Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Lista życzeń ebook

Devney Perry  

4.28571428571429 (14)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 421 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lista życzeń - Devney Perry

Poppy wiedzie szczęśliwe życie z mężczyzną swoich marzeń. I nagle wszystko się zmienia. Ludzie patrzą na nią z litością, szepczą za jej plecami jedno słowo: „wdowa”.


Po kilku latach od tragicznej śmierci Jamiego Poppy odnajduje jego urodzinową listę życzeń i postanawia zrealizować
wszystkie marzenia, których jej mąż nie zdążył spełnić – bo, kto wie, może dzięki temu wreszcie otrząśnie się z bólu i odzyska grunt pod nogami?

Jedno z zadań stawia na jej drodze Cole’a – policjanta, który owej pamiętnej nocy przyniósł jej straszną wiadomość o śmierci Jamiego. Cole nigdy nie zapomniał Poppy. Czy to właśnie on obudzi w niej uczucia i pomoże otworzyć nowy rozdział w życiu?

Opinie o ebooku Lista życzeń - Devney Perry

Fragment ebooka Lista życzeń - Devney Perry

Tytuł oryginału: The Birthday List

Copyright © by Devney Perry, 2018

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Maria Białek

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Agnieszka Rybczak-Pawlicka, Katarzyna Szajowska/Melanż

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Studio KARANDASZ, www.karandasz.com.pl

Zdjęcia na okładce: progressman/Shutterstock, Elvira Koneva/Shutterstock

ISBN: 978-83-8053-464-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński

Prolog

– Poppy! – Jamie zajrzał do kuchni.

Uśmiech na jego twarzy jak zwykle sprawił, że moje serce zatrzepotało. Trwałam w tym stanie, odkąd go poznałam przed pięcioma laty.

Wpadliśmy na siebie pierwszego dnia na drugim roku studiów na MSU1. Dosłownie. Obładowana książkami, notatnikami oraz informatorami z programem nauczania wychodziłam z wykładu z ekonomii. Jamie, zbyt zajęty gapieniem się przez ramię na hożą blondynę, nie zauważył mnie w drzwiach sali. Kiedy oprzytomnieliśmy po zderzeniu, pomógł mi pozbierać się z podłogi. Gdy nasze dłonie się zetknęły, blondyna w jednej chwili odeszła w niepamięć.

Tego dnia poznałam mojego wymarzonego mężczyznę.

Mojego męża.

Jamesa Sawyera Maysena.

– Zgadnij co?

– Co? – Zachichotałam, kiedy mnie podniósł i posadził na blacie, stając między moimi nogami.

Był taki podekscytowany. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, gdy widziałam błyski w jego oczach.

– Właśnie dodałem kilka punktów do mojej urodzinowej listy. – Z triumfem wyrzucił zaciśniętą pięść w powietrze. – To najlepsze z moich pomysłów.

– Och. – Zmarkotniałam. – Błagam, powiedz mi, że te nie są niezgodne z prawem.

– Nie są. A poza tym powiedziałem ci, że ten z alarmem przeciwpożarowym wcale nie musi być nielegalny. Być może będę musiał w pełni zasadnie uruchomić alarm, zanim skończę czterdzieści pięć lat.

– Lepiej, żeby tak było. Nie mam zamiaru wyciągać cię z aresztu tylko dlatego, że chcesz odhaczyć coś na tej swojej zwariowanej liście.

Urodzinowa lista Jamiego stanowiła jego ostatnią obsesję. Zaczął ją spisywać kilka tygodni temu, zainspirowany jakimś sitcomem. Od tej pory co chwilę wpadał na jakiś – w jego mniemaniu – świetny pomysł. Mnie jednak niektóre z tych planów wydawały się raczej niedorzeczne niż świetne.

Dla Jamiego było to coś w rodzaju bucket list – listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Tyle że zamiast zadań do wykonania na emeryturze Jamie zapisywał to, co zrobi przed każdymi urodzinami. Nie chciał stawiać czoła trudnym wyzwaniom, gdy będzie miał już za sobą całe życie. Wolał odhaczać kolejne punkty co roku. Do tej pory przygotował listę sięgającą niemal pięćdziesiątych urodzin.

Mieliśmy naszą małżeńską bucket list – zawierała miejsca, które chcieliśmy wspólnie zwiedzić, rzeczy, które pragnęliśmy razem zrobić. Urodzinowa lista była czym innym. Należała tylko do Jamiego. Wypełniał ją jedynie własnymi marzeniami.

I choć mogłam narzekać na jakieś ryzykowniejsze albo wariackie plany, samą ideę listy popierałam całym sercem.

– No to co dziś dodałeś?

Uśmiechnął się.

– Najlepszy jak dotąd pomysł. Słuchaj. – Podniósł ręce i rozłożył je szeroko, jakby chciał obramować niewidzialny afisz. – Zanim skończę trzydzieści cztery lata, chcę zaliczyć kąpiel w basenie pełnym zielonej galaretki.

– Okej. – Uśmiechnęłam się, w żaden sposób nieprzekonana, że to naprawdę najlepszy jak dotąd pomysł, ale taki był Jamie. – Dlaczego galaretki? I dlaczego zielonej?

– Nie sądzisz, że będzie zajebiście? – Poruszył się między moimi nogami, po czym opuścił ramiona i uśmiechnął się jeszcze szerzej. – To jedna z tych rzeczy, które każdy dzieciak chciałby zrobić, ale żaden rodzic by mu na to nie pozwolił. Pomyśl, ile byłoby z tym zabawy. Mógłbym się w niej kokosić, ugniatać ją palcami rąk i stóp. A galaretka jest zielona…

– Bo to twój ulubiony kolor – skończyłam, zaskoczona, że w ogóle zadałam to pytanie.

– No i co o tym myślisz?

– Szczerze? Totalny bajzel. Poza tym galaretka farbuje. Przez tydzień będziesz wyglądał jak ufoludek.

Wzruszył ramionami.

– Nie przeszkadza mi to. Moi uczniowie uznają, że jestem spoko. A poza tym mam kogoś, kto pomoże mi doprowadzić się do porządku.

– Nie da się ukryć.

Z miłości do niego pomogłabym mu wyszorować skórę, aż wróciłby jej normalny odcień, i uprzątnąć basenik wypełniony zieloną galaretką. Niektóre pomysły z listy Jamiego wydawały mi się dziwne, ale skoro miało mu to sprawić radość, nie widziałam problemu, by wziąć udział w ich realizacji. Przez następne dwadzieścia pięć lat – albo jak długo by zechciał – trwałabym przy nim, podczas gdy on odhaczałby kolejne punkty.

– Co jeszcze dziś dodałeś?

Objął mnie w talii i nieco się przysunął.

– W zasadzie to dodałem jedną rzecz i od razu ją odhaczyłem. Na moje dwudzieste piąte urodziny. Napisałem list do siebie za dziesięć lat.

– Słodkie. – Gdybym miała urodzinową listę, ukradłabym ten pomysł dla siebie. – Mogę go przeczytać?

– Pewnie. – Uśmiechnął się. – Gdy tylko skończę trzydzieści pięć lat.

Ściągnęłam brwi, ale Jamie wygładził zmarszczki pocałunkiem.

– Muszę załatwić parę spraw. Potrzebujesz czegoś?

„Parę spraw”. Jaaasne. Następnego dnia przypadała pierwsza rocznica naszego ślubu. Mogłam się założyć, że „parę spraw” tak naprawdę oznaczało wyprawę po prezent dla mnie. Jamie zawsze robił zakupy na ostatnią chwilę – w dniu Wigilii albo dzień przed moimi urodzinami. Mój prezent dla niego od dwóch miesięcy czekał ukryty w pralni.

Ale zamiast wypominać mu wieczne zwlekanie ze wszystkim, tylko skinęłam głową.

– Tak, jeśli możesz. Mógłbyś zajrzeć do sklepu z alkoholami? – W ramach świętowania rocznicy zaprosiliśmy gości na wiosenne grillowanie, ale z mocniejszych trunków mieliśmy tylko ulubioną tequilę Jamiego.

– Kotku, mówiłem ci, nie potrzebujemy żadnych wymyślnych drinków. Kup jutro piwo w spożywczym, zrobimy u-booty.

– A ja, kochanie, mówiłam ci, że nie każdy lubi u-booty.

– Oczywiście, że każdy je lubi. To imprezowa klasyka.

Przewróciłam oczami i się roześmiałam.

– Nie urządzamy studenckiej balangi. Jesteśmy już dorośli i możemy sobie pozwolić na różnorodność. Przynajmniej kup likier do margarity.

– Dobra – mruknął. – Masz listę?

Przytaknęłam, ale kiedy chciałam zeskoczyć z blatu, nie pozwolił mi na to.

– Mogę cię o coś zapytać? – zagadnął poważnym tonem, marszcząc brwi.

– Oczywiście.

– Jesteśmy małżeństwem od niemal roku. Co najbardziej ci się podoba w byciu moją żoną?

Odgarnęłam jasne włosy, które zasłoniły jego niebieskie oczy.

