Linie kodu kreskowego - Krisztina Tóth - ebook

Linie kodu kreskowego ebook

Krisztina Tóth

3,5

Opis

Kod kreskowy to symbol dostatku Zachodu: coś nieosiągalnego, upragnionego. To także metafora kolejnych etapów życia. Każda z piętnastu historii nosi podtytuł „linia” i odnosi się do poszczególnych ról, w jakie wchodzą główne bohaterki – czy to dziewczynki, czy już młode kobiety? – o tym czytelnik decyduje sam.

Proza Tóth to dojrzały, oryginalny i pełen delikatności głos współczesnej literatury: pozbawionej patosu, moralizatorstwa i wulgarności, a przy tym tchnący uwodzicielską świeżością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 202

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (2 oceny)
0
1
1
0
0

Popularność




Krisztina Tóth

Linie kodu kreskowego

Piętnaście historii

Przełożyła: Anna Butrym

Wrocław 2016

NIEZAMIESZKAŁY CZŁOWIEK

(Linia graniczna)

Stało się tak, że jednak nie zdążyłam pojechać tam już w czwartek. Dopiero w niedzielę dotarłam do Kecskemétu, zbyt późno. Nie miałam czasu się z nim pożegnać. Kiedy przyjechałam, stali we czworo obok ciała. Było parne lato, ale nie otworzyli okna w pokoju, jakby wstydzili się jedno przed drugim mdlącego zapachu, który tylko pogarszała napływająca z kuchni ciepława para.

Patrzyłam na niego zmieszana, rozmyślałam, jak bardzo zmarli są do siebie podobni, i to już zaraz po śmierci, nie mówiąc o tym, co jest potem. Ciekawe, nie potrafię przywołać tamtego bólu, tak samo jak tej nieprzekładalnej, zdawało się wtedy, sprawy, z powodu której przyjechałam spóźniona. Pamiętam tylko skrępowanie, niezdarne dreptanie za wstrząśniętymi, milczącymi krewnymi. Stałam w tej samej pozycji, z dłońmi splecionymi z przodu i pustym spojrzeniem, niczym podczas jakiejś odświętnej przemowy, tak jak w dzieciństwie na peronie żółtego metra, kiedy kładli na ławce zmarłą panią o żółtej twarzy. Wtedy to była kobieta, a dziś mężczyzna. To znaczy teraz już nikt, niezamieszkały dom, pusta kukła: dusza powróciła do swego domostwa.

Między nami było sześćdziesiąt lat różnicy. Kiedy po raz ostatni widziałam go żywego, trzy tygodnie przed spóźnionymi i zarazem ostatnimi odwiedzinami, już ledwie mógł mówić. Ciekawe, jakby wraz z jego powolną, a potem przyspieszającą demencją rozpoczął się rozkład również w domu, w ogrodzie. Tak samo ułożone były koronkowe serwetki na stołach, tak samo, pomalowanym na czerwono taboretem, podparto drzwi wejściowe, a jednak coś się zmieniło, inna była taktowna choreografia przyjazdów i odjazdów, smak potraw, w metalowych zgięciach sztućców osiadł brud, a w pokojach jakiś dziwny zapach. Zwłaszcza w jego pokoju. Leżał na regulowanym łóżku o metalowej konstrukcji, przykryty kocem w kratę. Zdziwiłam się, jak małe stało się jego ciało, jakie ostre niczym okruchy miał kontury, a jego mowa wręcz przeciwnie, była miękka i osypująca się, jakby słowa utraciły swoje zarysy: komunikował się niemal tylko wzrokiem, niezwykle powiększonymi, niebiesko błyszczącymi, wilgotnymi oczami.

– Do kiedy pani zostanie?

Wreszcie zrozumiałam, o co pyta. Nie chciałam się nachylić bliżej, bo przeszkadzała mi woń lekarstw i zasypki, nalot w kąciku ust, nie chciałam widzieć z bliska prześwitującej przez skórę czaszki.

– Nie mogę zostać. – Potrząsnęłam przecząco głową.

Zamknął oczy, jakby zadumał się nad odpowiedzią. Nigdy nie zostawałam, zawsze przyjeżdżałam rano i wracałam do domu wieczornym pociągiem, nie rozumiałam więc, dlaczego pyta. Jakby nie wiedział, że muszę wracać.

