Lissy - Luca D Andrea - ebook + audiobook
Opis

Lissy to wstrząsająca powieść o poczuciu winy, miłości i poświęceniu.

Marlene, piękna, młoda kobieta uciekając od przeszłości zdecydowała się wyjść za Herr Wegenera, bogatego kryminalistę.
Po
latach decyduje się odejść od męża, a uciekając zabiera coś bardzo wartościowego.

Podczas ucieczki dochodzi do wypadku, Marlene rozbija samochód i traci przytomność. Na ratunek zjawia się Simon Keller – tajemniczy pustelnik mieszkający wysoko w górach. Mężczyzna pochodzi z rodziny, w której od pokoleń przepisuje się Biblię, hoduje świnie, a jednej z nich nadaje zawsze imię zmarłej siostry - Lissy. Keller zajmuje się Marlene, powoli zaczyna się budować między nimi przedziwna wieź...

Tymczasem Herr Wegener rozpoczyna poszukiwania żony. Jej zniknięcie wywołało niebezpieczne skutki, uderzające w potężną organizację przestępczą. Do poszukiwań zostaje zaangażowany bezimienny zaufany człowiek. To oznacza wyrok: Marlene musi zginąć. Czy Keller zdoła ją ochronić? A czy Marlene rzeczywiście może zaufać Simonowi?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 367

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 4 min

Lektor: Kamil Pruban

Popularność


LUCA

D’ANDREA

LISSY

przełożył Andrzej Szewczyk

Tytuł oryginału: Lissy

Copyright © 2018, Luca D’Andrea

First published in Italy in 2018 by Einaudi/Stile libero

This edition published in agreement with Piergiorgio Nicolazzini Agency (PNLA)

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Andrzej Szewczyk, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

1

– Kochana Lissy, mała Lissy.

2

Dwa ciche stuknięcia i słowa: „Kto mi domek z pierników objada? O, to zuchwalstwo nie lada!”.

Marlene, dwadzieścia dwa lata, metr sześćdziesiąt wzrostu, może trochę więcej, melancholijne niebieskie oczy, pieprzyk w kąciku ust, bez wątpienia piękna i bez wątpienia przerażona, ze zdziwieniem przyglądała się swojemu odbiciu w stalowych drzwiczkach sejfu. Metal, a nie jak w bajce – marcepan. I żadnej czarownicy w pobliżu.

To strach, powiedziała sobie. Nic więcej.

Rozluźniła ramiona, wstrzymała oddech, jak jej ojciec przed pociągnięciem za spust strzelby, wypuściła powietrze i ponownie się skoncentrowała. Czarownice nie istnieją. Bajki kłamią. Liczy się tylko życie, a Marlene właśnie miała zmienić swoje na zawsze.

Kombinacja cyfr była łatwa do zapamiętania. Jeden. Trzy. Dwa. Potem cztery. Nagłe przyspieszenie tętna. Jeszcze raz cztery i gotowe. Tak proste, że ręce Marlene zrobiły wszystko same.

Chwyciła stalową gałkę, przekręciła ją i zacisnęła zęby.

Skarb.

Pliki banknotów ułożone w stosik jak drewno na opał. Pistolet, pudełko z amunicją i aksamitny woreczek. Spod nich wystawał jeszcze zeszyt, który wart był sto razy więcej niż gotówka. Notatki na jego pożółkłych stronach zawierały opisy niejednego krwawego wydarzenia i pozwoliłyby wydać kilka wyroków dożywocia, do tego niekończąca się lista pożyczkodawców i dłużników, znajomych i znajomych znajomych, zapisana drobnym pochyłym charakterem pisma Herr Wegenera. Marlene nie miała odwagi spojrzeć po raz drugi. Nie interesowały jej pistolet, naboje ani banknoty. Za to na samą myśl o aksamitnym woreczku pociły jej się dłonie. Znała jego zawartość, wiedziała, jaką ma moc. Przerażało ją to.

To nie była zwykła kradzież.

Nazwijmy rzeczy po imieniu.

To, co z duszą na ramieniu robiła młoda kobieta, było zdradą. Marlene Wegener, z domu Taufer, prawomocna małżonka Roberta Wegenera. Człowieka, któremu wszyscy się kłaniali, który przez czterdzieści dwa lata budował swoją pozycję, uciekając się do szantażu, przemytu, zasadzek i morderstw. Nikt nie żartował z takimi jak on. Nikt nie miał odwagi nawet wypowiedzieć jego imienia. Robert Wegener był dla wszystkich Herr Wegenerem.

Dla niej też.

Dla Marlene. Jego żony.

Rusz się.

Czas nagli.

Mimo to – a może właśnie dlatego, że wskazówki tak nieuchronnie przesuwały się po tarczy tykającego zegara – kiedy Marlene otworzyła aksamitny woreczek, fantazja znowu wzięła górę nad rzeczywistością. Spojrzenie młodej kobiety skrzyżowało się z niebieskim, głębokim i strasznym wzrokiem małych rogatych istot.

Koboldy.

To przecież oczywiste. Koboldy uwielbiają metal, zimno i śmierć: sejf, pistolet, pieniądze i zeszyt.

Idealne połączenie.

Koboldy gwałtownie zareagowały na intruza. Porwały światło z pokoju, uwięziły je w swoich okrutnych oczach i zamieniły w esencję nienawiści tak dzikiej, że Marlene o mało nie upuściła woreczka.

To jednak spowodowało, że wróciła do teraźniejszości. Do otwartego sejfu. Do domu nad rzeką Passirio.

Do rzeczywistości.

Aksamitny woreczek był pełen szafirów. Bury związek chemiczny, który za sprawą żartu natury zaczął świecić jak gwiazda. Cały – lub prawie cały – los Herr Wegenera trzymany w jednej ręce. Ale nie czarownicy ani kobolda. Bo, powiedziała sobie Marlene, czarownice nie istnieją, a już zwłaszcza koboldy. Za to kamienie szlachetne były prawdziwe. W dodatku stanowiły klucz do jej nowego życia. Dlatego, nie tracąc więcej czasu, zaczęła działać.

Nie słuchała już głosów z bajek i nie myślała o lawinie konsekwencji, którą wywoła. Marlene zawiązała woreczek, schowała go do wewnętrznej kieszeni kurtki puchowej, zamknęła sejf, zasłoniła go obrazem, wyprostowała się, poprawiła kosmyk spadający na oczy i wybiegła z sypialni.

Przemierzyła korytarz, po schodach zeszła do salonu, a następnie przez hol pełen luster wypadła na zewnątrz. Zbiegła po stopniach przed wejściem. Noc otoczyła ją łagodnym północnym wiatrem.

Nie zatrzymała się.

Uruchomiła szarego fiata 130 i odjechała. Dom znikał w lusterku wstecznym. Na ulicach mijała tylko zapalone latarnie. Miasto spało. Bez zastanowienia wyrzuciła obrączkę przez okno. Dotarła do komisu samochodowego. Krótki postój i dzięki kopercie pełnej pieniędzy fiat 130 zamienił się w kremowego mercedesa W114 z nową rejestracją i kompletem dokumentów, nieużywanymi oponami i pełnym bakiem.

Nie żegnając się z nikim, Marlene ruszyła drogą na zachód.

Poza pierwszymi płatkami śniegu wszystko szło zgodnie z planem. Przynajmniej do punktu kontrolnego kilka kilometrów przed Malles. To była poważna przeszkoda.

Po przejechaniu paru serpentyn Marlene zobaczyła ciężarówkę z wyłączonymi światłami i grupkę policjantów. Wyglądali, jakby umierali z zimna. Albo jakby ogromnie chciało im się spać. Albo jakby czekali na kogoś lub na coś.

Herr Wegener miał oczy i uszy wszędzie. Także wśród mundurowych.

Spróbować szczęścia czy zmienić trasę?

