Lipcowy deszcz - Iny Lorentz - ebook
Opis

Bogata, pełna przygód i zmysłowych doznań opowieść. Berlin, rok 1887. Lora i jej mąż Fridolin wraz z dwójką swoich dzieci cieszą się rodzinnym szczęściem i wszystko wskazuje na to, że wreszcie odnaleźli spokój w swoim życiu. A w dodatku być może spełni się ich dawne, skrzętnie skrywane marzenie: Fridolin ma możliwość przejęcia majątku, znajdującego się w ojczyźnie Nathalie, młodej przyjaciółki Lory. Ale ich mieszkający w Prusach wschodnich krewni, którzy nie życzą im dobrze, zaczynają knuć podstępne plany i chcą zniszczyć szczęście młodej pary. I w wyniku tego Lora i Nathalie znajdą się w ogromnym niebezpieczeństwie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 777

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

JULIREGEN

Copyright © 2011 Knaur Verlag. An imprint of Verlagsgruppe Droemer Knaur GmbH & Co. KG, München

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Emilia Grzeszczak, Aneta Iwan, Agnieszka Majewska

ISBN: 978-83-7999-946-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

CZĘŚĆ PIERWSZAPożar

I

Błyskawice pojawiały się tak często, że niebo wręcz tonęło w jaskrawym świetle, a hałas i trzask grzmotów przechodził w niekończące się, jednostajne dudnienie. Piszcząc ze strachu, dziewki biegły przez pola w stronę dworu, podczas kiedy parobcy z rozpaczą próbowali załadować ostatnie kopki siana na wóz i uratować to, co zostało zebrane w czasie sianokosów. Także oni kulili się w czasie głośnych grzmotów i błagali Boga oraz wszystkie boskie moce, aby niebiosa ich oszczędziły.

– Do cholery, brać się do roboty! – ryczał Ottwald von Trettin, ale jego głos ginął w piekielnym hałasie rozpętanych żywiołów.

Mężczyzna gwałtownym ruchem wbił obie ostrogi w boki swojego wałacha i ruszył galopem w stronę parobków.

– Szybciej, psy! Bo potraktuję was batem!

Hannes, nadzorca, podniósł właśnie widły z nadzianą na nie kopką siana, ale gwałtowny podmuch wiatru porwał większość suchych źdźbeł. To, co zostało, spadło z wideł na ziemię przed wozem, bo stojące na nim dziewki nie były w stanie niczego utrzymać.

– To wszystko na nic, panie! – krzyknął Hannes, zwracając się do Ottwalda von Trettina. – Powinniśmy raczej starać się dotrzeć do domu, zanim spadnie deszcz!

Odpowiedzią było ostre smagnięcie batem.

– Bacz, żebyś zrobił to, co do ciebie należy! Tym dziewkom, które uciekły, potrącę połowę tygodniówki! To będzie dla nich nauczka i kara za opuszczenie pola z powodu jednej głupiej burzy!

Nadzorca potarł miejsce, w które trafił bat jego pana, i popatrzył bezmyślnie na siano ułożone starannie przez dziewki w kopki. Dalsza praca nie miała po prostu sensu, bo gwałtowny wiatr roznosił siano po całym polu. W tych warunkach załadowanie wozu było niemożliwe. Ale gdyby powiedział to dziedzicowi, otrzymałby jedynie kilka kolejnych uderzeń batem. Nabrał więc na widły tak dużo siana, jak to tylko było możliwe, i je podniósł.

– Weź się w garść, Ursel! – zawołał do dziewki, usiłując przekrzyczeć hałas grzmotów.

Kobieta jęczała ze strachu i widać było, że najchętniej pobiegłaby za pozostałymi dziewkami, które znajdowały się już w połowie drogi do dworu. Ale bez pomocy parobków nie mogła zejść z wysoko załadowanego wozu.

– Hannes, musimy jechać do domu! – błagała.

– Gdyby to ode mnie zależało, to już bylibyśmy w połowie drogi. Ale on nie chce na to pozwolić. – Hannes wskazał Ottwalda von Trettina, który właśnie objeżdżał na swoim koniu wóz z sianem i krzyczał na parobków znajdujących się po jego drugiej stronie, aby ładowali siano.

– Dziewczyny, pomóżcie załadować wóz do końca! Im prędzej to skończymy, tym szybciej zaciągniemy furę w bezpieczne i suche miejsce!

Zaledwie Hannes zdążył wypowiedzieć ostatnie słowa, nad samym dworem pojawiła się jaskrawa błyskawica. Wszyscy parobcy instynktownie schowali głowy w ramiona, a Ottwald von Trettin z najwyższym trudem uspokoił swojego spłoszonego konia.

Chwilę później rozległo się uderzenie pioruna – tak głośne, że ludzie na moment dosłownie ogłuchli. Ursel, która ciągle siedziała na samej górze wyładowanego wozu, dostrzegła wszystko pierwsza i pierwsza też zrozumiała ogrom nieszczęścia. Zaklęła szpetnie i ręką wskazała na największą szopę należącą do dworu.

– Piorun, tam uderzył piorun! – krzyknęła.

Wszyscy szybko zrozumieli, co oznacza wydobywający się dym i pierwsze płomienie. I podczas kiedy przerażony Hannes wzywał na pomoc samego Chrystusa, dziedzic tylko klął z rozpaczą.

– Do cholery, pali się! Jazda, ludzie! Musimy natychmiast gasić!

Parobcy porzucali w pośpiechu grabie, aby móc biec szybciej, a Ottwald von Trettin galopował już w stronę dworu. Powożący wyładowanym wozem parobek próbował za wszelką cenę poskromić oszalałe ze strachu konie, ale przerażone zwierzęta poniosły i ruszyły przed siebie. Mężczyzna starał się utrzymać cugle, ale za chwilę je puścił, aby nie spaść pod wóz.

– Stójcie, przeklęte szkapy! – krzyczał, trzymając się kurczowo.

W efekcie kolejnego uderzenia pioruna konie wpadły w jeszcze większy popłoch i przeszły w cwał. Wyładowany sianem wóz chwiał się jak pijany marynarz. Ursel z rozpaczą czepiała się, czego tylko mogła, ale nie była w stanie utrzymać się na zsuwającym się sianie i spadła. Ottwald von Trettin dotarł tymczasem do dworu i zeskoczył z pokrytego pianą konia.

– Czemu nie gasicie, psy?! – krzyczał do parobków, którzy osłupiali z przerażenia patrzyli na płomienie. Dopiero słysząc te słowa, i oni, i dziewki, które uciekły przed niepogodą z pola, ruszyli na pomoc, przynieśli wiadra i szybko się rozstawili, tworząc łańcuch sięgający od płonącego budynku aż do stawu. Ale wylewana na płomienie woda szybko parowała w wysokiej temperaturze, nawet nie docierając na ziemię.

– Potrzebna jest pompa! – zawołał jeden z mężczyzn, zerkając od czasu do czasu z rozpaczą na dziedzica. Ten, rozwścieczony, walczył z chęcią pobicia mężczyzny, zaniechał tego jednak, aby nie przerywać łańcucha. Zarzut parobka dotknął go jednak mocno – od ponad roku pompa gaśnicza majątku Trettin była uszkodzona, a dziedzic ciągle znajdował jakiś powód, aby przełożyć jej naprawę. I teraz nie pozostawało mu nic innego, niż czekać, aż w sąsiednich dobrach i w miasteczku Bladiau ktoś zauważy pożar i pośpieszy z pomocą. Malwina von Trettin, matka dziedzica, biegła już w stronę syna, załamując z rozpaczą ręce.

– Gdzie jest straż pożarna? – krzyczała. – Spalą nam się wszystkie szopy z sianem, które już załadowaliśmy!

– Cholera! Czy ktoś nie może siąść na konia i pojechać do Elchberg, aby zaalarmować ludzi stamtąd?! – krzyczał Ottwald von Trettin, nie zwracając uwagi na lamenty matki. Nikt z ludzi podających sobie nawzajem kolejne wiadra wody nie odważył się jednak opuścić szeregu, aby pójść do stajni i wyprowadzić stamtąd konia. Jedynie paru wyrostków, którzy pośpieszyli tu ze wsi Trettin, popędziło przez pola, aby jak najszybciej dotrzeć do sąsiedniego majątku.

– Bij na alarm! – zawołał Hannes do kucharki, która właśnie zamierzała przyłączyć się do gaszących pożar ludzi. Kobieta zawróciła natychmiast i chwilę potem rozległo się bicie dzwonu. Jego głos ginął jednak w ciągłym dudnieniu grzmotów i ogłuszającym trzasku piorunów. Gwałtowne podmuchy wiatru podsycały jeszcze ogień i Hannes oraz obaj parobcy, którzy stali najbliżej szopy, musieli krok po kroku cofać się przed płomieniami. I choć wylewali w żar kolejne wiadra wody, szybko zrozumieli, że są na straconej pozycji.

Szopa płonęła już na całej długości, a dach stopniowo zaczynał się załamywać. Deszcz gorących iskier zmusił wszystkich do dalszego cofania się. Hannes z rozpaczą spojrzał w niebo, na którym aż po horyzont kłębiły się czarne, gęste chmury.

– Żeby wreszcie zaczęło padać! – jęknął, choć wiedział, że teraz nawet gwałtowne oberwanie chmury niczego już by nie uratowało.

Matka dziedzica na przemian raz po raz wołała o straż pożarną, a za chwilę przeklinała sąsiadów, którzy zostawili ich w potrzebie. Jej słowa nie mogły zapobiec temu, że olbrzymia stodoła w końcu runęła i zamieniła się w morze płomieni aż po fundamenty.

Kiedy na dziedziniec spadł kolejny deszcz iskier, Hannes zaprzestał beznadziejnych prób ratowania czegokolwiek i nakazał czeladnikom, aby zatroszczyli się o stajnię i dwór, bo wiatr nagle zmienił kierunek. Z powodu rozwiewanych iskier teraz także obu budynkom zagrażało niebezpieczeństwo pożaru.

