Listy 1958-1997 - Czesław Miłosz, Jan Błoński - ebook + książka

Listy 1958-1997 ebook

Miłosz Czesław, Jan Błoński

4,0

Opis

Poznają się zimą 1956 lub 1957 roku w Paryżu. Czesław Miłosz, późniejszy laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, jest już emigrantem. Parę lat wcześniej „wybrał wolność”, po czym napisał głośny esej o zniewoleniu intelektualistów przez komunizm (Zniewolony umysł). Przede wszystkim jest jednak poetą, autorem Trzech zimOcaleniaTraktatu moralnego, obok Przybosia uznawanym za największego polskiego poetę tego okresu. Jan Błoński, niemal dwadzieścia lat młodszy, absolwent krakowskiej polonistyki i uczeń Kazimierza Wyki, przyjeżdża do Francji jako młody, bardzo dobrze zapowiadający się krytyk. W roku 1960 zostanie lektorem języka i kultury polskiej na paryskiej Sorbonie, a później będzie wielokrotnie gościł we Francji już jako profesor literatury.

To pierwsze spotkanie poety i krytyka zaowocuje trwającą ponad pół wieku przyjaźnią i zbiorem obszernych – publikowanych w tym tomie – listów, w których obaj prowadzą fascynujący dialog na temat przemian kultury XX wieku, polskości, poezji nowoczesnej, historii najnowszej czy miejsca literatury w powojennej rzeczywistości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 518

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0

Popularność




Jan BłońskiCzesław Miłosz

Listy 1958–1997

Zebrał, przepisał i opatrzył przypisamiAdam Puchejda

fundacja terytoria książki

Listy

1. J. Błoński do C. Miłosza

Szanowny Panie!

Dziękuję za list Pański i pamięć. Odpowiadam też na Pańskie pytania.

Pańskie prośby spełniłem, z wyjątkiem Hertza1, bo w W-wie jeszcze nie byłem. Tak że będę się starał wpłynąć na WL2.

„Kultura”3 nie dochodzi absolutnie. Jest o nią rzeczywiście trudno.

Książki, które otrzymałem od p. Hertza4 dla p. Terleckiego5, przekazałem.

Proszę się nie obawiać o dotrzymanie terminu przygotowania antologii6. Już się tym zajmujemy. Otrzyma ją Pan w końcu br. albo na samym początku przyszłego. Znajdziemy też sami najwłaściwszy sposób przekazania wyboru tekstów ew. wycinków [*Opracowujemy całość, proszę więc nikogo już do współpracy nie wciągać].

Zastałem tu sytuację gorszą jeszcze, niż się spodziewałem. Nie ma prawie książki bez konfiskat7.

„Odwrót od października” jest tak wszechstronny, że można się już obawiać o dłuższe życie najważniejszego osiągnięcia, tj. „praworządności socjalistycznej”8. Rok, dwa chyba wytrzyma, ale później? Dlatego ludzie robią się ostrożniejsi i słusznie.

„Kultura” jest b. źle widziana. Kara za kontakty – odebranie paszportu [*tymczasem. A niektórzy sądzą, że lepiej się asekurować na przyszłość]. W związku z tym Ludwik9 i ja chcielibyśmy prosić, żeby Pan przerwał tymczasem kontakty ze mną tutaj. Bardzo bym chciał jeszcze bywać w Paryżu, między innymi dlatego, żeby móc z Panami jasno i szczerze rozmawiać10. Także pseudo„konspiracyjne” kontakty, przesyłanie listów itp. nic nie dają. Na dodatek ludzie nawet bardzo zaufani zawsze robią głupstwa (zwłaszcza jeżeli mieszkają na Zachodzie). Na przykład p. Janta11, który dzwoni do mnie z hotelu „Orbisu” w Zakopanem (hotel dla cudzoziemców), mówiąc dramatycznym szeptem, że przekazuje pozdrowienia od „pana Jerzego z Paryża”. Lepiej już – po prostu „od p. Giedroycia”. Także – i to jeszcze przed pobytem w Paryżu – słyszałem skargi ludzi w W-wie na niemądre zachowanie mądrych ludzi, których prosił Pan o przekazanie jakichś próśb. Są to rzeczy, które b. odstręczają od Panów ludzi, i choćby dlatego warto to wziąć pod uwagę. Nie muszę mówić, że sympatia całego prawie środowiska intelektualnego do Pana działalności pozostaje niezmieniona i idzie tu tylko o formy i technikę kontaktów.

Lepiej rozmawiać w Paryżu niż pisać rzeczy powierzchowne; jeżeli Pana proszę, by Pan do nas nie pisał, nawet przez osoby prywatne, to nie znaczy, że utracę z Panem kontakt. Ale lepiej, żebym ja  s t ą d 12 wybierał formę. Na przykład bardzo będę wdzięczny, jeżeli zechce Pan odpowiedzieć na ten list na adres nadawczyni. Ciotka13 moja przebywać będzie we Francji około trzy tyg. – jeden miesiąc.

Proszę wybaczyć szczerość – mam nadzieję, że nie będzie Pan miał o to do nas pretensji?

Jeszcze jedno: b. dziękuję za wiadomość o Fundacji Forda14. Będę się to starał dyskretnie załatwić, ale jeżeli mnie Związek15 nie wytypuje (albo Uniwersytet16, gdzie chciałbym w przyszłym roku pracować), to lepiej, żeby się nawet z przedstawicielem Fundacji nie kontaktował, bo to kontrrekomendacja – nie pozwolą wyjechać nikomu, kto ma kontakty nieoficjalne.

Proszę przyjąć bardzo serdeczne podziękowania i pozdrowienia dla Pana i Pańskich współpracowników

Jan Błoński

Kraków, 7X [1958]

[Załącznik]

Szanowny Panie!

W załączeniu przesyłam list mego krewnego. Będę w Deville na pewno miesiąc. Proszę więc tu skierować ewent. korespondencję do niego.

Jadwiga Błońska17

Deville (Ardennes) 18 X 1958

68 Grand’rue chez M. Pena

[Adres na kopercie: „Revue Littéraire «Kultura» 91 Avenue de Poissy Maisons-Laffitte Seine et Oise”, z dopiskiem: „Prière de faire parvenir cette lettre à M. Czesław Miłosz”18]

2. J. Błoński do C. Miłosza

Drogi Czesławie,

Śpieszę przede wszystkim powinszować Ci amerykańskich sukcesów1, o których głośno tu w Paryżu i które – przyznaję – w niejaki sposób mnie zmartwiły, ponieważ bardzo liczyłem na to, że będziemy się tu mogli widywać… a teraz pewnie zostaniesz na długo w Kalifornii. Nie miej mi za złe tych egoistycznych żalów.

Co ze mną? Jestem od paru miesięcy w Paryżu; wyjeżdżam niedługo do Polski, na wakacje, po to, by tu powrócić we wrześniu, już z rodziną2; nie wiem, czy doszło do Ciebie, że uzyskałem – po wielu konferencjach i kontrkonferencjach, zaleceniach i donosach – miejsce lektora na paryskim uniwersytecie. Asystuję więc Bourrilly’emu3, którego znasz pewnie, staram się nauczyć gramatyki, sam najpierw, żeby innym był z tego jaki pożytek. Jakoś to idzie, dość koślawo, ale niewinnie.

Poza tym oddycham; mnie przynajmniej Paryż do tego służy, jako że ojczyzna nad wyraz męcząca i po paru miesiącach ogarnia (mnie) rodzaj ogłupiałego zniechęcenia, w którym najprzyjemniejszy jest moment usypiania. Andrzej Kijowski4 opowiadał mi niedawno, jak po kilku już tygodniach Paryża (był tu prawie rok dzięki automobilom Forda)5 powrócił do w ł a s n y c h  spraw, odpadło odeń wszystko, co było obowiązkiem, obyczajem, serwilizmem, konwencją, słowem – Warszawą; przywilej cudzoziemca zawsze i w każdym kraju, ale do nas odnosi się to jeszcze silniej. Więc coś podobnego ze mną – tyle że wpada się w nowe tarapaty. Tym razem jednak własne, co, jeżeli nie lepiej ani wygodniej, to przynajmniej moralniej (chyba tak?)[.] Dopiero teraz widzę wyraźnie, jak my, tu przyjeżdżający, jesteśmy pobandażowani w obce (tzn. nauczone, nieosobiście przeżyte) sprawy, naprawdę hermetycznie zagarnięci przez nacisk narzuconej odpowiedzialności; co jest chyba przeciwieństwem prawdziwej. Stąd rola Gombrowicza – on jest wymarzonym przeciwnym biegunem dla jakże wielu naszych kolegów. Zresztą, w kwestii tego „obandażowania”: domyślałem się tego na przykład po Twoim sposobie pisania, którego zawsze zazdrościłem, w tym sensie, że styl świadczył o postawie swobodnej: żadnych finitur6, „ja tak sobie myślę” i kropka.

Nie bardzo wiem, co mnie upoważnia do takich wyznań; ale Ci chyba mówiłem, jak dla wielu spośród nas przedstawiałeś coś w rodzaju dalekiego (odległością) sędziwego ojca, a raczej, jeśli można sobie pozwolić na kiepski dowcip, stryja – bo mniej wpływałeś bezpośrednim powinowactwem, ile przykładem pewnej godności i  x s a m o i s t n o ś c i  intelektualnej czy artystycznej. Stąd podejrzliwa ciekawość i pytanie: jak on to robi?

Brnę coraz głębiej w niedyskretne wyznania; ale też chciałbym mieć od Ciebie słów parę na jesieni, kiedy tu wrócę i będę mieszkał w mieszkaniu, które mi – co niezwykłe – przydzieliła Sorbona, w Sarcelles, na banlieue północnej7. Napiszę Ci wtedy raz jeszcze; jednym się tylko martwię, czy przypadkiem w lecie nie przylecisz do Paryża, i co wtedy? Ja będę tu od 15 września, gdyby Ci przypadkiem tak wypadło, że wówczas znajdziesz się we Francji, bardzo bym chciał się z Tobą zobaczyć.

Mało się stykałem z „Kulturą” itp., bo chcę się tu na dwa, trzy lata zadomowić, a wiem, że Obrzydliwcy węszą i ciągle piszą raporty; na ogół jeszcze ujdzie, ale stosunki brzydną z miesiąca na miesiąc i czasem nawet Polacy, którzy tu przyjeżdżają, wstydzą się przyznawać do jawnych tarapatów:  t a k i e  to wszystko głupie i przykre. Niestety, nie bardzo widzę, jak by się to mogło w najbliższym czasie naprawić.

Bywałem jednak w Montgeron8, u Wierzyńskich, od których też adres Twój dostałem; bardzo tam pięknie, domowo i „europejsko”, jak zawsze; biedny Wierzyński9 rozpaczał, że wraca do USA, bo ma tu do Polski bliżej, spotkań, kontaktów więcej. Na pożegnanie, trochę zawstydzony, kazał mnie i żonie pójść na Wawel, do Piłsudskiego w jego imieniu – tak mi się go żal zrobiło, mimo całej śmieszności, że się o mało nie popłakałem. Poza tym mnóstwo bardzo zabaw pijańskich dla paryskich Polaków, których tu jednak ciągle sporo. Ale pozdrawia Cię Ala Ślesińska10, która tu wielką karierę zaczęła i chyba ją dalej popchnie, jak dostanie pozwolenie, żeby się tu na dobre osiedlić (a ma nadzieję, że dostanie).

