List z powstania - Anna Klejzerowicz - ebook
Opis

W ostatnich dniach walk powstańczych w pięknej willi na warszawskim Żoliborzu zostają zamordowani Maria i Juliusz Bońkowscy, którzy oczekują na wieści od swojej dzielnej córki Hanki, biorącej udział w powstaniu. Osierocają nie tylko Hankę, ale także młodszą córkę, Julię. To właśnie ona poniesie brzemię tamtych wydarzeń. Po wojnie, gdy na jaw wychodzi śmierć rodziców, a starsza siostra uznawana jest za zaginioną, Julia trafia do sierocińca. Nie przyjmuje jednak do wiadomości pogłosek o śmierci Hanki, na którą wciąż czeka. Poszukiwanie śladów zaginionej siostry, tropienie najmniejszej chociaż informacji o powstańczej łączniczce, staje się życiową misją Julii i jej córki – Marianny. Można nawet odnieść wrażenie, że kobiety balansują na granicy szaleństwa i opętania. Prawda, której z takim uporem szukają, staje się dla nich i dla ich bliskich śmiertelnie niebezpieczna. Przeszłość skrywa bowiem mroczne tajemnice.

Choć tak naprawdę główna akcja fabularna dzieje się na przestrzeni lat powojennych, to życie tych dwóch kobiet naznaczone jest wydarzeniami z sześćdziesięciu trzech dni Powstania Warszawskiego.

To powieść o tym, jak cienka i łatwo przekraczalna jest granica pomiędzy złem a dobrem, miłością a nienawiścią. To także opowieść o tym, jak najmniejsza chwila może odcisnąć bolesne i nieusuwalne piętno na życiu człowieka, czyli jak historia wraca echem we współczesności i kształtuje przyszłość. Polecam.

Leszek Koźmiński

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 315

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Anna Klejzerowicz

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2018

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN: 978-83-7674-778-1

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

Pamięci Wujka Andrzeja – powstańca warszawskiego

Osoby i wydarzenia przedstawione w tej książce są fikcyjne.

bo to była życia nieśmiałość,

a odwaga – gdy śmiercią niosło.

Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało

wielkie sprawy głupią miłością.

Z głową na karabinie

K.K. Baczyński 4 XII 1943 r.

PROLOG

Ostatnie dni września 1944, Warszawa

Noc niosła złudzenie spokoju, choć tak naprawdę lęk nie opuszczał nikogo, a w oddali wciąż słychać było pojedyncze odgłosy wystrzałów. Gdzieś tam, w wymarłym mieście, ktoś jeszcze walczył. A może ktoś kogoś dobijał.

Cały czas czekali – cisza przed burzą dawała tylko chwilę wytchnienia. Wkrótce nastanie świt.

Doktorostwo Bańkowscy nie spali. Nie spali już od wielu dni, choć czasem zmęczenie – na chwilę, na godzinę, dwie – odbierało im świadomość. Żałowali tych chwil, gdyż każda godzina mogła być tą ostatnią. Bardziej niż inni zdawali sobie z tego sprawę. A przecież chcieli być z ukochaną córką, jeśli nie ciałem, to chociaż duchem. Myślą. Całą swą świadomością właśnie…

Pan Juliusz, przy nikłym płomyku świecy, czytał wciąż tę samą stronicę podniszczonej książki w zielonkawej, mocno już wyblakłej płóciennej oprawie. Czytał, nie widząc liter, ale treść od dawna znał na pamięć. Było to bodaj coś z polskiej klasyki: poezja, stare wydanie, jeszcze z biblioteki ojca. Tak, dodawało mu to sił. Jak zawsze, odkąd sięgał pamięcią. Pani Maria – żona doktora – nasłuchiwała. Gdyby jeszcze wierzyła w Boga, modliłaby się. Jednak jej wiara umierała wraz z tym miastem.

