Listy do Małgosi - Artur Cieślar - ebook
Opis

Odejście bliskiej osoby, to jedno z najtrudniejszych doświadczeń. Ludzie starają się z nim uporać na różne sposoby. Artur Cieślar, po odejściu Małgorzaty Braunek, z którą przyjaźnił się przez wiele lat, zaczął pisać do niej listy.

 

Ich codziennym rytuałem była poranna rozmowa telefoniczna. Gdy Małgorzaty zabrakło, te listy zastąpiły mu codzienne dyskusje z nią. W listach tych wspomina ostatni rok jej życia, rozmowy z nią i - odejście.

To nie tylko świadectwo żałoby. To świadectwo ludzkich uczuć – trwalszych niż śmierć.

 

To rozmowa, w której druga osoba milczy i wykazuje się – tak, jak to bywa w relacji przyjaciół – umiejętnością słuchania. A piszącemu – pozwala uporać się z brakiem odpowiedzi.

***

autor o książce:

 

Ta książka jest zapisem stanu, który przeżywamy, gdy tracimy bliską nam osobę,
w moim wypadku – przyjaciółkę. To także zapis wspomnień. Bo kiedy odchodzi ktoś bliski, wspomnienia są jak dobry, ciepły dom.

 

Jeśli z tych listów, które pisałem do osoby już nieżyjącej, choć nadal we mnie żywej, ktoś znajdzie dla siebie choć odrobinę egzystencjalnej otuchy, będę spełniony. Jeśli chorym i odchodzącym rozświetli nieco duszę – będę szczęśliwy.

Artur Cieślar

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 203

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: DOROTA MAJER
Korekty: ELŻBIETA MORAWSKA, Melanż
Okładka i projekt graficzny: ASIA GWIS
Skład: JAROSŁAW SKŁADANEK
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
Zdjęcia: PAWEŁ RAŹNIEWSKI
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2015 Text © copyright by Artur Cieślar
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-64776-51-9
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa tel. (22) 312 37 12 Dział handlowy:handlowy@grupazwierciadlo.pl
Konwersja:eLitera s.c.

NAJWAŻNIEJSZE JEST ŻYCIE.

NARODZINY I ŚMIERĆ TO TYLKO EPIZODY.

ŻYCIE NIGDY NIE USTAJE.

Zdarzają się śmierci piękne, pełne znaczenia, którym towarzyszy rodzaj otwartości i świetlistości. Zdarzają się też śmierci trudne, pod znakiem bólu; długotrwałe, z naszego punktu widzenia bezsensowne agonie, toczące się w cieniu rozpaczliwej walki z nienazwaną i nieprzekupną Siłą. Jedno może nas napawać względnym optymizmem – sama śmierć nie trwa nigdy tak długo, jak długo trwało życie. Ale też prawdą jest, że po niej nic już nie wygląda tak samo.

Ta książka jest zapisem żałoby – stanu, który przeżywamy, gdy tracimy bliską nam osobę, w moim wypadku – przyjaciółkę. Nie pierwszą zresztą, którą zabrał mi rak. Jednak wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju, której pamięć chciałbym kultywować.

Listy do Małgosi. Jabłoń kwitnie zawsze to zapis wspomnień i myśli, które tej żałobie towarzyszyły. Spisane stają się dobrym, ciepłym domem. Jeśli w tych listach, które pisałem do osoby nieżyjącej, choć nadal we mnie żywej, ktoś znajdzie dla siebie odrobinę egzystencjalnej otuchy, będę spełniony.

Moja żałoba nie dokonywała się ani w rozpaczy ani w niezgodzie, co uważam za swoiste błogosławieństwo. Kto wie, czy właśnie to nie jest najpiękniejszym prezentem, jaki otrzymałem od Małgosi Braunek? Jej śmierć jeszcze bardziej otworzyła mnie na drogocenność czasu, który został nam dany, i ciała, które wszyscy, bez wyjątku, kiedyś pozostawimy.

