68,00 zł
Bogaty zbiór korespondencji obejmujący całe życie słynnego pisarza
Listy Vonneguta przypominają jego powieści, opowiadania, artykuły i eseje — skłaniają do myślenia, podnoszą na duchu, budzą sprzeciw wobec niesprawiedliwości, ukazują rzeczywistość w nowym świetle, podważają utarte przekonania i niezmiennie bawią.
Pisane przez ponad sześć dekad listy do najróżniejszych adresatów zawierają wiele celnych uwag Vonneguta na temat wydarzeń w jego życiu prywatnym i zawodowym, a także są pełne błyskotliwych cytatów dotyczących nauki, sztuki, gospodarki i polityki. Towarzyszące im uwagi wieloletniego przyjaciela autora, Dana Wakefielda, dostarczają niezbędne wyjaśnienia i przybliżają kontekst każdego listu. Z tej niezwykłej korespondencji wyłania się portret człowieka — i pisarza —którego cięty humor, nieustępliwa ciekawość i szczery humanizm uczyniły jedną z najważniejszych postaci literatury XX wieku. Właśnie dlatego listy te można traktować jako swoistą autobiografię, której Kurt Vonnegut nigdy nie spisał, choć być może napisał ją mimochodem — dzień po dniu, list po liście…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 495
Kurt Vonnegut Listy Tytuł oryginału
Letters
ISBN Copyright © 2012, The Kurt Vonnegut Jr. Trust No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790). Published by arrangement with Random House, a division of Penguin Random House LLC. Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2026 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2026 All rights reserved Redakcja Joanna Fortuna Korekta Tomasz Hoga, Julia Młodzińska Ilustracja na okładce Jędrzej Chełmiński Źródła zdjęć (wkładka): Alex Vonnegut, ze zbiorów Richarda Vonneguta (1); Edie Vonnegut (2, 11, 12); Nanny Vonnegut (3, 6); Otis Kidwell Burger (4, 5); Harry Ransom Center, The University of Texas at Austin (7); Gail Godwin Papers, Southern Historical Collection, Wilson Library, UNC at Chapel Hill, za zgodą John Hawkins & Associates, Inc. (8); Loree Wilson Rackstraw (9); JeromeKlinkowitz (10); Don Farber (13); Dan Wakefield/The Lilly Library (14); Time Life Pictures/Getty Images (15); Buck Squibb (16) Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90
www.zysk.com.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Zebrane w tej książce listy Kurta Vonneguta opowiadają historię życia pisarza, którego twórczość cieszy się wielką poczytnością na całym świecie, i można sądzić, że jeszcze przez długi czas nie ulegnie to zmianie. Korespondencja Vonneguta jest równie osobista, błyskotliwa, dowcipna i rozbrajająco przenikliwa, jak jego powieści, opowiadania, artykuły i eseje. Nikt nie potrafiłby opisać tego życia tak prawdziwie i dogłębnie, jak właśnie Vonnegut w swoich listach do dzieci, przyjaciół, wydawców, miłośników ze środowiska akademickiego, krytyków, a także tych, którzy chcieli umieścić jego twórczość na indeksie.
Lektura tych listów pozwoliła mi lepiej poznać mojego przyjaciela Kurta Vonneguta i jeszcze bardziej go docenić. Nic nie przychodziło mu łatwo. Ale też nic go nie zniechęcało — ani rozliczni redaktorzy i wydawcy, którzy odrzucali jego książki i opowiadania; ani ludzie z Wydziału Antropologii Uniwersytetu w Chicago, którzy odrzucili nie jedną, ale dwie jego prace magisterskie (i przyznali mu dyplom dopiero po tym, jak stał się sławny); ani osoby z Fundacji Guggenheima, które odrzuciły jego pierwszy wniosek o stypendium; ani powątpiewający w jego możliwości krewni i przyjaciele, tacy jak wujek Alex, który powiedział, że nie jest w stanie przeczytać zadedykowanej mu przez Kurta powieści Syreny z Tytana, czy ciotka Ella Stewart, która nie chciała sprzedawać jego książek w swojej księgarni w Louisville, ponieważ uważała je za gorszące; ani sąsiedzi z Cape Cod, którzy nie czytali jego książek i nie wyrażali zainteresowania tym, jak zarabia na życie; ani kuratoria, które wpisały jego książki na czarną listę (a jedno poleciło spalić je w piecu), chociaż urzędnicy ich nie przeczytali; ani krytycy akademiccy, którzy go lekceważyli i nie cenili; ani uszczypliwi recenzenci, którzy usiłowali go zgnębić, kiedy stał się sławny; ani biurokraci, z którymi walczył o prawa pisarzy na całym świecie; ani prawicowe organizacje chrześcijańskie, potępiające człowieka, który nazwał Jezusa Chrystusa „największym i najbardziej ludzkim z ludzi”1. Lektura tych listów wyprowadzi z błędu każdego, kto wyobraża sobie, że życie pisarza może być łatwe — nawet takiego, który w końcu zdobywa sławę i pieniądze. A także każdego zainspiruje.
Po raz pierwszy usłyszałem nazwisko Kurt Vonnegut wiosną 1950 roku, w ostatniej klasie Shortridge High School w Indianapolis, kiedy przyznałem się nauczycielowi, że chcę zostać pisarzem. Zmarszczył z zaniepokojeniem brwi, pocierał przez chwilę brodę, skinął głową i powiedział: „No tak, jednemu z naszych uczniów się udało — nazywa się Vonnegut”. Dowiedziałem się, że „uczeń o nazwisku Vonnegut”, który rozpoczynał karierę pisarską w naszej szkolnej gazetce „Shortridge Daily Echo”, na początku tego roku opublikował w czasopiśmie „Collier’s” swoje pierwsze opowiadanie. Czyli jak dla mnie zdobył Olimp.