Stukanie do drzwi, tak niespodziewane i groźne o zagubionej między nocą a dniem godzinie, zabrzmiało jak kolejny wystrzał…

Pani Maria zerwała się z miejsca. Doktor odłożył książkę na podręczny stoliczek. Pobladł, lecz nie stracił tak typowego dla siebie opanowania.

– Kto to może być…? – wyszeptała kobieta. – Niemcy…?

Stukanie rozległo się ponownie. Trzy puknięcia – przerwa – dwa kolejne.

– Niemcy teraz nie pukają, Maryniu – odrzekł sarkastycznie jej mąż. – Posłuchaj, to przecież umówiony sygnał. To może być… Zapal lampę, pójdę sprawdzić!

Spojrzenia obydwojga automatycznie powędrowały w kąt pokoju, gdzie w półmroku, na masywnym, rzeźbionym biurku z dębowego drewna stały dwie oprawione w ramki fotografie. Z pierwszej uśmiechała się wprost do obiektywu bardzo ładna, już dorosła dziewczyna z jasnym warkoczem, o żywych, inteligentnych oczach. Miała na sobie odświętną bluzkę z żabotem, w drobne groszki. Na drugiej ta sama młoda osoba przytulała do siebie dużo młodszą dziewczynkę – poważną, ciemnowłosą i raczej nieśmiałą. Widać było, że mała niechętnie pozuje do zdjęcia.

Pani Maria drżącymi rękoma zapaliła lampę naftową. Prądu nie mieli już od dawna, zwykle palili świece, by oszczędzić zapas nafty.

– Zostań tu – polecił doktor. Zabrał ze sobą lichtarz. Korytarz, prowadzący do drzwi wejściowych, tonął w ciemnościach.

Czekała z bijącym sercem, które omal nie wyskoczyło jej z piersi. Czyżby…? Usłyszała zgrzyt łańcucha i cichą wymianę głosów. Męskich głosów, skonstatowała z bolesnym rozczarowaniem, a następnie opanował ją dławiący, paniczny strach. To musiał być ktoś od nich! Oby tylko nie przynosił tragicznej wiadomości… Oby nie Hania… Oby nie to…

Po chwili mąż wprowadził do bawialni znajomego im młodego człowieka w wojskowej kurtce i kaszkiecie, z biało-czerwoną opaską na ramieniu. Typowy powstaniec: chmurny, blady, z płonącymi żywym ogniem oczami. Sama nie wiedziała, dlaczego mimo wszystko nie potrafią darzyć go sympatią. Jednak w tej chwili musieli mu zaufać… nie mieli innego wyboru.

– Hania…? – wyrwało jej się.

Młodzieniec uśmiechnął się uspokajająco.

– Mam wieści od niej.

– Czemu akurat ty…?

– A czemu nie ja? – Uśmiech chłopaka stał się diaboliczny.

– Więc jakie to wiadomości? – wtrącił pospiesznie doktor. – Czy coś się stało naszej córce? Czy… jest może ranna…?

– Ona? Nie… Z nią wszystko w najlepszym porządku. Ale… nie po to przyszedłem, narażając własne życie. Mam coś innego dla szanownych państwa. – Młody człowiek, nie przestając się uśmiechać, wyciągnął stena. Państwo Bańkowscy patrzyli na niego oszołomieni.

– Na co to nam? – wyszeptała pani Maria.

– Hanka kazała mi was od siebie pożegnać. Już tu nie wróci. Bo zostaje ze mną. – Chłopak zaśmiał się nieprzyjemnie.

– Kłamiesz, łajdaku! – Pan Juliusz szarpnął się w jego stronę, lecz żona przytrzymała go za ramię.

To, co wydarzyło się później, trwało zaledwie kilka minut, a zarazem – całą wieczność.

Młody człowiek strzela. Najpierw do oniemiałego ze zdumienia mężczyzny, prosto w głowę. Następnie zwraca się błyskawicznie do kobiety. Jednym strzałem zamyka jej otwarte do krzyku usta. Nie zwracając uwagi na skrwawione ciała, rozgląda się. Wie, co robi, wie, gdzie skierować kroki. Metodycznie pakuje do plecaka różne przedmioty, opróżnia schowek z biżuterii, sreber stołowych, kolekcji monet doktora. Na koniec wylewa naftę, dla pewności opróżnia też przyniesiony ze sobą kanister z benzyną. Rzuca zapaloną zapałkę i znika w ciemnościach nocy.

