Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

List miłosny pismem klinowym ebook

Tomáš Zmeškal

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka List miłosny pismem klinowym - Tomáš Zmeškal

Debiut Tomáša Zmeškala, uznany w Czechach za wielkie wydarzenie literackie. I to nie tylko przez krytykę, która stawia autora w jednym rzędzie z takimi sławami jak Topol, Hrabal czy Škvorecký, ale przede wszystkim przez czytelników - już trzy miesiące po pierwszym wydaniu na rynku pojawiło się kolejne. Josef i Květa poznali się przed drugą wojną światową na wykładach profesora Hroznego, czeskiego językoznawcy, który w 1915 roku odczytał zapisane pismem klinowym teksty, uważane za najstarsze pisemne zabytki języków indoeuropejskich. Historia i mity starożytnych Hetytów będą odtąd towarzyszyły Josefowi przez całe życie. Gdy w 1948 roku komuniści przejmują władzę w Czechosłowacji, Josef trafia na długie lata do więzienia za „działanie na szkodę państwa". Jego przyjaciel Hynek, zwodząc Květę obietnicą pomocy, wymusza na niej seks, mszcząc się za to, że go niegdyś odrzuciła.

Kiedy Josef i Květa ponownie się spotkają, nie będą umieli odnaleźć do siebie drogi. Dziesięcioletnia nieobecność Josefa i zdrada Květy rozdzielą tych dwoje już na zawsze, a ich niepojednanie przejdzie dziwnym prawem dziedziczenia na córkę Alicję. Zmeškal mówi: „Wciąż toczą się dyskusje, co zrobić z tamtym pokoleniem - uhonorować wysiłki tych ludzi, czy nie - ale moim zdaniem prowadzą one donikąd. Ponieważ nasz, Czechów, sposób na rozwiązywanie problemów, polega na tym, żeby o nich zapomnieć". Pismo klinowe... pokazuje, że zapomnieć się nie da.

Opinie o ebooku List miłosny pismem klinowym - Tomáš Zmeškal

Fragment ebooka List miłosny pismem klinowym - Tomáš Zmeškal

Przełożyła

Dorota Dobrew

Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej. Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autora i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną.

Tytuł oryginału:Milostný dopis klínovým písmem

Copyright © 2008 Tomáš Zmeškal

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Przekład: Dorota Dobrew

Redaktor serii: Karolina Iwaszkiewicz

Redakcja: Anna Adamiak

Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Elżbieta Jaroszuk

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Monika Klimowska

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki: © Bruno Morandi/Hemis/Corbis/FotoChannels Fotografia autora: © Petr Payne

Skład i łamanie:

Tekst – Małgorzata Krzywicka,

Piaseczno ul. Żółkiewskiego 7a

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-307-8

Wydanie I

Warszawa 2011

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Tomáš Zmeškal

(ur. 1964) czeski pisarz i tłumacz, syn Czeszki i Kongijczyka, studiował literaturę angielską w Londynie, potem wrócił do Pragi.List miłosny pismem klinowymto jego debiutancka powieść, przez gazetę „Lidové noviny” ogłoszona jedną z dwóch najważniejszych książek roku 2008. Rok później Zmeškal otrzymał za nią prestiżową nagrodę Josefa Škvoreckiego. W tymże 2009 roku ukazała się kolejna powieść autora —Životopis černobílého jehněte. Tomáš Zmeškal publikuje także opowiadania w czeskiej prasie i zajmuje się grafiką warsztatową oraz rozwojem technik drukarskich.

Motto

Lew, niespodziewany i dziki, odzwierciedla współczesność, wilk, unoszący swoje ofiary, obrazuje przeszłość, która okrada nas ze wspomnień, pies, co łasi się do pana, przypomina przyszłość, która nieustannie zwodzi nas nadzieją.

Makrobiusz

Podstawowym zadaniem języka jest potwierdzenie lub negacja faktów.

Bertrand Russell

Ślub

Zanim Alicja otworzyła oczy, śniło jej się, że unosi się w powietrzu, a może w wodzie. Takie porównania są oczywiście nad wyraz banalne i nie mogą oddać tego uczucia, któremu się poddała — jakby ze wszystkich stron coś ją opływało. Na moment zapomniała o sobie. Zaraz potem odezwało się serce, które przerwało na okamgnienie swój lot ciężkoskrzydłego ptaka. Alicja jeszcze przez chwilę pozostała w kolibrzym migotaniu obrazów, potem nabrała tchu i w końcu powiedziała na głos: „Wtorek”. To była jej jedyna myśl, właściwie ona sama była tą myślą, dzień już nastał, a z wypełniającym pokój zapachem zaczęła się oswajać.

Pomiędzy wdechem a wydechem, zatrzymaniem powietrza a kłującymi skurczami ekscytacji w podbrzuszu, pomiędzy bezwolnością pragnienia, które złociło się w słońcu, a łzami potu wsiąkającymi szybko w pościel, zobaczyła przed sobą dwa punkty. Z lękiem próbowała powstrzymać wdech. Nie była pewna, czy te dwa tańczące punkty przed mocno zaciśniętymi powiekami wywołane są napięciem mięśni i uciskiem siatkówki, czy też może czymś innym… czymś metafizycznym. Po krótkim zastanowieniu Alicja wybrała to drugie. Zakończyła cykl wdechów i wydechów, ale nie zdobyła się na odwagę, by poruszyć się w łóżku. Leżała, a punkty krążyły przed jej zamkniętymi oczami. Jeden z nich był przeszłością, a drugi teraźniejszością. Co prawda nie bardzo wiedziała, który jest który, ale tak czy inaczej czuła, że dzień dzisiejszy jest najbardziej teraźniejszym, najdoskonalszym i z całą pewnością najbardziej pachnącym dniem, jaki kiedykolwiek przeżyła. Dopiero teraz to do niej dotarło. Tak. Oczywiście — to ten zapach! Gdyby nie leżała na łóżku, pewnie przyprawiłby ją o zawrót głowy. Zapach! Ten zapach ją obudził! Mieszał się z muzyką, która docierała tu z sąsiedniego pokoju. Alicja nagle straciła kontrolę nad swoim ciałem i zadrżała, gwałtownie nabierając powietrza. Niechcący wciągnęła do płuc więcej, niż gdyby zrobiła to świadomie, i więcej niż mogła wytrzymać. Drgnęła ze strachu, ale powtórzyło się to znowu i znowu, jakby topiła się w rzece i dławiła wodą. Przestała odczuwać przeszłość i teraźniejszość, już dawno zapomniała, który z punktów co oznaczał. Towarzyszyło temu niejasne wrażenie, że coś przyjemnie muska jej stopy. Oczy się otwarły, a z krtani wyrwało się westchnienie. Potem nastąpiła eksplozja, wybuch, detonacja, erupcja, wiatr słoneczny, lawina, oberwanie chmury, zamieć… płaczu. Wokół niej, wokół łóżka, wszędzie wokół były rozrzucone róże. We wszystkich barwach i odcieniach, o różnych zapachach. Od najciemniejszej, w kolorze czerwieni wpadającej w czerń, aż po najjaśniejszą, białoróżową, od brązowej i ciemnożółtej, aż po tę o barwie złota z motylich skrzydeł. Były wszędzie, były jej kołdrą, okryciem, welonem. Otaczały ją, osaczały i nie pozwalały jej przejść. A za nimi, za terenem róż, przy drzwiach i na parapetach stały lilie i chryzantemy. Cały pokój pachniał. Wszędzie, gdzie spojrzała, były kwiaty, wszędzie, dokąd mogła sięgnąć wzrokiem, były róże. Dziś wtorek. Dzień jej ślubu.

Z sąsiedniego pokoju dobiegała muzyka. To znaczy, że ojciec już wstał. Po pierwsze, denerwował się, i dlatego słuchał muzyki o tak wczesnej porze. Po drugie, żeby się uspokoić, słuchał swojego ulubionego Haydna, ryzykując, że porysuje płyty, bo rano zawsze trzęsły mu się ręce. A po trzecie, nie było słychać, żeby sobie podśpiewywał pod nosem, więc pewnie jadł śniadanie. Alicja rozejrzała się i usiadła na łóżku. Róże leżały wokół niej i łaskotały ją w podeszwy stóp. Wszystkie świeże. Dlaczego nie słyszałam swojego ukochanego, dlaczego mój najdroższy pozwolił mi spać?, pytała w myślach. Wyszła z pokoju, przeszła przez korytarz i weszła do kuchni.

– Gdzie on jest? — zapytała ojca, który siedział w kuchni i patrzył w okno. — Gdzie jest? — powtórzyła pytanie.

– Siedzi albo raczej przysypia w dużym pokoju — odpowiedział.

Odwróciła się i weszła do pokoju. Był tam, na wpół siedział, na wpół leżał.

– Maksymilianie! — zawołała, a zanim zdążył otworzyć oczy, uświadomiła sobie, że w ostatnich kilku miesiącach jej słownik zredukował się do wykrzykników, eufemizmów i zaimków dzierżawczych typu „mój”, „twój”, „nasz”, „nasze”, przeważnie w połączeniu z czasownikami w czasie przyszłym. Przynajmniej tak to komentował ojciec. Maksymilian otworzył oczy, ale jeszcze przedtem się uśmiechnął. A ona, chociaż myślała, że po tych wszystkich miesiącach już się na jego półuśmieszki uodporniła, odpowiedziała mu uśmiechem, którego nie mógł widzieć.

– Maksymilianie! — powtarzała. — Maksymilianie!

Maksymilian, imię-słońce. Imię cesarzy. Imię jak monstrancja niesiona w procesji w słoneczny dzień. Imię lśniące promieniami rozchodzącymi się na wszystkie strony. Wibrowało i iskrzyło się w zależności od nastroju, energii, radości, od możliwości strun głosowych, ich zmęczenia, magii, częstotliwości drgań i barwy śmiechu. Za każdym razem miało inny odcień i inny blask. Olśniewające i twarde jak szlifowane diamenty z Antwerpii, roziskrzone, a więc kochające, złociste jak aureola, jak objęcie. Jest… jest… jest to imię loretańskie, nie miała wątpliwości. A więc za każdym razem, kiedy je wymawia, rozjarza się jedna z monstrancji w skarbcu praskiej Lorety, wzniosła i wspaniała, ze złota i drogich kamieni. Objął ją z zamkniętymi oczami.