Potem niespodziewanie spojrzał w górę i skinął, bym się bardziej nachyliła. Podniosłam się z krzesła, przyłożyłam ucho do jego ust. To, co usłyszałam, było całkowicie nieprawdopodobne. Najpierw poczułam tylko rytm zdania, coś jak: „proszę się poczęstować”, ale potem, spojrzawszy na jego twarz i widząc jego spojrzenie, nagle zrozumiałam, że rzeczywiście powiedział to, co usłyszałam.

Proszę mnie pocałować.

Stałam nad nim w niewygodnej pozie, zgięta, podczas gdy on jedną ręką, z pożądliwą i pozagrobową siłą ściskał moje przedramię. Wyprostowałam się, zdjęłam jego rękę z mojej, usiadłam z powrotem.

Bez odpowiedzi, jak ktoś, kto nic nie słyszał.

Dzieliło nas sześćdziesiąt lat, mógłby być moim dziadkiem. W pewnym sensie nim był: słuchałam jego opowieści, podziwiałam zdjęcia, wyczekiwałam pochwał. A teraz siedziałam obok niego przerażona, zawstydzona i gapiłam się przez okno. Jezu, czego on chce. Byłam nieświadomą, butną, wpół dorosłą dwudziestolatką. Nie rozumiałam, czego oczekuje, że chciałby całusa na pożegnanie, bo stoimy na peronie, a on za kilka minut odjeżdża i chce pocałunku nie od kobiety, nie ode mnie, ale od kogoś żywego; przygotowując się na śmierć, chciałby dostać jakiś ostateczny podarunek, coś cudownie niemożliwego – przypadkowo akurat ode mnie.

W międzyczasie weszła pani Edit. Poklepała poduszkę wokół jego głowy, podciągnęła wyżej koc, zapytała, czy nie otworzyć okna. Dziecinko, tak mówiła do staruszka, co dla mnie już wcześniej było dziwne, a teraz po prostu przykre, bo jeśli ona, jako żona, była matką dla tego chorego i starego, niewielkiego ciała, to kim w takim razie mogłam być ja. Krępowałam się, jakby mnie przyłapano. Miałam niewielką wiedzę o byciu razem, a jeszcze mniejszą o rozłące, zbyt małą przynajmniej do tego, bym mogła podejrzewać, że ona chciałaby tego samego, co jej mąż, że oni z dawien dawna są tym samym człowiekiem w dwóch ciałach, tylko że jedno teraz pozostaje w pozycji leżącej, a drugie wychodzi do jadalni, żeby nakryć do stołu i podać parującą zupę.

Jedliśmy w milczeniu. Kiedy spojrzałam w talerz, od razu zauważyłam, że jest problem. Ale nie śmiałam się odezwać, po prostu nie wypadało. Pot wystąpił mi na czoło, coraz bardziej mnie mdliło, próbowałam tak odcedzać zupę, żeby pływające po jej powierzchni drobne robaczki nie dostawały się na łyżkę razem z wirowaniem płynu. Nie szło mi, za każdym razem zostawał jeden, palcem niezręcznie byłoby je wyławiać. Boże jedyny.

– Nie smakuje ci, aniołku?

Potem pamiętam tylko, że szukam spłuczki w toalecie, patrzę na żółtawy pasek osadu w muszli i próbuję wykrztusić z siebie śmierć, zapach ziół i rosołu, że opierając czoło o ścianę, odkrzykuję, nic się nie stało, naprawdę, to pewnie przez wczesne wstawanie i podróż.

Potem stoję w innej toalecie, naprzeciw mnie okrągłe lustro w białej ramie, oglądam w nim swoją twarz, starszą o piętnaście lat, po czym powoli opuszczam ręcznik. Mam trzydzieści pięć lat, wiem coś o narodzinach, o śmierci wciąż jeszcze zastraszająco mało, przynajmniej teraz tak czuję, dlatego muszę przemyć twarz zimną wodą, żeby nie płakać.

Zmarł mój przyjaciel.

Zmarł po długim czasie i cierpieniu, stawał się coraz mniejszy, podczas gdy rosnące obok mnie dziecko coraz większe.

Nie da się opisać wyglądu owiniętej w pieluszki dolnej części jego ciała.

