Listy J.R.R. Tolkien - J.R.R. Tolkien - ebook

Listy J.R.R. Tolkien ebook

J.R.R. Tolkien

0,0
69,90 zł

lub
Opis

Unikatowy wgląd w umysł jednego z najwybitniejszych twórców fantastyki, który pozwala lepiej zrozumieć twórczość autora Władcy Pierścieni

Książka zabiera czytelnika w podróż przez całą pierwszą połowę XX wieku, od I wojny światowej do późniejszych dziesięcioleci, ukazując obraz wielkiego pisarza daleki od utrwalonych o nim stereotypów jako autorze, który uciekając od współczesności, schronił się w świecie swojej wyobraźni, czy przedstawiających Tolkiena jako znużonego światem, odizolowanego w uniwersyteckim świecie naukowca.

J.R.R. Tolkien, twórca bajecznego Śródziemia, przedstawionego w arcydziełach Hobbit, Władca Pierścieni i Silmarillion, był jednym z najwytrwalszych korespondentów w XX wieku. Pisał do swoich wydawców, rodziny, przyjaciół (m.in. do C.S. Lewisa, W.H. Audena i Naomi Mitchison) oraz do miłośników swych książek. Listy przedstawiają fascynujący portret Tolkiena jako gawędziarza, uczonego, katolika, ojca i uważnego obserwatora otaczającego go świata. Rzucają także wiele światła na jego geniusz twórczy oraz wielki plan stworzenia całego nowego świata - Śródziemia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 949




J.R.R. Tolkien Listy Tytuł oryginału The Letters of J.R.R Tolkien ISBN Edited by Humphrey Carpenter Copyright © 1981 George Allen & Unwin Ltd.All rights reserved Originally published in the English language by HarperCollins Publishers Ltd. TOLKIEN and are registered trademarks of The J.R.R. Tolkien Estate Limited Humphrey Carpenter asserts the moral right to be acknowledged as the author of this work. Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020 Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Sylwanowicz 2020 Ilustracja na okładce Jędrzej Chełmiński Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Od tłumaczki

Wszelkie cytaty oraz numeracja stron odsyłają do następujących polskich wydań podstawowych dzieł Tolkiena:

Władca Pierścieni, t. I-III, przeł. M. Skibniewska, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2003 (nowa redakcja tłumaczenia, dlatego m.in. tytuł tomu I brzmi Drużyna Pierścienia, a nie Wyprawa, jak to było w wydaniach z 1961, 1981 i 1990 r.);

Hobbit, czyli tam i z powrotem, przeł. M. Skibniewska, Państwowe Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 1985;

Niedokończone opowieści, przeł. P. Braiter, A. Sylwanowicz, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2019.

Uważny czytelnik dostrzeże, że pisownia niektórych słów i nazw własnych (np. mâmuk, Kirith) różni się od tej, którą znamy z opublikowanych dzieł J.R.R. Tolkiena. Nie jest to jednak błąd tłumaczki czy redaktora, lecz świadectwo ewoluowania językowych koncepcji autora. Podobne są powody tego, że niekiedy te same słowa (imiona bohaterów, nazwy geograficzne czy wyrazy w językach elfów) w listach z różnych okresów różnią się zapisem, m.in. użyciem znaków diakrytycznych. Została także zachowana niekonsekwencja autora w pisaniu tych samych wyrazów w jednych wypadkach wielką, a w innych małą literą.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wstęp

Pod koniec życia J.R.R. Tolkien przez kilka tygodni nie mógł posługiwać się prawą ręką. Powiedział wtedy swemu wydawcy: „Okazuje się, że niemożność używania pióra lub ołówka jest równie nieznośna, jak utrata dzioba przez kurę”.

Tolkien poświęcał mnóstwo czasu na pisanie — nie tylko swych prac naukowych i opowieści o Śródziemiu, lecz także listów. Wiele z nich musiał pisać w sprawach zawodowych, lecz w większości przypadków czynił to, gdyż pisanie listów było po prostu jego ulubionym zajęciem. W rezultacie zachowała się ogromna liczba listów Tolkiena; kiedy z pomocą Christophera Tolkiena rozpocząłem pracę nad niniejszym wyborem, stało się oczywiste, że trzeba będzie pominąć olbrzymi materiał, publikując jedynie szczególnie interesujące fragmenty. Naturalnie pierwszeństwo otrzymały listy, w których Tolkien omawia własne książki, jednakże selekcja została dokonana z zamiarem ukazania rozległości horyzontów myślowych i zainteresowań pisarza oraz jego charakterystycznych, lecz zawsze klarownych poglądów na świat.

Wśród pominiętych listów znajduje się wiele napisanych w latach 1913-1918 do Edith Bratt, jego narzeczonej, a później żony; mają one bardzo osobisty charakter i wybrałem z nich tylko kilka fragmentów dotyczących utworów, którymi się wtedy Tolkien zajmował. Z lat 1918-1937 zachowało się niewiele listów, a te, które ocalały, nie wspominają (niestety) o pracy Tolkiena nad Silmarillionem i Hobbitem, które to dzieła wówczas tworzył. Natomiast istnieje nieprzerwany ciąg listów powstających od roku 1937 do końca jego życia, które opisują, czasami z najdrobniejszymi szczegółami, tworzenie Władcy Pierścieni oraz późniejszą pracę nad Silmarillionem i często szeroko omawiają znaczenie jego dzieł.

W listach wybranych do publikacji wszystkie pominięte fragmenty są sygnalizowane […]. W miejscach, gdzie pojawia się wielokropek bez kwadratowego nawiasu, pochodzi on od autora. Prawie we wszystkich przypadkach opuszczenia są związane po prostu z brakiem miejsca, a bardzo rzadko z koniecznością zachowania dyskrecji.

Oryginalny tekst pozostał niezmieniony z wyjątkiem adresów i dat, które w całej książce są podawane według jednego systemu, oraz tytułów dzieł Tolkiena. On sam posługiwał się tymi tytułami w wielu wariantach, na przykład: the Hobbit, the „Hobbit”, The Hobbit, „the Hobbit”, „The Hobbit”; podobnie jest przy Władcy Pierścieni. Ogólnie rzecz biorąc, tytuły zostały ujednolicone zgodnie z przyjętym zwyczajem, chociaż w pewnych sytuacjach zachowano formę oryginalną, użytą w korespondencji.

Niektóre listy to kopie, które zostały przechowane przez Tolkiena; zaczął on pisać listy przez kalkę dopiero pod koniec życia, co wyjaśnia brak wcześniejszej korespondencji, jeśli nie dało się odnaleźć oryginałów. Podstawą innych listów był brudnopis lub brudnopisy różniące się od wysłanego tekstu (jeśli w ogóle został on wysłany). Niekiedy przytaczany ciągły tekst został złożony z kilku fragmentów brudnopisów; w takich sytuacjach list ma nagłówek: [brudnopis]. Liczbę takich brudnopisów w korespondencji Tolkiena i długość wielu z nich częściowo wyjaśnia sam autor w liście do syna Michaela:

Słowa rodzą słowa, a myśli ześlizgują się na boczne tory… „Lakoniczność” jako „formę sztuki” osiągam tylko czasami przez wycięcie 3/4 lub więcej z tego, co napisałem, i jest to oczywiście o wiele bardziej czasochłonne i pracochłonne niż „dowolna długość”.

Jeśli został wydrukowany jedynie fragment listu, pominięto w nim adres i zwrot powitalny oraz zakończenie i podpis; w takich przypadkach tekst ma nagłówek „Z listu do…”. Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy do listów są autorstwa Tolkiena.

Tam, gdzie uznałem to za konieczne, listy są poprzedzone wyjaśnieniem treści korespondencji. Wszystkie inne przypisy znajdują się na końcu książki; istnienie przypisu sygnalizuje liczbowy odsyłacz w tekście. Przypisy otrzymały kolejne numery w ramach każdego listu i można je odnaleźć na podstawie numeru listu (a nie strony) na końcu książki. Przypisy zostały opracowane zgodnie z zasadą, że mają one dostarczyć informacji koniecznych do zrozumienia tekstu, lecz i tutaj istotna była zwięzłość. Zakładam też, że czytelnik dość dobrze orientuje się w treści Hobbita i Władcy Pierścieni. Mając na względzie dużą liczbę wydań tej ostatniej książki i różną numerację stron, odsyłacze Tolkiena do odpowiednich stron są wyjaśnione w przypisach wraz z cytatem odpowiedniego fragmentu, o którym jest mowa w liście.

W przypisach redakcyjnych cztery książki są wymienione pod skróconymi tytułami: Pictures, Niedokończone opowieści, Biografia oraz Inklingowie. Są to odpowiednio: Pictures by J.R.R. Tolkien ze wstępem i przypisami Christophera Tolkiena (1979); J.R.R. Tolkien Niedokończone opowieści opracowane przez Christophera Tolkiena (1980); Humphreya Carpentera J.R.R. Tolkien: A Biography[1] (1977) oraz tegoż The Inklings[2] (1978). Wszystkie cztery książki zostały wydane w Wielkiej Brytanii przez wydawnictwo George Allen & Unwin Ltd., a w Stanach Zjednoczonych przez Houghton Mifflin Company.

Praca została podzielona między mnie i Christophera Tolkiena w sposób następujący: ja zebrałem i przepisałem wszystkie listy oraz dokonałem ich wstępnej selekcji; on komentował wybór i opracowanie oraz wysuwał rozmaite sugestie zmian, które następnie szczegółowo omawialiśmy i z różnymi poprawkami wprowadzaliśmy w życie. Potem, z uwagi na brak miejsca, okazało się konieczne poważne skrócenie tekstu. Znów ja wstępnie zaproponowałem skróty, Christopher Tolkien zaś ustosunkowywał się do moich propozycji i razem uzgadnialiśmy ostateczne decyzje. Jeśli chodzi o przypisy, ja pisałem pierwszą ich wersję, a on ponownie komentował moje dzieło i podsuwał dodatkowe informacje. Książka w obecnym swoim kształcie odzwierciedla więc bardziej mój niż jego gust i ocenę, lecz jest także produktem naszej wspólnej pracy. Jestem mu bardzo wdzięczny za poświęcenie mi wielu godzin, za to, że był moim przewodnikiem, oraz za zachętę.

Jestem też oczywiście głęboko wdzięczny tym wszystkim, którzy pożyczali mi listy J.R.R. Tolkiena. Większość z tych osób pojawia się w książce, ponieważ są wymienione z nazwiska jako adresaci. W tych nielicznych wypadkach, w których udostępnione mi listy nie zostały wykorzystane, chcę podziękować i przeprosić zainteresowanych za to, że ich list lub listy z braku miejsca pominięto. Chciałbym także podziękować rozmaitym organizacjom i osobom, które mi pomogły: członkom Tolkien Society z Wielkiej Brytanii, American Tolkien Society i Mythopoeic Society — którzy nadali rozgłos naszym apelom o odnajdywanie listów Tolkiena, a w niektórych wypadkach skontaktowali nas z ich właścicielami — a także BBC Written Archives, Bodleian Library, wydawnictwu Oxford University Press i jego działowi słowników, Ośrodkowi Badań Studiów Humanistycznych Uniwersytetu Teksańskiego w Austin oraz Wade Collection w Kolegium Wheaton w stanie Illinois, które to instytucje udostępniły nam pozostające w ich zbiorach listy. Dziękuję również różnym wykonawcom testamentów (wśród nich zwłaszcza wielebnemu Walterowi Hooperowi), którzy pomogli nam dotrzeć do listów skierowanych do osób już nieżyjących, a na koniec Douglasowi Andersonowi, który na wiele sposobów bardzo mi pomógł w przygotowaniu niniejszej książki. On i Charles Noad zechcieli ją przeczytać i wnieść poprawki do tekstu.