– Najbardziej podoba mi się to, że mogę mówić, że jestem twoją żoną – odparłam bez wahania. – Za każdym razem czuję z tego powodu dumę. Tak jak wtedy, gdy jesteśmy w twojej szkole i podchodzą do mnie rodzice, żeby powiedzieć, jak bardzo ich dzieci lubią twoje zajęcia. Jestem taka dumna z tego, że jesteś mój.

Napięcie widoczne do tej pory na jego twarzy w jednej chwili zniknęło.

Nie byłam pewna, co sprowokowało to pytanie, ale miało ono sens. Zwłaszcza tego dnia, w wigilię naszej rocznicy.

Jamie cofnął się, ale złapałam go za kołnierzyk koszuli i z powrotem przyciągnęłam do siebie.

– Chwilunia. Teraz twoja kolej. Co ci się najbardziej podoba w naszym małżeństwie?

Uśmiechnął się krzywo.

– Że codziennie się ze mną kochasz. – Zarechotał, zadowolony z siebie.

– Jamie! – Uderzyłam go lekko w pierś. – Bądź poważny.

– Jestem poważny. O, i to, że dla mnie gotujesz. I że robisz za mnie pranie. Poważnie, kotku. Jestem ci za to niezmiernie wdzięczny.

– Żarty sobie stroisz?

Skinął głową i uśmiechnął się szeroko.

– Najbardziej podoba mi się, że to właśnie ja mogę obserwować, jak z dnia na dzień stajesz się piękniejsza.

Moje serce zatrzepotało.

– Kocham cię, Jamie Maysenie.

– Ja też cię kocham, Poppy Maysen.

Pochylił się i musnął moje wargi swoimi, drażniąc je przez króciutką chwilkę językiem, a potem się cofnął.

– Przyniosę ci listę zakupów. – Zeskoczyłam z blatu i sięgnęłam po przygotowaną wcześniej karteczkę.

– Okej. Zaraz wracam. – Wcisnął notatkę do kieszeni, pocałował mnie w czubek głowy i wyszedł.

Minęły trzy godziny, a on nie wrócił. Ilekroć dzwoniłam na jego komórkę, słyszałam sygnał, a potem włączała się poczta głosowa. Usiłowałam ignorować nerwowe ściskanie w żołądku. Po prostu robi zakupy. Jeszcze chwila i będzie w domu, i pójdziemy na obiad. Znając Jamiego, stracił poczucie czasu albo wpadł na kumpla i teraz siedzą przy piwie.

Wszystko jest w porządku.

Godzinę później wciąż go nie było.

– Jamie – zostawiłam wiadomość. – Gdzie jesteś? Robi się późno, a mieliśmy iść na obiad. Zgubiłeś telefon czy co? Wróć do domu albo oddzwoń. Zaczynam się martwić. – Rozłączyłam się.

Krążyłam po kuchni. Wszystko jest w porządku. Wszystko jest w porządku.

Minęła kolejna godzina. Zdążyłam zostawić mu jeszcze pięć wiadomości i obgryźć wszystkie paznokcie.

Minęła kolejna godzina. Zostawiłam piętnaście kolejnych wiadomości i zaczęłam obdzwaniać szpitale.

Szukałam numeru policji, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Rzuciłam telefon na sofę w salonie i pobiegłam do przedsionka, ale widząc przez przeszklenie mundur, na sekundę zastygłam w bezruchu. Żołądek podszedł mi do gardła. Boże, niech wszystko będzie w porządku.

Otworzyłam drzwi i wyszłam na ganek.

– Dzień dobry.

Policjant był poważny, idealnie wyprostowany, ale zielone oczy zdradzały prawdę. Nie chciał pukać do moich drzwi, tak jak ja nie chciałam go widzieć na moim ganku.

– Dzień dobry. Pani Poppy Maysen?

– Tak – wydusiłam z siebie, nim poczułam żółć w gardle.

Policjant lekko się rozluźnił.

– Pani Maysen, obawiam się, że przynoszę złą wiadomość. Czy zechciałaby pani wejść do środka i usiąść?

Pokręciłam głową.

– Chodzi o Jamiego?

Przytaknął. Czułam tak silny ucisk w klatce piersiowej, że nie mogłam oddychać, moje serce waliło jak oszalałe, aż rozbolały mnie żebra.

– Po prostu… Niech pan po prostu to powie – szepnęłam.

– Czy jest pani sama? Mogę po kogoś zadzwonić?

Znów pokręciłam głową.

– Niech pan powie. Proszę.

Odetchnął głęboko.

– Z przykrością muszę panią poinformować, pani Maysen, że pani mąż nie żyje.

Nic nie było w porządku.

Policjant jeszcze coś mówił, ale jego słowa zagłuszył huk mojego serca, które pękło z rozpaczy.

Niewiele pamiętam z tamtego wieczoru. Pamiętam, że przyszedł do mnie brat. Pamiętam, że zadzwonił do rodziców Jamiego, by powiedzieć im, że ich syna nie ma już wśród żywych – że został zabity podczas napadu na sklep monopolowy.

Pamiętam, że też chciałam umrzeć.

I pamiętam, że przez cały ten czas siedział przy mnie ten policjant.

ROZDZIAŁ 1

30. urodziny: kupić Poppy restaurację

Poppy

Pięć lat później…

– Gotowa? – zapytała Molly.

Rozejrzałam się po sali z uśmiechem.

– Tak. Tak myślę.

Moja restauracja miała zadebiutować następnego dnia. Marzyłam o tym od dziecka, a Jamie dzielił ze mną to marzenie. I teraz miało się spełnić.

The Maysen Jar2 – najnowsza restauracja w Bozeman w stanie Montana – mieścił się w dawnym warsztacie samochodowym. Przekształciłam zaniedbany, opuszczony budynek w moją przyszłość. Zniknęły powalane olejem cementowe podłogi. Zastąpił je parkiet z orzesznika ułożony w jodełkę. Zniknęła obskurna brama garażowa. Teraz gości witał rząd okien ciągnących się od sufitu do podłogi i podzielonych czarnymi szprosami. Usunięto kumulujące się przez dekady kleiste smary, brud i tłuszcz. Wyczyszczone ściany z czerwonej cegły odzyskały dawną świetność. Wysoki industrialny sufit lśnił świeżą bielą. Żegnajcie, klucze nasadowe i oczkowe, witajcie łyżki i widelce!

– Tak sobie myślałam… – Molly po raz czwarty wyrównała karty z menu. – Powinnyśmy zadzwonić do radia, dowiedzieć się, czy nie zrobiliby krótkiej audycji czy czegoś o otwarciu. Mamy reklamę w gazecie, ale radio też mogłoby się przydać.

Uporządkowałam słoik z długopisami przy kasie.

– Dobrze. Zadzwonię jutro.

Stałyśmy ramię przy ramieniu za ladą z tyłu sali. Nie mogłyśmy usiedzieć w miejscu – poprawiałyśmy rzeczy, których nie trzeba było poprawiać, i przeorganizowywałyśmy te, które już kilkakrotnie zostały przeorganizowane. W końcu powiedziałam na głos coś, co obie czułyśmy.

– Niepokoję się.

Molly sięgnęła po moją dłoń.

– Poradzisz sobie. To twoje marzenie. A ja będę wspierać cię na każdym kroku.

Oparłam się na jej ramieniu.

– Dziękuję. Za wszystko. Za to, że pomogłaś mi to rozkręcić. Że zgodziłaś się zostać menedżerką. Bez ciebie nie dałabym rady.

– Pewnie, że dałabyś radę, ale cieszę się, że mogę być częścią tego przedsięwzięcia. – Ścisnęła moją dłoń, a potem puściła ją i przebiegła palcami po blacie z czarnego marmuru. – Chciałam…

Drzwi otworzyły się, w progu stanął starszy mężczyzna o lasce. Rozejrzał się po sali, przebiegł wzrokiem po wypełniających ją czarnych stołach i krzesłach, w końcu dostrzegł mnie i Molly.

– Witam! – zawołałam. – Czy mogę panu w czymś pomóc?

Zsunął szary kaszkiet i wcisnął pod ramię.

– Tylko się rozglądam.

– Pan wybaczy – powiedziała Molly – restauracja będzie czynna dopiero jutro.

Zignorował ją i wolnym krokiem zaczął dreptać główną „alejką”. Lokal nie był duży – niegdysiejszy warsztat miał tylko dwa stanowiska. Od drzwi do lady dzieliło mnie dokładnie siedemnaście kroków. Starszy pan wyglądał, jakby musiał przewędrować całą Saharę. Robił małe kroczki i regularnie przystawał, żeby się rozejrzeć. W końcu dotarł do nas i zajął drewniany stołek barowy naprzeciw Molly.

Gdy jej szeroko otwarte brązowe oczy napotkały moje, wzruszyłam ramionami. Włożyłam w tę restaurację wszystko, co miałam – serce, duszę i zaskórniaki – nie mogłam zniechęcić potencjalnego klienta, nawet jeśli lokal nie jest jeszcze otwarty.

– W czym mogę pomóc?