Przekaż, proszę, ukłony Żonie i ode mnie przyjm bardzo serdeczne pozdrowienia –

Jan Błoński

Paryż, 16VI 61

3. J. Błoński do C. Miłosza

[*27XII 1961]

Drogi Czesławie!

Bardzo to nieładnie, że tak długo nie pisałem, poprzednio się zapowiadając – więc przyjm najpierw Życzenia najlepsze, dla Pani i dla Ciebie, od nas obojga; bowiem wszystko dobrze poszło i już w październiku odnaleźliśmy się we Francji, pod następującym adresem: 2, Allée Paul-Verlaine, Sarcelles-Lochères, SetO – w całkiem przyzwoitym mieszkaniu, o które wystarał się – cud prawdziwy! – rektor Sorbony1 (podobno lubił Słowian… z wyjątkiem Rosjan). Jesteśmy tu wszyscy, z dziećmi włącznie, i podczas gdy ja francuzieję, reszta rodziny przeżywa gwałtowny kryzys patriotyzmu. Dzieci, ze wstrętu do Francuzów i do „szkoły-męki” (tak nazywają francuską szkołę), całymi dniami czytają ni mniej, ni więcej, tylko Pana Tadeusza, a nie muszę mówić, że nigdy ich do tego nie namawiałem, przeciwnie, bo i wiek (dziesięć i osiem)2, i byłem przekonany, że to ich znudzi; tak to małodusznie nie doceniałem tych rezerw polskości (czy litewskości, drogi Żmudzinie!), jakie w tej książce zawarte. Dodam jeszcze, że początek naszego pobytu był potworny, tak dokuczliwy i trudny pod każdym względem, mimo mojego tu obycia i znajomości, że aż niemiło wspominać. Teraz się to trochę poprawiło i może nawet jakiś wyższy pożytek da się z naszego pobytu wyciągnąć.

Wakacje naturalnie spędziłem w Polsce. Jest to, jak Ci wiadomo, kraj osobliwy i nie bardzo się nawet mogę połapać w przeważającej tendencji. Z jednej strony UB niewątpliwie znacznie wzmogło swoją działalność, Aparat niewątpliwie obawia się ew. nawrotu rewizjonizmu, a gospodarka – po znacznej poprawie poprzednich lat – jak gdyby przystopowana. Z drugiej – lud pozostaje w całkowitym prawie „pozytywizmie” i kupuje telewizory, w czym ma zresztą rację. Kwasili się ostatnio profesorowie, no i kościół. Ale, jak to w Polsce, w miarę i żołądkowi społecznemu udaje się jak dotąd strawić posunięcia zmierzające do wychowania Nowego Człowieka. I tak polska rozlazłość oddaje nam pewne usługi. W literaturze fale ulg i zaciśnięć cenzuralnych wydają się zupełnie irracjonalne.

To mi przypomina, że w lipcu w Krakowie, na Szczepańskiej ulicy, bardzo szeroko otworzyłem gębę, widząc na Klubie Prasy i Książki8 afisz zapowiadający… wieczór Twoich wierszy. Ale potem się okazało, że odwołane z powodu choroby wykonawców… Osobliwe, nie choroba, ale to, że najpierw puścili. Skądinąd Twoi wielbiciele cytują Cię jak mogą, anonimowo, z dodatkiem „wielki poeta” albo jeszcze więcej, albo z nazwiskiem, jeżeli na gębę. Jeszcze niedawno, pisał mi ojciec, Wyka mnóstwo o Tobie mówił na jakimś odczycie. Piszę to, bo chyba przyjemne te nitki między Wawelem a Kalifornią.

Jeśli możesz, to napisz mi słów parę. Jeszcze raz – Najlepsze Życzenia i dłoń bardzo serdecznie ściskam –

Janek Błoński

4. C. Miłosz do J. Błońskiego

Czesław Miłosz

820 Euclid Avenue

Berkeley 8, California

Drogi Janku,

W pierwszych słowach mego listu wyrażam radość, że się wreszcie odezwałeś, bo myślałem już, że słabo bzycząc, ugrzązłeś w sieci zabiegowo-paszportowej i nie dojechałeś na tę posadę do Paryża. Znając trochę kraj rodzinny, zawsze należy się z tym liczyć. Następnie muszę ci powiedzieć, że od czasu do czasu mam nostalgię do połażenia po St. Germain i popicia wina, choć co prawda wińska tu dużo, robi się całkiem dobre tu w Kalifornii z miejscowych winnic. Ale tak naprawdę to do Paryża nie tęsknię, Francja stąd piekielnie maleje, no, coś w rodzaju Katangi1. To zresztą niesłuszne, ale tak już jest. Natomiast intelektualiści francuscy zawsze mi się wydawali niezbyt realni, toteż nie odczuwam ich braku. Poza tym paryskie nowości można łatwo mieć w bibliotece uniwersyteckiej, która jest ładna i obficie we wszystko zaopatrzona. Nie mówiąc już o tym, że księgarnie przy uniwersytecie dają oskomę2 większą niż księgarnie paryskie – ilość „paperbacka”, tj. tanio wydawanych książek, od klasyków tłumaczonych ze wszystkich języków do najbardziej fantastycznych opracowań, jest godna podziwu. W tym czuje się dziwne zmiany czasu – okładki z czerwonymi literami, te francuskie gallimardy3 etc., wydają się staroświeckie, formalnie, drukiem, i Polska zaczyna wyprzedzać, a co do treści, to obawiam się, że w Paryżu najciekawsze, co tłumaczone, z wyjątkiem filozofii i teologii. No więc wykładam tę literaturę polską, natykając się na różne problemy. Nie uświadamia się sobie, że Polska i jej literatura jest czymś wyjątkowo w świecie znienawidzonym. Trochę to się zmieniło w ostatnich latach, bo działa prestiż marksizmu, tak zwanych poważnych przeżyć z tym związanych i „liberalizmu”, ale ma się do czynienia ostatecznie z bardzo starymi reliktami. Weź pod uwagę ilość – miliony imigrantów z Europy Wschodniej w Ameryce, tzn. albo chłopów, kulturalnie wyjątkowo martwych (cały ciekawy problem socjologiczny), do tego stopnia, że to rozciągnęło się na kilka pokoleń, i studentów pochodzenia polskiego na humanistyce prawie nie ma, a jeżeli są, to najczęściej hebesy4. A druga grupa to Żydzi, kulturalny dynamit, z ciężkimi urazami antypolskimi i nie mniej silnymi kompleksami kultu Rosji, co dla mnie jest jedną z rzeczy najdziwniejszych i do dziś niezrozumiałych. I to się przekazuje, to nie jest rzecz jednego pokolenia. Dodaj do tego zupełny brak przyzwoitych książek po angielsku o historii Polski i o historii literatury polskiej. Książki są, nawet dużo, ale pisane szowinistycznie, wychwalające siebie, dmące się, jakby naumyślnie tak wynoszące Polskę pod niebiosy, żeby u każdego normalnego człowieka wywołać przekorę. Więc biorę na przykład w bibliotece historię Polski Dyboskiego5 (odwalał takie rzeczy służebne) i tam na marginesie, kiedy mówi o trzecim rozbiorze, wykrzykniki w rodzaju „Evviva Catherina!”6, albo przy jakiejś okazji „Obrzydliwy szowinnistyczny Pollack”, takież mniej więcej uwagi na marginesach Romantyzmu polskiego Juliana Krzyżanowskiego7 (sądź naszych luminarzy dopiero, jak przeczytasz, co wypisują na zagraniczny użytek – komentarz znajdziesz w Trans-Atlantyku Gombrowicza). Teraz Lednicki8, tutaj teraz profesor emeritus, którego b. lubię, wydał książkę o Sienkiewiczu9. Pytam go: ale po co pan tak tego Sienkiewicza wychwala, że taki inteligentny, taki błyszczący, taki wybitny, czy naprawdę pan go uważa za wielkiego pisarza? – Ee, nie, ale i tak na mnie Polacy wsiadają, że są u mnie złośliwości. Czyli popychają jedni drugich w brązowaniu, niepojęte, że nie rozumieją, jaki to ma skutek. Opracowań historii literatury rosyjskiej po angielsku mnóstwo i dobrych. Też siebie nieźle wychwalają, ale ich sytuacja nie jest tak delikatna, jak Puszkin, Gogol, Tołstoj, to już wiadomo, zresztą robią to inteligentniej. I w samej rosyjskiej literaturze, w samej problematyce jest uniwersalny oddech. Wiesz, że kto jak kto, ale ja szowinistą nie jestem, do mnóstwa polskich „wielkich” mam stosunek podejrzliwy albo wręcz ich wielkości nie uznaję, wydęte to nad miarę, bo akurat trzeba było mieć kogoś na świeczniku (niech inne narody itd.). A jednak jeżeli nie można zestawić wobec amerykańskich studentów czarności nowel Żeromskiego z czarnością nowel Czechowa, bo to zakłócenie proporcji, nieprzystojność –  j a k i ś  Żeromski i sam Czechow: to i mnie szlag nieraz trafia. Zresztą studentów b. lubię i nie z poszukiwania popularności biorę często udział w ich pijaństwach, ale dlatego, że mi to sprawia przyjemność. Nie wiem, jak to wygląda u was na Sorbonie – ale tu wszędzie, na wszystkich amerykańskich uniwersytetach fakt, że slawistyka to w dziewięćdziesięciu procentach rusycystyka – z odpowiednim urabianiem perspektywy przez rusycystów (Polska to jakiś niewydarzony appendix Rosji) – to ma skutki. Z tych względów wszystkie moje najlepsze życzenia, żeby tej propagandzie Polski Ludowej jakoś się udawało. Pismo „Poland”10 jest dobrze robione, bierze sprawę plastyczną i jakoś trochę pogardy odrabia. Tak samo pokazy krótkometrażowych filmów – jeżeli uda się je zorganizować, co nie zawsze łatwe – są tu na uniwersytecie sukcesem. Z tego możesz wywnioskować, że – zresztą sam dośpiewasz. Tyle prestiżu Polski, że należy do wschodniego bloku i że zarazem jest trochę odrębna. Wyobraź sobie nienawiść, gdyby to była Polska z Andersem na białym koniu. Oczywiście nastroje środowisk intelektualnych czy tego awangardowego uniwersytetu nie są miarodajne. Ale nie piszę tego z Kuby i nie chodzi o żadne ich ciągoty prokomunistyczne ani o sympatie do Moskwy, tylko o powagę i wymiar zjawiska, które nazywa się Rosja, tu, gdzie i Francja jest trochę Czombe11.