II

Ottwald von Trettin wpatrywał się w żarzące się resztki stodoły i czuł narastającą wściekłość na Boga i całą ludzkość.

– Cholera, cholera, cholera! – wrzeszczał. – Dlaczego musiało się to przytrafić akurat mnie? Tyle jest dworów w okolicy, w które mógł trafić piorun!

Parobcy i dziewki popatrzyli na siebie z przerażeniem, bo wydało im się, że i tak dosyć było nieszczęścia, które dotknęło Trettin, ale żeby jeszcze życzyć czegoś podobnego sąsiadom? To ich zdaniem było już wyzywaniem Pana Boga. Wszyscy, mocno wystraszeni, zebrali się wokół Hannesa, słuchając jego wskazówek, bo dziedzic tak dalece zapamiętał się w swej wściekłości, że nie potrafił wydawać rozsądnych rozkazów.

Mieszkańcy wsi, którzy nie byli na bieżąco w kwestii stosunków panujących w Trettinie, zerkali na dom inspektora i dziwili się, dlaczego nawet się nie pokaże. Bo mężczyzna rzeczywiście jedynie na chwilę wytknął głowę przez drzwi domu, aby zobaczyć, co się dzieje na zewnątrz. Mimo alkoholowego zamroczenia pojął natychmiast, że wielka szopa właśnie się dopala, i zdecydował, że w tej sytuacji lepiej nie wchodzić w drogę Ottwaldowi von Trettinowi, po czym wrócił do salonu i natychmiast wypił kilka kolejnych kieliszków, aby zapomnieć o grozie widzianej sytuacji.

Hannes także dostrzegł, że inspektor pojawił się na chwilę, i machnął pogardliwie ręką.

– No, na jego wsparcie to już dziedzic nie może liczyć!

Kucharka, która przestała pociągać za sznurek dzwonu i znów pojawiła się wśród czeladzi na dziedzińcu, wykrzywiła lekceważąco twarz.

– Inspektorowi wszystkie siły potrzebne są dla łaskawej pani! Jeśli o nią chodzi, to jest bardzo pracowity!

– Cicho bądź! – upomniał ją surowo Hannes.

Było tajemnicą poliszynela, że matka dziedzica utrzymuje stosunki z inspektorem majątku, ale ponieważ jej syn nie robił niczego, aby zakończyć tę niezręczną sytuację, czeladź zwykle nie ważyła się niczego krytykować. Hannes wzruszył ramionami.

– Zawsze to lepiej, niż gdyby uganiał się za dziewkami – wymamrotał i pobiegł na drogę, która prowadziła ze wsi o tej samej nazwie do majątku Trettin. Dostrzegł, że w szybkim tempie pędziło nią już kilka zaprzęgów.

– Jedzie pompa wodna z Elchbergu, a także straż pożarna z Bladiau. Teraz możemy przynajmniej zabezpieczyć stajnię i pozostałe budynki! – zawołał, rzucił krótkie spojrzenie na szopę, której resztki ciągle jeszcze były pochłaniane przez płomienie, po czym wyszedł na drogę naprzeciw nadjeżdżającej pomocy.

Przywitał parobków z Elchbergu i strażaków oraz polecił im, aby zmoczyli mury i dachy pozostałych budynków, co miało zabezpieczyć je przed deszczem iskier. I wtedy właśnie niebo rozświetliła kolejna, ostatnia już błyskawica, a zaledwie ucichł grzmot, który rozległ się niemal natychmiast, niebo dosłownie otworzyło śluzy i całą okolicę zalało gwałtowne oberwanie chmury. W ciągu kilku chwil wszyscy przemokli do suchej nitki. Rozległ się syk zalewanego deszczem żaru resztek szopy, a gęsty dym o intensywnym zapachu spalonego siana wzniósł się, otaczając majątek nieprzenikliwą, duszącą mgłą.

– Trettin, wierzcie, że przykro mi z powodu tego, co się stało. Ruszyliśmy, jak tylko dostrzegliśmy płomienie. Ale piorun jest szybszy od człowieka! – graf Elchberg, starszy, wychudzony mężczyzna, wyciągnął rękę do Ottwalda von Trettina. Ten jednak klął ordynarnie i nie zwrócił na to uwagi.

– To musi być sprawka diabła! – wrzeszczał, unosząc twarz, jak gdyby chciał oskarżyć niebo.

– Nie diabła, lecz tej wiedźmy! – wybuchnęła jego matka, wskazując Miene, która kuśtykając, zbliżała się właśnie do dworu. Staruszka była tak wychudzona, że wręcz przypominała uschłe drzewo. Jej cienkie, białe włosy kleiły się do głowy, ubranie zaś składało się jedynie z pozszywanych strzępów odzieży. Kiedy kobieta zbliżyła się do pogorzeliska, jej oczy rozbłysły triumfem.

– Popatrz na swoją szopę, Malwino! To kara niebios za ogień, który swego czasu zapłonął w tym samym miejscu! – krzyknęła Miene, wskazując na ceglany dom z łupkowym dachem. Był to dom nauczyciela, służący także jako szkoła. Większość parobków i dziewek pamiętała doskonale, że kiedyś w tym miejscu stał o wiele mniejszy dom pokryty strzechą, pamiętała też nieszczęście, które dotknęło jego mieszkańców.

– Czy nocami słyszysz krzyki ludzi, którzy się tam spalili, kiedy twój mąż podłożył ogień pod ich dom, Malwino? – spytała starucha przenikliwym głosem. – Zamordował własnych krewnych, bo tak dalece opanowały go zawiść i chciwość! I niewiele miałaś z tego korzyści, bo szybko zostałaś wdową! Ale życie nie wymaże tamtej winy. Pan przedstawi ci ostateczny rachunek i nie będzie znał łaski! Zapamiętaj moje słowa, Malwino! Ten ogień to dopiero początek. Nadejdzie dzień, w którym płomienie pochłoną także ciebie, i wówczas znajdziesz się w piekle!

Malwina von Trettin przez kilka chwil słuchała z pobladłą twarzą, ale po ostatnich słowach wyrwała synowi z ręki palcat i ruszyła w stronę starej.

– Ty nędzna wiedźmo! Należałoby zamknąć cię w domu wariatów! Masz nauczkę za to, że śmiesz obrażać mojego zmarłego małżonka i mnie!

Ale chociaż każdemu jej okrzykowi towarzyszyło mocne uderzenie bata, stara kobieta ciągle się śmiała i wskazując dom inspektora, odpowiedziała:

– Nawet jeśli mnie bijesz, nic nie poradzisz na to, że cały świat wie o tym, iż twój mąż był mordercą, a ty jesteś dziwką, w dodatku pijaczką, która uprawia swój niecny proceder tam właśnie!

Szalejąc z wściekłości, Malwina uderzała raz po raz. Stara kobieta stękała z bólu, ale matka dziedzica wykrzykiwała jej prosto w twarz kolejne zarzuty.

Hannes przestępował z nogi na nogę.

– Ona zabije tę starą – wyszeptał do kucharki, ale podobnie jak inni parobkowie nie ważył się powstrzymać Malwiny. Także jej syn przyglądał się całej scenie całkowicie biernie. Znał napady szału swojej matki i nie miał najmniejszej ochoty paść ofiarą jednego z nich. Odwrócił się i jak skamieniały wpatrywał się w zwęgloną szopę, wraz z którą spaliła się większa część zimowych zapasów.

Wreszcie do szalejącej Malwiny podszedł graf Elchberg, chwycił ją za ramię i wyrwał jej z ręki palcat.

– Dosyć już! – nakazał kobiecie. – Pozwól odejść tej starej. Wiesz przecież, że ma nie po kolei w głowie.

Wbrew tym słowom Irmfried von Elchberg wiedział aż za dobrze, że oskarżenia starej kobiety były zgodne z prawdą. Ottokar von Trettin, małżonek Malwiny, rzeczywiście podpalił dom swojej kuzynki i ponosił winę za jej śmierć, a także za śmierć jej męża i czworga z piątki jej dzieci. Świadkiem tego był wówczas stangret Ottokara, który później, kiedy jego pan właśnie dlatego próbował usunąć go z drogi, zastrzelił Ottokara, po czym popełnił samobójstwo. Irmfried von Elchberg wiedział też o romansie Malwiny z inspektorem majątku Trettin. I na miejscu jej syna dawno przepędziłby tego typa – nie tylko z powodu gorszącego wszystkich związku. Bo inspektor był nędznym pijaczyną, niezdolnym do zarządzania tak wielką posiadłością. Ale dzięki Bogu nie była to jego sprawa. Irmfried, nie zaszczyciwszy Malwiny i jej syna jednym spojrzeniem, rzucił na ziemię palcat i zwrócił się do swoich parobków, którzy stali bezczynnie obok pompy. Tu nie było już co robić, bo dzięki pogodzie żaden z budynków majątku nie stanął w płomieniach.

– Chodźcie, ludzie, wracamy do domu. Włożycie suche ubrania, a potem w kuchni dla czeladzi każdy dostanie coś do jedzenia i kufel piwa!

Mówiąc to, Irmfried z uznaniem poklepał po ramieniu każdego z parobków, po czym wskoczył na siodło i ruszył galopem.

Hannes westchnął, patrząc za nim. Graf był takim panem, jakiemu zawsze chciał służyć, ale zrządzeniem niebios Hannes przyszedł na świat w majątku Trettin, a nie Elchberg. Hannes nie odważyłby się wypowiedzieć swojej służby i pytać o pracę w leżącym w sąsiedztwie majątku Elchberg, bo coś takiego widziane było bardzo niechętnie.

III

Kiedy majątek opuścili także strażacy z Bladiau, Hannes przypomniał sobie o wozie z sianem i rozejrzał się dookoła. Drgnął, kiedy zobaczył łąkę – gwałtowna ulewa po prostu spłukała resztę siana do płynącego nieopodal potoku. Po chwili Hannes dostrzegł jakąś postać leżącą na ziemi, która opierała się na jednym ramieniu i rozpaczliwie wymachiwała drugim.

