Wydawca: Videograf Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 517 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka List, który przyszedł za późno - Aneta Modelska

Czasami szara codzienność zaczyna znienacka niepokojąco błyszczeć. Drobne, na pozór nieistotne zdarzenia budzą ciekawość, potem niepokój. Dążenie do tego, żeby zrozumieć, odsłania kolejne tajemnice. Ten, kto się z nimi zmierzył, traci poczucie bezpieczeństwa. Ale wtedy nie ma już odwrotu. Pozostaje tylko droga w głąb...
Główny bohater powieści "List, który przyszedł za późno", Tomek Dybruk, przez pomyłkę zamienia z kimś walizki na lotnisku. Z pewnych względów postanawia przeszukać tę, która wpadła mu w ręce. Znajduje w niej list sprzed lat. Treść listu jest tak frapująca, że Tomek decyduje się odnaleźć kobietę, która go pisała. To pozornie proste zadanie staje się w przygodą życia, barwną i niebezpieczną. Tomek krok po kroku dociera do mrocznej prawdy i spotyka na swej drodze tajemniczych ludzi, których nigdy by nie poznał, gdyby nie owa zamiana walizek...
Wraz z pasjonującą intrygą kryminalną powieść niesie przesłanie o roli przypadku i prawdziwej determinacji w życiu człowieka.

Opinie o ebooku List, który przyszedł za późno - Aneta Modelska

Fragment ebooka List, który przyszedł za późno - Aneta Modelska

Redakcja

Joanna Szewczyk

Zdjęcie na okładce

www.istockphoto.com

© mbbirdy

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2011

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2012

ISBN 978-83-7835-065-1

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

PROLOG

Podczas lotu Tomkowi śniły się włosy Dominique. Samym dotykiem zmieniał niepokojący odcień czerwonego wina, który ostatnio przybrały, w dawną, bezpieczną kasztanowość. Niewinny, romantyczny finał krótkiego spotkania z byłą żoną.

Jak to jest z kolorami w snach? Podobno ich nie ma… Rozmyślał o tym leniwie w nowej, stalowo-rudej hali przylotów na warszawskim Okęciu, czekając na swój bagaż. Powolna, wężowata taśma pełna czarnych i granatowych walizek wiła się już wśród niepewnych spojrzeń. Sympatyczny Francuz zastygł z rezygnacją nad ogromną plamą o zapachu calvadosu, wilgotniejącą coraz bardziej na jasnej skórze jego kufra. Smutna sąsiadka z samolotu rozburzyła włosy, przygryzła wargi, ułożyła usta w śliczny, promienny, prawie naturalny uśmiech i ruszyła tanecznym krokiem w stronę wyjścia. Tomek mógłby pójść za nią, zobaczyć, dla kogo tak gra, bo właśnie przyjechała jego walizka.

Jednak coś z nią było nie tak. Z walizką. Była inna, chociaż na pozór identyczna. Toczyła się za nim trochę zbyt lekko, zbyt miękko. Sprawdził banderolę z numerem lotu, naklejoną na brudny uchwyt – papier przedarty właśnie tam, gdzie powinno być jego nazwisko. Nie był pewien, czy się pomylił. Tego dnia wielu rzeczy nie był pewien. Obie kieszenie, jak w jego walizce, były puste. Przyklęknął, żeby rozsunąć zamek. Właśnie podnosił wieko, kiedy usłyszał – gdzieś blisko, zaledwie kilka metrów dalej – dźwięk, którego mu wcześniej brakowało. Śmieszne skrzypienie lewego kółka.

– Przepraszam! Proszę pana! Pan ma coś, co należy do mnie!

Mężczyzna, który ciągnął za sobą walizkę Tomka, obejrzał się od razu. Ale nie uśmiechnął się przepraszająco. Nie uderzył dłonią w czoło, z żartobliwym politowaniem dla własnego roztargnienia. Nie zatrzymał się nawet – mimo że Tomek zamachał do niego czymś szarym, wyszarpniętym spod zamka, co tamten powinien rozpoznać. Odwrócił głowę i przyspieszył.

– Monsieur! Vous avez mon bagage, j’ai le votre! Proszę pana, zamieniliśmy walizki!

Na angielski nie było już czasu. Człowiek z walizką coraz szybciej zbliżał się do drzwi, za którymi czekała gromadka witających. Skurczył się jakby, zmalał, przygarbił. Tomek rzucił się za nim, dopinając torbę w biegu. Kiedy zderzył się z grupą radośnie pokrzykujących nastolatek, widział jeszcze plecy tamtego. Moment później mężczyzna zniknął. Pojawił się raz jeszcze – o ile to rzeczywiście był on – za tylną szybą taksówki ruszającej z postoju z piskiem opon, w tej samej chwili, w której Tomek wypadł przed terminal. Taksówki, za którą już wolniej, w nienagannym porządku, jeden po drugim, odjeżdżały identyczne jak ona samochody. O dalszym pościgu nie było mowy.

Tomek mógł już tylko wyrównać oddech, uporządkować myśli – jakoś sobie to wszystko wytłumaczyć. A potem coś z tym zrobić.

Zapalił papierosa.

Nie po raz pierwszy pomylił walizki. Takich jak tamta – czarnych, typowych, niewielkich – były pewnie setki. Ale kończyło się zawsze miłą wymianą zdań przy taśmie. Jeszcze nigdy nikt przed nim nie uciekał. Uciekał… czy rzeczywiście? Bo właściwie – gdzie tu sens? Może facet po prostu nie zrozumiał, o co chodzi. Odruchowo unikał kontaktu z obcym. Uchylał się przed nim jak przed menelem, który mógłby poprosić o pieniądze. Udając, że odgarnia zmierzwione włosy z czoła, Tomek obwąchał pachę swojej koszuli. Potarł dłonią nieogoloną szczękę. Może to wszystko jeszcze po nim widać. Pożegnalne nocne picie, spanie w fotelu, dziwną gorączkę sprzecznych uczuć kilku ostatnich dni. A na lewym udzie wytartych dżinsów podpisał mu się wczoraj zamaszyście pewien słynny przyjaciel Dominique. Cóż.

Facet z walizką – nadęty dupek.

Teraz należałoby postąpić według standardowych procedur.

Odnaleźć odpowiedni kontuar. Opowiedzieć swoją przygodę miłemu młodemu człowiekowi o uspokajającym uśmiechu. Wypełnić stosowny formularz, wpisując w kolejne rubryczki wszystkie niezbędne dane. Oddać cudzą własność, wrócić do domu i czekać na telefon.

Był tylko jeden mały problem.

Bardzo mały – około piętnastu gramów. Leżał sobie spokojnie w walizce Tomka, pomiędzy dwoma pudełeczkami wyjątkowo śmierdzących serów, zapakowany razem z nimi w ozdobną reklamówkę znanej francuskiej firmy serowarskiej. Właściwie – leżała. Porcyjka przedniej marihuany, pomysłowo przesypana przez Dominique do opakowania po czerwonej Amphorze – tytoniu, który można kupić w każdym sklepie Tabac. Razem z bibułkami. Pożegnalny prezent od byłej żony. Prezentów od byłej żony się nie odrzuca, więc Tomek go zabrał. Określenie „przewóz narkotyków przez granicę” jakoś nie przyszło mu do głowy. Może był jeszcze pijany, kiedy się pakował. A zresztą uważał, że trawka powinna być legalna.

No ale – zgłosić zgubę?!

Podpisać się pod tym imieniem, nazwiskiem, PESEL-em, telefonem, prawdziwym adresem – a nie tym starym z paszportu? Może jeszcze opisać zawartość walizki, żeby ktoś mógł ją potem sprawdzić? To wszystko wydawało mu się teraz… powiedzmy: niestosowne. Zbyt perwersyjne, jak na jego gust.

Oprócz śmierdzącego woreczka w walizce nie było nic szczególnego. Kilka par brudnych majtek i skarpetek, zawiniętych w kilka brudnych koszul. Kosmetyczka. Dwa dobre, ale niezbyt drogie wina. Zielony biustonosz Dominique, skradziony na pamiątkę. Tomek był w Paryżu tylko cztery dni. Kurtkę miał na sobie, wszystkie ważne rzeczy w kieszeniach i w torbie z laptopem, która leciała z nim. Nie było czego żałować.

A tamten człowiek… Tomek nie chciałby go okraść. Znów złe słowo. Nie chciałby, żeby tamten, przy biernym udziale Tomka, stracił przez własną głupotę coś cennego. Ale jeżeli nie ma nic takiego w tej jego walizce… Nie będzie jej przecież tutaj przeszukiwał. W razie czego zawsze można coś wymyślić, załatwić to przez telefon… Tomek poczuł się nagle bardzo, bardzo zmęczony. Brudny, senny, spragniony i samotny. Zgasił papierosa i poszedł na postój taksówek.

Pachnący calvadosem Francuz ujmującą paryską angielszczyzną usiłował wyjaśnić policjantowi, dlaczego przebiegł na czerwonych światłach tylko po to, żeby wyrzucić do pustego kosza kłąb mokrych szmat.

Kobieta o promiennym uśmiechu paplała coś wesoło, obejmując ramieniem młodziutką dziewczynę w zaawansowanej ciąży.