Mimo objętości tego tomu i wielkiej liczby zebranych przez nas listów nie ma wątpliwości, że duża część korespondencji Tolkiena wciąż pozostaje nieodkryta. Zachęcamy wszystkich czytelników, którzy wiedzą o innych listach mogących zasługiwać na publikację do skontaktowania się z wydawcą niniejszej książki — w nadziei, że odnalezioną korespondencją można będzie uzupełnić drugie wydanie.

Humphrey Carpenter

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

[1] Humphrey Carpenter, J.R.R. Tolkien. Biografia, wyd. 3, tłum. Agnieszka Sylwanowicz, Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2016.

[2] Tenże: Inklingowie. C.S. Lewis, J.R.R. Tolkien, Charles Williams i ich przyjaciele, tłum. Zbigniew A. Królicki, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 1999.

Listy

1. Do Edith Bratt

[Tolkien zaręczył się z Edith Bratt, którą poznał w latach młodości w Birmingham, w styczniu 1913 r., gdy skończył dwadzieścia jeden lat. Poniższy list napisał podczas ostatniego roku studiów anglistycznych w Oksfordzie, kiedy przechodził szkolenie w uniwersyteckim Oficerskim Korpusie Szkoleniowym, przygotowując się do wstąpienia do armii.]

Kolegium Exeter, Oksford

[Bez daty; październik 1914]

Moja kochana Edith!

Owszem, Twoja kartka z sob[oty] rano zaskoczyła mnie i zasmuciła, bo zrozumiałem, że mój list będzie musiał wędrować za Tobą. Piszesz do mnie wspaniałe listy, maleńka, a ja zachowuję się względem Ciebie jak prosię. Wydaje się, że nie pisałem do Ciebie całe wieki. Miałem pracowity (i bardzo mokry!) weekend.

W piątek nie działo się zupełnie nic, podobnie w sobotę, choć przez całe popołudnie mieliśmy ćwiczenia i kilka razy przemokłem, a karabiny zabrudziły się i potem trzeba było je czyścić godzinami.

Większość wolnego czasu spędziłem w domu na czytaniu; jak Ci mówiłem, miałem do napisania esej, ale nie skończyłem go, ponieważ pojawił się Shakespeare, a po nim (porucznik) Thompson1 (świetnie wyglądający w nowym mundurze), który nie pozwolił mi pracować w niedzielę, tak jak planowałem […]. Poszedłem na sumę do Świętego Alojzego — bardzo mi się podobała — a dawno nie byłem na sumie, bo kiedy w zeszłym tygodniu odwiedziłem w Oratorium, O.F.2 nie pozwolił mi pójść.

Musiałem po południu odwiedzić rektora3, co było bardzo nudne. Jego żona jest przerażająca! Wyszedłem, gdy tylko udało mi się wymówić, i uciekłem w deszczu do moich książek. Potem poszedłem zobaczyć się z p. Sisamem4 i powiedziałem mu, że zdążę napisać esej dopiero na śr[odę]; zostałem u niego i chwilę rozmawialiśmy, a po wyjściu odbyłem ciekawą rozmowę z tym dziwnym Earpem5, o którym ci mówiłem; opowiedziałem mu (ku jego zachwytowi) o Kalevali i fińskich balladach.

Wśród innych prac próbuję przetworzyć jedną z opowieści — która jest naprawdę wspaniałą i bardzo tragiczną historią — na opowiadanie nieco podobne do romansów Morrisa z dorzuconymi kawałkami poetyckimi6 […].

Muszę już iść do biblioteki kolegium i umorusać się zakurzonymi księgami — a potem się powałęsać i spotkać z kwestorem […].

R.7

2. Z listu do Edith Bratt

27 listopada 1914

Przed południem pracowałem jakieś 4 godz., od 9.20 do 13, czy coś koło tego; miałem szkolenie przez całe popołudnie, byłem na wykładzie od 17 do 18, a po kolacji (z gościem nazwiskiem Earp) musiałem pójść na spotkanie Klubu Eseistów — nieformalne ostatnie podrygi [?]. Był kiepski referat, ale ciekawa dyskusja. Było to także spotkanie poświęcone własnej twórczości; przeczytałem Earendela, który został porządnie skrytykowany1.

3. Z listu do Edith Bratt

[Po zakończeniu studiów anglistycznych w Oksfordzie — z pierwszą lokatą — Tolkien dostał przydział oficerski do Pułku Strzelców z Lancashire. List ten napisał w obozie Rugeley w Staffordshire, gdzie odbywał szkolenie. Tymczasem pracował nad wierszem Kortirion among the Trees, do którego inspiracji dostarczyło miasteczko Warwick, gdzie mieszkała Edith Bratt. Wiersz opisuje „zanikające miasta na pagórku”, gdzie „jeszcze przetrwały Samotne Kompanie… Święte duszki i nieśmiertelne elfy”. Jeśli chodzi o TCBS, patrz list nr 5.]

26 listopada 1915

Zwykły poranek stania, zamarzania, potem biegania dla rozgrzewki, żeby potem znów zamarzać. Zakończyliśmy godzinnym rzucaniem atrap granatów. Obiad i zimne popołudnie. Przez wszystkie gorące dni lata biegaliśmy w kółko oblani potem, a teraz stoimy w zlodowaciałych grupkach na dworze i słuchamy przemówień! Herbata i kolejna przepychanka; wywalczyłem sobie miejsce przy piecyku i zrobiłem grzankę na końcu noża — co za czasy! Zrobiłem ołówkową kopię Kortirionu. Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciw temu, że wyślę ją do TCBS. Chcę im coś wysłać: wszystkim należą się długie listy. Zaraz zacznę przepisywać starannie atramentem tekst dla Ciebie, maleńka, i wyślę go jutro wieczorem, bo chyba nie uda mi się zrobić więcej niż jedną kopię (takie to jest długie). Nie, właściwie wyślę ci egzemplarz ołówkowy (który jest bardzo schludny), a TCBS zaczeka, aż uda mi się zrobić następną kopię.

4. Z listu do Edith Bratt

2 marca 1916

Tego smutnego dżdżystego popołudnia znów czytałem stare notatki z wojskowych wykładów — znudziły mnie po półtorej godziny. Trochę ulepszyłem mój nonsensowny język duszków1.

Często ciągnie mnie do pracy nad nim, lecz nie pozwalam sobie na to, bo chociaż bardzo lubię tę robotę, rzeczywiście chyba to wariackie hobby!

5. Do G.B. Smitha

[Będąc w Szkole Króla Edwarda w Birmingham w 1911 r., Tolkien i jego trzej przyjaciele, Rob Gilson, Geoffrey Smith i Christopher Wiseman, stworzyli nieoficjalne i na wpół tajne stowarzyszenie, które nazwali TCBS. Był to skrót nazwy Tea Club and Barrovian Society, stanowiącej aluzję do ich zwyczaju picia herbaty w szkolnej bibliotece wbrew przepisom i w Barrow’s Stores w pobliżu szkoły. Po ukończeniu Szkoły Króla Edwarda członkowie TCBS utrzymywali ze sobą bliski kontakt, a w grudniu 1914 r. w londyńskim domu Wisemana odbyła się tzw. Narada, po której Tolkien zaczął poświęcać dużo energii pisaniu poezji — uważał, że stanowi to rezultat podzielania przez członków TCBS wspólnych ideałów i skutek wzajemnych zachęt. Wiseman służył teraz w marynarce wojennej, Gilson i Smith zostali wysłani nad Sommę, a Tolkien przybył na to pole bitwy jako oficer sygnalizacyjny w 11. Batalionie Fizylierów z Lancashire w momencie rozpoczęcia czerwcowej ofensywy sprzymierzonych. 1 czerwca Rob Gilson zginął w akcji, ale wiadomość o jego śmierci dotarła do pozostałych członków TCBS dopiero po kilku tygodniach. Geoffrey Smith zawiadomił Tolkiena krótką notką, a potem przesłał mu list Christophera Wisemana.]

11. Batalion Fizylierów z Lancashire

Brytyjski Korpus Ekspedycyjny, Francja

12 sierpnia 1916

Mój drogi stary Geoffreyu!

Serdecznie Ci dziękuję za list Christophera. Wiele myślałem o różnych sprawach — większość z tego to myśli niedające się przekazać, dopóki Bóg znów nas choćby na chwilę nie połączy.

Nie zgadzam się z Chrisem — chociaż oczywiście on sam niewiele mówi. To prawda, całym sercem akceptuję część podkreśloną przez Ciebie — lecz, co dziwne, wcale nie tę część, którą sam zaznaczyłem i opatrzyłem uwagami. Wczoraj i przedwczoraj wieczorem poszedłem do lasu — po drugim pobycie w okopach znów jesteśmy w obozie, w tym samym starym miejscu, gdzie Cię spotkałem — usiadłem i myślałem.

Nie potrafię opędzić się od myśli, że nie można mylić wielkości, którą osiągnął Rob, z wielkością, w którą wątpił. On będzie wiedział, że mówię całkowicie szczerze i w żaden sposób nie sprzeniewierzam się mojej miłości do niego — dopiero teraz, z każdym dniem bardziej, zdaję sobie sprawę, że opuścił naszą czwórkę — kiedy wyrażam swoje obecne przekonanie, że jeśli wielkość, którą z całą pewnością nasza trójka miała na myśli (rozumiejąc przez to coś więcej niż samą świętość czy szlachetność), rzeczywiście jest udziałem TCBS, to śmierć któregokolwiek z jego członków stanowi jedynie gorzki odsiew tych, którym wielkość nie była przeznaczona, przynajmniej bezpośrednio. Niech Bóg sprawi, by nie zabrzmiało to arogancko — teraz naprawdę czuję się pokorniejszy, a także niepomiernie słabszy i uboższy. Wielkość, którą miałem na myśli, to wielkość wielkiego narzędzia w rękach Boga — wielkość kogoś, kto porusza innych, robi coś, nawet osiąga wielkie rzeczy, a przynajmniej je rozpoczyna.