Ani ten nauczyciel, ani nikt inny na świecie — z wyjątkiem Jane Marie Cox, ukochanej Kurta z dzieciństwa i koleżanki z klasy, która została jego pierwszą żoną i matką jego pierwszych trojga dzieci — nie wierzył, że Vonnegut zostanie światowej sławy pisarzem, którego dzieła będą tłumaczone na wszystkie najważniejsze języki świata. Jego najstarszy syn Mark napisał w swoim pamiętniku Just Like Someone Without Mental Illness Only More So o latach zmagań Kurta: „Moja matka […] wiedziała, że mój ojciec będzie sławny i że to wszystko okaże się warte świeczki. Bardziej niż on sam wierzyła, że Kurt zostanie sławnym pisarzem”.
Dorastając w Indianapolis w latach trzydziestych i czterdziestych, moi przyjaciele, ja i nasze rodziny znaliśmy nazwisko Vonnegut — firma Vonnegut Hardware Company miała siedzibę w centrum i oddziały w różnych dzielnicach. Kiedy Kurt chodził do liceum, podczas wakacji letnich pracował w głównym sklepie u swojego stryjecznego dziadka Franklina Vonneguta — przygotowywał paczki do wysyłki i przez pewien czas obsługiwał windę towarową. Napisał później do fana z Indianapolis, który również pracował w tym sklepie: „Doświadczenie to ukształtowało moje wyobrażenie piekła. Piekło to obsługa windy przez całą wieczność w budynku, który ma tylko sześć pięter”. Szanował jednak założoną przez swoich przodków firmę, czemu dał wyraz w Niedzieli palmowej: „Podobało mi się to, co sprzedawaliśmy. Wszystko było takie porządne i praktyczne”2.
Jako dziecko rozumiałem gospodarcze znaczenie Vonnegutów dla miasta, ale dopiero o wiele później odkryłem ich ogromny wkład w kulturę Indianapolis. Pradziadek Kurta, Clemens Vonnegut, wyemigrował z Niemiec w 1848 roku, a dwa lata później osiedlił się w Indianapolis. Nie tylko założył Vonnegut Hardware Company, lecz także głęboko zaangażował się w życie kulturalne miasta. Założył Freethinker’s Society of Indianapolis [Stowarzyszenie wolnomyślicieli] i Indianapolis Turngemeinde, niemiecki ośrodek kulturalno-gimnastyczny. Centrum zmieniło później nazwę na Turngemeinde Athenaeum i służyło wszystkim mieszkańcom, którym oprócz gimnastyki oferowało również przedstawienia teatralne, wykłady i koncerty. Budynek, w którym mieści się dzisiaj, nosi nazwę Athenaeum.
Clemens zasiadał w miejskim kuratorium i został jego przewodniczącym. Był stanowczym zwolennikiem powszechnej edukacji i dbał o to, aby w programie nauczania znalazły się filologia klasyczna, historia oraz nauki społeczne. Przykładał również dużą wagę do sprawności fizycznej, w związku z czym ćwiczył codziennie niezależnie od pogody: w obu rękach nosił duże kamienie, które odkładał na ziemię tylko po to, aby się podciągać na gałęziach drzew. Nic dziwnego, że Kurt nazwał Clemensa — sceptyka, który napisał własną mowę pogrzebową — „tym z przodków, który najbardziej mnie oczarował”. Wspomniał też, że Clemensa nazywano „kulturalnym ekscentrykiem”. Kurt napisał w Niedzieli palmowej: „Ja również aspiruję do tego miana”3. Zarówno dziadek Kurta, Bernard („który nie lubił handlu gwoździami”), jak i jego ojciec, Kurt sen., mieli aspiracje artystyczne i zostali cenionymi w Indianapolis architektami. Bernard Vonnegut, pierwszy licencjonowany architekt w Indianie, i jego wspólnik Arthur Bohn zaprojektowali wiele spośród najważniejszych budynków w mieście, w tym John Herron Art Museum, Shortridge High School i Athenaeum. W roku śmierci Bernarda jego syn, Kurt sen., ukończył studia na MIT i wrócił do domu, aby podjąć pracę w firmie wspólnika swojego zmarłego ojca.
W przemówieniu wygłoszonym w 1996 roku w Athenaeum Kurt powiedział do swoich słuchaczy: „Podzielę się z wami fragmentem historii Indianapolis, który może was zaskoczyć. Ten przełomowy budynek, zaprojektowany przez mojego dziadka Bernarda Vonneguta, którego nigdy nie poznałem, nie zawsze nazywał się Athenaeum. Jak słyszałem, w czasach, kiedy nazywał się inaczej, niektórzy ochlapywali jego fasadę żółtą farbą”.
Budząca takie emocje pierwotna nazwa brzmiała Das Deutsche Haus, ale zmieniono ją na fali antyniemieckich nastrojów, które ogarnęły Amerykę podczas pierwszej wojny światowej. (Funkcjonująca dzisiaj w tym budynku popularna restauracja Rathskeller szczyci się „salą Vonneguta”, w której stoi popiersie autora). W czasie wojny na wszystko, co niemieckie, patrzono podejrzliwie i wrogo. W Indianapolis, które zawdzięcza niemieckim rodzinom lwią część swojego dziedzictwa kulturalnego, rozwiązano orkiestrę miejską, ponieważ sopranistka była Niemką, restauracje z kuchnią niemiecką przemianowały Sauerkraut w jadłospisie na liberty cabbage, a kuratorium usunęło z programu nauczania język niemiecki. „Mniej więcej w tym samym czasie, co historia z żółtą farbą — kontynuował Vonnegut — mój ojciec Kurt, wspólnik Bernarda Vonneguta w biurze architektonicznym, otrzymał anonimowy list z następującym przykazaniem: »Przestań uczyć swoje dzieci holenderskiego«4. Tak też zrobił”.