Zaczynał padać deszcz.

***

Nienaturalny ruch w hali przylotów terminalu 2, w niedzielę, 10 maja, o godzinie 14.32. Odbiegające od normy zachowanie dwóch dorosłych mężczyzn. Człowiek w mundurze ochroniarza nie zastanawiał się jednak nad potrzebą interwencji. Jego prawdziwe zadanie było inne. Miał tylko obserwować. Obserwować, myśleć, interpretować, wyciągać wnioski.

A wnioski były dla niego tym razem oczywiste.

Kłótnia kochanków.

Ten pierwszy – który pojawił się tylko na moment i jakimś dziwnym sposobem, nie budząc niczyjego sprzeciwu, w ciągu kilku sekund dotarł do pierwszej taksówki – tak znacząco patrzył przez szybę na tego, który biegł za nim… jakby chciał go na zawsze zapamiętać.

Mimo że wcześniej nawet nie odwrócił głowy.

Człowiek w mundurze uświadomił sobie z konsternacją, że tylko to spojrzenie potrafi opisać. Bo ten pierwszy wcześniej skurczył się jakby, zmalał, przygarbił…

Za to z drugim mężczyzną – kochankiem porzuconym – poszło mu już o wiele lepiej.

Obserwował go przez kilka dramatycznych minut, kiedy tamten próbował opanować myśli.

Rudawy brunet po trzydziestce, o dość nietypowym dla mężczyzny, być może nienaturalnym kolorze przydługich włosów. Przystojna, ale zaniedbana twarz. Wysokie czoło i wyraźnie zarysowane kości policzkowe, kilkudniowy zarost. Średni wzrost, ciało zbyt szczupłe. Strój wyjątkowo niedbały – a może właśnie celowo taki swobodny, ekscentryczny. Na pierwszy rzut oka – typ artysty.

Kiedy tak palił swojego papierosa, człowiek w mundurze ochroniarza odnalazł w jego zaczerwienionych, zapuchniętych oczach żal straty. I jakąś dziwną gorączkę…

Tak, wnioski były oczywiste.

Obaj mężczyźni mieli identyczne walizki. Być może kupili je razem. Człowiek w mundurze ochroniarza postanowił, że kiedyś, po latach, kiedy instynkt go opuści, spisze te wszystkie romantyczne historie. Na razie spisał, na wszelki wypadek, numery obu odjeżdżających taksówek.

***

– Dzień dobry, Biuro Zagubionego Bagażu „Lost & Found”, czym mogę służyć… chwileczkę, sprawdzę… nie, nikt z tego lotu nie zgłaszał zamiany. Czy chciałby pan… tak, oczywiście, jeżeli ktoś zgłosi, na pewno weźmiemy od niego numer telefonu. Czy mogę prosić o pana… rozumiem… nie, przepraszam pana bardzo, nie rozumiem… jeżeli pana bagaż nie jest problemem, to dlaczego pan sądzi… niestety, nie wyświetlił mi się pana numer telefonu, czy mógłby pan… proszę pana… proszę się nie denerwować, jeżeli pan sobie życzy, ja też mogę przejść na francuski, chociaż pan przecież wcześniej świetnie… monsieur.

Rozmowa została przerwana.

Wystarczyło tylko kilka kliknięć w klawisze, żeby wrócić do tej pierwszej, o wiele dla niej ważniejszej.

– Słyszałeś? Rozłączył się. Tak to właśnie czasem wygląda.

– Słyszałem. Nie przejmuj się nim, to jakiś wariat. Wkładasz w to tyle rzetelności. Jesteś taka cierpliwa. I – nie wiem, czy ci to już mówiłem – masz głos dwudziestolatki, wiesz?

Siwa kobieta uśmiechnęła się do ekranu komputera, patrząc na małe okienko, ukryte w rogu, rozmarzonym wzrokiem dwudziestolatki.

Wieczorem, w mieszkaniu na Mokotowie, Tomek odbierał już to wszystko inaczej. W wynajętym wprawdzie, ale swoim mieszkaniu, w którym wszystko stało, leżało albo wisiało tam, gdzie on postanowił, bez zachowania zasad jakiegokolwiek stylu – a jeżeli w jakiejś harmonii, to tylko i wyłącznie przez przypadek – z każdą chwilą odzyskiwał pewność siebie. Dominique w jego myślach znów wracała w to miejsce, które sama postanowiła zająć ponad rok temu: Ważnego, Pięknego, ale Zamkniętego Rozdziału, Byłej Żony, a teraz Serdecznej Przyjaciółki. I bardzo dobrze. Tomek pozbył się nawet swojej porannej obsesji na punkcie kolorów.

Posiedział sobie godzinę w wannie, owinął się w pasiasty szlafrok (który dla niej byłby zupełnie passé) i postanowił zająć się walizką.

Jej zawartość szczerze go rozbawiła.

Pięć identycznych, szarych męskich koszul z C&A, o klasycznym kroju, pedantycznie wyprasowanych, złożonych tak, żeby zajmowały jak najmniej miejsca; można je kupić w każdym większym mieście, które przyszło Tomkowi do głowy. Rozmiar 41.

Pięć identycznych par białych majtek i szarych skarpetek, do których pasował ten sam opis – podobnie, jak do pary szarych spodni ze starannie zaprasowanym kantem.

Kosmetyczka wypełniona prawie wyłącznie firmowymi buteleczkami z hotelowych łazienek.

Szara wełniana marynarka – jedyna rzecz, która straciła nienaganny kształt, kiedy Tomek wywijał nią na lotnisku, chcąc zatrzymać tamtego człowieka.

To wszystko razem było jak wyprawka. Gotowy zestaw ubranek dla niemowląt – w jednej z dwóch wersji: chłopiec albo dziewczynka, który w dzieciństwie Tomka można było kupić w specjalnym sklepie, pokazując zaświadczenie o zaawansowanej ciąży. Wyprawka dla dorosłego mężczyzny.

Albo jak w książce Anne Tyler Przypadkowy turysta – spakowany według specjalnej instrukcji bagaż człowieka, który nienawidzi zmian. Tomek lubił tę książkę. Jej bohater, opisany z ciepłą ironią, śmieszny, wygrywa z prawdziwą rozpaczą i zmienia w swoim życiu wszystko. Przez moment pomyślał nawet o facecie z lotniska z sympatią – ale tylko przez moment. Zaraz potem wyobraził sobie ze złośliwą satysfakcją połączony zapach serów i brudnej bielizny, który tamten poczuje z jego walizki.

Ubrania mężczyzny nie pachniały niczym.

Na dnie były jeszcze dwie książki: słownik francusko-polski i polsko-francuski Larousse i kryminał The Blue Nowhere Deavera, w oryginale. Typowy zestaw podróżny, niezdradzający nawet narodowości.

Przyjemność opróżnienia siatkowych kieszeni, przyczepionych do dłuższych, węższych boków czarnego wnętrza, Tomek zostawił sobie na koniec. Pstrykała w nich miło, obiecująco, podwójna folia bąbelkowa, chroniąca dwie butelki. Wino było trzy razy droższe i pewnie dwa razy lepsze od Saint-Émillion i Côtes du Rhône, owiniętych jego skarpetkami.

Ale też z tych, które można dostać w każdym w miarę dobrym francuskim supermarkecie.

Właśnie to było w tym wszystkim takie zabawne – przynajmniej w pierwszej chwili.

Symetria. Gdyby spisać zawartość obu walizek, nie używając ani jednego przymiotnika, różnice byłyby niewielkie. W zasadzie nic dziwnego. To tylko zwykły bagaż. Jednak Tomek, przynajmniej podświadomie, spodziewał się po swoim niechcianym łupie czegoś szczególnego. Bardziej niecodziennego niż jego serowy woreczek.

Wybujała wyobraźnia, rozbudzona pijanym czasem z Dominique.

Postawił wino na stole, usiadł nad stertą rozrzuconych ubrań, zmiażdżył palcami kilka foliowych bąbelków. Skąd ten dyskomfort? Nie, nie przez to, że nie znalazł informacji, jak to oddać. To kwestia jednego telefonu, bez znacze nia. Symetria była pozorna. Tomek miał wrażenie, że każdy z przedmiotów w jegowalizce, jak głodny uwagi świadek, jest w stanie wykrzyczeć o nim wszystko to, co wie. Chociażby – proszę bardzo – data produkcji na trzymanym w kosmetyczce opakowaniu prezerwatyw. Tamten człowiek już go znał. A on nie wiedział o nim nic. I wcale mu się to nie podobało.

Nie podobało mu się to tak bardzo, że postanowił przejrzeć wszystko jeszcze raz, dokładniej. Już bez oszukiwania się, że to z troski o tamtego.

Znalazł coś w miejscu, od którego powinien był zacząć.

Szara wełniana marynarka, jak każda męska marynarka, miała wewnętrzne kieszenie – na portfel albo piersiówkę. W prawej – tej, do której sięga się rzadziej, jeżeli się nie jest mańkutem – było rozprute dno; może celowo, a może przypadkiem. Tuż pod kieszenią, między materią marynarki a podszewką, była koperta. Tradycyjna koperta na list, jak z dziecięcego rysunku – złożona z trójkątów na odwrocie, szersza i krótsza niż te, które są teraz w użyciu. Biała, lekko pożółkła. Zaadresowana nerwowym, szybkim pismem.