Małgosia należała do wszystkich tych, którzy ją kochali, cenili, którzy się na niej wzorowali, a zainspirowani jej przykładem stawali się odważniejsi w swoich życiowych wyborach. W tym sensie była naszym wspólnym dobrem. I każdy miał z nią własną, osobistą relację.

Dla mnie Izabela Łęcka, Oleńka, przyjaciółka, także na drodze duchowej, mądra i dobra, pełna życzliwości kobieta, z zawsze otwartym sercem. Dla innych także żona, matka, babcia. Dla wszystkich – właścicielka najpiękniejszego w Polsce uśmiechu, który już na zawsze zachowamy w sercach.

PONIEDZIAŁEK, 23 CZERWCA 2014

– Jadę do Małgosi – rzuciłem do Darka.

Zawsze tak mówiłem: idę do Małgosi, jadę do Małgosi... na medytacje, pogadać, pobyć, powygrzewać się w Twoim cieple. I jechałem do Was obojga, do Małgosi i Andrzeja – moich przyjaciół.

Dzisiaj potrzebowałem być z Andrzejem, z Twoimi uczniami.

Przez pierwszą godzinę siedzieliśmy w zazen. Ciszę przecinały porywy wiatru, które szarpały gałęziami starej czereśni na wszystkie strony świata. „Wiatr, pneuma”, pomyślałem. Zupełnie jakby się drzewa Tobie kłaniały. Niebo skrzyło się fantastycznie, co można było dostrzec mimo opuszczonych słomianych mat w oknach zendo. Krzew hortensji rosnący tuż przy wejściu falował jak kępa nadmorskiej trawy. Moim umysłem także targały wiatry rozbieganych myśli. Obrazy płynnie przechodziły jeden w drugi. Obrazy z Tobą na pierwszym planie, kadry z pisania książki, potem podróżowania z nią po Polsce, fragmenty rozmów, głosy.

Głos... Barwę twego głosu wyraźnie słyszę.

Wierciłem się niemożebnie na poduszce medytacyjnej, która raz wydawała mi się zbyt twarda, innym razem za miękka. Istna paranoja znana wysiadywaczom buddy w sobie, ludziom, którzy z medytacji uczynili swoją drogę.

„Wszystko posiada naturę Buddy”, mówiłaś. Więc i Twoja śmierć także? Czy w śmierci, umieraniu, przeminięciu raz na zawsze, zawiera się błogosławieństwo buddów, mądrość wszechświata, miłość i kochanie?

Czy tylko tyle rozumiem z tego zdania?

Na macie, na której zawsze siedziałaś, tej pośrodku zendo, leżały bukiety białych kwiatów, które przynieśli Twoi uczniowie. Co jakiś czas ktoś podchodził i zanim zasiadł do medytacji, kłaniał się temu miejscu, Tobie się kłaniał, w geście gasho – ze złożonymi dłońmi, by potem w milczeniu zasiąść na swojej macie.

Żałobne milczenie, pomyślałem. Żałoba? Nie. Ty byś tego nie chciała. Ostatnia rzecz, jakiej byś sobie życzyła, to czyjś smutek z Twojego powodu.

Ale to się stało.

Dziś rano.

Odeszłaś.

Można się tylko ucieszyć tym, że już nie cierpisz. Choć los oszczędził Ci największego bólu, jaki zdarza się w przebiegu raka, takiego, z którym nie radzą sobie lekarze, to jednak cierpiałaś. Wiem to.

Znów liczę oddechy: jeden, dwa, trzy... Niespokojne oddechy w Zatoce Żalu i w Delcie Niezgody. Za oknem coraz dynamiczniej. Silny wiatr. W końcu uległy mu chmury. Słońce rozbłysło z taką siłą, że pojaśniało na zewnątrz i wewnątrz zendo. Wszystko jakby uśmiechnęło się dokoła. Ożywiło. Uśmiech to przecież oznaka życia.

Ty zamieszkałaś właśnie w uśmiechu. Więc żyjesz nadal w uśmiechach innych istot.