– Ursel! – Hannes zawołał do jednego z parobków, aby ten szedł za nim, i ruszył biegiem. Po chwili obaj dostrzegli także wóz. Woźnicy udało się jakoś schwytać konie i teraz prowadził mokre zwierzęta przez głębokie kałuże wprost w stronę dziedzińca. Wóz stał mocno przechylony i nawet z tej odległości można było dostrzec, że jedna z osi jest złamana.

– Jeszcze i to? – stęknął Hannes, ale zapomniał o zaprzęgu natychmiast, kiedy tylko dobiegł do jęczącej dziewki.

– Co ci się stało? – spytał z troską.

Ursel z początku nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa, a potem wskazała na swoje lewe udo.

– Spadłam z wozu i złamałam nogę – wyjąkała.

– Dobry Boże, tylko nie to! – błaganie Hannesa okazało się daremne, bo nietrudno było dostrzec, że dziewczyna miała nogę wykręconą pod nienaturalnym kątem.

– Potrzebujemy noszy. Biegnij do dworu i je przynieś! – rozkazał parobkowi i ukląkł przy Ursel. Dziewczyna była kompletnie przemoczona i dygotała z zimna.

– Wszystko będzie dobrze, dziewczyno – pocieszył ją i krzyknął do biegnącego już parobka: – Zadbaj o to, aby wezwali doktora!

Ursel chwyciła go za rękę.

– Jesteś dobrym człowiekiem, Hannes, i zasługujesz na lepszą służbę niż tu w Trettinie – powiedziała, po czym poprosiła nadzorcę, aby włożył jej do ust róg swojej koszuli, który mogłaby zagryźć.

– To tak bardzo boli – wyszeptała przez łzy.

Hannes chciałby jej pomóc, ale jedyne, co mógł zrobić, to podeprzeć górną część jej tułowia, aby dziewczyna nie osunęła się na zalaną deszczem ziemię, i w myślach życzyć posłańcowi, aby jak najszybciej sprowadził pomoc. I wtedy jak znikąd znów pojawiła się Miene – na jej twarzy i ramionach widać było liczne ślady uderzeń bata Malwiny. Starucha szła pochylona bardziej niż zwykle, ale w jej oczach Hannes dostrzegł ponurą radość.

– Młyny boskie mielą powoli, ale myślę, że skutecznie i trafnie – rzekła, zerkając na majątek, gdzie teraz rzucał się w oczy brak wielkiej szopy z wysokim dachem, co sprawiało osobliwe wrażenie.

Hannes potrząsnął głową.

– Jesteś głupia, Miene! Czy musiałaś tak rozdrażnić naszą panią?

– Kord przed śmiercią polecił mi wypominać jej nikczemność. Dlatego jeszcze żyję! I nie umrę, aż ona sama nie sczeźnie wraz ze swoim przychówkiem!

– Dlaczego jej tak nienawidzisz?

– A nie chodziłeś sam do szkoły, do nauczyciela Huppacha? – spytała stara. – To on był zięciem prawdziwego pana na Trettinie! Gdyby nie zasada ordynacji, to po śmierci Wolfharda von Trettina byłby teraz panem w tym majątku! Ale Malwina i jej małżonek Ottokar, siostrzeniec dawnego pana, nie chcieli czekać, aż jego wuj umrze, lecz przy pomocy swoich przyjaciół przed sądem wyzuli go z posiadłości. A potem obawiali się, że Wolfhard von Trettin mógł zapisać córce i zięciowi tę resztkę, którą zdołał uratować, zanim zaczęli kraść. I dlatego Ottokar podpalił dom nauczyciela i wymordował całą jego rodzinę.

– Nie całą – wtrąciła Ursel. – Ponoć jedna córka przeżyła.

Dziewczyna znów jęknęła głośno z bólu.

– Też o tym słyszałem – zgodził się z nią Hannes.

– I tu macie rację! – Stara Miene uśmiechnęła się, odsłaniając niemal bezzębne dziąsła. – Lorze udało się ujść z życiem, a później wyszła za mąż za drugiego siostrzeńca swojego dziadka, młodego pana Fridolina. Co się z nią stało później, nie wiem, bo nie było jej tu od jedenastu lat. Dopóki młody właściciel majątku nie osiągnął pełnoletności, pan Fridolin przybywał tu raz w roku, aby sprawdzić księgi. Ale upłynęło już sporo lat od tamtego czasu. Teraz Malwina i jej syn prowadzą majątek według swojej woli. Ale nie będą już długo cieszyć się zrabowanym dobrem. Pożar szopy to dopiero początek, to jak ognisty język Pana i znak tego, że zemsta jeszcze się nie dokonała!

Wypowiedziawszy te słowa, stara kobieta, kuśtykając, odeszła w stronę lasu, na skraju którego znajdował się stary domek myśliwski dawnego właściciela majątku. Miene zamieszkiwała tam jedną izbę, co chroniło ją przed zamknięciem w zakładzie karnym z przymusem pracy.

Hannes popatrzył za nią w zamyśleniu i potrząsnął głową.

– Gdyby jej wierzyć, to każdy sądziłby, że cały świat składa się z morderstwa i oszustwa.

– Ale to, co mówi, jest prawdą! Moja matka także opowiadała mi, że pan Ottokar podpalił ówczesny dom nauczyciela. – Ursel stęknęła głośno, czując kolejną falę bólu, ale wróciła do tej myśli, gdy tylko poczuła ulgę. – I wierzę w to, że Miene będzie żyć tak długo, aż los pana von Trettin się dopełni. Ona musi być stara jak świat! Moja babka ma prawie sześćdziesiąt lat i mówi, że zaczęła pracować w majątku jako służąca razem z najstarszą wnuczką Miene.

Hannes pokiwał głową w zamyśleniu.

– Słyszałem, że ma prawie sto lat. Mówią, że nasz pastor modli się potajemnie, aby Bóg zabrał ją z tego świata, zanim tyle lat skończy. Inaczej będzie musiał świętować razem z nią! I wówczas przybyłby tu starosta z Heiligenbeil i może nawet sam pan prezydent z Königsberga. I jeśli wtedy Miene mówiłaby to co teraz, doszłoby do strasznego skandalu! Ale na razie zobaczymy, jak nam się uda zabrać cię pod dach.

– Ten pożar to i tak wielka strata dla naszego pana. Ale sam jest temu winien! Powinien był naprawić pompę ostatniej jesieni! – Ursel nie mogła się powstrzymać mimo nieznośnego bólu. Ponownie wbiła zęby w kawałek materiału, który podał jej Hannes.

Nadzorca znów popatrzył na majątek i spaloną szopę. Teraz wyglądało to tak, jak gdyby niebo chciało zadać kłam mrocznym przepowiedniom, bo deszcz ustał, chmury się rozstąpiły i na całą posiadłość padły promienie słońca – jak obietnica lepszych czasów.

– Pan Ottwald przeboleje tę stratę, bo dostanie teraz dużo pieniędzy z ubezpieczenia. Mam tylko nadzieję, że rzeczywiście postawi nową szopę i kupi siano u sąsiadów. Ale jeśli wyda wszystko na zachcianki swoje i matki, to ta posiadłość nie ma przyszłości. Chyba jednak nie będzie tak nierozsądny.

IV

Ottwald von Trettin przebrał się i wszedł do pokojów matki. Także ona miała już na sobie suche ubrania, choć jeszcze nie zdążyła ułożyć włosów. Z zaciętą miną patrzyła przez okno na spaloną szopę, której zwęglone i pokryte wilgocią belki błyszczały w słońcu. Ale matka Ottwalda nie myślała teraz o ich nieszczęściu, lecz o starej kobiecie, której obelgi otworzyły rany dawno minionej przeszłości.

– Miene musi odejść precz! – oświadczyła kategorycznie.

– A jak sobie to wyobrażasz? Domek myśliwski doktora Mütze nie należy do majątku Trettin i ten obłudnik przyznał jej prawo zamieszkiwania tam aż do śmierci. I jak się dowiedzieliśmy, zostało to potwierdzone u notariusza w Heiligenbeil.

Ottwald von Trettin popatrzył na matkę pytająco.

– Czy mam ją dla ciebie zastrzelić, jak ojciec chciał to zrobić ze stangretem?

– Chciałabym, żeby tak było. Ale nie był mężczyzną na tyle odważnym, aby tak postąpić!

Malwina prychnęła z oburzeniem, po czym nalała sobie kieliszek likieru i wypiła wszystko jednym haustem.

– W jakiś sposób zatkam gębę tej gadzinie, nawet gdybym musiała własnoręcznie skręcić jej kark! – dodała, odstawiając kieliszek na stolik ozdobiony intarsjami.

– Mamy w tej chwili naprawdę poważniejsze zmartwienia niż ta szalona starucha. – Ottwald von Trettin także wyjął z kredensu kieliszek. Napełniał go właśnie, kiedy jego matka, stękając, potrząsnęła w odpowiedzi głową.

– To doprawdy cholerne nieszczęście, że spaliła się ta szopa. Powinniśmy byli zgodzić się na propozycję przedstawiciela Berlińskiego Zakładu Ubezpieczeń od Pożarów i podwyższyć sumę ubezpieczenia. I będziemy mogli mówić o szczęściu, jeśli wystarczy pieniędzy na nową szopę. Nowe siano będziesz mógł kupić dopiero wtedy, kiedy sprzedasz część bydła.

Ottwald von Trettin wypił likier, zanim odpowiedział.

– Przykro mi, mamo, ale nie dostaniemy pieniędzy z ubezpieczenia!

Te słowa były dla jego matki jak nagłe uderzenie.

– Co takiego? – spytała.

– Zapomniałem zapłacić składki ubezpieczeniowej.