– No, to zostałeś mi przedstawiony. Mam cię.

Nadawcą była kobieta. Podpisała się tylko na trójkątnym skrzydełku, nie zostawiła adresu. List został wysłany z Saint Denis do Warszawy. Piętnaście lat temu.

Jak to było w Przypadkowym turyście? Nigdy nie zabieraj ze sobą w podróż rzeczy, których strata mogłaby cię naprawdę zaboleć…

Tomek obejrzał kopertę pod światło. Oprócz zapisanych kartek znalazł w niej coś mniejszego, sztywniejszego – jakby zdjęcie. Wyglądała na mocno zaklejoną. Ten, dla którego była przeznaczona, nie rozdarł jej w pośpiechu ani nie przeciął brzegów nożyczkami. Pewnie otworzył ją nad parą, a potem zakleił znowu. Jeżeli miał zwyczaj owijać butelki folią bąbelkową…

Tomek nastawił czajnik.

Może nawet by tego nie zrobił, gdyby nie ten intrygujący prostokąt.

Zdjęcie go nie zawiodło. Przeciwnie – zaskoczyło śmiałością. Nie było na nim nic więcej, oprócz bioder i ud – zgrabnych, szczupłych ud młodej kobiety, stojącej swobodnie chyba metr od aparatu. Uda były w dżinsach, mały fragment nagiej talii ucinała górna granica kadru.

W tle – jasna, pusta przestrzeń.

Obiektywnie rzecz biorąc – niewinne.

Erotyzm tego zdjęcia tkwił w jego ukrytym znaczeniu. W tym, że wypadło z koperty, że było dla kogoś. W intymności między tymi dwojgiem.

Czy warto, czy wolno było tę ich intymność naruszać? Tylko po to, żeby się dowiedzieć?

Tomek przeleciał wzrokiem początek listu.

Kochany… a potem pierwsze zdanie. To było tak, jakby nagle usłyszał krzyk.

Odłożył zapisane strony. Znalazł na biurku metalowy spinacz. Przyczepił zdjęcie do słomianej rolety w oknie, w miejscu, na które często padał jego wzrok. Jeszcze raz obejrzał oba wina. Wybrał Justice – przez nazwę, w tym kontekście przekornie dwuznaczną. Otworzył butelkę. Włączył płytę grupy Kronos. Napełnił kieliszek. Przez chwilę bawił się nim, patrząc, jak trunek pod wpływem światła zmienia odcień. Tak, tamten sen był kolorowy. Wypił łyk wina. Ułożył się wygodnie w fotelu.

Zaczął czytać list.

CZĘŚĆ PIERWSZAPIERWSZY PLAN

Rozdział I

Skoszona trawa pachniała chyba jeszcze intensywniej niż rozłożysty krzak jaśminu, za którym się schowali. Drobna, bosa stopa bawiła się wilgotnymi, ściętymi źdźbłami, zakopując się w nich, jakby były ciepłym piaskiem. Znieruchomiała, gdy Tomek zatrzymał na niej wzrok, a kiedy znowu zaczął mówić, wróciła do swojego trawiastego tunelu. Tomek opowiadał, skąd się wziął w Polsce – dlaczego rzuciła go Dominique. Wśród sielskiego brzęczenia owadów, śpiewu ptaków, w tym szczególnym świetle padających już prawie poziomo promieni słonecznych, które tak uwydatnia kolory, snuł smutną i pełną uroku opowieść. O tym, jak w pewnym momencie zrozumiał, że nie dotrzyma jej kroku, o jej potrzebie wolności i intensywnych doznań, której nie potrafił sprostać, której nie miał przecież prawa w niej tłumić.

Miał wrażenie, że właścicielka drobnej stopy słucha go z prawdziwą przyjemnością, chociaż nie wierzy w ani jedno słowo. Cóż, zawsze cenił jej inteligencję. Postanowił powoli zmienić temat. Szkoda – jemu też było dobrze.

To był naprawdę miły początek samotnych, pracowitych wakacji: długi piątkowy wieczór spędzony z właścicielką drobnych stóp. Jeszcze swojsko bliską, już atrakcyjnie obcą – dawną przyjaciółką, kobietą delikatną i trochę nieśmiałą. Tomek cieszył się, że właśnie ją umiał bez trudu odnaleźć. Wymyślił kolację na trawie, bo w jego domu było brudno, a w pubach gorąco i tłoczno. Wzruszył się przez chwilę wciąż dziecinną kruchością jej zbyt chłopięcej figury. Wzbudził rozbawienie, może nawet uznanie, rozkładając pod krzakiem jaśminu wąski pled, wyjmując z torby aż cztery szklane kieliszki, stosowne dla obu odmian białego i czerwonego trunku – chociaż marka wina nie została rozpoznana. Rozpakował tajlandzkie przekąski. Potem już tylko dbał, by jej kieliszek był pełny, i mówił, oswajając ze swoim spojrzeniem płochliwą stopę.

Gadał, gadał i gadał. Bardziej intymny kontakt w ich przypadku nie wchodził w grę. Ona zawsze umiała i lubiła słuchać. A jemu właśnie tego było dziś potrzeba – rozmowy.

Bo Tomek miał pewien pomysł. Można by nawet powiedzieć: pomysł na życie, gdyby nie brzmiało to tak koszmarnie zobowiązująco. Nie lubił witać swoich dobrych pomysłów w samotności. Potrzebował powiernika.

– Słuchaj, nie jesteś już głodna? Spróbuj jeszcze tego. A ja ci coś opowiem. Ponad miesiąc temu znalazłem stary list. Sprzed piętnastu lat.

– Do ciebie?

– Nie. Do kogoś, kogo nie znam.

– To jak go znalazłeś?

Do ich pledu podbiegł wesoły młody spaniel. Tomek mógł błyskawicznie przemyśleć odpowiedź, karmiąc go resztkami tajlandzkich przekąsek. W książce z biblioteki. W wynajętym samochodzie. Na stoliku kawiarnianym… Nie. Przypuśćmy, że będzie chciała mu w czymś pomóc. Tak ładnie się teraz śmieje z tego spaniela. Dowie się więcej.

Zdecydował się na względną szczerość. Opowiedział dość zabawnie o zdarzeniu na lotnisku, o walizce, która mogłaby należeć do każdego. O zdjęciu i o liście.

– …ja byłem pod wrażeniem. A co dopiero ten, co go wtedy dostał. Nie wiem, jak ona to zrobiła, ale ten list… – Tomek uśmiechnął się, biorąc w nawias egzaltowane słowa – …miał w sobie siłę. Chociaż można to też odczytać jak zapiski histeryczki. Trudno wyczuć.

Właścicielka drobnych stóp też się uśmiechała, ale inaczej. Nie do Tomka, do wróbli albo do swoich myśli.

– Wiesz, może to się zdarza każdej kobiecie… popełnić kiedyś w życiu taki list, który według niej przeniesie górę. A to, co się wokół tamtej dziewczyny wtedy działo.

– Czekaj. Trafiłaś. Powiedziałaś: „każdej kobiecie”? Utożsamiasz się i tak dalej? Nawet ty.

– Co: „nawet ja”? Nie rozumiem.

– Nie, nic, bardzo dobrze. Właśnie o to chodzi.

Wyjął z torby kolorowy magazyn. Jeden z pięciu najpopularniejszych kolorowych magazynów w kraju.

– Przeczytaj stopkę. Wiedziałaś?

– Chodzi ci o to, że Anka jest naczelną? Jasne, że wiedziałam. Tomek, daj spokój. Każdy o tym wie.

– Ja nie wiedziałem. Nie było mnie tu sześć lat. A pisma kobiece czytam od miesiąca.

– Od znalezienia listu?

– Od znalezienia listu.

Zadrżała lekko. Podał jej sweter i otworzył następne wino.

– Za moją nową pracę. Już nie pytasz?

– Przecież sam opowiesz. Przerwałeś po to, żebym zapytała.

Kokieteria, czy wręcz przeciwnie? Nieważne.

– Słuchaj, to prawda, że przyjechałem po stabilizację. Ale to, co znalazłem, praca w szkole… psycholog w podstawówce… Co z tego, że prywatna, dwujęzyczna i dobrze płacą. To jest dobre, tak jak już było, na rok. Albo jako podstawa, punkt zaczepienia. Chcę się stopniowo przerzucić na coś innego. Na przykład media. Zacznę od Anki. Nie jestem takim chamem, żeby do niej przyjść z pustymi rękami. Zrobię taki reportaż… pseudoreportaż… mniejsza o nazwę. Znajdę tę kobietę, która napisała list. Zestawię dwa obrazy. Pierwszy: ona wtedy. Piętnaście lat temu. Do tego list – taki list – będzie świetną podstawą, jeszcze z tym zdjęciem. Drugi: ona teraz. Z mężem – pewnie zupełnie innym niż ten facet od listu, pracą, dziećmi, rybkami, chomikiem, czy co tam zresztą zastanę. Opowie mi o wszystkim. Ludzie to uwielbiają. Uwielbiają myśleć, jak by było fajnie, gdyby nie to paskudne życie. Co poświęcili, z czego zrezygnowali…

– A czemu zakładasz, że z czegoś zrezygnowała? Może właśnie odwrotnie?