Cztery, pięć, sześć... I jakaś niewytłumaczalna otucha we mnie wstąpiła, by po chwili zgasnąć. Siedem, osiem, dziewięć... Potem coś znowu wezbrało we mnie i popłynęły łzy, strumień łez. Chciało mi się strasznie ryczeć, ale przecież nie będę robił cyrku przy ludziach. Dziesięć, jedenaście i dziesięć, dziewięć, osiem... Pociągałem nosem jak zasmarkany, bezradny chłopiec, który nagle uświadomił sobie, że wszystkie dzieci zostały już przez rodziców zabrane z przedszkola, a jego mama wciąż po niego nie przychodzi. Osiem, siedem, sześć... Nie do opanowania są te łzy. Cholera. Cieknie jak z kranu. A tu cisza zen i dostojność zendo! I skupienie ludzi. Nie, nie wierzę, że podążają za oddechem i pozostają w błogiej bezstronności. Wszyscy jesteśmy zanurzeni w myślach o Tobie.

Twoja nieobecność boli, uwiera. Gdzieś tam w sercu piekące doznanie – jakby coś zostało odłupane, coś, czego nie da się już przykleić, dosztukować, niczym zastąpić.

A może jednak wejdziesz jak kot i usiądziesz z nami jak zawsze? Dyskretnie i niemal niezauważalnie. A może później powiesz kilka słów? Albo nic nie powiesz... Nie musiałabyś nawet nic mówić. Wystarczy, żebyś była. I znowu oddechy: jeden, dwa, trzy...

Ona jednak żyje! Więc to wszystko nieprawda z tą śmiercią, nie trzeba było się martwić, pozbierała się... Weszła do środka, jak zawsze usiądzie z nami i będzie oddychać, jak my, podczas medytacji, a potem wstanie, pokłoni się miejscu, w którym medytowała, wyjdzie drzwiami po lewej stronie i pomaszeruje przez ogród do swojego domu... Nic nadzwyczajnego – przekleństwo wyobraźni, błogosławieństwo wyobraźni.

Cztery, pięć, sześć. Oddycham. A może ten dzień, to wszystko, co się zdarzyło, jest tylko snem? Spojrzałem odruchowo w stronę okna. Zobaczyłem, jak Andrzej wyszedł z domu i zmierzał do zendo. Tuż przed nim szła Catherine, Twoja ukochana Catherine, przyjaciółka od serca. „Koleżanka po fachu”, kiedyś zażartowałem. Jak Ty, nauczycielka buddyzmu, mistrzyni zen, osoba o wyjątkowej mądrości, delikatności i wewnętrznej ciszy, tak niezłomnej, że najbardziej rozbiegane umysły w jej obecności cichną.

Andrzej i Catherine szli przez ogród cicho i dostojnie.

Wiatr ustał całkowicie. Słońce wylewało do ogrodu strumienie światła.

Po medytacji rozpoczęły się inwokacje do Buddy Kanzeon. Budda Współczucia. Budda Ogromnego Serca. Ten, który ogarnia miłością wszystkie czujące istoty. A kochać je WSZYSTKIE – to dopiero zobowiązanie! I recytacja mantry. Gromkie, żywiołowe, pełne niewyczerpalnej energii wodospadu, którego łoskot orzeźwia, cuci, koi.

ŚRODA, 25 CZERWCA

Brak.

Brakuje mi tych porannych pogaduch z Tobą przez telefon, wypijanych wspólnie: ja – kaw, ty – herbat. Ileż musiałem nagimnastykować intelekt, żeby w ostatnich miesiącach nie witać Cię wyświechtanym: „Jak się dzisiaj czujesz, jak spałaś, jak noc, jakie sny?”, na co powoli dostawałaś alergii, bo jak długo można odbierać takie telefony? Troska o człowieka chorego, bycie z nim, może wyrażać się albo w uważnym słuchaniu i podążaniu za nim, albo w umiejętnym zajmowaniu jego umysłu, tak by temat choroby nie dominował w relacji z nim. Wystarczy, że dominuje w relacji z jego własnym ciałem, sekunda po sekundzie, dzień po dniu.