Tylko przez ułamek sekundy jego ciemna sylwetka odcina się od buzujących coraz gwałtowniej płomieni.

Nikt jeszcze niczego nie zauważył. Okna sąsiednich domów są zaciemnione, ludzie w oczekiwaniu na piekło poukrywali się w piwnicach, okolica wydaje się bezludna i wymarła. Tylko z oddali dochodzą pojedyncze odgłosy wystrzałów…

CZĘŚĆ I

Gdańsk, 2013

Marianna

Nalewam sobie drugą filiżankę kawy. Gaszę światło, zostawiam tylko włączoną lampkę nocną. Tak czuję się pewniej, niczym w kokonie. Przysuwam fotel do okna. Nie po to, by obserwować. Nie. Jednak wolę widzieć światła ulicznych latarni. Dają mi złudzenie normalności. Tam, za oknem, znajduje się normalny świat. Zapalam papierosa. Napełniam kieliszek. Do kawy – tłumaczę sobie.

Znów wszystko wraca. Jak co noc. Nic to. Już przywykłam. Zresztą, cóż mi innego pozostało? Moje życie i tak legło w gruzach. Jak tamto miasto, dawno temu. Czuję się jak kolejna ofiara powstania. To nie szyderstwo. Jestem nią. Tych ofiar było wiele, bardzo wiele – nie tylko w tamtym strasznym czasie, lecz jeszcze lata, dziesiątki lat później…

Poznałam prawdę, do której dążyłam, odkąd tylko pamiętam. Świadomie lub nieświadomie. Musiałam ją poznać, by – o paradoksie! – móc żyć dalej. Tak mi się zdawało. Lecz wszystko na nic. Ciężar okazał się zbyt duży. A może ja zbyt słaba? Chociaż… teraz przynajmniej wiem, co się wtedy wydarzyło. Od dzieciństwa żyłam w cieniu tej tajemnicy. Ba, nie tylko ja! Poznanie tej cholernej prawdy stało się obsesją, wręcz misją mojej matki, którą w spadku przekazała mnie. Jej się nie udało, mnie – owszem.

Co mi z tego przyszło? Szpital. Kiepska renta inwalidzka, bo o pracy nie mogło już być mowy. Kto zatrudniłby wariatkę…? A więc bezczynność. Bezużyteczność.Brak sensu, brak motywacji. Pustka. Samotność. Fotel przy oknie, żarzący się papieros w drżącej od alkoholu dłoni.

Nikt nie zapuka. Nikt nie przyjdzie. Dawni przyjaciele już dawno poznikali z horyzontu – nikt nie lubi cudzych problemów – a nowych mi nie przybyło. Bo i skąd, skoro od lat unikam towarzystwa ludzi. Z jednej strony jak szalona czekam na dzwonek u drzwi, z drugiej… drżę w panice przed nim, przed każdym odgłosem kroków na schodach, przed każdym stuknięciem windy, zatrzymującej się na moim piętrze.

Już nie rozpoznaję się w lustrze. Czy ta napuchnięta twarz z zapadniętymi oczami pozbawionymi blasku jest moja? Twarz bez wieku, bez wyrazu? Postrzępione ubranie, bluza od dresu, workowata spódnica, rajstopy z dziurą. Matowe włosy, byle jak upięte w kok? Tak. To ja. Ja i nie ja. Bo nie wiem już, kim jestem, kim jest moje ja.

A gdyby on… Gdyby mnie taką zobaczył… czy poznałby mnie jeszcze? Nieważne. Nie ma sensu rozpamiętywać. To już nigdy nie wróci, nie może wrócić. On pewnie ma teraz żonę i dzieci. Ma dla kogo żyć.