O książce Twojej12 napiszę, jak ją dostanę i przeczytam. Staram się sprowadzać tu możliwie wszystko, co ukazuje się w Polsce ciekawszego, ale przez obustronną biurokrację biblioteczno-zamówieniową trwa to nieraz miesiącami. Skończyłem studium o Brzozowskim, powinno się wkrótce ukazać w formie książkowej13. Starałem się zażyć z nowej beczki, trudno powiedzieć, na ile mi się udało, problematyka olbrzymia i pogmatwana, ale gdybym w nią brnął i napisał pięćset stron, pożytek z tego i dla mnie, i dla czytelników byłby mniejszy chyba niż z krótkiego (sto osiemdziesiąt stron) studium zrobionego w pięćdziesięciolecie śmierci, żeby go jednak stanowczo zrehabilitować. Jest to właściwie historia zaszczucia człowieka i szukanie odpowiedzi, dlaczego go zaszczuto. Przygotowałem też tom wierszy, również, myślę, się niezadługo ukaże14.

Kalifornia? Z całą pewnością obrazy, jakie się tobie kojarzą, są mylne. Sienkiewicza listy z Ameryki15 są dobrym dziennikarstwem, tu siedział ze dwa lata, dużo się zmieniło, ale coś z aury jest. Zresztą nie tylko znalazł tu prototyp Zagłoby i napisał Szkice węglem. Moim zdaniem Ogniem i mieczem jest transpozycją amerykańskiej przyrody i stosunków, jakie oglądał, jadąc przez równiny Dzikiego Zachodu do Kalifornii. Nie wiem, czy ktoś o tym pisał. Lednicki sugeruje, że także lasy w Krzyżakach to lasy kalifornijskich Sierras16. Jak by tu o Kalifornii? Niby Riviera, ale na dziko – i to mimo że z okna mam widok na pięć miast neonowych, nie mniejszych razem niż Paryż z banlieue. Dzikość polega na czym innym, na spaleniu, na eukaliptusach, na górach jak z księżyca, na podminowaniu pustynią, na oceanie bynajmniej nie spokojnym, ale wściekłym, walącym w skały i pustki, jednym słowem, na grandieux17, czy, jak by powiedzieli Rosjanie, na grandjeznym18. Czy na sąsiedztwie smrodu chemikaliów nad przemysłowymi miastami, z grzechotnikiem i szczekaniem fok.

Rozpisałem się zanadto, wybacz, ale to Twój list winien, sprawił mi przyjemność. Spóźnione życzenia noworoczne Tobie i rodzinie. Mój starszy syn19 szkoły francuskiej nie znosił, to dla niego też była szkoła-męka i zrzucił ją z siebie lekko, wracając do swojej skóry naturalnej, tj. amerykańskiej, bo zaczynał od amerykańskiego kindergartenu20 w Stanach. Młodszy21, ponieważ nic nie znał prócz francuskiej szkoły, traktował ją jako rzecz równie naturalną jak zrządzenia przyrody. I przywyczki francuskie raczej mu w szkole przeszkadzają, bo tam samodzielności w pracy nie uczą, wszystko zadane od przecinka do przecinka. Która szkoła gorsza, która lepsza, to bym się wahał dziś powiedzieć. Niby ogólna opinia, że amerykańska zła. Ale na poziomie liceum co dzień dwie godziny biologii czy chemii to lepiej niż cyrkać po dwie godziny tygodniowo przez kilka lat. Może. Nie wiem. I co dzień godzina gimnastyki czy pływania etc.

Ściskam Cię

Czesław

PS. Jak będziesz pisać, to podaj mi tytuł książki Bourrilly’ego o Słowackim, wydawcę i rok wydania oraz cenę22. To sobie sprowadzę.

5. J. Błoński do C. Miłosza

Sarcelles, 13I [1962]

Drogi Czesławie!

Bardzo Ci dziękuję za list, który mi sprawił wielką radość, trochę dziecinną, cieszyłem się jak mój młodszy syn, kiedy dostanie list od kolegi z Polski: bo to i z Kalifornii, z daleka, i od Ciebie przede wszystkim, a wiesz, jaka Ty jesteś dla mnie Bardzo Ważna Osoba. Zabawiła mnie przy tym zmienność Twoja, bo doskonale pamiętam, jak – wiodąc mnie przez las, chyba Sénart?1 – oświadczałeś, że nic nie ma nad dobrą starą Europę, która i najładniejsza, i najmądrzejsza. Ale pewnie masz rację i zresztą ja nigdy uprzedzeń antyamerykańskich nie miałem ani nie będę miał, przeciwnie. Też o mądrość europejską coraz trudniej, przynajmniej we Francji. Ale to chyba powołanie tego kraju, dawać światu małe spektakle polityczno-kulturalne, nie za ostre, nie za brutalne, aby nie naruszyły podstawowej równowagi (na przykład Pétain2, okazuje się, wcale nie naruszył), ale na tyle serio, aby stanowiły okazję filozoficzno-politycznej gadaniny, z której rozmaite kraje mają pożytek i zabawę. To jest chyba warunek działalności kulturalnej: sprawy społeczne nie mogą przekroczyć pewnej granicy natężenia, za którą myśl okazuje się niegodna doświadczenia, za słaba i trochę wstydliwa. Kalifornię rzeczywiście niedołężnie sobie wyobrażałem, bardziej „ogrodowo” – zawsze te europejskie urojenia, jak ładne, wakacyjne, to musi być zagospodarowane; teraz zrobiłem sobie w głowie obraz inny, jak Côte des Maures3 + Ocean. Bardzo bym chciał kiedyś zajechać do USA i nawet myślałem sobie przed rokiem, że na zakończenie mojego pobytu w Paryżu zdołam namówić jakąś amerykańską fundację na zaproszenie mnie do Stanów, tymczasem czasy się zmieniają i nie wiem, czy mógłbym sobie na to pozwolić, zakładając naturalnie, że znalazłbym rozrzutnego fundatora. I z moim angielskim nieświetnie.

Tak czy inaczej, myślę, że na te lub przyszłe wakacje przyjedziesz do Europy, choćby w interesach? – gdyby tak było, powiedz mi zawczasu, abym wiedział, jak ułożyć moje podróże ewentualne itp., bo nie wybaczyłbym sobie straconej sposobności spotkania.

To, co mówisz o nienawiści do Polaków, bardzo jest słuszne. „W Europie Wschodniej zawsze jest źle”4. Obserwuję to po innych Polakach i nawet po sobie czasem: u prostszych natur (naiwnie snobistycznych albo po prostu dziecinnych, zatroskanych, aby się za nic nie różnić od otoczenia) poczucie swoistości polskiej przybiera najczęściej formę zwykłego wstydu; u zawilszych – zostaje jakiś osad inności, dla nich samych niezrozumiałej: Polak w Paryżu to nie jest to samo, co Holender, Fin czy Grek w Paryżu. (Pomijam wszystkie przypadkowe sprawy, biedę polską itd.) Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że niejasno czuje, iż szczególnie, nie bardzo serio go traktują; przynajmniej w wielu wypadkach. Jest to – moim zdaniem – dowód zarówno słabości, jak siły kulturalnej, ale niedostatecznej. To znaczy: Polacy chcą z reguły stworzyć inny system wartości niż ten, który powszechnie obowiązuje w Europie czy świecie. Są na tyle silni, aby starać się go stworzyć, za słabi, aby go narzucić albo wyznawać go bez poczucia, że jest psychiczną rekompensatą. W wyniku powstaje Pułkownik, czyli jeden z najświatlejszych umysłów XIV wieku5. Że ten mechanizm jest wciąż aktualny, także w swojej „czerwonej” formie, dowodzą takie książki, jak Rudnickiego albo Brandysa dzienniki podróży po Europie6; czytałeś je może. Piszę o tym trochę w mojej książce, którą dopiero dzisiaj Ci wysyłam. Z drugiej strony nie można zapominać, że uczucia względem naszej ojczyzny zostały ukształtowane przede wszystkim przez Niemców i Rosjan, u których zwykły szowinizm, imperializm i inne grzechy główne maskowały się troską o Postęp, Higienę, Cnoty ewangeliczne itp. Tak że i ofiarami, i winnymi jesteśmy. Obłędy polskie są w powietrzu i nie można się od nich wyzwolić. Starszy mój syn szedł tu do szkoły i pytamy go, jak się przedstawi, jeżeli go w klasie nauczyciel zapyta o nazwisko etc. W odpowiedzi słyszymy: Je dirai, Christophe Błoński, Polonais!7 (to Polonais z odpowiednią intonacją). A przecież nie przypuszczasz, żebyśmy mu udzielali korepetycji z hurrapatriotyzmu, ani nawet z patriotyzmu. Tak się już sam – w szkole, na podwórku – ustawił wobec świata.

W Ameryce ta „nienawiść” może być jeszcze przykrzejsza, bo tam przecież – o ile mi wiadomo – sprawy narodowościowe mniejszą (czy inną) odgrywają rolę; więc taki wyjątek tym bardziej gniewa. Osobliwe jest to spostrzeżenie o żydowskiej sympatii do Rosji (ale i do Niemiec dawniej). Ja bym to tak tłumaczył: rządził Rosjanin, miał rzeczywistą potęgę, bił Żyda i Polaka. Polak był wszakże (z żyd. punktu widzenia) Pierwszym z Lokajów, puszył się i wynosił, czuł także uprawniony do bicia Żyda, wyciągał czasem stare papiery, z których wynikało, że dom do niego niegdyś należał. Żyd, bity przez wszystkich, bardziej nienawidził Pierwszego Lokaja niż Pana: ten miał siłę i prawo bicia, ten je sobie uzurpował. Inna rzecz, że ja bardzo nie lubię u Żydów tego kompleksu antypolskiego, przy wyrozumiałości dla rzeczywistych szermierzy antysemityzmu, Rosjan, i długim „zaufaniu” do Niemców. Zapewne, grzechy nasze wobec Żydów są bezmierne. Ale najmniejsze wobec tych, którzy ocaleli, bo ci ocaleli tylko dzięki Polakom. I wyobrażam sobie, ilu – przy podobnym natężeniu prześladowań – Żydów ocaliliby na przykład Francuzi. O tym trochę wstyd mówić, wstyd się bronić, jak się pomyśli o tym, co można było zrobić, mimo wszystko. Ale popatrz: pamiętam w „Temps Modernes”8 dyskusję o antysemityzmie w ZSRR9. Dyskusja toczyła się tylko między Żydami, podana w formie „materiałów”. Zaraz się znaleźli tacy, którzy z oburzeniem negowali fakty o segregacji, spychaniu ze stanowisk, morderstwach nawet. Nigdy nie spotkałem w słowie pisanym „obrony” Polaków. Ale jak się o nią dopominać, skoro tyle zarzutów słusznych? To trochę tak, jak dyskutować, który grzech śmiertelniejszy, zabić dwu ludzi czy czterech.