Tak więc starsze rodzeństwo Kurta, Bernard i Alice, nie słyszało już w domu niemieckiego, a kiedy 11 listopada 1922 roku przyszedł na świat Kurt, w ogóle nie mówiono już tam po niemiecku. Rodzice „postanowili nie zaznajamiać mnie z językiem, literaturą, muzyką i ustnymi podaniami rodzinnymi, które tak kochali moi przodkowie — napisał w Niedzieli palmowej. — W dowód swego patriotyzmu zrobili ze mnie ignoranta i pozbawili korzeni”5.
W swoim wystąpieniu w Athenaeum Kurt powiedział: „Podczas drugiej wojny światowej w mojej rodzinie i wielu innych mawiało się, że z Niemcami jest tylko jeden problem: że mieszkają w Niemczech. Teraz mówię inaczej: wszystko, co w kulturze niemieckiej jest godne podziwu — poezja, muzyka, architektura, akwaforty, piwa, wina, sentymentalny stosunek do Bożego Narodzenia, etyka pracy — pochodzi z wielu różnych Niemiec. Wszystko, czego w niej nienawidzę, pochodzi z jednych Niemiec”. Miał oczywiście na myśli Niemcy nazistowskie, o których w 1988 roku powiedział Amerykańskiemu Towarzystwu Psychiatrycznemu: „Dały nam koszmar, z którego moim zdaniem nigdy się nie przebudzimy”.
Rodzinny majątek pochodzący z handlu artykułami żelaznymi, a także z działalności biura architektonicznego, pozwolił rodzicom Kurta na wystawny styl życia i posłanie dzieci do elitarnych szkół prywatnych, Orchard School dla chłopców i Tudor Hall dla dziewcząt. Jednak z nadejściem wielkiego kryzysu prawie wszystkie budowy stanęły, skutkiem czego Kurt senior musiał zamknąć biuro. Kurta przeniesiono z prywatnej placówki do Szkoły Publicznej nr 43, co jego matka Edith, pochodząca z bogatej rodziny niemieckiej z wielkimi tradycjami (Leiberów), uznała za tragedię. Zapewniała go, że kiedy kryzys minie, on odzyska należne mu miejsce w społeczeństwie, będzie grał w tenisa i golfa w Woodstock Country Club i będzie korzystał z przywilejów elity. Młody Kurt widział to inaczej, jak wyjaśnił w Niedzieli palmowej:
Powodziło się nam co najmniej równie dobrze jak większości ludzi, z których dziećmi chodziłem do szkoły publicznej, i straciłbym wszystkich przyjaciół, gdybyśmy znowu zaczęli mieć służących, nosić kosztowne ciuchy, pływać transatlantykami, odwiedzać niemieckich krewnych w prawdziwym zamku i tak dalej, i tak dalej. [Matka] nie potrafiła zrozumieć, że porzucenie przyjaciół ze Szkoły Publicznej nr 43 byłoby dla mnie porzuceniem wszystkiego6.
Kurt zawsze powtarzał, jakie miał szczęście, że urodził się w Indianapolis. „To miasto dało mi bezpłatne wykształcenie podstawowe i średnie, pełniejsze i bardziej ludzkie od wszystkiego, co miało mi dać pięć uniwersytetów, na których później studiowałem (Cornell, Butler, Carnegie Tech, Tennessee i Chicago)”7.
Podzielałem to odczucie, które współtworzyło moją więź z Kurtem Vonnegutem. Łączyła nas również — i zapoczątkowała naszą dozgonną przyjaźń — nasza łamagowatość. Miałem za sobą lekturę wszystkich czterech opublikowanych przez niego powieści, kiedy w 1963 roku spotkaliśmy się po raz pierwszy w domu znajomego w Cambridge (Massachusetts), w czasie gdy Vonnegut mieszkał na Cape Cod. Na kolacji było osiem osób, więc zdążyłem wymienić z Kurtem tylko kilka żartobliwych uwag o licealnych czasach, ale od razu go polubiłem. Był wysokim, szczupłym mężczyzną z kudłatymi wąsami i typowym dla mieszkańców Środkowego Zachodu serdecznym sposobem bycia. Jego niesztampowe poczucie humoru, otwartość i życzliwość wobec wszystkich wzbudziły we mnie poczucie, że go znam i mogę mu zaufać, dzięki czemu zdobyłem się na odwagę, aby wysłać mu napisaną w następnym roku książkę Between the Lines, zawierającą opatrzone osobistym komentarzem artykuły prasowe. Wyznałem tam, że licealne marzenia o sportowej sławie rozbiły się o barierę niemożności zejścia poniżej siedmiu minut w biegu na milę — sądzę, że taki czas zdołałaby osiągnąć dbająca o kondycję staruszka. Kurt odpowiedział mi ciepłym i dowcipnym listem, w którym również wyjawił, że nie potrafił przebiec tego dystansu w czasie krótszym od siedmiu minut. Przekonywał, że mieliśmy tylu wspólnych nauczycieli i tyle wspólnych doświadczeń, że „w gruncie rzeczy nie powinno być nas dwóch”.
