Lista. Dziennik 2005 - Anda Rottenberg - ebook
Opis

Na początku roku 2005 Polską wstrząsnęła lista. Medialne show, podejrzenia i święte oburzenie mieszało się z kolejnymi sensacjami na temat tego, kto rzekomo "donosił". Anda Rottenberg przedstawia w tej książce zapis sześciu miesięcy swojego życia z listą, od momentu jej ogłoszenia do dnia, w którym uzyskała status pokrzywdzonej.  Warszawa, Wawer, Kraków i Paryż. Bliska emerytura i kolejne angaże. Wir pracy i chwila na refleksję. Błyskotliwe obserwacje dnia codziennego słynna polska kuratorka przeplata z ostrymi komentarzami na tematy towarzyskie i społeczne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 135

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zima w Wawrze, 2004.

Kolonia–Warszawa, WawerŚroda, 26 stycznia 2005

Galop z Muzeum Ludwiga na peron S-Bahn. Esbanu. Esbanu – esbanu – esbanu – esbanu – stuka w głowie, biegnę schodami w górę, schodami w dół, jak w książce Choromańskiego, czytanej przy akompaniamencie bólów porodowych, w klinice przy placu Starynkiewicza. Lodowaty wiatr wciska w oczy kurz z placu przed katedrą, oczy łzawią, nie mogę sięgnąć po chusteczkę, ręce zajęte bagażem, walizeczka na kółkach głośno turkocze, tykają sekundy owiewane najpierw dworcowym zapachem hot dogów, a pół godziny później sosnowym frische Duftem, królującym na sterylnym lotnisku Kolonia / Bonn. Zdążyłam.

Warszawska Etiuda pęka w szwach, nie ma mowy o frische Dufcie, przeważa nuta wędzonek z lekkim czosnkowym akcentem. Na zewnątrz kłujący, suchy mróz odbiera smak papierosom. Partner Taxi leci dieslem i charczy przy zmianie biegów. Znajome kadry ulic przesuwają się w zwolnionym filmie warszawskiego ruchu kołowego i prawie zamierają na wybojach ulicy Lucerny, częściowo zapomnianej przez drogowy walec. Koniec trasy. Witaj w domu.

Obrażone koty demonstrują pogardę dla zeschniętych resztek wczorajszego jedzenia. Zgarniam je dla Czarnego, czatującego przy drzwiach tarasu. Czarny chce się wprowadzić na pokoje, moje białe bronią terenu szarżą zza beniamina; każdy ma, na co zasłużył, bezdomni do hospicjum. Przy łóżku rośnie sterta rozdartych kopert i ich zawartości, zwiastującej istotne wydarzenia kulturalne, oferującej niepowtarzalne okazje zakupu, skorzystania z wiedzy, pogłębienia znajomości, poprawienia wizerunku oraz samopoczucia. Nasenne piwo rozcieńcza skondensowaną bezwzględność Elfriede Jelinek dla Eriki Kohut i rozmazuje ostrość konturów radiowych rewelacji o kradzieży listy ubeków. Pęka gruba kreska.

Warszawa, WawerCzwartek, 27 stycznia 2005

Miller znów nasrał do wanny. Smród wsącza się pod czaszkę cienką, natrętną strużką, wtórując radiowym rewelacjom z życia rodu Forsyte’ów. Na parterze burczy tok-ef-em. Ukradziona lista nie jest tylko listą ubeków. Są tam też kapusie i kandydaci na kapusiów. Cały Peerel w układzie alfabetycznym, od a do zet, z numerami porządkowymi. A co z KGB?

WarszawaPoniedziałek, 31 stycznia 2005

Listę ukradł Wildstein. Nie ukradł, mówi, ponieważ lista nie jest objęta klauzulą tajności. Klauzula – klauzura. Ograniczenie – zamknięcie. Jak w klasztorze o podwyższonym rygorze. I w więzieniu. Wrzątek z mediów wylewa się na ulice i przetacza przez Polskę jak tsunami, w sprawie którego gwiazdy wyśpiewują pomoc na placu Teatralnym, między fasadami opery, kościoła i banku, który udaje niegdysiejszy ratusz. Nasze gorące tsunami nie stygnie, chociaż od wschodu wieje mrozem. Gauden wyrzuca Wildsteina z pracy.

