Lilli. Zjednoczeni władcy - M. R. Marco - ebook + książka

Lilli. Zjednoczeni władcy ebook

M.R. Marco

0,0
25,00 zł

lub
Opis

„Zjednoczeni władcy” to trzecia i ostatnia część trylogii „Lilli”. Po przebyciu niezwykłej podróży główna bohaterka dociera do gór Birralad. Wraz ze swymi przyjaciółmi oraz władcami Tyrastaren w ostatecznej wojnie stanie naprzeciw legionom nieumarłych. Czy wystarczy jej mocy i sił, by pokonać samego Pana Śmierci? Czy może wesprze ją ktoś, kto czekał w ukryciu przez wiele wieków, by odrodzić się i ukazać całemu Tyrastaren?
Marek Rogowicz – od najmłodszych lat żyje między rzeczywistością a fantazją. W wieku dziewięciu lat pierwszy raz zagrał w gry komputerowe, w których się zakochał i dzięki nim rozwijał swą wyobraźnię. Wielbiciel książek fantasy. Od 2004 roku mieszka w Irlandii. Pracował w branżach, w których monotonia puka do drzwi, a znudzenie wydaje polecenia. W tym czasie tworzył w głowie swój magiczny, fascynujący świat. Po namowach przyjaciół do pisania stworzył Lilli, powieść składającą się z trzech części.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 642

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Projekt ‌okładki

Krzysztof Krawiec

Copyright ‌© by M.R. ‌Marco, 2018

ISBN 978-83-942891-5-7

Wszelkie prawa ‌zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie ‌całości lub ‌części ‌publikacji zabronione ‌bez pisemnej zgody autora.

Napisałeś ‌książkę ‌i ‌chcesz ją ‌wydać? ‌Zapraszamy do serwisu ‌Rozpisani.pl.
Znajdziesz tu ‌szeroki zakres usług ‌wydawniczych, dzięki którym Twoja ‌książka ‌trafi do ‌księgarń.
Pomożemy Ci ‌dotrzeć do ‌czytelników na całym ‌świecie! ‌

Konwersja ‌do epub i ‌mobi A3M Agencja ‌Internetowa

Rozdział 1THORUNGLA

„A więc ‌jednak ‌tam idę… Wciąż ‌nie dowierzam, ‌że to wszystko dzieje ‌się naprawdę. Co ‌mnie jeszcze czeka?” ‌– rozmyślała Lilli, kierując ‌się w ‌stronę gór ‌Birralad.

Śnieg był ‌coraz ‌głębszy. Im bardziej ‌Podróżniczka ‌zbliżała się do ‌Przełęczy Thorungla, tym ‌ciężej był jej się ‌poruszać. Wiatr wiał ‌coraz mocniej, ‌a mróz najbardziej dawał ‌się ‌we znaki wróżce – ‌zza dekoltu Podróżniczki było ‌widać ‌tylko połowę jej ‌głowy, ‌którą i tak ‌co ‌jakiś czas chowała. Liliana ‌radziła sobie ‌lepiej. Magia lodu w ‌pewien sposób chroniła ‌ją przed mrozem i ‌coraz lepiej czuła ‌się w zimnie.

Około ‌czterdziestu nieumarłych wojowników, ‌nie ‌odczuwając zimna ani strachu, ‌poruszało się ‌do przodu i z ‌daleka obserwowało Podróżniczkę. ‌Lilli od ‌jakiegoś ‌czasu czuła, ‌że wchodzi ‌na ‌wzniesienie między potężnymi ‌skałami ‌osypanymi śniegiem. Zatrzymała ‌się i lekko zmrużyła ‌oczy, widząc, że ‌wystająca ze zbocza skała jest już coraz bliżej.

– Bianeczko, już niedaleko!… Wkrótce będziemy na miejscu! – zawołała głośno.

– Co powiedziałaś!? – zapytała wróżka, zaraz chowając głowę.