Kiedy dzwoniąc, udało mi się rozbawić Ciebie już w pierwszym zdaniu, miałem ogromną satysfakcję. Czasami witałem Cię po francusku: „Bonjour Madame, ça va? Vous allez bien? Avez-vous bien dormi cette nuit? Je vous passe Mr le Président. Ne quittez pas”. A Ty się śmiałaś: „Oui, oui, oui... Już przestań, nie wiesz, że ja już prawie zapomniałam francuskiego?”, mitygowałaś się uroczo. Kiedyś nawet odłożyłaś słuchawkę, gdy zacząłem francuszczyzną. „No co ty, słuchawką mi tu rzucasz?”, byłem zdziwiony. „A, wiesz, jakoś dziś nie mam ochoty na francuski, poza tym jestem już takim głąbem... Chemia mi mózg wypatroszyła. Mam takie dziury w pamięci... Bywa, że nie pamiętam prostych słów”, tłumaczyłaś się.

Nie dzwonię do Andrzeja. On teraz pochłonięty sprawami organizacyjnymi. Ci, którzy pozostają, mają przed sobą realne zadania, muszą sprostać temu, co nazwałbym logistyką śmierci – formą pochówku, ceremonią, gośćmi, konsolacją, powiadomieniami itd. Oczywiście, że Andrzej nie jest z tym sam. Są Orina i Xawery, ludzie z sanghi, przyjaciele chętni i pomocni. Więc się nie martw. Pochowają Cię, jak należy. Możesz być spokojna, że nie będzie żadnej pompy ani patosu!

Szczęśliwie umarli nie muszą załatwiać żadnych formalności, mogą całkowicie skupić się na swoich sprawach. Na pewno są bardzo zajęci. Tymczasem wielu ludzi myśli, że po śmierci to już można się wyspać i wypocząć. Ho, ho! Buddyści w to nie wierzą. Więc rób tam swoje, Małgosiu, w stanie bardo, w tym stanie umysłu, który można nazwać „pomiędzy”, gdzie nagi umysł – oswobodzony z tego cholernego ciała, które zawiodło i przestało należycie służyć – może obcować z Absolutem. Czy tak jest? Lepsze słowa autopociechy nie przychodzą mi do głowy. Wiesz co? Ty mi się przyśnij i opowiedz, jak to naprawdę wygląda, bo przecież, uczciwie mówiąc, NIE WIEM jak. A i Ty nie wiedziałaś, gdy Cię pytałem. Pamiętasz? Koniec książki... Moje ostatnie pytanie...

Ufam mojemu lamie, który opowiadał szczegółowo, jak to jest po śmierci. Nawet mi się przyśnił kilkakrotnie po tym, jak odszedł w swoim klasztorze trzy lata temu, ale nigdy w tych snach nie opowiedział, jak tam jest po drugiej stronie. I czy w ogóle jest druga strona?

Tak. Andrzej jest zajęty, nawet bardzo, on także biega po urzędach. Może później będzie mnie bardziej potrzebował. Jeśli w ogóle. Nic przecież nie wiem. Kiedy wszyscy już przywykną do nieodwołalnego i pójdą do swoich spraw, żon, mężów, kochanków, domów, mieszkań, pustka i nieobecność urosną mu jak ciasto na chleb. Ktoś będzie musiał je wyjąć z gorącego pieca i pomóc mu zjeść. I pewnie od tego są przyjaciele. Bo trzeba z kimś przeżuć to, co musi zostać strawione. Dziwne, że słowo „przeżuć” brzmi prawie jak „przeżyć”.

CZWARTEK, 26 CZERWCA

Rodzina i sangha są na mnie wściekli. Bo podałem informację na Fb o Twoim odejściu. Ale przecież są dziesiątki tysięcy ludzi, którzy Cię wspierali podczas choroby, także materialnie. Dlaczego miałbym tego nie zrobić? Postanowiono mnie ukarać – nikt się ze mną nie kontaktuje, o niczym nie wiem. „Jesteśmy na ciebie bardzo źli”, usłyszałem od J*.