– Każdy wie, co robił w życiu, ja wiem, co podpisywałem i od kogo brałem pieniądze. Oraz od kogo nie brałem – komentuje Sławek Bielecki.

Ja też wiem. Wiem? Nikt mi nie proponował, mogłam nie rokować. Autorytety od moralności mówią mi z telewizora, że jednak nie można na to patrzeć statystycznie. Każdy wypadek jest pojedynczy, odmienny od pozostałych. Na przykład, że niektórzy podpisywali zgodę, ale tak naprawdę nie kapowali. Albo kapowali tylko troszkę, nieszkodliwie. Ale skąd się wzięło tylu kandydatów?

Warszawa, WawerWtorek, 1 lutego 2005

Lista krąży po Internecie. Jak Lokis. Strzeż się ciąży, Lokis krąży. Lokis, dyżurny wilkołak Peerelu, romantyczny, blady, nie chce, ale musi czasem wpić się w aortę przy pełni księżyca. Jacek Żakowski napada na profesor Staniszkis, która figuruje. Ona jednak listę niezłomnie popiera, bo to przyspieszy wyjaśnienie sytuacji wielu osób. Jackowi nie rośnie sierść. Może nie ma pełni? Wszystko w mediach. Medium przekazuje głos z zaświatów. Nie kapowała, a była na liście? Jako kandydatka?

WarszawaŚroda, 2 lutego 2005

Podobno adresy www często się zmieniają. Nie będę grzać komputera, nie mam do tego głowy, w końcu mnie to nie dotyczy. Chociaż ciekawe.

Warszawa, WawerCzwartek, 3 lutego 2005

Formuje się komitet obrony Wildsteina. W Czytelniku[1] Jacek Żakowski pyta, czy się podpiszę pod protestem. Nikt się do mnie w tej sprawie nie zgłaszał. Chcę na emeryturę. Będę mieć oko na drzwi, wpuszczać i wypuszczać koty. Dreptać do sklepiku po bułeczkę. Doglądać roślinek. Zapomnę wspomnień. Nasza ścieżka pod sosnami stoi pusta.

Tymczasem, charytatywnie, chociaż na tłusto, balujemy w Muzeum Narodowym. Smalec ze skwareczkami, ale bez wódeczki, w końcu to jednak muzeum. Góralska kapela, góralskie chusty, góralskie serdaki, góralskie fryzury, góralskie parzenice jako fanty – zadatki zakupu dzieł sztuki. Coraz więcej parzenic, coraz mniej smalcu, szyneczka się kończy, nie ma gdzie zapalić, wychodzimy z papierosami na mróz. Gruby za chwilę zacznie licytację, ale na razie pali, mimo składanych żonie obietnic jeszcze nie rzucił. Mruga do mnie i pyta, czemu nie wolno rozgryzać viagry.

– Bo powstaje stwardnienie rozsiane, cha, cha, cha; tylko nie opowiadaj w nieznanym towarzystwie, bo można kogoś urazić.

Kuratorki z Moskwy nigdy nie jadły smalcu, dlaczego wszystkim tak smakuje? U nich je się sało, a to co innego, sało owszem, jak najbardziej, ale smalec? Pytam, jak u nich tłusty czwartek. Niby jestem prawosławną Rosjanką, przynajmniej częściowo, okazuje się jednak, że mam wyraźne braki.

– U nas maslenica, od masła. Ale jeszcze nie nadeszła, jeszcze mamy czas.

U prawosławnych zawsze wszystko później. Muszę się trochę poduczyć, zapytam Leona.

Licytacja nad wyraz udana, wszystko sprzedane, Tomek nawet zaskoczony, trzy pięćset za ksero, ale kto by się przyglądał, w końcu chodzi o cel, nieprawdaż? Już wychodzisz? Spotkamy się później, pogadamy w Trzcinie. W mózgu kalka, chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie. Muszę jechać ostrożnie, nie mogę znów stracić prawa jazdy, mam już swoje lata, na mój widok policja traci poczucie humoru, nie rozumie, że znam siłę swego samochodu.