– To jeszcze lepiej. Ale nie sądzę.

– I ty myślisz, że ona się zgodzi?

– Pewnie, że się zgodzi. Nie wiesz, co ludzie robią dla popularności? Im większy ekshibicjonizm, tym większa popularność. Tekst o niej – jak o aktorce, malarce albo poetce. Będzie dostawała maile od fanów. Przynajmniej kilka na pewno. Dwa obrazy – piętnaście lat temu i teraz. Bez komentarza. A jak numer z nią się uda – będą następne w tym stylu, z innymi kobietami. Coś poważniejszego pewnie potem.

– Nie sądzisz, że to cyniczne?

Szkoda, że już przestała się uśmiechać, nawet ironicznie. Wzruszył ramionami.

– Jasne, że cyniczne. A Chwila prawdy czy… nie pamiętam nawet tych tytułów. To nie jest cyniczne? Takie czasy. To się podoba, to się sprzedaje.

– A… przypadkiem nie jest nudne?

– Już ja to napiszę tak, że nie będzie nudne.

Milczała.

Tomek mówił dalej.

Owinęła zmarzniętą stopę w ciepły pled. Bawiła się w zamyśleniu ładnym starym korkociągiem o nietypowym kształcie. Pewnie kupił go na pchlim targu w Paryżu.

Szkoda, szkoda, szkoda.

Kiedyś umiał robić świetne rzeczy ze słowami. Wtedy, kiedy razem studiowali. Tylko dla zabawy, dla ich małej grupki. To się naprawdę chciało czytać. A teraz tylko po to, żeby coś obnażyć, wykorzystać działanie głupich instynktów. Nie po to, żeby pokazać piękno albo zdemaskować zło… albo coś komuś dać. Tylko tak.

Czy jest w tym jakieś rozgoryczenie? Stracił coś, przestał w coś wierzyć?

Ciekawe, czy widać jej myśli. Głupio by było, naiwne takie są.

Jak on się uprze, na pewno mu się uda. To też się będzie chciało czytać.

Postanowiła włożyć but.

***

Pod krzakiem jaśminu, który w ciemności zyskał zupełnie nowy urok, odwiedziła ich straż miejska. Zdarzenie rozładowało nieco napiętą atmosferę. Tomek z dużym wdziękiem udawał Francuza. Przyjaznego władzy, rozmownego, gotowego do współpracy obywatela, który nie jest w stanie zrozumieć ani słowa, ale swojej milczącej partnerki nagabywać nie pozwoli. Strażnicy odeszli rozbawieni. Chyba najbardziej kieliszkami.

Zaimprowizował swój mały teatr po to, żeby przerwać jej milczenie, za którym coś się kryło. Udało się, ale nie do końca. Nie śmiał już wrócić do szczegółów swojego planu. Nie czuł przyzwolenia. Nie było atmosfery wspólnego kumpelskiego knucia, snucia pełnej polotu intrygi, robienia jaj – tego, na co wcześniej liczył. Może to dobrze, bo przypomniał sobie, że on też powinien pytać. Nie chciał być egocentrykiem. Odprowadzając ją do domu, zmuszał się do słuchania powściągliwych, technicznych relacji z kilku ostatnich lat. Zawsze była skryta. Lubił ją za to.

– To co, widzimy się niedługo?

Stali już pod jej drzwiami.

– Tomek, wyjeżdżam za granicę. Te wszystkie międzynarodowe uprawnienia były po coś, jest praca dla psychologów akurat z taką specjalizacją. Spróbuję. Ale… nie chcę jeszcze o tym mówić. Napiszę ci maila, jak się uda.

– Zabrzmiało tak, jakbyś jechała do Iraku.

– Nie do Iraku.

Zaprzeczyła poważnie, a przecież to miał być żart. Tomek nie dał się sprowokować.

– Powodzenia.

– Ja nie wiem, czy życzyć ci powodzenia. Chyba nie bardzo mi się ten twój plan podoba.

Pocałował ją krótko, szybko, w kącik poważnych ust, trochę zbyt znienacka, jak na pożegnanie. Ale tylko trochę.

– Zobaczysz, czy nie bardzo, jak napiszę.

Poczuł lekki smak sosu imbirowego. Tak, mimo wszystko – bardzo miły początek wakacji. Zatrzymała go jeszcze przy furtce.

– Tomek…

– Tak?

– A skąd weźmiesz jej adres?

– Jak to skąd? Od tego gnojka, który ukradł mi walizkę.

***

Myślał jeszcze o tym wszystkim przed zaśnięciem. O tym, czy rzeczywiście miała granatowy biustonosz. Czy świadomie podkreśliła mu przy pożegnaniu ten kontrast – między jej dumną tajemnicą a jego pomysłem na życie. Czy w ogóle go podkreśliła, czy tylko tak mu się wydawało. Czy oprócz imbiru i wina czuł jej kredkę do ust.

Czy jutro wieczorem iść do kina, czy do mężczyzny, który uciekł mu na lotnisku.

W kinach nie było chyba nic nowego.

Latarnie uliczne oświetlały słomiany ażur okiennej rolety tak, że zdjęcie, które Tomek przyczepił do niej przed pięcioma tygodniami, było jedynym fragmentem mroku. Na dalszych płaszczyznach pokoju powstawał przez to ciekawy układ cieni.

Tak, pierwsze podejście jutro. Dystans właścicielki drobnych stóp sprowokował go tylko. Tomek był już przygotowany. Miał zarys swojego tekstu w głowie. Brakowało mu jeszcze tej, która napisała list. Mimo tego, że miała nietypowe nazwisko, w internecie nie udało się jej znaleźć. Kiedy – na wszelki wypadek – łączył jej imię z nazwiskiem adresata, komputer pokazał tylko kilka kolorowych nastolatek na facebooku. Może to dobrze. Nadmiar imienniczek w tym przypadku mógłby być problemem.

Z mężczyzną poszło mu o wiele łatwiej. Na kopercie sprzed piętnastu lat był przecież adres. W książce telefonicznej na 2009 rok pod tym samym adresem było to samo nazwisko. Warszawa, Saska Kępa. Tomek już dawno oglądnął sobie to miejsce z okien samochodu. Niezbyt stary, niezbyt nowy, solidny, niewielki dom przy cichej, bocznej ulicy. Winne pnącza wzdłuż bocznych ścian. Mały, zaniedbany ogród z trzema jodełkami i krzakami róż. Zardzewiała huśtawka, którą już dawno ktoś powinien rozmontować. Wysoki płot obrośnięty bluszczem. Jeżeli takie miejsca się porzuca, to nie całkiem. Nawet Tomek miał gdzieś stałe zameldowanie. A facet przyleciał przecież do Warszawy. Wystarczyło trafić na właściwy moment.

A potem… To znaczy jutro… To może być bardziej zajmujące niż kino.

Trzeba mu opowiedzieć, jakie to było trudne. Te wszystkie formalności na lotnisku… bezradne rozłożenie rąk młodzieńca za kontuarem… ogłoszenia w prasie… może lepiej delikatniej: w hali przylotów; miesiąc wahania, czy to tak można. Czy można tak po prostu grzebać w cudzej walizce. Decyzja o przeszukaniu bagażu, podjęta poprzedniego dnia. Ogromna wartość emocjonalna przedmiotów, które Tomek przez ten niefortunny przypadek stracił.

Okazać delikatny wyrzut, wielką ulgę, radość, brak żalu. Pobratać się nad butelką whisky. Jak najmocniej.

– Tak przy okazji: czy pan wie (zdajesz sobie sprawę, stary) jaki świat jest mały? Zna pan tę teorię o sześciu stopniach (no wiesz, tę, według której sześć telefonów i możemy się umówić z Angeliną Jolie)? Mamy chyba wspólną znajomą. Ta pani, która do pana wtedy napisała (ta kobieta, którą znalazłem pod twoją podszewką, wtedy, piętnaście lat temu, w Saint Denis), zaprzyjaźniła się z moją żoną (pomogła w jednej sprawie mojej byłej). Właściwie miło by było, gdybym miał na nią jakiś namiar, bo…

Bawił się tak jeszcze przez chwilę, splatając coraz bardziej monotonne żarty z równym oddechem. Może nawet rzeczywiście to wszystko byłoby dla niego śmieszne, gdyby nie to, że od pewnego czasu jego męczące sny były wariacją na motywach listu.

***

Tomek poprosił taksówkarza, żeby wysadził go na początku ulicy. Nie brał samochodu – miał przy sobie butelkę Jacka Danielsa. Zawartość czarnej walizki została odtworzona tak starannie, jak to było możliwe. Folia bąbelkowa chroniła wprawdzie wina pośledniejszej marki, ale to człowiek z lotniska miał zauważyć już po wszystkim. Zaklejona koperta spoczywała w rozprutej kieszeni.