Teraz leży tam w pokoju, obok niego siedzi ukochana, a właściwie ukochani, siedzą tam i trzymają go za ręce, gładzą po czole. Podchodzę znów do podwójnego łóżka, dziewczyna po lewej stronie płacze. Siadam, patrzę, żegnam się z nim w duchu. Dziewczyna pokazuje, żebym wzięła go za rękę, jest już zimna, ale pod pachą jeszcze ciepła, tam jeszcze kryje się dusza, tam jest ostatnie schronienie, stamtąd odchodzi na samym końcu. Tam jest w domu. I rzeczywiście, trzymam tam rękę, delikatnie, jakbyśmy w trójkę siedli wokół śpiącego jedynie, jednak śpiące ciało jest niezamieszkałe, dusza powróciła do swego domostwa. Nie było między nami różnicy wieku, to mogłam też być ja, ale ja żyję, ale ja żyję, mam syna, mam syna, mam syna.

Czterolatek. Kucam przy nim, w ten sposób słucham, co mówi. Z jakiegoś powodu wciąż nazywa bezdomnych niezamieszkałymi. Rankami, kiedy idziemy przejściem podziemnym na placu Lujzy Blahy, patrzy na sapiące, udręczone, cuchnące ciała. Widzę po nim, jak go to boli, uważa, że to nie jest w porządku, choć ten widok stał się częścią jego życia na tyle, że regularnie zatrzymujemy się, by porozmawiać z grzebiącym rankami w śmieciach w pobliżu naszego domu Robim.

– Dlaczego niezamieszkały? – pytam.

W przejściu podziemnym jest tłok, kucam przed nim, tłum niemal nas porywa. Myśli.

– Bo nie ma mieszkania – odpowiada.

Rozumiem. Wstaję, idziemy dalej. Nie ma mieszkania, czyli też nie ma drzwi, które mógłby zamknąć, założyć kłódkę, a zatem nie ma domu, do którego prowadziłyby te nieistniejące drzwi. Nie jestem pewna, czy syn tak to rozumie, ale nie chce więcej o tej sprawie mówić, buzia na kłódkę. Moja dziecinka.

Każdego ranka spotykamy Robiego, koło ósmej uwija się przy kontenerach. Robi jeździ na wózku, lawiruje nim aż do brzegu kontenera, potem, kiedy jest już dość blisko, wychyla się do przodu, podnosi klapę i chwytając brzeg dwoma umięśnionymi ramionami, wyciąga się z wózka. Bo Robi nie ma nóg. Ramiona ma gigantycznie szerokie, jedną ręką trzyma się brzegu kontenera, drugą w nim szpera. Co znajdzie, wyrzuca na zewnątrz, potem kijem rozgrzebuje stertę i sprawdza, czy jest w niej coś użytecznego. Przeważnie wisi tak minutę czy dwie, potem wyczerpany opada na wózek, ręce mu drżą. Kiedy się podnosi, co jakiś czas migają kikuty jego nóg. Tył spodni ma poplamiony, widać nie zawsze umie w porę zejść. Raz, latem, kiedy sprzątaczka wymyła kontenery i schły z otwartymi klapami, wyniosłam koci żwirek. Wózek był, ale Robiego nigdzie nie widziałam. Kiedy się nachyliłam, z miejsca wzdrygnęłam się od mokrego, parnego smrodu. Robi stał tam w środku kontenera, względnie stałby, gdyby miał na czym. Słowem, był w środku i przeglądał stare wydania „Playboya”. Niemal wysypałam mu żwirek na głowę. Z przestrachem zapytałam, co robi w środku, na co najnaturalniejszym tonem, nawet nie podnosząc wzroku, odpowiedział, że czyta.

– Da pan radę wyjść? – zapytałam. Spojrzał na mnie z takim wyrzutem, że się zarumieniłam, bo w dodatku, choć nie mógł tego po mnie widzieć, w głowie zaświtało mi, że szybko powinnam zrobić zdjęcie: Człowiek bez nóg w śmietniku. Można by tu zamieszkać, dodał, znów przeglądając gazetę. Wyobraziłam to sobie: kłódka na kontenerze.