– Mówiłam, że już niedaleko!

– Co? Przez ten wiatr nie słyszę!

– Już nic…

– Co!? – zawołała ponownie Bianka.

Lilli już nie odpowiedziała, a wróżka krzyknęła:

– Aaa! Głodna jesteś? Ja też!

Podróżniczka uśmiechnęła się. Idąc dalej, zauważyła, że śnieg zagina się na horyzoncie. Doszła do tego miejsca i zobaczyła, że na skraju wzniesienia droga schodzi w dół, a nad nią unoszą się szpiczaste, ostre lodowe skały z pokrywą śnieżną. Z nieba zaczął sypać śnieg i jeszcze mocniej zawiało. Podróżniczka zaczęła schodzić. Im niżej schodziła, tym mniej wiało, a śnieg opadał swobodniej. Gdy przeszła około czterystu metrów, śnieg opadał już lekko, prosto z góry na dół, lecz nad jej głową wciąż było słychać głośne wycie wiatru. Razem z wróżką, która też to zauważyła, spojrzały w górę i zobaczyły, jak nad ich głowami rozpętała się śnieżna burza.

– Lilli, dlaczego tam w górze tak wieje, a tu jest zupełna cisza? – zapytała Bianka.

Podróżniczka rozejrzała się dookoła.

– Wiesz, Bianeczko, ten wiatr chyba pochodzi z tych wysokich gór i szybko opada w tę stronę. Przed nami jest ten wystający szczyt, a po bokach następne, mniejsze, i to chyba one nas chronią przed burzą.

Bianka rozejrzała się.

– Chyba masz rację. Ale to dobrze, bo inaczej miałybyśmy przechlapane. A tak w ogóle, to ty chyba nie marzniesz? Tu, w twoim dekolcie, jest tak cieplutko. Jak to możliwe?

– Też się nad tym zastanawiałam.

– No i co wymyśliłaś?

Lilli wciąż poruszała się powoli do przodu.

– To ubranie ze smoczych łusek. Chroni mnie przed mrozem. Mimo że nie jest grube, utrzymuje ciepło, a magia lodu chroni mnie przed zimnym wiatrem. Tak mi się wydaje…

– Wiesz, Lilli, chyba jako jedyna mogłabyś tu mieszkać. Ale w samotności to za szczęśliwa byś nie była. Ja też rzadziej bym cię odwiedzała albo nawet i wcale, bo te wietrzysko wywiałoby mnie aż do miasta kroków. A tam nie za bardzo chce mi się wracać…

– I nie wrócimy, bo idziemy dalej przed siebie – dodała Lilli, a Bianka z całych sił krzyknęła:

– I nikt nas nie zatrzyma!

Echo rozniosło się we wszystkie strony. Lilli zatrzymała się i obie nasłuchiwały, jak odbijający się głos Bianki powoli zanika między skałami i górami.

– Nie wiedziałam, że potrafię tak głośno krzyczeć – zdziwiła się wróżka. – Może spróbuję jeszcze raz?…

– Nie! – powiedziała szybko Lilli, przerywając Biance głębokie wciąganie powietrza.

– Dlaczego nie?

– Wiesz, co to jest lawina?

– Nie. A co?

– To się dzieje w górach. Twój krzyk może obruszyć śnieg na szczytach, a wtedy z ogromną siłą spadnie go tyle, że może nas zasypać i zabić.

Bianka ogarnęła wzrokiem szczyty gór nad jej głową.

– To ja już lepiej nie będę się odzywać, dopóki nie opuścimy tego miejsca. I na pewno bym cię nie odwiedziła, gdybyś tu mieszkała – dodała na koniec.

– Możesz mówić, ale rób to po cichu, wtedy nic się nie stanie – odparła Lilli.

– A ten wiatr na górze? Przecież on też mocno wieje! I co? Nie wywoła tej lawiny? – zapytała bardzo cicho Bianka.