Gdyby nie niepokój i strach, Marlene mogłaby mimo takich nieprzewidzianych okoliczności dalej postępować zgodnie z planem. Ale niepokój, strach i coraz gęstszy śnieg spowodowały, że wcisnęła hamulec, zawróciła i skręciła w boczną drogę, czym zapoczątkowała nową serię zdarzeń.

Boczna droga doprowadziła ją do kolejnej, jeszcze węższej i bardziej krętej, która przez wioskę pogrążoną we śnie wiodła do rozwidlenia (w lewo czy w prawo? orzeł czy reszka?) i jeszcze dalej wśród śniegu, tworzącego coraz wyższe zaspy.

A kiedy samochód zaczął tracić przyczepność i wpadać w poślizgi, Marlene postanowiła mimo wszystko pojechać drogą pnącą się coraz wyżej… (Niech szlag trafi pełne błędów mapy i ich twórców).

To nieprawda.

Mapa może i okazała się niedokładna, jak wszystkie zresztą, ale czy błędna? Był rok 1974, a już dużo wcześniej człowiek postawił stopę na Księżycu. Czy mogłaby wtedy powstać błędna mapa? Marlene powinna była po prostu zatrzymać się, zaciągnąć hamulec ręczny, włączyć światło wewnątrz auta, wziąć kilka głębokich wdechów i sprawdzić uważniej. Wtedy wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.

Jednak Marlene się nie zatrzymała.

Do niepokoju dołączyło się niedowierzanie kogoś, kto właśnie zdał sobie sprawę, że się zgubił.

Więcej gazu, alepowoli, powiedziała sobie, i do przodu. Wcześniej czy później droga gdzieś ją doprowadzi. Wioska, schronisko, przydrożny parking. Ucieszyłaby się nawet z niewielkiej zatoczki, dzięki której miałaby dość miejsca, żeby zawrócić i stawić czoła punktowi kontrolnemu – wszystko, byleby przerwać tę nową, nieuniknioną sekwencję wydarzeń i odzyskać panowanie nad własnym losem.

A jednak nie.

Może z powodu padającego śniegu, a może dlatego, że nie mogła oderwać wzroku od mapy, Marlene nagle poczuła, że mercedes traci przyczepność, zarzuca go w lewo, obraca się wokół własnej osi i leci.

To było przerażające.

Mrok przecięty blaskiem reflektorów. Ciemny śnieg wirujący jak rój pszczół. Paszcza urwiska. Nieruchome pnie drzew widoczne przez chwilę w najdrobniejszych szczegółach.

Uderzenie.

Gwałtowne.

Skowyt bólu zagłuszony przez trzask zgniatanej karoserii. Piekielny wrzask, tym razem bardzo podobny do skrzypienia drzwi w chatce czarownicy.

To Marlene wołała Boga.

Kiedy czarna bezimienna góra pochylała się nad nią, jej krzyk zamienił się w rzężenie. Na koniec pomyślała o miłości. To miłość popchnęła ją do zdrady najniebezpieczniejszego człowieka, jakiego znała. Ta miłość miała imię.

– Klaus.

Ostatnie słowo Marlene. Potem otoczyła ją ciemność.

3

Świtało.

Gdyby nie zegarki, nikt by się jednak nie zorientował. Opady śniegu zamieniły się w zamieć. Na zewnętrz nie było światła, tylko biała mgła.

W pokoju też nie było światła. Kryształowy żyrandol nic nie oświetlał, jedynie na podłodze rysował bezkształtną plamę.

Jeśli ktoś przyglądałby się jej dłużej, narażałby się na nieprzyjemne skojarzenia. Dlatego zarówno mężczyzna, jak i kobieta starali się na nią nie patrzeć.

Zbyt mocno przypominała plamę krwi.

Słychać było tylko tykanie zegara i ich oddechy.

Kobieta siedziała w fotelu, sztywna jak cynowy żołnierzyk. Ręce trzymała na skrzyżowanych udach. Jej twarz wykrzywiał grymas, który postarzał ją o jakieś dziesięć lat. Miała na sobie strój przypominający mundur. Spódnica do kolan, śnieżnobiały fartuszek. Włosy zaplecione w warkocz. Gdyby nie posępny (a może przerażony?) wyraz twarzy, byłaby piękna.

Miała na imię Helene i od ponad pięciu lat była gospodynią w domu nad Passirio. Od przynajmniej dziesięciu nie obgryzała paznokci.

Zapamiętała to z jednej z pierwszych lekcji w szkole gospodarstwa domowego w Bressanone, gdzie nauczyła się podstawowych zasad swojego zawodu. Dłonie dobrej służącej – wyjaśnili nauczyciele – są jej wizytówką. Zawsze zadbane i wypielęgnowane, nigdy brudne. Odzwyczajenie się od obgryzania paznokci było prawie jak rzucenie palenia, później jednak weszło jej w krew. Przez lata nawet nie pomyślała o powrocie do starego nałogu.

Aż do chwili, kiedy zaczęły się krzyki.

Jaki człowiek mógł wydawać z siebie takie dźwięki?

Wystarczył moment, żeby znowu wpadła. Skubała, przygryzała, a kiedy zęby docierały do żywego mięsa, Helene nerwowym ruchem opuszczała dłonie na uda i gniotła fartuszek.

A potem od nowa.

Dłonie. Usta. Paznokcie. Zęby. Delikatne ukłucie bólu.

Fartuszek.

I jeszcze raz.

Helene wymieniła ledwie jedno spojrzenie z mężczyzną opierającym się o wielki kominek, którego nikt nie używał. Jedno jedyne spojrzenie.

Bardziej niż wymowne.

Mężczyzna nazywał się Moritz. Niedawno przekroczył trzydziestkę, miał cienie pod oczami ciemne jak siniaki i pistolet w kaburze ukrytej pod marynarką od czarnego garnituru. Zazwyczaj ten strój doskonale na nim leżał. Zapłacił za niego niebotyczną cenę, ale był tego wart. Powtarzał to sobie rano, kiedy wiązał krawat albo przyczesywał włosy nabłyszczone brylantyną, a zainteresowanie kobiet, gdy szedł ulicami w centrum, tylko utwierdzało go w tym przekonaniu.

Tego ranka jednak Moritz, niezależnie od tego, czy w czarnym garniturze, czy nie, czułby się nieporadnie i niezdarnie niczym strach na wróble. To dlatego, że kiedy jego oczy odbiły się w oczach Helene, zobaczył coś, co go przeraziło. Spojrzenie, jakich widział już wiele, od kiedy dołączył do kręgu Herr Wegenera. Spojrzenie ofiary.

To nie było w porządku.

Nie było w porządku. Moritz jako prosty człowiek dzielił świat na czarny i biały. Kat czy ofiara? To oczywiste: nie ma nic lepszego od dźwięku łamanego nosa.

Moritz mierzył metr dziewięćdziesiąt, ważył dziewięćdziesiąt kilogramów i wykazywał naturalną skłonność do przemocy, ale sam nigdy nie czuł strachu. Aż do chwili, kiedy patrząc w oczy Helene, zadał sobie pytanie: jaki człowiek mógł wydawać z siebie takie dźwięki? I ile jeszcze będzie to trwało, zanim zwariuje do reszty? Ale też: co się z nami stanie?

Dlatego przestał przyglądać się gospodyni. I plamie na podłodze w pokoju.

Zbyt dużo pytań.

Moritz nienawidził pytań.

Pytaniom nie można było złamać nosa. Pytaniom nie można było wpakować kulki w serce (i drugiej w głowę, dla pewności), żeby zniknęły na zawsze.

Pytania te uznawał za ohydne żarłoczne robaki, którym potrzeba było tylko wytrwałości, żeby wygłodzone i uparte doprowadziły do ruiny nawet najsolidniejszego zamku.

Cisza.

Oto, czego chciałby Moritz.

