Wydawca: Poligraf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 287 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lista nieobecności - Doda Około-Kułak

Lista nieobecności to wciągająca i bardzo dobrze napisana powieść obyczajowa z interesującym tłem historycznym. Akcja powieści jest osadzona w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, z dodatkiem krótkiego epilogu z początku lat dziewięćdziesiątych. Jak można się łatwo domyślić po tych datach, bohaterowie są zamieszani w działalność opozycyjną i muszą zmagać się z codziennymi problemami życia w PRL-u.

W pierwszej części Tomasz, dwudziestokilkuletni doktorant historii, udaje się w podróż do Londynu, aby odwiedzić matkę i w drodze powrotnej przemycić zakazaną literaturę. Na miejscu nawiązuje romans z Julie, który szybko zostaje przerwany powrotem bohatera do kraju. W drugiej części Listy nieobecności zmienia się miejsce akcji i narrator towarzyszy innej osobie – Jadze, żonie leśnika, uczącej śpiewu w wiejskiej szkole. Ucieczka na wieś miała być romantyczną przygodą, niestety szybko mieszkanie w leśniczówce okazało się więzieniem. Niespodziewanie w życiu Jagi i jej męża pojawia się Cyryl, ukrywający się opozycjonista. Jaga i Cyryl mają czas na długie rozmowy, szybko rodzi się między nimi uczucie, a czytelnik oczywiście poznaje w Cyrylu Tomasza...

To oczywiście nie koniec doskonale przemyślanej i zaplanowanej powieści. Historia opisana w Liście nieobecności jest dużo bardziej rozbudowana. Opowiada o dobrych ludziach, którzy starają się zachować godność i przyzwoitość w trudnych czasach Wszystkie poruszone wątki, nawet najbardziej marginalne, znajdują uzasadnienie. Autorka Listy nieobecności opanowała tę sztukę do perfekcji. Panuje nad wszystkimi bohaterami, odpowiednio dla akcji zarysowuje ich historie, nie więcej niż jest to konieczne. Wprowadza w rozmowach drobne szczegóły, które następnie okazują się istotne. Dzięki temu udaje się ograniczyć rolę narratora, przez co powieść po prostu dobrze się czyta.

Opinie o ebooku Lista nieobecności - Doda Około-Kułak

Fragment ebooka Lista nieobecności - Doda Około-Kułak

CZĘŚĆ ‌ICHWILA WAHANIA

ROZDZIAŁ I

Transatlantyk ‌to mały, ‌zamknięty świat. Dopóki ‌stoi ‌w porcie i łączy go ‌z lądem trap – jest ‌częścią lądu. ‌Ale w chwili gdy ‌wąski pas wody ‌zaczyna dzielić go od ‌nabrzeża, ‌staje się ‌planetą. Już ‌wszystko zostało odmierzone ‌i podzielone: my jesteśmy ‌i pozostaniemy tu ‌tak długo, ‌jak potrwa rejs, ‌reszta ‌świata oddala się powoli, ‌ale nieubłaganie. ‌Orkiestra jeszcze gra, jeszcze ‌możemy ‌rozpoznać na brzegu ‌znajomą twarz, ‌po chwili już ‌tylko kolor płaszcza… Potem ‌orkiestra milknie, muzycy składają ‌instrumenty.

Tomek pomyślał, że ‌te cztery ‌dni, które ‌tu ‌spędzi, będą w jego ‌życiu czymś w rodzaju ‌kolorowej pocztówki wyciętej w szarzyźnie ‌i niedostatku jego życia: restauracje, bary, sklepy, kino, kościół, galeria obrazów, basen kąpielowy, dwie orkiestry, zespół kameralny, dyskoteka…

Niby jest to wszystko, co obiecywał barwny folder. Basen kąpielowy na wolnym powietrzu – już październik i za późno na kąpiel na chłostanym bałtyckim wiatrem pokładzie. Pusta czasza sprawia przygnębiające wrażenie. Kino i kościół to ta sama mała salka pod pokładem, gdzie po zwinięciu ekranu ukazuje się ołtarzyk; galeria prezentuje obrazy… obrazki artysty liczącego na zaściankowe gusta polonijnej klienteli, sklep oferuje to samo, co oglądaliśmy przez szybę pewexu, tyle że za żywe dolary. Za bony konsumpcyjne można się w barze napić tylko polskiej wódki, o czym nikt w chwili zakupu nie poinformował. Tomek nakupił tych bonów za dwa tysiące; pomyślał, że nawet gdyby płynął do Ameryki i z powrotem, nie byłby w stanie tego przepić. Jeszcze jedno oszustwo. No cóż, do tego akurat był przyzwyczajony.

W barze prócz barmana rezydowało na wysokich stołkach tylko parę eleganckich, mocno wymalowanych dziewczyn, szybko zorientował się, że one w jakiś sposób należą do załogi i że nie byłoby go stać na ich usługi, podobnie jak nie stać go było na zakupy w dolarowym sklepie.

Na szczęście nie marzył o uciechach wielkiego świata. Już od dawna wiedział, że Londyn, cel jego podróży, to nie tylko luksusowe sklepy, wspaniałe budowle i parki, ale także hektary rozpadającej się szeregówki, wygłodniali narkomani, załatwiający swoje potrzeby fizjologiczne wprost na trotuarach, i śmieci, śmieci, śmieci.