Mężczyzna sięgnął po leżące obok Molly menu. Pogmerał chwilę w równo ułożonym stosiku, w końcu przysunął jedną kartę do siebie.

Powstrzymałam śmiech, widząc skrzywioną minę przyjaciółki. Wyraźnie świerzbiły ją palce, żeby wyrównać zwichrowaną kupkę, ale powstrzymała się i zamiast tego powiedziała:

– Pójdę dokończyć na zapleczu.

– Dobrze.

Odwróciła się i zniknęła w kuchni. Gdy wahadłowe drzwi się za nią zamknęły, skupiłam się na mężczyźnie, który zdawał się uczyć na pamięć menu.

– Słoiki? – zapytał.

Uśmiechnęłam się.

– Tak, słoiki. Większość potraw serwujemy w słoikach Masona. – Poza kanapkami i śniadaniowymi wypiekami skomponowałam menu z dań, które można podać w słoikach.

Tak właściwie to wpadł na to Jamie. Niedługo po naszym ślubie. Choć zawsze marzyłam, żeby otworzyć restaurację, nie wiedziałam, w czym tak naprawdę chciałabym się specjalizować. Aż do tego wieczoru, kiedy eksperymentowałam z pomysłami, które znalazłam na Pintereście. Zrobiłam pyszny jabłecznik w słoiczkach, a Jamie się w nich zakochał. Resztę nocy spędziliśmy na wymyślaniu pomysłów na restaurację, której motywem przewodnim byłyby słoiki.

Jamie, byłbyś taki dumny z tego miejsca. Poczułam znajome ukłucie, ale zamiast rozpamiętywać przeszłość, skoncentrowałam się na swoim pierwszym kliencie.

– Czy chciałby pan czegoś spróbować?

Nie odpowiedział. Odłożył menu i zapatrzył się w tablicę oraz półki za moimi plecami.

– Zrobiła pani literówkę.

– Mam na nazwisko Maysen, tak jak w nazwie restauracji.

– Hm – mruknął, moja fantazja wyraźnie nie zrobiła na nim większego wrażenia.

– Oficjalne otwarcie nastąpi dopiero jutro, ale może miałby pan ochotę na bezpłatną degustację?

Wzruszył ramionami.

Nie zrażając się brakiem entuzjazmu i zrzędliwością gościa, podeszłam do przeszklonej lodówki obok kasy, wyjęłam ulubiony deser Jamiego i wstawiłam do opiekacza. Potem położyłam serwetkę i łyżkę przed mężczyzną, który wciąż badawczo się wszystkiemu przyglądał.

Ignorując grymas na jego twarzy, czekałam na dzwonek opiekacza. Rozejrzałam się i poczułam, że moje serce pęka z dumy. Jeszcze tego ranka nadawałam pomieszczeniu ostatnie szlify. Wieszałam obrazy, stawiałam świeże kwiaty na każdym stole. Trudno mi było uwierzyć, że to ten sam budynek, do którego weszłam rok temu. Że w końcu udało mi się zamienić smród benzyny na aromat cukru i przypraw. Doszłam do wniosku, że nieważne, co się stanie z restauracją – czy poniesie sromotną klęskę, czy odniesie sukces, o jakim mi się nie śniło – zawsze będę dumna z tego, co udało mi się osiągnąć. Dumna i wdzięczna.

Zrzucenie z siebie brzemienia śmierci Jamiego zajęło mi niemal cztery lata. Tyle czasu trwało, nim spowijająca mnie czarna mgła rozpaczy zaczęła szarzeć. A ten lokal dał mi w ostatnim roku powód do życia. Tutaj nie byłam dwudziestodziewięcioletnią wdową usiłującą znaleźć w sobie siłę, by przetrwać kolejny dzień. Tutaj byłam właścicielką, kobietą interesu. Miałam kontrolę nad swoim życiem i przeznaczeniem.

Dzwonek opiekacza wyrwał mnie z zadumy. Włożyłam rękawicę kuchenną i wyjęłam słoiczek, pozwalając, by owionął mnie aromat jabłek, masła i cynamonu. Sięgnęłam do zamrażarki po moje ulubione lody waniliowe i położyłam porcję na kratce z ciasta, zdobiącej wierzch jabłecznika. Zawinęłam gorący słoiczek w czarną materiałową serwetkę i postawiłam przed zrzędliwym staruszkiem.

– Smacznego. – Powstrzymałam uśmieszek zadowolenia.

Byłam pewna, że gdy tylko gość zacznie jeść, uda mi się go do siebie przekonać.

Patrzył na słoiczek przez całą minutę, pochylając się, by obejrzeć deser z każdej strony. W końcu podniósł łyżkę. Już z pierwszym kęsem z jego gardła wyrwał się mimowolny pomruk zadowolenia.

– Słyszałam – zażartowałam.

Wymamrotał coś pod nosem, po czym wziął kolejny parujący kęs. I jeszcze jeden. Nie trzeba było dużo czasu, by jabłecznik zniknął. Pochłonął go, podczas gdy ja udawałam, że sprzątam.

– Dziękuję – powiedział cicho.

– Proszę bardzo. – Zabrałam słoiczek i sztućce i wstawiłam do plastikowej miednicy na brudne naczynia. – Czy chciałby pan coś na wynos? Może na deser po obiedzie?

Wzruszył ramionami.

Uznałam to za odpowiedź twierdzącą i przygotowałam papierową torebkę z uszami. Oprócz słoiczka z tartą jagodową z kruszonką włożyłam tam menu oraz instrukcję dotyczącą odgrzewania. Postawiłam torebkę na blacie obok mężczyzny.

– Ile? – Sięgnął po portfel.

Machnęłam ręką.

– Na koszt firmy. To prezent dla pana jako naszego pierwszego klienta, panie…

– James. Randall James.

Spięłam się, słysząc to nazwisko. Tak się działo, ilekroć natykałam się na imię Jamie albo James, albo inne jego zdrobnienie – ale pozwoliłam, żeby napięcie po mnie spłynęło. Cieszyłam się, że jest już lepiej. Przed pięcioma laty wybuchłabym płaczem. Teraz ból był do wytrzymania.

Mężczyzna otworzył torebkę i zerknął do środka.

– Dania na wynos też dajecie w słoikach?

– Tak, jak najbardziej. Jeśli odniesie pan słoik, dostanie pan zniżkę na następny zakup.

– Hm – mruknął, zamykając torebkę.

Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa. Z każdą sekundą atmosfera stawała się coraz bardziej niezręczna, jednak nie przestawałam się uśmiechać.

– Jest pani stąd? – zapytał w końcu.

– Mieszkam w Bozeman od czasu studiów, ale nie, dorastałam na Alasce.

– Na północy mają takie wymyślne słoikowe restauracje?

Roześmiałam się.

– Nic mi o tym nie wiadomo, choć dawno tam nie byłam.

– Hm.

Hm. Przyrzekłam sobie w duszy nigdy więcej nie odpowiadać na pytanie „hm”. Podczas tej rozmowy zrozumiałam, jakie to irytujące.

Cisza wróciła. Molly łomotała czymś w kuchni, zapewne rozładowywała zmywarkę. Mimo że chciałam jej pomóc, nie mogłam zostawić Randalla samego.

Zerknęłam na zegarek. Musiałam przygotować jeszcze śniadaniowe kisze, a na wieczór miałam plany. Nie było w nich miejsca na tkwienie za ladą, podczas gdy ten człowiek w myślach punktował moją restaurację.

– Ja, yyy…

– Zbudowałem to miejsce.

– Warsztat? – spytałam, zaskoczona niespodziewanym oświadczeniem.

Pokiwał głową.

– Pracowałem w firmie, która zbudowała go w latach sześćdziesiątych.

Teraz jego inspekcja nabrała sensu.

– No i co pan myśli?

Zwykle nie przejmowałam się opiniami innych – zwłaszcza zrzędliwych nieznajomych – ale z jakiejś przyczyny zależało mi na akceptacji Randalla. Dobre słowo przed zbliżającym się dniem otwarcia od osoby z zewnątrz, nienależącej do rodziny albo ekipy remontowej, podniosłoby mnie na duchu.

Staruszek bez słowa wcisnął kaszkiet na głowę, zsunął się ze stołka, zawiesił torebkę na nadgarstku jednej ręki, drugą chwycił laskę i zaczął swoją ślimaczą wędrówkę do drzwi. Sfrustrowana, pomyślałam, że może mój jabłecznik nie jest aż tak magiczny, jak twierdził Jamie. Usatysfakcjonowałby mnie jakikolwiek znak, że przyjemnie spędził tutaj czas. Gdy mężczyzna przystanął przy drzwiach i spojrzał przez ramię, odżyła we mnie nadzieja.

– Powodzenia, pani Maysen – powiedział i puścił mi oko.

– Dziękuję, panie James.

Stałam z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, nawet gdy się odwrócił i przestąpił próg. Ale gdy tylko zniknął mi z oczu, wyrzuciłam ramiona w górę, bezgłośnie wołając: „Tak!”.

Nie byłam pewna, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę Randalla Jamesa, ale traktowałam jego słowa na pożegnanie jako błogosławieństwo, którego tak potrzebowałam.