– Nie wiem, moja mała wróżko – Podróżniczka ruszyła dalej – to jest naturalne, lecz wiatr pewnie czasem też ją wywołuje. Na pewno głośny hałas przyspiesza zejście lawin śnieżnych. Jedno jest pewne. Na razie powstrzymaj się od głośnego mówienia i krzyku, a wszystko powinno być w porządku.

– Obiecuję, Lilli, że wytrzymam i dotrzymam obietnicy – powiedziała dumnie Bianka.

Podróżniczka uśmiechnęła się do wróżki i pogłaskała ją lekko palcem po policzku.

Niedaleko za nimi wciąż cicho i ostrożnie szli nieumarli. Byli coraz bliżej.

Z daleka, głęboko w dole, Lilli dostrzegła jasne punkty, a jeden z nich poruszał się na boki, w tę i z powrotem.

– Bianko, widzisz to? Tam! Przed nami, na samym dole.

Wróżka zaczęła się wpatrywać.

– Masz rację, coś tam jest. Może to ten posłaniec od Krukina na nas czeka? Ruszaj, ale ostrożnie, bo tu jest dość stromo – powiedziała wróżka.

Lilli zaczęła się rozglądać.

– Bianeczko, śnieg przestał padać, pewnie zakrył całą górę, a poza tym jestem głodna.

– Ja też… I to bardzo. Idź i schodź ostrożnie. Nie wiem, co za poszukiwacz przygód znalazł tę przełęcz, ale naprawdę musiał zabłądzić, skoro tu dotarł.

– Zgadzam się z tobą, moja mała wróżko.

Liliana, stawiając ostrożnie kroki, zaczęła schodzić.

– Wiesz, Lilli, jeśli ty do mnie mówisz „mała wróżko”, to jakoś dobrze się z tym czuję, lecz gdy te słowa wypowiada czarodziej lub ten cham z bagien z całą swoją świtą to mam ochotę… Mam ochotę… yyy.. Nie wiem, co bym zrobiła. Może coś mi podpowiesz?

Liliana uśmiechnęła się i schodziła dalej.

– Nie teraz, mała wróżko… Tu jest bardzo ślisko i muszę uważać.

– I zimno – dodała Bianka.

Nagle noga Liliany poleciała do przodu i Podróżniczka poślizgnęła się, upadając na plecy. Razem z Bianką krzyknęły w jednym momencie:

– Aaaaaa! – Po czym obie zasłoniły usta ręką, przypomniawszy sobie o lawinie.

Podróżniczka ześlizgiwała się w dół na plecach przez około dwustu metrów, aż w końcu zatrzymała się. Leżąc, obie zaczęły nasłuchiwać, czy dziwne dźwięki, puknięcia lub pęknięcia nie dochodziły z góry. Rozejrzały się. Wyglądało na to, że wszystko w porządku.

– Uff, Bianeczko, ale nam się udało. Myślałam, że nas zasypie.

Wróżka podniosła głowę i spojrzała Lilli w oczy.

– A jednak nam się udało. Nie dość, że jesteśmy całe, to zobacz, ile drogi zaoszczędziłyśmy.

Podróżniczka uśmiechnęła się, wstała i otrzepała się ze śniegu. Echo nadal niosło się wszędzie od puknięć. Liliana rozejrzała się dookoła.

– Zobacz, Bianeczko, jak tu ładnie.

Wróżka przetarła oczy.

– Rzeczywiście…

Przed nimi ukazała się duża, na kilkadziesiąt metrów przestrzeń. Gdzieniegdzie spod śniegu wystawały ostre skały, a kryształy światła tworzyły w różnych miejscach jasne okręgi, takie same, jakie wcześniej

widziały po drodze. Liliana dojrzała most, a za nim potężną, wysoką na trzydzieści metrów głowę w hełmie, z wielkim nosem, warkoczami oraz otwartymi ustami. W nich znajdowało się wejście do gór Birralad. Most prowadził prosto do ust. Z nieba bezwładnie opadały płatki śniegu.