Natychmiast po wyjściu poza falochrony statek zadrżał i z wolna, majestatycznie zaczął chylić się na lewą burtę. Tomek oszołomiony patrzył, jak za oknami prawej burty horyzont powoli opada, aż niknie zupełnie, a do okien lewej burty nieubłaganie zbliżają się białe grzywy fal. Podniesie się? Nie podniesie? W końcu wzburzone wody zaczęły się oddalać, a z prawej strony pojawił się horyzont. I wszystko od nowa. Po krótkiej, zawstydzającej wizycie w toalecie Tomek poszedł odszukać swoją kabinę.

***

Mała dwuosobowa kabina drugiej klasy gdzieś w głębi trzewi statku wydawała mu się miejscem najbezpieczniejszym; leżał wyciągnięty na górnej koi i słuchał skrzypienia. Nie przypuszczał, by mogły tu być jakieś drewniane konstrukcje, był pewny, że cały kadłub jest stalowy. Coś jednak skrzypiało – może ścianki działowe, framugi, podłoga?

Jego współpasażer, Glynn, był anglojęzyczny – albo Irlandczyk, albo Australijczyk. Nie potrafił tego określić po akcencie, miał jedynie pewność, że to nie Anglik ani Amerykanin. Natychmiast przyplątał się do niego facet z sąsiedniej kabiny, zootechnik z Wrocławia, młody chudzielec imieniem Zdzich. Okazał się przyjazny i wylewny – przynosił Tomkowi z każdego posiłku herbatę, soki – żebyś miał czym rzygać, chłopie. Płynął do Londynu jak do ziemi obiecanej, pełen optymizmu i wiary w sukces. Tomek ze swojej górnej półki przysłuchiwał się jego nieporadnemu dukaniu w ustawicznej konwersacji z Glynnem. Naprzód będzie musiał nauczyć się języka. Nie na zapleczu baru przy zmywaniu naczyń, a w szkole. W dobrej szkole, gdzie uczą języka intensywnie i celowo – to paręset funtów i trzy, cztery miesiące wkuwania. Nie zarobi na to zmywaniem naczyń. Daleki krewny, który przysłał mu zaproszenie, jakiś mamut z kombatanckiej ferajny, wykopie go po tygodniu, jeśli nie od razu. Tomek aż za dobrze znał ten gatunek – Rudolf, mąż jego matki, był za życia jego sztandarowym przedstawicielem. Biedny Zdzich – albo wytrwa i po latach zacznie stawać na nogi, albo szybko wróci do zgrzebnej ojczyzny.

Od wyjścia w morze upłynęło już dwadzieścia godzin, z czego dziewiętnaście i pół Tomek przeleżał – i miał już tego dość. Postanowił ruszyć w świat, choćby miał się wyrzygać na pierwszym zakręcie. Zsunął się z koi i sięgnął po saszetkę z przyborami do golenia. Pod skórzanym etui z maszynką i mydłem znalazł małą zaklejoną kopertę. Ki diabeł? Rozerwał papier i na brzeg umywalki wysunęły się blister aviomarinu i cztery prezerwatywy. Zachichotał. To Hanka. Oglądała ten idiotyczny prospekt, a potem poszła do apteki… nie, ona nie wydusiłaby z siebie takiego zamówienia. Może kupiła w kiosku? Albo poprosiła jakiegoś kolegę? Też nie. Ale zaraz… byli oboje tuż przed jego wyjazdem na przyjęciu u Sadowskich, gdzie na stół prócz bimbru i małosolnych ogórków podano półmisek prezerwatyw. Musiała zwędzić to z tego półmiska.

Wsunął prezerwatywy do kieszeni szlafroka, wziął dwie tabletki aviomarinu i popił wodą z kranu, po czym zabrał się do golenia.

– Halo, Tom. Miło cię widzieć w lepszej formie – powiedział Glynn, wpadając do kabiny.

– Dzięki. – Tomek się uśmiechnął i szybko zamknął z powrotem usta. Nie cierpiał tego widoku: przy śnieżnobiałej pianie wargi, choć zupełnie normalnego koloru, wydają się czerwone jak krew, zęby, choćby najpiękniejsze, wyglądają jak dorobione. – Jaki biomet?

– Niepomyślny. Zostaliśmy aresztowani.

– Co ty wygadujesz?…

– Nie zauważyłeś, że stoimy?

Rzeczywiście, Tomek uświadomił sobie, że od dłuższej chwili kołysze zupełnie inaczej, odgłos maszyn się zmienił. Glynn wyciągnął ze swojej torby aparat fotograficzny.

– Ruski lotniskowiec. Pośpiesz się – powiedział i wybiegł.

Tomek szybko zdrapał z twarzy resztę piany. Bluza, sztruksy… cholerne skarpetki, zawsze jest tylko jedna.

Na pokładzie roiło się od ludzi. Za burtą zamiast słonecznego widnokręgu ujrzał pionową, szarą ścianę. Podniósł wzrok – wysoko w górze złowrogie wieże, wieżyczki, sylwety dział szybkim ruchem podnoszących lufy w niebo, obracające się wzdłuż poziomych osi prostokątne łupiny radarów. I dwa śmiesznie małe samolociki nurkujące w zgodnej parze i podrywające się w niebo tuż nad wieżyczkami kolosa – patrol Paktu Atlantyckiego.