To musi się udać. Restauracja jest skazana na sukces. Czułam to w kościach.

Nie minęło trzydzieści sekund, odkąd Randall zniknął za rogiem, kiedy drzwi znowu się otworzyły i do środka wpadła mała dziewczynka.

– Ciociu Poppy!

Wyszłam zza lady i uklęknęłam, przygotowana na zderzenie.

– Kali, robaczku! Przytulasek?

Kali, moja czteroletnia bratanica, zachichotała. Jej różowa letnia sukienka szeleściła, kiedy mała do mnie biegła. Brązowe pukle – takie same jak u Molly – podskakiwały na ramionach, kiedy rzuciła mi się na szyję. Pocałowałam ją w policzek i połaskotałam, ale szybko puściłam, bo wiedziałam, że nie jest tu z mojego powodu.

– Gdzie mamusia?

– W kuchni. – Wskazałam głową.

– Mamusiu! – zawołała Kali i pobiegła na zaplecze.

Kiedy wstałam, dzwonek u drzwi znowu się odezwał. Do środka wszedł mój brat Finn, z dwuletnim Maxem na ręku.

– Cześć. – Przytulił mnie niezdarnie. – Jak się masz?

– Dobrze. – Ścisnęłam go w pasie, a potem wspięłam się na palce i pocałowałam w policzek bratanka. – A ty?

– W porządku.

Wiedziałam, że to nieprawda, ale powstrzymałam się od komentarzy.

– Napijesz się czegoś? Mogę zrobić twoje ulubione karmelowe latte.

– Pewnie. – Skinął głową i postawił Maxa na podłodze, kiedy Molly i Kali wyszły z kuchni.

– Mama! – Twarz Maxa rozjaśniła się, kiedy podreptał do Molly.

– Max! – Molly podniosła go, przytuliła mocno i wycałowała pucułowate policzki. – Och, tęskniłam za tobą, kochanie. Dobrze się bawiłeś u tatusia?

Max przytulił się do niej bez słowa, podczas gdy Kali kurczowo trzymała się jej nogi.

Dzieci ciężko przeżyły rozwód Finna i Molly. Oglądanie nieszczęśliwych rodziców i ciągłe przenoszenie się z jednego domu do drugiego wciąż dawało im się we znaki.

– Cześć, Finn. Jak się masz? – W głosie Molly było słychać nadzieję, że będzie dla niej choć trochę miły.

– W porządku – mruknął krótko, nawet na nią nie spojrzawszy.

Uśmiech na jej twarzy zgasł, ale szybko odzyskała rezon, skupiając się na dzieciach.

– Zabierzemy moje rzeczy z biura i możemy iść do domu pobawić się przed obiadem.

– Do zobaczenia jutro! – Pomachałam im na pożegnanie.

Molly pokiwała głową i obdarzyła mnie szerokim uśmiechem.

– Już nie mogę się doczekać – dodała. – Będzie wspaniale, Poppy. Jestem tego pewna.

Odpowiedziałam mojej przyjaciółce i eksszwagierce równie szerokim uśmiechem.

– Dzięki, Molly.

Gdy Finn pocałował dzieci na pożegnanie, Molly spojrzała na niego, oczekując, że z nią też się pożegna, ale on ją zignorował i zajął stołek opuszczony przez Jamesa Randalla.

– Cześć, Finn – szepnęła Molly i przez kuchnię poprowadziła dzieci do małego biura.

Usłyszeliśmy trzask drzwi.

Finn jęknął i ukrył twarz w dłoniach.

– To wszystko jest do dupy.

– Przykro mi. – Poklepałam go po ramieniu i wróciłam za ladę, by zrobić mu kawę.

Rozwiedli się zaledwie cztery miesiące wcześniej, a teraz oboje z trudem usiłowali dostosować się do nowej sytuacji – różnych domów, grafików opieki i niezręcznych spotkań. Najgorsze było to, że wciąż się kochali. Molly robiła wszystko, żeby Finn choć odrobinę jej przebaczył. Finn robił wszystko, żeby jej odpłacić pięknym za nadobne.

Jako przyjaciółka Molly i siostra Finna znalazłam się między młotem a kowadłem, ale próbowałam oboje sprawiedliwie obdarzać miłością i wsparciem.

– Gotowa na jutro? – Finn oparł łokcie na blacie i obserwował, jak szykuję latte.

– Tak. Muszę jeszcze tylko przygotować parę rzeczy do śniadaniowego menu.

– Masz ochotę na obiad ze mną? Mogę poczekać, aż skończysz.

Zesztywniałam i nie odwróciłam się od ekspresu.

– Um, tak właściwie to mam plany na wieczór.

– Plany? Jakie plany?

Zdziwienie w jego głosie nie było dla mnie zaskoczeniem. W ciągu pięciu lat od śmierci Jamiego rzadko kiedy miałam jakieś plany, które nie dotyczyły brata albo Molly. Straciłam kontakt ze wszystkimi znajomymi z college’u. Jedyna przyjaciółka, z którą wciąż rozmawiałam, to Molly. A najbliższa nawiązania nowej znajomości byłam podczas rozmowy z Randallem.

Finn zapewne ucieszył się, gdy pomyślał, że wreszcie mam towarzystwo i robię coś nowego. To ostatnie w zasadzie było zgodne z prawdą. Nie łudziłam się jednak, że pochwali moje plany.

– Idę na zajęcia karate – wydusiłam z siebie i zaczęłam podgrzewać mleko.

Czułam, jak brat wbija we mnie wzrok. Kiedy podawałam mu gotowe latte, wciąż piorunował mnie spojrzeniem.

– Poppy, nie. Przecież rozmawialiśmy o tym, że zrezygnujesz z tej listy.

– Rozmawialiśmy, ale nie pamiętam, żebym się z tobą zgodziła.

Finn uważał, że to dla mnie niezdrowe.

Ja uważałam, że to dla mnie konieczne.

Bo może jeśli zrealizuję wszystkie punkty z listy Jamiego, w końcu pozwolę mu odejść.

Finn nabzdyczył się i od razu wytoczył swój koronny argument:

– To może ci zająć lata.

– I co z tego?

– To, że nie przywrócisz go w ten sposób do życia. On odszedł, Poppy, a ty próbujesz zatrzymać przeszłość. Nigdy nie ruszysz do przodu, jeśli nie pozwolisz mu odejść.

– Wiem, że odszedł – warknęłam. W gardle czułam piekące łzy. – Świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że Jamie do mnie nie wróci, ale decyzja należy do mnie. Chcę zrealizować jego listę. Mógłbyś przynajmniej okazać mi wsparcie. Poza tym nie masz prawa wyrzucać mi, że nie chcę iść do przodu.

– To co innego – zaoponował.

– Naprawdę?

Mierzyliśmy się wzrokiem. Ciężko oddychałam. Siłą powstrzymałam mruganie.

On złamał się pierwszy.

– Przepraszam. – Zgarbił się. – Po prostu chcę, żebyś była szczęśliwa.

– Wiem, ale, proszę… – przykryłam jego dłoń swoją – spróbuj mnie zrozumieć.

Pokręcił głową.

– Nie mogę. Nie pojmuję, dlaczego chcesz przez to przechodzić. Ale jesteś moją siostrą i cię kocham, więc spróbuję.

– Dziękuję. – Ścisnęłam jego rękę. – Też zależy mi na twoim szczęściu. Może zamiast jeść obiad ze mną, poszedłbyś do Molly? Moglibyście porozmawiać, gdy dzieci pójdą spać.

Tak energicznie pokręcił głową, że kilka rdzawych kosmyków opadło mu na twarz.

– Kocham ją – powiedział, nie spuszczając wzroku z blatu. – Zawsze będę ją kochać, ale nie mogę jej wybaczyć tego, co zrobiła. Po prostu… nie mogę.

Żałowałam, że nie chce bardziej się postarać. Nie mogłam patrzeć na jego rozpacz. I jej. Gdybym mogła odzyskać Jamiego, zrobiłabym to w jednej chwili, nieważne, jakie błędy by popełnił.

– A więc karate? – zapytał Finn, by zmienić temat.

Nie pochwalał mojej decyzji o zrealizowaniu punktów z listy Jamiego, mimo to wolał rozmawiać o tym niż o swoim nieudanym małżeństwie.

– Tak. Umówiłam się na dziś wieczór na próbne zajęcia. – Ostry trening dzień przed wielkim otwarciem nie był zapewne najlepszym pomysłem, ale chciałam mieć to za sobą, nim restauracja ruszy, bo potem mogłabym okazać się zbyt zajęta albo stchórzyć.

– No to jutro będziesz mogła odhaczyć dwa punkty z listy. Otwarcie restauracji i lekcję karate.

– Tak właściwie – podniosłam palec i poszłam po torbę, którą położyłam przy kasie, pogrzebałam chwilę w jej przepastnym wnętrzu, aż wyczułam palcami skórzany dziennik Jamiego – to zamierzam odhaczyć restaurację już dzisiaj.