Nie przejmować się wrzaskami i zniknąć na kilka minut. Na tyle, żeby odgonić złe myśli. Zapalić papierosa w ogrodzie. Albo wypić kieliszek koniaku.

Ale rozkazy były rozkazami. Dla takich jak Moritz to one ucinały wszelkie wątpliwości. Wyznaczały granicę między tym, co można zrobić, a tym, co zakazane.

Rozkazy rysowały wyraźną i prostą linię, a on był prostym człowiekiem. Ponadto dzięki nim nieposłuszeństwo stawało się dużo bardziej ekscytujące.

I właśnie dlatego – ponieważ chciał być uczciwy do samego końca – znalazł się w tej kłopotliwej sytuacji.

Stał nieruchomo, zesztywniały w czarnym garniturze, opierając się o nieużywany kominek. Słuchał wrzasków i czuł ciężar pistoletu ciągnący go w dół. W stronę bezkształtnej plamy na podłodze.

Helene natomiast miała bardziej skomplikowaną wizję świata. Nie widziała tylko czarnego i białego. Posłuszeństwa i wykroczeń, katów i ofiar. Istniał jeszcze cały ocean szarości. Wiedziała, jak niewiele trzeba, żeby rozkaz zamienić w radę, a rady nie były pułapkami, zawsze zostawiały jakieś wyjście. Jej obowiązki na przykład dotyczyły wyłącznie willi.

Nie jej pracodawcy.

Dom i pracodawca to były dwie różne rzeczy.

Oto droga ucieczki.

Kiedy uznała, że ma już dość tych wrzasków, Helene zerwała się z fotela i wyszła z pokoju.

Cicha jak duch.

4

Świt.

Raczej poczuł go w kościach, niż zobaczył. Nie mogło być inaczej. Okna wychodzące na ogród były zasłonięte okiennicami. Tylko żyrandol, pęknięty, ale jeszcze z działającymi żarówkami, rozjaśniał pokój, w którym panował bałagan. Otwarte szafy, powyciągane szuflady, podarte ubrania i pościel, papiery, biżuteria, obrazy, książki (poza jedną) leżące na podłodze. Niewinne ofiary jego furii.

Herr Wegener, siedząc na niepościelonym łóżku stojącym na środku pokoju, zdobionego stiukami i z aksamitnymi zasłonami ze złotą lamówką w oknach, zrozumiał, że jeśli nie przestanie krzyczeć i nie zacznie racjonalnie myśleć, każde osiągnięcie, które doprowadziło go do tego, kim jest, zamieni się w stertę łajna i niepotrzebnego wysiłku.

Samokontrola przez lata stanowiła dla niego powód do dumy. Dzięki nerwom ze stali i zimnej krwi dowodził czymś, co w tajemnicy ochrzcił jako „imperium”. Imperium gotowe wybić się do skoku, a ten – taki był plan – pozwoliłby mu podnieść swoją rangę z człowieka, któremu wszyscy się kłaniają, do człowieka, przed którym trzeba uklęknąć.

Tego mroźnego ranka, mimo że usilnie starał się skorzystać ze swojej umiejętności samokontroli, w ogóle mu to nie wychodziło.

Zapewne dlatego, że Wegener nie chciał uwierzyć w to, co podpowiadały mu nerwy ze stali i zimna krew. Chociaż było to jedyne sensowne wyjaśnienie: Marlene.

Niemożliwe. Marlene nigdy by go nie zdradziła. Marlene była jego żoną. Marlene była jego ukochaną. A przede wszystkim Marlene była kobietą, a nie istniała kobieta, której udałoby się oszukać kogoś takiego jak on. Może gdzieś na świecie żyły kobiety gotowe na wszystko, ale Wegener był pewien, że Marlene się do nich nie zalicza. Nawet w żartach.

Nerwy ze stali i zimna krew nie zgadzały się z tym. Powtarzały nieustannie:

„To była ona. To była ona, ona, ona.

Marlene”.

Nerwy ze stali i zimna krew miały dowody. Na przykład w domu nie było śladów włamania. Ani przy drzwiach, ani przy oknach. Sam to sprawdził. Nikt nie wszedł ani nie wyszedł. A zatem ten, kto popełnił przestępstwo, miał klucze, wiedział, jak się poruszać po domu, i znał rutynę jego mieszkańców.

Kolejny dowód na korzyść oskarżenia: dzień i godzina kradzieży.

Noc z piątku na sobotę. Pora, kiedy Wegener wsiadał do lanci fulvia hf i wyjeżdżał z Merano razem z Georgiem, swoją prawą ręką, żeby udać się do gospody w Appiano, gdzie każdego piątkowego wieczoru spotykał się ze swoimi ludźmi.

Rozmawiał z nimi o nowych rynkach i strategiach. O problemach do rozwiązania. Powtarzano mu plotki, pogłoski. Poufne informacje. Czasem pokazywano mu nowych ludzi, żeby mógł się im przyjrzeć i zdecydować, co z nimi zrobić.

– Zależy ci na dobrze wynagradzanej pracy, chłopcze?

– Masz jaja?

– A zatem zamień dwa słowa z Herr Wegenerem.

– On może ci pomóc.

Dawniej, na początku kariery, było to dla Wegenera całkiem ekscytujące: uścisnąć rękę tym ludziom, zobaczyć, jak prężą się w jego obecności i jak łatwo ich złamać jednym słowem albo uniesioną brwią.

Właściwie to jego sługusi już zaczęli go nudzić. Teraz ich nienawidził.

Ale ta pantomima stanowiła część jego obowiązków. Jego ludzie byli prymitywni. Muskularni, niedogoleni. Kiedy wkładali marynarkę i krawat, wyglądali jak wieśniacy, którzy zaszli do miasteczka na mszę. W rzeczywistości wielu z nich pochodziło ze wsi lub nadal tam mieszkało. Mówili dialektem, który przyprawiał go o ból zębów, jedli z otwartymi ustami, potrafili wydudlić całe beczki piwa i wódki, krzycząc jak horda trolli. A on tkwił wśród nich.

Musiał to robić.

Musiał mówić tym wulgarnym i prymitywnym „dialoktem”, musiał pić więcej niż oni wszyscy razem wzięci, ponieważ tylko w ten sposób ci mężczyźni, ostrożni z natury i wychowania, mogli być pewni, że mimo krawata i marynarki, mimo lancii hf i ochroniarza przy drzwiach, mimo zdjęć w gazetach Herr Wegener był i będzie człowiekiem godnym zaufania. Jednym z nich.

Dlatego co piątek koło czwartej nad ranem Wegener wracał do domu w okropnym nastroju, z bólem głowy, cuchnący kiepskimi papierosami i alkoholem. Smród, którego nie udawało mu się zmyć nawet długim prysznicem. Nie chciał, żeby Marlene czuła ten zapach, więc tej jednej nocy w całym tygodniu zamiast obok żony spał w którejś z sypialni dla gości. I gdyby nie to, że tego feralnego piątku potrzebował czarnego zeszytu z sejfu, żeby dopisać w nim kilka nazwisk, ze zniknięcia Marlene zdałby sobie sprawę dopiero wcześnie rano.

A więc: brak śladów włamania.

A więc: piątkowa noc.

Dwie poszlaki nie wystarczały? Stalowe nerwy i zimna krew były gotowe przedstawić kolejne.

Weźmy szafiry.

Złodziej (lub złodzieje) zostawił (lub zostawili) w sejfie prawie dwadzieścia milionów lirów w gotówce i mniej więcej tyle samo w innych walutach. Ukradł (lub ukradli) tylko szafiry. Tylko. Nikt nie wiedział o szafirach. Poza Georgiem i Marlene.

Georg przez całą noc czuwał nad nim, tak jak teraz stał przy wejściu do domu i palił, szukając śladów pozostawionych przez włamywaczy. Georg był pod kontrolą. Wegener wiedział, z kim się spotykał i co mówił. Mógł skreślić go z listy podejrzanych. Kto zostawał?