Była sobota wieczór, wpół do dziewiątej – Tomek zakładał, że może nikogo nie zastać, że będzie musiał przespacerować się do najbliższej knajpki. Strój dobrał tak, żeby tym razem nikogo nie spłoszyć – lniana marynarka, koszula z kołnierzykiem. Buty inne niż zwykle. Stonowana, budząca zaufanie, nudna, swobodna elegancja.

W oknach posesji pod numerem czternastym paliło się światło.

Furtka była otwarta. Kółka czarnej walizki zaskrzypiały na żwirowej ścieżce. Pod drzwiami zatrzymał się na kilka sekund, udając, że czyta nazwisko pod przyciskiem dzwonka. Nie usłyszał rozmów, muzyki, telewizora – żadnych odgłosów, które mogłyby sugerować, że przyszedł w niewłaściwym momencie. Zadzwonił krótko, delikatnie.

Mężczyzna, który mu otworzył, nie mógł chyba być człowiekiem z lotniska. Był zbyt charakterystyczny. Tomek musiałby go zapamiętać. Niski, szczupły i drobny; około sześćdziesiątki. Wianuszek siwych kosmyków, rzadkich i rozczochranych, okalał świecącą łysinę. Ostre rysy, chuda szyja, zbyt duży sweter – pierwsze skojarzenie: ptak. Sęp, ale taki z kreskówki dla dzieci. Nie okazał zdziwienia. Otworzy} drzwi szeroko, ale w nich pozostał. Przyglądał się z zainteresowaniem uśmiechniętej twarzy Tomka.

– Pan do mnie?

– Dobry wieczór. Czy zastałem pana Janusza Zalipskiego?

Sęp milczał przez moment. Wystające jabłko Adama przebiegło w górę i w dół po chudej szyi.

– Nie.

– Ale to jego dom?

– Tak.

– A mógłbym się dowiedzieć, kiedy go można zastać? Mam taką sprawę…

– Nie.

Boże, co za trudny człowiek. Może na jakichś prochach. Oczy błyszczały mu niezdrowo. Ale jednocześnie nie wykonał żadnego gestu, który zapowiadałby koniec rozmowy. Przeciwnie – odsunął się trochę. Czekał, milczał, patrzył w twarz. Jakby podjął z Tomkiem jakąś grę. W dziesięć pytań.

– Zamieniłem z kimś niedawno bagaże na lotnisku, przez nieuwagę. Odnalazłem właściciela: to właśnie pan Zalipski. Zależy mi na tym, żeby mu to oddać.

Mężczyzna bez zainteresowania spojrzał na walizkę. Uśmiechnął się jakby sardonicznie. Wciąż milczał.

– Czy mógłby mi pan w takim razie powiedzieć, gdzie pan Janusz Zalipski aktualnie przebywa?

Wreszcie padły jakieś zdania. Powolne, ciężkie, ale jednak:

– Wie pan, nie jestem pewien. Chociaż może powinienem być. Nie jestem pewien, bo są aż dwie możliwości. Nie, przepraszam, nawet trzy. O tej trzeciej łatwo zapomnieć. Jest po drodze.

Tomek już czekał z otwartym notesem i długopisem w ręku.

– Czy można prosić o wszystkie trzy adresy?

Sęp krótko, gwałtownie zamachał rękami. Jakby zrywał się do lotu.

– Dość. Już dość. Niech pan to odłoży. Proszę wejść. Tu, po prawej. Butami niech się pan nie przejmuje. Proszę usiąść. Janusz Zalipski to mój syn. Ale nie mógł pan zamienić z nim walizek. Umarł piętnaście lat temu.

***

To było głupie, bardzo głupie. Powinien powiedzieć swoje i zamknąć drzwi, a nie zapraszać tego obcego, jak gościa, do pokoju, nie pokazywać mu fotela. Nie chciał przecież po raz kolejny oglądać tego specjalnego, sztucznego, pełnego dobrej woli, skrępowanego wyrazu twarzy, który wszyscy przybierają po tamtym zdaniu. A przecież nawet nie przerwał, mówił dalej. Po to tylko, żeby jeszcze przez chwilę zatrzymać przy sobie chłopaka, który jakoś się w tym wszystkim pogubił. Pokazać mu, że teraz w sumie nic się nie stało. Zadać kilka pytań. Upewnić się – niepotrzebnie – że w tym wszystkim nie ma nic, że to tylko durny zbieg okoliczności.

No bo co też mogłoby w tym być? Ktoś pomylił nazwiska. Albo przypiął ten adres do innego Zalipskiego. W Warszawie są chyba tylko oni, ale pod Wrocławiem to już kilku, nawet rodzina. Coś komuś źle w komputerze przeskoczyło.

Tymczasem chłopak przysiadł na brzegu głębokiego fotela, obejmując czarną walizkę kolanami. Gdzieś znikła ta cała jego ugrzeczniona pewność siebie. Patrzył tak, jakby miał problem. Jakby w tym wszystkim było coś trudnego do pojęcia. Jakby nad tym właśnie intensywnie myślał. Słuchał.

– Był wtedy na drugim roku studiów, na romanistyce. Tutaj, na UW. Ma pan szczęście, że nie trafił pan na moją żonę. Poszła do koleżanki. Ona to by się może jeszcze przejęła, bo po takim czasie… nagle. Ale ja przywykłem. Zaraz potem zaproszenia jakieś przychodziły, upomnienia, wezwania. To normalne. To jego dom, jego adres. Jeszcze tylko: skąd pan to wziął, że to jego walizka?

Chłopak już dochodził do siebie. Czas najwyższy. Przecież to nie jego brat.

– Przepraszam. Oczywiście. Zaraz panu wszystko po kolei opowiem. Tylko… miałem dzisiaj taki ciężki dzień. Cały czas w ruchu. Czy byłby pan tak miły, mógłbym prosić o filiżankę kawy albo herbaty?

Nie chciał być aż tak miły. Prawdę mówiąc, nie chciał być miły w ogóle. Ale już się stało. Coś się w nim obudziło. Uśpi to może małymi, okrągłymi tabletkami – ale później. Teraz musiał posłuchać chłopaka. Przesadnie szurając kapciami, poczłapał do kuchni fałszywym krokiem starca.

***

Tomek miał dylemat. Dylemat, niestety – to właśnie to słowo – moralny, który musiał rozwiązać w ciągu kilkudziesięciu sekund.

List. Jeżeli ukryje istnienie listu i opowie jedną z kilkunastu całkiem sensownych bajeczek, które już zdążyły mu przyjść do głowy (nazwisko na taśmie na bagaż, starte dopiero potem; identyfikator z konferencji, recepta w kieszeni, cokolwiek – plus adres z książki telefonicznej – efekt – nie ten Zalipski), zostawi tego człowieka w spokoju. Zostawi tego człowieka w spokoju i straci – być może raz na zawsze – jedyną szansę zdobycia jakiegoś śladu tamtej kobiety. Inne metody nie były dla niego. Nie był detektywem ani policjantem, nie znał ich. Chciał być tylko reporterem. I to takim, który się za bardzo nie przemęcza. Cały jego plan weźmie w łeb.

Jeżeli opowie o liście, będzie zupełnie inaczej. Sęp będzie musiał mówić o niej. Tłumaczyć, wyjaśniać, reagować. Jeśli tylko coś wie. Ale Sęp nie wyjdzie z tego bez ran. Pytanie, jak głębokich. Taki list do zmarłego syna… O ile to wszystko prawda.

Kurwa.

Usłyszał człapiące kroki mężczyzny.

Opadł głębiej na fotel, udając, że ogląda pokój. Surowe, proste wnętrze. Żadnych zdjęć, bibelotów. Dużo roślin i książek. Brzydkie politurowane meble.

– Tu jest pana kawa. Mleko żona gdzieś schowała, nie znalazłem. Nie używam.

– Dziękuję. Od kilku godzin o takiej marzyłem.

– To trzeba było sobie… ale co ja… Miał pan opowiedzieć. Ale niech pan pije spokojnie.

– Tak… Leciałem z Paryża do Warszawy. W domu zorientowałem się, że to nie moja walizka. Żeby odnaleźć właściciela, przeszukałem rzeczy. Znalazłem kopertę z nazwiskiem „Janusz Zalipski” i takim właśnie adresem odbiorcy. Na pieczątce pocztowej była data z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku. Nadawca…

– Otworzył ją pan?

– Nie musiałem. Była otwarta. I pusta. Całkiem pusta w środku.

Może ten człowiek nie zauważy, że on powiedział to jakby… wbrew. Wbrew zamiarowi, który był już prawie decyzją. Wbrew temu, co padło sekundę wcześniej. Może weźmie zdecydowany ton za bunt przeciwko podejrzeniu, że otworzył.

– Koperta? Całkiem pusta w środku?

– Koperta. Całkiem pusta w środku. Nadawcą…

– Właśnie ten adres? Nie pan sam go znalazł?

– Właśnie ten. Nazwisko nadawcy: Sandra Arsztrejer. Czy to panu coś mówi?

– Pewnie, że mówi. Ale niech mi ją pan pokaże. Tę kopertę. Walizkę też.

To było do przewidzenia. Zaangażowanie mężczyzny – pełne energii, dziwne, jakby dziecięce – raczej nie.