[1] Instytut Adama Mickiewicza, w którym wówczas pracowałam, mieścił się w budynku Czytelnika przy ulicy Wiejskiej.

WarszawaPiątek, 4 lutego 2005

Komitet obrony Wildsteina ma pikietować i demonstrować. Piotr Cywiński donosi w sieci: „Jestem bardzo zajęty i nie trzymam ręki na pulsie. Podobno pojawiła się jakaś lista, na którą można się zapisać”. Wszyscy konają ze śmiechu. Też by się chcieli zapisać. W Peerelu chodzili do podstawówki.

Andrzej E. przyleciał ze Szwecji i po antyszambrach u Muchotłuka konsultuje ze mną swoje pomysły i strategie. Szag wpieriod, dwa nazad. Co lepiej? Z kim lepiej? Od prawa czy od lewa? Może skośnie? Rozmawiam z nim, surfując w sieci. Nareszcie łapię adres www. Klik, klik, klik, klik. Alfabetycznie. Klik, klik, klik. Jest R. Klik, klik, Ro. No, no, no! Patrzcie państwo. Ten, ten i ten. I ta. I ta.

I ja!

Razy dwa!

Z podwójnym nazwiskiem, jeszcze po mężu, raz przez „ó” i raz przez „u”.

Andrzej przygląda się klikaniu, więc mówię radośnie, że jestem na liście.

– Na jakiej liście?

– Wy w tej Szwecji nic nie wiecie. Jest lista ubeków, kolaborantów i tych, którzy mieli nimi być.

Klik, klik, klik, klik. Eb, Ec, Ed, Ef, Eg, Ej, ho, ho, ho, Ek! Mam!

– Ty też jesteś.

– Jak to jestem? Jak mogę być na ubeckiej liście?

– Normalnie, byłeś inwigilowany i masz teczkę w IPN.

– Co to jest IPN?

– Instytut Pamięci Narodowej, taka firma, która trzyma teczki z UB, SB i tak dalej. Kto ma teczki, ten ma władzę.

Andrzej nagle zaczyna się wiercić na krześle, włącza narrację, że może jak prowadził w Warszawie galerię, to tam na pewno był jakiś esbek, który go podsłuchiwał i potem notował, a potem mu założył teczkę, i tak to jakoś było. Mówię, że może złożyć wniosek.

– Jaki wniosek?

– O uznanie za pokrzywdzonego.

– Przecież ja się nie czuję pokrzywdzony.

– Nie?

– No może tym, że jestem na liście.

– Na przykład.

– A jak zobaczę, kto donosił, to oni zostaną ukarani?

– Nie, nie zostaną. Działali w ramach istniejącego wtedy prawa.

– To po co jest ta lista?

– Żeby oddzielić tych, co kapowali, od tych, na których kapowali. Ziarno od plew, jak w wialni. Słyszałeś o wialniach? To maszyny, które ilustrują działanie Ducha Świętego.

Klik, klik, klik, klik. Moi przyjaciele i ich rodziny. Wszyscy krewni i znajomi Królika. Bez krewnych i znajomych Czerwonego Kapturka. I bez Wilka. Mają teczki w Moskwie.

Żegnam się z Andrzejem, wyjaśniam, że lecę do IPN-u. Zabrać cię? Nie szkodzi, że jesteś obywatelem Szwecji. Anna Prucnal jest obywatelką francuską, a teczkę dostała. Teraz musi dopisać post scriptum do swojej autobiografii. Za wcześnie ją napisała.

– Wiesz, sprawdzę tę listę w Szwecji i zastanowię się.

– Zastanów się.

Dzwonię do Hanki.

– Haniu, jestem na liście, ty też.

– Wiem.

Dzwonię do Krzysia[2].

– Jestem na liście.

– O kurwa!

– Zaraz jadę do IPN-u.

– Zrób to jak najszybciej. Nic się nie martw, głowa do góry!