– Maksymilianie — znowu wypowiedziała jego imię.

– Z przykrością stwierdzam… — odezwał się ojciec z sąsiedniego pomieszczenia. — Nie dość, że stwierdzam to z przykrością, to jeszcze całkiem wyjątkowo tak właśnie myślę… Zanim przyjdzie matka, macie niezapomnianą i ostatnią okazję, żeby zjeść ze mną śniadanie, w dodatku jako ludzie stanu wolnego. Mam wstawić wodę na kawę i dla was?

Odczekał chwilę, ale nie usłyszał odpowiedzi, więc poprawił się na krześle, kilka razy odwrócił się ku drzwiom i spojrzał na płytę, aby sprawdzić, ile jeszcze zostało do końca sonaty Haydna. Chciał uniknąć konieczności słuchania kolejnego utworu — sonaty Beethovena. Uważał, że Beethoven od z górą stu czterdziestu lat jest niesłychanie przeceniany jako kompozytor. I to dlaczego? — zastanawiał się ojciec — dlaczego? Z powoduOdy do radości?Jeśli ten utwór czymś się odznacza, to tym, że zawsze jest grany na zakończenie festiwalu Praska Wiosna. A poza tym jest to niewątpliwy przykład muzyki pozbawionej wesołości. Typowo niemiecka rzecz, pomyślał,Oda do radościbez radości.

– To znaczy, bez niewymuszonej radości — powiedział już na głos. — Rzeczy, idee i ludzie o pompatycznych imionach, za to bez krzty radości, zawsze robią karierę.

– Co takiego, tato? Co mówisz? — odezwała się Alicja, która po cichu weszła do kuchni.

– No… — Powiedziałem: bez krzty radości, ale mniejsza o to — odpowiedział. — Słuchaj, będziecie chcieli zjeść ze mną śniadanie, kiedy się skończy muzyka…? To znaczy, zanim wróci matka?

– No może… Jeszcze nie wiem — powiedziała Alicja. — Zapytam Maksa.

Tymczasem ojciec wstał i poszedł do sypialni wyłączyć gramofon. Nie zdążył, zabrzmiały pierwsze takty sonaty Beethovena. Ostrożnie wyłączył urządzenie, mamrocząc pod nosem:

– Tutaj nie pomoże nawet Schnabel. Nasz boński muzykant najwyraźniej cierpiał na zabójczy brak talentu oraz przesadną skłonność do patosu.

– Kto to jest Schnabel? — zapytała Alicja z kuchni.

– Bardzo zdolny pianista, który jednak w naszych postępowych czasach ma szansę zostać zapomniany.

– Aha — powiedziała Alicja i pobiegła do salonu, by zapytać Maksymiliana: — Zjesz śniadanie z tatą?

– Jak chcesz, Alusiu, jak chcesz… — odpowiedział Maksymilian.

– No to dobrze — podjęła decyzję Alicja.

Tymczasem ojciec ciągnął w myślach:…A taki Haydn,

ten to ma poczucie humoru, Boże, może nawet… więcej poczucia humoru niż Mozart. Ale Haydn Niemiec czy Haydn Austriak? To dopiero pytanie. Czyżby narodowość nie miała z tym nic wspólnego? Chyba nie, już prędzej głupota. Już się nawet nie śmieję ze swoich własnych dowcipów… podsumował swoje przemyślenia. Ostrożnie schował płytę do koperty i wstawił wodę na kawę.

Maksymilian i Alicja przysiedli się do niego. Maks miai nadzieję, że jego przyszły teść nie rozleje całej kawy na kuchenny stół. Zawsze zaskakiwało go, że miał już zawczasu przygotowaną czystą ścierkę, którą natychmiast wszystko wycierał, jakby nigdy nic. Zaczynał przyzwyczajać się do tego, że ojciec Alicji zazwyczaj wszystko rozlewa. Dawno przestał się nim interesować, podobnie zresztą jak uporczywym trwaniem tego, co zostało z małżeństwa rodziców Alicji.

– Skąd wziąłeś te wszystkie róże? Gdzie je zdobyłeś? – zapytała Alicja.

– To tajemnica — odpowiedział.

– No powiedz, powiedz, skąd je wziąłeś? — nalegała.

– To jest ściśle tajne — odrzekł.

– Ten zapach mnie obudził — powiedziała Alicja.

– Miałem nadzieję, że tak będzie — oznajmił Maksymilian, musnął ustami jej szyję i roześmiał się.

– Alicja mówi, że spędził pan parę dni w Niemczech. Co pan tam robił? — przerwał im ojciec.

– Miałem się tam spotkać z wujem — odpowiedział Maksymilian.

– No i jak było? — dopytywał się ojciec. — Czy może nam pan coś opowiedzieć o tamtych stronach?

– Nic specjalnego, wuj wyremontował dom i chciał mi go pokazać, ale na jakieś dwa dni przed moim przyjazdem złamał nogę, więc odwiedziłem go w szpitalu i tyle. I tak wypadłem jak ubogi krewny.

– Hmmm… — kiwnął głową ojciec.

– Ale jeszcze — włączyła się do rozmowy Alicja — Maks mówił, że pociąg się spóźnił!

– To prawda — przytaknął Maksymilian. — Nawet dwa pociągi się spóźniły.

– Czyli pociągi w Niemczech się spóźniają — kiwał głową ojciec. Po chwili dodał: —To by się zgadzało z moimi obserwacjami.

– Jakimi obserwacjami? — zapytał Maksymilian.

– Jeśli tato tak zaczyna, to nie będzie to nic wesołego.

– A więc po wnikliwych obserwacjach doszedłem do wniosku, że wikary, który odprawia msze w naszym kościele, nie tylko nie jest wyjątkowo inteligentny, ale jest wręcz kompletnie przeciętny.

– Nie każdy musi być Einsteinem, tato — wtrąciła Alicja.

– Oczywiście, że nie każdy, na miłość boską, ja też jestem całkiem przeciętnym, zwyczajnym człowiekiem i wcale się tego nie wstydzę, ale on jest członkiem Towarzystwa Jezusowego, czyli jezuitą, a przeciętnie inteligentny jezuita to, wybacz moja droga, to samo co głupi jezuita. To jest po prostu sytuacja żenująca i niedopuszczalna. No niech pan zważy, Maksymilianie… — ojciec odwrócił się do niego i zaczął wyliczać na palcach: — Po pierwsze, głupi jezuita. Po drugie, pociągi w Niemczech jeżdżą niepunktualnie, jeszcze trochę, a doczekamy się, że w Anglii obalą królową i ogłoszą republikę. Z Europą jest kiepsko, mówię wam, kiepsko.

Z przedpokoju dobiegł szczęk zamka, potem skrzypienie otwieranych drzwi, któremu towarzyszyły dwa głosy.

– Mama! — powiedziała Alicja do Maksymiliana, czochrając mu włosy. — Ale nie, jest z nią jeszcze ktoś — dodała, wstała i ruszyła do przedpokoju. Po chwili usłyszeli kroki oraz męski głos towarzyszący kobiecemu.

– Aaa, to będzie nasz doktorek… — rzucił ojciec entuzjastycznie, spoglądając na Maksymiliana, który odpowiedział mu grzecznym uśmiechem, chociaż nie wiedział, o kim mowa – … i Kwieta — dokończył ojciec, podnosząc się z krzesła.

Do kuchni weszła matka Alicji i mężczyzna nieco młodszy od ojca. Mężczyzna lewą ręką objął Alicję w talii i szepnął jej coś na ucho.

– Czołem, doktorku, wiedziałem, że to ty — powiedział ojciec i panowie uścisnęli sobie dłonie. — A to jest Maksymilian.

Maksymilian wstał i podał przybyłemu rękę.

– Antonin Lukavsky — przedstawił się doktor.

– Czyli wujek Tonda — wtrąciła Alicja — alias Dottore.

– Tak jest, to ja we własnej osobie — potwierdził mężczyzna.

– Maks — powiedział Maksymilian.

Do kuchni weszła matka Alicji.

– Cześć, Kwieto — rzucił ojciec.

– Cześć, Josefie — odpowiedziała matka. Wuj ciągle jeszcze obejmował Alicję w pasie, oboje patrzyli na Kwietę i Josefa.

– Co robiłeś? — zapytała matka.

– A co miałem robić? Czekałem na was.

– Czego słuchałeś? — dopytywała się Kwieta, rozglądając się wokół.

– Zdaje się, że Beethovena — powiedział Maksymilian. – Czy może nie?

– Nie, Beethovena z całą pewnością nie słuchałem. Beethoven zaczął grać, zanim zdążyłem go wyłączyć. Słuchałem Haydna, Maksymilianie, Josefa Haydna!

– Żebyś sobie tylko nie porysował płyt. Przecież wiesz, że rano zawsze trzęsą ci się ręce.

– Na marginesie, nie jesteście czasem spokrewnieni z rodem Esterhazych, Maksymilianie?

– Nie, nie jesteśmy — odpowiedział Maksymilian. — Ród Esterhazych jest dużo starszy. Sięga roku 1238. W czasach, kiedy oni byli już książętami, my byliśmy co najwyżej koniuszymi.

– Widzisz?! — odezwała się matka. — No czy widzisz?!

– Czy co widzę? — zapytała Alicja.

– No te ścierki. Znowu coś rozlał. Zobaczysz, że porysujesz sobie płyty, Josefie!

– Dajże spokój, mamo, to są przecież jego płyty — powiedziała Alicja.

– Ty tych ścierek nie pierzesz, więc nie zaprzątaj sobie tym głowy — odpowiedział Josef. — A wie pan, Maksymilianie, że tam jest pochowany Haydn?

– Gdzie?