Dopiero z biegiem czasu zdałem sobie sprawę, jak głęboki wpływ miały na Kurta licealne problemy ze sportem. Kiedy po latach zmagań uzyskał wreszcie sławę i fortunę i przeprowadził się do Nowego Jorku, pewnego wieczoru, siedząc samotnie nad szklaneczką burbona, zadzwonił na informację telefoniczną w Indianapolis i spytał o numer trenera piłki nożnej w Shortridge High za jego uczniowskich czasów. Opowiedział mi o panującym wówczas w szkole zwyczaju: podczas spotkania klasowego nauczyciele dawali najbardziej znanym uczniom ostatniej klasy „humorystyczne prezenty”. Jak mówił, w liceum był „wysoki i chudy jak patyk”, a trener „nagrodził” go prenumeratą „Kursu kulturystyki Charlesa Atlasa”. W reklamach tego kursu pokazywano, jak z czterdziestokilowego „słabeusza” zrobić umięśnionego herosa. Zabolało go to i zawstydziło. Wspomnienie to dręczyło go nawet w czasach, kiedy trafił już na literacki Parnas. Kiedy po latach dodzwonił się nareszcie do tego trenera, powiedział mu: „Nazywam się Kurt Vonnegut. Pewnie mnie pan nie pamięta, ale chciałem panu powiedzieć, że moje ciało wyszło na ludzi”.
Nie myślałem o tym więcej, dopóki we wstępie do zbioru opowiadań zatytułowanego Tabakiera z Bagombo nie przeczytałem wspomnienia o tym, jak pewnego popołudnia wrócił ze szkoły i usiadł do lektury opowiadania z „The Saturday Evening Post”. Zaczął: „Na dworze pada deszcz, a ja czuję się nielubiany”8. Z lektury szkolnego rocznika dowiedziałem się, że Kurt był przewodniczącym komitetu uczniowskiego, który organizował potańcówki i inne imprezy, razem ze swoim najlepszym przyjacielem Benem Hitzem wziął udział w „przezabawnym występie komediowym” w ramach prestiżowego Junior Vaudeville, należał do rady uczniowskiej, współredagował „Daily Echo”, a także — co na każdym absolwencie Shortridge robi największe wrażenie — należał do grona dziesięciu uczniów ostatniej klasy nominowanych do nagrody „Brzydala”, wbrew nazwie przyznawanej nie najbrzydszym, lecz najbardziej lubianym chłopcom. Wybierani przez wszystkich uczniów „Brzydale”, wraz z dziesięcioma „Ślicznotkami”, stanowili kwiat licealnej młodzieży.
Licealny kolega Kurta Victor Jose, tak jak on członek Owls Club (jednego z wielu autonomicznie zarządzanych przez uczniów klubów towarzyskich, które znakomicie funkcjonowały również za moich czasów), współredagował z nim „Daily Echo”, a po służbie podczas II wojny światowej spotkali się w 1947 roku w redakcji „Chicago News Bureau” i do końca życia pozostali przyjaciółmi, którzy regularnie ze sobą korespondowali. Kiedy zapytałem Vica, jak to możliwe, że przy wszystkich tych licealnych osiągnięciach Kurt czuł się „nielubiany”, powiedział, że jego zdaniem musiało to mieć związek z „nieprzyjaznymi stosunkami Kurta z tak zwanymi bohaterami sportowymi tamtych czasów”.
Kurt wyśmiewał się z bogów sportu, „zapewne w swoich tekstach, zapewne w »Echo« — wspominał Jose. — W każdym razie mieli na niego kosę. W ramach odwetu kilku szkolnych osiłków dopadło Kurta w jakimś ustronnym miejscu na terenie szkoły i wsadziło do kubła na śmieci. Wiem to wszystko z drugiej ręki, bo Kurt nigdy mi o tym nie opowiedział, ale była to tajemnica poliszynela. Trudno to nazwać niewinnym żartem i emocje najwyraźniej nie wygasły z czasem, bo sprawa wróciła na pięćdziesiątym zjeździe absolwentów”. Dwaj spośród klasowych „osiłków” sprzeciwili się temu, aby Vonnegut wystąpił jako najważniejszy mówca na jednej z imprez, ale reszta komitetu organizacyjnego nie ustąpiła. Ostatecznie problem rozwiązał się sam, bo dwa dni przed zjazdem Kurt zadzwonił z informacją, że zachorował na boreliozę i nie przyjedzie. Według Josego na sześćdziesiątym zjeździe te same „osiłki” wyraziły niezadowolenie z faktu, że podczas sobotniej kolacji w Athenaeum klasa zamierzała wręczyć Kurtowi jego popiersie z brązu. Zanim ich najsłynniejszy kolega z klasy został w ten sposób uhonorowany, wyszli z sali.
We wstępie do Our Time Is Now: Notes from the High School Underground (1970) Kurt napisał: „Sedno amerykańskiego doświadczenia najlepiej oddaje szkoła średnia”. Na podstawie moich własnych doświadczeń uważam, że lata dorastania w dużym stopniu kształtują nasze postawy i postrzeganie świata. Kurt zawsze stawał po stronie słabszych, co zaczęło się od jego antypatii do „sportowych bogów” tamtego czasu — i od upokarzającej historii z kubłem na śmieci. Również fakt, że w okresie wielkiego kryzysu jego ojciec stracił majątek i musiał zamknąć biuro architektoniczne, a podczas drugiej wojny światowej, kiedy działalność budowlana ustała, nie otrzymywał żadnych zleceń, z pewnością w znaczącym stopniu przyczynił się do tego, że w całym swoim pisarstwie Kurt wspierał słabszych.
Pisząc w 1972 roku o Konwencji Republikańskiej dla czasopisma „Harper’s”, Kurt stwierdził:
Tak naprawdę w Ameryce istnieją dwie partie polityczne: Zwycięzcy i Przegrani. Ludzie tego nie uznają i domagają się członkostwa w dwóch partiach wyimaginowanych: Republikańskiej i Demokratycznej. Obiema wyimaginowanymi partiami rządzą zwycięzcy. Kiedy Republikanie walczą z Demokratami, wynik jest znany z góry: wygrają Zwycięzcy.