A jemu się wydawało, że transatlantyk jest duży…

– … nie mają prawa…

– Oni? Śmieszny pan jesteś.

– To duńskie wody terytorialne.

– Nie, międzynarodowe…

Ktoś szarpnął Tomka za rękaw. Zdzich. Był szary ze strachu.

– Weszli, skurwysyny, na pewno weszli! Zawrócą nas…

– Dwie godziny temu słuchałem radia – odrzekł Tomek – i nie weszli.

– Jakiego radia?

– Warszawa, na długich. Zupełnie dobrze chwyta.

– No to weszli dziesięć minut temu.

– Nie bój się, oni nie wchodzą w dzień.

Zdzich się otrząsnął, odprężył.

– To co on tak?

– Pojęcia nie mam. Może tak „normalno”, Polaczków postraszyć.

– Toby taki dupny lotniskowiec posyłali?…

– Jasne, że nie. To „Kijów”, port macierzysty Murmańsk. Po prostu wraca do domciu po manewrach na Bałtyku.

Tomek otworzył obiektyw swojego zenita, ustawił przesłonę, wyregulował ostrość i pstryknął. Raz, drugi, trzeci. Cofnął się kilkanaście kroków, żeby objąć fragment nadbudówki statku i nazwę okrętu. Zdzich lewitował wokół niego, jakby w tej trudnej chwili musiał być podłączony do cudzego akumulatora.

– Idę do baru, zawołaj mnie, jak będzie odpływał. Chcę go jeszcze mieć w całości.

W pustym barze siedział samotnie starszy oficer. Nie pił, rozmawiał z barmanem. Na widok Tomka obaj zamilkli. Tomek usiadł na wysokim stołku i poprosił o pięćdziesiątkę.

– Mamy tu jakieś działko? – spytał swobodnie oficera.

– Jedno, na dziobie. Do salutów.

– I chwatit. Puknąć kapitana, reszta przelezie do nas.

Roześmiali się wszyscy trzej.

– Płynie pan do Stanów? – spytał oficer.

– Nie, tylko do Londynu.

Salon z wolna zaczął się napełniać rozgadanym tłumkiem pasażerów.

– Odpływa, Tomek.

– Dobra, popilnuj mi stołka.

Oficer wyszedł na pokład razem z nim. Potężna sylweta lotniskowca oddalała się w szybkim tempie, na wpół przesłonięta chmurą czarnych spalin szarpanych przez wiatr. Podeszła fala śladu torowego i transatlantyk podskoczył na niej jak kanu.

– Ależ smrodzi – powiedział Tomek.

– Ropniak. Stare pudło. Ech…

– I co, zmieniamy kurs?

– Nie sądzę. Będzie pan wywoływał w Londynie?

– Tak. I będę wracał tym samym kursem.

– Jest pan pewny?

Tomek się roześmiał.

– Niepewne czasy. Zrobię dla pana odbitki i dostarczę, tak albo inaczej.

– Oczywiście pokryję koszty.

– Nie ma sprawy.

Wrócił do baru. Na jego stołku siedział Glynn, obok jakaś kobieta. Zdzich, na piechotę, podskakiwał wokół nich. Jest beznadziejny – pomyślał Tomek. Nawet stołka w barze nie potrafi upilnować. Przechylił się nad ramieniem Glynna i wziął swoją wódkę. Rzucił krótkie spojrzenie na dziewczynę – ładna, pinglisz na poziomie Zdzicha. Dopił wódkę i wrócił na pokład. Kombinacja wódki z aviomarinem… ciekawe, co z tego będzie…

Mimo wszystko czuł się dobrze. Chyba mniej huśta? To lekkie ssanie w żołądku to głód. Prawdziwy, zdrowy głód. Trzeba spróbować zjeść dziś kolację.

***

Znał skład swego stołu w restauracji – już dwukrotnie próbował przy nim zasiąść. Glynn, Zdzich, starsze małżeństwo z Warszawy i jedna z barowych panienek, całkiem sympatyczna. Dowiedział się od niej, że wraz z paroma koleżankami odbywa co drugi rejs Gdynia – Montreal – Nowy Jork i z powrotem. One nie cierpiały na chorobę morską, swoją kondycją mogłyby zakasować niejednego rekruta. Dwa stoły dalej Tomek dostrzegł dziewczynę, którą w barze podrywał Glynn. Siedziała dostatecznie blisko, by mógł jej się przyjrzeć, i dostatecznie daleko, by mógł zrobić to dyskretnie. Miała pełną, owalną twarz o regularnych rysach, duże, przejrzyste okulary w drucianej oprawce, jasne, krótko przystrzyżone włosy. Obok niej siedział dziesięcioletni może chłopiec, staranna jej kopia – te same rysy, ten sam owal, te same włosy. Nie miał tylko okularów.

Restauracja była pełna, tak jakby ten dziwny incydent odmienił ludzi i zbliżył, sprawił, że raptem ułomności ludzkiego organizmu zeszły na daleki plan. Nie chcieli już leżeć samotnie w kabinach – chcieli być razem, cieszyć się wolnością, którą docenili dopiero wówczas, gdy została bezpośrednio zagrożona. To dobra okazja, żeby przyjrzeć się z bliska rodakom uwolnionym od stresów głodnej codzienności, krzątaniny i lęków, które zostawili tam, w domu. Niektórzy na parę tygodni, inni na parę miesięcy; wielu, bardzo wielu – na zawsze.