Biorę to na klatę. Oczywiście, że uległem emocjom. Zadziałał mechanizm, którego sam się trochę wstydzę: silne emocje i imperatyw: trzeba teraz ludzi, którzy Ci sekundowali, powiadomić, że odeszłaś, żeby mogli wesprzeć modlitwą, myślą życzliwą, właśnie w tej godzinie. Zupełnie nie pomyślałem, że media natychmiast porwą to, jak mewa tłusty kąsek. Potem już nie było odwrotu. Raz wypowiedziane w sieci słowo piętrzy się jak fala. Odebrałem ze dwa telefony od dziennikarzy, potem już żadnych. Nie chciałem słyszeć tych: „Jak pan skomentuje? Co pan myśli? Czy możemy przyjechać i nagrać setkę? Czy? Jak? Kiedy? Gdzie?”. Nie byli nieprzyjemni. Nie byli napastliwi. Robili swoje. Skłamałbym, gdybym powiedział, że było inaczej. W końcu rolą dziennikarzy jest przekazywanie informacji. Trochę jak w przedszkolu. Zabawa w głuchy telefon: Małgorzata Braunek żyje, Małgorzata Baranek nie żyje. Marzena Baranek wyje. Do księżyca. Zniekształcenia i przekształcenia. Słowa koślawe, myśli koślawe, myśli sykliwe, osy. Zawsze śmiałaś się z tego, że ludzie kiedyś nagminnie przeinaczali Twoje nazwisko i z Braunek wnet stawałaś się Baranek.

W końcu odebrałem telefon z PAP-u.

– Czy to prawda? – zapytała dziennikarka. – Czy pan może potwierdzić? Czy pani Małgosia nie żyje?

– Nie żyje – potwierdziłem. Ależ to nieprzyjemnie brzmi: „nie żyje”.

Rzeczywiście, działając impulsywnie, naraziłem niektórych Twoich bliskich na to, że dowiedzieli się o Twoim odejściu nie od Andrzeja, który wtedy trzymał Cię za rękę w szpitalu, ale z radia, z którego sączyła się skoczna muzyczka i reklama kleju do protez. Fatalnie się stało. Nie pomyślałem, że kiedy Andrzej przysłał mi esemes: „Odeszła”, byłem pierwszym adresatem dlatego, że kilka godzin wcześniej poprosił mnie, abym go podmienił i przyszedł do Ciebie do szpitala około południa. Sądząc, że jestem już w drodze z Milanówka, chciał mnie tą wiadomością zawrócić. Siedziałem akurat w aucie i czekałem na Darka, który załatwiał coś w urzędzie, gdy odebrałem ten esemes. Poczułem falę gorąca i dudnienie serca. Niby wiedziałem, przeczuwałem, że już za chwilę mogę taką wiadomość odebrać, a jednak to zawsze ścina z nóg, skraca oddech, i jak widać, trochę rozum odbiera. I pamiętam tę myśl: „Jak to? Już Cię nie ma...? To się właśnie stało? Już? I koniec?”. I zaraz druga myśl: „To dobrze, że już nie cierpisz... co za ULGA! Uspokój się, ona już nie cierpi. Uspokój się. Uspokój się!”.

PIĄTEK, 27 CZERWCA

Wczoraj pojechałem do Was, do Wilanowa. Całkiem przypadkiem usłyszałem, jak Xawery powiedział przy stole: „Mamę skremujemy w piątek”. Pochylał się nad kartką papieru, na której pisał listę proszonych na pogrzeb, na konsolację.

To dzisiaj.

Jakiś żal mam podskórny, ale przecież nie ten żal jest teraz najważniejszy, i szczerze mówiąc, mało on kogo obchodzi. Ból i strata znajdują ujście na różne sposoby. Jedni szukają wroga zewnętrznego, inni odwołują się do pokładów niechęci i agresji; jeszcze inni klątwią, inni rozpaczają, filozofują. Różnie bywa.

Twojego syna poznałem w końcowej fazie choroby. Pewnego dnia wszedł do szpitala, w którym opracowywali odpowiednią dla Ciebie formułę dożywiania pozajelitowego. Przywitaliśmy się serdecznie. Na misia. To oczywiste, że wiedzieliśmy o swoim istnieniu.