Za klucz do światopoglądu Vonneguta można uznać dwa teksty źródłowe, które przewijają się w jego twórczości. Jednym z nich jest Kazanie na Górze. Zaproszony w 1980 roku do wygłoszenia kazania w Niedzielę Palmową w nowojorskim kościele episkopalnym św. Klemensa, powiedział: „Jestem oczarowany Kazaniem na Górze. Bycie miłosiernym to moim zdaniem jedyny dobry pomysł, jaki do tej pory usłyszeliśmy. Być może z czasem usłyszymy inny dobry pomysł, a wtedy będziemy mieli dwa dobre pomysły”. Drugi to cytat z Eugene V. Debsa, znajomego z Terre Haute w Indianie:
Jak długo istnieje klasa niższa — należę do niej. Jak długo istnieje element przestępczy — wywodzę się z niego. Jak długo choćby jedna dusza przebywa w więzieniu — nie jestem wolny9.
W Trzęsieniu czasu nazwał ten fragment „poruszającym echem Kazania na Górze”10 i użył go jako motta powieści Hokus-pokus, której bohaterem jest „Eugene Debs Hartke”. Hartke został nazwany „na cześć Eugene’a Debsa z Terre Haute w stanie Indiana. Debs był Socjalistą i Pacyfistą oraz Działaczem Związkowym; który kilkakrotnie kandydował w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych i który uzyskał więcej głosów niż jakikolwiek inny kandydat nominowany przez trzecią partię w historii tego kraju”11.
W powieści Vonneguta Kocia kołyska dumny fałszywy prorok Bokonon przedstawia swoją koncepcję „karassu”.
„Ludzkość jest zorganizowana w zespoły, które — nie zdając sobie z tego sprawy — realizują Wolę Boga. Bokonon nazywa taki zespół karassem […]. »Kiedy stwierdzacie, że wasze życie splata się z życiem innego człowieka bez jakiejś logicznej przyczyny — pisze Bokonon — człowiek ten najprawdopodobniej jest członkiem waszego karassu«”12.
Miałem w życiu to wielkie szczęście, że trafiłem do karassu Vonneguta, a obaj szczęśliwym zrządzeniem losu znaleźliśmy się w tym samym karassie z wydawcą Seymourem „Samem” Lawrence’em, o którym Kurt powiedział po latach w Trzęsieniu czasu: „Uratował mnie od zapomnienia, od sczeźnięcia, publikując Rzeźnię numer pięć i wznawiając pozostałe moje książki”.
Sam opublikował Rzeźnię… w 1969 roku. Rok później, kiedy mój agent wysłał moją długo oczekiwaną (tylko przeze mnie) pierwszą powieść do dziesięciu wydawców, trzech złożyło oferty, ale tylko Sam się nią zachwycił. Spytał, czy nie miałbym nic przeciwko temu, aby wysłał egzemplarz Vonnegutowi, ponieważ akcja tej powieści toczy się w jego rodzinnym Indianapolis, a rekomendacja Kurta pomogłaby w uzyskaniu zgody Delacorte Press, współwydawcy i sponsora. Powiedziałem, że nie ma sprawy, ale na tym etapie miałem za sobą tylko jedno spotkanie z Vonnegutem i nie potrafiłem ocenić, jak odbierze powieść. Wspomniana książka, którą wysłałem mu w 1965 roku, nie była beletrystyczna, a moja powieść ani pod względem stylu, ani pod względem fabuły w niczym nie przypominała utworów Kurta. A potem się dowiedziałem, że Kurt wysłał Samowi Lawrence’owi telegram z informacją, że musi opublikować moją powieść i „ściągnąć tego chłopaka do naszej stajni”.
Kurt był jakby ojcem chrzestnym tej powieści, Going All the Way (on sam zaproponował tytuł Getting Laid in Indianapolis [Jak załapać się na seks w Indianapolis]). Poprosił nawet Sama, aby pozwolił mu osobiście zredagować moją książkę, a mnie przysłał list z dziesięcioma propozycjami ulepszeń, zaznaczając przy tym, że powinienem skorzystać tylko z tych sugestii, które do mnie przemawiają, i nie robić niczego tylko z tego powodu, że on tak mówi. Skorzystałem z siedmiu propozycji. (W ramach honorarium za pracę redakcyjną Vonnegut zażądał od Sama fotela Eamesa i dostał go). Kurt przyjechał z Cape Cod do Bostonu, gdzie mieszkałem, i zabrał mnie na lunch do swojej ulubionej restauracji Jacob Wirth’s, starej niemieckiej piwiarni z wysypaną trocinami podłogą. Później przyjechał ze swoją żoną Jane, aby uczcić publikację. Jakby tego było mało, zrecenzował moją powieść dla czasopisma „Life” i złamał wszystkie recenzenckie zasady: wyznał, że jest moim przyjacielem i pochwaliłby powieść, nawet gdyby była „syfiasta”, ale nie dałby „słowa honoru”, że jest dobra, po czym dał słowo honoru, że jest znakomita.
Nie znam innego przypadku, aby pisarz dał w recenzji książki „słowo honoru” albo użył słowa „syfiasta”. Ciągle wyskakiwał z dziwnymi słowami typu „syfiasta”, których czytelnicy od dawna — może od dzieciństwa — nie słyszeli, lecz idealnie pasowały do kontekstu.
W czasach hipisowskich Kurt i ja zostaliśmy kiedyś zaproszeni do odwiedzenia komuny w Vermont (rozsławionej przez jej założyciela Raya Mungo w książce Total Loss Farm). Ray nam powiedział, że razem z przyjaciółmi chcieli się nauczyć, jak przetrwać w prymitywnych warunkach, bo mają takie pragnienie, żeby „być ostatnimi ludźmi na ziemi”. Kurt na to: „Czy to nie jest trochę wapniacki plan?”. Nie słyszałem tego określenia od czasów licealnych, ale idealnie pasowało do sytuacji.