Wielkość, jaką odnalazł Rob, w żadnym wypadku nie jest mniejsza — wielkość bowiem, którą mam na myśli i co do której z drżeniem żywię nadzieję, że nam przypadnie, jest bezwartościowa, jeśli nie przenika jej ta sama świętość odwagi, cierpienia i ofiary — lecz innego rodzaju. Innymi słowy, jego wielkość jest teraz naszą kwestią osobistą — taką, która sprawi, że 1 czerwca będzie dla nas specjalnym dniem przez wszystkie lata, jakie Bóg zachce nam zesłać — lecz zaledwie dotyka TCBS w tym aspekcie, który, być może, jeśli to w ogóle osiągalne — stanowił jedyny aspekt naprawdę odczuwany przez Roba: „Przyjaźń do n-tej potęgi”. Myślę — a sądzę, że to samo miał na myśli Chris i jestem prawie pewien, że Ty też — że TCBS zostało obdarzone jakąś iskrą — z pewnością jako wspólnota, jeśli nie każdy indywidualnie — i że jego przeznaczeniem było rozpalić nowe światło lub, co jest tym samym, ponownie rozpalić na świecie stare światło; że przeznaczeniem TCBS było świadczenie o Bogu i Prawdzie w nawet bardziej bezpośredni sposób niż przez fakt oddania życia kilku jego członków w tej wojnie (która mimo całego zła po naszej stronie jest zmaganiem się dobra ze złem).

Na razie odnoszę wrażenie, że coś pękło. Czuję wciąż to samo do Was obu — a nawet jesteście mi jeszcze bliżsi i bardzo Was potrzebuję — jestem oczywiście spragniony i samotny — ale nie czuję się już członkiem tej małej, kompletnej wspólnoty. Szczerze uważam, że TCBS się skończyło; nie jestem jednak wcale pewien, że nie jest to mylne wrażenie, które zniknie, jak pod wpływem magii, kiedy znów się spotkamy. Mimo wszystko w tej chwili czuję się zaledwie jednostką — pozostającą raczej pod wpływem głębokich uczuć niż idei, lecz bardzo bezradną.

Jest oczywiście możliwe, że TCBS było wszystkim tym, o czym marzyliśmy — i że przeznaczona mu praca zostanie w końcu wykonana przez trzech, dwóch czy jednego ocalałego, a jej część przewidziana dla innych zostanie zawierzona przez Boga tej inspiracji, którą czerpaliśmy i czerpiemy z siebie nawzajem. Na tym buduję teraz moje nadzieje i modlę się do Boga, by dzieło TCBS kontynuowało nie mniej niż nas trzech…

Boję się jednak i żałuję tego — oprócz moich osobistych pragnień — ponieważ nie potrafię jeszcze porzucić nadziei i ambicji (wiem, że są niesprecyzowane i mętne), które po raz pierwszy ujawniły się podczas Narady w Londynie. Jak wiesz, po Naradzie znalazłem wyraz dla wszystkich nagromadzonych spraw i wszystko się przede mną otworzyło: zawsze przypisywałem to natchnieniu, które spływało na nas wszystkich nawet po kilku spędzonych wspólnie godzinach.

No i proszę — siedzę bardzo solenny i próbuję Ci sucho przekazać, co myślę. W moim wykonaniu brzmi to bardzo zimno i wyniośle — a jeśli jest niespójne, to dlatego że piszę to w różnych miejscach, otoczony gwarem bardzo nudnego kompanijnego kasyna.

Jeśli uważasz, że warto, to wyślij to Chrisowi. Nie wiem, jaki ma być nasz następny manewr ani co nas czeka. Plotki krążą na tyle żwawo, na ile pozwala im ogólne znużenie całą tą wojną. Chciałbym wiedzieć, gdzie jesteś. Oczywiście się domyślam.

Mógłbym napisać długi list, ale mam dużo zajęć. Oficer sygnałowy brygady chce ze mną porozmawiać na osobności, muszę odbyć dwie awantury z kwatermistrzem i mam paskudny apel o 18.30 — o 18.30 w słoneczne niedzielne popołudnie.

Napisz do mnie, jeśli tylko nadarzy Ci się okazja.

Twój John Ronald

6. Do pani E.M. Wright

[W roku 1920 Tolkien otrzymał stanowisko starszego wykładowcy anglistyki na Uniwersytecie w Leeds, które później zamieniono na profesurę; w liście nr 46 opisał rozmowę, w wyniku której otrzymał tę posadę. Tolkien ożenił się już z Edith Bratt; w 1923 r. miał dwoje dzieci, Johna i Michaela. W 1922 r. opublikował glosariusz do wypisów z języka średnioangielskiego opracowanych przez jego byłego opiekuna akademickiego Kennetha Sisama. Wraz z E.V. Gordonem rozpoczął także pracę nad wydaniem Pana Gawena i Zielonego Rycerza[3]. Poniższy list, w którym Tolkien dziękuje za przysłanie artykułu o tym poemacie, jest zaadresowany do żony Josepha Wrighta, redaktora English Dialect Dictionary (EDD). W Oksfordzie Tolkien studiował u Wrighta filologię.]

Uniwersytet w Leeds

13 lutego 1923

Szanowna Pani Wright!

Jestem Pani bardzo wdzięczny za odbitkę, a także za pani miłe uwagi na temat glosariusza. Poświęciłem mu mnóstwo czasu, co wspominam jako koszmar; poważnie opóźnił wydanie wypisów i ściągnął na moją głowę gromy; było to jednak pouczające doświadczenie.

Nie muszę mówić, że Pani artykuł zupełnie mnie przekonał; mam też radosną pewność, że w końcu wygładziła Pani następny niejasny ustęp w Panu G.

Właśnie przeszliśmy nieco katastrofalne Boże Narodzenie, jako że dzieci wybrały sobie ten czas, by zachorować na odrę — na początku stycznia tylko ja nie leżałem w łóżku, a do pacjentów zaliczała się także moja żona i niania. Praca, którą miałem wykonać w czasie ferii, legła w gruzach; chorzy jednak mają się już znacznie lepiej. Ja ocalałem. Mam nadzieję, że dobrze się Pani czuje, podobnie jak profesor Wright — ostatnio nie miałem o nim żadnych wiadomości, co uznałem za dobry znak.

Średnioangielski to ekscytująca dziedzina — zaczynam myśleć, że prawie niezbadana, ponieważ gdy tylko zwraca się szczegółową uwagę na jakikolwiek jej drobny aspekt, obiegowe pojęcia i poglądy zdają się kruszyć i walić w gruzy — przynajmniej jeśli chodzi o język. EDD jest na pewno niezbędny lub unentbehrlich[4], co naprawdę jest o wiele bardziej naturalne dla filologicznego umysłu, i zachęcam studentów, by go przeglądali.

Moja żona pragnie się Państwu przypomnieć i dołącza swoje życzenia do moich.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

Filologia robi tu postępy. Procent studentów „języka” jest bardzo wysoki i nie ma ani śladu werbowników! JRRT

7. Do grona wybierającego profesora języka staroangielskiego na katedrę Rawlinsona i Boswortha na Uniwersytecie w Oksfordzie

[Latem 1925 r., po rezygnacji W.A. Craigiego, ogłoszono wakat na stanowisku profesora w katedrze języka staroangielskiego w Oksfordzie. Tolkien postanowił złożyć podanie, choć miał zaledwie trzydzieści trzy lata. Jest to oficjalne zgłoszenie jego kandydatury, datowane 27 czerwca 1925 r.]

Szanowni Panowie!

Pragnę zaproponować siebie jako kandydata na stanowisko profesora języka staroangielskiego.

Katedra dająca takie możliwości wyrażenia i przekazania naukowego entuzjazmu dla studiów nad staroangielskim oraz innymi językami starogermańskimi jest dla mnie atrakcyjna z samej swojej natury, nie mógłbym też życzyć sobie niczego lepszego niż takie ponowne związanie się z oksfordzką anglistyką. Poprzednio byłem na niej studentem, a potem wykładowcą, a podczas mojego pięcioletniego pobytu w Leeds z przyjemnością utrzymywałem z nią stosunki, szczególnie w ciągu ostatnich dwóch lat jako egzaminator studentów ostatniego roku.

Wstąpiłem do Kolegium Exeter jako stypendysta Stapledon Exhibition w roku 1911. Po zdaniu egzaminów Moderations z filologii klasycznej w roku 1913 (specjalizowałem się w filologii greckiej) zdałem egzaminy z pierwszą lokatą z anglistyki w roku 1915, za przedmiot specjalny mając staroislandzki. Do końca roku 1918 służyłem jako oficer w Pułku Fizylierów z Lancashire, po czym przyłączyłem się do prac nad Oxford English Dictionary. Byłem jednym z asystentów dr. Bradleya1 do wiosny 1920 r., kiedy moje własne zajęcia i coraz więcej obowiązków związanych z posadą wykładowcy uniemożliwiły mi dalszą współpracę.

W październiku 1920 r. udałem się do Leeds jako wykładowca języka angielskiego dysponujący swobodą w rozwijaniu lingwistycznej strony dużego i wciąż rosnącego tamtejszego wydziału anglistyki, na którym nie było jeszcze miejsca dla językoznawcy. Zacząłem, mając pięciu ostrożnych pionierów z wydziału (bez pierwszego roku) liczącego sobie około sześćdziesięciu studentów. Obecna proporcja wynosi 43 studentów literatury i 20 języka. Lingwiści w żaden sposób nie są odizolowani ani oderwani od ogólnego życia czy pracy wydziału i biorą udział w licznych zajęciach literackich na anglistyce; poczynając jednak od 1922 r., ich czysto językowa praca odbywa się na specjalnych zajęciach, a egzaminy egzekwowane są w formie prac pisemnych o wyraźnie określonym standardzie i założeniach. Zakres kształcenia jest stopniowo rozszerzany i obejmuje obecnie dużą część filologii angielskiej oraz germańskiej. Odbywają się zajęcia ze staroangielskich poematów heroicznych, historii języka angielskiego+, różnych tekstów staroangielskich i średnioangielskich+, filologii staro- i średnioangielskiej+, podstaw filologii germańskiej+, języka gockiego, staroislandzkiego (na drugim+ i trzecim roku) oraz średniowiecznego walijskiego+. Wszystkie te zajęcia od czasu do czasu sam prowadziłem; te, które prowadziłem osobiście w minionym roku, oznaczyłem+. Podczas ostatniego trymestru zajęcia fakultatywne z czytania tekstów nieobjętych bieżącym programem przyciągnęły ponad piętnastu studentów, z których nie wszyscy wywodzili się z językowej części wydziału.

Wydaje się, że dla tych studentów filologia przestała być przerażająca, choć wciąż jest tajemnicza. Odbywają się konwersatoria prowadzone na zasadach bliższych raczej zajęciom z literatury, co przyniosło owoce w postaci przyjaznej rywalizacji i otwartej dyskusji z równorzędną grupą literacką. Powstał nawet Klub Wikingów utworzony przez byłych i obecnych studentów języka staroislandzkiego, który rokuje nadzieje na kontynuowanie tej działalności niezależnie od patronatu pracowników naukowych. Nauczanie staroislandzkiego rozwinęło się w sposób szczególny i osiągnęło wyższy poziom niż inne przedmioty fakultatywne, jako że język ten studiuje się przez dwa lata i właściwie równie szczegółowo, jak staroangielski […].