– No na ich ziemiach, wie pan, zaraz, jak to się nazywało…

– Znowu sobie porysuje płyty, potem będzie chodził skwaszony, a przede wszystkim będzie się tym zamartwiał — Kwieta mówiła do Alicji i Antonina, który uciekał wzrokiem w bok.

– Bardzo cię proszę, niech cię o to głowa nie boli, co ja robię z moimi płytami, a czy będę chodził skwaszony, czy nie, to też nie twoja sprawa, bo nie mieszkam z tobą i w ogóle nie ma takiej możliwości, żebym kiedykolwiek z tobą zamieszkał! Tak więc, Kwieto, z łaski swojej przestań się tym interesować. Tak! Bardzo cię proszę. Względnie: żądam i ostrzegam!

– Aha — powiedziała Kwieta. — To coś nowego. Myślałam, że jesienią sprowadzisz się do nas, kiedy skończysz remont na wsi?

– Nie sprowadzę się — odrzekł ojciec i wzruszył ramionami.

– O, to wielka szkoda.

– Z pewnością.

– Gdzie go pochowali? — zapytał Antonin.

– Kogo?

– Haydna.

Podczas gdy Antonin próbował skierować rozmowę na inne tory, Alicja chwyciła matkę za rękę i pociągnęła ją za sobą do sypialni. Zatrzymały się w drzwiach.

– Boże, coś pięknego! Alusiu, Boże, coś pięknego! Tyle kwiatów, tyle kwiatów. I ten zapach. Coś przepięknego. Ten zapach…

Matka przysiadła na łóżku.

– Ach, tam są jeszcze lilie, i te, no, jakżeż się one nazywają? I skąd on to wszystko wziął, teraz w marcu?

– Nie wiem. Nie mam pojęcia — odpowiedziała Alicja. – Nie chce mi nic powiedzieć, mówi, że to tajemnica. Nie chce i już, nic się z niego nie da wycisnąć. Będę musiała go rozpracować. Może za tydzień albo dwa coś z niego wyciągnę.

– Popatrz, jak cię kocha! Jaka to wielka miłość. Co to za kwiatki, o, tamte?

– Które? — zapytała Alicja, ostrożnie zbierając z dywanu róże i uważając, żeby się nie pokłuć. Kiedy się obejrzała, zobaczyła, że matka płacze. Alicja podeszła do łóżka, usiadła obok niej, delikatnie położyła naręcze róż na poduszce i objęła matkę, która się do niej przytuliła.

– Wiedziałaś o tym, prawda?

– Nie, nie wiedziałam.

– Alusiu, nie mów…

– Nie wiedziałam, może coś przeczuwałam.

Płacz z wolna ustawał.

– Co za zapach… — dodała po chwili matka. — Dobrze, że przynajmniej ty jesteś szczęśliwa, moja córeczko. Przynajmniej ty jesteś szczęśliwa.

– To chyba ja powinnam płakać, skoro dzisiaj jest mój ślub? — powiedziała Alicja. Matka skinęła głową.

– Popatrz, zabrali im wszystko, ale dobre wychowanie zostało. To nie do wiary, tyle róż! — I dodała po chwili milczenia: — Naprawdę nic ci nie powiedział?

Alicja bezradnie wzruszyła ramionami i powiedziała:

– Chodź, pomożesz mi, wstawimy je do wody, dobrze?

W sąsiednim pokoju pojawiło się kilka osób. Dwie przyjaciółki Alicji, świadek, jeszcze jeden wuj i jedna ciotka, dla odmiany ze strony Maksymiliana. Alicja przebrała się w strój ślubny i weszła do pokoju. Niebieski kostium, jasnoniebieska bluzka i kapelusik z woalką. W tych postępowych czasach biała suknia byłaby nie na miejscu. Po kawie i herbatnikach, szybkim zapoznaniu się i krótkiej wymianie zdań o pogodzie członkowie rodziny i goście wsiedli do dwóch aut własnych i jednego wypożyczonego i ruszyli w niedługą podróż za miasto. Ojciec i matka jechali osobno. Po półgodzinie byli na miejscu. Zatrzymali się na rynku miasteczka, stolicy powiatu. Po jednej stronie rynku wznosił się zamek z poczerniałymi sgraffitami, przed nim na ławeczce siedział ksiądz proboszcz. Najpierw podszedł do niego Maksymilian, przywitał się i po kolei przedstawił gości. Ksiądz każdemu podał rękę i poprowadził towarzystwo wąskimi uliczkami do kościoła. Tam już czekał kościelny. Akurat wymieniał jakieś ogłoszenia w gablocie umocowanej obok wejścia. Przywitał się ze wszystkimi uściskiem dłoni, trzymając pod pachą zrolowane arkusze. Otworzył drzwi, poczekał, aż wszyscy znikną w środku, a kiedy zamierzał właśnie zamknąć drzwi, nadeszło kilku turystów. Kościelny zaczął im tłumaczyć, że dziś jest zamknięte, chociaż dniem bez zwiedzania jest poniedziałek, a dzisiaj mamy wtorek, więc powinno być otwarte. Najbardziej nieustępliwy turysta miał na sobie pumpy i jasnoniebieską ortalionową kurtkę. Argumentował tak donośnie, że jego głos dotarł do zakrystii, gdzie proboszcz jeszcze w skrócie przypominał uczestnikom uroczystości, jak będzie wyglądał jej przebieg. Nagle, urwawszy wywód w pół słowa, burknął coś, co zabrzmiało jak „praszamnachfile”, wybiegł z kościoła i stanął oko w oko z turystą w błękitnej wiatrówce, który tak głośno nalegał. Turysta zamilkł, zaskoczony. Proboszcz spojrzał mu prosto w oczy i powiedział:

– Ten kościół jest dziś zamknięty z powodu ważnej uroczystości. Jakieś pytania, młody człowieku?

Przybysz odpowiedział po chwili wahania, oglądając się na swoich towarzyszy:

– My nie będziemy przeszkadzać, chcielibyśmy tylko obejrzeć freski.

Ksiądz odkaszlnął i odpowiedział:

– Jeżeli w ciągu pięciu minut będziecie państwo w stanie przebrać się w stroje wizytowe, zgodzę się na was poczekać. Jeżeli nie, to niestety. Macie państwo stroje wizytowe?

– Stroje wizytowe? — zapytał turysta, jakby nie zrozumiał pytania.

– Stroje wizytowe — powtórzył proboszcz.

Turysta spojrzał na siebie oraz na pozostałych, którzy stali w pobliżu, i powiedział:

– No… nie wiem.

– Obawiam się, że nie macie strojów wizytowych — stwierdził ksiądz. — Czy mam rację?

– Co takiego? — zapytał mężczyzna w pumpach.

– Domyślam się, że nie macie innych ubrań niż te, których jaskrawe kolory właśnie rażą mój wzrok.

– No… nie mamy nic na zmianę, przyjechaliśmy, proszę księdza, tylko na jeden dzień.

– A więc moje obawy były słuszne. Tak więc: jako że nie macie państwo strojów wizytowych, muszę z żalem oświadczyć, że z powodu ważnej uroczystości, która za parę minut rozpocznie się w naszym kościele, nie mogę państwu zezwolić na zwiedzanie. Każdego innego dnia będziecie w tym świętym przybytku mile widziani.

– Hmmm… — bąknął turysta. — Czyli że dziś nas ksiądz nie wpuści, czy tak?

– Wnioskuje pan prawidłowo, młody człowieku. Mimo to cieszę się, że miałem przyjemność państwa poznać — dodał proboszcz, a w jego głosie, wibrującym energią, nie pobrzmiewał nawet cień próżnej ironii.

Turysta odwrócił się na pięcie, a kościelny zamknął główne wejście. Ceremonia mogła się rozpocząć. Proboszcz wygłosił długie kazanie, w którym ciągle powracała jedna myśl: że kobieta ma być ciałem rodziny, a mężczyzna głową. Przyjaciel domu, doktor Antonin Lukavsky, słuchając tego, zadawał sobie pytanie, jakie też doświadczenie z kobietami może mieć ksiądz dobrodziej, podczas gdy matka Alicji zastanawiała się, czy nie ma zapuchniętych oczu od płaczu. Cieszyła się, że w przyćmionym świetle kościelnego wnętrza zapuchniętych oczu nie będzie widać. Pod koniec kazania proboszcz wspomniał, że jeden z przodków pana młodego, niejaki Henryk, już w roku 1716 został wyniesiony do godności hrabiego przez cesarza Karola VI, a niedługo potem jego syn Mikołaj kupił tutejszy zamek i nie tylko ufundował wystrój zamkowej kaplicy, ale i ten właśnie kościół. Następnie zauważył, że co prawda obecnie tytuły szlacheckie już nie obowiązują, jako że zostały zniesione przez państwo i jego pierwszego prezydenta Tomasza Masaryka, ale nie będzie naruszeniem prawa przypomnienie czasów, kiedy wartość miały nie tylko tytuły i dobre maniery, ale przede wszystkim słowo boże, głoszone przez Święty Apostolski Kościół katolicki. Przez chwilę mówił o jedności tronu i ołtarza, a kiedy wygłaszał co bardziej śmiałe fragmenty swojej starannie przygotowanej przemowy, na jego twarzy pojawiał się łagodny uśmiech.

Potem Alicja i Maksymilian wymienili się obrączkami, pocałowali się, a na koniec złożyli podpisy na dokumencie, który potwierdził, że stan małżeński jest, o dziwo, przede wszystkim umową, co jednakże było ostatnią rzeczą, o której nowo zaślubieni skłonni byli myśleć. Po zakończeniu ceremonii proboszcz ponownie zaprosił wszystkich do zakrystii. Alicja i Maksymilian mieli w tej chwili wrażenie, że są sami na świecie. Odpowiadali na pytania, prowadzili rozmowy o pogarszającej się jakości mszalnego wina w tych czasach komunistycznego upadku, Alicja żartowała z koleżankami, Maksymilian popijał śliwowicę, którą w takich okolicznościach zawsze ktoś skądś wyciągnie, ale przy tym zaczynali już odczuwać, jak z wolna wyrasta wokół nich metalowa koronka — na razie ledwo namacalna i niezbyt zwarta, ale dająca poczucie, że są małżeństwem. Zaczynała ich otaczać koronkowa sieć z coraz mniejszymi okami, dająca schronienie i zamknięcie.