A moje życie to stos martwych kamieni.

Strach zawsze był moim domem. Myślałam kiedyś, że uda mi się z niego wyrwać. Na próżno. Już chyba nie potrafię funkcjonować bez tego wiecznego, czającego się, pełzającego wokół mnie lęku.

Wciąż się boję…

Gdańsk, 1976

Dzwonek do drzwi zabrzmiał alarmująco. Marianna drgnęła. Siedziała w swoim pokoju nad lekcjami – choć tak naprawdę pod blatem biurka trzymała jeden z kryminałów Joe Alexa, który wciągał ją zdecydowanie bardziej niż podręcznik od biologii. Dzwonek rozległ się ponownie i w tym samym momencie do pokoju wpadła matka z rozwianym włosem, błyszczącymi gorączkowo oczami i z wielkim kartonem pod pachą. Dziewczynka wsunęła głębiej książkę, udając skupienie nad podręcznikiem.

– Majka, szybko, schowaj to pod łóżkiem! – Julia potrząsnęła ją za ramię, nie interesując się wcale tym, co córka robi przy biurku. – No, pospiesz się, pomóż mi!

I już sama upychała karton pod tapczanem Marianny.

– Mamo, o co znowu chodzi?! Kto dzwoni?

– Nie mam pojęcia, ale to mogą być oni! – wydyszała Julia, wygładzając kapę. – Lepiej to ukryć. Albo nie, czekaj, damy to lepiej do środka, pod pościel…

– Mamo! Przecież to może być ktokolwiek. Na przykład sąsiadka pożyczyć cukier…

Dzwonek odezwał się po raz kolejny.

– Chwileczkę! – krzyknęła Julia przez otwarte drzwi. – Jestem w łazience, jedną chwileczkę! Zaraz wychodzę!

– Wyjrzę przez judasza – zaproponowała Majka.

– Ani mi się waż! Najpierw muszę to dobrze upchnąć… Nie zajrzą tu… W pokoju dziecka na pewno nie będą szukać…

– Akurat! – prychnęła dziewczyna. – A zresztą wcale już nie jestem dzieckiem.

– Cicho bądź! Siadaj z powrotem do biurka i udawaj, że się uczysz! Zrozumiałaś?

– No jasne… – Córka uśmiechnęła się pod nosem.Udawała w końcu przez cały czas.

– No już idę, idę! – wołała Julia, biegnąc do drzwi.

Marianna nie bała się za bardzo, lecz niepokój matki i jej się w pewnym stopniu udzielił, choć hipotetyczna wizyta bezpieki wcale nie wydawała się dziewczynce aż tak przerażającą wizją. Może nawet raczej ekscytującą. Byłoby się czym pochwalić koleżankom. Pewnie, że nie wszystkim – ale przynajmniej niektórym. Dziwaczne anonimy i głuche telefony to w końcu nie to samo. No i co im niby mogą zrobić? Przecież, oprócz jakiejś tam makulatury (bibuły, jak mówił ojciec), nie posiadali niczego ważnego.

Szczęknął zamek u drzwi i dziewczynka usłyszała znajomy głos ciotki Ady.

– Co wy tu wyprawiacie? Nie chciałaś mnie wpuścić, czy co? – Kobieta energicznie wmaszerowała do przedpokoju, po drodze zaglądając do Marianny. – Obie byłyście w tej łazience?

Marianna uśmiechnęła się do ciotki porozumiewawczo, gdy tymczasem Julia westchnęła z ulgą, ocierając pot z czoła.

– Przepraszam cię, kochana – zaczęła tłumaczyć się Julia. – Ale zupełnie nie spodziewałam się ciebie o tej porze. Przestraszyłam się, wiesz… że to może… oni. Rozgość się, zaraz zaparzę kawę…

Wciąż lekko nadąsana ciotka – a w zasadzie przyszywana ciotka, gdyż Ada nie była rodziną, tylko szkolną przyjaciółką Julii i chrzestną matką Majki – zniknęła za gospodynią w kuchni, coś jej klarując przyciszonym głosem.