Nie zdążyłam jeszcze zrealizować wielu punktów z listy Jamiego, ale ilekroć udało mi się coś doprowadzić do skutku, zalewałam się łzami. Otwarcie restauracji miało być jednym z największych powodów do dumy w moim życiu. Nie chciałam łez.

– Zrobisz to ze mną? – zapytałam.

Uśmiechnął się.

– Wiesz, że zawsze będę przy tobie, czegokolwiek byś potrzebowała.

Wiedziałam.

Przez ostatnie pięć lat Finn był moją opoką. Nie sądzę, bym przetrwała śmierć Jamiego bez jego pomocy.

– Okej. – Wzięłam nierówny oddech i sięgnęłam po długopis ze słoika przy kasie.

Przerzucałam strony, aż dotarłam do trzydziestych urodzin i starannie odhaczyłam okienko w prawym górnym rogu.

Jamie przeznaczył na każde urodziny osobną stronę. Chciał mieć miejsce na notatki albo zdjęcia. Nie dane mu było uzupełnić tych zapisków. Z kolei ja, choć realizowałam jego listę, nie mogłam się do tego zmusić. Kiedy wprowadzałam w życie jakiś punkt, po prostu zaznaczałam kwadracik i ignorowałam wiersze, które na zawsze miały pozostać puste.

Tak jak się spodziewałam, gdy tylko zamknęłam dziennik, z gardła wyrwał mi się szloch. Nim upadła pierwsza łza, Finn obszedł ladę i mnie objął.

„Tęsknię za tobą, Jamie”. Tęskniłam za nim aż do bólu. To niesprawiedliwe, że nie dane mu było urzeczywistnić swoich marzeń. To niesprawiedliwe, że jego życie zostało skrócone, bo poprosiłam go, żeby zrobił te głupie zakupy. To niesprawiedliwe, że osoba odpowiedzialna za jego śmierć wciąż żyje i przebywa na wolności.

To niesprawiedliwe.

Zalała mnie powódź emocji. Kolejne łzy wsiąkały w granatową koszulę Finna.

– Proszę, Poppy – szeptał w moje włosy. – Proszę, zastanów się, czy nie lepiej zrezygnować z tej listy. Nie cierpię tego, że doprowadza cię do płaczu.

Pociągnęłam nosem i wytarłam oczy, z całych sił starałam się powstrzymać łzy.

– Muszę – powiedziałam, walcząc z czkawką. – Muszę to zrobić. Nawet jeśli zajmie mi to parę lat.

Nie odpowiedział. Tylko przytulił mnie mocniej.

Staliśmy tak przez kilka minut, aż doszłam do siebie i wysunęłam się z jego ramion. Nie chcąc widzieć litości w jego oczach, rozejrzałam się po restauracji. Mogłam sobie na nią pozwolić tylko dzięki pieniądzom z ubezpieczenia na życie Jamiego.

– Myślisz, że podobałoby mu się tutaj?

Finn objął mnie ramieniem.

– Na pewno. I byłby z ciebie taki dumny.

– To była jedyna rzecz na liście nie dla niego.

– Sądzę, że nie masz racji. Była dla niego. Największą radość sprawiało mu spełnianie twoich marzeń.

Uśmiechnęłam się. Finn miał rację. Jamie byłby podekscytowany tym miejscem. Tak, to było moje marzenie, ale należałoby też do niego.

Wytarłam oczy i odłożyłam dziennik.

– Lepiej zrobię co trzeba i pójdę na zajęcia.

– W razie czego zadzwoń. Będę w domu. Sam.

– Jak mówiłam, zawsze możesz zjeść obiad z rodziną. – Gdy spiorunował mnie spojrzeniem, podniosłam ręce w obronnym geście. – To tylko taki pomysł.

Pocałował mnie w policzek i wziął duży łyk kawy.

– Będę się zbierać.

– Ale wpadniesz jutro?

– Nie przegapiłbym tego za nic w świecie. Jestem z ciebie dumny, siostrzyczko.

Też byłam z siebie dumna.

– Dzięki.

Podeszliśmy do drzwi, zamknęłam za nim, a potem pospieszyłam do kuchni. Zabrałam się do gotowania. Przyrządziłam tacę kiszów i wstawiłam na noc do lodówki, tak by rano upiec je na świeżo. Gdy alarm w zegarku rozbrzmiał zaledwie minutę później, wzięłam głęboki oddech.

Karate.

Szłam dziś na zajęcia karate. Sztuki walki w ogóle mnie nie interesowały, ale nie mogłam zrezygnować. Dla Jamiego.

Pospieszyłam do łazienki i zamieniłam dżinsy i biały top na czarne legginsy i sportowy bezrękawnik w kolorze kasztanowym. Długie rude włosy związałam w koński ogon, sięgał aż za biustonosz sportowy. Na stopy wsunęłam antracytowe tenisówki. Wyszłam od strony zaplecza.

Do szkółki karate dotarłam swoim zielonym sedanem. Nie zajęło mi to wiele czasu. Bozeman było najszybciej rozwijającym się ośrodkiem w Montanie i mocno się zmieniło, odkąd przyjechałam tu studiować, jednak by dostać się z jednego końca miasteczka na drugi, wystarczyło nie więcej niż dwadzieścia minut – zwłaszcza w czerwcu, kiedy w college’u trwała letnia przerwa.

Nim zaparkowałam, żołądek podszedł mi do gardła, trzęsłam się jak osika. Wysiadłam z samochodu i weszłam do budynku z szarej cegły.

– Cześć! – powitała mnie siedząca w recepcji jasnowłosa nastolatka.

Nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat. Jej biały uniform był przewiązany czarnym pasem.

– Cześć – szepnęłam.

– Przyszłaś na zajęcia próbne?

Pokiwałam głową i w końcu odzyskałam głos.

– Tak, dzwoniłam w tym tygodniu. Nie pamiętam nazwiska mężczyzny, z którym rozmawiałam, ale powiedział, że mogę dziś po prostu przyjść i zobaczyć co i jak.

– Super! Zaraz przyniosę formularze, które musisz wypełnić. Sekundę.

Dziewczyna zniknęła w biurze za recepcją. Wykorzystałam tę chwilę, by się rozejrzeć. Półki wypełniały trofea. Na ścianach w równych rzędach wisiały oprawione certyfikaty w języku angielskim i japońskim. Wolne miejsca zajmowały zdjęcia uśmiechniętych uczniów.

Na szerokim podwyższeniu za recepcją, wypełnionym rozkładanymi krzesłami, zebrali się rodzice. Dumni ze swoich pociech siedzieli przed długą szybą wychodzącą na salę. Za szybą dzieci w białych strojach przewiązanych żółtymi pasami ćwiczyły ciosy i kopnięcia – niektóre miały większą koordynację, inne mniejszą, ale wszystkie były urocze.

– Proszę. – Blondynka wróciła z kilkoma kartkami i długopisem.

– Dziękuję. – Szybko wpisałam nazwisko i podpisałam konieczne oświadczenia. – Czy muszę się przebrać?

Spojrzałam na swój strój rodem z klubu fitness. Przy tych wszystkich białych uniformach czułam się nie na miejscu.

– Dziś możesz ćwiczyć w tym ubraniu. Jeśli zdecydujesz się zapisać na kolejne zajęcia, znajdziemy ci gi. – Sięgnęła do klapy swojego uniformu. – Pozwól, że cię oprowadzę.

Odetchnęłam głęboko, uśmiechnęłam się do rodziców, którzy odwrócili się i zmierzyli mnie wzrokiem, a potem przeszłam za dziewczyną na drugą stronę recepcji do poczekalni. Otworzyła drzwi z napisem „Panie”.

– Możesz skorzystać z dowolnego haka czy wieszaka. Na terenie dojo nie nosimy obuwia. Buty i kluczyki zostaw tutaj. Jak widzisz, szafki nie są zamykane – roześmiała się – ale tutaj nikt nie kradnie.

– Dobrze. – Ściągnęłam tenisówki i położyłam w pustej szafce razem z kluczykami do samochodu.

Cholera. Powinnam była zrobić pedicure. Czerwony lakier, którym pomalowałam paznokcie tygodnie temu, poodpryskiwał miejscami i zmatowiał.

– A tak przy okazji, jestem Olivia. – Nachyliła się do mnie i szepnęła: – Tutaj możesz zwracać się do mnie po imieniu, ale w poczekalni albo w dojo powinnaś zawsze tytułować mnie Olivia sensei.

– Jasne. Dziękuję.

– Za kilka minut skończą się zajęcia dla dzieci. – Wyszłyśmy z szatni. – Możesz poczekać tutaj, niedługo zaczniemy.

– Dobrze. Jeszcze raz dziękuję.

Uśmiechnęła się i zniknęła w recepcji.

Stałam, starając się stopić z białymi ścianami, a jednocześnie zerkałam zaciekawiona w stronę salki – a nie, poprawiłam sama siebie, dojo.