– Jednak to miejsce ma swój urok. Ktoś, kto to wykonał, miał naprawdę talent. W tak niedogodnych warunkach wykuć w skale tak potężną głowę…

– Szkoda, że tego nędznego władcy z bagien tu nie ma. Zobaczyłby prawdziwe, krasnoludzkie rzemiosło. Ależ to jest piękne, naprawdę piękne…

– Bianeczko, pamiętasz? Mówiłam ci, że widziałam poruszający się punkt?

– Tak, tak, rzeczywiście. Ale nikogo tu nie ma. Musiało nam się przewidzieć.

– Chyba nie… Na pewno coś widziałam.

Obie ostrożnie rozglądały się. Lilli dała kilka kroków do przodu i zatrzymała się. Tymczasem nieumarli schodzili w miejscu, gdzie Podróżniczka poślizgnęła się.

Nagle zza jednej z wystających skał wyszedł gnom sięgający Lilianie do bioder. Był ubrany w puszystą kurtkę, spodnie, buty. Przez dwa otwory kaptura wystawały uszy. Na twarzy miał zawiązaną chustę, a na szyi błyszczał jasny kryształ. Lilli zatrzymała się i razem z Bianką patrzyły, jak mała istota zbliża się do nich. Podróżniczka, nie wiedząc, kto to jest, wezwała magię lodu, a jej oczy zmieniły kolor. Bianka to wyczuła.

– Lilli! Uspokój się! Nic nam się nie stanie. To tylko gnom.

– Tak, jestem gnomem – odezwała się postać, która zaraz po tych słowach zaczęła się trząść.

– Nie bój się, nic ci nie zrobimy – powiedziała Bianka.

– Nie… Nie was się boję, lecz… – Gnom pokazał palcem za plecy Podróżniczki.

Lilli z Bianką usłyszały za sobą szmery, a gnom zaczął uciekać przez most w kierunku wyrzeźbionej krasnoludzkiej głowy. Podróżniczka odwróciła się i zobaczyła biegnące w ich stronę dziwne istoty z przenikliwym, pustym wzrokiem w czarnych zbrojach, z białymi włosami, dzierżące miecze w rękach. Lilli złapała wróżkę i wyrzuciła ją zza dekoltu, krzycząc:

– Uciekaj za gnomem!

W tym samym momencie sztylet rzucony przez jednego z nieumarłych końcówką swego ostrza rozciął Lilianie delikatnie skroń. Chwilę później jej ubranie zamieniło się w zbroję. Lilli wyciągnęła oba miecze, których ostrza momentalnie pokryły się szronem, i czekała na zbliżających się wysłanników Pana Śmierci. Bianka zatrzymała się blisko mostu, trzęsąc się z zimna i ze strachu.

– Przecież ja zginę od tego mrozu – wyszeptała. – Muszę jakoś pomóc Lilianie…

Dotarło pierwszych pięciu nieumarłych. Lilli machnęła mieczem, z ziemi wystrzeliły ostre sople, przebiły trzech, a z nich wyleciały czarne chmury. Z dwoma Liliana zaczęła walczyć. Nauka u Krukina niewiarygodnie jej się przydała. Podróżniczka dzielnie odpierała ataki. Bianka wiedziała, że Lilli jest zbyt słaba fizycznie i długo nie wytrzyma. W jej głowie pojawiła się jedna myśl: lawina. Nie zastanawiając się długo, z całej siły zaczęła krzyczeć. Jej głos nie był zbyt potężny, lecz bardzo piskliwy, a echo rozchodzące się po skałach potęgowało go coraz bardziej. Liliana zaczęła się wycofywać i bronić, tworząc następne lodowe sople. Przebiła dwóch nieumarłych, których lód wyniósł ponad jej głowę. Po jej bokach bardzo szybko wyrastały lodowe kolumny, blokując uderzenia kolejnych nieumarłych. Podróżniczka przebiła swym mieczem następnego i zobaczyła, że w jej kierunku biegnie około trzydziestu kolejnych. Jej oczy rozbłysły na niebiesko, a przed nią wyrosła ogromna lodowa ściana, blokując nieumarłych wojowników. Ściana lodu zatoczyła wokół niej koło i zamknęła się od góry.

