Wydawca: Ya! Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 378 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Listy do utraconej - Brigid Kemmerer

Przypadek czy przeznaczenie? Ten list mógł przecież znaleźć każdy…

Declan Murphy to „typ spod ciemnej gwiazdy”. W szkole boją się go nawet nauczyciele. Zbuntowany siedemnastolatek odbywa na cmentarzu obowiązkową pracę na cele społeczne. Pewnego dnia na jednym z grobów znajduje list. Zaintrygowany czyta go i postanawia odpowiedzieć. Gdy Juliet Young odkrywa, że ktoś naruszył jej prywatność i przeczytał list do zmarłej przed niecałym rokiem matki, jest zdruzgotana. Matka Juliet pracowała jako fotoreporterka w różnych miejscach na świecie, dlatego często porozumiewała się z córką poprzez listy. Pokonując złość, odpisuje na wiadomość nieznajomego. Z czasem między Juliet i Declan rodzi się miedzy nimi nić porozumienia.

Opinie o ebooku Listy do utraconej - Brigid Kemmerer

Fragment ebooka Listy do utraconej - Brigid Kemmerer

Brigid Kemmerer

Listy do utraconej

przełożył Piotr Grzegorzewski

Tytuł oryginału: Letters to the Lost

Copyright © Brigid Kemmerer 2017

This translation of Letters to the Lost is published by Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o. by arrangement with Bloomsbury Publishing Inc. and Macadamia Literary Agency, Warsaw. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Piotr Grzegorzewski, MMXVII

Wydanie I

Warszawa, MMXVII

Michaelowi.

Mam szczęście, że dane jest mi odbywać z Tobą tę szaloną podróż (głównie dlatego, że powstrzymujemy się wzajemnie przed jej zakończeniem)

Rozdział pierwszy

Jest takie zdjęcie, o którym nie mogę przestać myśleć. Dziewczynka w sukience w kwiaty krzycząca w ciemności. Wszędzie krew: na jej policzkach, ubraniu, na ziemi. I karabin, którego lufa jest skierowana w dół. Nie widać mężczyzny, który go trzyma, ale są widoczne jego buty. Pokazałaś mi to zdjęcie lata temu i opowiedziałaś o fotografie, który je zrobił, ale pamiętam tylko usta rozwarte w krzyku, kwiaty, krew i karabin.

Jej rodzice musieli zabłądzić. Pewnie trafili w strefę działań wojennych. Może w Iraku? Tak, to całkiem prawdopodobne. Minęło trochę czasu i nie pamiętam już całej historii kryjącej się za tym zdjęciem. Skręcili nie tam, gdzie trzeba, i jacyś wystraszeni żołnierze ostrzelali ich samochód. Rodzice dziewczynki zginęli na miejscu.

Córka miała szczęście.

A może pecha?

Sama nie wiem.

Najpierw dostrzega się przerażenie, bo jest wyraźnie widoczne na twarzy dziecka.

Potem zauważa się szczegóły. Krew. Kwiaty. Karabin. Buty.

Niektóre Twoje zdjęcia w równym stopniu chwytają za serce. Chyba zamiast o tej fotografii powinnam myśleć o Twoich pracach. To trochę nie w porządku stać nad Twoim grobem i rozmyślać o dziełach któregoś z Twoich kolegów.

Ale nic na to nie poradzę.

To widać na jej twarzy. Jej świat rozpadł się na kawałeczki i ona o tym wie.

Wie, że jej mama nie żyje.

Ta fotografia wyraża prawdziwe cierpienie.

Za każdym razem, kiedy ją oglądam, myślę sobie: „Wiem doskonale, jak się czuje ta mała”.

Muszę przestać gapić się na ten list.

Wyjąłem go z koperty tylko dlatego, że zanim skosimy trawę, porządkuję najbliższe otoczenie nagrobków. Zwykle się nie spieszę, bo i tak muszę odbębnić osiem godzin.

Moje brudne palce pozostawiły ślady na brzegach kartki. Powinienem ją wyrzucić, zanim ktokolwiek się dowie, że jej dotykałem.

Jednak dalej wbijam wzrok w pismo. Litery są staranne i równe, choć nie idealne. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy, co sprawia, że muszę się w nie wpatrywać. Dopiero teraz staje się dla mnie jasne, że ktoś pisał je drżącą ręką. Chyba jakaś dziewczyna. Wskazują na to okrągłe litery.

Patrzę na nagrobek. Nowiutki. Litery wyryte w błyszczącym granicie. Zoe Rebecca Thorne. Ukochana żona i matka.

Data śmierci sprawia, że serce podchodzi mi do gardła. Dwudziesty piąty maja tego roku. Tego dnia wypiłem całą butelkę whiskey i przywaliłem półciężarówką ojca w filar pustego biurowca.

Zabawne, że ta data tak mocno utkwiła mi w pamięci. Jak widać, z zupełnie innych powodów wryła się w pamięć również komuś innemu.

Thorne. Nazwisko wydaje mi się znajome, ale nie mogę sobie przypomnieć, skąd je znam. Zmarła zaledwie kilka miesięcy temu w wieku czterdziestu pięciu lat, niewykluczone, że mówili o tym w wiadomościach.

– Hej, Murph! Co z tobą, gościu?

Podskakuję i wyrzucam list. Na wzniesieniu stoi Melonhead, mój „nadzorca”. Właśnie przeciera czoło przepoconą chusteczką.

W rzeczywistości wcale nie nazywa się Melonhead, podobnie jak ja Murph. Skoro jednak on pozwala sobie przekręcać nazwisko Murphy, ja robię to samo z Melendezem.

Z tą różnicą, że robię to tylko w myślach.

– Przepraszam! – wołam.

Schylam się, żeby podnieść list.

– Myślałem, że już skończyłeś kosić ten odcinek.

– Zaraz dokończę.

– Jeśli tego nie zrobisz, będę musiał to zrobić za ciebie. A chciałbym już jechać do domu.

Zawsze mu się spieszy. Do żony i córeczki. Mała ma trzy lata i świra na punkcie disnejowskich księżniczek. W zeszłym tygodniu wyprawili jej urodziny, na które zaprosili piętnaścioro dzieci z przedszkola, a żona Melonheada zrobiła tort.