– Nie wiem, czy mamy prawo… teraz, kiedy już wiemy, że ta walizka nie może należeć do pana Zalipskiego… może raczej nadawca…

– Prawem mnie pan nie zagnie. List wysłano do niego, tak? Więc koperta jest jego. Jego, a teraz moja. Niech pan pokaże.

Konieczna była improwizacja. Nawet najzwyklejsza, byle skuteczna.

– No dobrze. Ale ja już tak długo tu jestem, a nawet się panu nie przedstawiłem… Tomasz Dybruk. – Podniósł się z fotela, odebrał pospieszny, nieuważny uścisk ręki. Stanął między czarną walizką a zatrzymanym w pół kroku mężczyzną.

– Jeżeli się pan nie pogniewa… proszę, chciałbym to panu dać. – Wyjął z kieszeni płaską butelkę whisky, wsunął ją w chudą, niezdecydowaną dłoń. – Miałem to wypić na zgodę (z pana synem) z właścicielem bagażu. Oczywiście nie musimy, jeżeli nie ma pan ochoty, chociaż z jednego małego drinka bardzo bym się ucieszył, z wodą i z lodem. Wie pan – wstydliwy, porozumiewawczy uśmiech – w sobotę, o tej porze…

Sęp nie umiał powstrzymać prychnięcia, wzruszenia ramion. Zaraz potem jakby się zawstydził.

Tomek wrócił już na swoje dawne miejsce, znów obejmował walizkę kolanami. Pochylony w przód, w towarzyskiej gotowości do rozmowy, opierał się o czarny, pełen zamków bok kufra obiema dłońmi. Sęp stał przed nim niezdecydowany. Można by pomyśleć, że porównuje siły. Miał w ręku szklaną butelkę…

Kiedy Tomek uświadomił sobie, jak szalone warianty zaczął brać pod uwagę, mężczyzna szedł już do kuchni. Teraz potrzebna była tylko zręczność.

Rozsunął jeden z zamków błyskawicznych walizki. Spod płóciennej pokrywy wyszarpnął górną część szarej marynarki. Odnalazł w podszewce prawą, wewnętrzną kieszeń. Wyciągnął z niej kopertę. Rozerwał bok piętnastoletniej osłony jednym ostrym ruchem. Prawą ręką schował plik uwolnionych kartek w swojej wewnętrznej kieszeni, lewą wsadził pustą już kopertę pomiędzy warstwy szarej wełny. Papierowy strzęp z podłogi zdążył zaledwie wcisnąć do buta. Kilka metrów dalej słyszał już grzechot kostek lodu.

Spocił się przy tym cały.

Zdjęcie! Nie, było chyba razem z kartkami. Zapomniał o nim, ale miał szczęście. Poczuł, że po tym odkryciu zadrżały mu nogi. Zabawne.

– Ta koperta… właśnie jej szukam. Była gdzieś tutaj.

O, jest. Proszę.

Mężczyzna postawił przed Tomkiem niską szklankę. Nie przyniósł dla siebie drugiej. Z butelki ubyła co najmniej setka. Chwycił kopertę. Wpatrując się w nią, usiadł na krześle. Mrucząc coś pod nosem, dziwnie przebierał palcami. Tomek skojarzył to, przez moment, dość absurdalnie, z jakąś nieznaną modlitwą. Tymczasem Sęp liczył. Najwyraźniej liczył dni. Sprawdził na kostkach chudych rąk, dawnym sposobem, długość jednego z miesięcy. Dodał do czegoś liczbę, zaznaczoną zgiętymi palcami.

– Nie wiadomo, czy zdążył dojść. Trudno powiedzieć.

Dla Tomka było jasne, przed czym list miał zdążyć. Na razie nie chciał o nic pytać.

– Niech pan już da tę walizkę.

Sęp poczynał sobie z pedantycznym pakietem podróżnym jeszcze śmielej niż Tomek miesiąc temu. Wywalał kieszenie na drugą stronę, rozrzucał ubrania po zakurzonej podłodze. Wytrzepał książki kartkami w dół, potrząsając rozpostartymi okładkami. Wysypał na stolik zawartość kosmetyczki. Wina go nie zainteresowały.

– To wszystko nie ma kompletnie nic wspólnego z Januszem.

– Oczywiście, jak mogłoby mieć, skoro…

Tomek przerwał. Mężczyzna nie zwracał na niego uwagi. Nie patrząc nawet w stronę gościa, sięgnął po Jacka Danielsa. Napił się prosto z butelki, odstawił ją bez skrzywienia.

– Nie potrzebuję dziś brać lekarstw – powiedział tak, jakby to wszystko wyjaśniało.

Świetnie. Gdyby nie to, że z Tomkiem już najwyraźniej skończył. Był sam ze swoimi myślami. Tak się to chyba nazywa. Posprzątać, przeprosić i wyjść – jedyne normalne zachowanie w tej sytuacji.

– Możemy to już chyba złożyć… pewnie za chwilę wróci pańska żona.

Sęp przytaknął. Patrzył spokojnie, jak Tomek zbiera koszule z podłogi. Nawet pomógł – zgarnął plastikowe buteleczki ze stolika, zamknął kosmetyczkę. Nieuważnie, od niechcenia, żeby szybciej pozbyć się problemu.

– Czy nie domyśla się pan, co mogło być w tej kopercie?

– Nie, to akurat nie, ja chyba wiem.

Zabrzmiało to jak: nie twoja sprawa.

– Nie sądzi pan, że nadawca – ta osoba – mogłaby nam coś w tej sprawie wyjaśnić…

– Sandra? Nie, nie sadzę. Gdyby było coś na rzeczy z Arsztrejerami, żona by wiedziała. Nawet gdyby im zginęła walizka. Bo my byliśmy kiedyś bardzo blisko. Jak się sprowadzili do Warszawy, to nawet u nas mieszkali. Dość długo. Przy małym dziecku nie było ich stać, żeby tak od razu coś wynająć. Ależ mają nazwisko… – zachichotał nagle. – Zawsze miałem ubaw, jak ich komuś przedstawiałem. – Zamilkł.

– Rzeczywiście. Nikt pewnie nie wymawia tamtego pierwszego „er”.

Tomek przyjął, że ten nagły przypływ ożywienia to tylko dobroczynne działanie whisky. Wolał się nad tym nie zastanawiać, przynajmniej teraz. Tak było łatwiej.

– Oni wymawiają. I jeszcze dali dziecku na imię Sandra. Śmieszni są czasem. Ja odradzałem. Potem przywykłem. Ona i Janusz kumplowali się od małego, chociaż on był starszy. Chowali się razem. Ciągle musiałem za nią wołać, to nawet mi zaczęło pasować. To imię.

– To może trzeba by jej powiedzieć o tej kopercie? Może ten list, który zginął…

– E, jaki tam list. Tam nie było pewnie żadnego listu. To była kartka. Mała nie zdała wtedy na studia, pojechała do roboty, do Francji, na rok. Wszystkim przysyłała takie z wieżą Eiffla. Ja też dostałem. Może w kopercie, nie pamiętam. Potem znów gdzieś ją nosiło po świecie. Małą. Nie to, co starzy Arsztrejerowie – jak się od nas wyprowadzili, to tylko na koniec ulicy. Już pan spakował?

– Tak.

Tomek dopił swojego drinka. Miłe ciepło triumfu spłynęło razem z whisky.

– Ale to u mnie zostaje. – Sęp zakrył dłonią kopertę. – I to też – zwinnym, pewnym ruchem zdarł banderolę lotu, oklejoną wokół rączki walizki. – Panu to niepotrzebne. A mnie się może przydać. Proszę – dodał po chwili.

Banderola była już gdzieś blisko jego ciała. W głębokiej kieszeni spodni.

– Zostawię sobie na pamiątkę. Pokażę żonie.

Zarumienione policzki Sępa podkreślała biel siwych kosmyków. Szare oczy patrzyły znów jak oczy dziecka – prosząco i jednocześnie bezczelnie.

– Jak panu zależy… jakoś sobie poradzę.

Tomek majstrował jeszcze przy domkniętych zamkach. Pracował nad wyrazem twarzy.

– Czy mógłby mi pan powiedzieć, jak to się stało – z pana synem? W tak młodym wieku…

– Wie pan, nie lubię. Wiem, że ludzie lubią słuchać. Może innym razem.

Jeżeli chciał go wkurzyć – wykurzyć – wyszło świetnie. Tomek nie odezwał się aż do drzwi.

– Dobranoc. Dobrze, że pan przyszedł. Powodzenia z tą pana walizką.

– Do widzenia. Przepraszam.

Sęp tylko skinął głową w zbyt głębokim, ptasim ukłonie chudej szyi.

***

Jeżeli takie miejsca się porzuca, to nie całkiem…

Tomek przysiadł na niskim murku po drugiej stronie ulicy. Naprzeciw posesji pod numerem czternastym. Dopalał papierosa. Dopiero teraz spróbował zobaczyć to wszystko z pewnej odległości. Jak ten dom. Już bez powiększania, bez ogniskowej w głowie, bez ustawiania obiektywu na namiary Sandry.