Marlene, oczywiście.

To nieprawda, sprzeciwiał się Wegener. Jeszcze inni wiedzieli.

Słaba obrona.

Jasne, Konsorcjum też wiedziało o szafirach. Ale ludzie Konsorcjum nie mieli powodu, żeby je ukraść, skoro to właśnie im Herr Wegener miał przekazać woreczek z ciemnego aksamitu. Po co zawracaliby sobie głowę, żeby ukraść coś, co i tak do nich należało? To byłoby głupie posunięcie. Czy uważał, że Konsorcjum tworzyli skretyniali starcy?

Nie, wręcz przeciwnie.

Zostawała Marlene.

Marlene, Marlene, Marlene.

Nadal nie chciał tego przyznać? Dobrze. To jeszcze nie koniec poszlak. Było ich więcej.

Samochód.

Brakowało szarego fiata 130 – samochodu, który Herr Wegener podarował Marlene po tym, jak przekonał ją, żeby zrobiła prawo jazdy, ponieważ kobieta szefa musi być nowoczesna, modnie ubrana i mieć prawo jazdy. Jeśli Clyde potrzebowałby uciec w środku strzelaniny, nie wzywałby taksówki. To Bonnie wciskałaby gaz do dechy, unikając pocisków. Poza tym – na Boga! – były lata siedemdziesiąte, a nie epoka kamienia łupanego.

Fiata 130 nie było.

Dlaczego złodzieje mieliby go ukraść?

Co więcej…

Dowód najbardziej obciążający ze wszystkich. Ten, który doprowadzał go do szaleństwa.

Brakowało książki. Tej książki. Jej książki. Baśni braci Grimm. Jedynej rzeczy, którą Marlene wzięła ze sobą z domu rodziców do domu męża. Stare wydanie, zniszczona okładka, na której nie było już widać tytułu. Marlene nigdy się z nią nie rozstawała. To był jej amulet, mówiła. Odganiał koszmary. Właśnie dlatego trzymała ją na komodzie.

Gdzie była ta przeklęta książka?

Herr Wegener przewrócił cały pokój do góry nogami, szukał jej wszędzie. Zerwał nawet poszewki z poduszek i prześcieradło. Gdyby znalazł książkę, upadłyby podejrzenia wobec Marlene i wiedziałby, co dalej robić. Wiedziałby, jakie rozkazy wydać i komu. Wyciągnąłby z łóżka każdego jednego dupka, którego nazwisko miał na swojej liście płac. Polowałby na człowieka, dopóki nie odzyskałby swoich szafirów. Ależ by się wtedy zabawił! Pokawałkowałby tego sukinsyna, który miał czelność z niego zakpić.

Książka zniknęła. Razem z fiatem 130 i szafirami.

I z Marlene.

Nie było jej.

Nikt jej nie widział.

Jednak…

Jednak Marlene nigdy by nie…

I wszystko zaczynało się od nowa.

W jego głowie logika i uczucie zderzały się z przerażającą siłą. Krew go zalewała, Herr Wegener odczuwał niepowstrzymane pragnienie krzyczenia aż do zerwania strun głosowych, potrzeba była tak paląca, że nie zdołał jej powstrzymać.

Herr Wegener miał wrażenie, że otwarty sejf chichocze i kpi sobie z niego, co było jeszcze bardziej nie do zniesienia od kradzieży i zdrady Marlene.

Dlatego wrzeszczał.

Na Marlene. Na sejf. A przede wszystkim na siebie.

A kiedy krzyczał, już nie tylko Moritz, stojący obok nieużywanego kominka, nie tylko Helene, która schroniła się w kuchni, ale też Georg, który wszedł do domu, żeby się ogrzać i otrzepać ze śniegu, zadawali sobie pytanie: jaki człowiek mógł wydawać z siebie takie dźwięki?

Wystarczyło pomyśleć o szyfrze do sejfu.

To była odpowiedź.

5

Szyfr.

Jeden, trzy, dwa. Dwie czwórki. Jakby powiedzieć: 13 lutego czterdziestego czwartego.

W 1944 roku Wegener miał dwanaście lat i jeszcze nie był Herr Wegenerem. Nikt zdrowy na umyśle nie nazwałby mianem „Herr” tej kruszynki, samej skóry i kości.

Tak naprawdę nie było nawet trzeciego „e” w jego nazwisku. W tamtym czasie Wegener nazywał się Robert Wegner, jak Paul Wegner, jego ojciec.

Paul Wegner (bez „e”) zaciągnął się jako ochotnik do Wehrmachtu, i nawet nie zdążył napisać listu do żony i syna, kiedy pochłonęła go wojna.

Do niemieckich okopów wpadł granat i Paul instynktownie przykrył go ciałem, ratując w ten sposób życie żołnierzy ze swojego plutonu.

To Standartenführer z koszar w San Leonardo opowiedział o tym chudziutkiemu chłopcu i jego zbolałej matce. Standartenführer był przystojnym mężczyzną.

Gładka twarz, bystre niebieskie oczy. Elegancki mundur, który wzbudzał strach i szacunek. Czarny z podwójnym srebrnym piorunem. Nosił buty do kolan, błyszczące i piękne.

Kiedy oddział honorowy stał na baczność, SS przekazała matce Roberta list i świeżo wyprasowaną flagę. A chłopcu pudełko ze swastyką odciśniętą na wierzchu.

Chłopiec zamiast butów nosił szmaty przewiązane sznurkiem. Czuł wstyd, ale przyzwyczaił się do tego. Byli biedni i nic nie mogli na to poradzić. W pudełku znajdował się Krzyż Żelazny.

To chłopiec przeczytał list, ponieważ matka była niemal całkowitą analfabetką. W liście nazwisko jego ojca zostało błędnie zapisane. O jedno „e” za dużo. Chłopiec sprawdził na odwrocie odznaczenia. Tam także. Weg-e-ner zamiast Wegner.

Ani on, ani matka początkowo nie zauważyli błędu.

Matka miała zbyt wiele łez do wypłakania, a syn myślał o ostatnich słowach swojego ojca, zanim ten wsiadł do pociągu, który powiózł go ku tak idiotycznej śmierci. „Jeśli dziewięć razy wybierzesz właściwie, nie zyskasz nic poza bólem. Za dziesiątym razem zrozumiesz, dlaczego tak zrobiłeś. I będziesz szczęśliwy”.

Nienawidził go za te słowa. A nienawiść, jak odkrył, była potężnym narzędziem samokontroli.

Dlatego głos chudziutkiego chłopca nie drżał, kiedy przed tymi wszystkimi obcymi osobami czytał list pochwalny, i to właśnie dzięki nienawiści nie wybuchnął płaczem, kiedy Standartenführer uścisnął mu dłoń.

– Jesteś synem bohatera – powiedział mężczyzna z SS. – Musisz czuć się dumny.

Nie, jego ojciec nie był bohaterem, był tylko idiotą. Martwym idiotą. Czy mogło być coś głupszego?

Nie powiedział tego, skinął głową, podziękował i ścisnął Krzyż Żelazny tak mocno, że metal przeciął mu skórę i popłynęła krew. Wyłącznie jego matka to zauważyła, ale się nie odezwała.

Matka nigdy nic nie mówiła. Umiała tylko płakać i się modlić. Modlić i płakać. Nic więcej. A on? Ściskał Krzyż Żelazny. I wpatrywał się w oficerki Standartenführera.

Musiało być w nich naprawdę ciepło.

To dzięki Krzyżowi Żelaznemu wczesnym popołudniem 13 lutego czterdziestego czwartego wartownicy go przepuścili i tylko dzięki Krzyżowi Żelaznemu urzędnik SS pozwolił mu usiąść i podał mu kawałek czekolady.

– Belgijska – oznajmił. – Najlepsza na świecie.