Oczywiście wszystko to gówno mnie obchodzi. Po prostu gościowi gęba się nie zamyka. To dlatego powiedziałem mu, że sam sobie poradzę z tym odcinkiem trawnika.

– Wiem – odpowiadam. – Zaraz to zrobię.

– Jeśli nie zrobisz, nie podpiszę ci rozpiski za dzisiaj.

Wściekam się w duchu, ale wiem, że gdybym pozwolił sobie na wybuch, z pewnością zameldowałby o tym sędzi. A ta kobieta już i tak mnie nie cierpi.

– Powiedziałem, że to zrobię.

Macha ręką, odwraca się ode mnie i zaczyna schodzić ze wzniesienia. Pewnie mu się wydaje, że go wyroluję. Kto wie, może mój poprzednik tak robił.

Po chwili słyszę warkot włączanej kosiarki.

Powinienem skończyć oczyszczać teren z pamiątek po zmarłych, żeby też się wziąć do koszenia, ale tego nie robię. Wrześniowe słońce zdrowo przygrzewa i muszę odgarnąć spocone włosy z czoła. Można by pomyśleć, że jesteśmy na Florydzie, a nie w Annapolis w stanie Maryland. W tej chwili zazdroszczę Melonheadowi jego bandany.

Nie cierpię tej roboty.

Wiem, powinienem się cieszyć, że skończyło się na pracach społecznych. Mam siedemnaście lat, a przez jakiś czas wydawało się, że będę odpowiadał jak dorosły. Jednak to nie tak, że kogoś zabiłem, po prostu zniszczyłem czyjąś własność. Koszenie trawy na cmentarzu to nie wyrok śmierci, ale i tak mnie wkurza.

Nie cierpię tej roboty. Utrzymuję, że nic mnie nie obchodzi, co inni o mnie myślą, ale to nieprawda. Każdy by się przejmował, gdyby wszyscy mieli go za tykającą bombę. Rok szkolny trwa zaledwie od kilku tygodni, a już połowa moich nauczycieli boi się, że wyjmę broń i zacznę strzelać. Wyobrażam sobie nawet opis w księdze pamiątkowej: Declan Murphy. Najprawdopodobniej skończy jako zbrodniarz.

Mógłbym to uznać za zabawne, gdyby nie było to takie przygnębiające.

Czytam list raz jeszcze. Każde słowo jest wypełnione cierpieniem. Bo tylko cierpienie może skłonić kogoś do pisania listów do osoby, która nigdy ich nie przeczyta. Taki ból czyni cię samotnym. Każe ci wierzyć, że nikt nie cierpi tak bardzo jak ty.

Mój wzrok pada ponownie na ostatnie linijki.

To widać na jej twarzy. Jej świat rozpadł się na kawałeczki i ona o tym wie.

Wie, że jej mama nie żyje.

Ta fotografia wyraża prawdziwe cierpienie.

Za każdym razem, kiedy ją oglądam, myślę sobie: „Wiem doskonale, jak się czuje ta mała”.

Nie zastanawiając się nad tym, co robię, wyjmuję z kieszeni ołówek i przyciskam go do papieru.

Tuż pod słowami dziewczyny dopisuję dwa słowa od siebie.

Rozdział drugi

Ja też.

Litery falują przede mną. Uświadamiam sobie, że trzęsie mi się ręka. Obcy charakter pisma prawie pali mnie w oczy.

Ktoś przeczytał mój list.

Ktoś przeczytał mój list!

Rozglądam się dookoła, jakby to stało się dosłownie chwilę temu, ale cmentarz jest pusty. Byłam tutaj we wtorek. Dzisiaj jest czwartek rano, więc to prawdziwy cud, że list tu pozostał. Poprzednie zwykle znikały – zdmuchiwał je wiatr, zabierały zwierzęta albo ktoś z obsługi cmentarza.

Tym razem nie dość, że list pozostał na swoim miejscu, to jeszcze ktoś dopisał do niego własny komentarz.

Kartka wciąż trzęsie się w mojej ręce.

Nie mogę…

To jest…

Co… Kto… Jak…

Chce mi się krzyczeć. Nie jestem w stanie nawet zbudować pełnego zdania. Ogarnia mnie wściekłość.

To prywatna korespondencja. Prywatna! Między mną a moją mamą.

Podejrzewam jakiegoś faceta. Wskazują na to brudne odciski palców i charakter pisma. To dopiero arogancja: zrobić dopisek do listu będącego wyrazem żałoby i twierdzić, że czuje się to samo co osoba, która go napisała. Mama zwykła mawiać, że w słowach jest zawarta część duszy autora. Czuję, że moja prawie wylewa się z tej kartki.

Ja też.

Nie, on nie. On nie ma pojęcia.

Muszę złożyć skargę. To nie do pomyślenia. W końcu to cmentarz. Przychodzi się tutaj, żeby opłakiwać najbliższych. To moja przestrzeń. Moja. Nie jego.

Ruszam przez trawnik, nie dopuszczając, by chłodne poranne powietrze ostudziło mój gniew. Boli mnie serce i jestem bliska płaczu.

To było coś naszego. Mojego i jej. Mama nie może już mi odpisać, a jego słowa dodane do mojego listu wydają się to jeszcze bardziej podkreślać. To tak, jakby dźgnął mnie tym ołówkiem prosto w serce.

Kiedy docieram do szczytu wzniesienia, na moich rzęsach wiszą łzy i brak mi tchu. Wiatr rozwiał mi włosy. Za chwilę będę wyglądać jak czupiradło. Zjawię się w szkole z zaczerwienionymi oczami i rozmazanym makijażem. Nie po raz pierwszy.

Po śmierci mamy psycholog szkolna, pani Vickers, okazała mi współczucie. Zaciągnęła mnie do swojego gabinetu i podała pudełko chusteczek. Koniec jedenastej klasy stał pod znakiem poklepywania mnie po ramieniu i szeptania słów otuchy.