Parę godzin później Tomek stwierdził, że cieszą się tak samo jak w kraju – piją. Ekipa młodych górali ciągnących do Ameryki na zarobek – polską wódkę, ostro. To silna rasa i zdrowa, nawykła do ciężkiej pracy i świeżego powietrza, trzeba im o wiele więcej wódki niż mieszczuchom, żeby się dobrze bawić. Trzymają się razem – nie dla nich tańce z panienkami z baru, tak samo zawieranie znajomości ze „światowym” towarzystwem. Tu czy tam to dla nich cepry, letniki.

Tomek z pewnym trudem odnalazł wolny stołek przy barze i wziął piwo. Barman, ten sam co po południu, uśmiechnął się do niego jak do znajomego. Razem przyglądali się tańczącym. Tu nie wystarczyłby aparat, potrzebna byłaby kamera. Taniec na ruchomej podłodze wymaga kunsztu, a nikt jeszcze nie zdołał go nabyć. Na szczęście wywrotki traktowano z humorem i nagradzano oklaskami.

– Dobia-lego! – Glynn wesoło klepnął Tomka w plecy.

– Co do białego?

– Dobia-lego-rana!

– Jasne, bawimy się do białego rana.

– Słuchaj… ta dziewczyna, Joanna… ładna, no nie?

– O tak, bardzo ładna.

– Myślę, że ona… ona i ja… no wiesz, ma w kabinie chłopca, syna…

– Aaa… aha. No tak. Pójdę się wykąpać, przebrać… za jakąś godzinę przyniosę ci klucz.

– Jesteś dobry kolega. – Glynn się rozjaśnił.

Po kąpieli Tomek założył ciepły sweter i zabrał ze sobą kurtkę. Na pokładzie, gdzie zamierzał spędzić pozostałe godziny nocy, na pewno ostro dmucha. Poczuł lekkie nudzenie w żołądku i zawrócił, żeby wziąć aviomarin.

Rzeczywiście było zimno, ale wiatr nie był już taki dokuczliwy. Tomek przeszedł na zawietrzną i z zainteresowaniem śledził ruch statków. Ależ tu gęsto… Jego uwagę przyciągnął bardzo jasny, świetlisty punkt na horyzoncie – co to może być? Na pewno nie statek, za duże, za jasne. Szkoda, że nie zabrał lornetki. Zbliżali się i z wolna światło przybierało kształt prostokąta krótszym bokiem zanurzonego w wodzie. Ki diabeł?

Obok niego cicho jak duch pojawił się oficer. Palił papierosa.

– Nie może pan spać? – zagadnął.

Tomek się uśmiechnął i pokręcił głową.

– Kumpel z kabiny przyprowadził sobie dziewczynę. Można powiedzieć, że dał mi na kino.

– Młodzi… Zapali pan?

Z podsuniętej paczki playersów Tomek wziął papierosa.

– Co to za dziwadło? – spytał, wskazując świetlisty prostokąt.

– Platforma wiertnicza.

– Rzeczywiście… mogłem to sam wymyślić.

Oficer podał mu ogień i machnął ręką z zapalniczką w kierunku platformy.

– Te małe punkciki obok to tankowce. Stoją w kolejce, jak do stacji benzynowej. Prawdopodobnie musiały przeczekać wysoką falę, dlatego tyle ich się nazbierało.

Patrzyli w milczeniu, aż platforma z wolna zaczęła się od nich oddalać.

– Schodzi pan w Rotterdamie? Za dziesięć dolarów można coś tam pozwiedzać, będzie autokar.

– Zejdę na pewno, choćby po to, żeby poczuć pod nogami matkę ziemię. Wie pan, całą ubiegłą dobę przerzygałem, równo.

– To pańska pierwsza podróż statkiem?

– Pierwsza poważna. Płynąłem parę razy z Gdyni na Hel.

– Pierwszy raz do Londynu?

– Och, nie. Byłem już parę razy, samolotem. Moja matka mieszka w Londynie, owdowiała parę miesięcy temu.

Oficer uśmiechnął się i pstryknął zręcznie niedopałek swojego papierosa w morze.

– Chłodno. Mógłby pan podrzemać w salonie na kanapie. Dobranoc.

Odszedł.

Rzeczywiście chłodno. Tomek nie miał ochoty dłużej palić, spróbował pstryknąć swojego papierosa w morze, ale on spadł mu do stóp. Zadeptał go. Do białego rana, panie Tomku – mruknął i szczelnie owinął się kurtką.

***

Następnego wieczoru recepcja wezwała przez głośniki do zdania paszportów tych, którzy schodzili na ląd w Rotterdamie. Zdzich policzył nazwiska.

– Siedemnastu – powiedział do Tomka. – To i tak niewielu.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Siedemnastu dało dyla, to chyba jasne.

– Azyl? W Holandii? Coś ci się popieprzyło.

– Nic mi się nie popieprzyło. Sami Holendrzy nie dają, ale od razu odsyłają do Niemiec. Uproszczona procedura. Gdybym nie miał nagranej tej roboty w Londynie, zrobiłbym to samo.

Zdzich dostrzegł w drugim końcu salonu Glynna i ruszył ćwiczyć swój pinglisz.