Ottwaldowi von Trettinowi to wyznanie nie przyszło łatwo, ale nie wahał się zwlekać. Gdyby jego matka dowiedziała się o tym od kogoś innego, byłoby o wiele gorzej.

Malwina była tak przerażona, że zabrakło jej sił na kolejny wybuch wściekłości.

– Ale jak mogłeś… Przecież specjalnie na to wziąłeś pieniądze z kasy!

Jej syn roześmiał się gorzko.

– Chciałem wpłacić tę sumę, ale musiałem koniecznie jechać do Königsberga i wydałem pieniądze na podróż. I potem już o tym nie myślałem.

Było to kłamstwo. Skoro przez tyle lat w majątku nie doszło do żadnego wypadku i wszystko szło dobrze, Ottwald von Trettin sądził, że może zaoszczędzić trochę pieniędzy, nie płacąc składki, i wydał wszystko na swoje potrzeby. Tak też przypuszczała Malwina i spojrzała na syna z wściekłością, niemal tracąc z gniewu panowanie nad sobą.

– Przepuściłeś te pieniądze na głupstwa!

– Tak bym tego nie nazwał. Użyłem ich, aby móc pokazać się odpowiednio do naszego stanu. W hotelu, gdzie musiałem przenocować, zatrzymała się też pewna młoda dama, którą chętnie pojąłbym za żonę – odpowiedział Ottwald spokojnie.

– A czym takim nadzwyczajnym odznaczała się ta dama? Urodą czy…

– Pieniędzmi! – przerwał swojej matce młody mężczyzna. – To bardzo bogata dziedziczka, ale niestety okazało się, że zaręczona. Kiedy się o tym dowiedziałem, szampan był już wypity.

Malwina nie bez słuszności sądziła, że nie skończyło się tylko na szampanie. Jej syn prawdopodobnie zapraszał młodą damę do najdroższych restauracji w Königsbergu i wydawał pieniądze nie tylko tam. Pod tym względem był dokładnym przeciwieństwem jej zamordowanego małżonka, którego charakteryzowała duża doza skąpstwa. Ale w tym momencie nie to było ważne.

– Za co chcesz więc teraz postawić nową szopę i kupić siano, aby nasze bydło mogło przetrwać zimę? – spytała lodowato.

Jej syn wykrzywił twarz w grymasie.

– Nie mam pojęcia. Cieszyłbym się, gdybyśmy mogli w tym roku choćby spłacać odsetki, które na nas ciążą. Ale teraz nawet tego nie jestem w stanie zrobić!

– To musisz porozmawiać z twoimi bankierami, aby obniżyli ci odsetki i dali nowy kredyt.

Ottwald von Trettin roześmiał się kpiąco.

– Panowie bankierzy nawet mnie już nie przyjmują, tylko udają, że ich nie ma, kiedy się u nich zjawiam. Jesteśmy niewypłacalni, kochana mamo.

– Ale coś przecież musisz zrobić!

– Miałem nadzieję, że przetrwamy jakoś ten rok i w następnym będziemy mogli znów wziąć kredyt. Ale to już niemożliwe. Jesteśmy skończeni, droga mamo! Jeśli nie chcemy, aby Trettin poszedł pod młotek, muszę pojechać do Berlina i poprosić wuja Fridolina o pieniądze. A ponieważ upadek majątku zaszkodziłby także jego dobremu imieniu, nie pozostanie mu nic innego, niż mnie wesprzeć.

– Nie pojedziesz do tego łotra! – krzyknęła Malwina. – Ten przeklęty Fridolin i jego żona Lora sami odpowiadają za nasze nieszczęście! Chciałabym, aby oboje umarli!

– Już kiedyś daremnie próbowałaś do tego doprowadzić – odpowiedział jej syn niewzruszenie. – A dziś cieszę się, że twój plan się nie powiódł. Bo kogoś, kto nie żyje, nie mógłbym prosić o pieniądze.

Malwina uniosła się gniewem.

– O nic nie będziesz prosił Fridolina! Wszystko, co on osiągnął, a także to, kim jest, zawdzięcza pieniądzom, którego jego przeklęty wuj wyciągnął z naszego majątku i wetknął swojej wnuczce! Złożymy na niego doniesienie i zażądamy, aby oddał nam tę sumę wraz z odsetkami. I wtedy nasza posiadłość rozkwitnie! Jutro natychmiast pojedziesz do Königsberga do naszego adwokata i…

– Moja droga mamo, iść w ślady własnych urojeń to najlepsze, co można robić wobec czekającego nas upadku. Jeśli zaskarżymy Fridolina i jego małżonkę, z pewnością przypomną sobie, że zapisany w ustawie rodzinnej posag dla córki, względnie, jak w tym wypadku, wnuczki ordynata w razie przejścia majątku na inną gałąź rodziny, nigdy nie został wypłacony. Jeśli Fridolin zażąda od nas tej sumy wraz z odsetkami, to będziemy mogli od razu podarować mu cały majątek. Nie będzie nam wówczas pozostawało nic innego.

Malwina słuchała wywodów syna z rosnącym oburzeniem. Nienawiść do Fridolina i jego żony Lory opanowała nawet jej sny. A teraz sama myśl o tym, że krewni mogliby jednym pociągnięciem pióra wygnać ją z majątku, doprowadziła ją do takiej pasji, że chwyciła butelkę z likierem i cisnęła nią o ścianę. Butelka rozbiła się z głośnym brzękiem, a gęsty likier rozprysnął się po całym pomieszczeniu.

Ottwald von Trettin wytarł chusteczką kilka kropel, które spadły też na jego twarz.

– Nie powinnaś się tak ekscytować, droga mamo, lecz pomyśleć o tym, jak znaleźliśmy się w tej sytuacji – powiedział spokojnie.

– Stało się tak z powodu pieniędzy, które stary Trettin ukradł z naszego majątku i zapisał swojej wnuczce! – warknęła z wściekłością.

– Więcej opanowania, droga mamo! Twoje ataki wściekłości może robiły jakieś wrażenie na ojcu, ale jeśli chodzi o mnie, jest to marnotrawstwo energii. Przestudiowałem dokładnie księgi majątku. Wolfhard Nikolaus von Trettin, dziadek Lory, może nie robił wszystkiego, aby majątek funkcjonował najlepiej jak się da, ale w żadnym wypadku nie zabrał z kasy owych bajecznych sum, które wymyśliłaś sobie w swojej fantazji. Kiedy mój ojciec przejął dobra, wszystko było w stabilnym, dobrym stanie i tak mogłoby być nadal, gdybyś nie skłoniła naszego inspektora, aby zaczął fałszować księgi i przekazywał ci większą część zdefraudowanych sum. Dzięki nim właśnie mogłaś odgrywać w Berlinie rolę wielkiej damy i wtykać sporo pieniędzy do kieszeni twojego ówczesnego kochanka.

Malwina uznała oskarżenie syna za tak bezwstydne, że uniosła rękę, aby wymierzyć mu siarczysty policzek. Ale Ottwald uchylił się zręcznym ruchem i skrzyżował ramiona na piersiach.

– Taka jest prawda, droga mamo! Zawsze kiedy wujek Fridolin zarządzał coś, co miało poprawić wydajność majątku, inspektor na twoje polecenie wykonywał tylko część tego, co nakazywał wuj, a resztę pieniędzy defraudował. Musisz zrozumieć, że mnie jako dziedzicowi i spadkobiercy ojca coś takiego nie może się podobać.

– Ale mówisz tak, jak gdybym wyłącznie ja była winna naszej wstydliwej sytuacji! – zawołała Malwina z oburzeniem. – I zapominasz, że także ochoczo wyciągałeś rękę po pieniądze, bo kieszonkowe, które przyznał ci Fridolin, było twoim zdaniem za niskie! I od kiedy prowadzisz majątek, też nie żyjesz zbyt oszczędnie.

– Mógłbym sobie na to pozwolić, gdybyś nie pozbawiła majątku tak dużej sumy – odparł jej syn niewzruszenie. – Dlatego będziesz musiała zgodzić się na to, abym poprosił wuja Fridolina o pieniądze. A on w trosce o czystość własnego nazwiska będzie musiał sprostać moim żądaniom.

Ottwald von Trettin uśmiechnął się z takim zadowoleniem, jak gdyby zupełnie zapomniał o spalonej szopie. Kusiły go nie tylko pieniądze krewnego, który mieszkał w Berlinie i był bogatym bankierem, lecz także sama podróż. W porównaniu ze stolicą cesarstwa Königsberg był jedynie prowincjonalną dziurą i Ottwald zakładał, że Berlin oferuje o wiele więcej szans zdobycia ręki jakiejś bogatej dziedziczki.

Malwina zrozumiała, że nie zdoła odwieść syna od jego zamiarów, chwyciła w kolejnym napadzie szału cenną chińską wazę, która od kilku pokoleń stanowiła istotną część posiadłości majątku Trettin, i także nią cisnęła o ścianę.

– W przyszłości powinnaś zaniechać czegoś podobnego, droga mamo – zganił ją syn. – Tę wazę mogliśmy dobrze sprzedać. I tak będziemy musieli zbyć sporo rzeczy, abym mógł zgromadzić pieniądze na podróż do Berlina. Jako Trettin z Trettina nie mogę pokazać się tam jak jakiś wieśniak z prowincji.

V

Lora von Trettin zmarszczyła czoło, widząc, że komtesa Nathalia już trzeci raz tańczy z podporucznikiem von Bukowem, tym razem był to nawet walc. Bukow był wprawdzie eleganckim oficerem i doskonałym tancerzem, ale w oczach Lory nie wydawał się wymarzonym kandydatem do ręki jej przyjaciółki. W mundurze, ze starannie przystrzyżonym wąsem wyglądał świetnie, potrafił też być znakomitym partnerem do rozmowy, Lora jednak słyszała już o co najmniej kilku barwnych historiach podporucznika związanych z kobietami. Podobno zalecał się do niejednej dziedziczki.