Wydatek czasu na nauczanie i opiekę naukową nad studentami związaną z moim stanowiskiem w połączeniu z czynnym administrowaniem rosnącym wydziałem, a ostatnio z obowiązkami członka senatu w okresie szczególnie trudnym dla polityki Uniwersytetu, poważnie zakłócił moje plany dotyczące publikacji; dołączam jednak wykaz prac, na napisanie których czas udało mi się znaleźć. Jeśli zostanę wybrany na stanowisko kierownika katedry, będę dążył do produktywnego wykorzystania związanych z tym możliwości badawczych; do zacieśniania, w miarę moich umiejętności, rosnących więzów między studiami językoznawczymi i literackimi, które nigdy nie mogą być sobie wrogie, chyba że w rezultacie nieporozumień, pod groźbą obustronnych strat; będę też nadal rozbudzać wśród młodzieży filologiczny entuzjazm na szerszym i żyźniejszym polu.

Pozostaję uniżonym sługą

J.R.R. Tolkien

8. Z listu do rektora Uniwersytetu w Leeds

22 lipca 1925

Właśnie oznajmiono mi, że zostałem wybrany na stanowisko profesora języka staroangielskiego w Oksfordzie. Przyjąłem tę ofertę — wchodzi ona w życie z dniem 1 października — z wielkim żalem z powodu tak nagłego rozstania, choć dla mnie osobiście oznacza to pomyślną odmianę losu.

Jedynie nagła rezygnacja mojego poprzednika narzuciła mi takie tempo — nieśmiało marzyłem o tym stanowisku w dalszej przyszłości, lecz teraz, po doświadczeniu przychylności tego Uniwersytetu oraz wielkiej satysfakcji, jaką dał mi krótki okres pracy w jego murach, czuję się niewdzięcznikiem, prosząc o tak nagłe zwolnienie z moich obowiązków. Żywię nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.

9. Do Susan Dagnall z wydawnictwa George Allen & Unwin Ltd.

[Tolkien napisał większą część Hobbita podczas pierwszych siedmiu lat pracy na stanowisku profesora języka staroangielskiego w Oksfordzie. Tekst istniał już zimą 1932 r., kiedy to przeczytał go C.S. Lewis, chociaż wtedy w maszynopisie najwyraźniej brakowało ostatnich rozdziałów — urywał się on zaraz po opisie śmierci smoka Smauga. Maszynopis przeczytała w końcu Susan Dagnall, absolwentka Oksfordu, pracująca dla londyńskiego wydawnictwa Allen & Unwin, która zachęciła Tolkiena do zakończenia dzieła i złożenia go do publikacji. Opis jej udziału w wydaniu tej książki można znaleźć w listach nr 163, 257 i 294, choć dwa z późniejszych listów błędnie sugerują, że kiedy Susan Dagnall czytała maszynopis, była jeszcze studentką. Patrz także Biografia, s. 256. Tolkien wysłał ukończony maszynopis do wydawnictwa Allen & Unwin 3 października 1936 r. Stanley Unwin, założyciel i prezes firmy, odpowiedział 5 października, że poświęcą książce „natychmiastową i należytą uwagę”. Nie przetrwała żadna korespondencja poprzedzająca poniższy list. Zanim Tolkien go napisał, książka została przyjęta do publikacji, a on sam przygotowywał już mapy i ilustracje.]

Northmoor Road 20, Oksford

4 stycznia 1937

Szanowna Pani Dagnall!

Mapy etc. do Hobbita.

Przepraszam za tak długą zwłokę. Przez jakiś czas niedomagałem, a potem cała moja rodzina kolejno zapadała na przyniesioną ze szkoły grypę, co całkowicie zepsuło nam święta. Ja sam uległem chorobie w wigilię Nowego Roku. Trudno mi było cokolwiek robić, a to, co udało mi się narysować, jest dość słabe. Przerysowałem dwie rzeczy: mapę, którą trzeba wkleić (do rozdziału 1), i mapę ogólną. Żywię nadzieję — jako że nie mam dużych umiejętności i żadnego doświadczenia w przygotowywaniu tego rodzaju rzeczy do reprodukcji — że się na coś przydadzą. Zdecydowałem, że inne mapy nie są potrzebne.

Jeszcze raz narysowałem (w miarę moich umiejętności) kilka amatorskich ilustracji z „domowego maszynopisu”, wyobrażając sobie, że mogą zostać użyte na wyklejki, frontyspis czy coś podobnego. Sądzę, że w sumie takie rzeczy, gdyby były lepsze, mogłyby udoskonalić książkę. Możliwe jednak, że w tym stadium jest to niewykonalne, a w każdym razie, że są one niezbyt dobre, a może technicznie nieodpowiednie. Byłbym wdzięczny za zwrot odrzuconych ilustracji.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

10. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

[Między rokiem 1932 i 1937 Tolkien napisał i zilustrował książeczkę dla dzieci zatytułowaną Pan Błysk[5]. Jej opis można znaleźć w Biografii na s. 233. Została ona przedstawiona wydawnictwu Allen & Unwin równocześnie z Hobbitem. Wydawca odpowiedział, że z przyjemnością ją przyjmie, pod warunkiem że Tolkien zmniejszy liczbę kolorów na rysunkach.]

Northmoor Road 20, Oksford

17 stycznia 1937

Szanowny Panie!

Pan Błysk wrócił szczęśliwie. Mogę tylko powiedzieć, że zaskoczeniem był dla mnie Pański list, który otrzymałem następnego ranka. Nie wyobrażałem sobie, że Pan Błysk jest wart takiego zachodu. Wydaje mi się, że obrazki te jedynie dowodzą, iż autor nie potrafi rysować. Jeśli jednak Pańskie wydawnictwo naprawdę sądzi, że warto to opublikować, postaram się, aby ilustracje były łatwiejsze w reprodukcji. Oczywiście byłoby wielką pomocą, gdyby Pan, jak to sugeruje, zechciał zadzwonić i udzielić mi kilku rad. W tej chwili, oprócz moich zwykłych obowiązków, staram się zdobyć stypendium na badania1, lecz w najbliższej przyszłości być może znajdę kilka wolnych chwil, szczególnie że na dwa lata uwolniony zostałem od ciężaru przeprowadzania egzaminów.

Jestem także wdzięczny i mile zaskoczony, że da się wykorzystać rysunki do Hobbita. Panu zostawiam jak najlepsze ich wykorzystanie. Właściwie mapa — ta z runami — miała być wklejona (w stanie złożonym) do rozdziału 1, naprzeciwko strony, gdzie wspomina się o niej po raz pierwszy — „arkusz pergaminu, jak gdyby mapę” — pod koniec rozdziału. Ta druga mapa w „domowym manuskrypcie” była na końcu, a długi wąski rysunek Mrocznej Puszczy2 na początku. Rysunek Brama króla elfów znajdował się na końcu rozdz. 8, Miasto na Jeziorze w rozdz. 10, Główna Brama w rozdz. 11 po opisie bramy, kiedy bohaterowie zobaczyli ją po raz pierwszy: „mogli dostrzec czarny otwór pieczary ziejącej w ogromnej, stromej ścianie”. Przyjrzawszy się tej sprawie bliżej, zauważyłem, że wszystkie mapy i rysunki, zarówno jeśli chodzi o miejsce, jak i związki z treścią, skupione są pod koniec książki. Nie było to zaplanowane, lecz stało się tak dlatego, że po prostu nie udało mi się doprowadzić pozostałych ilustracji do znośnego choćby stanu. Doradzono mi też, że najbardziej odpowiednie są te, które odnoszą się do geografii lub krajobrazu — nie mówiąc już o tym, że nie potrafię narysować niczego innego.

Załączam teraz sześć następnych3. Wszystkie mają oczywiste defekty, a oprócz tego wszystkie lub niektóre mogą sprawiać trudności przy reprodukcji. Może też Pan nie chcieć zmieniać planów ani brać pod uwagę nowych komplikacji przy takim opóźnieniu. Tak więc nie będę ani rozgoryczony, ani zdziwiony, jeśli zwróci je Pan, wszystkie lub niektóre […].

Z wyrazami szacunku

J.R.R. Tolkien

11. Z listu do wydawnictwa Allen & Unwin

[W związku z reprodukcją ilustracji w Hobbicie.]

5 lutego 1937

Akceptuję odbitki szczotkowe. Zmniejszenie wyszło na dobre wszystkim rysunkom oprócz tego z trollami. Jest tu kilka usterek, prawdopodobnie związanych po prostu z drukiem. Zaznaczyłem je: cienki biały kontur jednego z drzew w tle jest lekko rozerwany; nie wyszło kilka białych kropeczek wokół płomienia, podobnie jak kropka po słowie „Trolls”.

W rysunku Hall w Bag End błędnie nałożyłem pędzlem cień sięgający aż do bocznej belki. Oczywiście wyszedł on na czarno (i zniknął klucz), chociaż nie sięga do samej belki. Druk jest chyba jednak tak dobry, jak na to pozwala oryginał. Proszę pamiętać, że nie są to poważne uwagi krytyczne! Wciąż jestem zaskoczony, że te mierne rysunki w ogóle zostały przyjęte i że zadali sobie Państwo z nimi tak wiele trudu — szczególnie wbrew względom ekonomicznym (o czynniku tym pamiętam, gdyż był on przyczyną pierwotnego zarzucenia ilustracji).

12. Do wydawnictwa Allen & Unwin

[W połowie marca Tolkien przesłał korektę Hobbita do wydawnictwa, poczyniwszy w pierwotnym tekście bardzo dużo zmian. Powiedziano mu, że być może będzie musiał ponieść część kosztów wprowadzania poprawek, chociaż wydawca zauważył, że autor postarał się, by jego poprawki zajmowały dokładnie tyle samo miejsca, co wersja pierwotna. Do poniższego listu Tolkien dołączył rysunek z runicznym napisem na obwolutę.]

Northmoor Road 20, Oksford

13 kwietnia 1937

Szanowni Państwo!

Oddzielną pocztą zwracam w całości poprawionego Hobbita […]. Przyjmuję do wiadomości Wasze uprzejme uwagi na temat kosztu poprawek. Jeśli trzeba, zapłacę za wszystko; chociaż oczywiście będę wdzięczny za pobłażliwość. Dziękuję za uprzejmość i troskę […].

Do korekty dołączam projekt obwoluty, oddając go pod Wasz krytyczny osąd. Przekonałem się (zgodnie z oczekiwaniami), że jednak leży to poza granicami moich umiejętności i doświadczenia. Może jednak nada się ogólny układ?

Przewiduję zasadnicze zastrzeżenia.

Jest za dużo kolorów: niebieski, zielony, czerwony, czarny (2 czerwienie są przypadkowe, 2 zielenie niezbyt ważne). Problem można by rozwiązać, zastępując czerwień bielą i usuwając słońce lub obwodząc je linią. Być może zyskałaby na tym całość. Jednoczesna obecność na niebie słońca i księżyca wiąże się z czarem dotyczącym drzwi.