Kumplowali się od małego…

List zyskał chyba trochę inny wymiar. Może nowe znaczenie. Tak jak ta huśtawka w rogu ogrodu. Znad porośniętego bluszczem płotu sterczał teraz tylko jej zardzewiały pałąk

Kim w takim razie był człowiek z lotniska?

Nie wiadomo.

Za mało i za dużo wyobraźni.

Trzeba się będzie zastanowić, jak to jest z tą etyką dziennikarską. Czy w tej sytuacji też wolno. I czy się jeszcze chce. Czy może chce się bardziej. Albo – czy inni tak robią.

Oczywiście tylko przy założeniu, że to wszystko prawda. Przecież podobno wszyscy kłamią. Albo w kłamstwa wierzą. Może Sęp też. Rzecz trzeba sprawdzić za pomocą innych narzędzi. Za wcześnie na etykę.

Wróćmy zatem do namiarów Sandry.

Tomek zeskoczył z murku. Jak się od nas wyprowadzili, to tylko na koniec ulicy… Sęp miał bogatą gestykulację. Wskazał nawet, pewnie podświadomie, właściwy kierunek. Trzeba było tylko odtworzyć układ pokoju. I liczyć na to, że nie jest dyslektykiem.

Pewnie mniej niż jedna trzecia niezbyt nowych, niezbyt starych domów z niewielkimi ogródkami miała przy furtkach tabliczki z nazwiskami ich mieszkańców. Ponad połowa miała natomiast własne skrzynki na listy. Za sprawą pewnej akcji reklamowej z prawie wszystkich skrzynek wystawały języki zbyt długich, kolorowych kopert. Na kopertach były nalepki adresowe. Tomek chciał sprawdzić cztery, może sześć albo osiem… koniec ulicy to dość pojemne określenie. Na tę właściwą natrafił już przy drugiej próbie. Zapamiętał numer i skręcił w stronę szumu samochodów. Tego wieczoru miał już dosyć gry na żywo. Poszedł złapać taksówkę.

***

Razem z grubym pękiem kluczy kobieta wyjęła z torebki długą, czarną wsuwkę do włosów. Wsuwka była giętka i sprężysta w miejscu, w którym metalowy pręcik się załamywał, lekko spłaszczona i mocno zaciśnięta tam, gdzie miała utrzymać uchwyt. Drobiazg w dobrym gatunku, niezawodny od lat. Można nią było upiąć kok, dyskretnie przypiąć kapelusz, bezszelestnie i szybko zwiesić w dół metalowy łańcuch, blokujący otwarte już drzwi.

Tym razem wsuwka nie była potrzebna. Ani wsuwka, ani klucz.

Kobieta zrzuciła buty na obcasach, przekręciła rajstopy tak, żeby nie było widać paskudnej dziury na dużym palcu lewej stopy. Sprawdziła, czy żakiet ukrywa guzik od spódnicy, który musiała rozpiąć już w taksówce. Za dużo serowych ciasteczek.

– No, to ja już jestem, jestem – zawołała śpiewnie. – Trochę później. Miałeś gościa?

Spodziewała się, że mąż przysypia nad książką. Tymczasem na stole stała opróżniona do połowy butelka. On sam nie kupiłby whisky.

– A co, spotkałaś go może po drodze?

– Nie, wracałam taksówką.

Uśmiechnął się do niej nieśmiało.

– Wpadł dawny aplikant. Jest w Warszawie przejazdem, zrobił mi niespodziankę. Młody chłopak, lubi wypić. Pogadaliśmy. Miło było.

– To fajnie. A lekarstwa?

Machnął ręką.

– Świetnie się czuję.

Rzeczywiście, dobrze wyglądał. Rumieńce, błysk w oczach. Pewnie dużo lepiej niż ona.

– Zaraz wrócę.

Przypudrowała błyszczące policzki, starła rozmazany tusz, podkreślający zmarszczki pod oczami. Zlizała z ust nierówno nałożoną szminkę. Za dużo wina, przynajmniej dla niej. To było widać od razu. Spóźniła się prawie dwie godziny. Jak zwykle o nic nie pytał.

Bardzo, bardzo dawno temu za każdym razem słyszał bezszelestną wsuwkę. Potem zaczął traktować żonę jak dziecko, które trzeba rozpieszczać – pozwalać na wszystko, żeby wynagrodzić brak czegoś. Potem – po tym, jak powiedział: Nie mogłaś mi tego zrobić. Przepraszał właśnie tak. Wcale nie było jej z tym dobrze. Wciąż nosiła w torebce swoją wsuwkę. Tęskniła czasem za dawnymi scenami zazdrości, które zawsze miło się kończyły. Ale tylko czasem. Miała większe problemy.

Kiedy wróciła do pokoju odświeżona, męża już nie było. Machinalnie pozbierała z podłogi strzępki papieru. Właściwie – czemu nie? Sięgnęła po zapomnianą butelkę whisky.

***

www.nasza-klasa.pl

Uniwersytet Warszawski – kierunki – str. 94

Nazwa kierunku: Romanistyka 1992–1997, wspomnienie o Januszu Zalipskim

Lista studentów: 1. Adam Abed

Galeria zdjęć: 0; znajomi: 0…

Czym się aktualnie zajmuję:

Proszę każdego, kto zwrócił uwagę na ten wpis: doczytaj do końca. To prawda – nie studiowałem z Wami. Nigdy nie byłem na romanistyce. Ale to nie jest wygłup.

Dowiedziałem się właśnie od jednego człowieka, że podobno nie żyje Janusz Zalipski (!). Mówią, że umarł piętnaście lat temu – na wiosnę 1994 (!?). Byłby wtedy, jeżeli dobrze obliczyłem, na drugim roku. Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, zdawał właśnie na romanistykę.

Może ktoś z Was coś wie? Czy to prawda? Co się stało? Wypadek, choroba, o której nikt nie miał pojęcia? A może to tylko jakaś koszmarna pomyłka? Proszę, napiszcie coś.

Nigdy nie znałem dobrze jego rodziny, zresztą w tej sytuacji boję się zapytać. Nie jestem z Warszawy. Nie mam kontaktu z ludźmi z jego szkoły – łączyły nas inne sprawy. Nie będę tutaj opisywał – ktoś, kto go znał, pewnie dobrze wie, o co mi chodzi.

Gdybyście się dziwili, skąd ta ciekawość po tylu latach: po maturze wyjechałem z Polski. Teraz wróciłem i szukam dawnych znajomych. Źle się zaczęło.

Proszę, piszcie do mnie tutaj albo na: adamabed@gmail.com.

PS Dzięki niemu poznałem moją pierwszą dziewczynę.

Dziękuję wszystkim.

Pozdrawiam.

Tomek uznał, że tak może być. Wcisnął enter.

Narzędzie, które wybrał, żeby poznać historię syna Sępa, okazało się nieco bardziej skomplikowane w obsłudze, niż się spodziewał. Portal www.nasza-klasa.pl, ze swoimi jedenastoma milionami użytkowników, miał oczywiście miejsce, w którym szukali się nawzajem dawni studenci romanistyki. Było ich sześćdziesięcioro pięcioro, w różnym wieku i różnej płci, w tym dwadzieścioro w tym momencie „aktywnych”, dostępnych w sieci, przyznających się do tego za pomocą małej zielonej ikonki. Jednak żadne z nich nie studiowało dokładnie w tym czasie, który interesował Tomka. Żadne z nich nie mogło być w grupie z chłopakiem, który podobno zszedł z tego świata w 1994.

Portal, dbając o własny rozwój, zachęcał jednak: Jeżeli nie znalazłeś kierunku, którego szukasz – załóż go! Więc założył.

Nazwa mogła brzmieć dowolnie. Ta zwracała uwagę na tyle, na ile było trzeba.

W pierwszej wersji Tomek był Anią, a Janusz Zalipski – jej dawną miłością. Jednak po trzecim zdaniu poczuł niesmak. Są granice. Chude dłonie Sępa, liczące dni… Skasował Anię.

Jeżeli to prawda, że po tym portalu błądzi znacznie więcej osób niż tych jedenaście milionów, które postanowiły stracić anonimowość, ktoś może się odezwać.

Wystarczy sprawdzić za kilka dni.

W pokoju Tomka zmienił się układ cieni. Do rolety, zamiast zdjęcia, była teraz przypięta kartka formatu A4, a na niej ksero tej samej fotografii, w tonacji sepii.

***

Adam Abed – zostałeś zaproszony do listy znajomych.

Treść wiadomości:

Cześć.

Niestety, masz dobre informacje. Janusz Zalipski zginął w 1994 roku. To była spora afera, pewnie jeszcze ktoś się do Ciebie odezwie. Wiesz, głupio może tak pisać, ale nie żałuj, że kontakt Wam się urwał. Przynajmniej masz dobre wspomnienia o zmarłym. Ja niewiele wiem, nie trzymałam z tamtą grupą, ale ludzie mówili różne rzeczy. To nie był żaden wypadek. No, ja bym tak tego przynajmniej nie nazwała. Bo jak ktoś sięga po narkotyki, to powinien wiedzieć, co mu może grozić. Każda dawka może być zabójcza. On właśnie na taką zabójczą dawkę trafił. Od tego umarł.