W rozmowach, a także w swoich książkach i opowiadaniach, Kurt zawsze mówił to, co inni bali się powiedzieć — dawał wyraz temu, co myśleli inni, ale byli zbyt poprawni politycznie albo zbyt dobrze wychowani, żeby mówić to na głos. Miał w DNA wytykanie królowi, że jest nagi, nawet kiedy wszyscy inni udawali, że tego nie zauważają. „Prawda potrafi rzeczywiście zwalić z nóg — stwierdził w Człowieku bez ojczyzny. — Nie spodziewasz się jej”13.
Vonnegut przemawiał na nabożeństwie żałobnym ku czci swojego wieloletniego przyjaciela Richarda Yatesa. Nie tylko wspierał jego twórczość, lecz także bez mrugnięcia okiem pożyczał pieniądze temu znakomitemu i aż do śmierci niedocenianemu pisarzowi, który często zmagał się z różnymi problemami. W swojej spontanicznej mowie pogrzebowej Kurt powiedział, że Yates był równie dobrym pisarzem jak inny jego przyjaciel Nelson Algren, ale nigdy nie doczekał się takiego uznania literackiego. Mówiąc takim tonem, jakby głośno myślał, Kurt zwrócił uwagę, że w odróżnieniu od Algrena Yates nigdy nie miał romansu z Simone de Beauvoir, zawiesił na chwilę głos i dodał: „Takie rzeczy się liczą”. Rozległ się spontaniczny śmiech, jaki można usłyszeć w chwilach, kiedy ktoś wyraża jakąś prawdę, którą inni podzielają, lecz brakuje im refleksu lub odwagi, aby ją uzewnętrznić.
W tym samym duchu absolutnej szczerości Vonnegut pisał swoje powieści, co tłumaczy, dlaczego tak wielu ludzi (w tym część jego krewnych z Indiany) miało poczucie, że ich obraził. Pisał tak jak ludzie mówią i używał potocznego języka, skutkiem czego kuratoria na terenie całego kraju umieszczały jego książki na indeksie i podejmowano próby usunięcia ich z bibliotek publicznych. W miejscowości Drake w północnej Dakocie na polecenie miejscowego kuratorium spalono w piecu światowy bestseller Vonneguta Rzeźnia numer pięć. Jego ostry list do szefa kuratorium, podobnie jak wiele innych listów protestujących przeciwko tego rodzaju działaniom, a także wspierających nauczycieli i bibliotekarzy oraz broniących pierwszej poprawki do konstytucji, znajdziecie w tej książce.
Pisarstwo Vonneguta, podobnie jak jego rozmowy, często zaskakuje, bo rozśmiesza i zmusza do myślenia, wyrażając to, co chodziło czytelnikom po głowie, ale nie mieli odwagi tego powiedzieć lub o tym pomyśleć. Efekt jest rozbrajający, ponieważ pozornie prosty język i styl czasami szokują — czytelnik dostrzega jednak, że on też tak myśli i mówi. Robert Scholes, pierwszy zawodowy literaturoznawca, który uznał walory twórczości Vonneguta (i jeden z jego najbardziej przenikliwych krytyków), w książce The Fabulators z 1967 roku wyjaśnił, że Vonnegut „lepiej od wszystkich dzisiejszych pisarzy wykorzystuje retoryczny potencjał krótkiego zdania i krótkiego akapitu, często uzyskując silny efekt komiczny lub dramatyczny poprzez wyodrębnienie pojedynczego zdania w osobnym akapicie lub wyrwanie frazy z kontekstu w przykuwającym uwagę nagłówku rozdziału. Pozorna prostota i zwyczajność jego pisarstwa maskuje jego skuteczność i siłę…”.
„Prostota i zwyczajność” utrudniała życie większości recenzentów i krytyków, którzy chcieli go błędnie zaszufladkować, ponieważ sztampowo interpretowali jego twórczość. Kiedy pracował w dziale public relations General Electric, twierdził: „całkowicie otaczały mnie maszyny oraz koncepcje maszyn, więc napisałem książkę [Pianola] o ludziach i maszynach. […] A potem dowiedziałem się od recenzentów, że jestem autorem fantastycznonaukowym. Nie miałem o tym pojęcia. Myślałem, że piszę książkę o życiu” — wyjaśniał w eseju Science Fiction na łamach „The New York Times Book Review”. „ Od tamtej pory jestem zgorzkniałym mieszkańcem szufladki z napisem »science fiction« i chciałbym z niej uciec, tym bardziej że mnóstwo poważnych krytyków co rusz myli ją z pisuarem”.
Taka kategoryzacja nie przeszkodziła Vonnegutowi w posługiwaniu się sztafażem fantastyki naukowej — zmyślonymi planetami i formami życia, podróżami kosmicznymi do innych światów — do oświetlania zwyczajnych ludzkich spraw, takich jak miłość i nienawiść czy strach i głupota, w najzupełniej „realnych” miejscach typu Schenectady i Indianapolis, Drezno i Cape Cod, Wyspy Galapagos i Zachodnia Wirginia. W 1967 roku, jeszcze przed ukazaniem się przełomowego bestsellera Rzeźnia numer pięć, który zburzył przyjęte granice między fantastyką naukową a literaturą piękną (bohater tej powieści Billy Pilgrim „wypada z czasu”14 i przemieszcza się między tak odległymi od siebie miejscami jak Toledo w Ohio i planeta Tralfamadore), Robert Scholes zawyrokował, że „tak jak czysty romans dostarcza nam niezbędnych ćwiczeń psychicznych, komedia intelektualna Vonneguta zapewnia nam stymulację moralną — nie proponuje określonych stanowisk moralnych, które moglibyśmy z samozadowoleniem przyjąć, lecz przemyślenia, które pomagają nam w ćwiczeniu sumień i utrzymywaniu naszego człowieczeństwa w gotowości do reakcji na człowieczeństwo innych”.