I kiedy Lora zastanawiała się, jak ma wyperswadować Nathalii jej upodobanie do osoby przystojnego oficera, niespodziewanie dobiegły ją skierowane wprost do niej słowa.

– Droga grafini Trettin, przeszła pani samą siebie, organizując tę uroczystość. Ale czy nie sądzi pani, że komtesa Nathalia jest zbyt uprzejma w stosunku do podporucznika von Bukowa?

Lora odwróciła się i zobaczyła przed sobą Rodegard von Philippstein – korpulentną matronę, która przybyła do Berlina po to, aby znaleźć odpowiedniego narzeczonego dla swej najstarszej córki. Właśnie dlatego Lora wiedziała, jak należy rozumieć tę uwagę. Pani von Philippstein była najwyraźniej bardzo zainteresowana młodym mężczyzną. Nawet jeśli Bukow nie uchodził za bogatego, to ponoć miał znakomite perspektywy na to, aby zostać dziedzicem swego niesłychanie bogatego dziadka, grafa Grimberta von Nehlena.

Lora popatrzyła na damę z wystudiowanym, starannie przećwiczonym przed lustrem uśmiechem.

– Droga pani von Philippstein, podporucznik von Bukow jest znakomitym tancerzem. Czy pani także tak uważa? Dlatego nie ma dla mnie nic dziwnego w tym, że Nathalia lubi z nim tańczyć. A przecież pani córka Gottlobina też już po raz drugi pozwoliła się mu zaprosić do tańca i słyszałam, że podporucznik zamierza zrobić to po raz trzeci.

– Miejmy nadzieję – wymamrotała Rodegard von Philippstein i w ten sposób nieświadomie zdradziła swoje plany. Lora raz jeszcze uśmiechnęła się do niej uprzejmie i cofnęła się, zostawiając tę tak niemiłą kobietę samą. A Lora dzięki tej krótkiej rozmowie była już zdecydowana zmyć głowę przyjaciółce jeszcze tego samego wieczoru. Choć niestety nie znała żadnego młodego mężczyzny, którego mogłaby polecić jako poważnego kandydata na męża.

– Cóż takiego zepsuło ci humor, moja droga? – usłyszała pytanie swojego męża.

– Ach, tylko osoba pewnego podporucznika, który zbyt natarczywie zaleca się do Nathalii – odpowiedziała Lora i wyznała po chwili, że tak naprawdę zdenerwowała ją pani Rodegard von Philippstein. – Wyobraź sobie, że ona robiła mi wyrzuty, bo Nati już trzeci raz tańczy z von Bukowem. A biłaby brawo, gdyby on przez cały wieczór patrzył tylko na Gottlobinę. Mój Boże, jak można dać dziecku takie imię? Gdybyś żądał ode mnie, abym nazwała tak córkę, to poważnie zastanawiałabym się, czy nie wystąpić o rozwód.

Lora potrząsnęła z oburzeniem głową, a Fridolin roześmiał się cicho.

– To przekleństwo tradycji, moja droga. W dzisiejszych czasach nie powinnaś na ulicy głośno wołać do mnie Wilhelm albo Friedrich! Za takie coś mogłabyś zostać stratowana.

– Ja w każdym razie życzę Gottlobinie von Philippstein sukcesów w staraniach o podporucznika von Bukowa. Nathalia powinna jednak zostawić tego mężczyznę w spokoju.

– Nie wierzę, żeby on to zrobił. Nathalia jest w końcu niesłychanie bogatą dziedziczką. Nawet jeśli on nie musi teraz zaciskać pasa, to taka dziewczyna stanowi dla niego dużą pokusę, zwłaszcza że Nati jest w dodatku wyjątkowo śliczna, a Gottlobina przy niej bardzo niepozorna. Musimy tylko zwracać uwagę, aby wszystko odbywało się w stosownych ramach. Przypomnij sobie tego młodego studenta, który rok temu chciał namówić Nati, aby z nim uciekła. Chłopak poniósł niezłe wydatki, żeby załatwić dorożkę i jeszcze parę innych rzeczy. I kiedy przyjechał ze wszystkim na miejsce spotkania, to czekał na niego Johann z wiadomością, że komtesa się rozmyśliła i chce jeszcze poczekać kilka lat, zanim zdecyduje się na stan małżeński.

Na twarzy Lory pojawił się cień uśmiechu. Rozczarowany adorator napisał wprawdzie w liście do Nathalii, że złamała mu serce, ale w gruncie rzeczy była to niewinna zabawa. Ale jeśli chodzi o Bukowa, to wyglądało to inaczej. Oficerowie tacy jak on nie pozwalali sobie na to, aby odprawiano ich tak łatwo.

– Jeszcze dziś wieczorem porozmawiam z Nati i wyjaśnię jej, że nie wolno jej łudzić Bukowa. – Lora oparła się poufale o męża. – A co z tobą? Pójdziemy po balu razem do łóżka?

Fridolin potrząsnął z żalem głową.

– Dohnke i Grünfelder zapowiedzieli już, że jeszcze dziś wieczorem muszą pomówić ze mną o ważnych interesach. Chodzi o znaczne sumy i może to potrwać dłużej.

– Ale pewnie nie będziesz im towarzyszył, jak jeszcze gdzieś pójdą?

Fridolin miał wrażenie, że w głosie Lory usłyszał zazdrość. A przecież naprawdę nie było ku temu podstaw. Mężczyźni tacy jak Grünfelder i jego zięć co prawda odwiedzali okazyjnie domy publiczne w rodzaju Le Plaisir, szukając tam odprężenia. On tego jednak nie potrzebował. W zadumie popatrzył na ukochaną żonę i pomyślał nie po raz pierwszy, że z upływem lat jest coraz piękniejsza. Choć urodziła dwoje dzieci, była ciągle szczupła, ale mimo to nie musiała podkreślać biustu za pomocą owych cudownych gorsetów, jakie ostatnio polecały gazety. Lora miała ciągle dziewczęcą twarz, nawet jeśli tak jak teraz pojawiał się na niej wyraz zamyślenia. Elegancko ułożone włosy w ostatnich latach stały się trochę ciemniejsze, ale błyszczały jak bursztyn w świetle świec, które Fridolin wolał od oświetlenia elektrycznego. A już jeśli chodziło o garderobę Lory, to młoda kobieta miała znakomity gust.

– Chciałabym się dowiedzieć, o czym właśnie myślisz – Lora trąciła w bok Fridolina i wyrwała go z zamyślenia. Ten ścisnął w odpowiedzi jej rękę.

– Myślałem właśnie o tym, jak bardzo muszę być szczęśliwy, pojąwszy cię za żonę. Jesteś piękna!

– Coś takiego miło jest słyszeć, nawet od własnego męża. – Lora była zdania, że ona także nie ma powodu się uskarżać, bo Fridolin wyglądał znakomicie i również ubierał się stylowo i elegancko. Co prawda nosił taką samą krzaczastą brodę jak następca tronu Friedrich, podczas kiedy jego kompan Emil von Dohnke, podobnie jak podporucznik von Bukow, preferowali starannie przystrzyżone wąsy, co stało się modne za sprawą księcia Wilhelma, syna następcy tronu. Ale Lora zdążyła się już przyzwyczaić do brody swojego małżonka. A poza tym jej przyjaciółka Mary Benecke mawiała, że dzięki brodzie Fridolin sprawiał wrażenie człowieka niezwykle rzetelnego i solidnego, a to jako bankierowi odnoszącemu liczne sukcesy było mu bardzo potrzebne.

– Wydaje mi się, że taniec dobiegł końca. – Słysząc słowa męża, Lora się odwróciła.

Adolar von Bukow właśnie ukłonił się elegancko przed Nathalią i prowadził ją do Lory, która widząc to, z zadowoleniem stwierdziła, że jej podopieczna podała młodemu oficerowi na pożegnanie zaledwie czubki palców.

– Łaskawa pani! – Na twarzy podporucznika von Bukowa pojawił się zniewalający uśmiech, któremu kobiety rzadko kiedy mogły się oprzeć. Oficer ukłonił się teraz przed Lorą.

– Dziękuję panu, podporuczniku, że zwraca mi pan moją protegowaną w nienaruszonym stanie. – W uśmiechu Lory brakowało ciepła, którego spodziewał się von Bukow, a w dodatku żona Fridolina, nie czekając na odpowiedź oficera, zwróciła się do Nathalii:

– Wyglądasz na rozgrzaną, moja droga. Powinnaś zrezygnować z tańców w pozostałej części wieczoru.

– To byłoby okrutne, łaskawa pani! – zawołał Bukow. – Miałem nadzieję, że wolno mi będzie zaprosić panienkę do ostatniego tańca.

– Niestety, nie dostąpi pan tej przyjemności. – Mina Lory nader wymownie świadczyła o tym, że podporucznik tego dnia nie powinien liczyć na żaden sukces. Oficer ukłonił się ponownie i spytał, czy wobec tego wolno mu będzie się pożegnać.

– Mam nadzieję, że zostanie pan jeszcze. Panna von Philippstein nie znalazła żadnego kawalera na następny taniec. – Na ustach Lory pojawił się kpiący uśmiech, kiedy mówiła te słowa, a von Bukow, słysząc je, westchnął z rezygnacją i podszedł do Gottlobiny.

Lora i Nathalia zostały na chwilę same.

– Co właściwie masz przeciwko Bukowowi? – spytała dziewczyna.

Lora wiedziała, że może rozmawiać z Nathalią otwarcie.

– Ma na koncie zbyt wiele historii z kobietami i towarzyszących temu skandali! A poza tym uważam go za łowcę posagów i robi to tak gorliwie, że mam wrażenie, iż nie będzie spadkobiercą swojego wuja.

– Jest jeszcze dwóch konkurentów, ale podporucznik sądzi, że pozbędzie się ich obu z łatwością. Gdyby tak się stało, to pan von Bukow byłby dobrą partią także dla komtesy Retzmann – oświadczyła bez namysłu Nathalia.