Tomek się zadumał. To ci, którzy nie mieli nikogo, kto wysłałby im zaproszenie. Poszli na żywioł, bo było im wszystko jedno gdzie, jak – byle szybciej, byle dalej. Musieli wykupić bilety na trasę okrężną – jedyny sposób, żeby dostać się na statek bez wizy docelowej. Każdy ma prawo żyć tam, gdzie chce. Tomek wierzył głęboko, że to prawo słuszne i należne każdemu człowiekowi, ale nie wierzył, że ci, którzy wyciekają teraz z kraju jak z dziurawego worka, będą żyć tam, gdzie zechcą. Oni raczej realizują prawo, żeby nie żyć tam, gdzie żyć nie chcą. A później żyją tam, gdzie ich zechcą, z łaski udzielonej niechętnie i warunkowo; nawet ci, którzy znają język albo mogą się go szybko nauczyć, rzadko wyjdą poza krąg obywateli drugiej kategorii. Pozostaną cudzoziemcami i szybko się przekonają, że wszędzie poza naszym krajem słowo „cudzoziemiec” ma wydźwięk pejoratywny.

Obok stolika, przy którym pił kawę, przeszła chwiejnie starsza kobieta – Dama Trefl – jak sam ją dla siebie nazwał. Przypominała mu tę właśnie figurę ze starej talii ciotki Róży, podobnie jak ona trzymała wysoko głowę, miała błękitnawe, wysoko spiętrzone włosy, na ramionach etolę ze srebrnych lisów. Zwróciła jego uwagę już wcześniej; zwracała zresztą uwagę wszystkich, jakby żywcem przeniesiona tu z hollywoodzkiego planu filmowego sprzed pół wieku. Odnotował kątem oka, że zrobiła jakiś bezsensowny ruch ręką – dla utrzymania równowagi czy żeby poprawić fryzurę – i lisy zsunęły się bezszelestnie na podłogę. Wstał szybko, podniósł szal i podał Damie, a ona uśmiechnęła się do niego pięknymi, porcelanowymi zębami.

– Dziękuję, młodzieńcze – powiedziała nieco skrzypiącym głosem. – Właśnie rozglądam się za miejscem, gdzie mogłabym wypić kawę…

Tomek, który już wcześniej wyczuł płynący od niej nęcący powiew historii najnowszej, teraz przywołał najbardziej ujmujący ze swoich uśmiechów i zrobił zapraszający gest.

– Byłbym zaszczycony, gdyby zechciała pani wypić ją w moim towarzystwie – rzekł szarmancko, a Dama rozjaśniła się jeszcze bardziej.

Wyciągnęła do niego wąską, pomarszczoną i nakrapianą plamami dłoń. Tomek ujął ją i się przedstawił.

– Nazywam się Emilia Wasilewski – rzekła, zasiadając przy jego stoliku – i nie mam nic wspólnego z Wandą o tymże nazwisku . To zresztą czwarte w moim życiu nazwisko. Kobiety mają pod tym względem większe urozmaicenie, nie sądzi pan? – Nie czekając na odpowiedź, ciągnęła skrzypliwie dalej: – Ilekroć wychodziłam za mąż, a wychodziłam trzykrotnie, stawałam się jakby nową osobą. To musi być strasznie nudne, nosić przez całe życie tylko jedno nazwisko, prawda?

Roześmiał się.

– Można nie zwracać na to uwagi, nie myśleć o tym. Gdyby nie pani, nie przyszłoby mi do głowy, że to może być nudne.

– Proszę mówić do mnie Emilio albo Milu, dobrze? A ja będę mówić do ciebie Tomaszu albo Tomku.

– Wolę Tomka.

Podszedł kelner i Emilia udzieliła mu dokładnych wskazówek, jaka ma być kawa: gorąca, nie za mocna i absolutnie nie to rozpuszczalne paskudztwo, którego zapas na statku pochodzi chyba jeszcze z darów UNRRA. Kelner wysłuchał z szacunkiem, a gdy odszedł, Emilia zachichotała.

– To taka zabawa – wyjaśniła Tomkowi. – I tak przyniesie to, co tutaj podają wszystkim. Ale gramy w to od kilku dni i bawimy się dobrze.

– To, co tu podają… to i tak rarytas. W kraju teraz w kawiarniach podają ziołową herbatę.

Emilia się zasmuciła.

– Tak, wiem. Pojechałam do Kraju – sposób, w jaki wymówiła słowo „kraj”, nie pozostawiał wątpliwości, że pisze się je dużą literą – po czterdziestu latach wygnania. Dokładnie po czterdziestu jeden. Jestem pełna podziwu i szacunku dla ludzi, oni tak dzielnie znoszą głód i niewygody… i jestem przestraszona… jak długo jeszcze zechcą to znosić? Co z tego będzie?

– Nie wiem, Emilio. Ale coś będzie, mam taką nadzieję.

– Chciałam tam wrócić, ale chyba nie zdążę. Mam siedemdziesiąt dwa lata.

– Mieszkasz w Stanach?

– Tak, w New Jersey.

– Jak się tam znalazłaś? Mam na myśli wtedy, w czasie wojny.

– To nie było w czasie wojny. Do Stanów wyjechałam dopiero w pięćdziesiątym szóstym roku, z Anglii. Ale to długa historia…

– Och, przecież mamy czas.