Bianka krzyczała coraz głośniej. Nieumarli dobiegli do zapory z lodu i zaczęli rąbać ją mieczami, nie zwracając uwagi na to, że w miejscu, skąd przybyli, zaczęły dobiegać trzaski i głośne pękania. W pewnym momencie nastąpił huk i z góry zaczęły spadać potężne bloki śniegu, jeden za drugim, aż utworzyła się lawina. Bianka ucieszyła się, widząc ją po raz pierwszy, lecz jednocześnie wystraszyła jej mocy, widząc, z jaką prędkością zmierza w ich kierunku. Nieumarli odwrócili się, słysząc trzaski, lecz nie bali się śmierci. Wiedzieli, że się odrodzą i powrócą do tego świata. Nadal z całej siły uderzali mieczami w lodową kopułę, w której siedziała Podróżniczka.

Lilli, dostrzegając przez lód niewyraźny kształt czegoś, co nadciąga w jej kierunku, czuła drgania pod swymi nogami. Zrozumiała, co to jest. Chwilę później śnieżna lawina uderzyła z całą swą mocą i do połowy zasypała lodową kopułę. Podróżniczka, widząc stale napierający śnieg, bała się, czy aby jej bariera wytrzyma. Część śniegu spadła do przepaści, nad którą przeleciała Bianka. Wróżka schowała się w wejściu jaskini Birralad, rozglądając się za gnomem. Niestety nigdzie go nie znalazła.

– A to tchórz jeden! Uciekł… – wyszeptała, trzęsąc się.

Odwróciła się i patrzyła w kierunku Liliany uwięzionej w zasypanej do połowy kopule. Gdzieniegdzie ze śniegu wylatywały czarne dusze nieumarłych i znikały, część z nich jednak przeżyła i się wygrzebywała.

– Zrób coś, Podróżniczko. Oni wychodzą, zabij ich… – szeptała.

Ci, którzy wygrzebali się ze śniegu, podbiegali do lodu i ponownie zaczynali kuć go mieczami. Inni nieumarli z całej siły uderzali w kopułę pięściami lub drapali swymi ostrymi pazurami. Liliana rozejrzała się dookoła.

„O nie… Jestem uwięziona” – pomyślała. Wystraszona rozejrzała się jeszcze raz i zaczęła biegać od jednego końca do drugiego. W końcu zatrzymała się i spojrzała w miejsca, gdzie nieumarli próbowali się do niej dostać.

– Muszę jak najszybciej ich zabić lub jakoś się ich pozbyć, bo Bianka nie poradzi sobie sama i zamarznie. Pewnie już słabnie – szeptała Podróżniczka i nie myliła się.

Wróżka była mała i drobna, dlatego chłód szybko zaczął dawać się jej we znaki. Dygocząc, coraz wolniej machała skrzydełkami, aż w końcu straciła w nich czucie i spadła na śnieg. Zwinęła się przy wejściu do jaskiń przypominających otwarte usta krasnoluda, dmuchała sobie w dłonie, szepcząc:

– Pośpiesz się, proszę, bo umrę… Lilli, proszę, ja zamarzam…

Oczy Liliany zaświeciły się na brązowo, a poza kopułą, tuż przy jej ścianie, wyskoczyła ogromna szpiczasta skała. Podróżniczka spojrzała w górę, słysząc, jak kilku nieumarłych wojowników wspina się na sam środek kopuły i uderza w nią z całej siły. Liliana lekko zadrżała i zamknęła oczy. Gdy je otworzyła, jedno jej oko było niebieskie, a drugie brązowe. Stożkowa skała, która pojawiła się obok kopuły, zaczęła bardzo szybko obracać się dookoła jej lodowego schronienia, miażdżąc i zabijając stojących tam nieumarłych. W tym samym momencie z kopuły wystrzeliły lodowe kolce, dokładnie w miejscach, gdzie Podróżniczka widziała nieumarłych. Kolce, jeden za drugim, raniły, zabijały i strącały ich prosto na kręcącą się skałę. Po kilkudziesięciu sekundach skała zatrzymała się, a na zewnątrz zapanowała zupełna cisza.

Liliana zbliżyła się do lodowej ściany i wbiła w nią miecz. Lód okazał się bardzo gruby. Mimo że miecz wszedł po samą rękojeść, na zewnątrz wystawał tylko jego czubek. Obie źrenice Podróżniczki z powrotem stały się niebieskie, a ostrze miecza rozbłysło niebieskim światłem. Liliana pociągnęła miecz w dół z taką łatwością, jakby cięła powietrze. Potem następny raz i następny, aż wykroiła wyjście. Schowała miecz i wysunęła ręce. Z boków kopuły wysunęły się lodowe dłonie, które wbiły się w wyciętą bryłę i wciągnęły ją do środka, tym samym otwierając przejście. Liliana rzuciła się do przodu, przeszła przez otwór i wspięła się na śnieg. Gdy tylko dotarła na samą górę, rozejrzała się dookoła. Wszędzie panowała zupełna cisza. Dostrzegła, że ze śniegu wygrzebują się następni nieumarli. Odwróciła się i zaczęła uciekać w kierunku kamiennego mostu. Biegła, ile tylko miała sił, krzycząc:

– Bianko! Bianko! Gdzie jesteś?!

Dotarła do otwartych krasnoludzkich ust i przy wejściu zobaczyła zwiniętą z zimna wróżkę. Podniosła ją, skupiła się, a jej zbroja zmieniła się ponownie w ubranie. Nie zwracając uwagi na zimno, włożyła Biankę za dekolt razem z resztkami śniegu. W tym samym momencie za plecami usłyszała duszący, gardłowy krzyk. Odwróciła się. Sześciu nieumarłych wbiegało na most. Oczy Liliany zmieniły się w brązowe, wbiegła do środka jaskini, położyła rękę na skale, a wyrzeźbiona w kamieniu głowa zamknęła swe usta, blokując wejście przez Przełęcz Thorungla. Z drugiej strony dochodziło lekkie pukanie, lecz nieumarli nie byli w stanie sforsować grubej, skalnej przeszkody. Liliana nachyliła się i zaczęła chuchać na wróżkę, raz za razem mówiąc:

– Obudź się, obudź. Nie chcę cię stracić drugi raz. Otwórz oczy, moja Bianeczko, proszę cię.

Bianka powoli podniosła powieki i od razu zaczęła się na nowo trząść.

– Co… co się stało? Gdzie ja jestem? – pytała zdezorientowana.

Na twarzy Podróżniczki pojawił się szeroki uśmiech.

– Już jesteś bezpieczna, już nic ci nie grozi.

Wróżka bacznie przyglądała się Lilianie.

– Krew ci leci… blisko oka.

Podróżniczka przetarła dłonią miejsce, na które patrzyła Bianka, i poczuła, że coś ją szczypie.

– To tylko małe skaleczenie. A ty? Powiedz, jak ty się czujesz?

Bianka spojrzała po sobie.

– Tu, w twoim dekolcie, jest mi coraz cieplej.

– To chyba dobrze.