To wszystko wydarzyło się latem, teraz jest chłodna jesień, cały chodnik pokryły liście. Patrzę na koła wózka, od wczoraj coś się zmieniło. Robi przywiązał do zewnętrznych szprych kolorowe, neonowozielone i różowe kawałki sznurowadeł, które w trakcie jazdy zlewają się w barwny pasek. Musiał się z tym dużo namęczyć, ale było warto. Mojemu synowi bardzo się podoba, długo do niego macha. Ja też się żegnam, myśląc jednocześnie o twarzy Robiego, o jej kolorze: tak bardzo mi kogoś przypomina. Albo raczej coś. Tak, już wiem, zmarłe, starcze ciało, żółtą czaszkę. Robi ma twarz jak czaszkę, niedługo umrze – z pewnością przed nastaniem zimy.

W piątek muszę jechać do Kecskemétu. Od wielu lat tam nie byłam, ani razu od czasu, jak zmarł Stary. W pociągu mimo wszystko się czuję tak, jakbym jechała do niego. Krajobraz jest jesienny, krążą wrony, mgła unosi się nad pustymi polami. Obserwując występujące na przemian brązy i szarości, kłębiący się skądś gęsty dym, rozmyślam, gdzie jest ta granica, czy istnieje linia graniczna między życiem i nieżyciem, życiem i śmiercią, czy jest jeden pas, który można wskazać, rozmyślam nad żywymi i umarłymi, nad tym, że przez lata niczego się nie nauczyłam, tylko się postarzałam, i gdzie się podziała moja pycha, co pozostało na jej miejscu, jak nazwać to, co się wcale nie zmieniło i przez co teraz też nie pocałowałabym wyruszającego w podróż starca.

W drodze powrotnej spóźniam się na popołudniowy pociąg, muszę czekać kilka godzin. Spaceruję po parku koło dworca, potem siadam na jednej z ławek przy placu zabaw. Marznący, najprawdopodobniej niedzielny tatuś nadzoruje synka w dresie, który niezmordowanie znosi żwir na zjeżdżalnię. Ojciec co jakiś czas krótkimi komendami poucza go, żeby tego nie robił, ale chłopczyk – może mieć tyle lat, co mój synek – nie zwraca na niego uwagi. Mężczyzna odwraca się, pali papierosa, osłaniając go czerwoną dłonią. Marznę.

Chłopczykowi znudziła się zabawa na zjeżdżalni, wpełza do leżącej na ziemi kolorowej rury, wymyślonej dla mniejszych od niego dzieci, siedzi tam chwilę, potem wychodzi. Z ręki zwisa mu tampon, zanosi go ojcu. Mężczyzna z rozdrażnieniem odrzuca tampon na bok, ruszają do domu.

Wchodzę do ozdobionej mozaiką poczekalni, bo już się ściemnia, jest zimno, a pociąg przyjedzie dopiero za dłuższy czas. Siadam na ławce, tu przynajmniej grzeją, oglądam ogłoszenia. Utykając, wchodzi bezdomny o kuli, podchodzi do stojącego w kącie, pomalowanego na biało śmietnika z uchylną pokrywą, długo się na niego gapi.

Na boku kosza widnieje świeży, wymalowany od szablonu niebieski napis: To już Europa, dbaj o porządek i czystość. Bezdomny rozpina rozporek i sika do środka, trochę leci obok. Potem odkuśtykuje, kładzie się w rogu na ławce, zwija w kłębek i zasypia.

Wciąż jeszcze bardzo marznę, czas się ślimaczy, nie mam ochoty czytać, jestem zmęczona. Powoli zaczynam zazdrościć bezdomnemu pozycji, wyciągam się na ławce i z głową na torebce poddrzemuję, wsunąwszy zmarznięte dłonie pod pachy: tam jest najcieplej. Leżymy tak z dziesięć minut, kiedy do sali wchodzi pracownik kolei, w ręce ma nylonowy worek. Uważnie rozgląda się dookoła, po czym gasi neonówkę.

Wygląda na to, że nie ma tu nikogo.