W początkowej fazie choroby, kiedy wszystko szło po Twojej, naszej myśli, nikt nie ulegał panice, a Ty w tych pierwszych sześciu miesiącach chwytałaś byka za rogi. Z satysfakcją obserwowałaś, a i my, jak udaje się zapanować nad chorobą. Przez pierwsze pół roku to Ty trzymałaś raka za cugle, potem on Ciebie tresował jak cyrkowy psychopata.

Dzisiaj Twoje ciało spłonie w przeszklonej komorze krematoryjnej. To, co z tygodnia na tydzień ważyło coraz mniej, tkanki, narządy i mięśnie, które opierały się apetytowi raka, to ciało, które stawało się coraz większym źródłem udręki, niebawem przybierze formę prochu.

Odbierałem już prochy przyjaciół buddystów. Przesypywałem je potem z urny do naczynia lżejszego i bardziej solidnego (szejker), które następnie owijałem szczelnie taśmą pakową i układałem w walizce pomiędzy koszulami i spodniami. Tak, tak... Jakaś cząstka wędrowała na cmentarz w niewielkiej urnie, a pozostała część prochów leciała ze mną hen, do Azji. Dobrze wiem, jak wyglądają prochy ludzkie, jak wygląda spopielone ciało człowieka. Przypomina granulat, suchą karmę dla kotów, drobny żwir do akwarium, grubo zmielony pieprz.

Czytam uważnie ustawę o pochówku: „Zgodnie z artykułem 12. i 16. ustawy z dnia 31 stycznia 1959 r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych (Dz. U. z 1959 r. Nr 11, poz. 62, z późn. zm.), zmarłych można pochować przez złożenie w grobach ziemnych, murowanych lub katakumbach i zatopienie w morzu”. Swoją drogą można by ją znowelizować, prawda? Świat się przecież zmienia. Kto w PRL-u wymyśliłby, że kiedyś nad Wisłą będą żyli buddyści?

Zostało to sformułowane jasno i klarownie: „zatopienie w morzu”. Gdybyś tylko wiedziała, że Twoje prochy mogłyby spocząć w morzu, domyślam się, że zdecydowałabyś się na to i to zaordynowałabyś. Rozsypanie ich w Wiśle z prawnego punktu widzenia nie wchodziło w grę. Ale gdyby złamać prawo? Przewidziana w tym wypadku grzywna nie poraża: pięć tysięcy złotych albo odsiadka trzydziestodniowa. Każdy dałby radę – widzisz mój szelmowski uśmieszek? Jednak nikt z rodziny nie pytał mnie o zdanie. Żałuję, bo bardzo chciałaś spocząć w morzu. „Morze, morze, morze”, powtarzałaś. Myślę, że zatopienie urny w Bałtyku, w Twoich ukochanych Dębkach, mogłoby być spełnieniem marzenia o połączeniu się z morzem, które dla Ciebie zawsze symbolizowało bezkresną przestrzeń Absolutu. Jeszcze przed chorobą rozmawialiśmy o tym. Teoretycznie, co prawda. Jakby co. Na zasadzie: pamiętaj, bo kto wie. Ja, urodzony nad morzem, związany z tym morzem już na amen w pacierzu, no przecież nie napiszę: na amen w mantrze! Ty, od lat spędzająca wakacje nad Bałtykiem, z Andrzejem, dziećmi, wnukami, przyjaciółmi. Morze było przestrzenią, potrzebą, miłością. Więc kiedy myślę o Twoim pochówku, który ma nastąpić za parę dni, mam przed oczami morze, a nie dziurę w ziemi.

Morze jest blisko...

Ale też nie wiem, co powiedziałaś Andrzejowi... Najskrytsze pragnienia powierzamy tym, których kochamy i których miłości jesteśmy pewni.

Człowiek wynajduje słowa, żeby coś nazwać. Tym nazywaniem oswaja świat i własne lęki. Trudzi się nad tytułem książki i nawet przez mgnienie nie przypuszcza, że oto opatruje słowem ostatni rozdział, lecz nie książki, ale czyjegoś bądź własnego życia.