– Nie mogłam uprzedzić, bo przyjechałam tu po drodze, prosto z miasta. Gdzie miałam jeszcze szukać budki? Zresztą na telefon zareagowałabyś dokładnie tak samo – perorowała w kuchni Ada, teraz już głośniej. – A gdzie twój?

– W delegacji – odpowiedziała Julia. – Robią gdzieś tam reportaż o jakiejś fabryce, nawet nie wiem dokładnie jakiej.

Po chwili obie wyszły z filiżankami, kierując się do tak zwanego „dużego pokoju”, czyli pokoju dziennego i zarazem sypialni Julii. „Duży pokój” miał zaledwie szesnaście metrów kwadratowych.

– Majka, a ty odrobiłaś już lekcje? – przypomniała sobie Julia.

– Tak, tak – mruknęła pod nosem Marianna, zamykając po cichu drzwi i na wszelki wypadek nakrywając Joe Alexa zeszytem. Nasłuchując stłumionych głosów kobiet, zajrzała szybko do kultowego kartonu matki. Oczywiście, to samo. Stary rodzinny album ze zdjęciami, cudem uchowany, kilka notesów z jakimiś zapiskami mamy. Oczywiście, wszystkie o tym samym: o powstaniu warszawskim. Do porzygania, pomyślała buntowniczo. Machinalnie odchyliła okładkę albumu. Matka dostała go od stryjenki Zofii, która ją wychowała. Żony brata ojca Julii – czy jakoś tak. Stryjenka niedawno zmarła, a jej pierwszy maż (czyli stryj Andrzej) zginął zaraz na początku wojny. Potem miała jeszcze jednego męża, wuja Stefana, lecz ten także już nie żył.

Mama hołubiła ten album jak największy skarb. Zaraz z pierwszej strony uśmiechała się śliczna dziewczyna, czy raczej młoda kobieta, z grubym blond warkoczem przerzuconym przez ramię. Wyglądała… jak Marianna. Nie była to jednak ona, lecz ciotka Hanka. Rodzinna legenda.

Marianna w takim samym stopniu nienawidziła jej, jak i ją podziwiała…

Marianna

Julka Bańkowska – moja matka – nie miała bladego pojęcia o tym, że jednego dnia utraciła wszystko. Gdy powstanie warszawskie dogorywało, miała zaledwie dziesięć lat i przebywała z dala od stolicy, na mazowieckiej wsi, u obcych w zasadzie, choć życzliwych starszych ludzi, gdzie przezornie umieścili ją rodzice kilka dni przed wybuchem powstania. Dawniej, za lepszych czasów, kupowali tu jajka albo mleko prosto od krowy, a pani Maria zawoziła im przy okazji niepotrzebne ubrania, buty, lekarstwa czy inne rzeczy. Teraz oni okazali się pomocni w potrzebie, choć przecież wszystkim żyło się ciężko. Biegając na bosaka po trawie, taplając się w pobliskiej rzeczce, bawiąc się z chłopskimi dziećmi, Julka tęskniła za rodziną, lecz nie aż tak dotkliwie, by płakać więcej niż tylko nocami. Traktowała swój pobyt na wsi trochę jak wakacje, choć nie była też już aż tak mała, by nie zdawać sobie sprawy z sytuacji. Wiedziała, że uwielbiana dorosła siostra działa w harcerstwie, w Szarych Szeregach (choć wówczas jeszcze tej nazwy nie znała), że jest wojna, że niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Tyle wiedziała, lecz zarazem nie do końca rozumiała znaczenie tej wiedzy, gdyż czasów przedwojennych w zasadzie nie pamiętała. Może tylko jakieś przebłyski – kurort w Orłowie (to dopiero były wakacje!), poczucie bezpieczeństwa, gdy z rączką w dłoni ojca lub matki spacerowała po spokojnych ulicach, w odświętnej sukience, zajadając watę cukrową.