PIÓRNIK

(Linia postępowania)

Moje dzieciństwo przypadło na okres mundurków w kolorze indygo oraz podręczników i zeszytów obłożonych w papier tego samego koloru. Potężny gmach szkoły zawsze był przepełniony dochodzącym ze stołówki zapachem warzywnej papki, zmieszanym z wydobywającym się z sali gimnastycznej smrodem pryszczatych dziecięcych ciał i butów sportowych na gumie. Akustyczna, oświetlona neonówkami sala na parterze, mimo ogromnych rozmiarów, nie dawała rady obsłużyć kilkuset uczniów: jeśli kilka klas na raz miało wychowanie fizyczne, jedna z grup zawsze ćwiczyła na schodach. Wbiegaliśmy gęsiego na drugie piętro po prawej stronie budynku, po czym szerokim i długim łącznikiem dostawaliśmy się na tylne schody i zbiegaliśmy lewą stroną. I tak w kółko. Sześć, siedem, osiem, dziewięć razy, dopóki nie skończyła się podwójna lekcja wuefu, a beznamiętnie biegnące szare stopnie z lastryko nie zlały się w zamglonych ostrym potem oczach w jedne, bezkresne ruchome schody. Okrążenia wyznaczane były od nowa przez charakterystyczne wzory i ubytki; sześć, siedem, osiem, dziewięć, po raz szósty widzę tę szczelinę, po raz siódmy zbliża się stopień z odłamanym rogiem, po raz ósmy głowa psa, po raz dziewiąty wypukłość w kształcie kołyski. Wszyscy odpoczywali przez kilka sekund, przystając na wyższym piętrze przed tylnymi schodami, świszcząco dyszeli nawet najlepsi biegacze; przy dziesiątym okrążeniu nikt już nie przesuwał dłonią po wyświeconym czubku odlanej z brązu głowy Sándora Nógrádiego, która tak bardzo wpadała pod rękę na zakręcie.

Na koniec stawaliśmy w szeregu na podwórku – klasa, baczność! Zaczerwienione uda, zsiniałe twarze, obsunięte skarpetki. Dziewczynki trzymały się za boki, chłopcy klęli, Gulyás spluwał na beton. Równaj! Gumowe czubki butów stawały w jednym szeregu między dwoma dużymi kasztanowcami. Na zdrowie! Spocznij, rozejść się.

Korzenie drzewa wybrzuszyły bruk po prawej stronie, przy stołówce, w szczelinach wyrosło kilka źdźbeł trawy, którymi na przerwach drażniłam mrówki. Tu w zeszłym roku przewrócił się Rudas. Ganialiśmy się wokół metrowego pnia, w końcu ja przebiegłam na tył, gdzie znad wysokiego ceglanego muru widać było ganek sąsiedniej kamienicy. Roland Rudas wyskoczył zza drzewa, dziecięce ręce próbowały dosięgnąć jego ubrania, on chciał zmienić kierunek gwałtownym skrętem, jednak stracił równowagę i runął na ziemię jak długi. Natychmiast się zerwał, spojrzał za siebie i otworzył usta, jakby chciał się zaśmiać, jednak już z daleka było widać, że krew gwałtownie zalewa mu twarz. Patrzyłam na niego zaskoczona, otoczyło go kilka osób, podając mu chusteczki higieniczne, a on kiwał się, zakrywając usta; patrzyłam na tę gwarną scenę jak na spowolniony film niemy, którego wszyscy bohaterowie byli mi przypadkowo znani. W miejscu złamanego zęba widniała później wielka, żółtawa, absolutnie niepasująca do dziecięcych zębów koronka. Kiedy spotkałam Rudasa dwadzieścia pięć lat później, badawczo wypatrywałam w jego twarzy znanego mi z dzieciństwa dysonansu, ale nie miał już tego nieproporcjonalnie dużego i matowego zęba, który począwszy od wypadku przynależał do jego uśmiechu.