Tu także, naturalnie (dopiero tu!!) polskie sprawy są na uniwersytecie mizernym przyczynkiem rosyjskich. Daje to śmieszne efekty, na przykład po odczycie Kotta zapytał go jakiś student, jakie były wpływy rosyjskie na polski XVIII wiek. Na szczęście znalazł się Francuz, który to zaraz wyśmiał. Inaczej znowu poszłoby na zarozumialstwo narodowe… Ale Ty w Berkeley i tak wszystkich tych rusycystów bijesz, jestem pewien. Wspominasz o książkach, więc na wszelki wypadek pytam, czy przypadkiem nie jesteś w kontakcie z takim biurem Uniwersytetu Warszawskiego, które niedawno powstało dla pomagania polskim ośrodkom za granicą (tzn. ośrodkom polskich studiów). Nazywa się Studium Języka i Kultury Polskiej dla Cudzoziemców, Oboźna 810. Nam bardzo pomogli, montując zalążek biblioteki w trzy miesiące, za darmo. Organizują też stypendia, kurs wakacyjny itp. Zresztą na pewno wiesz. Doc. Frybes11, który tym zawiaduje, jest człowiekiem miłym i rozsądnym. Jeżeli nie masz z nimi żadnych kontaktów, to warto napisać, jak najbardziej oficjalnie, choćby dla dobra studentów, którzy by mogli pojechać itd., także ze względu na książki, które mogłyby szybciej przychodzić albo na zasadzie wymiany, albo za darmo. To tak tylko piszę, na wszelki wypadek, może o tym nie wiesz (chociaż w USA wszystko wiedzą). Teza Bourrilly’ego [*niezbyt oryginalna, ale mocno udokumentowana, jak tu zwykle] nazywa się: Jean Bourrilly, La Jeunesse de Slowacki, Nizet 1961, kosztuje chyba z dwa i pół, może trzy? Ciekaw jestem, jak i czego Ty tam ich uczysz – chętnie bym się zapisał, ja tak strasznie nic nie umiem, a tu gramatyka tyle czasu pożera, zresztą z pewnym pożytkiem.

Brzozowskiego Twego nad wyraz jestem ciekaw, zresztą już fragment bardzo mnie zastanowił12: przeżywa on w Polsce pewien renesans, ale koślawy, bo jak tu całkiem szczerze niektóre sprawy, jeszcze palące, rozpatrywać. Tak że jest zbieżność między Twymi kalifornijskimi zajęciami i polską modą…

Kończę już – napisz do mnie koniecznie, jak trochę czasu znajdziesz. Łączę ukłony dla Pani i dłoń wylewnie ściskam –

Janek

2, Allée Paul-Verlaine, Sarcelles-Lochères, S-et-O

6. C. Miłosz do J. Błońskiego

C. Miłosz

820 Euclid Avenue

Berkeley 8, California

[*7 II 62]

Drogi Janku,

Chcę Ci podziękować za książkę, na gorąco, bo właśnie ją otrzymałem i natychmiast połknąłem. Jest to dobra, bystra, mądra książka, chciałbym być jej autorem. Niektóre szkice znałem (o Grochowiaku1). Ze wszystkim się zgadzam, tylko  b a r d z i e j  może niepokoi mnie niewspółmierność bujnego życia literackiego i literatury, poezji i prozy. A także, jeżeli nie neguję twego twierdzenia o nowości układu elementów w tej kombinacji, niepokoi mnie zbyt duże podobieństwo z „moderną” i Młodą Polską – czy aby płyta naszej historii jeszcze raz nie wygrywa tego samego? Bo niektóre sądy Brzozowskiego o polskiej aurze pasują jak ulał. Szał mizerabilizmu i kręcenia się w kółko za swoim ogonem jest w literaturze różnych krajów ciekawy jako powrót do wielkiego tematu eschatologicznego, kondycji człowieka, ale pod warunkiem, że jest zadatkiem, siłą motoryczną do intelektualnych przemyśleń. Ale za „moderny” z aparatem umysłowym było nietęgo u nas. I kto wie, czy tak samo dzisiaj drwina ze wszystkiego nie pokrywa słabości intelektualnej, czy nie jest nawet oryginalność kupowana za tę cenę. Jest sporo ludzi młodych i dobrze przygotowanych, ale oni sobie, a młoda literatura sobie. Sytuacja jest oczywiście inna, także przez to, że są przynajmniej krytycy, ale czy tak wewnątrz, od strony wymknięcia się przez  p r e t e n s j ę   d o,  to nie jestem pewny. [*Zresztą z twojej książki między wierszami więcej spokoju przeziera niż w zdaniach].

Mój Brzozowski2 i tom wierszy (Król Popiel)3 składają się, liczę na uczciwą recenzję twoją w liście.

Przygotowywanie wykładów jest niezłą robótką, zabiera sporo czasu, mam w tym semestrze romantyzm polski i rosyjski, także literaturę polską nowoczesną, trochę wariacki pomysł, bo nie ma tekstów po angielsku, więc przedstawię główne linie, programy, grupy, od 1900 roku, tłumacząc naprędce wypowiedzi czy poszczególne wiersze. Polską literaturę bierze na ogół niewielu studentów, ale kiedy przyszedłem na pierwszy wykład „polskiego i rosyjskiego romantyzmu”, klasa była za mała, siedzieli na podłodze. Wymaga to czytania różnych dzieł rosyjskich i medytacji nad odmiennymi cechami polskiej i ros. literatury. Otóż polska łatwość całkowitej licencji, burzenia kanonów, jak dzisiaj, nie zdarza się po raz pierwszy i jest to jakby potok, który, dlatego że za łatwo płynie, druzgoczącej siły ma mało. Inaczej Rosjanie – już w początkach XIX wieku – opowiadania Puszkina, proza Lermontowa, Gogol. Nie jest wykluczone, że u młodych sowieckich pisarzy odbywa się coś podobnego i że warto ich śledzić, żeby porównać. Opowiadania fantastyczne4 Terca, Mówi Moskwa5 Arżaka w „Kulturze” – tam też jest bezradność i brak rozwiązań, ale czuje się potencjalność silniejszą, bardziej zdyscyplinowaną. Już to Rosjanie mają energię formy, nie ma co gadać. Choć co do liryki, to Polska na zupełnie innej planecie.

O erotyzmie w swojej książce napisałeś słowo w słowo niemal, co ja pisałem po francusku parę lat temu o „miłości niemożliwej”6. Miło mi.

Mam ciągłe wyrzuty sumienia, bo powinienem byłbym omówić kilka książek, które na to zasługują, na przykład antologię poezji polskiej we francuskim przekładzie, Pankowskiego7. Przemilczanie książek, co jest plagą pism emigracyjnych, jest krzywdą i świństwem, z tego już tylko nawet punktu widzenia te narodowe kostnice, jak londyńskie „Wiadomości”8, uprawiają szkodnictwo i sabotaż. Ale co robić, kiedy się jest zbyt zajętym. Zacząłem nową książkę9, nie mam pojęcia, czy coś z niej wyjdzie, bo dziwaczna, nawet gatunku nie umiałbym określić, ale jak się to kombinuje z wykładami, cały czas, jaki jest, wypełnia się taką czy inną aktywnością.

Mgła, buczą syreny okrętów. Myślę o tobie czule, a myślę głównie utylitarnie, przyznaję, już to my wszyscy jesteśmy tknięci tymi zbiorowymi celami, to znaczy, że zrobić dobrego na świecie możesz mnóstwo i twoje chciwości są potrzebne. Powinieneś polepszyć swój angielski, żeby móc wygłaszać odczyty, może kiedyś tu zawitasz, ale i z innych względów, aparat się polepsza, rozszerza. A także, zważywszy, jak mi się widzi, na nowe wigory pod powierzchnią literatury sowieckiej i w ogóle na tematy za mało dotykane z przeszłości, rosyjski.

Jeżeli bawi ciebie zmienność moich sądów o Europie i Ameryce, to zgoda. Jest to mądrość chytrego Litwina: ponieważ nie mogłem wtedy pojechać do Ameryki, psychologiczna przebiegłość wobec siebie doradzała Europą się cieszyć, zamiast na nią się wybrzydzać. Ale nie wybrzydzam się i teraz. To, co ci pisałem, pisałem o Berkeley, nie o wszelkich zasadniczych problemach. Miejsce b. specyficzne, mało typowe. Ta specyfika wciąga, bo przecie nasze możliwości wszędobylstwa są skromne. Zapraszali mnie na kwiecień do Middle West, do tamtejszych uniwersytetów, ale jak pomyślałem, że w ciągu tygodnia odwalić cztery odczyty, ściskać mnóstwo rąk i latać z miejsca na miejsce samolotami, a potem powrócić skonanym, to chęć mi odeszła. Oczywiście nadal podtrzymuję zdanie, że Europa potrzebna, bo trzeba sobie uświadomić, że od oświecenia Ameryka jest wyrwą, rozwinęła się autonomicznie, jest to jedyny dzisiaj kraj zmodyfikowanego oświecenia, ale bez tego wszystkiego, co Europę w ciągu XIX [wieku] targało. Staruchowie tak doskwierający Mrożkowi tutaj nie z ery Franza Josepha, ale Benjamina Franklina i lóż masońskich. Tam są tutejsze korzenie, tam jest forma. I to, brak ogniw pośrednich, wiele tłumaczy.

Z powodu nawału zajęć, jeżeli jeździmy, to tylko w niedalekie sąsiedztwo, do mojego kolegi szkolnego z Wilna10 o 60 mil, inżynier, i cały materiał do legendy w Polsce – dom w ogrodzie cytryn i pomarańcz, dwa samochody, choć to całkiem inaczej wygląda stąd, i żona haruje jak źwirz, żeby ten dom i ogród w ładzie utrzymać, albo do Palo Alto, gdzie drugi tutejszy wielki uniwersytet Stanford i dużo znajomych, jedzie się przez najdłuższy podobno na świecie most, a potem księżycowymi ślimakami autostrady nad drapaczami San Francisco i dalej w zapatrzeniu sroczym w tył samochodu – przed nami. Ale kupiliśmy śpiwory i mamy zamiar wypuszczać się na weekendy w okoliczne góry i lasy redwoodów, czyli sekwoi.

Przerywam i kończę, bo muszę jeszcze dziś przetłumaczyć Confiteor Przybyszewskiego do wykładu.

Ściskam Cię, ukłony i pozdrowienia żonie

Czesław

7. J. Błoński do C. Miłosza

Sarcelles, 12II 62

Drogi Czesławie!