Cała rodzina przy kawiarnianym stoliku pod parasolem; śliczna jak królewna z bajki starsza siostra w słomkowym kapeluszu, przyciągająca spojrzenia młodych mężczyzn.

Dopiero gdy jej pobyt na wsi zaczął się dziwnie przedłużać, gdy na swoje pytania otrzymywała wymijające odpowiedzi, gdy od czasu do czasu łapała pełne współczucia spojrzenia gospodarzy, słyszała ich urywane szepty, a w oczach gospodyni dostrzegała łzy, które ta szybko obcierała wierzchem popękanej od pracy dłoni – dopiero wtedy niepokój naprawdę zakradł się do jej serca. Była bystrym dzieckiem, domyśliła się, że coś jest nie w porządku. Przestała jednak dopytywać. Prawdopodobnie wcale nie chciała znać prawdy, dopuścić jej do siebie, wolała żyć złudzeniami, że pewnego pięknego dnia ujrzy na horyzoncie ukochaną sylwetkę, rozpędzi się i wpadnie prosto w jej ramiona. W końcu była tylko małą dziewczynką. Jeszcze nią była.

Czas mijał, a ona nadal przebywała u swoich tymczasowych opiekunów. Przestała liczyć dni, które przerodziły się najpierw w tygodnie, potem w pełne lęku i nadziei miesiące. Gdy okoliczni mieszkańcy świętowali zakończenie wojny, Julka płakała, samotna w opustoszałej stodole. A mimo to – nadal czekała.

Pewnego dnia do ich wiejskiej chaty przybyli obcy ludzie. Dwóch mężczyzn i kobieta, która też wyglądała jak mężczyzna. Jeden z mężczyzn, mówiąc, zaciągał śpiewnie. Julce nawet się to spodobało. Śmiała się, dopóki nie zrozumiała, że ci ludzie przyjechali tu po nią.

– Ona ma rodzinę – tłumaczyła im gospodyni bez przekonania. – Ma ciotkę. Gdzie ta jom do siercińca zara brać…

– I gdzie ta ciotka? – zapytał ironicznie „zaciągający”.

– Ano, nie wim. – Kobiecina wzruszyła ramionami. – Kto ta tera wie, kto gdzie…

– Nu, pakuj manatki, mała! – odezwała się kobieta basem. – Pojedziesz z nami.

Julka rozpłakała się na głos, kurczowo chwytając się spódnicy gospodyni. Jeśli ją zabiorą, to tata ani mama nigdy jej już nie odnajdą…

– Dokąd mnie zabieracie? – zapytała, siedząc już w rozklekotanej ciężarówce, razem z kilkorgiem innych dzieci. – Co ja takiego zrobiłam…?

– Do sierocińca, mała. Nie bój się. – Głos kobiety lekko złagodniał. – Nie bój się. Nikt cię tam nie zje.

– A moi rodzice…?

Kobieta spojrzała na nią dziwnie.

– Twoi rodzice nie żyją.

– Żyją! Przyjadą po mnie! – krzyknęła histerycznie dziewczynka.

– Tylko mi tu nie wrzeszcz, bo oberwiesz! Jak przyjadą, to przyjadą. Zobaczy się. A na razie to ty się ciesz, smarkata, że nasza nowa socjalistyczna ojczyzna zapewnia opiekę takim dzieciakom jak ty – odparła urażona kobieta, obrzucając ją na wpół pogardliwym, na wpół litościwym spojrzeniem. – Jak ci na imię? – dodała po chwili nieco łagodniejszym tonem.

– Julka. A pani?

Kobieta spojrzała na nią zdziwiona.

– Towarzyszka Knap – odpowiedziała po chwili.

– A dlaczego towarzyszka?

– Za dużo gadasz, mała! Bądź grzeczna, żebyś nie narobiła sobie kłopotów. Nie pytaj, wykonuj polecenia. Zrozumiano?

Julka zamilkła. Na długo. Praktycznie przez cały swój pobyt w domu dziecka – jak nazywano placówkę – nie odzywała się do nikogo więcej, niż musiała.