Nowożeńców i gości czekała jeszcze jedna uroczystość, gdyż ślub kościelny nie był uznawany przez państwo. A więc powrót do Pragi i ceremonia, tym razem świecka. W drodze do miasta wuj Antonin rozmyślał o kazaniu. Odebrał je jako swego rodzaju zgrzyt w tej nowoczesnej dobie emancypacji końca lat sześćdziesiątych, które chlubiły się tym, że są lepsze od czasów, które je poprzedzały. Przynajmniej jeśli chodzi o sprawy zasadnicze. Minuty, które poświęcili na wysłuchanie kazania, nie były czasem straconym. Jednak daleka od tolerancji treść kazania sprawiła, że wydały się czasem rozciągniętym aż do granic wytrzymałości, a wymiana obrączek stała się czymś więcej niż tylko rozedrganym ukoronowaniem szczęścia. Uniesienie woalki, pocałunki i złożenie podpisów okazały się nagrodą za przetrwanie kazania, które było czymś w rodzaju obelisku zawalidrogi, zbudowanego ze sprasowanych bloków bezwzględnych pouczeń. W końcu Antonin, który zabrał się razem z nowożeńcami autem prowadzonym przez ojca Alicji, nie wytrzymał i zapytał, co towarzysze podróży myślą na ten temat. Maksymilian był co prawda tego samego zdania, lecz próbował usprawiedliwiać księdza, mówiąc, że do wystąpienia przygotowywał się długo i niezwykle starannie, z nadzieją, że spodoba się wszystkim zebranym. Ku zdziwieniu Antonina odezwała się Alicja:

– Czy ty sobie, wujku, wyobrażasz, że miałby bronić hipisów albo propagować LSD? No, zastanów się. Przecież jest księdzem, prawda? — powiedziała. — No przecież to ksiądz!

– No tak, Antoninie, przecież to ksiądz — powtórzył ojciec. — Wszystko jest tak, jak ma być.

Po przyjeździe do Pragi zostało im jeszcze trochę czasu, bo uroczystość cywilna miała się zacząć dopiero za godzinę. Sala ślubów była niedaleko, a do ceremonii, która miała nastąpić, nikt nie podchodził tak poważnie jak do tej poprzedniej. Alicja, Maksymilian i ojciec przynieśli kanapki, wino i ciasto weselne. Goście rozproszyli się po mieszkaniu, by chwilkę odpocząć przed ślubem cywilnym.

Rosły człowiek w białym fartuchu uporczywie naciskał dzwonek u drzwi wejściowych. Brązowa czapka zsunęła mu się na spocone czoło. Towarzyszył mu nieco niższy jasnowłosy mężczyzna średniego wzrostu, w beżowych spodniach i białej czapce, przepasany czystą zapaską. Najbliżej drzwi akurat znajdował się świadek pana młodego. Otworzył, a niższy z przybyłych ukłonił się i oświadczył, że chciałby mówić z panem Lukavskim. Świadek wzruszył ramionami, powiedział, że nie zna tutaj nikogo, a nazwiska tych, którzy mu się przedstawili, od razu wyleciały mu z głowy. Jeśli poczekają, to się rozejrzy. Poszedł po Maksymiliana, a Maksymilian znalazł doktora. Doktor podszedł do drzwi. Wyższy mężczyzna w płaskiej czapce nachylił się ku niemu i coś mu powiedział na ucho. Doktor uśmiechnął się do obu przybyłych i wprowadził ich do mieszkania. Przeszli slalomem wśród gości i dotarli do ojca Alicji.

– No więc, Josifku, już jest — powiedział.

– Co jest, Toniku? — zapytał ojciec.

– Mówiłem ci przecież, ta niespodzianka.

– Aha, dobrze, dobrze. Czyli chcesz ten pokój na tort, tak?

– Ciszej, Josefie — skarcił go Antonin — bo wszystko zepsujesz!

– Jasne… No, to postawimy go w moim dawnym pokoju… Jest posprzątany i jest tam stół.

Weszli do pokoju. Stał w nim ciemny drewniany stół, na którym leżały okulary, długopis i otwarta gazeta z nie do końca rozwiązaną krzyżówką. Mężczyzna w zapasce uważnie obejrzał stół. Zdjął z niego gazetę, okulary i pisak, po czym wyciągnął z kieszeni miarę krawiecką. Pod czujnym wzrokiem pozostałych dokładnie zmierzył mebel.

– Niecałe półtora metra — powiedział z wyrzutem.

– A co? To za mało? — zapytał doktor.

– Przecież powiedziałem wyraźnie, że ma być metr siedemdziesiąt pięć na dwa metry! Mówiłem wyraźnie! — dodał rozdrażniony.

– Można go rozłożyć — powiedział ojciec. Spojrzał na doktora i dodał: — Ale przecież mówiłeś, Tondo, że to będzie tort… ta niespodzianka?

– No… to jest tort. Czy może nie? — doktor zwrócił się do mężczyzny w białym fartuchu.

– Jak najbardziej, bracie — odpowiedział zagadnięty, jednocześnie sprawdzając, w jaki sposób można rozłożyć stół. Zignorował kolejne pytające spojrzenie doktora i zaczął wysuwać składane blaty.

– Wie pan, rzadko go rozkładamy, więc ciężko chodzi – powiedział ojciec i chwycił mebel z drugiej strony.

– No, teraz wystarczy. Teraz jest w sam raz – powiedział człowiek w zapasce, zmierzywszy rozłożony stół. – I jeszcze bym poprosił – dodał, rozejrzawszy się wokół – żeby do tego pomieszczenia przez najbliższe pół godziny nikt nie wchodził.

Ojciec spojrzał na doktora, a doktor na mężczyznę w fartuchu i powiedział:

– Myślę… że to się da załatwić, prawda, Josefie?

– Tak – odrzekł ojciec.

W ciągu następnych paru minut człowiek w zapasce rozgościł się w pokoju, a jego postawniejszy towarzysz w białym fartuchu wraz z doktorem donosili mu różnej wielkości pudełka. Za każdym razem pukali do drzwi, tamten je uchylał, a oni podawali mu pakunki, po czym pilnowali, żeby przypadkiem nikt nie wszedł do pokoju. Dokładnie po upływie dwudziestu dziewięciu minut drzwi się otwarły, a do środka zostali wpuszczeni doktor, mężczyzna w płaskiej brązowej czapce oraz ojciec Alicji. Weszli i spojrzeli na stół.

Wznosił się na nim marcepanowy tort wysokości półtora metra.

Człowiek w zapasce był cukiernikiem, teraz wszystko stało się jasne, a to, co stało na stole, wyglądało jak skrzyżowanie gotyckiej katedry z zamczyskiem i pałacem o kilku dziedzińcach.

– Panie Svoboda, tego się nie spodziewałem — wyjąkał doktor.

– Bracie doktorze — odrzekł cukiernik — człowiek powinien mieć tylko jeden ślub w życiu, tak samo jak tort weselny. Tak więc niech się nim państwo młodzi i goście nacieszą. – Zamilkł na chwilę, po czym dodał: — Mam nadzieję… myślę, że… hmmm… chciałbym wygłosić parę słów do nowożeńców. — Odkaszlnął i dodał: — Jeżeli to możliwe…

Rozejrzał się po zebranych i zatrzymał wzrok na ojcu, który nie mógł oderwać oczu od marcepanowej budowli.

– Josefie, co ty na to? — zapytał doktor. Ojciec Alicji go nie słyszał, okrążał stół z marcepanowym pałacem i katedrą w jednym i tylko kręcił głową, mrucząc pod nosem:

– Czegoś takiego jeszcze nie widziałem…

Od czasu do czasu śmiał się przy tym półgłosem. Zamiast odpowiedzieć doktorowi, zapytał:

– A te figurki… te figurki też można zjeść?

– Oczywiście! — odpowiedział cukiernik, nieco urażony. — Wszystko, co pan widzi przed sobą na stole, jest jadalne.

– To jest coś niesamowitego — mamrotał ojciec. — To jest fantastyczne… po prostu dzieło sztuki.

– Bez wątpienia — rzucił cukiernik.

– Josefie, myślisz, że pan Svoboda mógłby wygłosić krótką mowę do młodej pary i gości? — powtórzył pytanie doktor.

– Jak najbardziej, Toniku — odpowiedział ojciec. — Tylko poczekajcie chwilkę, przyprowadzę wszystkich.

Pomieszczenie stopniowo zapełniało się weselnikami, którzy żeby się zmieścić, musieli obstąpić stół z marcepanową budowlą. Na widok tortu goście nie kryli zdziwienia, rozmowy ucichły, a kiedy zegar na wieży kościelnej zaczął wybijać pełną godzinę, nikt nie miał głowy do tego, żeby policzyć uderzenia. Kiedy wszyscy już byli w środku, ojciec rozejrzał się po zebranych i powiedział:

– Drodzy Alicjo i Maksymilianie, widzicie przed sobą prezent od wujka Tondy, który chciałby wam teraz powiedzieć parę słów. Ja zaś chcę was poinformować, że, jak mnie zapewnił pan cukiernik, nawet te malutkie ludziki są jadalne.

– A więc, drodzy państwo młodzi, szanowni goście – zaczął doktor. — To jest mój prezent ślubny dla młodej pary i muszę przyznać, że jest większy i o wiele piękniejszy, niż się spodziewałem. Jeszcze nie tak dawno sam szczepiłem Alicję przeciw… przeciw…

– Przeciw tężcowi, wujku! — wykrzyknęła Alicja.

