepisko było mocno udeptane i przykryte warstwą chrzęszczącej słomy, w palenisku palił się ogień, a na długim stole leżał pięknie haftowany obrus. Sprawność Feiry, matki Jannarla, w posługiwaniu się igłą hafciarską, była szeroko znana.

– Spójrzcie, oto nasz przybysz – powiedziała Feira, wstając z krzesła obok paleniska, przy którym tkała. Wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałam: siwe włosy ściśle zaplecione i owinięte wokół głowy, lniana koszula i spódnica w brązowe paski przewiązana fartuchem. Wokół nadgarstków i kostek u stóp miała zawiązane kolorowe krajki w starym romańskim stylu. Była równie chuda co kiedyś i nieskora do uśmiechu. – Ojciec, podaj róg.

Z dobudowanej izby wybiegła Maressa. Zaraz za nią wyszli Jannarl i Náraes. Dúlan siedziała na kolanach swojego dziadka, lecz po słowach żony Haimar wstał, posadził dziewczynkę na podłodze, wziął róg ze stojaka na ścianie i napełnił go bimbrem z dzbana. Następnie przykuśtykał do mnie. Utykał jeszcze przed moim urodzeniem. Postrzelił się w nogę, kiedy Jannarl był mały.

Piłam dostojnie z rogu, pierwszy raz jako gość. Ojciec wiele razy częstował u nas gości trunkiem, lecz mnie jeszcze nigdy nie proponowano alkoholu. Róg krążył wokół stołu i nawet Maressie pozwolono powąchać jego zawartość. Skrzywiła się.

– Fuj!

Wręczyłam Feirze czerwony woreczek z solą. Wzięła go ode mnie obojętnie, ale Náraes zrobiła wielkie oczy. Feira postawiła ostrożnie podarek obok dzbana z bimbrem.

Dziwnie się czułam, siedząc przy stole sąsiadów i rozmawiając o letnim siewie i minionej zimie. Zauważyłam, że Feira przyglądała się moim rozpuszczonym włosom, lecz nic nie powiedziała. Máros nie odrywał wzroku od mojej twarzy, a ja żałowałam, że nie mogę mu opowiedzieć o mojej podróży i życiu na Menos. Kiedy próbowałam pokazać mu na migi wyspę, okazało się, że nasz wspólny język jest zbyt ubogi. Jak miałabym mu opisać wyspę otoczoną morzem, jemu, który nigdy nie widział niczego innego poza naszą wioską i otaczającym ją lasem? Najbardziej oddalił się od domu, idąc do gaju ofiarnego i na cmentarz w dolinie. Znał się na drzewach i polach, lecz bez wspólnych słów nie potrafiłam mu wyjaśnić, czym jest morze.

Po jakimś czasie grzecznie podziękowałam za gościnę i poszłam dalej, do Białej Zagrody, nazywanej tak dlatego, że futrynę drzwi wykonano z białego drewna pochodzącego ze srebrnych drzew z cmentarza. Nikt nie powinien podnosić siekiery czy noża na rzadkie srebrne drzewa rosnące na cmentarzu, bo w ten sposób ściąga się nieszczęście na swój dom i rodzinę na wiele pokoleń. Ale czasami sprytni snycerze podnoszą z ziemi powalone przez burzę konary i wystrugują trzonki noży lub świeczniki albo inne mniejsze przedmioty z tego wiecznie białego, gładkiego niczym kamień drewna. Nigdzie indziej jednak poza Białą Zagrodą nie widziałam wykonanej z niego futryny.

Ledwo zdążyłam zapukać, a Marget już otworzyła drzwi i rzuciła mi się na szyję.

– Maresi! – krzyknęła mi prosto do ucha. – Maresi!

Odsunęłam moją dawną przyjaciółkę na odległość ręki i spojrzałam na nią. Teraz jestem od niej o głowę wyższa. Jej oczy błyszczą tak samo jak oczy Róży. Ma szeroki, mocno zarysowany podbródek, duży nos i ciemne brwi.

– Matka powiedziała mi, że wróciłaś do domu, ale jej nie uwierzyłam – oświadczyła i zmierzyła mnie wzrokiem tak dokładnie jak ja ją. – Nie zaplatasz? – zdziwiła się i wzięła w palce kosmyk moich brązowych włosów. – Co za płaszcz!

Przez chwilę było mi wstyd, że go założyłam. Jest taki piękny i drogi, tak różny od tego, do czego przywykli ludzie z Rovas.

– Wpuść dziewczynę. – W głębi domu rozległ się kobiecy głos i Marget wciągnęła mnie do środka. Cała rodzina siedziała przy pomalowanym na czerwono stole, jakby się mnie spodziewali: Lenna, młodsza siostra Marget, młodsza od Akiosa, i ich matka Seressa oraz babka Kild. Brakowało tylko ojca, Ádona.

– Ojciec poszedł do zwierząt – wyjaśniła Marget, zanim zdążyłam o niego spytać. – Mamy krowę i świnię – dodała z dumą.

– Obie wzięte pod zastaw – wymamrotała pod nosem Kild, ale nikt nie przejął się tym, co powiedziała staruszka.

Gospodyni postawiła przede mną róg z bimbrem, znowu się napiłam i podałam go dalej, po czym wyjęłam mój podarek.

– Coś takiego! – zawołała Seressa. – Najwyraźniej dobrze ci się wiodło w wielkim świecie. Nie przypuszczaliśmy, że jeszcze kiedyś cię zobaczymy, Maresi, nie przypuszczaliśmy.