Jest mi bardzo wstyd, że tak późno odpisuję, bierze się to częściowo stąd, że obiecuję sobie napisać Ci coś mądrzejszego, zastanawiam się, przez to zwlekam itd.; częściowo zaś stąd, że starałem się trochę nadrobić czas stracony, pisać jak najwięcej – zresztą z małym rezultatem. Teraz już nie mam złudzeń… i wyjeżdżamy do Włoch, małe wakacje, a potem do Krakowa, koło 15 lipca. Powinienem wrócić pod koniec września, na początku października najpóźniej, wtedy zaraz do Ciebie napiszę. Oczywiście, jest ta jedna możliwość na sto, że się coś zatnie i do Paryża nie wrócę. Byłby to jednak skandal, zwłaszcza na Sorbonie, powodów do gniewu Władz na mnie nie ma – słowem, nie przypuszczam, aby się tak stało. Szału bym chyba dostał ze złości, nie dlatego, że muszę żyć w Paryżu, bo wcale nie muszę, im dłużej tu jestem, tym wyłączniej zajmuję się polskimi sprawami; raczej dlatego, że jeśli mam rzeczywiście wyciągnąć jaki pożytek z tego pobytu, to tylko w przyszłym i ewentualnie zaprzyszłym roku: adaptacja, i materialna, i duchowa, przynajmniej żony i dzieci, okazała się trudniejsza, niż myślałem; i ten rok, co minął, gdyby nie to, że przygotował następne, uważałbym w dużej mierze za stracony. Ale jak będzie, tak będzie. Dosyć się tu nabiegałem, nazłościłem, nauczyłem rzeczy mało potrzebnych; tyle że XVI wiek poznałem i w końcu nie jest wykluczone, że – trochę na wariata – napiszę o tej poezji pracę1, narażając się na gniewy „specjalistów”; trzeba w końcu trafić na uniwersytet, za Twoim przewodem, a w Polsce to jeszcze bardziej się zaleca, bo, jak Ci wiadomo, profesorowie są ponad prawem; Wyka bardzo zabawnie kiedyś mi to wbijał do głowy. (Zarazem jednak wpakował w pracę doktorską, której tu nie mogę napisać z braku książek etc.) À propos: może Cię to zabawi, że Sandauer został w W-wie docentem2; chętnie bym pobiegł na wykład, posłuchać, jak odsądza od wartości wszystko, z wyjątkiem Greków, Gombrowicza, pierwszego tomu Białoszewskiego i Robbe-Grilleta3. Czy tam w swoim Berkeleju musisz zajmować się choć trochę filologią? Zauważ, że w głębi ducha jestem przekonany, że doskonale się na tym znasz; krążą o Tobie rozmaite anegdotki, z których wynika, że umiesz wszystko, starannie to maskując; z Brzozowskiego4 też by to wynikało, wolałbym jednak napisać Ci o tej książce później, w Polsce chciałbym zajrzeć do jego tekstów; ale zrobię to na pewno i na pewno list na ten temat dostaniesz. W każdym razie, jak Ci wiadomo, jest teraz w Polsce silne zainteresowanie Brzozowskim i Twoja książka niezwykle celnie trafia: u nas to zainteresowanie jest trochę koślawe, bo dopowiadać pewnych spraw – najistotniejszych – nie można czy trudno. W jednym miejscu piszesz w swojej książce, że nie mogłeś znaleźć przedmowy do Newmana5 – jak chcesz, to dam ją przepisać i poślę do Berkeleju? Jeszcze jedna – wstępna – uwaga: wszystko się w myśleniu kulturalnym trzyma i z chwilą, gdy nastąpi prawdziwe przewartościowanie tradycji, dorobku, polska literatura będzie „ocalona”: otóż wysunięcie Brzozowskiego (tak jak Norwida itd.) jest niezbędnym warunkiem. Właściwie marksiści zupełnie przegrali walkę o odnowienie kultury polskiej i rozmiary tej porażki nie przestają mnie dziwić, w końcu nie brakowało im ani środków, ani nawet mózgów. Cała ich taktyka doprowadziła albo do rehabilitacji rozmaitych pozytywistycznych i oświeceniowych nicości (ludzi może godnych szacunku, ale kruchych, ciasnych), albo do przeznakowania tradycyjnych uwielbień (Mickiewicz etc.), tak że w końcu nie ma wielkiej różnicy między Chrzanowskim i Żółkiewskim, z tym naturalnie, że Chrzanowski więcej wiedział, lepiej znał szczegóły. Podobno pojawiło się ostatnio trochę wartościowych prac z historii, historii myśli i kultury; w każdym razie to, co ja widzę w historii literatury, jest międleniem oczywistości albo chamowatym spłycaniem, pełnym tej „postępowości” z „Argumentów”6 czy kawiarni PIW-u, gdzie ¾ problematów kulturalnych załatwia się wzruszeniem ramion (musisz to znać: „mistyczne brednie”, „ciemnogród”, „mętne”). Zdziwi Cię może moja złość; na pewno masz rację, w tym sensie, że ja nie znałem już tego okropnego rzeczywistego ciemnogrodu przedwojennego i nie „czuję” go nosem, mało mnie on obchodzi: dla mnie ciemnogrodem zajeżdżało zwykle od innej strony. Ale w końcu to nie moja wina, że czas płynie. „Postępowości” ojczyste przypominają mi nieraz Gomułkę, który na zebraniu młodzieży tłumaczy dwudziestoletnim chłopcom, jak to źle było przed wojną, jak wiele zdziałano, i dziwi się, że śpią. Oczywiście, on ma rację, ale stare sprawy nikogo nie obchodzą, przynajmniej zaś nie obchodzą dwudziestolatków, którzy szaleją za techniką, komfortem i dość mają trzeźwości, by zauważyć, że w ich fabryce technologia staroświecka, płace na głowie, tysiąc rzeczy do zrobienia, byle tylko pomyśleć. I tak „starzy” działacze mówią do własnych wspomnień, młodsi zaś – powtarzają rytualne zwroty.

Chociaż takie zbliżenie może Cię zaskakiwać, muszę powiedzieć, że Twoja rzecz o Brzozowskim jest dowodem myślenia zupełnie wyzbytego tych historycznych obciążeń, w jedną albo drugą stronę, tym samym zaś – dowodem absolutnego słuchu historycznego, który jeszcze rzadszy niż muzyczny.

Czytałem tu trochę „Kulturę” i też mnie na ogół złościła. Dlaczego Giedroyc popadł w ten irrealizm emigracyjny, którego się przecież dość długo umiał wystrzegać? Rolę „Kultury” rozumiałem tak: przede wszystkim trybuna paru pisarzy, bez których nasza literatura nie może się obejść; dalej – „głos trzeźwy, wolność ubezpieczający”, tzn. miejsce dyskusji rozmaitych poglądów natury polityczno-kulturalnej, pisanych raczej z pozycji klerkowskich, bez trosk taktycznych ani uczuciowej zajadłości, ale za to trzeźwych i intelektualnie bezkompromisowych; słowem, pielęgnowanie miejsca osobnego, gdzie by wypowiadali się ludzie zdolni abstrahować od chwilowych namiętności i na tyle rozsądni, aby zdawać sobie sprawę, że nie można robić polityki na odległość i dobrymi radami. To, mnie się zdaje, było zawsze w Polsce rzadkie i dlatego tak mogłoby być pożyteczne. Tymczasem „Kultura” tak strasznie przeżywa zawód na Gomułce, jak nie przymierzając Salan7 na de Gaulle’u; ostatecznie ten Gomułka, przy całych swoich zasługach, nie był nigdy w Polsce przedmiotem kultu sfer intelektualnych, skąd więc ta zawiedziona miłość? Poza tym co innego jest stawiać na rewizjonizm, a w końcu wszyscy stawiają, od Kennedy’ego do Chruszczowa, co innego o tym trąbić na każdej stronie. Nigdy bym, jak niektórzy, nie zalecał ostrożności intelektualnej, przemilczania („bądźmy cicho, bo w ten sposób pomagamy siłom liberalnym”), ale to jest co innego niż zajadłość, prowokowanie. Na przykład ta historia z Tercem8, która podobno postawiła na nogi całą policję Imperium z przyległościami, a tymczasem słyszę tutaj z kilku stron, że autor nie jest bynajmniej już obywatelem Związku, ale przez Polskę wyemigrował do Izraela. Jeśli tak jest naprawdę, to Giedroyc wariuje. Zaopatruje na przykład artykuły, dziwnie obce stylem warszawskim przyzwyczajeniom, w wstępiki9, że w Wwie odbyło się tajne zebranie, na którym mu ten memoriał wygotowano etc. – widziałeś na pewno. Dalej te wojny z Kisielem10 itd. (nb. Kisiel też się wpakował trochę niezręcznie w miłość do obrazu) [*w tym sensie, że „obraz do niego ni razu”]. Co Ty o tym myślisz? Odpiszesz mi ewentualnie na jesieni. Ostatecznie chętnie przyznam, że się mylę, ale nie widzę możliwości zwycięstwa w wojnie Maisons-Laffitte z KC PZPR. Więc po co? Roboty z Polską związanej i tak jest dużo; oczywiście, rozumiem mechanizm, jaki działa w Giedroyciowej duszy, ale właśnie myślałem, że tam nie podziała…

Ale dość już polityki. Dodam tylko, że my tu, w Europie, bogacimy się i niedługo Was, Amerykanów, przegonimy. Żarty oczywiście, bo z wszystkiego, co o USA słyszałem, wynika, że jest to już cywilizacja jakościowo inna, niemniej rozkwit tutejszy Polaka trochę zaznajomionego z Zachodem (a nie naiwnego, co przyjeżdża i rozczarowany, bo mu się przyśniło, że nylony z nieba spadają) uderza i zastanawia. I niejako martwi, raz z brzydkich powodów („znowu im się udało!”), raz ze szlachetnych, bo jak w tej sytuacji będzie reagował Związek i jak potoczą się nasze losy, w kraju, którego naturalna logika gospodarcza popycha teraz ku Wschodowi? – Znowu politykuję, bo to najłatwiej, aż mi wstyd. Wolałbym zadawać Ci różne niedyskretne pytania, w rodzaju: czy wierzysz (wierzyłeś) w Boga, kiedy, od kiedy i w jakim sposobie; co to jest Polska dla „Litwina”; czy rozmaite zmiany, jakim dawałeś wyraz, odczuwałeś dialektycznie, jako pewien konieczny rozwój, czy też dramatycznie, jako wykluczające się sprzeczności, z którymi nie wiadomo, co zrobić; czy naprawdę „bałeś się” marksizmu, czy też od razu mniej więcej wiedziałeś, jak sobie z nim poradzisz; czy opinia literacka (o Tobie) była dla Ciebie czymś istotnym, inaczej mówiąc, czy zmieniając się, brałeś poprawkę na reakcję czytelnika „literackiego” (pytanie niby błahe, ale mógłbym pod nim ukryć rozmaite zasadzki); jak układał Ci się spór między pojęciem człowieka – „dziecka natury” i człowieka – całkowicie „kulturalnego”, społecznego; czy Ty z roku, powiedzmy, 37 podobasz się sobie, czy też patrzysz na tamtego ze zgrozą itp. Ale muszę to najpierw przestylizować na bardzo „literackie” pytania, utopić w odpowiedniej frazeologii, tak żeby były Entretiens avec11… Jeżeli pozwolisz, jeżeli Cię takie pytania i pretensje o odpowiedź z mojej strony nie gniewają i nie śmieszą zanadto (albowiem doskonale rozumiem odpowiedź: a pomęcz, wydedukuj na swój rozum z tego, co napisałem, ja miałem już z tym dość kłopotu!) – kilka takich pytań (a raczej odpowiedzi) to byłoby dla mnie istotne. Jesteś bowiem wielokształtny i czasem przewrotny, co krytyka, którym mimo wszystko trochę jestem, niepokoi i dręczy; a poza tym w końcu też jestem człowiek i chciałbym Wiedzieć. (to drugie ważniejsze, ważniejsze…) Bardzo Cię proszę, nie miej mi za złe tych nagabywań, a raczej zapowiedzi nagabywań, przyjm moje przepraszania, Żonie przekaż ukłony, ja zaś Ciebie ściskam –

Janek

8. J. Błoński do C. Miłosza

Sarcelles, 30 października

Drogi Czesławie,

Odzywam się wreszcie – dopiero teraz, bo późno przyjechaliśmy. Nie, żadnych kłopotów paszportowych (chociaż po cichu przyznaję, że za każdym razem, jak wracam do Polski, odchorowuję zupełnie jak dotąd – tfu, tfu! – nieuzasadniony strach przed kaprysami ubeków, którzy ze specjalną troską odnoszą się do wyjazdów zagranicznych, niezbyt się z tym kryjąc); umarła matka mojej żony1, chorowała, łudziliśmy się, nie wiedzieliśmy, co robić, w końcu stało się jasne, że tylko czekać trzeba, i stało się.