Kto popchnął Rudasa, spytała pani Vera. Nagle ucichliśmy, dwadzieścioro przestraszonych dzieci patrzyło po sobie – co teraz będzie? Rudas podniósł umazaną krwią i łzami twarz, spojrzał na nas z namysłem, jego wzrok przeskakiwał od jednego do drugiego, tak jak wcześniej piłka odbijała się pomiędzy dwoma kamiennymi, przeciwległymi ścianami. Staliśmy w kółku, spojrzenie Rudasa wciąż niepewnie błądziło nad głowami, w końcu zatrzymało się na mnie. To była pełna napięcia chwila, mierzyliśmy się wzrokiem w pustym powietrzu, a ja nie czułam nic, poza tym, że istnieją historie i jest także przeznaczenie, a to przeznaczenie nie ma nic wspólnego z historiami, że przeznaczenie ma własne historie i własny czas, który właśnie się zatrzymał, tylko moje serce bije mocno, już nie od biegania, nie, raczej od tego czegoś, co przed chwilą nazwałam przeznaczeniem, ale wówczas nie miało jeszcze swojej nazwy; było to raczej coś w rodzaju podejrzenia, przeczucie, które nie pozwalało mi ani spuścić, ani oderwać oczu podczas tej trwającej godzinami chwili. Potem białe dziecięce ramię niespodziewanie uniosło się i wskazało na mnie. Usłyszałam swoje imię, to imię, na dźwięk którego przeważnie musiałam wstać z ławki, wystąpić i powiedzieć głosem ciała należącego do imienia: obecna. Zatem to jest chwila obecna, to nieprawdopodobnie rozległe podwórko z kasztanowcami i wskazującą na mnie ręką, a imię już zawsze i niezmiennie oznaczać będzie osobę, która popchnęła Rolanda Rudasa i uparcie milczała, wpatrzona w rozbiegające się korzenie, bowiem nigdy nie umiała sobie wyobrazić tego, czego uczono ją na lekcjach biologii – że pod ziemią drzewa mają korzenie tak samo wielkie jak korona. Nigdy nie umiała sobie wyobrazić tego świata w lustrzanym odbiciu, w którym na wzór karcianej symetrii rozciąga się podziemna, spróchniała gmatwanina gałęzi, ta pełna robactwa i mrowia larw korona z zaświatów. Ciało należące do imienia pozostało nieme także później, na pytania nauczycielki odpowiadało upartym milczeniem i niewzruszonym, pustym spojrzeniem, a swoje imię zaczęło nosić tak nieporządnie i zapominalsko, jak sweter i worek ze strojem na wuef, które wciąż gdzieś zostawiało. Stało się jedną z postaci tego dziwnego filmu ze szkolnego podwórka, który oglądało Ja, w którym On uznał Ja za winne, i w którym to Ja, imię, musiało dalej brać udział przez jednakowe dni w kolorze indygo.

Na lekcji muzyki musiałam wyśpiewać należące do mnie imię. Uważałam to za śmieszne i poniżające, miałam kiepski głos, ale śpiewałam, kiedy mnie wywoływano. A wywoływano, po Szatmárim przychodziła kolej na mnie. Na ławce leżały na sobie równo dwie książki, Pentatonika i 333 ćwiczenia głosowe. Dziś próba chóru, oznajmił pan Oszi, wszystkie trzy klasy zostają. Zejdziemy do sali gimnastycznej.

Zostawiliśmy rzeczy na górze i stłoczyliśmy się na dole pośród skrzyń gimnastycznych i pozwijanych gumowych mat. Hałasowaliśmy, czekając na próbę, niektórzy zaczęli wspinać się na drabinki, wyciągnięto skądś piłkę lekarską. Musieliśmy przećwiczyć program na koniec roku, spośród wszystkich szkół z tej dzielnicy to nas spotkał zaszczyt wystąpienia w kinie Czerwona Gwiazda przed rozdaniem wyróżnień. Klasa baczność! Zbiórka! Tu nie da się przeprowadzić próby, musimy wrócić na górę, przyniesiemy krzesła z innych klas.

Wróciliśmy, usiadłam w jednej z tylnych ławek. Był tłok, minął kwadrans, zanim wszyscy przytaszczyli krzesła i znaleźli miejsce. Pan Oszi rozmawiał szeptem przed otwartymi drzwiami, obok stała pani Magdi, druga nauczycielka śpiewu, a także Kinga Janák z klasy „c”. Z jakiegoś powodu nie wchodzili do środka. Wszyscy znali Kingę, jej tato był sławnym człowiekiem, politykiem. Wiele razy był w naszej szkole i składał wieńce razem z panią dyrektor. Kinga miała same takie rzeczy, jakie u nas w „a” należały do rzadkości. Na przykład elektroniczny zegarek, pachnącą gumkę do mazania i kolorowe, plastikowe okładki na zeszyty, które ojciec przywiózł jej z zagranicy. I piórnik na magnes, jaki w naszej klasie miała tylko Marta. Swoją drogą wieść o nim dotarła do nas wcześniej niż on sam, a ja z jakiegoś powodu wyobrażałam sobie, że do takiego piórnika ołówki należy wkładać za pomocą magnesu. Ale nie, to było plastikowe pudełeczko z pokrywką zamykaną na magnesik. Wewnątrz znajdowały się przegródki, oddzielnie na pióro, ołówek i gumkę. Na błyszczącym plastiku widniał obrazek, u Marty żółta kaczka, u Kingi Janák disnejowska Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków. To było niesłychanie piękne, niezwykle eleganckie. Tak jak sposób, w jaki Kinga pakowała swoje rzeczy na przerwie, kiedy przechodziliśmy do ich sali: niedbałym ruchem włożyła pióro do pudełka i zatrzasnęła pokrywkę, niczym wytworne, dorosłe kobiety, z niesłychanym wdziękiem wsuwające okulary przeciwsłoneczne do małego czerwonego futerału. Kinga posiadała też różowe pudełeczko, z którego zawsze wyciągała chusteczki higieniczne i miała oczywiście pomadkę nawilżającą, na przerwach malowała nią usta do kieszonkowego lusterka.