Teraz jest już połowa września, mama nie żyje od kilku miesięcy. Od początku roku szkolnego wszyscy się zastanawiają, kiedy wreszcie się pozbieram. Pani Vickers zatrzymała mnie we wtorek i zamiast popatrzeć na mnie ze współczuciem, zacisnęła usta, po czym zapytała, czy wciąż jeszcze chodzę codziennie na cmentarz, i dodała, że chyba powinnyśmy porozmawiać o bardziej konstruktywnych formach spędzania czasu.

Tak jakby to była jej sprawa.

Tak czy owak, wcale nie przychodzę tu codziennie. Tylko w te poranki, kiedy tata wcześniej wyjeżdża do pracy, chociaż czasami wydaje mi się, że jemu i tak wszystko jedno. Kiedy jest rano w domu, robi sobie dwa jajka i zjada je razem z winogronami, które zerwałam i umyłam. Siedzi przy stole, gapi się w ścianę i milczy.

Mogłabym podpalić dom, a on by tego nie zauważył.

Dzisiaj wyjechał do pracy wcześnie rano. Promienie słońca, wiatr, spokój cmentarza, wszystko to wydaje mi się darem.

Dwa słowa nagryzmolone na moim liście są z kolei przekleństwem.

Latynos w średnim wieku odgarniający dmuchawą liście z jezdni zatrzymuje się na mój widok. Ma na sobie uniform, a na piersi plakietkę z nazwiskiem Melendez.

Mogę w czymś pomóc? – pyta z nieznacznym akcentem.

Nie sprawia wrażenia niemiłego, prędzej zmęczonego.

W jego głosie słyszę rezerwę. Muszę wyglądać na wkurzoną. Spodziewa się skargi. I słusznie.

Cóż, za chwilę ją złożę. To na pewno złamanie jakichś przepisów. Zaciskam palce na liście, gniotę kartkę i robię głęboki wdech, by powiedzieć, co mi leży na sercu.

A jednak się waham.

Nie mogę tego zrobić. Mamie by się to nie spodobało.

„Uspokój się, Juliet”, powiedziałaby.

Zawsze mnie uspokajała. Trzeźwo myśląca, spokojna nawet w warunkach kryzysowych. Musiała taka być, skoro pracowała jako korespondentka wojenna.

Poza tym moje słowa mogą wydać się bredzeniem wariatki. Już na nią wyglądam. Co takiego powiem? Że ktoś dopisał dwa słowa do mojego listu? Listu, który napisałam do nieżyjącej matki? To przecież mógł być ktokolwiek. Grób mojej mamy otaczają setki innych. Cmentarz każdego dnia odwiedzają dziesiątki osób, o ile nie więcej.

I co ten pracownik cmentarza ma zrobić? Siedzieć non stop przy grobie mojej mamy? Zainstalować kamerę?

Sprawdzać odwiedzających w poszukiwaniu ukrytego ołówka?

– Nie, dziękuję – mówię. – Przepraszam.

Wracam do jej grobu i siadam na trawie. Spóźnię się do szkoły, ale nic mnie to nie obchodzi. Gdzieś w oddali pan Melendez włącza znów dmuchawę do liści, ale tutaj jestem sama.

Od śmierci mamy napisałam do niej dwadzieścia dziewięć listów. Dwa tygodniowo.

Kiedy jeszcze żyła, tych listów były setki. Praca wymagała od niej obeznania z nowoczesnymi technologiami, ale pod wieloma względami mama pozostała staroświecka. Odręczne listy. Aparaty na błonę fotograficzną. W pracy zawsze posługiwała się aparatami cyfrowymi, dzięki temu mogła edytować zdjęcia, gdzie i kiedy tylko chciała, lecz najbardziej lubiła klasyczne aparaty. Mogła być na pustyni w Afryce, fotografując zamieszki albo ofiary klęski głodu, ale zawsze znalazła czas, by napisać do mnie list.

Oczywiście, jeśli tylko miałyśmy okazję, kontaktowałyśmy się też bardziej cywilizowanymi metodami: wymieniałyśmy się mailami albo rozmawiałyśmy na wideoczacie. Jednak listy znaczyły coś więcej. Miałam wrażenie, że w papier wnikają emocje. Zupełnie jakby atrament, kurz i plamy potu dodawały wagi słowom i mogłam wyczuć strach, nadzieję i odwagę mamy.

Zawsze jej odpisywałam. Czasami listy ode mnie docierały do niej dopiero po kilku tygodniach, najpierw trafiając do rąk jej wydawcy, a potem tam, gdzie właśnie przebywała. Czasami była w domu i mogłam jej wręczyć list osobiście. To nie miało znaczenia. Po prostu ciągle przelewałyśmy nasze myśli na papier.

Po jej śmierci nie mogłam przestać. Zwykle w chwili, gdy dochodzę do jej grobu, nie mogę oddychać, dopóki nie przycisnę długopisu do kartki i nie podzielę się z nią swoimi myślami.

Teraz, gdy zobaczyłam tę odpowiedź, nie napiszę do niej już ani słowa. Czuję się bezbronna. Obnażona. Wszystko, co przeleję na papier, może zostać przeczytane. Przekręcone. Ocenione.

Dlatego nie napiszę listu do niej.

Napiszę list do niego.

Rozdział trzeci

Prywatność to złudzenie.

Chyba sam to najlepiej wiesz, skoro przeczytałeś mój list. Nie był przeznaczony dla Ciebie. Nie był do Ciebie zaadresowany. Nie miał nic wspólnego z Tobą. Dotyczył mnie i mojej mamy.

Wiem, że nie żyje.

Wiem, że nie może przeczytać tych listów.

Wiem, że niewiele mogę zrobić, żeby poczuć jej bliskość.

Teraz pozbawiłeś mnie nawet tego.

Rozumiesz, co mi zabrałeś? Masz w ogóle pojęcie?

To, co napisałeś, sugeruje, że rozumiesz moje cierpienie.

Nie wydaje mi się, że tak jest.

Gdybyś rzeczywiście je rozumiał, nie wtrącałbyś się w nie swoje sprawy.

W pierwszej chwili przychodzi mi do głowy, że ta laska to wariatka. Kto pisze list do przypadkowego nieznajomego na cmentarzu?

Potem myślę, że akurat ja nie mam prawa jej oceniać.

Tak czy owak, wcale mnie nie zna. Nie wie, co rozumiem, a czego nie.