Chciałbym zapytać Cię o kilka spraw, które zapowiadałem przed wakacjami, ufam, że Cię moja bezceremonialność nie uraziła; ale najpierw chciałbym Ci zrobić przyjemność i uspokoić pewną troskę, którą kiedyś wyczułem, może mylnie, ale chyba nie; mianowicie odnosiłem wrażenie, że Ty się niepokoisz o los swojej poezji w Polsce, o jej oddziaływanie. Zastanawiałem się jeszcze nad tym z okazji artykuliku o poezji, który chcę napisać do „Przeglądu”2 (zacząłem tam pisać tygodniowy felieton, w ślad za Kijowskim i za sobą, bo to przed paru laty robiłem3), o tej osobliwej trochę ścieżce liryki naszej, która wydaje mi się właściwie zupełnie schizofreniczna, oderwana od reszty tego, co się dzieje w literaturze, ale też i przez to lepsza, choć zupełnie, mówiąc modnie, wyalienowana. Niewątpliwie wśród poetów dojrzałych najwięcej wpływu, mimo wszystko, ma Przyboś (złośliwie można powiedzieć, że to „za grobem zwycięstwo”, bo on sam jakiś strasznie skostniały mi się wydaje, choć go b. lubię, zastrzegam się), nie Gałczyński, którego notowania znacznie spadły, ani Jastrun, Ważyk etc.; ten – pośredni – wpływ Przybosia (Twoje o nim określenie ciągle cytowane!4) zasługuje na analizę: jest to wpływ czysto estetyczny, biedak patronuje właściwie sztuce dla sztuki, „ładnym zdaniom”, co dość zabawne, tym bardziej że te zdania nie tak sprawdzalne, jak u niego. Skrytszy, trudniejszy wpływ Twój (zabawię się i spróbuje to napisać – a nuż chwyci?!5), ale to osobna sprawa. Zjawia się właściwie wszędzie przy staraniu refleksyjnym i ośmieliłbym się powiedzieć – „obywatelskim” czy moralnym: zdumiewające są wręcz kalki z Twoich wierszy w ostatnim, dobrym, zbiorze Szymborskiej (Sól6); dalej, mniej oryginalnie, u „pseudoklasyków anglosaskich”, jak Rymkiewicz czy Sito; wreszcie, siła obrazowania znacznie wpływa na takich, jak Bryll czy może Grochowiak?; chwaliłeś kiedyś tego Brylla, powtórzyłem mu to, ze znacznym spóźnieniem, umierał z radości. Słowem, wszystkie znaczniejsze aspekty Twojej poezji są czynne. Ale jest tak: pełnisz rolę niejako Mitu, mitu poety, nie dlatego, by Twoich wierszy nie znano; są znane; w Krakowie pokazywano mi, ku memu zdumieniu, Króla Popiela7 przepisanego na maszynie od a do z, nie wiem, jakie emigracyjne dzieło mogłoby do takiego kolportażu pretendować, zwłaszcza że polityka dziś nie pasjonuje; mityczność Twoja polega na czymś innym; nie tylko że oddalenie usuwa Cię od wszelkich literackich podstępów, kwasów i zasadzek, ale, co ważniejsze, sam rozwój czy ewolucja Twoja jest typu zupełnie w Polsce zanikłego; mianowicie jesteś skazany na siebie, każdy krok jest, siłą rzeczy, tylko Twój, nie ma, przynajmniej bezpośredniej, presji wydarzeń, mody intelektualnej, „tego, co się nosi” w tzw. środowisku; a zdajesz sobie zapewne sprawę, że ta presja jest niezwykle silna, już po kilku miesiącach można usłyszeć, że coś jest „przebrzmiałe”, choć przed pół rokiem uchodziło za najważniejsze; daje to pewną stadność i małą niezależność w myśleniu i rozwoju pisarzy. Czynnik środowiskowy, gettowy jest wciąż niezwykle istotny dla rozumienia literatury u nas. Otóż w tej perspektywie zmiany, posunięcia Twoje intelektualno-poetyckie nabywają swoistego znaczenia; oto ktoś, kto daje sobie sam radę, kto jest niezależny, zarazem dość zagadkowy:  j a k   o n   t o   r o b i?  Tym bardziej że nie jesteś poetą „czystym” typu Białoszewskiego, który właściwie wszystko, co jest poza jego wierszami, ma gdzieś; wiersze Twoje wchodzą w grę, w strategię literacką szerszą. Stąd w końcu pomieszanie podziwu z jakby „strachem”, sam  t y p  twórczości, postawy wydaje się odrębny, różny, dziwny; postać à part8, dla której nie ma punktu odniesienia. Inaczej mówiąc, Twoja obecność jest natarczywa i zagadkowa jednocześnie. Paradoks jest w tym może taki, że wyemigrowawszy ze względów w końcu politycznych, zdumiewasz jako przykład poety tworzącego poza naciskiem obyczaju literackiego, mody etc., a więc, w ostatecznym rachunku, poza naciskiem polityki (w szerokim sensie).

W końcu więc, przypuszczam, że – psychologicznie – obecność Twoja interweniuje w polu bardzo indywidualnym, na jednostkę w jej jednostkowości, wyrażając się pretensjonalnie, a nie w porównaniach typu: on i my, my – oni, taka grupa – taka grupa. To jest w końcu sprawa, jak już mówiłem,  t y p u  poety, sprawa osobistej odpowiedzialności. Więc: przy nieobecności w grupowych rozgrywkach, porównaniach itp. reprezentujesz wartość do indywidualnego rozważenia. (Pod „grupowy” rozumiem tu grupy artystyczne, kierunki poezji itd.)

Jest tu może sprawa ogólniejsza do rozważania, sprawa ogólnej pozycji pisarza w Polsce, który nabył, silniej, niż się mu kiedykolwiek zdaje, właściwości sejsmografu społeczno-obyczajowego, a zarazem stracił znacznie poczucie odpowiedzialności indywidualnej, nie tylko moralno-politycznej, ale też artystycznej.

Polska dziwne na mnie zrobiła wrażenie. Możliwe zresztą, że rozszczepiam nieistniejące włosy na czworo. Zostawiam na boku sprawy gospodarczo-polityczne, choć widać i tam jakieś rozszczepienie, kolosalne postępy przy zastoju czy cofaniu się gdzie indziej. Sprowadza się to zapewne do koszmarnego zacofania organizacyjnego i potwornej wydajności pracy, obu właściwie nieuleczalnych, bo najgłębszą przyczyną zamętu jest istnienie partii, podwójna administracja i polityzacja ekonomii, czyli sama ultima ratio systemu. Motyw zbędności partii narzuca się ku odruchowemu zadziwieniu wszystkich w niejednej dyskusji. Ale kolosalnie działa przyzwyczajenie i w końcu nikt nie reaguje żywiej. Powierzchnia życia bardziej przypomina Europę Zachodnią i nawet tradycyjne porównania „podróżników” słabiej działają. Ale w głębi różnica rośnie, na to trzeba dłuższej obserwacji. Polska jest krajem tak trudnym do zrozumienia, że już poprzednie zdanie budzi we mnie opór. Różnica rośnie – owszem, ale jednocześnie znika inna różnica: między krajem rolniczo-tradycyjnym a zurbanizowanym, przemysłowym. Właściwie doszedłem do tego, że nic nie potrafię jasno, bez zastrzeżeń i zakrętasów, powiedzieć. Jeśli interesują Cię jakieś konkretne sprawy czy problemy, wymień je, a ja w miarę sił odpowiem.

Dlaczego „dziwne wrażenie”? Z dwu względów, które może są tym samym. Taka straszna klęska ludzkich wartości, które miał ten socjalizm przynieść. Obojętność społeczna, prymitywny indywidualizm, nieumiejętność współpracy, kooperacji, zanik odpowiedzialności; tak naprawdę to ludzie są bardzo dalecy jeden od drugiego. Nawet życie towarzyskie jakieś przypadkowe, niesystematyczne, raz natręctwo, raz obojętność. Zanik  f o r m y  współżycia. A jednocześnie Polacy skarżą się na „zimny” Zachód! Jakby maź ludzka, raz się klei do siebie, lepi, że oderwać nie można, a potem odrywa się nie wiadomo dlaczego i odpływa w pustkę, w nic.

Inna rzecz: ja już czuć zaczynam, że wszystko, czym się wychowałem, już nie bardzo działa. (Zwracam Ci uwagę, że zostałem wychowany bardzo tradycyjnie, choć rozsądnie i tolerancyjnie). Śmierć frajerom, ale nie w imię dalej sięgającego, rozsądnie-zimnego wyrachowania, jak na przykład we Francji, ale dla chwilowej korzyści, cwaniactwa. A zwłaszcza: dla prestiżu, bo wszyscy są chorzy na uraz mniejszej wartości. Jeden wobec drugiego, nie tylko w stosunkach Wschód–Zachód. Pod tym względem Gombrowicz był genialnie prekursorskim diagnostą. Ponieważ nie istnieją żadne hierarchie i korektorka w gazecie uważa, że powinna jeździć cadillakiem i być szanowaną, docenioną etc. jak profesor uniwersytetu, każdy uważa się jednocześnie za skrzywdzonego i za „lepszego”. Karykaturuję to trochę, ale tak jest, a zresztą przykład z korektorką autentyczny. Nie muszę Ci mówić, że z ortografią u niej nie najlepiej.

To wszystko sprawia – a przecież jest jeszcze sprawa kryzysu tysiąca wartości, kryzysu w praktyce społecznej (takich jak patriotyzm – przy całym trzewiowym szowinizmie! – rodzina, religia, sztuka – już minął czas nabierania dziewczynek na sztukę – skarżył mi się niedawno żartem Flaszen…9) – otóż to wszystko sprawia, że niejeden z moich przyjaciół, a i ja sam po trosze, trochę się obco zaczynamy czuć we własnym kraju. Co nie znaczy wcale, żeby swojsko gdzie indziej! Na przykład Tadeusz Nowak, pamiętasz go na pewno jako poetę, tak przywiązany do wsi, wychowany w Tarnowskim, przesiąknięty chłopskim radykalizmem10: to już nie moja wieś – mówi – ja ich nie rozumiem. Cytuję Ci to, bo mnie zadziwiło; w sferach inteligenckich odczucie znacznie wyraźniejsze, częstsze. Ale może to jest kwestia wyobcowania tzw. „starej” inteligencji, do której wszyscy prawie należymy? To możliwe, ale wcale dla nas nie weselsze. W końcu zostanie się człowiek niby jakiś „południowiec” z amerykańskiej literatury, nieaktualny, aż zaczną to za pięćdziesiąt lat odkrywać pisarze.