Dla buddysty kremacja nauczyciela duchowego to coś więcej niż zwykłe spopielenie zwłok. Budda przebudził się ze swojego pałacowego życia właśnie wtedy, gdy na stosie kremacyjnym zobaczył płonące zwłoki. Śmierć nas przebudza. Każdy z nas pamięta pierwszy pogrzeb, w którym uczestniczył. Ja miałem wtedy cztery lata i wydawało mi się dość zabawne, że wszyscy byli tacy smutni. Trumna jak trumna. Dziwna. Dziecko nie bardzo rozumie ciężar gatunkowy śmierci.

Budda nie stałby się tym, kim był, gdyby nie wyrwał się z pałacu i nie zobaczył ukrywanej przed nim prawdy o świecie. Szybko uzmysłowił sobie, że istnieje śmierć ciała, że jest nieunikniona i dotyczy każdego bez wyjątku, nawet księcia. Kto wie, czy gdyby nie kontakt z martwym ciałem nieznanego człowieka, książę Siddharta stałby się Buddą?

W tradycji buddyzmu tybetańskiego uczniowie biorą udział w uroczystej kremacji swojego nauczyciela i traktują to na równi z praktyką duchową. Bywa, że gdy ciało nauczyciela płonie, zdarzają się cuda – pojawiają się tęcze na niebie albo wokół słońca, nagle wiatr zawiewa skądś płatki kwiatów, albo tworzą się chmury, podczas gdy jeszcze przed sekundą niebo było nieskazitelnie czyste. I choć zen pozbawiony jest takich opisów, to każda śmierć mistrza zawsze odciskała się duchowo na uczniach.

Z drugiej strony rozumiem, że mąż, córka i syn chcieli pozostać w tym intymnym doświadczeniu. O ile w Azji nie budzi to żadnej sensacji, o tyle w Polsce ściągnęłoby tabuny paparazzich. Pewnie słusznie obawiali się mediów, rozgłosu, rozproszenia, które przecież nie ułatwia żałoby.

Data pogrzebu wciąż okryta tajemnicą. Xawery w salonie pochylony nad kartką, na której spisywał listę gości, powiedział, że „dla ludzi” odbędzie się msza w kościele ewangelickim, a pogrzeb tylko dla rodziny, przyjaciół i sanghi. Byłem wzburzony, że dzieli ludzi na dwie grupy. Dałem temu wyraz w kilka ostrych słowach. Wyszedłem na ganek. Emocje. Nie powinienem się w to wtrącać, ale poszły konie po betonie... Zdarzyło się wtedy jeszcze coś. Kiedy gwałtownie podniosłem się z sofy, uświadomiłem sobie, że usiadłem w miejscu, na którym leżałaś przez długie miesiące z głową opartą o kilka poduszek. Bezwiednie obróciłem się za siebie, jakbym chciał się upewnić, czy naprawdę Cię nie ma, czy naprawdę jesteś już nieobecna.

Naprawdę?

Czym jest obecność drugiego, ważnego dla nas człowieka? Na ile cenimy obecność żyjących?

W ogrodzie zaczerpnąłem powietrza. Pachniało dojrzałym latem, skoszoną trawą i owocami. Potem skierowałem się do zendo. Spojrzałem na hortensje, które już rozkwitły na dobre. Zdjąłem sandały i wszedłem do sali. Tego dnia czułem się tam niezwykle obco. Znów patrzyłem na pustą matę i poduszkę, na której zawsze siadałaś. Dzisiaj nie było tu już kwiatów, jak pierwszego dnia. To jest właśnie buddyzm w wydaniu zen, pomyślałem, były kwiaty i nie ma kwiatów. „Wy się w tym zen nie bawicie w sentymenty”, uśmiechnąłem się do siebie samego. My – „Tybetańczycy” – byśmy te kwiaty stawiali w wazonach jeszcze długo. Ale inaczej nie znaczy ani lepiej, ani gorzej. Po prostu jest inaczej. Prawdą jest, że sangha stanęła przed całkiem nowym wyzwaniem. Nikt przecież im nie pokazał i nie uczył, jak się postępuje, kiedy odchodzi nauczyciel.

Gdy