– Właśnie, przeciw tężcowi. Patrzcie państwo, jeszcze pamięta — doktor przytaknął i rozejrzał się wokół. — Ale nie będę was zanudzać rodzinnymi historyjkami… A tak się wtedy bała, że schowała się do szafki na dokumenty, skąd nie mogłem jej wyciągnąć, a z tymi papierzyskami potem przez tydzień nie mogłem dojść do ładu, taki mi w nich zrobiła bałagan. No i nawet się człowiek nie obejrzał, a nadszedł szczęśliwy dzień waszego ślubu, który, mam nadzieję, na zawsze pozostanie w waszej pamięci i będziecie o nim myśleć także w takich chwilach, kiedy nie wszystko będzie się układać po waszej myśli. Jeszcze raz życzę wam wszystkiego najlepszego, a także chciałbym podziękować panu Svobo-dzie, mistrzowi rzemiosła cukierniczego, bo to jemu zawdzięczam ten pomysł z tortem. Jest to właściwie dzieło sztuki, znacznie bardziej okazałe, niż sobie wyobrażałem, a pan Svoboda chciałby teraz coś o nim powiedzieć. I nie dziwcie się, że pan cukiernik czasem nazywać was będzie braćmi i siostrami. Proszę, panie Svoboda.

Cukiernik stanął przed marcepanową konstrukcją, ukłonił się, powolnym ruchem wyciągnął z kieszeni złożony na czworo arkusz papieru i zaczął czytać drżącym głosem:

– Szanowna panno młoda, szanowny panie młody, szanowny panie doktorze, szanowni i mili goście, szanowny panie pielęgniarzu, drodzy bracia i siostry. W obecnych czasach rzadko się zdarza zamówienie, które chciałoby się wykonać z większą radością niż to właśnie zlecenie, które otrzymałem od szanownego pana doktora Lukavskiego, który, co mogę z dumą oświadczyć, jest moim przyjacielem. Mimo że nie znałem osobiście ani ciebie, siostro, ani ciebie, bracie, a może właśnie dlatego, pozwoliłem sobie poprzez swoją kreację wyrazić symboliczne i uniwersalne zarazem cechy stanu małżeńskiego.

Cukiernik skłonił się i stanął bokiem do swego dzieła.

– Jak z pewnością państwo zauważyli, ten pałac składa się z trzech pięter. Najwyższe z nich symbolizuje niebo. Umieściłem w nim wszystkich świętych, Pana Boga, anioły i inne istoty nadprzyrodzone, i jak widzicie, dominuje tu biel, a konkretnie marcepan i ozdoby z bitej śmietany. Jest to, można rzec, królestwo niebieskie, które nas przerasta i rozpościera się w górze. Być może wszyscy kiedyś tam się znajdziemy. Proszę zauważyć, że każdą z warstw można otworzyć i przez otwór zajrzeć do środka.

Mówca przeniósł wzrok na zebranych i uniósł sklepienie zamku. Ukazały się figurki, które wyglądały tak, jakby o czymś rozprawiały.

– Kolejny poziom to nasz ziemski padół. Znajduje się tu panna młoda, pan młody i weselnicy, i jak widzicie, wszystko utrzymane jest w szarościach. Taki efekt został osiągnięty dzięki domieszce mielonej kawy. Jest to sfera naszego ziemskiego bytowania, jak wspomniałem. No i na koniec mamy ostatnie piętro, sam dół, czyli piekło, całe w brązach. Jest to poziom czekoladowy i proszę, żeby skupili na nim uwagę ci wszyscy, którzy gustują w czekoladzie. Gnieżdżą się tu, jak dostrzeżecie przez okienka, czterej diabli, kilka pomniejszych biesów oraz tu i ówdzie jakaś inna czarcia gadzina. Są to zaświaty albo, jak kto woli: siedziba dusz potępionych. Ten poziom szczególnie wszystkim polecam, krem czekoladowy kręciłem jeszcze dziś rano według własnego przepisu.

Pan Svoboda podniósł wzrok znad kartki z przemówieniem.

– Ale jak tak patrzę od tyłu, to przypomina mi to coś jeszcze, panie Svoboda — odezwał się doktor Lukavsky.

– Słuszna uwaga, bracie doktorze, bardzo słuszna. W końcu nie może być inaczej. Nie może.

– No więc mam rację czy nie? — doktor domagał się odpowiedzi. — Coś mi to przypomina… Ale co?

– Oczywiście, pan doktor jest osobą bardzo spostrzegawczą. I myślę — ciągnął cukiernik — że on dotarł już do najwyższego piętra. Naprawdę tak myślę, on już jest na samej górze. Ponieważ jego dusza przepełniona jest zrozumieniem… tak, zrozumieniem. Co prawda, znana mi jest jego słabość: zdaje się, że stawia czekoladę ponad bitą śmietanę, a czekolada znajduje się na piętrze najniższym, w czarciej jamie, tak więc, chcąc nie chcąc, będzie musiał zstąpić do piekieł… Ale aby powrócić do pytania brata doktora… Najbystrzejsi z was być może spostrzegli, że fronton budowli odwzorowuje kościół Świętego Ignacego na placu Karola. Tym samym obiektem inspirowane są wszystkie ornamenty oraz postaci świętych. A teraz niespodzianka: część główna, ta, którą wskazałeś, bracie doktorze, to nic innego jak niedokończona praska katedra, tak, tak, ta sama, z czasów Wacława któregoś, Trzeciego czy Czwartego, sam już nie wiem, właśnie ta, która stoi tak rozgrzebana już paręset lat w ogrodzie za Jungmannem. Wiecie, którą mam na myśli. No więc właśnie ta katedra stoi tu cała i skończona, i mam nadzieję, że będzie wam smakować. Poza tym chciałbym jeszcze zauważyć, że ten tortowy świątynio-pałaco-zamek zbudowany jest w następujący sposób. A mianowicie: można go rozłożyć na kawałki. Tutaj przygotowałem dla państwa składane pudełka, do każdego z nich zmieści się jeden kawałek tortu. Czyli krótko mówiąc — proszę nie kroić! Naprawdę, proszę nie kroić, bo budowla mogłaby się zawalić! Nie kroić, tylko rozkładać po kawałku. Roz-kła-dać! Szanowna siostro panno młoda, bracie panie młody, dużo szczęścia.

Pan Svoboda zakończył przemowę i ukłonił się. Rozległy się brawa, a Alicja podeszła do niego i pocałowała go w policzek. Cukiernik nie krył zaskoczenia i powiedział:

– Tylko od ciebie, siostro panno młoda, zależy, które piętro stanie się twoim domem. Tylko od ciebie.

– Co pan opowiada — odpowiedziała Alicja. — To przecież zależy od nas obojga, ode mnie i od Maksa.

– Oczywiście, to miałem na myśli — przytaknął cukiernik.

Potem Alicja rzuciła się na szyję doktorowi Lukavskiemu, a goście zaczęli okrążać tort, zaglądać przez okienka, podziwiać figury świętych w niszach na fasadzie i napawać

się wonią kakao, kawy i wiórków kokosowych. Tymczasem pan Svoboda i jego pomocnik pożegnali się, a Maksymilian, Alicja i doktor Lukavsky odprowadzili ich przed dom. Obaj mężczyźni wsiedli do czekającej na ulicy karetki i odjechali. Kiedy zniknęli, Alicja zapytała:

– Wujku, skąd go wytrzasnąłeś?

– Co skąd wytrzasnąłem? Cukiernika czy tort?

– Jedno i drugie — powiedział Maksymilian, trzymając Alicję za rękę.

– To jeden z naszych pacjentów — odrzekł doktor. — Bardzo ciekawy przypadek. Kiedyś ci o nim opowiem, Alu. I panu też, Maksymilianie, oczywiście jeśli będzie to was ciekawiło. — Potem spojrzał na Alicję i dodał: — Kiedyś ci o nim opowiem, jak sam się czegoś dowiem.

Tymczasem ojciec Alicji ogłosił, że czas ruszyć do urzędu. Urzędnik był w czarnym garniturze, na szyi miał zawieszony łańcuch. Podszedł do narzeczonych, przywitał się, wyjaśnił, kto gdzie ma stanąć, i dodał, że za parę minut mogą zaczynać. Chociaż zamówiono mniejszą salę, i tak ponad połowa krzeseł była wolna.

– Taki śliczny kameralny ślub, prawda? — zauważy! urzędnik.

– Drogi panie mistrzu ceremonii — odpowiedział mu Maksymilian. — Gdyby przybyli tu wszyscy członkowie mojego rodu, który w roku 1716 edyktem cesarza Karola VI został wyniesiony do godności hrabiowskiej, a do grona rodów szlacheckich dołączył już w roku 1578, to nie zmieścilibyśmy się w największej sali w Pradze.

– Ach tak… — bąknął urzędnik i przestał się uśmiechać. — Dzięki Bogu nasza socjalistyczna republika zagwarantowała nam wszystkim równość. Dzięki Bogu.

– Uhu — Alicja wydęła usta. — Nieźle się zaczyna, tato.

– Co się dzieje? — zapytał ojciec.

– Maks poucza tego komunistę.

– Aha, walka klasowa w praktyce — dodał wuj.

– Wszystko dobrze, tylko że on ma tę pieczątkę, która jest nam potrzebna — powiedziała Alicja, marszcząc czoło.

– Ja nie mam nic przeciwko tej republice — ciągnął Maksymilian. — Tylko nie podoba mi się, że jej godło nie jest zgodne z najbardziej podstawowymi regułami heraldyki.

– Czego? — zdziwił się urzędnik.

– Heraldyki — powtórzył Maksymilian. — Jest to nauka o tworzeniu herbów, godeł państwowych i symboli rodowych.

– A w jakiż to sposób nasze godło państwowe łamie reguły tej pańskiej heraldyki czy jak jej tam?

– A w taki, że czeski lew nie może mieć na piersi godła słowackiego. Jak powszechnie wiadomo, w centrum może być umieszczony wyłącznie znak dynastii panującej.

– Dynastii panującej?

– Tak właśnie. Dynastii panującej.

– Ale przecież dzisiaj nie mamy dynastii panującej, drogi panie! Dziś mamy rządy ludu, o ile zdołał się pan zorientować.