Nie powinienem nawet tutaj być. W czwartkowe wieczory koszę trawę w innej części cmentarza. Nie mam Bóg wie ile czasu na czytanie listów od nieznajomych. Melonhead już i tak spojrzał wymownie na zegarek, kiedy spóźniłem się dziś pięć minut. Jeśli przyłapie mnie na obijaniu się, będę miał przesrane.

Jeśli dalej będzie mi grozić, że zadzwoni do sędzi, mogę nie wytrzymać.

Po chwili moja złość topnieje i pozostawia po sobie poczucie winy. Przyszedłem tutaj, bo ostatni list nie dawał mi spokoju. Chciałem się przekonać, czy znajdę kolejny.

Nie spodziewałem się, że ktoś przeczyta to, co napisałem.

Dociera do mnie, że ona musi czuć dokładnie to samo.

Szukam w kieszeniach ołówka, lecz znajduję jedynie kluczyki i zapalniczkę.

Zaraz… Rev potrzebował ołówka na siódmej lekcji. Nie ma zwyczaju nie oddawać pożyczonej rzeczy, nawet tak mało ważnej jak ten ołówek.

Może to los chce mi w ten sposób powiedzieć, że powinienem przestać i zacząć myśleć, zanim się odezwę. To znaczy, zanim coś napiszę. Wszystko jedno.

Chowam list do kieszeni. Potem wkładam rękawiczki i idę do kosiarki. Nie cierpię tej roboty, ale po kilku tygodniach wiem już, że ciężka praca fizyczna sprzyja myśleniu.

Popracuję i pomyślę.

A potem napiszę odpowiedź.

Rozdział czwarty

Nie wydaje mi się, że rozumiesz, czym jest cierpienie. Osoba, która by to rozumiała, nie oceniałaby mnie i nie twierdziła, że ja tego nie wiem.

Czy nie przyszło Ci do głowy, że moje słowa również nie były przeznaczone do przeczytania przez kogoś innego?

– Jules?

Unoszę wzrok. Stołówka jest prawie pusta. Rowan stoi nade mną, przyglądając mi się wyczekująco.

– Wszystko w porządku? – pyta. – Już pięć minut po pierwszym dzwonku. Zdaje się, że miałyśmy się spotkać przy mojej szafce.

Składam pognieciony list, który znalazłam tego ranka na cmentarzu, chowam go do plecaka i ciągnę za suwak. Nie wiem, kiedy go napisał, ale chyba w zeszłym tygodniu, bo papier jest pomarszczony, jakby był mokry, a potem wysechł, a ostatni raz padało w sobotę.

To pierwszy weekend od bardzo dawna, kiedy nie byłam na cmentarzu. Trochę jestem wkurzona, że ten list leżał tam przez tyle dni. Przekonanie o własnej nieomylności jego autora pewnie nieco przygasło, podczas gdy moje miało się dobrze i rozpalało mnie do czerwoności.

Cieszę się, że poszłam tam dziś rano. We wtorek wieczorem koszą trawę i pewnie by go wyrzucili.

– Na co patrzyłaś? – pyta Rowan.

– Na list.

Nie drąży tematu. Pewnie myśli, że to list do mojej mamy. Nie wyprowadzam jej z błędu.

Nie chcę, żeby miała mnie za jeszcze większą wariatkę.

Rozlega się drugi dzwonek. Muszę się ruszyć. Jeśli zaliczę kolejne spóźnienie, wyląduję w kozie. Znowu. Ta myśl sprawia, że przyspieszam kroku.

Nie mogę znowu zostać w kozie. Nie wytrzymam siedzenia w klasie po lekcjach. Cisza rani moje uszy i mam za dużo czasu na myślenie.

Rowan idzie ze mną. Pewnie zamierza odprowadzić mnie do klasy i zbajerować nauczyciela, żeby nie wpisywał mi spóźnienia. Sama nie musi się przejmować spóźnieniami – nauczyciele ją uwielbiają. W każdej klasie siedzi w pierwszej ławce i spija z ich ust każde słowo, zupełnie jakby budziła się co rano spragniona wiedzy. Rowan to jedna z tych dziewczyn, których się nienawidzi: ładna, miła dla wszystkich i bez widocznego wysiłku zdobywająca najlepsze stopnie. Gdyby nie była taka idealna, pewnie bardziej by ją lubiano. Ciągle jej to powtarzam.

Jeśli już mam być szczera, na pewno bardziej by ją lubiano, gdyby nie kumplowała się z tą czarną owcą z ostatniej klasy. Czyli ze mną.

Kiedy dziś rano znalazłam ten list, spodziewałam się, że po jego przeczytaniu się rozpłaczę. Tymczasem chcę znaleźć frajera, który go napisał, i dać mu w twarz. Im więcej razy go czytam, tym większa wściekłość mnie ogarnia.

Czy nie przyszło Ci do głowy, że moje słowa również nie były przeznaczone do przeczytania przez kogoś innego?

Złość skutecznie zagłusza głos rozsądku, który przekonuje mnie, że gość ma rację.

Korytarze są puste, co wydaje się bardzo dziwne. Gdzie się podziali inni maruderzy? Dlaczego zawsze tylko ja się spóźniam?

Poza tym to nie tak, że nie ma mnie tutaj. Przecież fizycznie cały czas znajduję się w budynku. Nie można jednak ode mnie oczekiwać, że od razu zmienię się w idealną uczennicę.

Prawie biegiem docieramy do skrzydła filologicznego, wpadając w poślizg na zakrętach. Przed ostatnią prostą odpycham się od ściany, żeby nabrać rozpędu.

I nagle czuję gorąco. Krzyczę z bólu, kiedy wrzątek wylewa się na mnie. Kubek z kawą ląduje na moich piersiach. W następnej chwili uderzam o coś twardego, odbijam się od tego i upadam.

Od kogoś twardego.

Leżę na ziemi, a na poziomie oczu mam czarne trapery.

W komediach romantycznych mogłaby to być scena pierwszego spotkania bohaterów. Chłopak byłby przystojniakiem, gwiazdą szkolnej drużyny futbolowej i najlepszym uczniem w klasie. Podałby mi rękę, a ja przypadkowo miałabym drugą koszulkę w plecaku. Przebrałabym się w toalecie i nagle jakimś cudem moje piersi stałyby się większe, biodra węższe, a on odprowadziłby mnie do klasy i zaprosił na bal.