Zajęcia się skończyły. Dzieci ustawiły się w rzędzie na niebieskich matach. Stały przodem do ściany wyłożonej lustrami. Jeden z chłopców przebierał palcami stóp. Dwie dziewczynki szeptały między sobą, chichocząc. Instruktor – nie, sensei – poprosił uczniów o uwagę, a ci natychmiast się wyprostowali, po czym zgięli w pasie w głębokim ukłonie. Potem sala wypełniła się śmiechem i radosnymi pokrzykiwaniami. Maluchy wysypały się za drzwi. Większość nie zwracała na mnie uwagi, szukając rodziców albo biegnąc do przebieralni.

Moje zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Wiedziałam, że za chwilę będę musiała wejść. Zaczęli schodzić się inni dorośli uczniowie. Nagle jeszcze wyraźniej dotarło do mnie, że będę na sali jedyną osobą nieodzianą w biel.

Nie znoszę być nowa. Niektórzy rozkoszują się niespokojną atmosferą pierwszego dnia w nowej szkole albo w pracy, ale nie ja. Nie cierpię nerwowej energii przepełniającej mnie aż do czubków palców. Poza tym nie chciałam się wygłupić.

Tylko się nie wyłóż.

Takie były moje dwa cele na ten wieczór: przetrwać i zachować pozycję pionową.

Uśmiechnęłam się do kobiety, która wyszła z szatni. Pomachała do mnie, ale dołączyła do grupy mężczyzn stojących pod ścianą naprzeciwko. Nie chcąc podsłuchiwać ich rozmowy, zajęłam się obserwowaniem szalejących wokół rozkrzyczanych dzieci. Nie chciałam, żeby ktokolwiek myślał, że się boję, więc zmusiłam się, by podnieść kąciki ust w lekkim uśmiechu.

Zaraz opadły.

Do poczekalni wszedł mężczyzna, którego nie widziałam od pięciu lat, jednego miesiąca i trzech dni.

Policjant, który powiedział mi, że mój mąż został zamordowany.

ROZDZIAŁ 2

26. urodziny: wziąć udział w zajęciach karate

Cole

Poppy Maysen.

Kurwa mać.

Poppy Maysen stoi w moim dojo.

– Cześć, sensei.

– Cześć.

Odwróciłem wzrok od Poppy, by odpowiedzieć mijającemu mnie uczniowi, ale już po chwili moje spojrzenie powędrowało w jej kierunku. Stała zmartwiała przy ścianie naprzeciwko, wpatrywała się we mnie, jakby zobaczyła ducha.

Ile czasu minęło? Pięć lat? Kiedy widziałem ją ostatnim razem, spała na sofie w salonie, trzęsąc się w szponach koszmaru, który sprowadziłem do jej domu.

A teraz stoi tutaj. Ubrana w strój sportowy, czeka na rozpoczęcie zajęć. Moich zajęć.

– Hej, Cole. – Danny, nastolatek z czarnym pasem, klepnął mnie w ramię na powitanie.

Stałem na drodze osób wchodzących do przebieralni i z nich wychodzących, gapiąc się na Poppy jak głupek.

– Hej, Danny.

Oderwałem od niej wzrok i przesunąłem się na bok. Gdy spojrzałem na nią znowu, trwała w zdrętwiałym osłupieniu.

Co dzieje się w jej głowie? Czy chce uciec? Moja twarz pewnie spowodowała napływ złych wspomnień. A to, że stoję i się na nią gapię, w niczym nie pomaga.

Cholera. Zmusiłem się, żeby pójść do szatni. Przechodząc, kiwnąłem głową w stronę Poppy. Nie miałem większych nadziei, że zastanę ją w poczekalni, gdy tam wrócę. Gdyby jednak została, postanowiłem, że podejdę się przywitać. Może te kilka minut pozwoli jej (i mnie) ochłonąć po niespodziewanym spotkaniu.

– Cześć, Cole sensei.

– Cześć, chłopcy. – Przywitałem kilku młodszych uczniów, którzy zawiązywali buty. – Nauczyliście się dziś czegoś nowego?

Jeden przez drugiego zaczęli opowiadać o nowych ciosach, które poznali na zajęciach, choć żaden nie pamiętał ich japońskich nazw. Wyłączyłem się, rzuciłem torbę na ławkę i przeczesałem ręką włosy.

Poppy Maysen.

Co robiła przez ostatnie pięć lat? Co stało się z jej życiem? Nie sprawdzałem, co się z nią działo po tej strasznej nocy, ale teraz tego żałowałem.

Wciąż jest piękna.

Luźne długie miedzianoczerwone fale. Skóra tak nieskazitelna i kremowa niczym roztopione lody, pozbawiona typowych dla rudzielca piegów – poza kilkoma na mostku nosa. I te chabrowe oczy. Absolutnie zniewalające, jak wtedy na ganku. Nigdy nie zapomnę chwili, w której płonący w nich ogień zgasł.

– Cześć, sensei!

– Cześć! – zawołałem za wychodzącymi chłopcami. Miałem nadzieję, że nie powiedzieli nic ważnego, bo nie zarejestrowałem ani słowa.

Cholera. Poppy Maysen.

Co i raz wpadałem na ludzi z przeszłości, ale żadne z tych spotkań nie wstrząsnęło mną tak bardzo. Jeśli się nie opanuję, dam ciała podczas zajęć.

Potarłem twarz, zdjąłem okulary przeciwsłoneczne i szmyrgnąłem je na ławkę. Otworzyłem torbę i pospiesznie zrzuciłem z siebie dżinsy i czarne polo, założyłem gi i przewiązałem się czarnym pasem. Wciągnąłem w płuca powietrze. W szatni przebierało się jeszcze kilku innych facetów, ale stałem odwrócony do nich plecami, potrzebowałem minuty, żeby zebrać myśli.

Czy znalazła sposób na to, by rozpalić ogień, który niegdyś buzował w jej oczach? Bardzo chciałem się tego dowiedzieć. Oczywiście jeśli nie zdążyła uciec, by nigdy już tutaj nie wrócić.

– Do zobaczenia na sali. – Skinąłem głową i otworzyłem drzwi.

Poppy wciąż stała w tym samym miejscu pod ścianą. Obserwowała tłum w poczekalni. Było głośno, bo wszyscy schodzili się przed zajęciami, nie zauważyła, że wyszedłem z szatni. Mimo wyraźnego zdenerwowania miała na twarzy spokojny uśmiech.

Powabna siła.

Poppy wręcz promieniowała powabną siłą. To samo pomyślałem lata temu. Nigdy nie widziałem, by ktoś tak zrozpaczony był jednocześnie tak opanowany. Nie krzyczała, nie płakała, nie oskarżała mnie o nic. Po prostu… trzymała fason. Odkąd pracuję w Bozeman, nie widziałem nikogo innego – gliny czy cywila – kto radziłby sobie z traumą w ten sposób.

Poppy jeszcze mnie nie zauważyła, więc wykorzystałem to i ukradkiem zająłem miejsce obok niej, nachyliłem się i szepnąłem:

– Cześć.

Spojrzała na mnie, przełknęła ślinę i zamrugała. Podczas gdy ja się przebierałem, ona najwyraźniej przygotowała się na nasze spotkanie.

– Cześć.

Cześć. Nawet jej głos robił na mnie wrażenie. Pięć lat temu emanowała bólem. Ale teraz? Brzmiał tak czysto. Nie słychać w nim było miękkości czy lęku. Ani znużenia albo szorstkości. To był najczystszy głos, jaki kiedykolwiek słyszałem.

Nonszalancko wytarłem spocone dłonie i wyciągnąłem do niej rękę.

– Jestem Cole Goodman.

– Poppy Maysen.

Pokiwałem głową.

– Pamiętam.

Wzrok Poppy powędrował w kierunku mojej wyciągniętej ręki i z powrotem do twarzy. Potem, powoli, jej delikatne palce wsunęły się w moje. Gdy poczułem dotyk jej miękkiej skóry, po ramieniu przebiegł mi dreszcz.

Zamarłem, oddech Poppy uwiązł w gardle.

Patrzyliśmy na siebie, nie zwalniając uścisku. Pewnie w oczach otaczających nas ludzi wyglądaliśmy jak wariaci, ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Dłoń Poppy wciąż dotykała mojej, a ona nie zrobiła nic, by ją cofnąć.

– Cole! Masz chwilę? – Robert zawołał z biura.

– Jasne! – Przytrzymałem rękę Poppy jeszcze sekundę, a potem ją puściłem i poszedłem w jego kierunku.

Nie cierpiałem każdego kroku, który mnie od niej oddalał.

Robert, mój instruktor i właściciel dojo, siedział przy biurku i przeglądał stos wiadomości. Na nosie chybotały mu się okulary do czytania. Jego włosy zaczęły się przerzedzać w zeszłym roku i w tym tygodniu zszokował nas wszystkich, przychodząc do dojo ogolony na zero. Robert uczył mnie karate od niemal dwóch dekad, zacząłem jeszcze w szkole średniej, jego nowy wygląd wciąż zbijał mnie z tropu.

– Co jest? – Usiadłem na krześle przed biurkiem.

– Możesz zająć się tą nową dziewczyną? Dzwoniła, że chce wypróbować zajęcia dla początkujących, ale jakoś wypadło mi z głowy. A muszę popracować dziś z brązowymi pasami, sprawdzić, kto jest gotowy podejść do egzaminu.