Lora miała wrażenie, że się przesłyszała.

– Chyba nie zakochałaś się w von Bukowie?

– Co to znaczy zakochała? O czymś takim można przeczytać tylko w powieściach. Sprawdzam po prostu, czy ci panowie, którzy starają się o moją rękę, odpowiadają moim wymaganiom. Jeśli tak, to zastanowię się, który będzie najlepszym kandydatem na męża. Za Bukowem przemawia kilka powodów, choć nie jest ich tyle co trzeba. Nawiasem mówiąc, spędza wakacje w majątku swojego bogatego wuja, razem z oboma konkurentami, czego się ku swemu niezadowoleniu dowiedział. I chciałby, abym go tam odwiedziła. Z pewnością nie masz nic przeciwko temu, że przyjęłam to zaproszenie w imieniu nas obu. To tylko dziesięć kilometrów od mojego majątku, a podróż będzie przyjemną popołudniową wycieczką. – Nathalia ćwierkała jak ptaszek i najwyraźniej cieszyła ją perspektywa tego wyjazdu.

Sympatia Lory do von Bukowa w tym momencie wyraźnie zmalała. Jak w ogóle mógł wpaść na pomysł, aby zapraszać do siebie jej podopieczną! W końcu nie był właścicielem tego rycerskiego majątku, a jedynie ewentualnym przyszłym spadkobiercą, choć być może czuł się z tego powodu kimś lepszym od swoich konkurentów. Ale Lora zaniechała dalszej krytyki, bo dobrze znała Nathalię. Wiedziała, że jeśli jej czegoś zabroni, to jej słowa będą dla dziewczyny wręcz wyzwaniem i zachętą, aby postąpić dokładnie wbrew temu.

– A więc dobrze, obejrzyjmy sobie ten majątek. W końcu musisz się przekonać, czy będzie on stosowny dla komtesy Retzmann.

– Też tak uważam! – uśmiechnęła się do niej Nathalia, przy czym zauważyła kolejnego młodego oficera, który szedł prosto w jej kierunku, i westchnęła. – Zupełnie zapomniałam, że obiecałam jeden taniec kapitanowi Gierkemu. Gdybyż on tylko nie był tak nudny.

Mimo tych słów dziewczyna skinęła oficerowi przyjaźnie głową i podała mu rękę. I kiedy, opierając się na jego ramieniu, wirowała w tańcu na parkiecie, zdaniem Lory wcale nie sprawiała wrażenia, że nudzi się w towarzystwie Gierkego. Kilkakrotnie roześmiała się głośno, słysząc jego komplementy, co kobietom takim jak Rodegard von Philippstein mogło wydać się zbyt swobodne.

– Wszystko wskazuje na to, że mam przed sobą sporo pracy, jeśli chodzi o wychowanie Nati – westchnęła Lora.

W następnej chwili znalazła się w towarzystwie Wilhelminy von Dohnke, małżonki Emila, który był wspólnikiem Fridolina. Prowadziła uprzejmą rozmowę z żoną bankiera i jednocześnie rozglądała się dyskretnie za swoim mężem. Ale wszystko przemawiało za tym, że przebywał już w jednym z pokojów wraz ze swymi partnerami od interesów i w związku z tym to jej przypadła przyjemność zakończenia wieczoru i pożegnania towarzystwa.

VI

Fridolin von Trettin zaczekał, aż służący postawi na stole przygotowane cygara, likier i opuści pokój, po czym popatrzył pytająco na Emila von Dohnkego i jego teścia.

– A teraz powiedzcie, panowie, co wam leży na sercach. Bo widząc wasze miny, można by przypuszczać, że zawaliło się pół banku.

– To akurat nie – odpowiedział Dohnke. – Ale sprawa jest bardzo niepokojąca. Chodzi o bardzo wysoki kredyt udzielony pewnemu panu, który dotychczas był klientem solidnym i godnym zaufania.

– Czy to oznacza, że już taki nie jest?

– Niestety tak – przyznał stary bankier. – Udzielałem temu panu już przed laty wielu kredytów i nie spodziewałem się niczego złego, kiedy ubiegłego roku poprosił o kolejny. Oferowane zabezpieczenia wydawały się niewątpliwe i nie budziły żadnych obaw.

Dohnke poparł swojego teścia.

– Ten pan jest właścicielem jednego z największych majątków w pobliżu Bremy i w celu przerobu swoich produktów chciał otworzyć fabrykę konserw. Przyszłe zyski wydały nam się dostatecznie wysokie, aby móc przyznać kolejny kredyt. Kilka tygodni temu właściciel przysłał do nas swojego syna i polecił mu zawiadomić nas, że pojawiły się pewne problemy, z którymi jednak będzie w stanie się uporać. Oczywiście potrzebował kolejnych pieniędzy, aby sytuacja się nie zaogniła. Jako zabezpieczenie zaoferował nam dziedziczną biżuterię swojej rodziny.

– Ciągle nie rozumiem, co w tym złego – wtrącił Fridolin.

– Otóż ta biżuteria jest fałszywa! – August Grünfelder zdobył się na to wyznanie z wyraźną trudnością.

– Czy panowie nie oddaliście jej przedtem do wyceny? – spytał zaskoczony Fridolin.

– Oczywiście, że oddaliśmy! I to do jubilera cieszącego się najlepszą opinią. I w drodze stamtąd do naszego banku musiała zostać zamieniona. Aby teraz ustalić, w jaki sposób to się mogło stać, zatrudniliśmy detektywa. Zleciłem mu też ustalenie miejsca pobytu tego klienta.

– A więc ten klient w dodatku zniknął! – Fridolin nie oczekiwał niczego innego po opowieści Grünfeldera.

– Tak, zniknął. I zostawił ogromne długi! – Emil von Dohnke zacisnął mimowolnie dłonie w pięści, ale nie bardzo miał na czym ani też na kim wyładować gniewu.

– A jak wobec tego wygląda sprawa zabezpieczeń? – dopytywał się Fridolin.

– Źle! Mówiąc dokładnie: bardzo źle! Ten mężczyzna oprócz nas oszukał jeszcze cztery banki, i to na ogromne sumy. Sprawa traktowana jest oczywiście z odpowiednią dyskrecją. – Dohnke potarł czoło i jednym haustem wypił koniak, nie rozkoszując się w ogóle jego aromatem.

To wszystko mocno dało mu się we znaki, pomyślał Fridolin, ale był teraz zbyt zaaferowany, aby okazać współczucie.

– To wszystko było chyba traktowane ze zbyt daleko posuniętą dyskrecją, skoro aż do tej pory nie dane mi było o niczym się dowiedzieć!

Dohnke rozłożył ręce w geście bezradności.

– Dobry Boże, myśleliśmy, że to będzie kredyt, jakiego może udzielić każdy z nas. Pan był w tym czasie w Anglii i nie widzieliśmy powodu, dla którego mielibyśmy do pana telegrafować. W chwili pańskiego powrotu sprawa była już zamknięta i zdaliśmy się na ekspertyzę jubilera.

– Na ile pewny był waszym zdaniem ten człowiek?

– Całkowicie pewny! To przecież on zwrócił nam uwagę na oszustwo. Inny bank, który także otrzymał biżuterię od barona Klingenfelda, chciał ją sprzedać, kiedy minął termin spłaty krótkoterminowego kredytu, a wpłaty nie było. Aby zmaksymalizować zysk, bank dał biżuterię do ekspertyzy do tego samego jubilera, który sporządzał ekspertyzę także dla nas. A on bez trudu odkrył fałszerstwo i przypomniał sobie przy okazji, że oszust przekazał nam jako zabezpieczenie dokładnie tę samą biżuterię. Kiedy otworzyliśmy sejf i zaprezentowaliśmy mu to, co otrzymaliśmy, od razu stwierdził, że także otrzymaliśmy falsyfikaty. Wygląda na to, że Richard von Klingenfeld bądź jego syn Anno wzięli ostatni kredyt z zamiarem oszustwa.

Wyjaśnienia Dohnkego brzmiały logicznie, Fridolin zadawał sobie jednak w duchu pytanie, dlaczego obaj jego wspólnicy postanowili powiedzieć mu to wszystko teraz, tak późnym wieczorem. Poza tym irytował go fakt, że aż do tej chwili nie powiedziano mu o sprawie ani słowa.

– Powinniście byli panowie poinformować mnie o wszystkim najpóźniej w chwili, kiedy oszustwo wyszło na jaw – zganił swoich partnerów.

– Rozważaliśmy to, ale myślałem, że będę mógł sam załatwić tę sprawę. Dziś jednak okazało się, że to nie będzie możliwe. Dlatego właśnie chcieliśmy koniecznie porozmawiać z panem.

Nietrudno było zauważyć, że Grünfelder ma wyrzuty sumienia, ale Fridolin nie chciał, żeby wszystko uszło mu tak łatwo na sucho.

– Czy wobec tego nie można było poczekać ze sprawą do jutra rana? Mogliśmy to wszystko omówić spokojnie w biurze.

– Czas nagli bardziej, niż pan myśli – wyjaśnił Dohnke. – Chodzi o ostatnie zabezpieczenie, którym dysponujemy, a jest to hipoteka majątku Klingenfeld oraz częściowo zbudowana już fabryka konserw. Jeśli sami do poniedziałku nie zajmiemy tej posiadłości, to niestety jedno i drugie pójdzie pod młotek. Wówczas do straty spowodowanej fałszywą biżuterią dodać trzeba będzie większą część poprzedniej, którą stanowią rzekomo pewne kredyty.

– Ufałem baronowi Klingenfeldowi i liczyłem, że mimo pewnych problemów będzie mógł dopełnić swoich zobowiązań. Dlatego też wyznaczyłem mu kolejne terminy spłat. Ale pozostali kredytodawcy, na których zabezpieczenia składają się inne majątki barona, wnieśli już o egzekucję. Jeśli nie będziemy działać szybko, pod młotek pójdzie też dwór wraz z innymi wiejskimi przyległościami, a zapewne pan rozumie, co to będzie oznaczać dla nas.