Dlaczego wciąż nie wchodzą? Pan Oszi zajrzał do środka, minę miał surową. Potem weszli gęsiego, Kinga między dwojgiem nauczycieli, z tornistrem w ręce. Zatrzymali się przed tablicą, spojrzeli po trzech klasach, musieliśmy stanąć na baczność i tak już pozostać.

Zaszło coś bardzo poważnego. Co tyczy się nas wszystkich, niestety. To smutna, zaskakująca sprawa, ale musimy ją omówić wspólnie, bowiem tylko te trzy piąte klasy były tutaj, kiedy schodziliśmy do sali gimnastycznej. A mianowicie zniknął piórnik Kingi Janák. Ktoś go ukradł.

No to po próbie. Siedzieliśmy cicho, pan Oszi bez końca chodził tam i z powrotem, cały czas tłumacząc. Że winny jest wśród nas. Jeśli się przyzna do swego czynu, może liczyć na zrozumienie i wybaczenie. Wszyscy mamy chwile słabości, lecz dzięki należytej samodyscyplinie, samokrytyce i zaufaniu, pokładanemu w społeczności, nasze pokusy można zwalczyć. Bowiem przeważnie wiemy, czego powinniśmy się trzymać. Jakiej linii postępowania. Ale czasem nawet najbardziej zdyscyplinowany uczeń się pomyli. Każdy może błądzić, słabość sama w sobie nie jest jeszcze niewybaczalna, jeśli natomiast poprzez kolejne kłamstwa potęgujemy naszą nikczemność, na zawsze możemy utracić zaufanie kolegów i nauczycieli. Że pan Oszi mógłby pomóc winowajcy, zaoferować, aby odłożył piórnik na biurko nauczyciela, kiedy rozejdziemy się do domów, jednakże on właśnie chce dać szansę złodziejowi na otrzymanie przebaczenia od naszej społeczności. Żeby mógł złożyć samokrytykę przed nami wszystkimi. Nikt z nas nie pójdzie do domu, powiedział pan Oszi, dopóki piórnik się nie odnajdzie.

Próba chóru przepadła, siedzieliśmy przy zamkniętych oknach. I żebym nie słyszał nawet piśnięcia! Który to? Ja mam czas, już jadłem obiad. Tymczasem minęła godzina pierwsza, w stołówce stały plastikowe dzbanki i stygła zupa, już dwa razy rozległ się dzwonek, a my nadal z założonymi do tyłu rękami siedzieliśmy w sali. W porządku, powiedział pan Oszi, jak sobie chcecie. Jeśli ktoś zna winnego i go kryje, sam także dopuszcza się występku i zasługuje na społeczne potępienie.

Ja mam czas. Swoją drogą, dziś były kluski z makiem, z pewnością ich nie lubicie. Szóstoklasiści są na podwórku, wy też moglibyście pograć w piłkę, gdybyście poszli po rozum do głowy. Nie bazgraj, bo ci ręce połamię. Ołówek automatyczny? No dobrze, to teraz ładnie go odłożymy, dostaniesz z powrotem po rozdaniu świadectw.

No, czy ktoś ma pomysł?