W rzeczywistości ten chłopak to Declan Murphy. Właśnie mamrocze pod nosem przekleństwa. Jego koszulka i kurtka też są całe zalane kawą. Patrzę, jak odkleja mokry materiał od skóry.

W komedii romantycznej chłopak byłby gwiazdą. Cóż, Declan jest szkolnym outsiderem. Figuruje w kartotece policyjnej i bez przerwy zostaje w kozie. Jest wielki i chociaż jego rudobrązowe włosy i wydatna szczęka działają na niektóre dziewczyny, mroczne spojrzenie jego oczu trzyma je na dystans. Jego brwi przepoławia blizna. Podejrzewam, że ma ich więcej. Większość uczniów się go boi i nie bez powodu. Rowan pomaga mi wstać i odciąga mnie od niego.

Declan patrzy na mnie kpiąco. Jego głos jest chropowaty i niski.

– Odbiło ci? – rzuca.

Odsuwam się od Rowan. Zielona koszulka lepi mi się do piersi i założę się, że widać przez nią fioletowy stanik. Chociaż kawa była gorąca, teraz jest mi zimno. To tak upokarzające doświadczenie, że nie mogę się zdecydować, czy chcę się rozpłakać, czy na niego nawrzeszczeć.

Biorę się w garść. Udowodnię mu, że się go nie boję.

– To ty na mnie wpadłeś.

Piorunuje mnie wzrokiem.

– Wcale nie.

Rusza w moim kierunku. Kulę się, zanim udaje mi się powstrzymać ten odruch.

No dobrze, może jednak trochę się go boję.

Nie mam pojęcia, co mi może zrobić. Po prostu sprawia wrażenie takiego silnego… Tak czy owak, zatrzymuje się raptownie i krzywi, widząc moją reakcję, a potem schyla się i podnosi z podłogi swój plecak.

Och.

Chyba coś ze mną nie tak. Mam ochotę znów się na niego wydrzeć, chociaż to była moja wina. Zaciskam szczęki.

„Uspokój się, Juliet”.

Wspomnienie mamy pojawia się tak niespodziewanie, że tylko cudem nie wybucham płaczem. Jestem w rozsypce i nawet jedno nieodpowiednie słowo może sprawić, że przekroczę granicę.

Declan prostuje się, wciąż mając gniewną minę, i wiem, że zamierza powiedzieć coś naprawdę podłego. Po tym liście niewiele trzeba, żeby zamienić mnie w roztrzęsioną kupkę nieszczęścia.

Kiedy jednak patrzy mi prosto w oczy, nagle się rozchmurza.

– Declan Murphy – rozlega się przy nas męski głos. – Kolejne spóźnienie.

Przy Rowan przystaje pan Bellicaro, z którym miałam biologię w dziewiątej klasie. Moja przyjaciółka jest czerwona na twarzy. Widocznie, przeczuwając kłopoty, pobiegła po nauczyciela. Nie mam pewności, czy jestem wkurzona, czy mi ulżyło. Drzwi najbliższej klasy są otwarte, na korytarz wyglądają uczniowie.

Declan ściera kropelki kawy ze swojej kurtki.

– Nie spóźniłbym się, gdyby na mnie nie wpadła.

Pan Bellicaro zaciska usta. Jest niski i ma wydatny brzuch, który jeszcze podkreśla jego różowa kamizelka. Z pewnością nie można go uznać za przystojniaka.

– Jedzenia nie można wynosić poza stołówkę – mówi.

– Kawa to nie jedzenie – ripostuje Declan.

– Panie Murphy, myślę, że zna pan drogę do gabinetu dyrektora.

– Mógłbym tam trafić z zamkniętymi oczami – odpowiada chłopak ostrym głosem i przeszywa nauczyciela wściekłym wzrokiem. – To nie była moja wina.

Rowan wzdryga się i zaczyna wykręcać nerwowo ręce. Wcale jej się nie dziwię. Przez chwilę zastanawiam się, czy ten czubek uderzy nauczyciela.

Pan Bellicaro prostuje się.

– Czy mam wezwać ochronę?

– Nie. – Declan unosi ręce. Jego oczy pociemniały z wściekłości. – Nie. Już idę.

Przeklina pod nosem, po czym zgniata kubek po kawie i wrzuca go do kosza.

Mój umysł wypełnia tak wiele emocji, że z trudem mogę się skupić na jednej. Są to: wstyd, ponieważ to naprawdę była moja wina, a mimo to pozwoliłam, żeby obwiniono tego chłopaka, oburzenie z powodu jego słów i strach wywołany tym, jak się zachowywał.

Jestem również zaintrygowana, głównie przez to, że rozchmurzył się, gdy nasze spojrzenia się spotkały.

Żałuję, że nie sfotografowałam go właśnie w tamtej chwili. Albo teraz, gdy idzie pogrążonym w półmroku korytarzem. Światło pada na jego włosy i nadaje im złocisty blask za każdym razem, gdy mija okno, jednak ciemność przylega do jego szerokich ramion i dżinsów. Od śmierci mamy nie korzystam z aparatu, teraz nagle żałuję, że go nie mam ze sobą. Palce mnie świerzbią, żeby go użyć.

– To dla pani, pani Young.

Kiedy się odwracam, pan Bellicaro wręcza mi białą karteczkę.

Znowu koza.

Rozdział piąty

Masz rację.

Nie wolno mi było Cię oceniać.

Przepraszam.

To jednak nie znaczy, że miałeś prawo przeczytać mój list. Ciągle Cię za to trochę nienawidzę. Tkwię tutaj już piętnaście minut, gapię się w pustą kartkę i próbuję sobie przypomnieć, jak to jest pisać do niej, jak utrwalić swoje myśli.

Zamiast tego myślę tylko o Tobie i Twoim „ja też” i zastanawiam się, co to znaczyło i czy Twoje cierpienie da się porównać do mojego.

Nie chodzi o to, że to w ogóle jest moja sprawa.