– Nie ma sprawy. – Miałem nadzieję, że nie będzie to dla Poppy zbyt niekomfortowe, bo chciałem spędzić z nią trochę więcej czasu, dowiedzieć się, co porabiała przez ostatnie pięć lat. Zobaczyć, jak podniosła się po tej nocy. A może nawet wykombinować, dlaczego zareagowałem na nią tak mocno po zaledwie trzydziestu sekundach.

– Jak w pracy? – zapytał Robert, odrywając moje myśli od Poppy.

– Zapieprz. W końcu ruszyła nowa jednostka specjalna do spraw narkotyków.

– Dobrze. Najwyższy czas.

Właściwie o wiele za późno. Jako były glina Robert zdawał sobie sprawę, że problem z narkotykami w okolicy staje się nie do rozwiązania. Z biura szeryfa hrabstwa odszedł lata temu, na pełen etat poświęcając się karate, ale handel narkotykami narastał nawet wtedy, kiedy jeszcze służył.

– Czy przynajmniej ten skretyniały komendant mianował cię szefem jednostki?

Wyszczerzyłem zęby.

– Mianował.

Robert uśmiechnął się szeroko.

– Może twój ojciec nie jest jednak taki głupi.

Zachichotałem. Robert i tata nigdy nie przepuścili okazji, żeby z siebie pożartować, nawet jeśli tego drugiego nie było w pobliżu. To ich przyjaźń była powodem, dla którego zacząłem ćwiczyć karate w wieku siedmiu lat – tata lubił zabierać mnie ze sobą na treningi z Robertem.

– Robert sensei? Mogę? – Olivia weszła do biura, ale widząc mnie, zawahała się. – Och, um, cześć, Cole sensei. – Założyła za ucho zabłąkany kosmyk włosów i wlepiła wzrok w podłogę, usiłując ukryć zaczerwienione policzki.

– Czego potrzebujesz, Olivio? – zapytał Robert.

– Ja, uch… – Powierciła się przez chwilę, popatrując to na podłogę, to na drzwi.

Gdy jej oczy spotkały moje, odwróciła się na pięcie i wyszła.

– Jezu – mruknął Robert. – Tylko nie kolejna.

Podniosłem ręce.

– Hej, to nie moja wina.

Nie mogłem nic poradzić na to, że w ciągu ostatniego roku Olivia się we mnie zadurzyła. Ona i jej siedemnastoletnie przyjaciółki. To było cholernie dziwne – część z nich uczyłem od małego – a w dodatku wkurzało Roberta, bo dziewczyny nieustannie zbierały się na tyłach dojo i chichotały.

– Mógłbyś mi pomóc. – Robert wstał z krzesła.

– Jak? Przestać przychodzić? – Nie mogłem nic zrobić z tym, jak działam na kobiety, a za cholerę nie zamierzałem przestać o siebie dbać z powodu kochliwych nastolatek. – Ignoruję je. Ale przecież nie zacznę zachowywać się w stosunku do nich jak fiut…

– No nie – mruknął. – Ale mógłbyś przyprowadzić od czasu do czasu Aly, żeby zobaczyły, że jesteś zajęty.

Nierealne. Nie chciałem jednak na razie informować Roberta, że długo nie zobaczy Aly w dojo, a przynajmniej nie ze mną.

Wstałem i udałem się za nim do poczekalni. Ukłonił się i wszedł do dojo, a ja zatrzymałem się przed Poppy.

– No to zaczynamy.

Kiwnęła głową i uśmiechnęła się nerwowo.

– Świetnie.

– Dziś będziesz ćwiczyć ze mną.

Spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Okej.

Bała się mnie czy tylko niepokoiła zajęciami? Zapewne jedno i drugie, ale nie chciałem, żeby czuła się jeszcze bardziej niekomfortowo, więc od razu przestawiłem się na tryb nauczania.

– Kłaniamy się przed wejściem do dojo i przed wyjściem.

– Jasne. – Skinęła głową i odepchnęła się od ściany.

Poszedłem pierwszy, demonstrując odpowiednią technikę. Poppy ruszyła za mną, zachowując jakiś metr odstępu i rozglądając się wokół.

– Stań tam, żeby się pokłonić. – Wskazałem ścianę z tyłu. – Po prostu postępuj zgodnie z instrukcjami Roberta sensei. Potem będzie rozgrzewka. Rób tyle, ile możesz, ale staraj się nie przeholować. Na koniec będziemy ćwiczyć indywidualnie. W porządku?

Pokiwała głową, ale nie spojrzała mi w oczy.

– Poppy. – Podniosła wzrok, kiedy szepnąłem jej imię. – Będziesz się lepiej bawiła, jeśli się odprężysz.

– Właściwie nie jestem tutaj dla zabawy, jestem tutaj… To nie dla mnie. – Energicznie gestykulowała, jej nadgarstki zdawały się kręcić w kółko.

Poppy Maysen mówiła rękami.

Nigdy nie widziałem nic bardziej uroczego.

Nie mogąc ukryć uśmiechu, podszedłem do niej blisko, napawając się zmianą w rytmie jej oddechu. Czuła energię przepływającą między nami tak samo mocno jak ja.

– Jeśli stwierdzisz, że coś jest za trudne, daj mi sygnał. Może zakręć rękami, jak przed chwilą. – Rzuciła mi gniewne spojrzenie, a ja uśmiechnąłem się szerzej. – Spokojnie, tylko się z tobą drażnię.

Podniosła brew.

– Drażnisz się ze wszystkimi uczniami?

– Może. – Nie przestawałem się uśmiechać. – Więc, co…

– Do szeregu! – zawołał Robert.

Poppy zakręciła się i pobiegła ustawić się w linii z innymi uczniami, ja dołączyłem do stojących z przodu instruktorów. Przez cały czas nie spuszczałem z niej wzroku. Poppy bardzo starała się to ukryć, ale też na mnie zerkała.

A w każdym razie do czasu rozgrzewki.

Zanim Robert wrócił do biura, poprosił młodszego instruktora, Danny’ego, żeby poprowadził rozgrzewkę. Gnojek zrozumiał, że dostał wolną rękę, by nas wszystkich torturować. Nie było mi trudno dotrzymać mu kroku – cholera, nawet za bardzo się nie spociłem – ale Poppy i inni po drugiej stronie dojo przedstawiali sobą obraz nędzy i rozpaczy.

Nie dało się zaprzeczyć, że Poppy jest w formie – obcisłe legginsy i równie opięty top nie pozostawiały wiele dla wyobraźni – ale rozgrzewki karate to nie zabawa. Tyle że Danny cisnął zdecydowanie za mocno, nie wytrzymywali nawet niektórzy bardziej zaawansowani uczniowie.

– Wystarczy – mruknąłem, kiedy zapowiedział kolejną serię pięćdziesięciu pompek. Już zdążyliśmy zrobić sto.

– Nie nadążasz, Cole sensei? – Gówniarz wypiął pierś.

– Wystarczy! – zawołałem, obrzucając Danny’ego ostrym spojrzeniem. – Przerwa na łyk wody.

Poppy wstała z podłogi i podeszła do źródełka. Miała zarumienioną twarz, na jej czole perlił się pot, ale, niech mnie diabli, jeśli nie wydawała się przez to jeszcze piękniejsza. Oczami wyobraźni zobaczyłem, jak leży obok mnie w łóżku, zarumieniona po innym treningu.

Kurwa.

Ostatnią rzeczą, której w tej chwili potrzebowałem, to wzwód. Na szczęście bluza gi była na tyle długa, że wszystko ukryła.

Stanęliśmy w kolejce do źródełka.

– No, to jest tyłek, który aż się prosi, żeby go pomiętosić – zamruczał Danny, wbijając wzrok w pośladki Poppy.

Nie byłem pewny, czy mu się to tylko mimowolnie wyrwało, ale się wkurzyłem. Fakt, Poppy miała nieziemski tyłek, jednak nie powinien był tego mówić na głos.

– Uważaj, Danny. – Ścisnąłem go za ramię i wyciągnąłem z kolejki. – Przesadziłeś z rozgrzewką. Nie dusimy tak mocno uczniów, dobrze o tym wiesz. Miałem to zignorować, ale teraz przegiąłeś. Przez resztę zajęć robisz padnij-powstań i podciągnięcia. Jeśli zobaczę, że się obijasz, zostaniemy dłużej i zrobimy jeszcze jeden trening, aż zrozumiesz, że są granice, których się nie przekracza. Zrozumiano?

Zbladł.

– Przepraszam, sensei.

– Traktujemy kobiety z szacunkiem na terenie dojo i poza nim. Możesz myśleć, co chcesz, ale nie mów tego na głos. – Machnąłem ręką w stronę drugiego końca sali i wyprostowałem się na moje pełne sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu. – Do roboty.

Skinął głową i odszedł przygarbiony.

Gdy wszyscy już się napili, sam łyknąłem wody ze źródełka, a następnie dałem znak Poppy, żeby dołączyła do mnie.

Wytarła czoło grzbietem lewej dłoni. Obrączka zalśniła w świetle lamp.