Naturalnie, przesadzam, wiem, że przesadzam. Mówię Ci rzeczy dość głęboko ukryte. Tylko w literaturze można by to wypowiedzieć, ale ja nie jestem powieściopisarz. Może zawsze byłem zanadto związany z przeszłością, trzeba było zapalać się do ZWM-ów11, udawać, że się robi rewolucję itd. Ale nie mogę opędzić się od wrażenia, że cały ten okres – 44–47 – jest już zupełnie zmistyfikowany. Dla jego aktorów i dla młodszych. Największy zapewne sukces propagandowy PRL – wmówić w siebie, że robiło się rewolucję na własny rachunek. Zapewne inaczej to było wśród chłopów, robotników. Ale jak? Nikt już nie wie. Chłopów obchodzi rzeczywiście tylko jedno: ziemia. Teraz wybrzydzają na Gomułkę, jak na Bieruta, ponieważ umierają ze strachu przed rekolektywizacją (która nie nastąpi) i nie mogą jeszcze brutalniej łupić miast. A jak ich „miastowi” nie lubią! Jest to wszystko dosyć groteskowe – przynajmniej w Krakowskim, tylko o tym mogę mówić. Wracając do czasów Zdobycia władzy12 – wątpię, żeby się kiedyś te lata w powszechnym odczuciu inaczej ułożyły. Już za późno. Ale kto umie powiedzieć, jak naprawdę wyglądał rok 1832 albo 1863? Trzeba by Faulknera na wstrząs w pamięci narodowej, na słowo godne tego wszystkiego. Wspomniałem o Zdobyciu władzy – na pewno nie uważasz tej powieści za najlepszą ze swoich książek, ale to jest zapis, w którym sprzeczności nie są eskamotowane, jak w znienawidzonym przeze mnie Popiele i diamencie, który naprawdę już uchodzi w wielu oczach za „obiektywną prawdę” – cała ostrość, nieludzka, sprzeczności i zupełna niemożliwość oceny, oceny tego, co się dzieje.

Obawiam się, że piszę o sprawach, które dawno już przeżywałeś, i nieciekawych dzisiaj; wracają one pośrednio, w innym kształcie, w innym pokoleniu. Napisz mi słów parę, a ja tymczasem muszę znowu przygotować się do udawania, że znam gramatykę polską –

Łączę ukłony dla Pani i Ciebie, najserdeczniej pozdrawiam –

Janek

2, Allée Paul-Verlaine, Sarcelles-Lochères, S-et-O

PS. Czy „Jankesi” denerwowali się Kubą13 i bali, tak naprawdę? Napisz, jak to u przeciętnego Amerykanina, będę wiedział o tej sprawie od W-wy po Kalifornię!?

9. C. Miłosz do J. Błońskiego

Czesław Miłosz

978 Grizzly Peak Blvd.

Berkeley 8, California

[*9 XI 1962]

Drogi Janku,

Wielka przyjemność z Twego listu, nie wiedziałem, kiedy zawitasz do Paryża. Adres mój, który podaję tu, jest już „stały”, bo kupiliśmy dom1, po długim szukaniu, mamy wymagania wiejskości, jak w Montgeron. Otoczenie tutaj tym bardziej ważne, ze względu na klimat – listopad teraz, a krótkie rękawy i sandały. Dom b. wiejski, naokoło grube sosny i sekwoje, a nazwa ulicy mimo woli symboliczna? – Niedźwiedzi Szczyt. Bo to wysoko – na wysokości Rabki, z patio (tak tu się mówi) widok na Zatokę San Francisco, mosty, różne miasta na dole. A bierzesz autobus i w 10 minut jest się koło uniwersytetu. Zieleń i ptaki całkiem rozkoszne. Miasto mi całkiem niepotrzebne, więc albo w domu, albo na uniwersyteckim campusie, który zresztą jest miejscem odwiedzanym przez mnóstwo ludzi, tak że coraz to ktoś z Polski.

Naturalnie pogłaskałeś mnie porządnie swoim listem, nie wiem, czy jestem kot niedopieszczony, ale mruczałem. Życie moje polega na pracy i umiarkowanym piciu, na uniwersytecie można do zajęć odnosić się dwojako, albo brać to za serwitut, albo starać się wyciągnąć ile się da frajdy, raczej obieram to drugie, daję w tym semestrze kurs historii polskiego teatru, właściwie roczniki „Pamiętnika Teatralnego” od 1956 roku i antologia Lewańskiego2 starczyłyby za materiał. Gdybym nie dawał tego kursu, nie przeczytałbym nigdy tylu tekstów barokowych, z wielkim dla siebie pożytkiem, więc szkółka ma zalety. Drugi kurs powtarzam, literatura poromantyczna, łatwiej, bo wykłady mam już opracowane, ale powtarzać – to już wkrada się nuda. Seminarium tylko kilku studentów, ale za to po polsku, więc używam, czytam różne wiersze i opracowania krytyczne – także Twoje. Poza tym chodzę, bo mnie to interesuje, na seminarium Kesicza3, Serba, o Bizancjum i historii wschodniego chrześcijaństwa. A z własnych prac to trochę obawiam się, że za dużo srok ciągnę za ogon. Latem przetłumaczyłem dużo wierszy z polskiego: Różewicza, Wata, Herberta głównie, także trochę Staffa (późne wiersze), Jastruna. 5 wierszy Herberta w moim przekładzie ukazało się w londyńskim „Observerze”4 z entuzjastycznym wstępem ich poetyckiego redaktora, poza tym BBC III program nagrało ładną audycję o nowoczesnej poezji polskiej, którą nada w styczniu, sporo tam moich przekładów. Mam oferty od najlepszych pism amerykańskich na nowoczesną poezję polską i nikt by nie uwierzył, ale tu na przeszkodzie moje lenistwo czy nadmiar różnych zajęć i zwlekam, tak jak nie mogę zdobyć się na zajęcie się swoimi wierszami zebranymi, choć chce to drukować po polsku tutejsza University Press. Poza tym przetłumaczyłem na polski sporo wierszy Robinsona Jeffersa5, poety Kalifornii, i napisałem dwa rozdziały dłuższej pracy o nim6, właściwie nie o nim, on jest pretekstem do takiego studium porównawczego poezji od strony „treściowej”, bo on reprezentuje ciekawy i właściwy naszym czasom powrót całkiem do Greków, do stoików. No i obiecałem „Tematom”7 (nie wiem, czy znasz to pismo, wychodzi w New Yorku, taki digest dla intelektualistów), że przetłumaczę im trochę Whitmana. Dodaj lektury i jak tu dać radę. Tzn. społecznym obowiązkiem byłoby napisać podręcznik literatury polskiej albo choćby podręcznik do jednego jej okresu, mamy tu po angielsku tylko Kridla8, w miarę nudnego i szablonowego. Ale z czego uczyć się mają na przykład historii teatru? Marzenie ściętej głowy, jakbym wlazł w pisanie podręczników, to by mnie zarżnęło.

Tak, zgadzam się z Tobą, poezja polska jest dość odrębna od reszty literatury i lepsza. Tylko że wybuchy dość spazmatyczne, mogą być okresy martwoty, przez tę stadność właśnie, i krytyka raczej naskórkowa, zbyt wiele fundamentalnych uświadomień pomijająca, co łączy się z ogólnym omijaniem wulgarnie prostych, ale ważnych pytań pryncypialnych, kiedy czyta się prasę polską, podziwia się nieraz kunszt chodzenia na rękach, jakby nogi wyszły już z użytku. No, to już ogólny polityczny klimat.

Pytasz, jak tu było w czasie kubańskiego kryzysu. Określiłbym to jako spokojną determinację, że raz kozie śmierć. Ameryka, jak każdy kraj, jest trudna do zrozumienia, łudząca. Sądząc po wrzaskach pacyfistów (którzy składają się z kilku speców ciągnących sznurki i mnóstwa obolałych naiwniaków ciężko chorych na frustrację), należałoby się spodziewać grozy, ale proporcja stających twardo i zrozpaczonych była jak dziesięć do jednego. Częste pomyłki Europejczyków (Niemcy nie wierzyli, że Ameryka przystąpi i podczas I, i II wojny etc.) pochodzą z amerykańskiego pyskowania na swój kraj i pokojowej apatii, która umie przeradzać się w furię, ale do tego dużo trzeba, Wuj Sam musi być kopnięty w kostkę i stąd bardzo zawiłe manewry prezydentów, jeżeli chcieli Amerykę do wojny wciągnąć, to niełatwa sprawa. Nie tak dawno Chruścik9 powiedział Robertowi Frostowi10 podczas jego wizyty w Moskwie (tu się podśmiewali, że Ameryka takiego dziadygę patrzącego na księżą oborę do rozmów kulturalno-dyplomatycznych wybrała), że przecież Amerykanie bić się nie będą. Być może w całej kubańskiej awanturze [*tj. w zaangażowanie się w nią Rosjan]11 zaważyły jakoś raporty dyplomatyczne sowieckie, mylne, przesadzające strach żon i matek, czy strach w ogóle przed wojną atomową. Tutaj (akurat w największe napięcie byłem na piciu, że niby lepiej wypić butelki, póki czas) było przekonanie, że inwazja na Kubę to kwestia najbliższych godzin. Nie wnikam, na ile to było słuszne, ale było takie przekonanie.

Wybory12 – wspaniałe widowisko. Dla nas zwłaszcza. Nikt z Polaków nie może rozumieć, na czym demokracja może polegać, bo wyborów u nas nie było od dawna – chyba przez parę lat po 1918, i to tylko na modłę francuską, dość wątpliwej demokracji. Tutaj całą noc na telewizji podawano wyniki wyborów, niech się wszystkie końskie wyścigi schowają. I wybrzydzanie się komunistów polskich (znasz to na pamięć) niesłuszne, to jest sprawa  j e d n e g o  głosu, wagi tego jednego głosu, który nieraz przeważa szalę, czyli wagi każdego – ciebie, mnie – a stawka nie taka błaha, jak się wydaje tym, co krzyczą, że między partiami nie ma różnicy. Widzi się to tylko lokalnie, na przykład tu, w Kalifornii, oprócz głosowania na kandydatów także niektóre ustawy i projekty stanowe poddane pod głosowanie, ja dałem składki, żeby przeciw jednym, za innymi, no i masę zależało od tego, czy zwycięży Nixon, czy Brown. Duże konsekwencje nie tylko dla Kalifornii, ale też dla całej Ameryki, że Nixon przewalił i politycznie jest na zawsze wykończony13, już do prezydentury nikt go nie wysunie. To pokazuje najlepiej mechanizm od dołu, od wagi głosów w wiosce gdzieś w górach.