Jego niemiecki brzmiał pięknie, melodyjnie. Nie jak gardłowy „dialokt”, w którym Robert rozmawiał z kolegami i krewnymi. Był słodki jak miód dla uszu. Chłopiec chciał, żeby Standartenführer nigdy nie przestał mówić. Ale ten ograniczył się do krótkiej propozycji i nieufnego wyrazu twarzy, jaki wywołało milczenie chłopca.

Czekolada nadal leżała między nimi na biurku.

– Nie, dziękuję.

Standartenführer nie krył zaskoczenia.

– Nie lubisz czekolady, liebes Kind?

Dziecko.

A on nie był dzieckiem.

Już nie.

Nienawiść spotęgowała nienawiść.

To nienawiść dała mu siłę, żeby odpowiedzieć, patrząc urzędnikowi prosto w oczy, jak to robią mężczyźni.

– Lubię, oczywiście, ale mam jej już dość – oświadczył, pokazując ciemną i grubą tabliczkę, dwu- albo i trzykrotnie większą niż ta, którą poczęstował go urzędnik SS. – Dał mi ją Czarny Człowiek – wyjaśnił po chwili.

– Czarny Człowiek? – Standartenführer zaśmiał się. – Czarny Człowiek nie istnieje.

– Istnieje.

Jedno słowo.

Męska odpowiedź.

Chłopiec pokazał urzędnikowi słowa zapisane wielkimi literami na odwrocie tabliczki czekolady: Made in USA.

Standartenführer szeroko otworzył oczy.

Standartenführer zamrugał.

Standartenführer uśmiechnął się.

– Jesteś dzielnym chłopcem.

6

Właśnie tak.

Dzielny chłopiec.

Ojciec nic mu nie zostawił poza bosymi stopami i górami.

Góry, powtarzał, dają wodę, jedzenie i mądrość. Wszystko, co jest potrzebne do życia. Góry to jedyne, czego nigdy nie będzie można kupić.

Są dla wszystkich.

Kolejny idiotyzm godny trupa. Spróbuj poprosić góry o parę ciepłych butów, takich jak te Standartenführera, i zobaczysz, co się stanie.

Nic. To się stanie.

Ale właśnie w górach, wśród krzewów, jodeł, jesionów i ukrytych ścieżek, chudziutki chłopiec spędzał całe dni.

Zależnie od pory roku zbierał jeżyny, grzyby, kasztany, orzechy, budował pułapki na ptaki lub wykradał jaja z gniazd. Czasem udawało mu się złapać wiewiórkę.

Gdyby matka nie zabraniała mu używać ojcowskiej strzelby do polowania, przynosiłby do domu zające, daniele, a może nawet jelenia. Ale matka nienawidziła broni i dlatego przyszło im żyć z jałmużny Rzeszy i z płodów jałowego pola, które ojciec w pocie czoła orał od rana do wieczora, zanim pojechał okryć się chwałą.

Idiota.

Na jednej ze ścieżek o świcie 13 lutego czterdziestego czwartego z Krzyżem Żelaznym w kieszeni (sam nie wiedział, dlaczego ciągle nosi go ze sobą) chudziutki chłopiec spotkał Czarnego Człowieka. Wyłonił się nagle nie wiadomo skąd.

Coś zaszeleściło w krzakach i już stał przed nim.

Czarny Człowiek wycelował w niego karabin. Miał twarz umazaną błotem, szeroki nos i skórę czarną jak węgiel. Tak ciemnej chłopiec nigdy nie widział. Nawet nie wiedział, że istnieją ludzie tego koloru, dlatego roześmiał się głośno.

I to właśnie śmiech spowodował, że amerykański spadochroniarz nie pociągnął za spust i nie zabił go krótką serią z karabinu.

Czarny Człowiek opuścił broń, gwizdnął, a potem sam zaczął się śmiać. Z krzaków wyszli jeszcze trzej mężczyźni. Na hełmie jednego z nich, tego niskiego o rzadkich wąsach i króliczych zębach, widniała flaga z gwiazdami i pasami.

Amerykanie.

Albo: wrogowie.

Nauczyciel w szkole, do której Robert rzadko chodził, wciąż to powtarzał. Wrogowie, wszędzie wrogowie. Żydzi przede wszystkim. I Amerykanie. A zwłaszcza Amerykanie, którzy w połowie byli Żydami. Ale Żydzi i Amerykanie to nie wszystko. Lista złych była długa. Na przykład jego ojciec zmarł w walce z innym wielkim wrogiem Rzeszy, z bolszewikami.

A poza tym była jeszcze sprawa Włochów.

Kiedy prawie rok temu trzy kolory narodowe zostały zastąpione przez swastykę, na miejscu nauczyciela w czarnej koszuli zabraniającego mówić po niemiecku, pojawił się Lehrer, który nie tylko zachęcał do używania swojego języka ojczystego, ale też do listy wrogów dodał „włoskiego zdrajcę”.

Włosi byli źli, okazali się zdrajcami i kłamcami.

A on?

Był Niemcem, jak utrzymywał Lehrer, czy Włochem, jak twierdził nauczyciel w czarnej koszuli?

Co za bajzel.

W każdym razie nikt mu nigdy nie powiedział, że Amerykanie, a przynajmniej niektórzy z nich, mają tak śmieszny kolor skóry. A może Robert ominął tę lekcję? Szkoła to ostatnia rzecz, jaką się przejmujesz, kiedy masz pusty brzuch i wiecznie zmarznięte stopy.

Czterej Amerykanie o czymś rozmawiali, kiedy chłopiec im się przyglądał. Wiedział, że decydują o jego losie. Pocisk w czoło i pogrzeb wśród krzaków? Kto wie, może takie było przeznaczenie Wegnerów. Ojciec idiota i syn idiota.

Robert zapomniał jednak, że nie jest już Wegnerem.

Na Krzyżu Żelaznym wyryto nazwisko Weg-e-ner i dodanie samogłoski musiało podarować odrobinę szczęścia jego pechowemu nazwisku, ponieważ czterej żołnierze postanowili, że jeszcze trochę pożyje.

Jeden z nich wyjął z plecaka słowniczek, przekartkował go i zaczął dukać pojedyncze słowa po niemiecku.

Czy w okolicy są Niemcy?

Robert wskazał palcem na siebie.

– Ja jestem Niemcem. Także Włochem. Ale Niemcem.

Tamci pokiwali głowami. Nie, źli Niemcy, tacy z bronią.

– Ra-ta-ta-ta-ta! – Czarny Człowiek naśladował karabin, udając, że strzela z wyprostowanego palca do drzew.

Robert się roześmiał.

Sympatyczny był ten Czarny Człowiek.

– Nie ma żołnierzy. Nie tutaj.

Mieli mapę, ale chłopiec nigdy nie uczył się, jak jej używać. Wiedział, gdzie się znajduje, bo ojciec pokazał mu ukryte ścieżki w lesie i w górach, ale nie umiałby wskazać ich na mapie.

Te wszystkie linie, absurdalne nazwy.

– Nie.

Czterej mężczyźni wzruszyli ramionami, jakby nie spodziewali się niczego więcej.

Zapytali o bezpieczne miejsce. Żeby się przespać.

Dłonie złożone przy twarzy lekko przechylonej w bok.

– Chrrr… Chrrr…

Czarny Człowiek był naprawdę zabawny. Może Żydzi też okazaliby się tacy śmieszni, ale Robert do tej pory żadnego nie spotkał. SS wyważyło drzwi w ich domach i zaciągnęło do bydlęcych wagonów. Tak pewnego wieczoru opowiadał mu ojciec. Wspaniali ludzie zniknęli z dnia na dzień.

„Naprawdę?”.

„Mówi się, że wywożą ich do obozów, gdzie…”.

„Ćśś, nie strasz chłopca”.

– Jasne, że znam bezpieczne miejsce.