Kinga Janák siedziała z tyłu, też przestraszona, najwidoczniej żałowała już tej całej afery z piórnikiem. W sali było duszno, pociliśmy się, coraz więcej dzieci prosiło o pozwolenie na wyjście do ubikacji. Pan Oszi sprawdzał na zegarku, czy dana osoba wraca w ciągu dwóch minut. W powietrzu tańczyły błyszczące drobinki kurzu, wpatrywałam się w swoje ręce, w bazgroły na ławce, w haft krzyżykowy na zasłonie, w bladą, łysawą trzykrotkę pnącą się z poplamionej doniczki. Przez okna wpadały gorące promienie majowego słońca, gwar podwórka po drugiej stronie i hałas ulicy mieszały się z boleśnie długą ciszą wewnątrz; nie do zniesienia był kwietnik z kutego żelaza, stojak na płyty, czarna tablica, nie do zniesienia były powtarzające się co pół metra zielone, amorficzne wzory na linoleum, nie do zniesienia była chwila obecna, przeszłość, moje wyśpiewywane imię na okładce zeszytów, nie do zniesienia były duszące mdłości, smród kisnących w woreczkach drugich śniadań i przepoconych nylonowych fartuszków, ciężkie od oddechu osiemdziesięciorga dzieci gorące powietrze, w którym unosił się pył kredy.

Pytam po raz ostatni, powiedział pan Oszi i spojrzał na zegarek.

Nie wiedziałam, która może być godzina, ale czułam, że czas się zatrzymał i już nigdy nie będzie można cofnąć minut, że jakaś tajemna siła zamknęła nas w przestrzeni wiecznej obecności, i choć to wszystko nie ukształtowało się jeszcze wówczas tak wyraźnie w mojej coraz bardziej ociężałej głowie, to jednak podejrzewałam, że należące do mnie imię jest siłą, która może położyć kres tej zastygłej chwili, a znaczenie jednostki zanika w dłuższym łańcuchu zdarzeń, że kto jest winny, winnym się urodził, ma pełną dowolność swoich czynów, bowiem cokolwiek zrobi, na mapie historii zawsze będzie podążał tą samą drogą. Że z powodzeniem to mogłabym być ja, kto wie. Że może zrobiłam to kiedyś, w jakiejś innej historii. Dłużyła się chwila, w której należące do mnie obce ciało wstało w ławce, poczekało, aż wszystkie oczy spoczną na nim, po czym, by wreszcie zakończyć duszną chwilę obecną i żebyśmy mogli pójść do domu, moim obcym głosem powiedziało:

– To byłam ja.

ŚLEPA MAPA

(Linia życia)

– Na którą trzeba patrzeć? – zapytałam, kładąc dłonie jedna przy drugiej.

– Skąd mam wiedzieć – odparła. – Spójrz tam, gdzie jest dłuższa.

Skończyła zmywać, silnym ruchem wykręciła gąbkę, wytarła ręce w ścierkę i wyszła. Podeszłam do zlewu, chciałam wyciągnąć szklankę, ale schnące naczynia stały dokładnie po przeciwnej stronie, niż ja zwykłam je wkładać. Wszystko mnie denerwowało w tej kuchni, wszystko było na odwrót. Leworęczność mamy ostentacyjnie opanowała całe mieszkanie. Przy kuchence po lewej stronie leżały zapałki, przy zlewie po lewej była gąbka i płyn do zmywania, ścierki też po lewej, tam, gdzie i teraz odwiesiła mokrą szmatkę, kiedy skończyła.

Z pewnością nie pożyję długo. Na lewej dłoni linia życia urywa się w połowie, i choć niżej biegnie dalej, sięgając mi niemal do nadgarstka, to jednak brakującej części nawet przy najlepszych chęciach nie można nazwać ciągłością – według mojej przyjaciółki ta luka była jak wieloletnia śpiączka, jak nawias, po którym życie toczy się dalej. Na prawej dłoni nie miałam takiego załamania, jednak nieprzerwanie biegnąca linia była dużo krótsza i na końcu dziwnie się rozgałęziała, jak złamany włos. Długo rozmyślałam nad przekazem, kryjącym się za tym rozwidleniem, czy to śpiączka, czy rozdwojenie jaźni, i kiedy nastąpi dokładnie, ale matka też nie umiała powiedzieć, na którą dłoń należy patrzeć.

Linia na jej lewej ręce też była przerwana w jednym miejscu: przypominała moją.

Wróciłam do swojego pokoju, żeby przejść do czasów rzymskich. Już ponad