Lenna usiadła, odstawiła róg i znowu wyjęła swoją robótkę.

– Ani że wrócisz do domu, zachowując cześć i honor. Tak w każdym razie mówiła babka. – Spojrzała na mnie prostodusznie. – Zachowałaś swoją cześć i honor, Maresi?

Nie wiedziała, o co mnie pyta, ale starsze kobiety owszem. Zauważyłam, jak Seressa mierzy mnie wzrokiem. Wściekła Marget uciszyła swoją siostrę, lecz ja spojrzałam jej prosto w oczy.

– Owszem, Lenno. Tak jak i ty.

Usiadłam przy stole i spojrzałam na pozostałe kobiety. Wszystkie miały coś w rękach: Lenna coś małego do zszycia, Marget piękny haft, a Seressa włóczkę. Tylko Kild wzrok nie pozwalał już na ręczne robótki. Dziwnie się czułam, siedząc tu jako gość, bezczynnie, podczas gdy pozostałe kobiety nie próżnowały.

– Więc powiedziałam, że jej jaja nie są tyle warte – powiedziała Seressa, najwyraźniej kontynuując rozmowę, którą prowadziły przed moim przyjściem. – Dałam jej niewielki ser, to powinno wystarczyć!

Kild skinęła twierdząco głową.

– Zawsze żąda zbyt wysokiej zapłaty. Ale taka już jest, nie znosi się targować.

– Maresi, może nam opowiesz, jak się ubierałyście w tym klasztorze? – zaproponowała Marget.

– Nie nosiłyśmy niczego, co nazwałabyś ładnym – odparłam wolno. – To był prosty strój. Spodnie, lniana tunika i chustka na głowę. Biała dla nowicjuszek i niebieska dla sióstr.

– Czy wszystkie mają takie piękne nakrycia jak ty? – Marget zerknęła z zazdrością na płaszcz, który powiesiłam na drewnianym kołku.

– Nie. Ten uszyła dla mnie w pożegnalnym prezencie moja przyjaciółka Jai. Powiedziała, że dzięki niemu będzie mi ciepło i sucho podczas podróży. I miała rację.

– Skąd wzięłaś odwagę, by przebyć tę długą drogę zupełnie sama? Nie bałaś się? – Lenna przybliżyła swoją robótkę do twarzy i skoncentrowana wbiła igłę w materiał.

– Czasami się bałam. Ale nie jakoś bardzo. Wiedziałam, że nie umrę w trakcie tej podróży. – Nie chciałam im wyjaśniać, kim jest Hagga, i mówić o tym, że będę wiedziała, kiedy otworzy dla mnie swoje drzwi. Nie chciałam opowiadać, co uczyniło mnie inną od nich, więc szybko zmieniłam temat.

– Marget, co haftujesz?

Marget oblała się rumieńcem.

– Czepiec weselny – odparła cicho.

– Marget zamierza poślubić waszego Akiosa – zdradziła Lenna. – Chce zostać panią na Enresbacka.

Spojrzałam zaskoczona na Marget, która tak mocno pochyliła się nad swoim haftem, że widziałam tylko jej jasną głowę.

– Akios ma dopiero piętnaście lat! Nie jest trochę za młody na małżeństwo?

– Jest – odparła jej matka stanowczym tonem. – Poza tym nie poprosił jej o rękę. – Wbiła wzrok w swoją młodszą córkę, która prychnęła. – Lenna, nie wtrącaj się w coś, czego nie rozumiesz. – Następnie spojrzała na Marget. – Można sobie szyć ślubny strój, nic w tym złego. To zajmuje kilka lat. Do tego czasu wiele się może wydarzyć.

– Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe – wyszeptała Marget.

– Oczywiście, że nie – odparłam, po czym dotarło do mnie, co miała na myśli. Jeśli Akios ożeni się z Marget lub z jakąś inną dziewczyną, to zostanę niezamężną siostrą. Będę ostatnia w domowej hierarchii, po matce i żonie Akiosa, we wszystkich sprawach dotyczących prowadzenia domu.

– Idź do spiżarni, Marget – powiedziała jej matka. – I przynieś borówki Lenny.

– Sama zbierałam je jesienią i włożyłam do słoików! – pochwaliła się Lenna. – Poza tym wydoiłam Klöver i spieniłam mleko, więc mamy do nich śmietanę!

W końcu się pożegnałam i opuściłam Białą Zagrodę, by odwiedzić następne gospodarstwo, zwane Bäckas, ponieważ znajduje się nad strumykiem. Mieszkają tam tylko dwie osoby: wdowa Béru i jej syn Árvan. Trudno mi się tam szło. Nie byłam u Béru zbyt wiele razy, a Árvan to jedyny poza Jannarlem i Márosem młody mężczyzna w wiosce. Nie nawykłam do męskiego towarzystwa. Mój ojciec i brat to jedno, ale – po tym, co się wydarzyło w krypcie, gdy Hagga pożarła wszystkich mężczyzn, którzy przybyli na wyspę po Jai – mam awersję do męskich głosów. Boję się ich. Wciąż pamiętam te ogolone głowy i wytatuowane ramiona. Ich broń, ich głośny śmiech. Spokojny, lecz lodowaty głos ojca Jai. Woń męskiej krwi, gdy Hagga zasysała ich przez swoje drzwi. Drzwi, które dzięki mnie były otwarte.