– Nie martwię się, przecież wiem, co w swoim życiu podpisywałam.

Po drodze zahaczam o moją stołówkę pracowniczą w suterenie Czytelnika, trafiam na Ewę Kuryluk i też jej mówię o liście.

– No oczywiście – wykrzykuje Ewa – przecież pamiętam, że jak byłaś w Paryżu, spałyśmy w jednym łóżku. Który to był rok?

– Osiemdziesiąty piąty.

Ewa jest w uderzeniu, chichocze wesoło, że na pewno wtedy przyjechałam w ramach swoich tajnych obowiązków, żeby ją zadenuncjować, bo zaniosła mój prowokacyjny tekst do „Zeszytów Literackich”, tylko nie pamięta, czy się ukazał. Jest ciekawa, czy też jest na liście, ale wyznaję, że nie sprawdzałam, na Ka jest najwięcej, strasznie długa ta lista.

Publikujesz za granicą pod nazwiskiem i dostajesz paszport. Jakbym cię nie znała, to bym pomyślała, że kapujesz, powiedziała kiedyś jedna z moich przyjaciółek.

No tak, pojechałam do Paryża. Właściwie do Belgii, na kongres, garbusem mojego męża. Dwa referaty i kilka tekstów, wszystko przełożone na angielski przez Olę Chojnowską.

– Akurat miałam je na tapecie, kiedy przyszli z rewizją, zdążyłam je kopnąć pod tapczan – opowiadała później, zdziwiona, że jej zaufałam.

Nie znałam jej za dobrze. Ale w końcu nic takiego tam nie było, żeby zaraz się bać. Tak myślałam. Jednak na kongresie demokratycznego międzynarodowego stowarzyszenia nie pozwolono mi na ich publiczne czytanie. Mogłam urazić radziecką delegację, złożoną z jednorękiego bandyty ze związku chudożników, „uczonego” z akademii nauk oraz tłumaczki, ksywa Gala Razwiedczik. Gala, ze współczującym spojrzeniem, pytała w kuluarach, czy siedziałam. Była rozczarowana, że jednak nie. Szybko wyjaśniłam, że za to siedziało wielu moich przyjaciół. I że niektórzy nadal siedzą.

Rekompensatą za tę cenzurę były późniejsze publikacje w zawodowym periodyku, w dalekiej Portugalii, Osculati. I nie tych tekstów, tylko innych.

W Brukseli mieszkałam u Evy, zwanej Mère Nöel. Podczas stanu wojennego przysyłała nam na gwiazdkę ekskluzywne paczki. Eleganckie rajstopy, najnowsze marki perfum, czekolada Côte D’Or i foie gras z truflami. W rewanżu zawiozłam jej zdobyty przez mamę termos kawioru z kantyny dowództwa północnej grupy wojsk radzieckich w Legnicy. Mama umiała organizować kontrabandę, na wierzchu rozsmarowała pół kostki masła. Na wypadek zainteresowania ze strony polskiej i enerdowskiej kontroli celnej. Jedliśmy ten kawior łyżkami z Evą i Andrzejem Turowskim. Mieszkał już wtedy w Paryżu, mógł swobodnie podróżować.

Kawioru starczyło jeszcze na spotkanie z Alainem, miejscowym witkacologiem, przyjacielem Dunki Micińskiej. Iskrzyło między nimi już przy drugiej łyżce. Przyjechali potem razem do Warszawy.

– Merci pour la femme – szepnął Alain przy powitaniu.

Rozstali się po kilku latach. Alain znalazł sobie młodszą i ładniejszą – jak wszyscy. Rzuciła go. Jak zawsze. Taki jest porządek dziobania. Zaczął przychodzić do Evy, żeby się skarżyć. Evie nie chciało się tego słuchać. W teatrze trwały próby jej sztuki, ruszała produkcja jej filmu. Poza tym snuła plany wyjazdu do Szanghaju. Zajmuje ją chińska kaligrafia.

Francję zaliczałam „tranzytem”, który trochę trwał, trzeba było odwiedzić kolegów knujących na emigracji. Garbus miał dwa bagażniki: jeden z przodu, pod maską, drugi pod tylnym siedzeniem. Ten drugi wypełniał się podczas podróży bibułą i rozmaitymi drukarskimi fantami. Na wierzchu znalazły się książki o sztuce.