Jest zbyt skomplikowany i trzeba go uprościć, np. przez pokazanie gór w jednym kolorze i uproszczenie poszarpanych „jodeł” […].

Jeśli Państwo uważają, że runy są atrakcyjne, to przy powtórnym narysowaniu całość można by zmniejszyć. Chociaż runy wyglądają magicznie, znaczą jedynie: „Hobbit, czyli tam i z powrotem, zapis rocznej podróży Bilba Bagginsa; spisany z jego pamiętników przez J.R.R. Tolkiena i wydany przez wydawnictwo George Allen & Unwin” […].

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

13. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

[11 maja wydawnictwo oznajmiło Tolkienowi, że zainteresowało Hobbitem „jedną z czołowych amerykańskich oficyn wydawniczych” i że oficyna ta „chciałaby kilku dalszych barwnych ilustracji i zaproponowała zatrudnienie dobrych amerykańskich ilustratorów”. Wydawnictwo Allen & Unwin sądziło jednak, że „lepiej by było, gdyby wszystkie ilustracje wyszły spod Pańskiej ręki”.]

Northmoor Road 20, Oksford

13 maja 1937

Szanowny Panie Furth!

Dziękuję za informację dotyczącą przyszłego amerykańskiego wydania. Czy mógłby mi Pan podać nazwę tej oficyny i jak mogą wyglądać kwestie finansowe?

Co do ilustracji: jestem rozdarty między świadomością własnej niedoskonałości i obawą przed tym, co mogliby wyprodukować amerykańscy artyści (niewątpliwie obdarzeni wspaniałymi umiejętnościami). W każdym razie zgadzam się, że wszystkie ilustracje powinny wyjść spod jednej ręki: przy czterech profesjonalnych ilustracjach moje amatorskie próby wyglądałyby dość głupio. Mam w szufladzie kilka „obrazków”, ale choć przedstawiają sceny z mitologii, na obrzeżach której umieszczone są przygody hobbita, to właściwie nie ilustrują opowieści o nim. Jedyny obrazek możliwy do przyjęcia to oryginalnie kolorowa wersja Mrocznej Puszczy1 (przerysowana w czerni i bieli do wydania Hobbita). Powinienem spróbować i narysować ich jeszcze pięć czy sześć. Postaram się to zrobić, na ile pozwoli mi czas w środku trymestru — jeśli uzna to Pan za celowe. Nie mógłbym jednak niczego przez jakiś czas obiecać. Może sprawa wymaga pośpiechu? Może należałoby, by nie stracić zainteresowania Amerykanów, pozwolić na to, co wydaje im się słuszne — jeśli będzie można (chciałbym tu dodać) postawić weto wobec wszystkiego, co pochodzi ze studia Disneya lub znajduje się pod jego wpływem (serdecznie nie znoszę jego produktów). Widziałem amerykańskie ilustracje dowodzące, że mogłyby powstać wspaniałe dzieła — zbyt wspaniałe dla ich towarzyszy. Może jednak będzie Pan mógł mi powiedzieć, ile mam czasu na opracowanie próbek, które mogłyby zadowolić młodzieżowy smak zza oceanu (lub znawców tego smaku)? […]

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

14. Do wydawnictwa Allen & Unwin

[Wydawnictwo zaproponowało Tolkienowi, żeby Hobbit został wydany w październiku 1937 r., tuż po rozpoczęciu jesiennego trymestru w Oksfordzie. Poinformowało go także, że przekazało jego list o ilustracjach (nr 13) do wydawnictwa Houghton Mifflin w Bostonie w stanie Massachusetts, które miało opublikować książkę w Ameryce.]

Northmoor Road 20, Oksford

29 maja 1937

Szanowni Państwo!

[…] Data wydania. Jest to oczywiście sprawa wydawnictwa i wiąże się z nią wiele kwestii, o których nie mam pojęcia. Tak czy inaczej, sądzę, że ostateczna decyzja została już podjęta; trzeba także wziąć pod uwagę Amerykę. Jeśli jednak chodzi o Wielką Brytanię, nasuwa mi się nieodparta myśl, że być może popełniają Państwo błąd, biorąc pod uwagę Uniwersytet w Oksfordzie i jego trymestry; a jeśli już tak jest, to uznając początek października za lepszy od czerwca. Większa część uniwersytetu nie zwróci uwagi na taką opowieść; ci, którzy są zainteresowani, już się domagają książki i zaczynają dodawać ją do długiej listy moich prac odłożonych na święty nigdy. Jeśli chodzi o „zainteresowanie lokalne”, to prawdopodobnie osiągnęło ono swój szczyt (co prawda nie sądzę, żeby przełożyło się ono na dużą liczbę sprzedanych egzemplarzy). W każdym razie koniec czerwca, między ostatnimi przygotowaniami do egzaminów i bitwą ze skryptami (dotyczącą jedynie mniejszości studentów starszych lat), to spokojny okres, kiedy poszukuje się lżejszych książek do natychmiastowego przeczytania i lektur na wakacje. Październik, który upływa pod presją nowego roku akademickiego, jest szaleńczym okresem.

Pan Lewis z kolegium Magdalen1, który pisze recenzje dla „Times Literary Supplement”, mówi mi, że już obiecał recenzję i poprosił o książkę jako specjalista od baśni. Jest niezadowolony, ponieważ będzie dostawał niechciane „młodzieżówki”, a Hobbit dotrze do niego dopiero po wakacjach i będzie musiał czekać na przeczytanie i powstanie solidnej recenzji aż do grudnia. Poza tym, gdyby książka była osiągalna przed rozproszeniem się pracowników uniwersytetu, mógłbym poprosić mojego przyjaciela, redaktora „O[xford] U[niversity] Magazine”2, który ostatnio publikuje w nim sporą dawkę moich rozważań o smokach, żeby ją komuś przydzielił i zdobył recenzję na początku trymestru jesiennego. Spodziewam się jednak, że informuję o tym zbyt późno. Tak czy owak, nie sądzę, żeby na dłuższą metę czyniło to jakąś różnicę. Mam tylko jedną osobistą pobudkę, by żałować tego opóźnienia: mianowicie bardzo mi zależało, by książka została wydana jak najszybciej, ponieważ od zeszłego października jestem zobowiązany do badań naukowych i nie powinienem pozwalać sobie na egzaminy czy jakieś „błahostki”. Im dalej będziemy wkraczać w czas mojego kontraktu, tym więcej będę miał trudności (a już je mam) w udawaniu, że praca ta została wykonana w całości przed październikiem 1936 r. Będzie mi teraz bardzo trudno przekonać ludzi, że nie jest to główny owoc „badań” w roku akademickim 1936/37!

Houghton Mifflin Co. Zaniepokoiła mnie wiadomość, że mój list został wysłany za ocean. Nie był przeznaczony dla Amerykanów bez odpowiedniej redakcji: wyraziłbym wtedy swe myśli zupełnie inaczej. Teraz czuję jeszcze większe wahanie przed występowaniem w roli ilustratora […]. Załączam jednak trzy kolorowe „obrazki”3. Nie stać mnie na nic lepszego i jeśli ich jakość jest za niska, H.M.Co. może powiedzieć to od razu i bez obrazy z mojej strony, o ile tylko mi je odeśle. Są to niedbałe i niestaranne płody mego wolnego czasu ilustrujące inne opowieści. Mając na względzie publikację, mógłbym nieco je ulepszyć, dając rysunkom bardziej wyraziste kolory i pozbawiając je nadmiernej liczby szczegółów (oraz powiększając same rysunki). Obrazek Mrocznej Puszczy jest właściwie taki sam jak ten w Hobbicie, ale ilustruje inną przygodę. Myślę, że gdyby H.M.Co. chciało, żebym dalej rysował, to zostawiłbym tę czarno-szarą planszę i zilustrował cztery inne sceny. Spróbuję się do nich wziąć jak najszybciej, co jednak prawdopodobnie nie nastąpi przed otrzymaniem werdyktu, jeśli zostanie przekazany telegraficznie…

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

15. Do wydawnictwa Allen & Unwin

[Do listu była dołączona kolorowa wersja rysunku Pagórek: Hobbiton-Za-Wodą. Tolkien już wysłał cztery nowe kolorowe rysunki: Rivendell, Bilbo zbudził się, gdy wschodzące słońce zaświeciło mu w oczy, Bilbo przybywa do szałasów elfich flisaków i Rozmowa ze Smaugiem. Wszystkie z nich, poza Szałasami elfich flisaków, zostały wykorzystane w pierwszym wydaniu amerykańskim i wszystkie, oprócz Bilbo zbudził się, gdy wschodzące słońce zaświeciło mu w oczy, zostały dodane do drugiej brytyjskiej edycji.]

Northmoor Road 20, Oksford

31 sierpnia 1937

Szanowny Panie Furth!

Załączam kolorową wersję frontyspisu. Jeśli uzna Pan, że się nadaje, może ją Pan przesłać do Houghton Mifflin Co. Czy mógłby Pan zarazem ostatecznie im wyjaśnić (nie wydaje się to oczywiste), że pierwsze trzy rysunki nie były ilustracjami do Hobbita, lecz jedynie próbkami: nie można ich wykorzystać w tej książce i obecnie należy je zwrócić. Dalsze pięć rysunków (cztery, a teraz jeden) zostały specjalnie wykonane dla H.M.Co do Hobbita. Wydawnictwo może oczywiście odrzucić lub wykorzystać wszystkie albo niektóre z nich. Chciałbym jednak zauważyć, że zostały specjalnie dobrane tak, by rozdzielić ilustracje równo po całej książce (szczególnie w połączeniu z czarno-białymi rysunkami).

Przypuszczam, że nie wchodzi w rachubę żadne wynagrodzenie? Nie mam poczucia własnej zasługi (choć mój wkład pracy był znaczny) i wyobrażam sobie, że darmowy charakter moich wysiłków rekompensuje inne niedociągnięcia. Rozumiem jednak, że pierwotne warunki H.M.Co po prostu obejmowały Hobbita w formie wydanej przez Państwa i że potem Amerykanie zaproponowali dodanie kolorowych ilustracji wykonanych przez dobrych rysowników jako zachętę dla kupujących. Zapewne musieliby za ilustracje zapłacić oddzielnie. W tej chwili mam takie trudności (głównie z powodu wydatków na leczenie), że nawet niewielkie honorarium byłoby dobrodziejstwem. Czy można by im zasugerować (kiedy już zdecydują się, czy chcą coś wziąć), że drobne wynagrodzenie byłoby ładnym gestem?

Może zechce mi Pan doradzić albo powiedzieć, w którym miejscu mam przestać? Chyba nie muszę mówić, że taki pomysł przyszedł mi do głowy tylko w związku z Amerykanami, którzy sprawiają dużo niepotrzebnych kłopotów. Nawet gdybym nie wiedział, że Wasze koszta produkcji są znaczne (i że byłem trudny jako korektor), zawsze chętnie zrobię wszystko, o co Państwo poproszą, jeśli chodzi o rysowanie czy poprawianie ilustracji, które nadadzą się do Hobbita.