Nie zrozumieli go.

Chłopiec znał tylko jedno słowo po angielsku i ucieszył się, że może je powiedzieć.

– Yes.

Ustawili się za nim gęsiego, pochyleni, z karabinami gotowymi do strzału.

Czterej amerykańscy spadochroniarze, wysłani za linię wroga, błędnie zrzuceni ładnych parę kilometrów od okolicy, w której mieli wylądować, i bosonogi chłopiec zanurzający stopy w lutowym śniegu i starający się ignorować uszczypnięcia zimna.

Niecała godzina marszu dzieliła ich od miejsca, gdzie jego ojciec zbudował szopę, ukrytą wśród jodeł, niewiele większą niż buda dla psa, ale wyposażoną w coś w rodzaju piecyka z kominem, drzwi i kilka koców.

Kryjówka.

Kiedy tam dotarli, czterej Amerykanie z wdzięcznością poklepali go po plecach i pogłaskali po głowie (chcieli zmierzwić mu włosy, ale pod wełnianą czapką Robert był ogolony na zero ze względu na wszy), a Czarny Człowiek podarował mu tabliczkę czekolady.

Nigdy w życiu nie widział tak dużej czekolady.

Made in USA.

– Dzielny chłopiec – powiedział Czarny Człowiek po przejrzeniu słownika swojego kolegi. Potem uśmiechnął się i wrócił do angielskiego: – A good boy.

7

Jeden. Trzy. Dwa.

Dwie czwórki.

Chwila na zorganizowanie oddziału, marsz za tym dziwnym chudziutkim chłopcem prowadzącym ich do kryjówki, kilka strzałów i Czarny Człowiek nie żył.

Wytrzeszczone oczy, otwarte usta, kręcone włosy umazane krwią.

Standartenführer schował pistolet do kabury i przyjrzał się Robertowi, który stał u jego boku zupełnie nieporuszony widokiem tej masakry.

– Czekolada jest dla dzieci. A ty nie jesteś dzieckiem…

Ruch ręką i jeden z żołnierzy zaczął zdejmować buty z trupa Amerykanina z króliczymi zębami.

– Jesteś silny jak Zygfryd i uparty jak… – Standartenführer przyłożył palec do czoła, jakby czekał na oświecenie. – Jak elf. Nie. – Potrząsnął głową niezadowolony. – Nie jak elf. Jak się nazywają te…

– Proszę pana?

Żołnierz podał mu buty.

Standartenführer obejrzał podeszwę. Była miękka i mocna.

Dał je chłopcu.

Prezent.

13 lutego czterdziestego czwartego chłopiec go przyjął.

Nie wymagało to od niego żadnego wysiłku.

– Przydadzą ci się dużo bardziej niż kawałek czekolady, co nie, mój mały? – Nastąpiło oświecenie. Standartenführer uśmiechnął się zachwycony własną bystrością. – Mój mały koboldzie.

Właśnie tak: kobold.

Jak w bajce, powiedziała Marlene, kiedy Wegener (zakochany? tak, zakochany) opowiedział jej swoją historię. Kobold. Jak te okrutne stworzenia żyjące w kopalniach i w podziemiach. O niebieskich oczach, w których światło zmieniało się w esencję nienawiści i strachu. Marlene wiedziała o Standartenführerze, wiedziała o Koboldzie. Ale nie wiedziała o prezencie od Standartenführera.

Buty.

Ciepłe.

Tak ciepłe, że Robertowi z trudem udało się powstrzymać łzy.

– Kim jest Zygfryd?

– Nie wiesz?

Robert pokręcił głową.

Standartenführer wyprowadził go na zewnątrz. Zapadał już zmierzch i robiło się zimno, ale chłopcu było ciepło w stopy. Żołnierz SS wyjął złoty zegarek i pokazał mu obrazek wygrawerowany na kopercie.

Rycerz trzymający miecz.

– To jest Zygfryd. Prawdziwy Aryjczyk. Największy bohater. Wspiął się na szczyt i zabił smoka.

– Smoki nie istnieją.

Standartenführer się uśmiechnął.

– Już nie. Ale w przeszłości? Kto wie? Czarny Człowiek istniał i ty mi to udowodniłeś. Skończył tak samo jak smok. A koboldy? Myślałem, że to legenda, teraz jednak stoję tu przed jednym z nich.

Dotknął jego czoła palcem wskazującym, uśmiechnął się i poszedł do swoich ludzi wywrzeszczeć rozkazy.

Przezwisko zostało.

„Informator Kobold” – tak podpisywał swoje donosy do Standartenführera. Nie Robert Weg-e-ner, ale „Informator Kobold”. Robert Wegener mógł zostać wyśledzony i zabity.

A Kobold?

Nie da się zabić kobolda.

To było wielkie odkrycie żołnierza SS. Kobold miał talent. Był zdolny. Znał ścieżki i ukryte przejścia. Nikt nie zwracał uwagi na chudziutkiego chłopca w dziwnych butach. Dzięki temu mógł słuchać i obserwować. Kto sprzedaje chleb na czarnym rynku, kto stara się uniknąć obowiązkowej służby wojskowej, kto ukrywa broń albo słucha zakazanych rozgłośni radiowych.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia 1944 roku Kobold zmienił barwy. Amerykanie, Brytyjczycy i bandy przestępcze przełamali front, a Rzesza była bliska kapitulacji.

W 1945 roku skończyła się wojna, ale nie głód. Kobold nauczył się, że dla tych, którzy rodzą się bez butów, wojna nigdy się nie kończy. Dlatego nie przerwał swojej działalności.

Ludzie uciekający na południe, towary przemycane na północ.

Wkrótce przestali uciekać, ale głód trwał. Tymczasem Kobold zmężniał, nie chodził już boso, nosił pistolet ukryty w kieszeni marynarki, mógł jeść bez strachu, że się zadłuży, ale nie miał złudzeń.

Wojna trwała.

Walka toczyła się o nowe pojęcie: szacunek.

Kobold chciał, żeby ludzie kłaniali mu się, gdy będzie przechodził, tak jak wcześniej robili to przed Standartenführerem. Chciał, żeby ludzie tacy jak ojciec zmieniali kierunek na jego widok, szeptem ostrzegając dzieci. Nienawidził tych ludzi. Nie byli bohaterami.

Byli małostkowi, tchórzliwi.

Jednym słowem: idioci.

Kobold szybko zauważył, że będzie potrzebował pomocy, ale wiedział, że dorośli nie pozwolą sobą kierować nastolatkowi. Dlatego zatrudniał bosonogich chłopców, w których oczach jarzył się płomień głodu. Uczył ich dyscypliny, posłuszeństwa i wytrwałości.

Nie przemocy, ponieważ te młokosy nauczyły się jej już dawno temu.

Działało. I to dobrze.

Obroty się zwiększyły i Kobold uznał, że najwyższa pora zapewnić sobie środek transportu inny niż umięśnione plecy albo rower. Kupił dżipa, potem dwie ciężarówki, ich liczba wzrosła wkrótce do pięciu, sześciu, dziesięciu. Nigdy nie było mu dość.

Kobold chciał więcej.

Rozumiał, że aby dalej zwiększać obroty, musi zacząć się uczyć. I tak zrobił. Matematyka, ekonomia. Ale nie tylko. Odkrył, że czytanie sprawia mu przyjemność. Zwłaszcza książek historycznych i biografii wielkich postaci. Uważał je za pasjonujące.

Dużo czytał.

Dużo się uczył.

W 1952, roku narodzin swojej przyszłej żony, Kobold, który miał wtedy dziewiętnaście lat, ale w pewnych środowiskach już wyrobił sobie pozycję, poznał księgowego szukającego łatwego zarobku.

Moment jest idealny, wyjaśnił mu bez ogródek. Trzeba było odbudować Włochy, urzędy chętnie przymykały oczy na działania ludzi, dzięki którym krążył pieniądz. Ale wkrótce uczta się skończy i państwo powróci do swojej roli złowrogiego cerbera.