Nie wiem, czy przeczytasz moje przeprosiny, ale muszę się przed kimś wygadać. W tej chwili mam ogromne poczucie winy.

To nie przez Ciebie. Przez kogoś innego.

Muszę kogoś przeprosić, tyle że znam go równie dobrze jak Ciebie. Czyli wcale. Na pewno nie zacznę korespondować z dwoma nieznajomymi. Na razie mogę się zdobyć tylko na ten jeden list i mieć nadzieję, że jakoś sobie poradzę z poczuciem winy.

Słyszałeś o Kevinie Carterze? Zdobył Nagrodę Pulitzera za zdjęcie umierającej dziewczynki. To bardzo znana fotografia, więc mogłeś ją gdzieś widzieć. Mała, chudziutka Sudanka próbowała dotrzeć do punktu z żywnością. Dosłownie sama skóra i kości. Zatrzymała się, żeby odpocząć. Była tak wygłodzona, że nie miała siły dotrzeć do jedzenia bez odpoczynku.

Położyła się więc na ziemi, a obok niej wylądował sęp.

Rozumiesz? On czekał na jej śmierć.

Czasami myślę o tym zdjęciu. O tej chwili.

Czasami czuję się jak ta dziewczynka.

Czasami czuję się jak ten ptak.

A czasami jak fotograf, który nie robi nic innego, tylko obserwuje świat.

Kevin Carter popełnił samobójstwo wkrótce po otrzymaniu Nagrody Pulitzera.

Czasami wydaje mi się, że rozumiem dlaczego.

Muszę zapalić.

Wokół lampy na ganku fruwają ćmy, uderzają o żarówkę. Jest czwartek, prawie północ, w okolicznych domach panuje cisza.

Nie da się tego powiedzieć o moim domu. Alan, mój ojczym, ciągle jeszcze nie śpi, a matka wyszła z przyjaciółkami, więc nie jestem gotów, żeby wejść do środka.

Alan za mną nie przepada.

Wierzcie mi, z wzajemnością.

Ten list tkwi w mojej kieszeni przez cały wieczór. Nie mam zielonego pojęcia, kiedy go napisała, ale to musiało nastąpić w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. We wtorek wieczorem jeszcze go tam nie było. Wiem, bo sprawdzałem. Melonhead miał pretensje o spóźnienie i nie chciał słuchać moich wyjaśnień.

– Musiałem zostać w kozie – powiedziałem, kiedy w końcu się zjawiłem.

Właśnie wlewał paliwo do jednej z kosiarek w szopie ze sprzętem. Było tam gorąco jak diabli i koszulka lepiła mu się do ciała. Pomieszczenie było niewielkie i pachniało w nim trawą i benzyną. Lubiłem ten zapach.

Nie podobał mi się za to sposób, w jaki Melonhead na mnie popatrzył, jego wzrok pełen obrzydzenia, jakbym był po prostu ostatnim obibokiem.

– Odrobisz tę godzinę w sobotę – powiedział.

– Przecież mogę ją odrobić w czwartek.

– Nie, zrobisz to w sobotę.

Uniosłem swoją rozpiskę.

– Według umowy pracuję tylko we wtorki i w czwartki.

Wzruszył ramionami i odwrócił się do drzwi.

– Według umowy powinieneś pracować od czwartej do ósmej. Jest dziesięć po piątej. Odpracujesz tę godzinę w sobotę.

– Słuchaj, mogę zostać dzisiaj do dziewiątej…

– Myślisz, że będę tkwił tutaj przez ciebie godzinę dłużej?

No jasne, że nie. Chciał jak najszybciej wrócić do żony i dziecka, żeby następnym razem zasypać mnie kolejnymi nudnymi historyjkami. Uderzyłem w ścianę, pod którą stała moja kosiarka, i zakląłem.

– A ty myślisz, że w ogóle chcę tutaj być?

Zatrzymał się w drzwiach i przez chwilę myślałem, że mi przywali. On jednak tylko na mnie patrzył. Kiedy się odezwał, ton jego głosu nie zmienił się ani na jotę.

– Powinieneś się cieszyć, że możesz to robić. Jeśli chcesz, żebym podpisał ci papiery za osiem godzin, musisz przyjść w sobotę. – Zaczął się odwracać ode mnie, ale nagle znieruchomiał. – I zważaj na język. Nie chcę tu słyszeć takiej gadki.

Otworzyłem usta, żeby mu odpyskować, ale on dalej stał nieruchomo, mając słońce za plecami, i wiedziałem, że gdybym to zrobił, w mgnieniu oka wisiałby na telefonie i gadał z sędzią.

Nie cierpię tego, że może sobie ze mną tak pogrywać. Pamiętam, że gdy odczytano wyrok, pomyślałem, że koszenie trawy na cmentarzu to łatwizna, nikt nie będzie mi dokuczał. Nie wiedziałem, że moim przełożonym zostanie facet, który upaja się władzą i tym, że może rozstawiać mnie po kątach.

Zmiąłem w ręce rozpiskę.

– Nie możesz zmuszać mnie do pracy w sobotę.

– Jeśli ci się to nie podoba, przychodź na czas.

Dzisiaj zjawiłem się tam wcześniej, mając nadzieję, że zasłużę na pochwałę. A gdzie tam! Znalazłem za to list od Cmentarnej Dziewczyny.

Właściwie to wolałbym nie mieć go w rękach. Jest przygnębiający, intrygujący i przerażający zarazem.

Nie znam zdjęcia, o którym pisze. Tego pierwszego, z krzyczącą dziewczynką, kwiecistą sukienką, krwią i karabinem, też zresztą nie widziałem. Nawet przez chwilę żałowałem, bo jej słowa były bardzo obrazowe.

Zdjęcie z sępem i dziewczynką koniecznie muszę zobaczyć.

Słyszę szczęk bocznej furtki. Składam list i wsuwam go pod udo. Spodziewałem się mamy, ale słyszę pociągnięcie nosem i wiem już, że to Rev. Ten koleś ma alergię na wszystko, w tym na większość ludzi.

– Późno przyszedłeś – mówię.

Rev prędzej wyciągnie mnie z łóżka o szóstej rano, niż przyjdzie w okolicach północy.