Mam nadzieję, że w końcu pan Baggins przyjdzie mi na pomoc — w umiarkowany sposób (nie spodziewam się garnków ze złotem trolli). Zaczynam żywić nadzieję, że wydawca może mieć rację1 (vide obwoluta). Ostatnio otrzymałem dwie opinie, które napawają umiarkowanym optymizmem. Profesor Gordon2 przeczytał książkę (to podobno rzadki wypadek) i zapewnia mnie, że poleci ją ogółowi czytelników oraz Book Society. Powinienem być może Pana ostrzec, że jego obietnice są zwykle na wyrost — lecz przynajmniej jego opinie są dość trafne. Profesor Chambers3 pisze bardzo entuzjastycznie, ale to stary i życzliwy przyjaciel. Najważniejszy jest dokument, który załączam, a który może Pana zainteresować: list od R. Meiggsa (obecnie wydającego „Oxford Magazine”). Nie ma on żadnych powodów, by mnie oszczędzać i zwykle wypowiada się bez ogródek. Oczywiście, nie łączą go żadne koneksje z koteriami krytyków; jest on właściwie zwykłym członkiem dobrotliwej publiczności.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

PS. Załączam także komentarz do sformułowań na skrzydełku obwoluty, do przeczytania w wolnej chwili — jeśli może Pan to przeczytać.

[Kiedy Hobbit został wydany 21 września 1937 r., wydawnictwo Allen & Unwin wydrukowało na skrzydełku następujące uwagi: „J.R.R. Tolkien […] ma czworo dzieci i czytał im Hobbita […] w pokoju dziecięcym […]. Rękopis […] był pożyczany znajomym w Oksfordzie, którzy czytali go swoim dzieciom […]. Narodziny Hobbita bardzo przypominają narodziny Alicji w Krainie Czarów. Oto jeszcze jedne figle profesora niezrozumiałego przedmiotu”. Tolkien przesłał do tych uwag poniższy komentarz.]

A tak przy okazji. Zamierzałem kiedyś skomentować dodatkowy materiał pojawiający się na obwolucie. Nie sądzę, żeby to była bardzo ważna kwestia reklamowa (jako że ta książka to jeden drobny element pracy wydawnictwa); mam więc nadzieję, że potraktuje Pan poniższy esej przychylnie i pozwoli mi wyjaśnić pewne sprawy (tu wychodzi ze mnie profesor), nawet jeśli nie wydaje się to użyteczne.

Jestem na Pańskiej łasce, jeśli uważa Pan, że to właściwa notka. Przypuszczam, że ścisła prawda nie jest konieczna (ani nawet pożądana). Trochę się jednak boję, żeby H.M.Co nie uczepiło się tych słów i nie rozdmuchało niedokładności w fałsz. A recenzenci mają skłonność do opierania się na drobnych wskazówkach. Przynajmniej ja tak robię, kiedy występuję w tej roli.

„Pokój dziecięcy” — nigdy nie mieliśmy czegoś podobnego, a miejscem takich rozrywek zawsze był gabinet. A w każdym razie — czy skojarzenie wiekowe jest właściwe? Powiedziałbym, że czas „pokoju dziecięcego” kończy się w wieku około 8 lat, kiedy dzieci idą do szkoły. To za mało. Kiedy mój najstarszy chłopiec słuchał tej opowieści w odcinkach, miał trzynaście lat. Młodsi nie byli nią zachwyceni i musieli kolejno do niej dorastać.

„Pożyczany” — musimy to pominąć (chociaż, ściśle mówiąc, rękopis znajomym wmuszałem). Owszem, wędrował on po licznych domach, ale o ile wiem, nigdy nie czytano go dzieciom, natomiast zanim wypróbował go p. Unwin, został przeczytany przez jedno dziecko (dziewczynkę w wieku 12-13 lat).

„Niezrozumiały” — nie uczę „niezrozumiałego” przedmiotu: nie zgadzam się, jeśli chodzi o staroangielski. Niektórzy mogą tak myśleć, ale ja nie lubię do tego zachęcać. Literatura staroangielska czy staroislandzka nie jest bardziej odległa od ludzkich trosk czy trudniejsza do zgłębienia za małe pieniądze niż (powiedzmy) używany w stosunkach handlowych hiszpański. Próbowałem obu tych rzeczy. W każdym razie — oprócz run (staroangielskich) oraz imion krasnoludów (islandzkich), które nie zostały wykorzystane z antykwaryczną dokładnością i (ku mojemu żalowi) dla uniknięcia niezrozumiałości zastąpiły prawdziwe alfabety oraz imiona z mitologii, do której wdziera się pan Baggins — obawiam się, że moja wiedza zawodowa nie jest w książce bezpośrednio wykorzystana. Magia, mitologia i stanowiąca obszar odniesień „historia” oraz większość imion (np. epopeja o upadku Gondolinu) pochodzą z niepublikowanych, niestety, prac, znanych jedynie mojej rodzinie, pannie Griffiths1 i panu Lewisowi. Uważam, że nadają one opowieści atmosferę realizmu i mają właściwy „północny” nastrój. Zastanawiam się jednak, czy powinno się pozwolić, by niczego niepodejrzewający wyobrażali sobie, iż wszystko to pochodzi ze „starych ksiąg”, lub też by kusić tych, co o tym wiedzą, informacją, że tak nie jest?

„Filologia” — moje prawdziwe poletko zawodowe — być może jest niezrozumiała i może łatwiej daje się ją porównać z matematyką Dodgsona. Prawdziwa więc paralela (jeśli taka istnieje; mam wrażenie, że nie ostanie się przy bliższej analizie)[6] leży w fakcie, że oba te techniczne przedmioty są nieobecne w jakikolwiek jawny sposób. W Hobbicie jedyna (chyba) filologiczna uwaga znajduje się na s. 166-1672: to dziwaczny mitologiczny sposób ujęcia filozofii lingwistycznej oraz uwaga, którą (z radością) pominą wszyscy, którzy nie czytali Barfielda3 (a czytali go nieliczni), oraz prawdopodobnie też ci, którzy znają jego dzieło. Obawiam się, że te moje wtręty naprawdę mogą bardziej być porównywane z amatorskim fotografowaniem Dodgsona i jego niepowodzeniem z pieśnią Hiawathy niż z Alicją.

„Profesor” — figle profesora przywodzą raczej na myśl słonia w kąpieli — jak kiedyś powiedział sir Walter Raleigh4 o profesorze Jo Wrighcie, będącym w żartobliwym nastroju podczas viva5. Ściśle mówiąc (jak sądzę), Dodgson nie był „profesorem”, lecz wykładowcą w kolegium — chociaż wykazał uprzejmość względem ludzi mojej profesji, czyniąc najmilszą postacią w Sylvii i Brunonie „profesora” (chyba że ktoś woli szalonego ogrodnika). A dlaczego nie „figle studenta”? Słowo to ma tę dodatkową zaletę, że Dodgson miał oficjalny status jako student w Kolegium Christ Church. Jeśli uważa pan podtrzymanie tego porównania za słuszne i sprawiedliwe (jest to wielki komplement dla Hobbita) — to powinno się wymienić Po drugiej stronie lustra. Ta książka jest Hobbitowi bliższa pod każdym względem […].

J.R.R. Tolkien

16. Do Michaela Tolkiena

[Drugi syn Tolkiena, Michael, który miał wówczas szesnaście lat, razem z młodszym bratem Christopherem uczył się w szkole Oratorium w Berkshire i liczył na to, że dostanie się do szkolnej drużyny rugby.]

Northmoor Road 20, Oksford

3 października 1937

Najukochańszy Micku!

Przyjemnie było dostać list od ciebie. Mam nadzieję, że wszystko układa się dobrze. Myślę, że wasza nowa kwatera po umeblowaniu będzie wyglądała przyzwoicie. Ładnie z twojej strony, że w miarę możliwości opiekujesz się Chrisem. Spodziewam się, że na początku wszystko będzie mu się plątać, ale wkrótce powinien zorientować się w sytuacji i nie sprawiać już kłopotów ani Tobie, ani sobie.

Jestem zaskoczony i zmartwiony, że nie znajdujesz się (jeszcze) w reprezentacji. Trafia jednak do niej, a nawet zdobywa prawo do noszenia jej barw, wielu chłopców, którzy początkowo zostali odrzuceni. Tak było ze mną — i to z tego samego powodu: byłem zbyt lekki. Pewnego dnia postanowiłem jednak nadrobić brak wagi (usprawiedliwioną) agresywnością i pod koniec sezonu zostałem kapitanem, a w następnym otrzymałem prawo do noszenia barw drużyny. Odniosłem jednak liczne obrażenia — między innymi niemal odgryzłem sobie język — a ponieważ w sumie mam więcej szczęścia od Ciebie, byłbym bardzo zadowolony, gdybyś pozostał cały i zdrowy, nawet nie będąc w drużynie! Tak czy owak, niech Bóg Cię ma w opiece. U nas nie wydarzyło się nic szczególnego. Mama chyba polubiła jazdę samochodem. Po Twoim wyjeździe zostało nas dwoje i teraz, zamiast pisać, mam po południu zabrać na przejażdżkę ją, P. i J.B.1 Na razie tyle musi Ci wystarczyć.

Z prawdziwą miłością.

Twój Ojciec

17. Do Stanleya Unwina, prezesa wydawnictwa Allen & Unwin

[Unwin przesłał Tolkienowi list od pisarza Richarda Hughesa, który otrzymał egzemplarz Hobbita od wydawnictwa. Hughes napisał do Unwina: „Zgadzam się z Panem, że jest to jedna z najlepszych książek dla dzieci, z jaką zetknąłem się od dłuższego czasu […]. Widzę tylko jeden problem, a mianowicie, że wielu rodziców […] może się obawiać, iż niektóre fragmenty są zbyt przerażające, by czytać je na dobranoc”. Unwin wspomniał także, że jego własny jedenastoletni syn Rayner, autor recenzji maszynopisu Hobbita, która przesądziła o wydaniu powieści (patrz Biografia, s. 257), ponownie czyta wydrukowaną już książkę. W zakończeniu Unwin ostrzegł Tolkiena, że „w przyszłym roku mnóstwo czytelników będzie domagało się od Pana czegoś więcej o hobbitach!”.]

Northmoor Road 20, Oksford

15 października 1937

Szanowny Panie Unwin!