– Pani tak sama podróżuje? – wopista wypatrzył mnie w długiej kolejce do odprawy. Przede mną stał sznur samochodów szczelnie wypełnionych zachodnim dobrem, na dachach jechały pralki i lodówki, których w Polsce nie można było kupić. Zmiękły mi nogi.

– Koledzy mają przepustkę, chcą się zabrać do Wrocławia – wyjaśnił. Ale Legnica też kolegom pasowała. Otworzyli zapasowy szlaban, przepuścili mnie bokiem, bez kolejki, koledzy dociążyli tylne siedzenie. Pod dworcem w Legnicy wyznali, że było im bardzo miło, naprawdę, odbywać tę podróż w tak uroczym towarzystwie. I teraz mogą skorzystać z wolności.

[2] Kiliana.

WarszawaPiątek, 4 lutego 2005

Towarowa 28, róg Łuckiej. „Wieżowiec” w minionym stylu, bez stylu. Obiekt strzeżony. No chyba! W środku są nawet elektroniczne bramki obstawione napakowanymi karkami w mundurach. Kabury rozchylone jak usta nierządnicy. A Wildstein wyniósł. Okienka, jak to w urzędzie, czyli zamknięte. Nie widać kamer przemysłowych, ale jest jedna typu medialnego.

– Frau Rottenberg?

Facet od medialnej. Niemiecki nie jest moją mocną stroną. Ale nie muszę się wytężać na trafianie derdidasem we właściwe miejsca.

– My się znamy – kontynuuje po polsku – robiliśmy z panią nagranie w czasie tej afery.

Pospiesznie potakuję, że wiem, żeby tylko nie zaczął mówić o Zachęcie, Cattelanie, Papieżu i wyrywnych posłach!

– Czy mogę wiedzieć, co panią tu sprowadza?

– Przyszłam złożyć wniosek.

– O co?

Rzeczywiście: o co?

– O uzyskanie statusu pokrzywdzonej.

Ulga. Tak. Właśnie. Jestem pokrzywdzona w świetle ustawy.

– Jestem pokrzywdzona w świetle ustawy – odpowiadam z bladym uśmiechem.

– Czy powie to pani do kamery?

– Tak.

Powtarzam do kamery, że jestem pokrzywdzona w świetle ustawy. Kamera śledzi moje ruchy. Rejestruje, jak zwracam się do pani o ankietę, jak siadam grzecznie przy stoliku i zaczynam: Imię. Nazwisko. Nazwisko rodowe. Służbowy długopis odmawia. Pani prosi, żeby nie naciskać za mocno, bo się przekopiuje na niewłaściwe strony. Trzeba dublować scenę. Gram całkiem dobrze. Siedzę sobie w ciasnym przedsionku Instytutu Pamięci Narodowej i wypełniam wniosek, który puści w ruch procedurę mającą na celu wydanie mi papieru, że nie kapowałam na kolegów, znajomych i przyjaciół. Oraz na rodzinę. Ja – nie, wiem to bardzo dobrze. W końcu pamiętam, co w życiu podpisywałam i od kogo brałam pieniądze. Jak Sławek. Czy on też składa wniosek?

Nagle zauważam Stasia, dyrektora instytutu, w którym kiedyś pracowałam. Pytam, czy on w tej samej sprawie, z tym wnioskiem. Zdążył to zrobić wcześniej, okazuje się, teraz tylko musi coś uzupełnić. To wszystko straszne zawracanie głowy, dodaje i macha ręką z rezygnacją.

Młoda dama zabiera mnie do Sezamu. Napakowani rozstępują się, bramki mrugają na zielono. Dama ujawnia posiadanie dorodnych, białych zębów. Przeszłość zna z dokumentów lepiej niż ja z autopsji. Nie pamiętam daty procesu Maryni, a więc i moich przesłuchań na Mostowskich, klasycznej gry w dobrego i złego ubeka, bata i marchewki, i mojego rozbawienia, kiedy mi opowiadali, że wszystkich świetnie znają. Dzwonię do Hanki i pytam, kiedy to było. Dopiero osiemdziesiąty szósty? Ach tak, oczywiście, wcześniej była tylko internowana.