– Właśnie o to chodzi.

– Czyli o co?

– O to, że w sytuacji, kiedy nie mamy dynastii panującej, godło państwowe powinno być dwu – lub czteropolowe, aby jego czeska i słowacka część miały tę samą rangę.

Matka Alicji przysłuchiwała się tej rozmowie z boku, stojąc przed wejściem do sali. Dotarło do niej, o czym jest mowa, wzniosła oczy do nieba i podeszła do Josefa. Pociągnęła go za rękaw i wzrokiem wskazała miejsce na uboczu.

– Co tu się dzieje, Josefie?

– Nic takiego, Kwietuszko, mamy tu całkiem interesującą dyskusję.

– Interesującą dyskusję? Czy do ciebie nie dociera, że twoja córka wychodzi za mąż?

– A co mam zrobić, według ciebie?

– Przerwij im jakoś, bo zaraz będzie z tego awantura.

– Ale jak?

– Jakoś!

– Co mam powiedzieć?

– Cokolwiek, wszystko jedno… Boże święty, Josefie! – Kwieta odwróciła się na pięcie i stukając obcasami, podeszła do rozmówców i stanęła między nimi.

– No więc, panowie, już zaczniemy, prawda? Ślub to nie jest takie zwykłe wydarzenie, panna młoda i my wszyscy mamy nerwy napięte jak postronki. Pan też, prawda, panie mistrzu ceremonii? Maksymilianie, panna młoda zaraz nam tu zemdleje. Oj, przepraszam pana, ja jestem…

– Pani jest matką panny młodej…

– Ma pan fantastyczną pamięć! Jak pan może to wszystko spamiętać, codziennie tylu nowych ludzi, mnie na przykład wylatują z głowy całkiem zwyczajne rzeczy, no ale ja już się starzeję, to zrozumiałe…

– Ależ droga pani… – zaoponował urzędnik, a matka panny młodej delikatnie ujęła go pod łokieć i poprowadziła w stronę bufetu z poczęstunkiem.

Uczestnicy ceremonii zgromadzili się wreszcie przy wejściu i przy dźwiękach muzyki z taśmy magnetofonowej wkroczyli do sali ślubów. Tam już oczekiwał ich urzędnik z łańcuchem na szyi, na którym wisiało godło państwowe przeczące regułom heraldyki. Nerwowa atmosfera nie rozwiała się całkiem, a urzędnik w swojej przemowie zdawał się szczególnie akcentować wszystkie wyrazy, które miały związek ze słowem „socjalizm”. Maksymilian i Alicja po raz drugi nałożyli sobie obrączki, po raz drugi pocałowali się i po raz drugi podpisali akt małżeństwa. Po nich podpisali go świadkowie i na tym ceremonia się zakończyła. Przy pożegnaniu urzędnik zagadnął Maksymiliana:

– To było dobre, z tym godłem państwowym, to było dobre.

– Jak to? — zdziwił się Maksymilian. — Co pan ma na myśli?

– No bo, proszę pana, ja się urodziłem w Bańskiej Bystrzycy, jestem Słowakiem.

Po uroczystości ślubnej wszyscy znowu zebrali się w domu. Państwo młodzi przebrali się, mężczyźni rozluźnili węzły krawatów, a Kwieta usiadła w salonie na kanapie obok męża. Kiedy większość zebranych znalazła się w salonie, Maksymilian zastukał łyżeczką w kieliszek, po czym w imieniu swoim i żony podziękował wszystkim za to, że dochowali tajemnicy. Potem wstała Alicja i zaprosiła gości na kolację do pobliskiej restauracji. Ciotka Anna ze łzami w oczach zaczęła snuć wspominki o dzieciństwie Alicji i już popisywała się jakąś historyjką, ale przerwał jej wuj Antonin i przypomniał, że należy wznieść toast za rodziców Maksymiliana, którzy nie dożyli ślubu syna. Potem ciotka spróbowała zapanować nad sytuacją i dokończyć swoją opowieść, ale goście stracili już dla niej zainteresowanie i zaczęli rozmawiać w małych grupkach.

– Dlaczego nie zareagowałeś, Josefie? — spytała Kwieta. — Wtedy, przed uroczystością w urzędzie? Nie wiedziałeś, jaki z niego komunista?

– Przecież to nie ma znaczenia, nic wielkiego się nie stało.

– Ale mogło się stać! A ty nic, tylko stałeś jak ten kołek.

– Bo słyszałem co drugie słowo.

– To trzeba było sobie podkręcić aparat!

– Podkręciłem go przecież.

– To trzeba było wymienić baterię.

– Baterie kupuje mi Alicja. Mam jeszcze zapas.

– Chcesz powiedzieć, że nie słyszałeś tej ich rozmowy?

– Coś tam słyszałem. Piąte przez dziesiąte.

– Widzisz, nie wiedziałam… A rozmawiałeś o tym z Tondą?

– Przecież Tonda jest psychiatrą, nie neurologiem czy laryngologiem.

– Wiem, ale mógłby ci kogoś polecić, na pewno ma znajomych.

– Kwietuszko, to starość. Na starość nie pomogą żadni znajomi.

– Ale dajże spokój… I mówisz, Josefie, że nie chcesz się z powrotem sprowadzić?

Josef odwrócił się do niej, spojrzał w jej ciemnozielone oczy i powiedział:

– Nie, Kwieto. Nie mogę. Już nie.

– Ale dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Zaczęłam wszystko przygotowywać, żebyś tam miał miejsce dla siebie.

Josef położył jej rękę na ramieniu i już jej nie słuchając, wstał z kanapy i wyszedł z pokoju. Goście przenieśli się do restauracji i dokładnie o ósmej po kilku toastach przystąpili do kolacji. Było ich nie więcej niż piętnaście osób, koło dziesiątej sala zaczęła pustoszeć. Był wtorek, następnego dnia wszyscy szli do pracy, tym właśnie wymawiali się goście, opuszczając towarzystwo, choć woleliby zostać dłużej. W końcu nowożeńcy zostali tylko z ojcem.

Josef zapłacił i ruszyli we trójkę do domu. Przed wejściem Alicja i Maksymilian pożegnali się, bo chcieli się jeszcze przejść.

– Ślub jest tylko jeden w życiu, w końcu macie klucze. Uroczystość w kościele była piękna, to był dobry pomysł. A poza tym wszystko w porządku?

– Tak, panie inżynierze — odpowiedział Maksymilian. — W najlepszym porządku.

– Ali, wszystko dobrze?

– Tatusiu, cieszę się, że ci się podobało.

– Było pięknie.

– Tak, warto było się o to pokusić.

– Tylko dlaczego nie chciał wpuścić tych biednych turystów? — zapytał ojciec.

Maksymilian wzruszył ramionami.

– Skąd znasz tego księdza, Maksymilianie? Chciałem go o to zapytać, ale było mi jakoś niezręcznie.

– Wcale go nie musiałem namawiać, panie Czerny. Ten ksiądz chował mojego tatę. I właściwie to był jego pomysł. Ja chciałem go tylko zaprosić na ślub, a on zaproponował ceremonię w kościele.

– Aha — powiedział ojciec. — No dobrze, ja już pójdę się położyć. I pamiętajcie, że zostało mnóstwo jedzenia, najlepsze rzeczy są upchane w małej lodówce i wszyscy o nich zapomnieli, więc przynajmniej wy się do nich dobierzcie. Choćby w środku nocy. Przed spaniem wyłączam swój aparat, więc nie zbudzą mnie nawet armaty. Zjedzcie, na co tylko przyjdzie wam ochota.

– O nic się nie martw, tato, i idź się położyć — powiedziała Alicja i pocałowała ojca w policzek. Josef uścisnął Maksymilianowi dłoń, odwrócił się i wszedł do domu.

Młodzi przechadzali się jakiś czas. Przeszli kilka ulic i skręcili do parku, ale wkrótce poczuli chłód, więc zawrócili. Ojciec już spał. Alicja czekała na Maksymiliana, który mył zęby w łazience, i starała się nie zasnąć. Żeby powiedzieć mu dobranoc… Nie przypuszczałam… że szczęście… szczęście może tak zmęczyć człowieka… tak bardzo… szczęście… może… nie może… może…

Cukiernik

Kierowca milicyjnego samochodu od niechcenia dał ręką znak portierowi, ten w odpowiedzi lekko dotknął palcem wskazującym siwych włosów w zdawkowym geście pozdrowienia, a ponieważ świeciło słońce, zamiast nacisnąć guzik, co połączyłoby przewody i doprowadziło prąd do silnika, który z kolei miał podnieść szlaban, on sam, portier, ruszył się z krzesła. W końcu było ładnie, a portier chciał rozprostować kości. Wyszedł na wąski betonowy chodnik obramowany donicami, odwrócił się bokiem do auta i sięgnął od zewnątrz do swojej dziupli. Przez okno nacisnął guzik. Był piątkowy poranek, zegar nad jego głową wskazywał dokładnie piątą czterdzieści trzy. Leniwy gest kierowcy oraz niedbałe pozdrowienie były doprawdy godne łabędzi z jeziora, które swoją nazwę wzięło od tych ptaków. Kierowca w ten wystudiowany sposób okazywał, że jest zmęczony nocną służbą, która już dobiegała końca, lekkie zobojętnienie, a także autorytarnie demokratyczną postawę życiową, której wszakże nie należy mylić z egalitaryzmem. Precyzyjnie rozłożona w czasie reakcja portiera zdradzała respekt dla autorytetu milicyjnego kierowcy, który im — tak, im, ponieważ, jak powszechnie wiadomo, portier jest również częścią procesu leczenia — a więc który i m wiezie pacjenta (a nie, jak obecnie, klienta). Podstawowym elementem choreografii portiera było nonszalanckie kiwanie się na ugiętych kolanach — notabene portier miał już siedemdziesiątkę na karku, pracował w swoim fachu ładnych parę lat i widział w życiu niejedno — a więc podstawowym elementem tego luzackiego kiwania się było lekkie, niemal niezauważalne, trwające ułamek sekundy zatrzymanie się na obcasach. To właśnie dawało świadectwo o tym, kto jest tutaj panem. Rzecz jasna, potem był czas na wyciągnięcie asa z rękawa: on nie zostanie w swojej przytulnej dziupli, nie będzie z niej wyglądać na zewnątrz, on z niej wyjdzie, ale zamiast łaskawie obdarzyć choćby jednym spojrzeniem milicjanta lub kierowcę, odwróci się lekko i naciśnie z zewnątrz guzik, co sprawi, że silnik elektryczny zagranicznej produkcji podniesie szlaban. Portier oczywiście nie zastanawiał się nad tym scenariuszem, tak jak Paganini nie zastanawia się nad właśnie granym vibrato, to po prostu przychodzi samo, po wielu latach praktyki. Tak, mój drogi, nic na to nie poradzisz, choćbyś nawet wiózł samego majora od komandosów. To kiwanie się na obcasach, to przechylenie się w stronę dziupli ranną porą we mgle, to jest właśnie as z podwójną obstawą albo, jak wolisz, może nawet i dżoker. Teraz już wiesz, kto tutaj, przy bramie głównej, dokładnie o piątej, teraz już czterdzieści cztery, ma wszystko pod kontrolą. Tak, mój kochany.