Serdecznie dziękuję za Pański uprzejmy list z 11 października, a ponadto za kopię listu Richarda Hughesa, który bardzo mnie zainteresował, jako że z tym autorem wcale się nie znamy. Recenzje w „The Times” oraz w jego dodatku „Literary Supplement” były pozytywne — jest to (niezasłużenie) pochlebne, chociaż domyślam się na podstawie pewnych cech, że obie zostały napisane przez tego samego człowieka1, którego przychylność była pewna: obaj mieliśmy niemal identyczne upodobania i lektury i od lat pozostajemy w bliskich stosunkach. Mimo wszystko w żadnym stopniu nie umniejsza to publicznych skutków recenzji. Muszę też szanować jego opinię, ponieważ jeszcze zanim obdarzył mnie swoją uwagą, uważałem go za najlepszego żyjącego krytyka, a żadna przyjaźń nie zmusiłaby go do powiedzenia czegoś, czego nie myśli: to najbardziej bezkompromisowo uczciwy człowiek, jakiego spotkałem! […]

Żaden z recenzentów (których czytałem) — chociaż wszyscy starannie używali właściwej formy dwarf[7] — nie skomentował faktu (uświadomiłem to sobie dopiero, przeczytawszy recenzje), że cały czas używam „niewłaściwej” liczby mnogiej dwarves. Obawiam się, że to po prostu mój prywatny błąd gramatyczny, dość szokujący u filologa; będę jednak musiał go kontynuować. Może mojemu dwarf — jako że wraz z gnome2 stanowi jedynie przybliżone określenie odnoszące się do istot inaczej nazywanych i odmiennie funkcjonujących w ich własnym świecie — będzie wolno mieć specyficzną formę liczby mnogiej. Rzeczywista „historyczna” forma liczby mnogiej od dwarf (jak jak forma teeth od tooth[8]) brzmi dwarrows: to dość ładne słowo, lecz nieco zbyt archaiczne. Mimo wszystko żałuję, że nie użyłem słowa dwarrow.

Ciepło myślę o Pańskim synu. Przeczytanie niewyraźnego i gęsto zapisanego maszynopisu było rzeczą szlachetną; ponowna lektura całości po tak krótkim czasie to wspaniały komplement.

Otrzymałem jedną pocztówkę odwołującą się, jak sądzę, do recenzji w „The Times”. Były na niej tylko te słowa:

sic hobbitur ad astra3.

Mimo wszystko jestem lekko zaniepokojony. Nie wiem, co jeszcze mógłbym napisać o hobbitach. Wydaje się, że pan Baggins już w pełni wyraził cechy rodzinne zarówno Tuków, jak i Bagginsów. Mam jednak aż za wiele do powiedzenia, a dużo już napisałem, o świecie, do którego wkroczył ten hobbit. Może Pan oczywiście — jeśli i kiedy Pan sobie życzy — obejrzeć z tego wszystko, co Pan zechce, i powiedzieć, co się Panu podoba. Bardzo chciałbym usłyszeć jakąś opinię, oprócz zdania pana C.S. Lewisa i moich dzieci, dowiedzieć się, czy dzieło ma jakąś wartość — samo w sobie lub jako towar nadający się do sprzedaży niezależnie od hobbitów. Jeśli jednak to prawda, że Hobbit zadomowił się na rynku i będzie popyt na więcej, zacznę myśleć i spróbuję wyciągnąć z tego materiału jakiś temat do opracowania w podobnym stylu i dla podobnego czytelnika — może nawet z udziałem hobbitów. Moja córka chciałaby coś o rodzinie Tuków. Jeden z czytelników chce więcej szczegółów o Gandalfie i Czarnoksiężniku. To jest jednak zbyt mroczne — o wiele za mroczne, jeśli pamiętać o „problemie” Richarda Hughesa. Obawiam się, że problem ten pojawia się wszędzie; choć w gruncie rzeczy uważam, że obecność (nawet jeśli tylko na obrzeżach opowieści) tego, co przerażające, nadaje temu wyimaginowanemu światu pozory rzeczywistości. Bezpieczna kraina baśni nie oddaje prawdziwie żadnego ze światów. W tej chwili cierpię, podobnie jak pan Baggins, na drobny przypadek „skołowacenia” i mam nadzieję, że nie traktuję siebie zbyt poważnie. Muszę jednak wyznać, że Pański list wzbudził we mnie iskierkę nadziei. To znaczy, zaczynam się zastanawiać, czy (może) w przyszłości powinność i pragnienie nie pójdą bardziej zbliżonymi torami. Od siedemnastu lat prawie wszystkie wakacje spędzam, egzaminując i robiąc podobne rzeczy, by zaspokoić naglące potrzeby finansowe (głównie medyczne i edukacyjne). Pisanie opowieści prozą czy wierszem odbywało się, często z poczuciem winy, kosztem czasu już zarezerwowanego na coś innego, i było przerywane oraz nieefektywne. Może teraz będę mógł robić to, czego bardzo pragnę, i nie zaniedbywać obowiązków finansowych. Może![9]

Myślę, że zainteresowanie „Oksfordu” zostało lekko rozbudzone. Ciągle jestem pytany, jak się miewa mój hobbit. Tej postawie (jak się spodziewałem) towarzyszy zaskoczenie i pewna doza litości. W moim własnym kolegium krąży chyba jakieś sześć egzemplarzy, nawet jeśli kupiono je po to, by mieć materiał do docinków. Recenzja w „The Times” przekonała kilku mych co bardziej statecznych kolegów, że mogą się przyznać do znajomości moich „fantazji” (tj. mego wybryku) bez ryzyka utraty akademickiej godności. Profesor greki bizantyjskiej4 kupił egzemplarz, „ponieważ pierwsze wydania Alicji są teraz bardzo cenne”. Słyszałem, że niedawno widziano, jak Hobbita czytał profesor historii nowożytnej. Książka jest na wystawie Parkera5, ale (chyba) nigdzie indziej.

Prawdopodobnie w środę 27 paźdz[iernika] przyjadę do miasta na wykład profesora Josepha Vendryesa w Akademii. Zastanawiam się, czy byłby to odpowiedni termin na obiad, na który łaskawie zaprosił mnie Pan latem? W każdym razie mógłbym przynieść do biura Pana Błyska, aby otrzymać wyraźną informację obiecaną przez p. Furtha, co trzeba zrobić, żeby książeczka nadawała się do reprodukcji.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

PS. Potwierdzam odbiór próbek „obrazków” wysłanych do Ameryki.

18. Z listu do Stanleya Unwina

23 października 1937

[19 października Unwin napisał do Tolkiena: „Sądzę, że Pańska iskierka nadziei jest uzasadniona […]. Nieczęsto się zdarza, by autor książek dla dzieci zdobywał ugruntowaną pozycję jedną książką, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że w Pańskim przypadku stanie się to bardzo szybko […]. Jest Pan jednym z rzadko spotykanych ludzi mających geniusz, a w przeciwieństwie do niektórych wydawców, słowa tego nie użyłem nawet pół tuzina razy podczas trzydziestu lat wydawania książek”.]

Dziękuję za Pański podtrzymujący na duchu list. Wkrótce zacznę coś pisać i przy najbliższej okazji dostarczę to Pańskiemu chłopcu.

19. Do Stanleya Unwina

[15 listopada Tolkien zjadł w Londynie obiad z Unwinem i opowiedział mu o kilku swoich dziełach już istniejących w rękopisie: o cyklu Listów od Świętego Mikołaja, które wysyłał swoim dzieciom na każde Boże Narodzenie, począwszy od 1920 r., o różnych opowiadaniach i wierszach oraz o Silmarillionie. Po tym spotkaniu przekazał wydawnictwu Allen & Unwin Quenta Silmarillion, prozatorską wersję tej ostatniej książki, oraz długi, niedokończony poemat Opowieść o Berenie i Lúthien. Prace te zostały pokazane jednemu z recenzentów spoza wydawnictwa, Edwardowi Crankshawowi, który o poemacie wypowiedział się niepochlebnie, ale pochwalił opowieść prozą za jej „zwięzłość i dostojeństwo”, chociaż nie podobały mu się „kłujące w oczy celtyckie imiona”. W dalszej części recenzji napisał: „Ma w sobie coś z tego szalonego, pełnego życia piękna, które zdumiewa wszystkich Anglosasów stających w obliczu sztuki celtyckiej”. Uwagi te zostały przekazane Tolkienowi.]

Northmoor Road 20, Oksford

16 grudnia 1937

Szanowny Panie Unwin!

Byłem chory i wciąż niezbyt trzymam się na nogach, poza tym gnębiły mnie inne zwykłe ludzkie kłopoty, więc czas przeciekł mi między palcami: od spotkania z Panem prawie niczego nie dokonałem. Nie został jeszcze napisany list od Świętego Mikołaja na 1937 rok […].

Największej radości dostarczyła mi wiadomość, że Silmarillion nie został odrzucony z pogardą. Od czasu rozstania się z tymi prywatnymi, ukochanymi bzdurami bałem się i miałem zupełnie idiotyczne poczucie bolesnej straty; gdyby wydały się one Panu bzdurami, to byłbym chyba zdruzgotany. Nie mam za złe komentarza o poemacie wierszem, który mimo pewnych dobrych fragmentów ma poważne usterki, uznaję go bowiem za materiał wyjściowy. Teraz jednak będę żywił nadzieję, że pewnego dnia będę mógł wydać Silmarillion! Komentarz Pańskiego recenzenta zachwycił mnie. Przykro mi, że imiona kłuły go w oczy — osobiście uważam (i sądzę, że jestem sprawiedliwym sędzią), iż są one dobre i w dużej mierze tworzą efekt końcowy. Są spójne i konsekwentne; powstały na podstawie dwóch powiązanych ze sobą systemów językowych, mają więc wiarygodność nie w pełni osiąganą, według mnie, przez innych autorów wymyślonych imion (powiedzmy Swifta czy Dunsany’ego!). Oczywiście nie muszę mówić, że nie są one celtyckie! Podobnie jak nie są celtyckie te opowieści. Znam dzieła celtyckie (wiele w ich oryginalnych językach, irlandzkim i walijskim) i czuję do nich pewną niechęć: głównie za ich zasadniczy brak rozsądku. Mają jaskrawe barwy, lecz są jak rozbity witraż, złożony bez planu. Są rzeczywiście „szalone”, jak mówi Pański recenzent — ale ja chyba nie. Mimo wszystko jestem mu wdzięczny za te słowa, a szczególnie cieszy mnie, że styl jest odpowiedni do zamierzeń i nawet góruje nad nazewnictwem.

Nie sądziłem, że cokolwiek z tego, co Panu przesłałem, spełni Pańskie wymagania. Chciałem się jednak dowiedzieć, czy ma to jakąś obiektywną, czy też nieosobistą wartość. Moim zdaniem jest zupełnie jasne, że poza tym powinna powstać nowa realizacja, czy też ciąg dalszy Hobbita. Obiecuję, że się nad tym zastanowię. Jestem jednak pewien, że zrozumie Pan, jeśli powiem, że tworzenie skomplikowanej i spójnej mitologii (oraz dwóch języków) jest zajęciem dość absorbującym, a silmarile leżą mi na sercu. Tak więc nie wiadomo, czym to się skończy. Historia pana Bagginsa zaczęła się jako komiczna opowiastka wśród konwencjonalnych i roztrzepanych krasnoludów rodem z bajek braci Grimm, a później została wciągnięta na krawędź mitologii — tak że nawet wyjrzał zza tej krawędzi straszliwy Sauron. A cóż więcej mogą zdziałać hobbici? Mogą być komiczni, lecz taka komedia jest błaha, chyba że skontrastuje się ją ze sprawami bardziej zasadniczymi. Moim jednak zdaniem prawdziwa zabawa z orkami i smokami toczyła się przed erą hobbitów. Może wybrać inną (choć podobną) linię? Czy sądzi Pan, że Tom Bombadil, duch (znikającego) krajobrazu Oksfordu i Berkshire, mógłby zostać bohaterem jakiejś opowieści? A może, tak jak podejrzewam, całkowicie zawiera się on w załączonych wierszach1? Mimo wszystko mógłbym rozszerzyć jego portret.