– Dziś po południu wzięli do domu nową małą. Nie mogła zasnąć. Mama twierdzi, że to lęk separacyjny, a tata, że niedługo się uspokoi. Powiedziałem im, że muszę się przejść.

Nie sprawia wrażenia wkurzonego, zdążył już przywyknąć.

Geoff i Kristin są rodzicami zastępczymi. Ich podwórko sąsiaduje z naszym, więc widzimy dzieciaki, które przygarniają.

Rev był pierwszy. Pojawił się dziesięć lat temu: siedmiolatek w okularach jak denka butelek i z tak koszmarną alergią, że ledwo mógł oddychać. Miał zbyt małe ubranie, rękę w gipsie i w ogóle się nie odzywał. Geoff i Kristin to najmilsi ludzie na świecie (już to, że są mili dla mnie, o tym świadczy), jednak Rev i tak od nich uciekł.

Znalazłem go w swojej szafie. Zwinięty w kłębek patrzył na mnie zza długiej grzywki, ściskając w rękach starą, zniszczoną Biblię.

Miałem tam schowane klocki Lego, więc pomyślałem sobie, że pewnie chce się ze mną pobawić. Zupełnie jakby dzieciaki ciągle chowały się w mojej szafie. No dobra, w sumie nie wiedziałem, co myśleć. Schowałem się tam z nim i przystąpiliśmy do budowania.

Okazało się, że wystraszył się Geoffa i Kristin, bo byli czarni. Jego tata powiedział mu, że czarni są złem zesłanym przez szatana.

Na ironię zakrawa fakt, że ów bogobojny człowiek bez przerwy spuszczał Revowi łomot.

Kiedy to robił, zwykle cytował Biblię.

Geoff i Kristin adoptowali Reva pięć lat temu. Twierdził, że to nic takiego, że i tak uważał ich za rodziców i że to tylko kawałek papieru.

Jednak to było coś. I zapadło głęboko w jego sercu.

Obecnie nosi szkła kontaktowe, ale włosy cały czas ma długie. Moja siostra Kerry uważała, że się za nimi ukrywa. Kiedy Rev miał osiem lat, powiedział Geoffowi, że nie chce, aby znów ktoś go skrzywdził. Następnego dnia Kristin zapisała go na zajęcia ze sztuk walki. Ćwiczy do dzisiaj, aż do przesady. Jeśli okulary, alergia i nieśmiałość sprawiłyby, że myślelibyście o nim jak o nerdzie, wierzcie mi, że nigdy nie ośmielilibyście się powiedzieć mu tego prosto w twarz. Jest zbudowany jak zapaśnik. A jeśli dodacie do tego jeszcze fakt, że jego najlepszy kumpel (czyli ja) jest notowany, chyba przestaniecie się dziwić, że większość uczniów naszej szkoły omija go z daleka.

To również zakrawa na ironię losu, ponieważ Rev jest agresywny niczym stary golden retriever.

Przesuwam się i siada przy mnie na schodach.

– Co czytałeś? – pyta.

Musiał mnie widzieć ze swojego podwórka. Waham się, czy mu powiedzieć.

Dziwne. Przecież nie mamy przed sobą tajemnic. Obserwował rozpad mojej rodziny, w tym daremne próby mojej matki, by wszystko naprawić. Zna nawet prawdę o Kerry, chociaż myślałem, że w maju zabiorę ten sekret ze sobą do grobu.

Wciąż się waham. Czuję, że gdybym powiedział komukolwiek o Cmentarnej Dziewczynie, nadużyłbym jej zaufania.

Chociaż nawet jej nie znam.

Zastanawiam się kolejną chwilę. Rev milczy.

W końcu wyjmuję kartkę spod uda.

Czyta w milczeniu, po czym mi ją zwraca.

– Co to za jedna?

– Nie mam pojęcia. – Przerywam na chwilę. – Córka Zoe Rebekki Thorne.

– Co takiego?

Obracam list w dłoniach i biorę go między palce.

– W zeszłym tygodniu znalazłem przy grobie list. Przeczytałem go. Była w nim mowa o… – Znów przerywam. Niezależnie od tego, co wie Rev, łatwiej rozmawiać o życiu i śmierci z kimś nieznajomym. Odchrząkuję. – O stracie kogoś bliskiego.

– I pomyślałeś o Kerry.

Kiwam głową.

Przez chwilę siedzimy w milczeniu, wpatrując się w taniec ciem przy żarówce. Gdzieś w oddali odzywa się syrena. Po chwili cichnie.

– Ale to był inny list?

– Tak. Odpisałem na niego.

– Odpisałeś?

– Nie wiedziałem, że ona go przeczyta!

– Skąd wiesz, że to dziewczyna?

Dobre pytanie. Nie jestem tego pewien. A jednak jego pierwszym pytaniem było: „Co to za jedna?”.

– A ty dlaczego pomyślałeś, że to dziewczyna?

– Nie siedziałbyś rozmarzony nad listem od faceta. Pokaż mi go jeszcze raz.

Kiedy czyta, zastanawiam się nad jego słowami. Rozmarzony? Czy rzeczywiście o niej marzę? Przecież nawet jej nie znam.

– „Czasami czuję się jak ta dziewczynka” – czyta na głos.

– No właśnie.

– To kartka z zeszytu – zauważa.

– Wiem. – Nagle uświadamiam sobie, że autorka listu też może chodzić do Hamilton High School.

– Koleś, ona może mieć jedenaście lat!

No dobra, tego nie brałem pod uwagę.

Wyrywam mu list.

– Zamknij się. To bez znaczenia.

Poważnieje.

– Tylko się z tobą drażnię. Takiego listu nie napisałaby jedenastolatka. – Milknie na chwilę. – Może miałeś znaleźć ten list.

– Nie, była naprawdę wkurzona, kiedy na niego odpisałem.

– Nie chodzi mi o to, że ona go tam specjalnie zostawiła dla ciebie.

Przez dłuższą chwilę trawię to, co powiedział.

– Rev, jeśli znowu zamierzasz mnie nawracać, idę do domu – mówię w końcu.

– Wcale cię nie nawracam.

To prawda, nie robi tego. Jeszcze nie.