W głosie Grünfeldera słychać było rozpacz i Fridolin doskonale zdawał sobie sprawę, co czuje stary bankier. Podczas przymusowej licytacji rzadko udawało się osiągnąć faktyczną cenę. Bardziej prawdopodobne, że ktoś nabędzie majątek za ułamek jego prawdziwej wartości. Fridolin chciał, aby straty banku były jak najmniejsze, zaczął więc pytać o szczegóły. Dohnke wyjaśnił je z takim pośpiechem, jak gdyby wyuczył się wszystkiego na pamięć. Zięć Grünfeldera wyciągnął nawet kilka kartek z wewnętrznej kieszeni kamizelki, na których zanotował wielkość, prawdopodobną wartość majątku, jak też jego położenie.

– Doprawdy godny pożałowania jest fakt, że Klingenfeld nie leży w pobliżu Berlina. Tu łatwo znaleźlibyśmy barona zajmującego się przemysłem, który byłby zainteresowany odpowiednią posiadłością na wsi.

– Ale Klingenfeld leży niecałe osiem mil niemieckich od Bremy, a nawiasem mówiąc: niedaleko od dworu pańskiej protegowanej Nathalii – dodał August von Grünfelder, chcąc uzupełnić słowa zięcia.

Fridolinowi przemknęło przez głowę, że obaj zachowują się tak, jak gdyby chcieli zachęcić wahającego się klienta do kupna jakiegoś towaru. Zanim jednak odpowiedział, Dohnke zaczął kontynuować wyjaśnienia.

– Ani mój teść, ani ja nie możemy przejąć majątku, a więc musimy znaleźć kupca. A ceny wiejskich posiadłości w ostatnich latach bardzo spadły i ponieślibyśmy ogromną stratę. Dlatego pomyśleliśmy, że może pan mógłby…

A więc wyszło szydło z worka, pomyślał Fridolin. Ponieważ Grünfelder podpisał umowy z tym klientem na własną odpowiedzialność, jego zadaniem byłoby wyrównać większą część straty ze swojego wkładu w banku. Ale wówczas udział seniora znacznie by spadł, a on sam znalazłby się w efekcie zaledwie na pozycji pierwszego dyrektora. Fridolin przez chwilę miał ochotę, aby zaryzykować i doprowadzić właśnie do tego. Wolał jednak dalej współpracować z pełnym zaufaniem z Grünfelderem i Dohnkem. Ale czy był to wystarczający powód, aby kupować tak olbrzymią posiadłość?

– Wiecie, panowie – odpowiedział przeciągle – że też nie urodziłem się w rodzinie bogaczy, tylko jako syn żołnierza.

– Ale pochodzi pan z rodziny wiejskiej szlachty i dlatego potrafi pan ocenić, czy ktoś chce panu wmówić, że X to to samo co Y. A poza tym mój teść i ja ponieśliśmy już większe straty z powodu fałszywej biżuterii. Gdybyśmy teraz musieli jeszcze zatrzymać ten majątek, nie moglibyśmy już wyłożyć sumy koniecznej do tego, aby wesprzeć bank – tłumaczył Dohnke, którego głos lekko drżał ze zdenerwowania.

– I to nie jest tak, że będzie pan musiał od razu zapłacić całość sumy za tę posiadłość – wszedł w słowa zięcia Grünfelder. – Myśleliśmy o płatnościach rozłożonych na dziesięć lat, oczywiście bez odsetek, a poza tym pańskie udziały wzrosłyby o pięć procent.

Fridolin raz jeszcze zerknął na kartkę z informacjami na temat majątku i odetchnął głęboko. Chociaż wychowywał się w Berlinie, to na tyle często odwiedzał swojego wuja w jego majątku w Prusach Wschodnich, że znalazł upodobanie w życiu na wsi. I dawno już rozważał kupienie małej wiejskiej posiadłości w okolicy Berlina, gdzie Lora i dzieci mogłyby spędzać wakacje. Ale czym innym było kupienie posiadłości liczącej dwadzieścia, może trzydzieści morgów, a czym innym nabycie majątku tak wielkiego jak Klingenfeld. Choć z drugiej strony Fridolin wiedział, że trudno mu będzie nie zgodzić się na nalegania swoich partnerów. I gdyby nabył całą posiadłość, to straty Grünfeldera i Dohnkego byłyby mniejsze o ponad połowę, wartość jego wkładów wzrosłaby zaś o pięć procent.

– Powinniśmy to wszystko jeszcze rozważyć, panowie. Pozwolicie, że obejrzę sobie Klingenfeld, zanim podejmę jakąkolwiek decyzję – odpowiedział.

– Ale musimy do poniedziałku dać znać, czy majątek będzie licytowany. – Dohnke chciał powiedzieć coś jeszcze, jego teść go jednak powstrzymał.

– Pan von Trettin ma rację. Tylko wtedy, gdyby był kiepskim człowiekiem interesu, zdecydowałby się natychmiast. Oświadczymy w sądzie, że sami przejmiemy ten majątek. Gdyby pan von Trettin jednak się nie zdecydował, to osobiście poniosę tego konsekwencje, a także straty.

Fridolin popatrzył na wyraźnie rozsierdzonego starego człowieka i poczuł litość. Ale w interesach tego rodzaju uczucia były tylko przeszkodą, oświadczył więc, że przystaje na takie rozwiązanie.

VII

Lora pożegnała ostatniego gościa i rozejrzała się po pustej sali, ciągle jeszcze tonącej w ciepłym świetle świec. Parkiet błyszczał w złotych odcieniach, a w delikatnym wzorze na tapetach odbijał się blask świec. Umeblowanie salonu stanowiły jedynie wygodne fotele dla babć, które chciały się przyglądać, jak tańczą ich wnuczki. Do dyspozycji tych, którzy nie tańczyli, przygotowane były trzy kolejne pokoje. W najmniejszym panowie mogli zapalić cygaro i wypić koniak, w kolejnym damy mogły cieszyć się rozmową przy lekkim winie, w trzecim zaś podano przekąski, które Lora nabyła w najlepszych delikatesach Berlina.

– Nie jesteś zadowolona z tego wieczoru? – spytała Nathalia, widząc zamyśloną twarz swojej mentorki i przyjaciółki.

Lora odwróciła się w jej stronę z uspokajającym gestem.

– Ależ jestem! Przecież to była piękna uroczystość!

Mówiąc to, Lora patrzyła badawczo na dziewczynę. Ona sama jak na kobietę była dość wysoka, a Nathalia sięgała jej zaledwie do podbródka i w swojej białej sukni wieczorowej przypominała leśnego elfa. Ale Lora wiedziała dobrze, że w falbanach z drogiego jedwabiu krył się raczej kobold niż elf.

– A ty? Dobrze się bawiłaś? – spytała.

– Może być. Ludzie są przeważnie śmiertelnie nudni, niesłychanie zarozumiali i potwornie głupi.

Osąd Nathalii mógł się wydać surowy, ale Lora przyznała w duchu, że jeśli chodzi o każdego z jej gości, to przynajmniej jeden z tych punktów był trafny. A niektórych dotyczyły wszystkie trzy. Lora zachichotała i wskazała na jeden ze świeczników, którego światło rozjaśniało salę.

– Wkrótce będzie nam potrzebne światło elektryczne, jeśli wśród naszych gości nie chcemy uchodzić za staromodnych. A w Berlinie nikt nie chce mieć takiej opinii.

– Lubię światło świec o wiele bardziej niż to z tych śmiesznych żarówek – odparła Nathalia, marszcząc nos.

– Nie chodzi o to, co nam się podoba, tylko o to, co jest modne.

– Och! Ja trzymam stronę jego wysokości króla Wilhelma, który też nie ceni tych nowoczesnych ozdóbek. Przecież ciągle jeszcze każe sobie sprowadzać z hotelu de Rome wannę, kiedy chce się wykąpać!

Nathalia się roześmiała. Była od dawna przyzwyczajona do własnej łazienki i taka postawa wydała jej się archaiczna.

Lora zachichotała, wyobrażając sobie, jak to cesarska wanna w asyście wojska jest wieziona z hotelu do pałacu i z powrotem, ale odpędziła szybko tę myśl, bo właściwie chciała omówić coś ważniejszego. I choć wiedziała, że jej młoda przyjaciółka na pouczenia reagowała z najwyższą niechęcią, to ta sprawa wydawała jej się zbyt istotna.

– Mam nadzieję, że nie myślisz poważnie o tym, aby zachęcać do starań o twoją rękę podporucznika von Bukowa. To nie byłby dobry mąż dla ciebie.

Nathalia w odpowiedzi wykonała lekceważący ruch ręką, po czym oświadczyła:

– Już ja go sobie wychowam! Przy czym długo jeszcze nie będę miała zamiaru zawinąć do portu zwanego małżeństwem.

– Nati, używasz niewłaściwego tonu – zganiła Lora swoją młodą przyjaciółkę.

– Przyczyną musi być chyba wychowanie, które otrzymałam od ciotki Dorothei i od ciebie. W Bremie przebywałam przeważnie w towarzystwie wilków morskich, tu zaś otaczają mnie wojskowi i przechwalają się jak ci pierwsi. – Nathalia się roześmiała i skinęła na służącego, który właśnie niósł na tacy czyste kieliszki i butelkę szampana.

– Myślę, że obie na to zasłużyłyśmy – powiedziała do Lory, każąc nalać dwa kieliszki. Wzniosła jeden z nich, mówiąc: – Salut! Tak na pewno powiedziałaby ciotka Lianne.

Stuknęła o kieliszek Lory i z nieukrywaną przyjemnością wypiła kilka łyków.

– Powiedz, naprawdę ci to smakuje? – spytała Lora, która nigdy nie mogła doszukać się przyjemności w piciu napojów alkoholowych.