Które cztery kolorowe ilustracje będą wykorzystane2? Czy te pięć oryginałów zostało już zwróconych? Czy jest jakaś wolna ilustracja przedstawiająca smoka na stercie skarbów? Muszę wygłosić wykład na temat smoków (w Muzeum Historii Naturalnej!!!) i potrzebny jest obrazek, żeby zrobić z niego przezrocze3.

Czy mógłbym dostać jeszcze cztery egzemplarze Hobbita po preferencyjnej cenie na prezenty gwiazdkowe?

Życzę Panu szczęśliwej podróży — i bezpiecznego powrotu4. 14 stycznia mam wystąpić w BBC, ale to chyba będzie już po Pańskim powrocie5. Z przyjemnością znów się z Panem zobaczę.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

PS. Otrzymałem kilka pytań, od dzieci i dorosłych, czy runy są prawdziwe i czy da się je odczytać. Niektóre dzieci starały się je rozszyfrować. Czy byłoby dobrym pomysłem zamieszczenie runicznego alfabetu? Musiałem go sporządzić dla kilku osób. Proszę wybaczyć niewyraźne pismo i dywagacyjny charakter listu. Czuję się na wpół żywy. JRRT

Otrzymałem późniejszą pocztą Opowieść (wierszem) oraz Silmarillion i powiązane z nim fragmenty.

20. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

[17 grudnia Furth napisał do Tolkiena: „Z początkiem zamówień gwiazdkowych popyt na Hobbita stał się tak duży, że musieliśmy przyśpieszyć dodruk […]. W ostatniej chwili sytuacja była tak krytyczna, że część nakładu przywieźliśmy z naszej drukarni w Woking prywatnym samochodem”.]

Northmoor Road 20, Oksford

19 grudnia 1937

Szanowny Panie Furth!

Dziękuję za sprawozdanie z ostatnich wydarzeń dotyczących Hobbita. Brzmi dość ekscytująco.

Otrzymałem cztery egzemplarze nowego dodruku — na mój koszt, tak jak je zamówiłem w liście do p. Unwina. Uważam, że kolorowe ilustracje wyszły dobrze… Żałuję, że nie został włączony obrazek z orłem (mający się znaleźć po s. 118) — ale tylko dlatego, że chciałem go zobaczyć w reprodukcji. Dziwię się, że można było włączyć cztery ilustracje bez podniesienia ceny. Może tamten obrazek wykorzystają Amerykanie? Dziwni ludzie…

Napisałem pierwszy rozdział nowej opowieści o hobbitach — „Zabawa z dawna oczekiwana”1. Wesołych świąt.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

PS […]. Panu Arthurowi Ransome’owi2 nie podoba się man[10] na s. 27 (7. wers od końca). Zmienić na fellow[11] jak we wcześniejszej rewizji? Nie podoba mu się też sformułowanie more men[12] na s. 294 w. 11. Zmienić na more of us[13]? Słowo Men, pisane wielką literą, jest używane, jak sądzę, kiedy w tekście wyraźnie chodzi o „rasę ludzką”; wyrazy man, men, pisane małą literą, są czasami w sposób swobodny używane w znaczeniu „dorosły osobnik płci męskiej” oraz „ludzie”. Może jednak, choć można to z punktu widzenia mitologii obronić (uzasadnia to też anglosaskie użycie!), dałoby się uniknąć poruszania mitologicznych zagadnień spoza opowieści. Panu Ransome’owi chyba nie podoba się też użycie przez Gandalfa słowa boys[14] na s. 112 (wersy 11, 13). Chociaż zgadzam się, że ten epitet był dość głupi i nie całkiem na miejscu, nie sądzę, żeby teraz można było coś z tym zrobić. Chyba że nadadzą się oaves[15]? JRRT

21. Z listu do wydawnictwa Allen & Unwin

1 lutego 1938

Chciałbym zapytać p. Unwina, czy jego syn, bardzo rzetelny krytyk, zechciałby przeczytać w maszynopisie pierwszy rozdział dalszego ciągu Hobbita? Nie jestem pewien wartości tego dzieła, ale gdyby syn p. Unwina uznał ów początek za obiecujący, mógłbym rozwinąć z niego opowieść, która się powoli krystalizuje.

22. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

Northmoor Road 20, Oksford

4 lutego 1938

Szanowny Panie Furth!

Załączam egzemplarz rozdziału 1 „Zabawa z dawna oczekiwana” ewentualnego dalszego ciągu Hobbita […].

Otrzymałem list od młodego czytelnika z Bostonu w Lincolnshire z erratą [do Hobbita]. Poprosiłem następnie mojego najmłodszego syna, leżącego w łóżku z powodu dolegliwości serca1, żeby znalazł następne błędy, po dwa pensy za sztukę. Zrobił to. Załączam wyniki — które po dodaniu do tych już przesłanych powinny (spodziewam się) utworzyć wyczerpującą listę. Mam też nadzieję, że kiedyś może się przydadzą.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

23. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

[Wydawnictwo ponownie rozważało możliwość wydania Pana Błyska. Patrz notka wprowadzająca do listu nr 10.]

Northmoor Road 20, Oksford

17 lutego 1938

Szanowny Panie Furth!

Pan Błysk wrócił bezpiecznie. Przykro mi, że sprawił Panu tyle kłopotów. Szkoda, że nie znalazł Pan nikogo, kto by jeszcze raz porządnie zrobił rysunki. Nie sądzę, żebym był w stanie je poprawić. W każdym razie teraz nie mam czasu — łatwiej jest w wolnych chwilach pisać opowieść, niż rysować (choć żadna z tych czynności nie jest prosta) […].

Podobno tylko pierwszy krok wymaga wysiłku. Ja tak nie uważam. Jestem pewien, że mógłbym pisać nieskończoną liczbę „pierwszych rozdziałów”. Właściwie napisałem ich dość dużo. Ciąg dalszy Hobbita stoi w miejscu, a ja mam ledwie słabe pojęcie, co ma być dalej. Obawiam się, że — nie zamierzając pisać dalszego ciągu — roztrwoniłem wszystkie moje ulubione „motywy” i postacie w pierwszym Hobbicie.

Zanim cokolwiek zrobię, poproszę Pana o radę w sprawie Pana Błyska. Nie stanie się to raczej przed letnimi wakacjami, czyli końcem mojego stypendium badawczego1.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

24. Do Stanleya Unwina

[11 lutego Unwin oznajmił, że jego syn Rayner był „zachwycony pierwszym rozdziałem” nowej opowieści.]

Northmoor Road 20, Oksford

18 lutego 1938

Szanowny Panie Unwin!

Jestem ogromnie wdzięczny Pańskiemu synowi Raynerowi, a także bardzo zachęcony. Wprawdzie pisanie początkowych rozdziałów idzie mi bardzo łatwo — jednak w tej chwili opowieść nie rozwija się dalej. Niestety, mam niewiele czasu, tym bardziej że ferie świąteczne były katastrofalne. Włożyłem tyle materiału do pierwszego Hobbita (który nie miał mieć ciągu dalszego), że trudno mi znaleźć w jego świecie coś nowego.

Pan C.S. Lewis mówi, że pozwolił mu Pan dostarczyć sobie Z milczącej planety. Oczywiście czytałem tę powieść; od tego czasu przeszła ona też zupełnie inny test: czytania na głos w naszym miejscowym klubie (w którym zajmujemy się głośnym czytaniem krótszych i dłuższych utworów). Okazała się zajmującą lekturą i została wysoko oceniona. To jednak prawda, że wszyscy mamy podobny gust.

Bohater jest filologiem (w tym przypomina mnie) i nosi Pańskie nazwisko1 jedynie przez zadziwiający przypadek. Jestem pewien, że ten drugi szczegół można zmienić; nie sądzę, żeby miało to jakieś wielkie znaczenie.

Początkowo planowaliśmy, że każdy z nas napisze „thriller” poświęcony jakiejś wyprawie: podróży w przestrzeni i podróży w czasie (to mój), każdy kończący się odkryciem Mitu2. O ile jednak podróż w przestrzeni została ukończona, o tyle podróż w czasie, z powodu mojej powolności i niepewności, pozostaje tylko fragmentem, jak Pan wie3.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

25. Do redaktora „Observera”

[16 stycznia 1938 r. „Observer” opublikował list podpisany „Habit”, którego autor pytał, czy postacie hobbitów mógł zasugerować Tolkienowi opis Juliana Huxleya „«małych włochatych ludzi» widzianych w Afryce przez tubylców i […] co najmniej jednego uczonego”. Autor listu wspomniał też, iż „znajoma mówiła, że pamięta starą bajkę pod tytułem Hobbit w zbiorze przeczytanym około roku 1904”, w której tak nazwane stworzenie „było zdecydowanie przerażające”. Autor pytał, czy Tolkien zechciałby „powiedzieć nam coś więcej o nazwie i powstaniu tego intrygującego bohatera książki […]. Zaoszczędziłoby to przyszłym pokoleniom badaczy wielu kłopotów. A przy okazji, czy kradzież smoczego pucharu przez hobbita jest oparta na epizodzie kradzieży pucharu w Beowulfie? Mam nadzieję, że tak, ponieważ jedną z zalet książki wydaje się spenserowskie harmonijne zespolenie najwspanialszych wątków licznych odmian epiki, mitologii i wiktoriańskiej literatury baśniowej”. Odpowiedź Tolkiena, choć nie była przeznaczona do druku (patrz zakończenie listu nr 26), została wydrukowana w „Observerze” 20 lutego 1938 r.]

Szanowny Panie!

Nie trzeba mnie namawiać: jestem równie podatny na pochlebstwa jak smok i z przyjemnością popiszę się moją diamentową kamizelką, a nawet wyjaśnię jej pochodzenie, ponieważ Habit (bardziej ciekawski od hobbita) nie tylko wyznał, że ją podziwia, ale i zapytał, skąd ją mam. Czy nie byłoby to jednak nieuczciwe względem badaczy? Oszczędzanie im kłopotów oznacza odebranie im pretekstu do istnienia.

Jeśli jednak chodzi o główne pytanie Habita, nie ma obawy: nie pamiętam nic, co by mogło dotyczyć nazwy i kreacji tego bohatera. Mógłbym oczywiście zgadywać, ale takie domysły nie miałyby większej wagi od domysłów przyszłych badaczy, więc im zostawię tę zabawę.

Urodziłem się w Afryce i przeczytałem kilka książek o badaniu Afryki. Od około roku 1896 przeczytałem jeszcze więcej prawdziwych baśni. Zatem oba fakty wspomniane przez Habita wydawałyby się znaczące.