– Naprzód byłam z mężem na Syberii. Z drugim mężem. W czterdziestym pierwszym ruszyliśmy do armii Andersa… to cała historia. Ale udało się, a później on zginął pod Monte Cassino, a ja znalazłam się w Anglii, w Shropshire. Po demobilizacji dostałam pracę w amerykańskiej bazie wojskowej, byłam barmanką w kantynie oficerskiej. Tam poznałam Paula, nazywał się Wasilewski i nie umiał nawet marnego słowa po polsku. Jak się zaczęło szaleństwo McCarthy’ego, zwolnili mnie z pracy i wyjechałam do Manchester, a Paul po zakończeniu służby odszukał mnie tam i się pobraliśmy. W Stanach mieszkam od dwudziestu pięciu lat.

– I po tylu latach chcesz jednak wrócić?

– Nie po tylu, a od tylu. I nie mogę, jeszcze nie. Wiesz, od jedenastu lat choruję na raka krtani, muszę co roku przechodzić specjalne leczenie, w klinice. Dowiadywałam się w Kraju, jak to wygląda, i – możesz mi wierzyć – wygląda źle.

Uwierzył od razu.

– Mogłabym kupić sobie mieszkanie, zupełnie dobre, wygodne, ale nie byłabym w stanie zdobywać pożywienia. To brzmi okropnie, prawda?

Skinął głową, zawstydzony, jakby to była jego wina, że jest, jak jest.

– Teraz byłaś w Warszawie?

– W Gdyni, w Warszawie, w Krakowie… Wszędzie jest podobnie, mam na myśli kolejki. Jeśli wrócę, zamieszkam w Krakowie. Z pierwszym mężem mieszkałam w Warszawie, ale Warszawy takiej, jaką pamiętam, już nie da się rozpoznać.

– A Kraków ciągle ten sam.

– A Kraków ciągle ten sam. – Roześmiała się. – Płyniesz do Ameryki?

– Nie, tylko do Londynu.

– Szkoda, miło się z tobą rozmawia.

– Ja też żałuję – odrzekł szczerze. – Ale możemy sobie zafundować szaloną noc, Emilio. Zapraszam cię na dansing dziś wieczorem, a wyśpisz się na Atlantyku, zgoda?

Klasnęła w ręce ubawiona.

– No, już dawno nie słyszałam takiej miłej propozycji! Założę długą suknię, taką błyszczącą… wszyscy padną z wrażenia! Odtańczymy prawdziwe boogie-woogie.

I rzeczywiście odtańczyli.

 

ROZDZIAŁ II

Matka przywitała go w progu krytycznym spojrzeniem.

– Masz za długie włosy – powiedziała.

Zwykle go tak witała po paru latach niewidzenia – „co ty na siebie włożyłeś?”, „kłujesz jak kaktus” albo coś w tym rodzaju, jakby od razu na początku chciała utwierdzić ich wzajemną relację matka – syn. Lubił to; jej pogodne gderanie sprawiało, że czuli się oboje, jakby rozstali się wczoraj, nie przed paru laty. Wygląda świetnie – pomyślał Tomek. Po śmierci męża znów stała się uroczą, pełną życia kobietą, jego matką, a nie stłamszoną pielęgniarką tamtego aroganckiego, nastroszonego dziada.

Zakrzątnęła się żywo, pobiegła lekko po schodach do łazienki i puściła wodę na kąpiel, posadziła go w kuchni, żeby nie tracić ani chwili wspólnej obecności.

– Jestem teraz bogata – mówiła z ożywieniem. – Rudek zostawił ponad trzydzieści tysięcy w banku, wyobrażasz sobie? Nigdy nawet słowem nie wspomniał, że ma jakieś oszczędności. No i ten dom. Zastanawiam się, czy go nie sprzedać, ta dzielnica zaczyna być modna. Problem w tym, że za dom w takim stanie mogłabym wziąć najwyżej sto tysięcy, a najmarniejsza kawalerka kosztuje pięćdziesiąt. Co myślisz?

– Odpadnie meta w Londynie.

Roześmiała się.

– Przekonałeś mnie. Wiesz, gdyby nie ci lokatorzy, nawet nie pomyślałabym o sprzedaży. Wkurzają mnie, szczególnie ten Moroz, cham. Od paru miesięcy pisujemy do siebie listy.

Od śmierci Rudolfa – pomyślał. „Ten Moroz” to był jego kumpel, równie nadęty i źle wychowany jak on. Aż dziwne, że nigdy się nie pobili, dwa egoistyczne, przemądrzałe dziady.

– Dla ciebie i Hani przeznaczyłam po siedem i pół tysiąca funtów. Będziemy musieli się zastanowić, jak to dobrze umieścić.

Tomka na chwilę zatkało. Siedem i pół tysiąca funtów… twardych, prawdziwych…

– Mamo! To straszna kupa pieniędzy! Nie wiem, czy powinnaś…

– Zostaw to mnie. Nie masz pojęcia, jaka to dla mnie radość, że nareszcie mogę wam trochę pomóc. Nigdy nie mieliście ze mnie żadnego pożytku, same kłopoty.

– Nie mów tak. Kupiłaś nam mieszkania, a przecież wiesz, ile to znaczy, tam.

– Cóż… tyle mogłam. Gdybym mogła coś więcej… Byłeś przed wyjazdem u Róży?

– Tak, trzyma się świetnie, jak zawsze. Widzisz, zapomniałbym. Dała dla ciebie słoik jakiegoś paskudztwa. – Pogrzebał w torbie i po chwili podał matce słoik.