Cały czas ma tę starą Biblię, którą niegdyś trzymał kurczowo w rękach ukryty w mojej szafie. Należała do jego matki. Przeczytał ją z jakieś dwadzieścia razy. Rozmawia na tematy religijne z każdym, kto zdradza choćby cień zainteresowania. Ja akurat nie należę do tych osób. Geoff i Kristin zaczęli chodzić z nim do kościoła, ale nie podobało mu się, że nie może interpretować Biblii po swojemu.

Nie przyznał się, że kiedy patrzy na duchownego, przypomina mu się ojciec.

Rev nie należy do osób, które na okrągło cytują wersety biblijne, lecz jego wiara jest silna i niezachwiana. Kiedyś zapytałem go, jak to możliwe, że wierzy w dobroć Boga, skoro ledwo przeżył piekło, jakie zgotował mu ojciec.

Spojrzał na mnie i odpowiedział:

– Wierzę właśnie dlatego, że przeżyłem.

Trudno się z czymś takim nie zgodzić.

Żałuję, że powiedziałem mu o tym liście. Nie chcę dysputy religijnej.

– Nie musisz tego nazywać Bogiem – mówi. – Nazwij to losem. Czy to nie zastanawiające, że ze wszystkich ludzi, którzy mogli znaleźć ten list, znalazłeś go akurat ty?

To właśnie najbardziej uwielbiam u Reva. Nigdy niczego nikomu nie narzuca. Kiwam głową.

– Chcesz odpisać?

– Jeszcze nie wiem.

– Kłamca.

Ma rację. Chcę to zrobić.

W sumie już nawet zacząłem obmyślać treść odpowiedzi.

Rozdział szósty

Prawdopodobnie jesteś dosyć mroczną osobą, ale w końcu piszę do dziewczyny, która zostawia listy na cmentarzu, więc chyba nie powinno mnie to dziwić.

Napisałaś, że zastanawiałaś się, czy moje cierpienie można porównać do Twojego.

Nie wiem. Nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie. Ty straciłaś swoją matkę. Moja żyje.

Nie sądzisz, że to śmieszne, że słowo „zginąć” ma podwójne znaczenie? Może chodzić zarówno o czyjąś śmierć, jak i zaginięcie. Może ludzie używają go dlatego, że po prostu nie wiedzą, dokąd udają się zmarli? Mój najlepszy kumpel wierzy w Boga, niebo i życie wieczne. Ja nie wiem, co o tym wszystkim sądzić. Umieramy i nasze ciała są pochłaniane przez ziemię, stajemy się częścią pewnego biologicznego cyklu, prawda? Tymczasem nasze dusze (czy co tam) mają być wieczne. To gdzie były przedtem?

Kumpla chyba trafiłby szlag, gdyby dowiedział się, że Ci o tym piszę, bo z nim o tym nie rozmawiam.

Jeśli mam być całkiem szczery, mam ochotę zmiąć tę kartkę i zacząć pisać od nowa.

A jednak tego nie zrobię. Prawda jest taka, że bezpieczniej jest pisać do osoby zupełnie nam nieznanej. Mógłbym włączyć komputer, wyszukać nazwisko Twojej mamy i pewnie znalazłbym coś o Tobie, ale na razie nie chcę tego robić.

Cztery lata temu umarła moja siostra. Miała dziesięć lat.

Kiedy ludzie dowiadują się, że odeszła w tak młodym wieku, zawsze im się wydaje, że ostatnie dni jej życia przeżyliśmy w otoczeniu onkologów i pielęgniarek. Nic bardziej mylnego. Nawet nie wiedzieliśmy, że to jej ostatnie dni. Była okazem zdrowia.

To nie rak ją zabił, tylko mój ojciec.

Mogłem go powstrzymać, ale nie zrobiłem tego.

Dlatego, gdy piszesz, że czujesz się jak tamten fotograf, który nie był w stanie nic zrobić, tylko obserwował, doskonale wiem, co masz na myśli.

Jest niedzielne popołudnie i od dwóch godzin wygrzewam się w promieniach słońca. W niedziele na cmentarzu zawsze panuje duży ruch, przez całe popołudnie kręcą się tu krewni zmarłych.

Przeczytałam ten list siedemnaście razy.

Czytam go ponownie.

Stracił siostrę. Wracam myślami do mojego listu, w którym umieścił dopisek „ja też”.

A więc zastanawiał się nad tym, czy mnie nie odnaleźć. Biorąc pod uwagę, że bez przerwy sterczę przy tym grobie, żeby zobaczyć, czy przyjdzie, nie mogę go o to winić. Jednak trop z moją matką prowadzi donikąd. Może używać takich przeglądarek, jakich tylko chce. I tak niczego się o mnie nie dowie. Moja mama stała się znaną fotografką przed wyjściem za mąż, dlatego po ślubie nie zmieniła nazwiska. Zoe Thorne nie doprowadzi nikogo do Juliet Young. Moje nazwisko nie pojawiło się nawet w nekrologu.

Zoe opuściła męża, Charlesa, i córkę, Juliet.

„Opuściła”. Ten facet ma rację. Słowa, których używamy w związku z czyjąś śmiercią, są dość dziwne. Zupełnie jakbyśmy coś ukrywali.

Myślę, że nekrologu nie czytałoby się zbyt dobrze, gdyby wyglądał następująco:

Zoe zginęła w drodze z lotniska. Wracała do domu po dziewięciu miesiącach pracy w rejonach ogarniętych wojną. Jej mężowi Charlesowi i córce Juliet pozostał tort, który zamówili na jej cześć. Leżał w lodówce przez miesiąc, zanim byli w stanie go wyrzucić.

Więc może rzeczywiście coś ukrywamy.

Rozumiem, dlaczego uważa, że naszego cierpienia nie da się porównać. Ja jestem jedynaczką, więc nie rozumiem, jak to jest stracić siostrę. Wydaje się, że od śmierci mamy ja i tata krążymy po orbitach dwóch różnych planet żalu, spotykając się tylko wtedy, gdy to konieczne. Mój tata z pewnością nie jest niebezpieczny. W tej chwili jest ledwie świadomy czegokolwiek.

To nie rak ją zabił, tylko mój ojciec.