A wtedy ten kundel ugryzie.

Żeby tego uniknąć, należało nauczyć się, jak go ugłaskać. I właśnie do tego potrzebny mu jest on, powiedział. W zamian za drobny udział w zyskach będzie zakładał fikcyjne spółki (będzie musiał od nich odprowadzać podatki, jak przystało na wzorowego obywatela, co bardzo rozbawiło Kobolda), zatrudniał figurantów i tak prowadził księgi rachunkowe, żeby stanowiły przykład rzetelności i uczciwości.

Koboldowi propozycja przypadła do gustu.

Jego działalność kwitła.

Kiedy ruszyła fala terroryzmu, Kobold dostał mnóstwo ofert pracy, ale wszystkie odrzucił. Żadnego trotylu. Żadnej broni. Nauczył się, że kundla można wytresować w każdej dziedzinie poza jedną.

Przemocą. W tej kwestii państwo zazdrośnie strzegło swojej władzy.

Można było pozbyć się kogoś, wrzucając go do Passirio lub Adygi. W grę wchodziło pobicie czy zadźganie w ciemnościach. Tolerowano nawet pożary w magazynach konkurencji, a od czasu do czasu jakąś strzelaninę, ale terroryzm?

To było zbyt wiele.

Kobold odrzucał zwłaszcza propozycje przerzucania ludzi przez granicę. Nie robił tego od dawna i nigdy nie podał nikomu prawdziwego powodu. Nawet Marlene. Istniały tajemnice, które powinny pozostać tajemnicami. Dla dobra ich obojga.

Trzeba było cofnąć się w czasie.

Do września 1945 roku.

Ostatnią osobą, której Kobold zgodził się pomóc jako przewodnik, był Standartenführer. Wychudzony, nosił długą brodę. Bez munduru zmienił się nie do poznania. Stał się cieniem człowieka, który kiedyś zaproponował mu belgijską czekoladę. Najlepszą na świecie.

Koboldzie, powiedział drżącym głosem, musisz mnie stąd zabrać.

Nie trzeba było go pytać o powód. W gazetach pełno było zdjęć tego, co Żydzi, Amerykanie, Brytyjczycy i Rosjanie zgotowali byłym funkcjonariuszom SS.

Kobold poprowadził go przez lasy Val d’Ultimo, mamiąc, że tam spotkają się z pewnymi „patriotami”, którzy przetransportują go do Genewy, skąd odleci do Argentyny, gdzie będzie mógł rozpocząć nowe życie albo działać na rzecz odnowienia Rzeszy.

Kłamstwo.

Kiedy znaleźli się w głębi lasu, Kobold wyjął pistolet, kazał Standartenführerowi klęknąć między gałęziami cisów, przypiął mu do piersi Krzyż Żelazny swojego ojca i strzelił Niemcowi w twarz.

Kopnięciem przewrócił zwłoki, zdjął im zegarek i założył go sobie na rękę. Przed świtem wrócił do Merano, a rankiem zmusił matkę, żeby zmieniła jego nazwisko z Wegner na Weg-e-ner.

Złoty zegarek nosił do dziś.

Nigdy nie spóźnił się nawet o sekundę.

8

W izbie.

Siedział.

Czarny kapelusz z szerokim rondem leżał obok niego na drewnianej ławie. Mężczyzna miał szerokie pomarszczone czoło. Krótko obcięte, rzadkie, siwe włosy. Od czasu do czasu wzdychał i przesuwał ręką po karku.

Na stole rozłożył lniane płótno, zniszczone i postrzępione na brzegach. Ostrożnie, żeby nic nie zmarnować, wysypał na serwetkę zawartość drewnianej szkatułki. Kaskada małych czarnych ziarenek.

Człowiek o twarzy pooranej zmarszczkami wytężał wzrok w świetle lampy oliwnej, żeby przyjrzeć się każdemu ziarenku z osobna, pomagał sobie palcami i łyżką, a następnie przekładał ziarenka na bawełnianą szmatkę wielkości pudełka papierosów.

Na ogniu pyrkotał garnuszek.

Ten człowiek nazywał się Simon Keller. Jego ojciec Voter Luis był Kräutermandl. Wiele osób zawdzięczało mu życie. W Tyrolu Południowym nie istniało zioło, owoc ani korzeń, którego właściwości Voter Luis by nie znał.

Voter Luis był ojcem, Kräutermandl, ale przede wszystkim człowiekiem wiary. Wiedział, że życie, jak ciepły powiew fenu, jest iluzją. I postarał się, żeby jego słowa nie odeszły razem z nim. Voter Luis umiał czytać i pisać. Dużo przeczytał i dużo napisał. Jego zapiski były dla Simona Kellera najcenniejszym skarbem.

Zaraz po gospodarstwie, oczywiście.

Simon Keller poznał dzięki niemu sekrety ziół, gór i wiedzę ludów, które dawno temu żyły w tym rejonie.

Te ludy stanowiły dla niego zagadkę.

Dlaczego postanowiły zamieszkać na tak surowym terenie, nad doliną i lasem, trzymając się jałowych pastwisk, stromych jak urwiska, a położonych tak blisko nieba, że groziło to oślepnięciem?

I kiedy dotarły tu, na górę?

„W czasach potopu – twierdził Voter Luis. – Wody podniosły się i ludzie wspinali się na góry, żeby uciec przed gniewem Pana”. Voter Luis znał odpowiedzi na wszystkie pytania.

Był człowiekiem wiary.

Simon Keller nie miał pojęcia, kiedy doszło do potopu, tak jak nie wiedział nic o dawnych ludach, ale dzięki Voterowi Luisowi znał zioła na sen, ból zębów, krzepnięcie krwi i złagodzenie cierpienia. Małe, czarne jak pchły ziarenka, które właśnie przebierał, należały do tej ostatniej zdumiewającej kategorii.

Ziarna maku, z których pozyskiwano opium.

Opium uśmierzające ból.

To niewiarygodne, że w ledwo widocznych ziarenkach była zamknięta tak wielka moc. Voter Luis mawiał: „Na świecie roi się od cudów i tajemnic”.

Simon Keller, jak jego ojciec, a przed nim ojciec jego ojca, był Bau’rem.

Bau’r to rolnik, ale też Kräutermandl, myśliwy, leśnik, kucharz, stolarz, hodowca, lekarz, czasem sportowiec i wreszcie kapłan. Przede wszystkim miał być kapłanem. Tam na górze bez wiary umierało się z samotności i ciszy. Wiara pozwalała wypełnić odpowiedziami białe okresy długich, niekończących się zim.

Bau’r był panem gór.

Właśnie u podnóża gór Simon Keller znalazł młodą kobietę. To był przypadek. A może przeznaczenie. Zazwyczaj nie odchodził tak daleko od gospodarstwa. Nie warto było. Ale chmury, zapowiadające pierwszą śnieżycę w sezonie, zmusiły go do zejścia do doliny i naprawienia pułapek, których używał zimą, żeby zdobywać świeże mięso. Zajęło mu to całe popołudnie i dopiero po zachodzie słońca, zmarznięty i zmęczony, wracał do domu.

Zobaczył ją po drodze. Nieruchomą w rozbitym mercedesie. Pomyślał, że to ciało, dla którego nie ma już nadziei. W tych stronach, zwłaszcza zimą, można było natknąć się na zwłoki. Zazwyczaj były to osoby, które zmarły z powodu odmrożeń. Przemytnicy, kłusownicy. Turyści. Simon Keller nigdy nie odmawiał im błogosławieństwa i modlitwy. Właśnie po to zszedł ze skarpy.

Ku jego wielkiemu zdziwieniu młoda kobieta żyła. Odłożył pułapki na ziemię i pospieszył jej z pomocą.