– Teraz już sobie wszystko przypominam. Tak mocno zmarzłam, że moje skrzydełka mnie nie słuchały i przestały się poruszać. Wtedy wpadłam w śnieg i myślałam o tobie, żebyś jak najszybciej mnie znalazła. A dalej już nie pamiętam, co się działo. Chyba zemdlałam. Tu jest strasznie zimno. Gdyby nie ty, to pewnie już bym się nie obudziła. Ile razy jeszcze będziesz mi ratować życie, moja przyjaciółko? Może kiedyś przyjdzie czas, że ci się odwdzięczę tym samym i ocalę cię – dokończyła wróżka.

– Na pewno, ale teraz odpoczywaj – dodała Podróżniczka.

– Tak, Lilli, wiem. Jestem bardzo zmęczona. Od samego rana podróżujemy bez wytchnienia, musimy odpocząć.

Liliana rozejrzała się dookoła. Ze ścian wystawały kryształy, rozświetlając wszystko w środku. Uderzenia z zewnątrz ustały.

– O, chyba nieumarli dali sobie spokój, zrozumieli, że nie przejdą. To chyba dobra wiadomość dla nas, wróżko. Tylko gdzie teraz jest ten mały gnom? Mam nadzieję, że nas tu samych nie zostawił.

Podróżniczka wciąż się rozglądała wokół, patrzyła w górę. Pomieszczenie było dość duże, a z niego wychodziło tylko jedno wyjście.

– Zobacz, Bianeczko, chyba musimy iść w tamtą stronę.

Wróżka nabrała trochę sił, wysunęła się zza dekoltu i spojrzała przed siebie.

– Chyba tak, lecz to gnom miał nas poprowadzić. Spójrz Lilli, tam są jego ślady. Podążaj za nimi.

Podróżniczka spojrzała na śnieg przed sobą i zobaczyła ślady małych stóp.

– Idziemy. I mam nadzieję, że tu się nie zgubimy, bo z tego, co mówił Krok, to jest cała sieć tuneli, a nie tylko jeden. Jeśli ktoś tu się zgubi, to tylko cud wyprowadzi go z tego labiryntu.

– Też mam taką nadzieję. Na chwilę zamknę oczy, moja przyjaciółko, bo czuję się bardzo zmęczona. Tylko na chwilkę, dobrze?

Lilli spojrzała na Biankę.

– Wypoczywaj, ile się da. Ruszam za tym małym, strachliwym gnomem. Jak go znajdę, od razu dam ci znać.

– Obiecujesz?

– Obiecuję, a teraz wypoczywaj.

Wróżka zamknęła oczy i od razu zasnęła. Podróżniczka zaczęła iść po pozostawionych śladach gnoma, mając nadzieję, że możliwie szybko go znajdzie. Gdy weszła do korytarza, kryształy światła wyrastały obficie. Zdawało się jej, że nastał dzień.

„Tyle dobrego, że nie muszę iść po ciemku” – pomyślała i weszła w kolejny korytarz.

Nieumarli wojownicy, którzy przetrwali uderzenie lawiny, wspinali się z powrotem w kierunku, z którego przyszli. Skupiając się, dali sygnał głównemu nekromancie.

„Jakie wieści? Odnaleźliście ją? Zabiliście?”.

„Nie, panie! Ona żyje, lecz w ostatniej chwili, gdy zasłoniła się zbroją, jeden z wypuszczonych sztyletów zranił ją”.

„To dobrze. To bardzo dobrze, moi wojownicy. Wasza misja się udała. Szkoda, że jej nie zabiliście, ale tak też jest dobrze. Teraz jej losem zajmie się nasz Pan, gdy tylko jej świadomość rozdzieli się z jej ciałem. Wtedy zginie, a Pan Śmierci przejmie jej ciało i stworzy swego najpotężniejszego dowódcę, zdolnego zniszczyć całe chordy żywych stworzeń. A teraz mam dla was następną misję. Wszyscy, którzy przetrwali, a czuję, że nie zostało was dużo, udajcie się w kierunku starych ruin między Birralad a Lasem Życia. Zabijajcie wszystkich, którzy będą tamtędy przechodzić!”.