Bardzo mi przykro, bo pewnie teraz jesteś w szoku. Pewnie myślisz – dlaczego oni mu nie pomogli, nie podali ręki, nie wskazali drogi. Jak widzisz, ja jestem otwarta, tolerancyjna, pełna zrozumienia dla ludzi. W młodości jeszcze bardziej taka byłam. Ale jemu nie dało się pomóc. Po prostu dlatego, że nikt nie wiedział, że on jest takim narkomanem. Nic nie było po nim widać.

Wprawdzie on i ci jego znajomi zawsze byli dziwni. Odstawali od reszty. Czasem na zajęciach to normalnie można było pomyśleć, że się umówili, że takie rzeczy będą z tekstów wyciągać, żeby speszyć innych. I ludzie mówili, że czasem w czwórkę mieszkają razem. Trzech chłopaków i dziewczyna. Pili alkohol i palili marihuanę. Ja się wolałam trzymać od nich z dala. Ale żeby przyjmowali narkotyki dożylnie – no nie, z tym to się ukrywali. Nikt nie wiedział.

Współczuję, że się tego teraz dowiadujesz. Na pocieszenie Ci powiem, że miał wzruszający pogrzeb. Spłakałam się cała. Przystojny był z niego chłopak. Szkoda, że tak źle skończył.

PS Zapraszam na moje konto. Otworzyłam je teraz, jak założyłeś ten kierunek. Mam kilka ciekawych zdjęć ze studiów. Niestety, Janusza na nich nie ma.

Pozdrawiam serdecznie Ala

***

do: adamabed@gmail.com

od: enertv@gmail.com

data: 23 czerwca 2009 23:45

temat: Janusz Zalipski

Prosiłeś o wiadomość. Nie ma powodu, żebyś nie wiedział. Według mnie Janusz Zalipski przyjął „złoty strzał”. Świadomie popełnił samobójstwo. Na 90% było właśnie tak.

Oceń sam.

Fakty – kolejno:

1. Od stycznia 1994 był sam – jego rodzice wyjechali na pół roku za granicę. Nikt jednak nie sądził, że jest samotny. Z kilkoma osobami z roku tworzyli dość hermetyczną i kontrowersyjną grupę.

2. Miesiąc przed śmiercią zaostrzył kurs. Oni zachowywali granice rozsądku. On już nie. Krążyły pogłoski o depresji.

3. Dwa tygodnie przed śmiercią przestał wychodzić z domu, nikomu nie otwierał drzwi, chociaż był w środku. Próbowałam się tam dostać. Byłam nim zainteresowana od dawna. On mną nie. Myślałam, że tylko mnie nie wpuszcza. Gdyby nie moja ambicja, być może to by się nie stało.

4. Przyczyną śmierci było przedawkowanie heroiny.

Myślałam nad tym, skąd jego załamanie. Wybacz – tym już nie będę się dzielić. To tylko domysły.

do: adamabed@gmail.com

od: fikcyjne15@gmail.com

data: 24 czerwca 2009 20:15

temat: sprostowanie

Witam, od czasu do czasu odwiedzam portal Nasza Klasa. Lubię oglądać moich byłych studentów razem z ich jachtami, samochodami, partnerami, ulubionymi zwierzętami, szacownymi zabytkami w tle. Patrząc na nich, czuję się młodziej niż zwykle.

W ten właśnie sposób trafiłem na Pański wpis.

Z pewnością nie jestem pierwszy. Przeczytał Pan już pewnie niejedno. Sodoma i Gomora, prawda? Być może padło nawet słowo: sekta. Zapewne poznał Pan też teorię o samobójstwie. Zainteresowanych sprawą było wielu. Prawdopodobnie niejeden postanowił się z Panem podzielić swoją wątpliwą wiedzą. Dodam do tego tylko kilka zdań.

Niech Pan w to wszystko nie wierzy.

Janusz Zalipski był normalnym, przeciętnym, dość sympatycznym młodym człowiekiem.

To samo można pewnie powiedzieć o każdym z niewielkiej grupy jego przyjaciół. Być może wyróżniali się nieco stylem życia. Powiedzmy: eksperymentowali. Jednak nie bardziej niż dziesiątki studenckich grupek, które dane mi było obserwować w trakcie mojej pracy na uczelni. Dopiero śmierć Janusza zmieniła ich obraz w oczach ludzi.

Jak to się stało, że ja zachowałem dystans? Moja młodość, młodość mojego pokolenia przypadła na koniec lat sześćdziesiątych. Moje granice tolerancji obejmują więcej niż granice tolerancji rówieśników Janusza, ludzi, z którymi stykam się teraz w pracy na co dzień. Ale to mój prywatny problem – nie powinien być tematem tego listu.

Nie sądzę, żeby młody Zalipski mógł popełnić samobójstwo. Niezależnie od tego, jakie miałby powody. Nie był typem neurastenicznym. O ile jestem w stanie oceniać na podstawie naszej dość oficjalnej znajomości – był, wbrew pozorom, zbyt odpowiedzialny, żeby zdecydować się na tego typu krok.

Jedno jest pewne – zbyt wysoka dawka narkotyku we krwi zmarłego. Być może spróbował wtedy po raz pierwszy, nie wiedząc, jak to się robi. Ta wersja jest według mnie najbardziej prawdopodobna.

Pan wybaczy, ale nie podpiszę się pod tym listem imieniem i nazwiskiem. Podobnie jak Pan, wolę pozostać nierozpoznany. Mam nadzieję, że nie będzie mnie Pan szukał na wydziale. To, co rzeczywiście ważne, zostało już powiedziane.

Z poważaniem

Obserwator

***

Tomek siedział przy komputerze i dość głupawo bawił się zdjęciem. Zeskanował je razem z listem jeszcze przed wyjazdem na Saską Kępę. Teraz, w Photoshopie, podkładał pod delikatny łuk szczupłych ud rozmaite tła. Szczyty górskie, plażę z turkusowymi falami, plątaninę tropikalnych kwiatów. Wychodziły mu z tego coraz bardziej kiczowate reklamy dżinsów. Co jakiś czas sprawdzał pocztę na swoim fikcyjnym koncie. Wszystkim, którzy napisali w ciągu ostatniego tygodnia do Adama Abeda, wysłał oprócz uprzejmych podziękowań jeszcze jedno pytanie. Prośbę o krótki sygnał, jeżeli powie im coś nazwisko Sandra Arsztrejer. Prawdę mówiąc, nie spodziewał się odpowiedzi.

Przestał już błądzić po dziwnych zakamarkach internetu – starych kronikach policyjnych, portalach poświęconych samobójstwom czy heroinie. Nigdzie nie udało mu się znaleźć choćby wzmianki o śmierci warszawskiego studenta w 1994 roku. Jedynym źródłem pozostały listy, które zdobył dzięki Naszej Klasie. Tragedia, która rozegrała się kilkanaście lat temu w niewielkim domu na Saskiej Kępie – mimo spotkania z Sępem – była dla Tomka historią egzotyczną i odległą, jak, nie przymierzając, opowieść o śmierci

Kurta Cobaina. Przejął się nią oczywiście, jednak nie zapanowała nad jego wyobraźnią.

Inna sprawa z Sandrą.

Chuda dziewiętnasto-, może dwudziestolatka, która pracuje na czarno w Saint Denis. być może sprząta przez pól nocy w jednej z dość podłych knajp, które Tomek zdążył poznać. Zamiast cieszyć się nieznanym życiem, tęskni. Zamiast wydawać pieniądze na wino czy muzea, odkłada na telefon. Telefon milczy. A jak nie milczy, zdradza głosem pełnym udawanego, czasem nawet szczerego współczucia coraz gorsze, coraz dziwniejsze wieści.

Dziewczyna pisze list, który krzyczy, wsadza w kopertę najbardziej intymne zdjęcie, jakie ma. To było dla niego plastyczne, bardzo plastyczne. Wbiło się w myśli jak fragment scenariusza, któremu powinien nadać kolor, zapach i kształt – i to tak, żeby nie było zbyt melodramatycznie. Mimo wszystko.

(…) nie wierzę. Biję się o te ich ściszone zdania, boję się, ale nie wierzę. Dobrze, muszę wierzyć w fakty. Żadne z nich nie miało powodu, żeby kłamać. Ale niezależnie od tego, co robisz, co się z Tobą dzieje, jak to dla nich wszystkich wygląda – nie wierzę, że Ty straciłeś panowanie nad życiem, nad sobą. Każdy, ale nie Ty. Nie zniszczyło Cię przecież nawet – wiesz co. Po prostu nie umiem Ci nie ufać. W tym wszystkim musi być jakiś sens. Nawet jeżeli to prawda, że jesteś tak blisko dna. Zrozumiem to z Tobą, już niedługo, jak się uda – za dwa tygodnie. Teraz – nie wierzę (…).

Ciekawe, co zrobiła z tym swoim „nie wierzę” kilka dni później, kiedy już było po sprawie.

Ciekawe, co on sam postanowi z tym wszystkim zrobić teraz. Jeszcze nie był pewien. Kolejna spreparowana wersja zdjęcia skojarzyła mu się z okładką jakiejś starej winylowej płyty: tłem dla fragmentu Sandry były tym razem szare, bagienne opary.