Spędziła tam rok z okładem.

Pobytu w sierocińcu matka nigdy nie chciała wspominać. Codzienna musztra, wojskowa dyscyplina, przepełnione sypialnie, zorganizowany co do minuty tryb życia, towarzyszki i towarzysze wychowawcy – to wszystko uświadomiło jej, że koszmar wcale się nie skończył. Dla niej wojna trwała nadal. Może nawet jeszcze straszniejsza, gdyż całkowicie niezrozumiała.

Po roku odnalazła ją tam stryjenka – ciotka Zosia – i po urzędniczych bojach zabrała do siebie. Na Ziemie Odzyskane. Do Gdańska, gdzie jak wielu innych wyruszyła zaraz po wojnie w poszukiwaniu szczęścia i nowego miejsca do życia. Dopiero od niej Julka dowiedziała się wszystkiego. Wszystkiego, co stryjenka sama wiedziała.

Że cała Warszawa to teraz ruiny i zgliszcza, podobnie jak ich dom, który spłonął pod koniec powstania, tak że została po nim tylko kupa wypalonych cegieł. Że jej rodziców zabili Niemcy. Że znaleziono w gruzach ich… zwęglone szczątki. Ciotka nie określiła tego w ten sposób, ale Julia zrozumiała. Zrozumiała też, że jest sierotą – gdyż do tej pory nie dopuszczała do siebie tej myśli.

– A Hania? – wyszeptała, pociągając nosem.

Ciotka Zosia zmieszała się.

– Kochanie… nie wiemy, gdzie jest Hania – odpowiedziała po chwili. – Szukamy jej przez cały czas.

– Ale ona żyje? Prawda?

– Na pewno, skarbie. Wiesz, po powstaniu… po wojnie wielu ludzi rozpierzchło się po świecie. Wielu trafiło do obozów jenieckich, w różne miejsca. Niektórzy nie mogą… albo nie chcą tu wracać…

– Dlaczego?

– Bo… teraz to inny kraj, kochana. – Ciotka odwróciła wzrok.

Julka zbuntowała się.

– Ale nie Hania! Ona by po mnie wróciła, na pewno! To moja siostra!

Stryjenka przytuliła ją.

– Na pewno, kochanie. Jak tylko będzie mogła, to na pewno po ciebie przyjedzie. Będziemy razem na nią czekać, dobrze?

– Tak, ciociu. Dziękuję, że mnie stamtąd zabrałaś…

– A jak bym mogła cię tam zostawić?! Nie uwierzysz, jak długo cię szukałam! Tylko my dwie zostałyśmy z całej rodziny…

– No i Hania!

– Tak. No i Hania. – Zofia uśmiechnęła się do dziewczynki przez łzy.

Nowe życie, nowe miasto – też w gruzach, lecz powoli leczące swe rany – wreszcie szkoła, nowe koleżanki i koledzy, na jakiś czas zaabsorbowały dziewczynkę i odwróciły jej uwagę od dojmującej tęsknoty za przeszłością. Ciotka mieszkała w dużym, ponurym mieszkaniu w starej kamienicy Wrzeszcza. Na użytek Julii oddała cały jeden pokój. Fakt, że najmniejszy, ale dla niej – po sierocińcu – to i tak był raj. Z początku było wygodnie – mieszkała z nimi tylko jeszcze jedna pani z małym chłopczykiem – lecz z czasem dokwaterowano im jeszcze dwie rodziny i w mieszkaniu zrobiło się ciasno. Nowi lokatorzy postawili ścianki działowe, wszyscy jednak korzystali z jednej kuchni i łazienki. Julka jednak nie narzekała. Czuła się raźniej, gdy wokół niej coś się działo.