– Może być, ale mogłabym spokojnie wypić podwójny rum, jak przystało na armatorkę.

Lora nie po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, jak mogłaby nieco pohamować swawolność Nathalii, bo ta panna zaczynała wydawać jej się zbyt śmiała i bezpośrednia. Dlatego przybrała poważny wyraz twarzy i spojrzała ostro na swoją podopieczną.

– Muszę powiedzieć, że mnie rozczarowujesz, Nathalio, a ciotka Dorothea powiedziałaby to samo. Bądź co bądź, jesteś młodą damą i wkrótce skończysz dziewiętnaście lat. W twoim wieku byłam już mężatką od prawie trzech lat.

– Też mogłam wyjść za mąż, kiedy miałam szesnaście lat, ale to ty powstrzymywałaś mnie od tego kroku! – odpowiedziała Nathalia z udawanym oburzeniem.

Lora z początku nie zrozumiała, co miała na myśli jej przyjaciółka, ale po chwili nie mogła się nie roześmiać.

– O Boże, znów zaczynasz? Ten mężczyzna miał wtedy trzy razy więcej lat od ciebie, był jarmarcznym aktorem i jak się potem dowiedziałam, miał żonę.

– Ale świetnie wyglądał i miał muskuły jak grecki bóg!

– Nie mogę tego ocenić, bo nigdy nie widziałam greckiego boga. W każdym razie ów jarmarczny zapaśnik nie byłby właściwym mężem dla ciebie.

Lora chciała jeszcze coś dodać, ale dostrzegła, że jej podopieczna po prostu z niej zadrwiła, i potrząsnęła tylko głową.

– Doprawdy, szkoda na ciebie czasu. A przy tym i Dorothea, i ja naprawdę zadałyśmy sobie dużo trudu, abyś stała się dobrze wychowaną młodą damą. Pamiętam, jak często musiałam jeździć do Szwajcarii i przekonywać dyrektorki internatów, aby nie wyrzucały cię ze szkoły.

– Też to pamiętam – oświadczyła Nathalia ze śmiechem. – Jednemu z tych smoków zarzuciłaś, że powinna była zostać feldfeblem w pruskiej armii, a nie wychowywać małe dziewczynki, a u tej drugiej w pierwszej chwili myślałam, że odbierzesz jej rózgę i wyliczysz jej tyle samo uderzeń, ile dostałam ja. Szkoda, chętnie bym to zobaczyła. A ta trzecia…

Lora prychnęła z oburzeniem i wymierzyła Nathalii klapsa.

– Nie udawaj, że zawsze byłaś niewiniątkiem. Wsadzić komuś nieżywego szczura pod pierzynę to coś bardzo niestosownego!

– Ale za to sprawiło dużo przyjemności – odparła Nathalia z figlarnym błyskiem w oczach. – Jakże chętnie zrobiłabym to znowu. Ostatecznie mogłaby być też żaba. Lubisz przecież żaby, prawda?

– Ale nie w moim łóżku! – Lora miała wrażenie, że rzuca grochem o ścianę. Wolała skierować myśli na coś innego i skinęła na gospodynię.

– Możecie już tu posprzątać i wnieść meble z powrotem, pani Knoppke. Następna uroczystość tego rodzaju odbędzie się na szczęście dopiero jesienią.

– Łaskawa pani może zdać się na mnie. Kiedy jutro…

– Dzisiaj, Jutto! Północ już minęła – Nathalia poprawiła kobietę ze śmiechem.

– Niestosowne jest zwracać się do gospodyni po imieniu – upomniała swoją podopieczną Lora.

– Jutta podoba mi się bardziej niż pani Knoppke. A poza tym dawniej też ją tak nazywałam – odparła Nathalia, ale zrozumiała, że nie powinna przeciągać struny, i ujęła Lorę pod ramię.

– Zobaczymy, co robią nasze maluchy? – Nathalia z doświadczenia doskonale wiedziała, że już samo napomknienie o dzieciach Lory usposobi jej starszą przyjaciółkę przyjaźnie. Tak też było i tym razem.

– Pani Knoppke, zdaję się całkowicie na panią! – Lora skinęła gospodyni głową i pozwoliła, aby Nathalia pociągnęła ją w stronę pokoju dla dzieci. – Czas, abyśmy poszły już do łóżek. Ale rzeczywiście powinnyśmy najpierw zobaczyć, co u dzieci.

Obie kobiety opuściły pomieszczenia reprezentacyjne willi i weszły po schodach na drugie piętro. Lora minęła drzwi prowadzące do jej własnych pokojów, po czym zatrzymała się przed drzwiami dziecinnego pokoju i nasłuchiwała przez chwilę.

– W środku jest zupełnie cicho – powiedziała, po czym uchyliła ostrożnie drzwi i zajrzała do środka.

W obszernym pomieszczeniu znajdowało się kilka szaf i komód, przeznaczonych nie tylko dla dzieci. One same leżały w dwóch ustawionych w około dwumetrowych odstępach łóżeczkach z baldachimami. W świetle padającym przez uchylone drzwi Lora dostrzegła, że zarówno czteroletni Wolfhard, jak i dwuletnia Dorothea smacznie śpią. Ich matka z ulgą zamknęła drzwi i skinęła głową Nathalii.

– Wolfi i Doro są w świecie sennych marzeń – powiedziała.

– My wkrótce też tam będziemy – oświadczyła Nathalia. – Gdzie właściwie jest Fridolin? Pod koniec przyjęcia już go nie widziałam.

– Grünfelder i Dohnke chcieli z nim porozmawiać. Kto wie, jakie interesy ci dwaj mu teraz zaproponują.

Lora znów poczuła irytację na myśl o tym, że obaj wspólnicy jej męża absorbowali go nawet nocami, miała jednak nadzieję, że będzie mogła jeszcze porozmawiać z Fridolinem na temat wieczoru oraz gości. Choć wszystko wskazywało na to, że mąż oraz jego dwaj partnerzy ciągle jeszcze byli zajęci rozmową.

Zaledwie ta myśl przemknęła jej przez głowę, usłyszała głos Emila von Dohnkego, dobiegający z pokoju, w którym panowie palili cygara.

– A więc jesteśmy tego samego zdania, grafie Trettin! Życzę panu przyjemnej podróży i mam nadzieję, że wszystko przebiegnie zgodnie z pańskimi oczekiwaniami. Chcemy tylko, aby przekazał nam pan telegraficznie pańską decyzję. Teraz jednak byłbym bardzo wdzięczny, gdyby oddał mi pan do dyspozycji swój powóz, bo mój teść chce dzisiejszej nocy wybrać się gdzieś sam.

Pewnie do Le Plaisir, pomyślała Lora. Spotykała się od czasu do czasu z Hedą Pfefferkorn – po zamążpójściu noszącą nazwisko Laabs. Co prawda dla damy o towarzyskiej pozycji Lory było to coś nie do pomyślenia, ale ona sama lubiła Hedę od chwili, kiedy ta wsparła ją w potrzebie. I to od niej Lora się dowiedziała, że August von Grünfelder regularnie odwiedza jej lokal, aby znaleźć tam to, czego jego żona nie była już skłonna mu dawać.

VIII

Kiedy Fridolin wszedł do sypialni, Lora była już w łóżku.

– Czy coś się stało? – spytała zaniepokojona, bo jej mąż wyglądał jak mały chłopiec, który zjadł coś, co było zabronione.

Odetchnąwszy głęboko, Fridolin usiadł na brzegu łóżka.

– Być może nazwiesz mnie głupcem, który pozwolił na to, aby jego właśni partnerzy w interesach wystrychnęli go na dudka.

– Co masz na myśli?

– Może popełniłem olbrzymi błąd, ale nie wiem, czy było inne wyjście. Chodzi o pewien kredyt, który nie został zwrócony. Właściwie sam Grünfelder powinien ponieść straty, bo to on zgodził się na przyznanie sumy w takiej wysokości.

Fridolin zastanawiał się, jak ma w przystępny sposób wyjaśnić żonie całość sprawy. Nie znała się w ogóle na zasadach wewnętrznych rozliczeń, podobnie jak na ustawowych podstawach rozwiązywania takich przypadków jak ten.

– Czy Grünfelder i Dohnke zażądali, abyś ty także poniósł jakieś straty wespół z nimi? – spytała, kiedy milczenie Fridolina się przeciągało.

– Można tak powiedzieć – odparł. A ponieważ sprawy nie można było wyjaśnić w kilku słowach, Fridolin opowiedział żonie o sfałszowanej biżuterii.

– Wszystko wskazuje na to, że baron Anno von Klingenfeld, który występuje w imieniu ojca, wykonał kilka kopii biżuterii i zamieniał jej oryginał na bezwartościowe falsyfikaty w drodze od sporządzających ekspertyzy jubilerów do kolejnych banków. Oczywiście zatrzymał oryginał. W ten sposób wyłudził ogromny majątek! Wprawdzie Grünfelder zlecił pewnemu detektywowi, aby odnalazł oszusta, ale sądzę, że ten człowiek już jest w drodze do jakiegoś odległego kraju, może nawet do USA czy Argentyny. Ma teraz dość pieniędzy, aby się tam osiedlić i grać rolę bardzo bogatego, wielkiego pana.

– A więc miejmy nadzieję, że ten detektyw mimo wszystko go znajdzie i odzyska pieniądze oraz biżuterię – odpowiedziała Lora, uznając, że temat nie jest na tyle interesujący, aby nie pocałować Fridolina. Jej mąż objął ją i oddał pocałunek. Potem jednak się zamyślił.

– Możesz mi wierzyć, że jedyne, co teraz mam chęć zrobić, to opowiadać dalej. Leży mi na sercu, abyś wiedziała o wszystkim. Co powiedziałabyś na to, że być może wkrótce będziesz nazywać samą siebie panią na włościach?

– Panią na włościach? Cóż ci przychodzi do głowy?