Młodzi nauczyciele akademiccy i krytycy Jerome Klinkowitz i John Somer zaczęli wykładać i pisać o twórczości Vonneguta najpierw w zbiorze esejów zatytułowanym The Vonnegut Statement z 1973 roku. W bibliotekach i starych czasopismach odgrzebali artykuły i eseje Vonneguta, które nie ukazały się wcześniej w formie książkowej, i przekonali go do wydania ich jako Wampetery, Foma i Granfalony (1974 rok). Dołączyli do nich inni młodzi naukowcy, między innymi Peter Reed, Marc Leeds i Asa Pieratt, którzy kompilowali i interpretowali jego twórczość, a także rekomendowali ją i wykładali kolejnym pokoleniom.
Cały rozgłos i sukces związany z publikacją Rzeźni numer pięć nie zapobiegły gniewnym reakcjom Vonneguta po negatywnych recenzjach jego powieści Slapstick z 1976 roku.
„Niezwykłe w tych recenzjach było domaganie się, aby ludzie przyznali, że nigdy nie byłem dobry — powiedział Vonnegut w wywiadzie dla »The Paris Review«. — Recenzent »Sunday Times« w gruncie rzeczy poprosił krytyków, którzy w przeszłości mnie chwalili, aby teraz publicznie przyznali, jak bardzo się mylili. Zarzucano mi, że jestem barbarzyńcą, że piszę, że nie znam kanonu literatury, że nie jestem dżentelmenem, że tak radośnie uprawiam hochsztaplerstwo, że tak beztrosko chałturzę dla niskiego lotu czasopism — że nie wywiązuję się ze swoich zobowiązań wobec świata akademii”.
Prowadzący wywiad zapytał, czy po kanonadzie negatywnych recenzji Vonnegut „potrzebował pocieszenia”.
„Nigdy w życiu nie czułem się gorzej — odpowiedział Kurt. — Nagle krytycy chcieli mnie rozgnieść jak robaka”.
Być może poczuł się tak jak wtedy, kiedy licealne osiłki wepchnęły go do kubła na śmieci.
Vonneguta często — i trafnie — porównywano do Marka Twaina, zarówno jako mówcę, jak i pisarza. W recenzji Rzeźni numer pięć krytyk Granville Hicks napisał, że słyszał kiedyś przemówienie Vonneguta i dostrzegł u niego „swojski urok” jak u Twaina, a także „indywidualność”, która przebija również z kart jego powieści. Kurt powiedział Jerome’owi Klinkowitzowi: „Wydaje mi się, że moje książki najbardziej lubią ludzie, którzy wcześniej słyszeli jakieś moje wystąpienie”.
Pierwszy raz słyszałem Kurta na żywo, kiedy w latach osiemdziesiątych przemawiał na zgromadzeniu ogólnym unitarian uniwersalistów w Rochester w stanie Nowy Jork. Unitarianie to wyznawcy jedynego wyznania, z którym Vonnegut mógłby się bez większego dyskomfortu identyfikować, ponieważ nie mają żadnego credo ani dogmatów i „z otwartymi ramionami przyjmują zwolenników różnych systemów przekonań”, takich jak „ateizm i agnostycyzm, buddyzm, humanizm, pogaństwo i inne tradycje religijne lub filozoficzne”, zgodnie z wyjaśnionymi na stronie internetowej „zasadami i wartościami”. Nie wyrzucają za drzwi nawet chrześcijan, a ja byłem tam jako członek King’s Chapel w Bostonie, jednego z niewielu kościołów chrześcijańskich, które należą do Stowarzyszenia Unitarian Uniwersalistów.
Większość kościołów unitariańskich zrzesza humanistów. Kurt nie należał do żadnego z nich, ale był honorowym przewodniczącym Amerykańskiego Towarzystwa Humanistycznego, co znakomicie go predestynowało do roli mówcy na tym zgromadzeniu. Określił się jako „kochający Chrystusa ateista” i powiedział: „Nie chcąc wyjść na duchowego paralityka, obcym ludziom, którzy próbują mnie wybadać, mówię czasem, że jestem unitarianinem uniwersalistą”.
Kurt rozpoczął swoje wystąpienie od przygotowanego specjalnie na tę okazję niezawodnego numeru. Wpiął w klapę okrągłą przypinkę, jakby był członkiem sztabu wyborczego jakiegoś polityka, i powiedział swoim słuchaczom, że plakietka wyjaśnia, skąd bierze się jego przychylny stosunek do unitarian. „Jest na niej przekreślona kiełbaska. To znaczy »żadnej ściemy«”. Skwitowano to aplauzem i śmiechem. Zaczął z impetem i jak zawsze zjednał sobie publiczność — udawało mu się to niezależnie od okoliczności. Słyszałem go później w różnych miejscach i sytuacjach. Niezależnie od tego, czy z gniewem i pasją wypowiadał się przeciwko pierwszej inwazji na Irak w All Souls Unitarian Church w Nowym Jorku, czy z humorem i nostalgią opowiadał o organizacji Spirit and Place w auli Butler University w Indianapolis, jako mówca zawsze potrafił osiągnąć to, co osiągał jako pisarz, czyli przestrzegał zasady E.M. Forstera: „łączył ogniwa”15.
Kurt łączył ogniwa nie tylko z publicznością, lecz także z przyjaciółmi. W tych listach, które wybrałem z ponad tysiąca, przewijają się między innymi trwałe, dozgonne przyjaźnie od przedszkola przez liceum po uniwersytet i armię, z członkami rodziny (nawet z tymi, którzy kręcili nosem na jego książki), z dziećmi, studentami, kolegami wykładowcami, innymi pisarzami czy literaturoznawcami i krytykami, którzy pisali o jego twórczości. Listy Vonneguta przypominają jego książki, opowiadania, artykuły i eseje — skłaniają do myślenia, podnoszą na duchu, budzą gniew na niesprawiedliwość, ukazują rzeczywistość w nowym świetle, kwestionują obiegowe poglądy i nieodmiennie dostarczają rozrywki.