– Dziś może zostać – wskazałem jej palec serdeczny – ale następnym razem będziesz musiała go zdjąć. Pierścionki lepiej zostawić w szatni, niż wybić sobie palec i potem rozcinać je w szpitalu.

– Hmm… – Opuściła dłoń, po czym spojrzała na pierścionek zaręczynowy ze szmaragdem i obrączkę z białego złota. – Nie zdejmowałam ich, odkąd Jamie… no wiesz.

– Och, jasne. – Nie musiałem pytać, czy ponownie wyszła za mąż. Nie, jeśli wciąż nosiła pierścionki, które dostała od zmarłego męża. – W każdym razie zastanów się nad tym. Dobrze się czujesz po rozgrzewce?

– Jeszcze żyję i nie wywinęłam orła. – Uśmiechnęła się. – Dla mnie to już duży sukces.

Zaśmiałem się.

– W takim razie upewnijmy się, że następne trzydzieści minut spędzisz w pozycji pionowej, i skończymy na dziś.

– Świetnie.

Przez następne kilka minut pokazywałem jej pozycje i odpowiednie półkoliste kroki. Kiedy to opanowała, poprosiłem ją, by zwinęła dłonie w pięści.

– Tak?

– Niezupełnie. – Chwyciłem jej ręce, aby poprawić uścisk, ale gdy tylko ich dotknąłem, zapomniałem o karate.

Spojrzeliśmy na siebie i zamarliśmy. Dojo opustoszało. Tak jak w korytarzu – dotyk jej dłoni przesłonił mi cały świat i sprawił, że poczułem ogień w żyłach.

Aż do samego fiuta.

Puściłem jej ręce. Potrzebowałem chwili, żeby pomyśleć o czymś aseksualnym, zanim sytuacja zrobi się naprawdę niezręczna.

– Um… – Gestem dałem znak, żeby podeszła do przodu. – Powtórz jeszcze raz kroki, które ci pokazałem.

– Jasne. – Jej melodyjny głos nie pomógł mi w opanowaniu erekcji.

Podczas gdy ona ustawiła się przed lustrami, szukałem w głowie nieseksownych obrazów i starałem się nie patrzeć na jej smukłe nogi. Łysa głowa Roberta. Krople potu na matach. Włochate stopy Danny’ego. Gdy Poppy skończyła ćwiczenie, sytuacja w moich bokserkach była jako tako do zniesienia.

– W porządku?

– Świetnie. Przyniosę tarcze. – Obszedłem ją szerokim łukiem, kierując się w stronę tarcz ułożonych pod ścianą, ale otaczający Poppy waniliowy aromat zdawał się podążać za mną. – Opanuj się – mruknąłem, łapiąc jedną dużą tarczę i jedną małą.

– Co takiego, sensei? – zapytał zielony pas.

– Och, um… Powiedziałem, że już całkiem dobrze opanowałeś swoje kata.

– Dzięki, sensei!

Przez pozostałą część zajęć starałem się nie dotykać Poppy, ale nawet z barierą w postaci tarczy nie było to do końca wykonalne. Nim upłynęło nasze trzydzieści minut, desperacko potrzebowałem zimnego prysznica.

– Jak poszło? – Robert podszedł do nas przed końcem zajęć.

– Dobrze. – Odchrząknąłem. – To naturalny talent.

– Ha! – rzuciła drwiąco Poppy. – Raczej antytalent. Więcej razy kopałam go po palcach, niż trafiałam w tarczę. – Ogromne niebieskie oczy po raz setny spojrzały na mnie przepraszająco. – Wybacz.

– Jak mówiłem, nic mi nie jest. W ogóle nie bolało.

Odwróciła się do Roberta z uśmiechem.

– Dziękuję, że zgodziliście się mnie przyjąć.

– Cieszymy się, że mogliśmy cię gościć. Zapraszamy w każdej chwili.

– Dzięki za zaproszenie, ale raczej nie skorzystam. Sądzę, że karate jest nie dla mnie.

Robert pokiwał głową.

– Nie ma sprawy. To nie jest sport dla każdego. Ale jeśli kiedykolwiek zmienisz zdanie, zapraszam. – Uścisnął dłoń Poppy, a potem zwołał grupę, by wykonać ukłon na pożegnanie.

Poppy bez słowa pomknęła do drzwi, związane w koński ogon włosy zakołysały się, gdy znikała w przebieralni. Jej słowa i ucieczka sprawiły mi ból. Nie zamierzała wrócić do dojo, a ja nie chciałem czekać kolejnych pięciu lat, by znów ją zobaczyć.

Zamiast porozmawiać z uczniami, stanąłem w recepcji, aby poczekać, aż Poppy się przebierze. Wyszła po jakiejś minucie w tenisówkach, z kluczykami w ręku. Na mój widok się zatrzymała.

– Och, cześć.

– Ja, um… Chciałem tylko powiedzieć, że miło było cię zobaczyć.

– Dziękuję.

Zrobiła kilka kroków w stronę drzwi. Musiałem ją zatrzymać.

– Poczekaj! Możemy się spotkać? – wypaliłem. – Chciałbym wiedzieć, co u ciebie słychać.

Stanęła i odwróciła się w moją stronę, w jej oczach widziałem sprzeczne emocje: nie chciała powiedzieć „tak”, ale i nie chciała odmówić.

– Nie wiem.

Była uczciwa.

Z tym mogłem żyć.

– A przynajmniej o tym pomyślisz?

– Dobrze. – Odwróciła się do drzwi, ale zanim sięgnęła do klamki, jeszcze raz się zatrzymała i zerknąwszy przez ramię, dodała: – Dziękuję, że wtedy ze mną zostałeś.

Wyszła, zanim zdążyłem odpowiedzieć.

– Kurwa – mruknąłem i potarłem rękami twarz.

– Co jest? – zapytał Robert.

– Och, nic. Męczący dzień. Pójdę się przebrać.

Pomaszerowałem do szatni. A ponieważ tym razem nie miałem ochoty na żadne pogawędki, ubrałem się, pomachałem wszystkim na pożegnanie i ruszyłem do domu.

Potrzebowałem piwa – może trzech – i czasu, żeby pomyśleć w samotności.

W Poppy było coś innego. I nie chodziło tylko o ekstremalne okoliczności, w których się poznaliśmy. Żadna kobieta nie burzyła mi tak krwi jak ona, nawet Aly.

Aly, której samochód stał na moim podjeździe, blokując wjazd do garażu. Potrząsnąłem głową. Cholera. Nie dzisiaj. Zwolniłem, po czym zaparkowałem swojego czarnego pikapa na ulicy. Wysiadłem w momencie, kiedy wychodziła frontowymi drzwiami z pudełkiem w dłoniach.

– Hej – powiedziała, schodząc po schodkach z ganku.

Przeszedłem krótki chodnik i stanąłem koło jej samochodu.

– Hej.

– Wybacz. Chciałam zniknąć, zanim wrócisz do domu.

– W porządku. Daj, pomogę ci. – Wziąłem od niej pudełko.

– Dzięki. – Otworzyła drzwiczki, żebym mógł postawić pakunek na tylnym siedzeniu. Kiedy się wyprostowałem, zdejmowała z breloczka klucz do moich drzwi. – Proszę.

Nasze palce musnęły się, kiedy wyjąłem klucz z jej dłoni, ale nie poczułem nawet mikrowstrząsu. Dotyk Aly, kobiety, z którą spotykałem się przez dwa lata i mieszkałem przez sześć miesięcy, w ogóle na mnie nie działał. Nie tak jak dotyk Poppy. To tylko utwierdziło mnie w decyzji, którą podjąłem w zeszłym tygodniu. Zerwanie z Aly nie było łatwe, ale słuszne.

– Cole. – Podeszła do mnie i spojrzała prosząco.

Takim samym wzrokiem patrzyła na mnie, ilekroć chciała, żebym ją zerżnął do nieprzytomności.

– Nie, Aly. – Odsunąłem się. – Oboje wiemy, że to by tylko utrudniło rozstanie.

Spięła się cała.

– Rozumiem, że utrudniłoby mnie? Bo po tobie, jak widzę, wszystko spłynęło. Minął tydzień, odkąd zerwaliśmy, a ty już wróciłeś do normy. Jakby ostatnie dwa lata nic dla ciebie nie znaczyły. Tymczasem ja mieszkam w pokoju gościnnym siostry i co noc płaczę w poduszkę.

– Przy…

– Przykro ci. Wiem. – Trzasnęła drzwiczkami, odwróciła się na pięcie i okrążyła samochód.

Szarpnęła drzwiczki od strony kierowcy, na chwilę się zawahała i spojrzała na mnie wyczekująco.

– Dbaj o siebie, Aly.

Sapnęła, obrażona, wsiadła do samochodu i zjechała z podjazdu, wycierając zalane łzami policzki.

Czekałem, aż jej samochód zniknie na końcu ulicy, potem wszedłem do domu. Z salonu zniknęły ozdobne poduszki i koc, którym Aly zawsze owijała się, gdy oglądaliśmy telewizję.