Białe zęby odsłaniają się przyjaźnie:

– Proszę się nie martwić, dostanie pani zawiadomienie.

Na zewnątrz znowu Staś.

– Słuchaj, czy myślisz, że mogli robić raporty z podsłuchów telefonicznych?

– Z całą pewnością, przecież byłeś dyrektorem.

– Diabli wiedzą, kto wtedy donosił.

– Wszyscy wiedzieli. Twój zastępca.

– To wiadomo. Ale kto jeszcze?

– Dostaniesz teczkę, to się przekonasz.

– Ale gdzie my w ogóle jesteśmy, co to za dzielnica? Gdzie tutaj można się napić kawy?

Staś zna tylko okolice Traktu Królewskiego, w końcu ma stare nazwisko, które do czegoś zobowiązuje. Generalnie jest przeciwko barbarzyństwu, bo przecież zobacz, co oni zrobili we Francji, nie tylko zgilotynowali Ludwika i Marię Antoninę, ale wytłukli kamienny poczet królów na fasadzie Notre Dame! Do tego prowadzą rewolucje!

– Nie wiem, nie mam pojęcia, to rzeczywiście fatalna dzielnica, przepraszam cię bardzo, strasznie się spieszę, mam przejąć wnuczkę, do zobaczenia.

Rok 1977. Pracuję w Instytucie Sztuki PAN. W mojej Pracowni Plastyki Współczesnej zupełnie niespodziewanie pojawia się dawno niewidziana Nina Milewska. Oznajmia, że mieszka teraz w Gdańsku. Nie, nie ma żadnej sprawy, chętnie zajrzy na nasze zebranie naukowe, ma komunikat, może ją zabiorę? Na zebraniu kwiat profesury, błyskotliwe przyczynki na temat renesansu przeplatane są gęsto cytatami w języku Dantego, co dodaje spotkaniu powagi. Po referatach Staś otwiera dyskusję. Nina chce zabrać głos. Wstaje i czyta deklarację praw człowieka. Na koniec dodaje, że naszym obywatelskim obowiązkiem jest złożenie podpisu pod deklaracją i puszcza w obieg cały tekst.

Zebranie podpisuje. Autografy składają wszyscy, solennie, po kolei. Na tym kończy się dyskusja. Nina znika.

Następnego dnia dzwonią telefony. Pani Ando, błagają naukowcy, przepraszam, chciałbym się wycofać z tej deklaracji, nie bardzo wiedziałem, co za tym stoi. Nie, żebym był przeciw, jednakże tak nie wolno, to było działanie podstępne. Czy da się to jakoś załatwić? Nie wie pani? A gdzie jest ta lista? Też pani nie wie?

Staś nagle przechodzi na „pani”.

– Proszę pani, to niedopuszczalne, to w końcu było zebranie naukowe, a nie polityczne. Pani wie, że odpowiadam za Instytut, proszę natychmiast oddać tę listę! Jak to pani nie ma?! Przecież to pani koleżanka. Nie przyszła z panią?

Właśnie wtedy dowiedziałam się, że Nina działała w ROPCiO.

Wpadam do Joli z wiadomą informacją. Jola jest nastawiona bojowo.

– Zwariowałaś? Nigdy się nie dawałaś, zawsze byłaś niezależna, a teraz się upokarzasz? Puknij się w głowę! Będziesz się tłumaczyć z tego, czego nie robiłaś? Wildstein jest Hunwejbinem, chcesz tańczyć, jak ci zagra?

– Ty nie jesteś na liście.

– Naprawdę? A moi byli mężowie?

– Też ich nie ma.

– No, jednak. Jacy byli, tacy byli, ale… Mój brat?

– Nie. Ale wszyscy inni są.

– Iksińska?

– Prawie cała rodzina.

– Igrek?

– Oczywiście.

– Zet?

– Cztery