Do bohaterów Vonneguta należeli Laurel i Hardy oraz satyrycy radiowi Bob Elliott i Ray Goulding, których Bob & Ray Show rozśmieszał jego pokolenie. Kurt lubił się śmiać i rozśmieszać innych ludzi, czasem żartami, z którymi ni stąd, ni zowąd wyskakiwał. Pewnego dnia szedłem z nim po lunchu nowojorską ulicą, kiedy nagle odwrócił się do mnie i spytał: „Jakie jest przeciwieństwo pokory?”. Po chwili namysłu dałem za wygraną, a Kurt powiedział: „przedkora” i zachrypiał swoim kaszlącym śmiechem.
Śmiał się również z samego siebie i ze swoich wpadek, które kolidowały z jego humanistycznymi poglądami. „My, humaniści — tłumaczył w Trzęsieniu czasu — staramy się postępować przyzwoicie i godnie, ani nie licząc na nagrodę, ani nie bojąc się kary po śmierci”16. Po jednym z naszych nowojorskich lunchów powiedział mi, że zdarzyło mu się poważnie narozrabiać, kiedy wygłaszał mowę pochwalną na cześć swojego przyjaciela Isaaca Asimova, znanego pisarza fantastycznonaukowego i jego poprzednika na stanowisku honorowego przewodniczącego Towarzystwa Humanistycznego. „Powiedziałem, że Isaac na pewno jest teraz w niebie — rzucił, pokasłując i śmiejąc się chrapliwie. — Zapomniałem się”.
Na wypadek, gdyby się okazało, że życie pozagrobowe jednak istnieje, Kurt zarezerwował w nim miejsca dla ludzi, których kochał. W swojej ostatniej powieści, Trzęsienie czasu, wyraził przekonanie, że jego pierwsza żona Jane jest w niebie, podobnie jak Sam Lawrence, wydawca, który uratował go od „sczeźnięcia”.
Kurt zawsze niezawodnie okazywał wsparcie swoim przyjaciołom pisarzom. Rok przed śmiercią przyszedł na mój wykład w St. Bartholomew’s Episcopal Church w Nowym Jorku na temat książki, którą niedawno wydałem, a potem zabrał mnie na kolację. Jak zawsze przed jedzeniem on pił manhattan, a ja wino i w pewnym momencie zaczęli się w nas wpatrywać siedzący przy innym stoliku dwaj młodzi mężczyźni. W końcu jeden z nich wstał, podszedł i zapytał: „Czy pan jest tym prawdziwym Kurtem Vonnegutem?”. Kurt potwierdził, po czym natychmiast przedstawił nieznajomemu mnie i opowiedział mu o mojej nowej książce, namawiając go do jej przeczytania, czym biedak nie był w najmniejszym stopniu zainteresowany. Kurt uprzejmie odpowiedział na kilka pytań na temat swojego życia i swojej twórczości, a następnie zgrabnie odprawił go ruchem ręki — mężczyzna podziękował i wrócił do swojego stolika. Cały Kurt: odwraca uwagę od siebie, aby zarekomendować nieznaną książkę przyjaciela, taktownie reaguje na przyjazne najście obcego człowieka i nie daje mu poznać, że nie jest mile widziany, dzięki czemu zarówno przyjaciel, jak i fan czują się dobrze potraktowani. Żył zgodnie z przykazaniem, które weszło mu w krew: „Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie (Mt 7, 12)”.
W Trzęsieniu czasu napisał: „Kiedy sam, nie daj Boże, umrę, mam nadzieję, że jakiś jajarz powie o mnie: »On jest już tam, w niebie«”17.
Dla porządku pragnę niniejszym powiedzieć o Kurcie Vonnegucie: „On jest już tam, w niebie”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Kurt Vonnegut, Człowiek bez ojczyzny, przeł. Aleksandra Dambek, Salinas, Gdańsk 2005, s. 117 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
2 Kurt Vonnegut, Niedziela palmowa, przeł. Marek Fedyszak, Wydawnictwo Da Capo, Warszawa 1995, s. 75.
3 Ibid., s. 41.
4 Angielskie słowo Dutch (holenderski) brzmi podobnie do Deutsch (niemiecki).
5 Ibid., s. 42–43.
6 Ibid., s. 65–66.
7 Kurt Vonnegut, Losy gorsze od śmierci, przeł. Jan Rybicki, Amber, Warszawa 1994, s. 78.
8 Kurt Vonnegut, Tabakiera z Bagombo, przeł. Elżbieta Zychowicz, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 1999, s. 20.
9 Kurt Vonnegut, Hokus-pokus, przeł. Zofia Uhrynowska-Hanasz, Zysk i S-ka, Poznań 2022, s. 9.
10 Kurt Vonnegut, Trzęsienieczasu, przeł. Magdalena Słysz, Albatros, Warszawa 2012, s. 166.
11 Kurt Vonnegut, Hokus-pokus, op. cit., s. 11.
12 Kurt Vonnegut, Kocia kołyska, przeł. Lech Jęczmyk, Zysk i S-ka, Poznań 2019, s. 10-11.
13 Kurt Vonnegut, Człowiek…, op. cit., s. 64.
14 Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć, przeł. Lech Jęczmyk, Zysk i S-ka, Poznań, 2018, s. 30.
15 Forster E. M., Howards End, przeł. Ewa Krasińska, Czytelnik, Warszawa 1993, s. 5.
16 Kurt Vonnegut, Trzęsienie…, op. cit., s. 101.
17 Ibid., s. 102.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
WSTĘP