Szlaban przy głównym wjeździe do szpitala psychiatrycznego zaczął się unosić, można by rzec, elegancko, dzięki pracy silnika elektrycznego produkcji zagranicznej, którego dźwięk rozchodził się w porannej mgle. Portierowi przypominało to mruczenie obżartego angorskiego kota sąsiadów, który tylko jadł, pił mleko, spał i mruczał. Ta rozpuszczona gadzina nie robiła nic innego. Samochód wjechał na teren szpitala, portier zakołysał się na obcasach jeszcze raz i dopiero teraz mógł uznać dzień za rozpoczęty.

Auto podjechało pod różowy pawilon i zatrzymało się. Funkcjonariusz bezpieki, który siedział za kierownicą, wysiadł, zatrzasnął drzwi, odwrócił się i spojrzał na dwóch kolegów na tylnym siedzeniu. Pomiędzy nimi siedział niepozorny mężczyzna. Potem ruszył w kierunku budynku i nacisnął dzwonek przy drzwiach. Odczekał chwilę, przestąpił z nogi na nogę, a jego ruchy wskazywały na to, że zaczyna się niecierpliwić. Po chwili rozległy się kroki i w drzwiach stanął mężczyzna w białym fartuchu i płóciennych spodniach. Z otwartych drzwi doleciał szpitalny zapach, który rozpływał się w wilgotnym porannym powietrzu i wnikał w nozdrza milicjanta. Razem z nim pojawiło się natarczywe wspomnienie – może przyjemne, może nie – długich korytarzy instytutu. Ścian podzielonych na dwie części, z których jedną stanowił kończący się na wysokości oczu pas lamperii wymalowanej farbą olejną. Zmywalne ściany, kafelki na podłodze i te dwa kolory: żółty i zielony sprawiały wrażenie, że wszystko tu przesiąknięte jest bólem. Funkcjonariusz nigdy się nad tym dłużej nie zastanawiał, nie udawało mu się to, bo odór używanych w nadmiarze kiepskiej jakości środków do dezynfekcji zawsze go irytował i mącił jego myśli. Gdyby to było możliwe, chciałby zmienić się w jakieś fantastyczne zwierzę, egzotyczne albo miejscowe, które nie musi oddychać, a tym samym nabierać do płuc tego śmierdzącego, podejrzanego, tanim kosztem odkażonego powietrza. Gdyby się dało, chciałby odizolować od świata wszystkie swoje otwory służące do oddychania, podłączyć się do butli z tlenem i objąć ustami ustnik fajki, a potem już mógłby, zadowolony i wyzbyty emocji, poruszać się niczym dziwaczny nurek po długich żółto-zielonych korytarzach, jak po dnie basenu. Teraz jednak przekazywał stojącemu przed nim mężczyźnie w białym fartuchu informacje związane z przywiezieniem zatrzymanego obywatela, niepodważalne fakty, za którymi krył się jeden dostarczony zjadacz chleba, trzy osoby urzędowe oraz auto. To określanie sytuacji i uzgadnianie postępowania upodabniało ich krótką rozmowę do pertraktacji dawnych posłów, wysłanników od wieków nieistniejących mocarstw, którzy z nakazu ziemskiej lub boskiej władzy mają wprowadzić coś w rodzaju Keplerowskich praw rządzących ruchem planet, coś, czego żaden z nich do końca nie pojmuje lub o czym mają ledwie blade pojęcie. Do tego, bez względu na to, czy to się im podoba, czy nie, po prostu muszą załatwić sprawę. Muszą doprowadzić do porozumienia się dwóch światów, według nieznanych im reguł. Muszą zorganizować przekazanie dziwnego daru w ramach kuriozalnego ptasiego rytuału godowego, w którym nie ma tańców ani modłów. A przy tym obaj są starymi pragmatykami i przy omawianiu szczegółów procedury dawno już są myślami gdzie indziej.

Weszli do środka, szczęknął zamek w drzwiach. Mężczyzna w białym fartuchu szedł przodem. Po kilku metrach zatrzymali się przed innymi drzwiami. Pielęgniarz je otworzył, przepuścił funkcjonariusza, potem przekręcił klucz od środka. Milicjant był tu nie po raz pierwszy i za każdym razem cieszył się nie tylko z tego, że jest w mundurze, ale i że ma przy sobie broń. Broń z siedmioma nabojami, nawet zabezpieczona i schowana w kaburze, zadbana i kochana, sprawiała, że od czasu do czasu jego duszę zalewało błogie, prawdziwe poczucie władzy. Prawdziwej władzy. Żadne papiery i pieczątki, żadne wypełnianie formularzy, odbywanie szkoleń czy uczenie się na pamięć nowych przepisów i nowelizacji, tylko zadbana i kochana broń — to była prawdziwa władza. Gdyby przełożeni, nie daj Boże, znali jego fantazje, myśli i uczucia, z pewnością mieliby powody do niepokoju. A on wiedział coś bardzo ważnego: niech tam sobie łapidu-chy przed nim otwierają czy zamykają drzwi, kiedy prawdziwa władza spoczywa w kaburze przy pasie jego munduru, prawdziwa władza to siódemka. Wyznacznikiem jego władzy jest liczba nabojów w magazynku.

Potem przypomniał sobie, że jego przełożony już wcześniej przygotował grunt i kładł mu do głowy, że rozmowę z doktorem ma załatwić szybko i sprawnie. I tak zamierzał zrobić, ale w ostatniej chwili pojawiły się jakieś nowe okoliczności i zanim wyjechali z komendy okręgowej, już mieli telefon ze szpitala, żeby nie podjeżdżali na izbę przyjęć, tylko od razu pod różowy pawilon. Ktoś gdzieś sobie przypomniał, że zatrzymany mężczyzna ma już założoną kartę, no i tym sposobem znaleźli się tutaj. Taki obrót rzeczy zawsze trochę zaskakiwał funkcjonariusza, a przy tym trochę męczył, jednocześnie jednak pozwalał mu wyraźniej odczuć sens jego profesji. Od dawna zdawał sobie sprawę, że nie jest to zwykłe łapanie przestępców ani pilnowanie porządku czy jakiegoś abstrakcyjnego prawa. Coraz bardziej zmieniał się w urzędnika i nie wiedział, czy tak powinno być. Drażniła go ta niejasność, którą nikt nie zawracał sobie głowy. Obaj mężczyźni doszli do kolejnych zamkniętych drzwi, znajdujących się niemal w połowie długiego korytarza. Pielęgniarz zapukał i czekał. Nie doczekał się odzewu, więc spojrzał na milicjanta przepraszająco. Zapukał ponownie, tym razem drzwi się otworzyły. Stała w nich kolejna postać w białym fartuchu — lekarz. Otworzył drzwi na oścież, odesłał pielęgniarza i wskazał funkcjonariuszowi krzesło. Ten usiadł, podziękował skinieniem głowy, odpiął guzik kieszeni munduru i wyjął z niej notatnik. Lekarz zaproponował mu kawę i papierosa, ale milicjant odmówił. Spodziewał się, że po prostu przekaże zatrzymanego lekarzowi, ale cała rzecz okazała się bardziej złożona. Jego przełożony rzeczywiście wyjaśnił wszystko telefonicznie jednemu z lekarzy, lecz teraz osoby zapoznanej ze sprawą nie można było znaleźć. Przysłuchując się kolejnym rozmowom telefonicznym mającym na celu dotarcie do wtajemniczonego, zaczął nabierać przekonania, że będzie musiał wyjaśnić wszystko sam. Nie był z tego zadowolony, oznaczało to komplikacje, na razie jednak po prostu siedział, ściskał w dłoni notatnik i patrzył na zewnątrz przez szerokie okratowane okno, za którym poruszały się gałęzie. Nie było słychać wiatru. Widać tylko było ruch liści i gałęzi, a za nimi asfaltową drogę.