– Paskudztwa? Ty ignorancie! Przecież to jest prawdziwa konfitura z poziomek! Za karę nawet tego nie powąchasz. Jak ona biedna zdobyła poziomki?

– Mamo, poziomki akurat łatwo zdobyć, gorzej z kiełbasą.

– Dobra, kochana Róża! Przypomnij mi przed wyjazdem, że coś dla niej mam. Zresztą dla was wszystkich coś mam. Opowiadaj, co u Hani.

– Woda… chyba zapomnieliśmy o wodzie! – Zerwał się i przeskakując po dwa stopnie naraz, pobiegł do łazienki.

Wanna była pełna po brzegi, to był ostatni moment przed katastrofą. Włożył rękę do wody – chłodna. No tak, wylał się cały bojler i poszła zimna. Wrócił do kuchni.

– Woda jest ledwo letnia, idę od razu.

To nie była żadna przyjemność taka kąpiel. Umył szybko głowę, wyszorował się i z ulgą wylazł z zimnej wody. Szkoda; ze wszystkich ziemskich uciech najbardziej lubił długą, ciepłą kąpiel. To właśnie wtedy, gdy leżał wyciągnięty w wannie, przychodziły mu do głowy najzręczniejsze sformułowania myśli, zdania płynnie układały się w logiczne okresy i czasem zdarzało mu się wyskoczyć z wanny, żeby je zapisać, bo bał się, że nie uda mu się ich później odtworzyć. Tomek pisał książkę.

Teraz miałby o czym pomarzyć w ciepłej kąpieli – siedem i pół tysiąca funtów… nielicho. Czuł lekkie, niewyraźne wyrzuty sumienia – nie lubił Rudolfa za jego życia, zresztą z wzajemnością. Teraz należałoby go trochę polubić. No cóż, skoro jest martwy, można spróbować.

***

Zamknął się w bibliotece. Boże wszechmocny… tu jest wszystko! Wszystko, co w ciągu lat powojennych wydano w Londynie i Paryżu, o czym – pisząc swoją książkę – mógł jedynie pomarzyć – monografie, biografie, literatura piękna, poezja, roczniki paryskiej „Kultury”, londyńskich „Wiadomości” i „Dziennika Polskiego”…

Jak on, u diabła, ma to zrobić? Profesor doradzał mu beczki. Wysokie, z solidnej, lekkiej blachy – ktoś z jego rodziny przywiózł niedawno Batorym ze Stanów czy Kanady kilka takich beczek i przeszło bez trzepania. Tylko że ten ktoś wiózł szmaty. A papier jest ciężki jak woda – podpadnie od razu. Oczywiście nie ma co myśleć o zabraniu wszystkiego. Musi zrobić ostrą selekcję, wybrać tylko to, co mu będzie potrzebne. Ma na to trzy tygodnie… właściwie dwa i pół – jeden dzień już upłynął, ze dwa będzie trzeba poświęcić na załatwienie innych spraw. Nie wolno mu przeglądać książek, ani broń Boże się zaczytywać. Autor, tytuł, spis treści – i decyzja.

Mimo że starał się bardzo pilnować, parę razy się zaczytał. O zmroku zajrzała matka.

– Masz telefon, Tomeczku.

Spojrzał nieprzytomnie.

– Na pewno ja?

– Chyba, że ja się nazywam Tomek. To Polak.

To może być tylko Zdzich, oferma. Bo któż by?

– Słuchaj, muszę z tobą pogadać – mówił szeptem Zdzich. – Mam pewien kłopot…

– To mów.

– Nie przez telefon. On nie pozwala mi dzwonić, muszę się śpieszyć, póki jest w klozecie.

– Dobra… wsiądź w metro i wysiądź na King’s Cross. Jak wyjdziesz, idź w lewo i skręć w pierwszą ulicę w lewo, zaraz naprzeciw przystanku autobusowego jest bar, Duke of York. Zapamiętasz? Będę tam za pół godziny.

Odłożył słuchawkę. Nie miał ochoty usłyszeć, że Zdzich na przykład nie ma na metro, nie trafi albo coś w tym rodzaju.

– Kolega? – spytała matka.

– Taki tam. Płynęliśmy razem.

– Zjesz coś teraz? Tam będziesz szedł dwadzieścia minut.

– Pobiegnę. Cholernie mi brakuje ruchu. Ale zjem później, nie mogę lecieć z pełnym brzuchem.

Pocałował matkę i poszedł zmienić buty.

Czekał w pubie dwadzieścia minut, zanim pojawił się Zdzich. Zdążył wypić piwo i wziąć następne, a potem jeszcze jedno dla Zdzicha, bo ten najwyraźniej zamierzał tkwić tu o suchym pysku.

– Wbili mi wizę na dwa tygodnie – poskarżył się Zdzich. – Glynn próbował się z nimi kłócić, ale nie chcieli gadać. Kazali iść do Home Office.

Tomek pomyślał, że sprawę wizy Zdzich ma już przerąbaną. Potrząsnął głową.

– I co, chcesz iść?

– Jasne. Ale wiesz, że się nie wygadam. Wszystko spieprzę. Chodź ze mną, Tomek.

– A myślisz, że ja się wygadam?

– Na pewno lepiej niż ja.