Wkrótce okazało się, że ciotka Zofia ma przyjaciela. Julce wydawało się to okropnie dziwaczne – była przecież strasznie stara! Miała chyba ze czterdzieści lat! A może i więcej. Ale pan Stefan był sympatycznym człowiekiem i szybko zaprzyjaźnił się z wychowanką swojej narzeczonej. Gdy wreszcie w urzędzie stanu cywilnego wziął z ciotką ślub, ich życie odmieniło się na lepsze. Pan Stefan – teraz już wujek Stefan – doskonale radził sobie w nowej rzeczywistości. Pracował w zakładach mięsnych, więc głodu nie cierpieli. Miał też dobre układy z nową władzą, jak po cichu zwierzyła się Julce ciotka.

– Być może załatwi nam wygodniejsze lokum! – obiecywała podniecona. – No i, kochanie, pomoże w poszukiwaniach twojej siostry. Od początku mi zresztą pomagał, kiedy szukałam jej przez Czerwony Krzyż. Ale teraz obiecał, że uruchomi jeszcze inne kanały. Jeśli tylko ona żyje, znajdziemy ją.

– Ale czemu by miała nie żyć?! Przecież gdyby zginęła w powstaniu, to już dawno odnaleziono by jej ciało. I ktoś by coś wiedział. Byliby świadkowie. Pan w szkole tak mówi – zbuntowała się dziewczynka.

– No przecież dlatego właśnie nie przestajemy szukać. – Zofia pogłaskała ją po ciemnych warkoczykach. – Uspokój się, dziecko. I wiesz… lepiej nie rozmawiaj w szkole o siostrze. I o powstaniu… To teraz nie jest mile widziane.

– Jak to?

– Proszę cię o to. Nie ma sensu, by ludzie wiedzieli o nas za dużo. Już i tak mamy dość kłopotów.

Julka nie była w stanie tego pojąć, ale dostosowała się, by zadowolić ciotkę. Kochała ją, nawet wujka Stefana pokochała, i bała się ich też utracić. Jednak przez cały czas, po cichu, nie tracąc nadziei – czekała na Hankę…

Julii oszczędzony został widok zrujnowanej Warszawy. Troskliwa stryjenka zadbała o to, by dziewczynka nie musiała oglądać zgliszcz swojego dawnego życia. Z kolei Julka, wydawało się, nawet o tym nie myślała. Owszem, tęskniła za rodzinnym miastem, lecz tylko w swoim dziecięcym wymiarze: za rodzicami, za utraconym rajem. Była jednak na tyle duża, by rozumieć, że tamtego miasta – tamtej rzeczywistości – już nie ma. Nie było więc do czego wracać. Raz tylko, gdy wujek Stefan wybierał się do Warszawy w sprawach urzędowych, spontanicznie poprosiła go, by zabrał ją ze sobą. Ciocia jednak zaprotestowała:

– Nie, skarbie, jeszcze nie czas. Nie ma sensu, byś to oglądała, rany są zbyt świeże. I tak nie rozpoznałabyś tam żadnego ze znanych sobie miejsc. Uwierz mi, przecież to widziałam…

– To po co tam jedziesz, wujku?

Wuj z ciotką popatrzyli po sobie zmieszani.

– Julciu, otrzymaliśmy oficjalne pismo z Czerwonego Krzyża. – Zofia odchrząknęła niepewnie. – Są do odebrania drobne pamiątki po twoich rodzicach, znalezione w zgliszczach waszego domu. Wujek, przy okazji swoich spraw, odbierze je, pokwituje i przywiezie. Upoważniłam go do tego w twoim imieniu.

– Co znaleźli?! – Głos dziewczynki załamał się z emocji.

Ciotka natychmiast przytuliła ją mocno do piersi.

– Tego nie wiemy, kochanie. Nie napisali, co tam jest. Tylko, że jakieś drobne osobiste przedmioty…

– A może dowiedzieli się czegoś o Hani…?

Zofia spojrzała proszącym wzrokiem na męża, który milcząco pokręcił głową.

– Nie było mowy o twojej siostrze, Juleńko – odparł cicho. – Moje poszukiwania także niczego nie wniosły. Przykro mi.

Ciąg dalszy w wersji pełnej