Kiedy pani Marhoulova, sąsiadka zatrzymanego później cukiernika Svobody, wykonała telefon do urzędu bezpieczeństwa, zgodnie z notatką służbową była godzina druga w nocy i trzydzieści trzy minuty. Ponieważ była starszą panią, już dobrze po siedemdziesiątce, a w jej zgłoszeniu nie było nic niepokojącego, nikt się tym zbytnio nie przejął. Pani Marhoulova była wdową, mieszkała z małym pinczerkiem, a przedpokój w jej mieszkaniu wyglądał jak małe muzeum regionalne. Stały tam dwie szafki z próbkami minerałów i jedna z różnokolorowymi szlifowanymi butelkami. Na ścianach wisiało kilka obrazów i rysunków przedstawiających różne widoki miasta, a wśród nich jeden niepasujący do reszty, niedokończony szkic stacji kolejowej w budowie. Pani Marhoulova przywitała mundurowych, lecz nie zaprosiła ich do pokoju ani do kuchni, tylko zdecydowanym tonem zwróciła im uwagę, że przyszli ponad dwadzieścia minut później, niż zapowiedział ich kolega, który z nią rozmawiał przez telefon. Obaj funkcjonariusze czuli się nieswojo — nie dość, że przytłaczały ich szafki, które wyglądały niepokojąco, jakby szykowały jakiś podstęp i lada chwila ich zwartość miała się roztrzaskać na drobne kawałeczki, to jeszcze obwąchiwał ich pies właścicielki. Przed pinczerkiem nie było gdzie się schować — z trzech stron otaczały ich szklane gabloty, a z czwartej tkwiła pani Marhoulova. Starsza pani postanowiła wygłosić pogadankę o kolekcji minerałów oraz o geologicznej budowie okolicy. Najpierw milicjanci myśleli, że jest to wyraz uprzejmości z jej strony, ale zanim się połapali, wykład o podłożu, uskokach tektonicznych i warstwach geologicznych przeszedł w fazę zaawansowaną. Nie dało się go przerwać ani tym bardziej odmówić słuchania. Starszy rangą jakimś cudem zdołał tak pokierować rozmową, że dotarli do sprawy wezwania przez panią Marhoulovą milicji. Taki rozwój sytuacji nie bardzo przypadł jej do gustu, ale zakończyła prelekcję stwierdzeniem, że okazy zgromadzone przez jej męża, a także namalowane przez niego obrazy, są dowodem na to, iż okolica jest ze wszech miar unikatowa. Unikatowa! Powtórzyła to słowo jeszcze kilka razy, i to z palcem wskazującym uniesionym do góry. Unikatowa. Okazy minerałów pobłyskiwały w przeszklonych szafkach jak latarnie, kamienie zdawały się fosforyzować. Leżały na koronkowych serwetkach, a przed każdym umieszczona była karteczka z trudną już do odczytania czeską i łacińską nazwą. Pani Marhoulova poinformowała również milicjantów, że wiszącego na ścianie rysunku stacji kolejowej mąż nie zdążył dokończyć. Wyglądało na to, że zaraz zacznie się rozwodzić nad ostatnimi miesiącami życia nieboszczyka w szpitalu i w sanatorium, więc starszy rangą postanowił zareagować: zapowiedział, że jeśli nie zamknie psa w sąsiednim pokoju, po prostu sobie pójdą. Wywołało to taką reakcję, jakiej się spodziewał, a mianowicie pani Marhoulova poczuła się urażona skandalicznym brakiem wychowania oraz szacunku dla starszych i nareszcie przeszła do rzeczy. O śmierci męża mówiła bez smutku, tak jakby już dawno nie było w niej bólu. To, co wezwani milicjanci usłyszeli, wynikało z przemożnego pragnienia opowiedzenia o swoim małżeństwie, a ponieważ ten temat był ostatnią rzeczą, która mogła ich interesować, wygłosiła coś w rodzaju prelekcji z wiedzy o ojczyźnie. Nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby swoje wdowieństwo czymś wypełnić; była kobietą tymczasowo opuszczoną przez nieodpowiedzialnego męża, który na stare lata wykręcił jej numer i nagle umarł. Ciągle jeszcze obwiniała go o to i z trudem się powstrzymywała, żeby mu nie wygarnąć tych wszystkich zarzutów, na które z pewnością zasłużył.

Tak więc mniej więcej około pierwszej w nocy z sąsiedniego mieszkania dobiegły ją krzyki, może nawet odgłosy bójki, po czym zapadła podejrzana cisza. Kiedy jeden z funkcjonariuszy zaczął się dopytywać, czy aby na pewno to wszystko słyszała, starsza pani poczęstowała go karcącym spojrzeniem oraz pouczeniem, że nie wszyscy starzy ludzie nie nadają się do niczego i, wbrew temu, co o nich myślą młodzi, nie wszyscy cierpią na otępienie starcze albo totalną głuchotę. Milicjant musiał ją przeprosić, a pani Marhoulo-va wykorzystała tę okazję, by pokazać mu czarny błyszczący kamień i oznajmić, że w średniowieczu w pobliżu miasta wydobywano srebro. Funkcjonariusze nie mieli ochoty na kolejny wykład, przerwali jej, podziękowali i wyszli na korytarz, by zapukać do drzwi sąsiedniego mieszkania. To ją uspokoiło i poprawiło jej nastrój; zapomniała o tym, że kiedykolwiek miała jakieś zastrzeżenia do młodego pokolenia — wszystko przybrało pożądany obrót. Przez chwilę wyglądała na schody przez uchylone drzwi, ale ponieważ u sąsiadów nikt nie otwierał, młodszy milicjant poradził jej, żeby się dobrze zamknęła na wypadek, gdyby kręcił się tu jakiś niebezpieczny intruz, oni natomiast pójdą rozejrzeć się po kamienicy i ogrodzie. To ją usatysfakcjonowało i zrobiła to, co jej milicjant poradził.

Funkcjonariusze obeszli cały dom, ale nikogo nie znaleźli. Dopiero w ogrodzie dostrzegli odłamki szkła, pochodzące z szyby mieszkania, o którym mówiła wdowa. Kiedy przeszukali ogród, skierowali światła latarek w krzaki rosnące wzdłuż ogrodzenia. Stamtąd dochodził sapiący, chrapliwy, rwący się oddech, jakby odgłos rozciąganych i ściskanych miechów — akordeonu albo może płuc ludzkich lub zwierzęcych. Nagle nocne powietrze od nieba aż po ziemię przeciął krzyk. Krzyk, jęk, rzężenie. Ku zaskoczeniu obu policjantów ów odgłos zdawał się ich przyzywać. Tak, wołał ich. Wzywał pomocy, błagał o ratunek i krzyczał coś o tym, żeby go nie zostawiać samego, za żadne skarby samego z jakimś nim. Głos prosił, błagał, jęczał i skamlał, chwilami zamierał. Milicjanci odbezpieczyli broń. Było słychać, że głos słabnie, braknie mu tchu, już długo nie wytrzyma i lada moment się załamie. Snopy światła z obu latarek skrzyżowały się, a milicjanci byli coraz bliżej źródła odgłosów. Przypuszczali, że ktoś kryje się wśród zarośli gdzieś pod murem. Co chwila oglądali się za siebie, w obawie, by nie spotkała ich jeszcze jakaś inna niespodzianka. Kiedy rozgarnęli ostatnie gałęzie zarośli, ujrzeli skulonego człowieka w brudnej brązowej marynarce.

– Milicja! — rzucił jeden z funkcjonariuszy. — Dlaczego pan tak wrzeszczy?

– Milicja? — powtórzył mężczyzna. — Naprawdę? Tak, jesteście przecież w mundurach… — zdołał wyjąkać i padł zemdlony. Tymczasem w budynku w kilku oknach od strony ogrodu pojawiło się światło.

Przy wyciąganiu delikwenta z krzaków okazało się, że ma złamaną nogę. Funkcjonariusze próbowali mu ją opatrzyć, ale ranny był tak zaklinowany między murem i krzakami, że ledwie udało im się go stamtąd wydobyć. Potem starszy rangą włączył krótkofalówkę, wezwał pomoc i poprosił o instrukcje. Karetka i auto policyjne przyjechały niemal jednocześnie. Znalezienie rannego osobnika oraz wybita szyba w oknie na pierwszym piętrze u sąsiadów pani Marhoulovej były wystarczającym powodem do ponownego przeszukania domu, ogrodu i najbliższej okolicy. Jeden z milicjantów pojechał karetką razem z rannym, żeby spisać protokół z przesłuchania podejrzanego, jeśli to będzie możliwe.

– To złamanie nogi w dwóch miejscach mogło powstać na skutek upadku z pierwszego piętra — oznajmił lekarz milicjantowi, który był wściekły, bo najpierw cały dzień nudził się jak mops w komisariacie, a teraz tu, na chirurgii, musiał pilnować kogoś, kto i tak nie może uciec. Dwukrotnie powtórzony opis skomplikowanego złamania nie zrobił na nim wrażenia. Wynikało z niego, że podejrzanemu osobnikowi nic więcej nie dolega. Złamanie w dwóch miejscach — a więc na razie nigdzie nie będzie się wybierał. Kiedy rannego opatrzono, milicjant wszedł do sali, w której wsparty na kilku poduszkach leżał człowiek ze złamaną nogą. Na widok wchodzącego uśmiechnął się radośnie. Oprócz niego leżało tam jeszcze dwóch chorych; jeden z nich co chwila przewracał się w łóżku z boku na bok, a drugi oddychał spokojnie, pochrapując lekko przez sen.

– Wszystko powiem – zaczął niepytany. – Bardzo wam dziękuję, naprawdę bardzo. Już go macie? Musi gdzieś tam być.

Milicjant pokręcił głową, przystawił sobie krzesło do łóżka i usiadł.

Uśmiechnięty pacjent nazywał się Karel Souczek, był złodziejem i przyznał, że miał zamiar okraść mieszkanie na pierwszym piętrze. Do cukierni przedostał się od strony bocznej ulicy, a potem wyłamał zamek w drzwiach, które prowadziły na pierwsze piętro, do mieszkania cukiernika i jego żony. Złodziej zauważył, że straty materialne są minimalne, ponieważ wyłamał tylko jeden zamek, z dwoma pozostałymi poradził sobie za pomocą wytrycha. Kilka razy podkreślił, że nie znał właściciela mieszkania, tego cukiernika Marka Svobody. Zaproponował, żeby milicjant poszedł po maszynę do pisania, w szpitalu na pewno jest jakaś maszyna, kto by jej w nocy – a może już jest rano? – potrzebował. No więc niech przyniesie maszynę, bo on, złodziej Karel Souczek, złoży zeznanie i nareszcie będzie miał to z głowy. A z tym świrem nie chce mieć nic wspólnego. Nigdy w życiu go nie widział. Był już dwa razy karany, czyli jest, jak to się mówi, recydywistą, ale tylko za kradzieże, nigdy za żadną większą sprawę.