To, co piszesz o Polsce, o wzajemnych nienawistnościach, jest mi znane i zrozumiałe, choć teraz jakby z dystansu, przez mgłę, bo byt kształtuje przecie człowieka. Gdyby napisać książkę o różnych gatunkach frustracji, innych w każdym systemie i w każdym kraju, cóż to byłaby za książka. A nawet porównanie dwóch, amerykańskiej i polskiej, by wystarczyło. Tu jest przecie i najogólniejszy problem ludzkich społeczeństw, że sama ich organizacja techniczna zmusza miliony ludzi do wykonywania funkcji podrzędnych, jak tę korektorkę z twego przykładu. Ja nie jestem bardzo powołany do sądów, bo w Ameryce mam wysoki status – profesor to szczyt społecznej piramidy w opinii publicznej, nie pieniężny, ale estymy, a w dodatku profesor uniwersytetu, gdzie laureatów Nobla liczy się na kopy. Ale coś przecie do mnie dociera. Tylko że zajad, który w Polsce wyładowuje się na zewnątrz („Pan nie wiesz, z kim pan masz do czynienia”, kelnerzy etc.), tu idzie do wewnątrz, powierzchnia jest gładka, naoliwiona i uśmiechnięta, nie wiem, co lepiej. Komplikacja jeszcze, że skala zarobków niekoniecznie odpowiada podziałowi opinii na zawody gorsze i lepsze – śmieciarze dlatego b. dużo zarabiają, że zawód brzydki. No i dodaj stratyfikację kolorów. Robotnik, który przyszedł do nas coś tam naprawiać w gazie, to nasz sąsiad, z tej samej dzielnicy na górze, ale żółtych tu prawie wcale nie ma, ich dzielnica nisko, a czarnych jeszcze niżej, nad samą zatoką. Zresztą, mój syn, wielki demokrata, do swoich murzyńskich kolegów w szkole odnosi się niechętnie, bo wśród nich normalni ludzie to wyjątki, reszta to rodzaj małp z przenośnym radiem przy uchu, w takt którego cały dzień podrygują. To tylko może z Europy różne sprawy wyglądają prosto, bo są daleko. Więc do wewnątrz – i rozmiary ukrytej frustracji olbrzymie, jeden profesor tu twierdzi, że „paperbacks” mają takie powodzenie właśnie z tego powodu. Za parę centów możesz dostać najwspanialsze dzieła napisane w jakimkolwiek języku, więc kiedy z czyichś marzeń nic nie wyszło i poszedł pracować w banku albo został szoferem autobusu, kupuje, stawia na półce i jakby kompensata, nadzieja, że przeczyta, dopędzi. U studentów nerwowe napięcie, nacisk, ten bat, jakim jest system wszystkich egzaminów piśmiennych, niby w mandarynacie14. I w istocie rozpaczliwe dość poszukiwanie światopoglądu, którego uniwersytet nie może dać. Rozkawałkowanie wiedzy, brak kilku choćby zasad porządkujących, tu się ocenia to, przez co każdy z nas musiał tak czy inaczej przebrnąć, przyswajając sobie, to nic, że nie wiarę, umiejętność myślenia historycznego i syntetyzującego, a nie masz pojęcia, jaka to jest przewaga, ten, nazwijmy to, spryt dialektyczny. A biedne młodziaki tutejsze ani rusz z tym, jak gada taki komuch na rogu koło uniwersytetu, gapią się z otwartą gębą i co my znamy na pamięć, dla nich niesamowita egzotyka. Co ja mam robić, powiedz, z takim wypadkiem typowym. Amerykanin polskiego pochodzenia, tu urodzony, zżerany najokropniejszymi kompleksami, ogromne intelektualne pragnienia a półinteligent, na skromnej posadce, studiował przez rok w Heidelbergu, chorobliwa idealizacja Europy i tychże Niemiec Zachodnich, na które pisarze niemieccy, jak Heinrich Böll, płakali mi w kamizelkę. W głowie groch z kapustą, pisze wiersze po angielsku o szarży husarzy pod Wiedniem, czyta Brzozowskiego: horror dla mnie. Taki by się w Polsce nie uchował. Choć ja mam wyrzuty sumienia z powodu pisania o Brzozowskim. Przez tego właśnie faceta, który zasługuje na głębszą analizę. Bo nie on jeden, robiłem te obserwacje także na studentach z Polski. Otóż jest w Polakach pociąg do „orlich rzutów”, do takich syntez i skrótów, że niech cały marksizm się schowa – żeby wszystko połączyć ze wszystkim i objąć od razu. Z półinteligentów i samouków można się śmiać, ale sam Brzozowski był tak echt15 polski, że trudno by czystszego Polaka znaleźć, i jeżeli  d z i ś  w Polsce Brzozowski może się przydać, to może chyba dlatego, że marksistowska szkółka odrobinę, tylko odrobinę, tę umysłową husarię poskromiła. A mój delikwent: odraza do bezdusznej Ameryki, gdzie każdy się specjalizuje, gdzie wąskie przegródki, on chciałby Króla Ducha i tyle właśnie, czytając Brzozowskiego, rozumie, dokładnie jak nasi dzielni ś.p. narodowcy. Trafiali mi się tacy tutaj wśród studentów, niedawni z Polski uciekinierzy, zwykli amerykańscy studenci na egzaminach piśmiennych coś tam dulczą przyziemnie a pracowicie, ale Polak zrywy, wszechogarnianie, błyskotliwe przejścia z idei do idei, aż obrzydliwość bierze i z angielszczyzną wstrętne hopki wyrabia, choć to język nieznoszący entuzjazmu. Jak odgadujesz, „bezduszność” Ameryki nic mi nie przeszkadza, ale co prawda, przyznajmy, też dlatego, że swoje lata mam.

Szkoła tutejsza. Powszechne ś r e d n i e  wykształcenie – komu to kilka dziesiątków lat temu mogło pomieścić się w głowie? Są stany, gdzie sto procent ludności ma to wykształcenie, są inne, na Południu, gdzie ten procent minimalny. Europejczycy są skłonni mieszać to z poziomem liceum i to zupełny błąd. Gdyby tak było, frustracja idących do fabryki z maturą byłaby okropna. Chodzi o to, że w szkole, do której chodzi mój starszy syn, tylko część bierze przedmioty trudne (bo jest wolny wybór), reszta przewałęsa się, grając w piłkę, pływając, i tylko trochę się otrze. Żeby dostać się na uniwersytet, trzeba mieć zaliczone przedmioty trudne [*Nie ma tu klasowego raczej podziału, jak we Francji od VIc] (matematyka, sciences16, języki), a zważywszy na przepełnienie uniwersytetów, trzeba mieć z nich dobre stopnie. Z dobrymi stopniami uniwersytet, stypendia – cokolwiek chcesz. Ta selektywność w istocie musi podpierać opinię, na której i ja się łapię: ma jakiś jegomość trzydzieści lat, cienko śpiewa, nic nie osiągnął i zaraz podejrzliwość: a dlaczego tak? Los? Czy brak danych, skoro każdy idzie do szkoły przymusowo i jeżeli tam pokaże jakieś zdolności, wpiszą mu dobre stopnie, z tym wszędzie droga otworem. Upraszczam, są te rodziny, młodziak niech idzie na stację benzynową, żeby dom wspomóc. Mój syn uzdolniony do sciences, zapowiada się na naukowca, ale bierze też kurs literatury francuskiej, na uniwersytecie (szkoła pozwoliła, bo jego francuski, niemal rodowity, za dobry na szkołę średnią). Młodszy nie tak kapryśny, bardziej przyziemnie pilny.

Naturalnie, że mogę odpowiedzieć Ci na pytania, jakie chcesz, tylko nie wiem, czy chcesz, żebym odpowiedział na te, które przysłałeś, czy chcesz sformułować na nowo. Więc napisz.

Mógłbym dużo gadać, ale nich będzie tym razem finis17. Aha, mamy zamiar zjechać do Europy w czerwcu i zabawić tam wiele miesięcy, aż do środka zimy, bo tutaj po trzech latach akademickich ma się jeden semestr wolny. Myślę, że wyjedziesz do Polski na wakacje i wrócisz na jesieni, tak by Ci wypadało życzyć, więc powinniśmy się w Paryżu spotkać.

Czytałem Twoje pierwsze artykuły z nowej serii w „Przeglądzie”18– do biblioteki uniwersyteckiej przychodzi lotniczo. Właściwie ty i Kijowski macie tak olbrzymie brzemię odpowiedzialności, że aż strach, bo kto? Zauważyłem, że lansujesz Brzozowskiego19, moje mieszane uczucia wyłuszczyłem, choć miejmy nadzieję, że  t e r a z  już Brzozowski byłby jadalny, ale jest jakaś sprawiedliwość w tym, że długo nie był.

[*Czy myślałeś o Królu Duchu, o Wyspiańskim jako  e s e n c j i  (biologicznej?) polskości? Tu ich pola! Micek był Litwin. A i też broił].

Ściskam Cię

pozdrowienia rodzinie

Czesław

[Kolejność dwóch następnych listów: 10 i 11, odwrócona – zgodnie z chronologią ich powstania].

11. J. Błoński do C. Miłosza

Sarcelles, 3 lutego

[*to ten list poprzedni, co go teraz skończyłem!]

[1963]

Drogi Czesławie,

Bardzo, bardzo mi wstyd. Bo na niewielu rzeczach tak mi zależy, jak na Twoich listach i opiniach, a sam nie umiem na czas odpowiedzieć. Ale naprawdę jedno warunkuje drugie, zawsze chcę napisać coś mądrego i przez to nie piszę nic. Lepiej już pleść, a zawsze coś się z tego dorozumiesz.

Życiowo i bytowo u nas niewiele nowego, tyle że pracy sporo, jak na moje lenistwo przynajmniej, nie zawsze mądrej, także, niestety, zarobkowej. Ale to nieważne. Czytałem Twoje ostatnie publikacje, które dają dużo do myślenia. Co do poezji, to nie ze wszystkim się zgadzam. Upraszczając nieco, można powiedzieć, że zarzucasz poezji kontynentalnej, w przeciwieństwie do anglosaskiej, pielęgnowanie uczuć rzadkich, coraz rzadszych, destylację liryczną, która szła w parze ze swoistym antyintelektualizmem, a raczej – z désintéressement1 dla filozofii, światopoglądu, dyskusji. Słowem, to okaleczało człowieka, było rezygnacją. Tak to może wygląda, sądząc po epigonach i uczniach prowincjonalnych. Lecz mnie się zawsze zdawało, że – w porównaniu z uprzednimi epokami (nie dawnymi, oczywiście) – właśnie troska mistyczna, światopoglądowa, filozoficzna jest szczególnie obecna, od Rimbauda i Mallarmégo począwszy, w całym symbolizmie, Rilke, Leśmian, w nadrealizmie także. Oczywiście, drugorzędnym zostawały ogryzki, czyli estetyzm. Chyba więc rzecz jest w czymś innym, bo co do „arystokratyzmu lirycznego” masz naturalnie rację. W czym, dość trudno powiedzieć. Starałem się to trochę zgłębić w dwu artykułach2 w „Przeglądzie Kulturalnym”, które może widziałeś. Może lęk przed „niepoetyckością” jest, w ostatecznym rachunku, lękiem przed nauką? Albo przed społeczeństwem masowym? Jesteśmy niescałkowani, niezintegrowani, tego poezja nie może tolerować, więc poeci własną jedność mogą ocalić tylko wtedy, kiedy ją ograniczą do małego wycinka. Że to trzeba przełamywać, zgadzam się całkowicie. W ogóle zgadzam się z terapią, tylko do diagnozy zgłaszałbym pewne pretensje, wątpliwości.

Druga sprawa to Twoje opowiadanie czy wspomnienie o nieszczęsnym Francuzie3, co w Bolszewii zginął. Piszę wspomnienie, bo nie wątpię, że to autentyczna historia. I ten smutek i złość, że „na nasze wyszło”, a wyście – intellectuels de gauche4 – usiłowali nas zastraszyć i prawie się wam udało. Oczywiście, intellectuel de gauche jest