Wyciągnął dziewczynę z samochodu, natarł ciało, żeby pobudzić krążenie, zarzucił ją sobie na plecy i zaniósł do gospodarstwa. Tutaj, korzystając ze świeczki, sprawdził, czy źrenice reagują na światło, rany przemył mydłem i zszył najgorszą z nich, na czole, a potem zabandażował ją pasami z lnu, wyparzonego we wrzącej wodzie.

Podał kobiecie napar, żeby złagodzić ból.

Kiedy się przebudziła, zadała mnóstwo pytań (gdzie jestem? kim jesteś? co się wydarzyło?) i to go zmartwiło. Voter Luis umiał wygłaszać niesamowite kazania. Miał talent do dobierania właściwych słów. On nie. Voter Luis wiedział, jak rozpalić ludzkie serca, Simon Keller zbliżał się do ludzi tylko wtedy, gdy musiał, żeby sprzedać coś ze swoich produktów i kupić to, czego nie mógł sam wytworzyć. Miał nadzieję, że przynajmniej trochę ją uspokoi.

Była tu bezpieczna.

Nie brakowało jedzenia, drewna na opał ani opium uśmierzającego ból.

Egzemplarzy Biblii było tak dużo, że można by nad tym medytować.

Odważywszy do woreczka odpowiednią ilość, Simon Keller odstawił mak w drewnianym pudełku, złożył na czworo serwetkę i schował ją do szkatułki z pociemniałą mosiężną rączką. Całość odłożył na półkę.

Z kredensu wyjął ceramiczną filiżankę (wyszczerbioną i popękaną, ale lepszej nie miał), zdmuchnął z niej kurz i odstawił ją na stół. Schylił się nad kominkiem, chwycił rondelek przez szmatkę, żeby się nie poparzyć, i przelał wrzątek do filiżanki. Zanurzył w nim woreczek z makiem i pozwolił, żeby jego wzrok rozpłynął się w kolorach, które przyjmował napar.

W gospodarstwie nie było zegarów. Słońce wyznaczało rytm dni. Simon Keller uczył się cierpliwości już od najmłodszych lat. „Czas – mawiał Voter Luis – należy do gwiazd, nie do ludzi. Kim jesteś w porównaniu z gwiazdami, mój synu? Świeciły, kiedy Terach dał życie Abrahamowi, i będą świeciły nadal, kiedy wszyscy już o tobie zapomną. Gwiazdy władają czasem, ludzie są przez niego miażdżeni. Grzeszy pychą ten, kto nie umie czekać”.

Simon Keller poczekał, aż napar będzie gotowy.

Olej do lampy kosztował, więc Bau’r ją zgasił. Po gospodarstwie potrafił poruszać się w ciemnościach, bez obawy, że się o coś potknie. To był jego dom, tu się urodził.

Niektórzy twierdzili, że wcześniej czy później również do najwyżej położonych gospodarstw dotrze elektryczność, ale Keller w to nie wierzył. I tak nie kupiłby generatora, jak zrobili inni, bo nigdy nie mógłby sobie pozwolić na taki wydatek. Generatory na ropę były zbyt drogie. A zresztą po co rozjaśniać mrok, skoro noc została stworzona, żeby człowiek spał?

Wszedł na piętro. Nie zapukał, to nie miałoby sensu. Dziewczyna była nieprzytomna, nie obudzi się wcześniej niż pojutrze. Postawił filiżankę na komodzie, obok ogarka świeczki, który zapalił zapałką.

W świetle płomienia przyjrzał się rysom młodej kobiety. Cierpiała i Simon Keller jej współczuł. Jednak cierpienie, jak nauczył go Voter Luis, stanowiło dobry znak. Świadczyło o tym, że serce jeszcze bije.

Czy bicie serca nie było cudem pełnym tajemnic?

Zaprawdę było.

Simon Keller podniósł dziewczynę i oparł ją o poduszki. Przytrzymał jej głowę lewą ręką. Prawą wlewał jej do ust ciepły napar, tak żeby odruchowo go połykała. Małymi łykami. Twarz dziewczyny powoli się rozluźniała. Simon Keller był zadowolony.

Kiedy opróżnił filiżankę, z powrotem otulił młodą kobietę kołdrą i uważnie przyjrzał się jej twarzy.

Najbardziej interesował go pieprzyk.

„Świat to znak Jego istnienia, a On ukrywa w świecie znaki widoczne tylko dla ludzi wiary. Na świecie roi się od znaków, cudów, tajemnic”.

Zwłaszcza tajemnic.

Właśnie tak.

Wstał i sprawdził, czy okno jest dobrze zamknięte. Wokół futryny Bau’r poupychał suchy mech, ale wiatr, jak zauważył smutno, i tak wpadał do środka. Zimne podmuchy. Na zewnątrz śnieżyca wciąż szalała.

W głowie Simona Kellera panowała cisza.

9

Czekał.

Parking w komisie samochodowym był pusty, stał tam sam. Jego jedyne towarzystwo stanowiły dwie wrony, które krążyły ponuro nad stosami zniszczonych aut.

Człowiek ze spiczastą bródką palił jednego papierosa za drugim. Zapalał je, zaciągał się kilka razy i wyrzucał niewypalone nawet do połowy. Nie zważał na śnieg i wiatr, stał, trzęsąc się z zimna, palił i się uśmiechał.

Był zadowolony.

Latające wrony wydały mu się bardzo na miejscu.

Czekał.

Człowieka ze spiczastą bródką dręczył powracający koszmar. Nie śnił mu się co noc, boby zwariował, ale dość często, by zyskał pewność, że ten sen będzie mu wierny do śmierci.

W swoim koszmarze znów był dzieckiem i nieźle nabroił. Nieważne, o co dokładnie chodziło. To był szczegół, który zmieniał się od czasu do czasu. Nabroił i żeby uniknąć gniewu rodziców, chował się do szafy w ich sypialni. Kiedy zamknął już drzwi, przerażony zdawał sobie sprawę, że jest nagi. Całkowicie. Nagi i uwięziony, ponieważ usłyszał, że do pokoju zbliżają się głosy, kroki, słowa.

Kiedy głosy przybierały na sile, zaczynał po omacku szukać czegoś, czym mógłby się przykryć, szukał w panice, która uciskała mu pęcherz, aż do chwili, kiedy ręce znalazły coś miękkiego i ciepłego. Koc. Natychmiast chował się pod nim i czuł, jak znika powietrze, robi się coraz cieplej, a pęcherz zaczyna go boleć. Do koca, ciepła i licznych głosów dołączała pewność, że ktoś otworzy szafę i zerwie z niego przykrycie, w chwili, gdy już nie zdoła się powstrzymać. Wszyscy go zobaczą. Nagiego jak robaka i posikanego.

Zaciskał zęby.

Zagryzał wargi.

Usiłował wytrzymać.

Kiedy potrzeba oddania moczu była już nie do powstrzymania, człowiek ze spiczastą bródką, świadomy, że kładł się spać obok żony w domowym łóżku, robił wszystko, żeby się obudzić. Ale nieważne, jak bardzo próbował, nie udawało mu się. Mógł się tylko trząść, opierać i mieć nadzieję, że koszmar choć raz się zmieni.

Nigdy tak się nie stało.

Odczuwał ulgę w okolicy pęcherza.

Szafa się otwierała.

Ktoś podnosił koc.

Ludzie z obrzydzeniem wytykali go palcami, krzyczeli i wyśmiewali.

Jako ostatnią, zanim zrywał się zlany potem, widział twarz mężczyzny, który go obnażył. Twarz Herr Wegenera. Serce waliło mu jak oszalałe i gryzł poduszkę, żeby krzykiem nie obudzić żony.

Nie trzeba było psychiatry, żeby zinterpretować ten sen. Obrazował całe życie człowieka ze spiczastą bródką. Kapitana Giacomo Carbonego.