– Zdzichu… nie chodzi przecież o to, jak gadasz, ale co gadasz. Ja tu nic nie pomogę, dla nich jestem taki sam śmieć jak ty. Prędzej ten twój wujek. On przynajmniej może zasunąć jakiś zdrowy argument, że jesteś mu do czegoś potrzebny czy coś.

– Nie, odpada. To skurwiel. Kazał mi kupować sobie żarcie i zapowiedział, że za dwa tygodnie mam się wynieść.

– Ten skurwiel przysłał ci zaproszenie – rzekł Tomek, zły, że się solidaryzuje z tamtym facetem. – Mieszkasz u niego. Rozmawiałeś z nim o tej wizie?

– Jasne, od razu. I od razu się wypiął.

No tak. Sprawa zamknięta.

– Robotę masz?

Zdzich się rozpromienił.

– Tak, od wtorku. Dycha za noc minus stłuczki. I mogę robić siedem dni w tygodniu. Nieźle, co?

– Hm… nie wiem.

– A tobie ile wbili?

– Czego?

– Wizę, na ile tygodni pytam.

– Na pół roku.

– No popatrz… a potrzebujesz na trzy tygodnie. Co oni tak? Na krzywy ryj?

– Na krzywy ryj.

– To jest zasrana sprawiedliwość.

– A ten kumpel, który załatwił ci pracę? Może on z tobą pójdzie?

– Odpada. On już parę miesięcy siedzi na czarno. Słuchaj, Tomek, będziesz tylko tłumaczył, nic więcej.

Co tłumaczył? Że on ma załatwioną robotę na czarno? Zdzich najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że prosi o coś więcej niż o koleżeńską przysługę. Ba – o odmowę, a tej Tomek był pewny, oskarży właśnie jego („Mogłeś im to jakoś lepiej wytłumaczyć, chłopie!”). Nie cierpiał angielskich urzędników, pewnych siebie, ironicznych, skrywających arogancję pod cienką warstewką uprzejmości, która tak łatwo zwodzi cudzoziemca. Szczególnie przybysza z Polski, kraju, gdzie w urzędach, na ulicy i w tramwaju króluje chamstwo. Nie miał zamiaru usłyszeć: „Przykro mi”, wolałby zapomnieć, że już kiedyś to usłyszał.

– Gdybym wierzył, że ci cokolwiek pomogę, tobym z tobą poszedł – powiedział z wolna. – Ale nie wierzę. I nie pójdę.

Zdzich popatrzył na niego oczyma skrzywdzonego dziecka.

– A ja, kurwa, myślałem, że ty jesteś porządny gość.

Tomek milczał. Mógłby spróbować wytłumaczyć to Zdzichowi, ale był pewny, że on i tak nie zrozumie. Zdzich powinien teraz się obrazić i wyjść, ale on siedział i pił piwo. Po prostu było go jeszcze sporo w szklance.

– Powiedz mi, ale uczciwie, po co ty tam wracasz? – zapytał napastliwie.

Tomek znał ten ton i tę napastliwość, już nieraz musiał tłumaczyć się z tego, że tam wraca. Na przykład Rudolfowi. Ci wszyscy, którzy po wojnie nie wrócili do Polski, potrzebowali mocnego potwierdzenia słuszności swojego wyboru; zachowywali się tak, jakby to oni byli współtwórcami brytyjskiej potęgi, a ci, którzy pozostają w kraju, choć mogliby uciec, są po prostu idiotami umacniającymi swoją głupotą sowiecki reżym i nie zasługują na nic poza szyderstwem. A przecież Tomek wiedział, że z jakichś przyczyn i po coś tam jest. Nie miał ochoty tego tłumaczyć, nie Zdzichowi. Milczał.

– Żonaty jesteś?

– Nie.

– Robotę masz, to jasne, ale tam każdy ma. Dziewczynę zostawiłeś?

– Nie. Siostrę tylko.

– A tu matka. Meta jest, spanie, żarcie za friko, wszystko, co zarobisz, twoje. Dziwny facet z ciebie.

Spanie, żarcie i kasa. Jak miałby gadać z kimś takim?

– Chcesz jeszcze piwa?

Nie czekał na odpowiedź, zabrał puste szklanki i po chwili przyniósł pełne.

– Słuchaj… a nie myślałeś o azylu? Tu byś nie dostał, ale może by ciebie gdzieś odesłali, do Australii, Kanady.

– Albo z powrotem. Nie, odpada. Mówili ci Angole, jeszcze na statku, że jakby tam u nas się coś rypło, weszli Ruskie albo coś… tobie nie mówili?

– Mówili.

– No popatrz, a już myśleliśmy, że weszli.

– To ty tak myślałeś. Ja nie.

– Szkoda, że jednak nie weszli. Miałbym teraz czystą sprawę…

Tomek patrzył na niego z niedowierzaniem.

– A ja, kurwa, myślałem, że ty jesteś porządny gość.

– Coś ty, przecież żartuję. – Zdzich się zmieszał.

Tomek wiedział, że on nie żartował, po prostu był szczery. Dopił swoje piwo i wstał.

– No to trzymaj się. – Skinął ręką Zdzichowi i wyszedł.

Żałował, że wlał w siebie tyle piwa. Miał ochotę pobiec. U siebie biegał codziennie po kilka kilometrów, i od tygodnia, od wyjazdu z Warszawy, brakowało mu ruchu.

***