„Tak jest, nasz Panie” – odpowiedzieli chórem nieumarli, idąc przed siebie, by wykonać następny rozkaz.

„Zadanie wykonane, mój Panie” – nekromanta przekazał wiadomość Panu Śmierci. „Moja krew połączy się z nią, teraz wszystko będzie zależało od ciebie”.

„To dobrze… Jesteś moim najlepszym nekromantą i dowódcą. Gdy tylko wyczuję, że jest gotowa, przeniknę do jej umysłu. Jutrzejszy wschód słońca przyniesie zgubę i strach do Tyrastaren. Dzięki niej nawet smok będzie mi służył. Nic nas nie powstrzyma. Śmierć tego świata jest naszym życiem, a moc Drzewa Życia stworzy nową potęgę zdolną niszczyć następne światy”.

„Tak jest, mój panie… Niech stanie się to, co nieuniknione, i zapanuje wieczna ciemność” – dokończył nekromanta medytujący przed wejściem do fortecy swego Pana, spoglądając na stale rosnącą armię nieumarłych.

Liliana przemierzała przez jaskinie i wydrążone w nich korytarze, nie mając pojęcia, gdzie się znajduje. Czasem zerkała na śpiącą i osłabioną Biankę, upewniając się, czy wszystko z nią w porządku.

– Gdzie ja jestem? – szeptała do siebie, – I gdzie jest ten mały gnom? Jak mógł nas tu tak zostawić? Przecież te korytarze nie mają końca. Który jest właściwy? – Podróżniczka zadawała sobie pytania. – Na szczęście jest tu dużo kryształów, bo w zupełnych ciemnościach na pewno nie byłabym w stanie gdziekolwiek iść. Jest tu ktoś?! – krzyknęła Lilli, a echo rozniosło się we wszystkich korytarzach.

Podróżniczka szła dalej. Przeszła przez grotę najeżoną zielonymi kryształami, następnie z niebieskimi, w kolejnej grocie dostrzegła kilka żółtych i ponownie białe. Przez niektóre korytarze musiała się przeciskać. Ponownie zawołała:

– Gnomie! Gdzie jesteś?! Wracaj! Nic ci nie zrobię, nieumarli już odeszli!

Bianka, słysząc głośne nawoływanie, otworzyła zmęczone oczy.

– Co się dzieje? Dlaczego krzyczysz? Nieumarli wrócili?

Lilli pogłaskała ją palcem po głowie.

– Nic, nic. Śpij, odpoczywaj, wyprowadzę nas stąd.

Wróżka mrugnęła jeszcze kilka razy i ponownie zasnęła. Liliana przecisnęła się przez kolejny korytarz i znalazła się w pomieszczeniu z trzema wyjściami – dwoma po bokach i jedno naprzeciw. Okolica wydała jej się znajoma.

„Co się dzieje?” – pomyślała.

Ruszyła naprzeciw i zobaczyła na ziemi śnieg. Jej twarz zbladła.

– Nie wierzę…

Idąc po swoich śladach, znalazła się w punkcie wyjścia, przy zamkniętym przejściu Przełęczy Thorungla. Bezsilność w szukaniu drogi bez wyjścia wzięła nad nią górę. Liliana usiadła na śniegu.

– Tyle drogi przeszłam na marne, żeby tu wrócić. Krok miał rację. Korytarze i jaskinie w tych górach nie mają końca i śmierć czeka tu na głupca, który się zgubi. Przynajmniej jest mi ciepło, a przecież siedzę w śniegu. Czarodzieju z bagien, chyba tego nie przewidziałeś… Twój posłaniec nas zostawił i uciekł. A może on zrobił pułapkę na mnie i wróżkę, a w chwili, gdy go zobaczyłyśmy, zjawili się też nekromanci. Kto wie… – szeptała zmęczona Lilli. – Tylko jedno może poprawić mi teraz humor…

Podróżniczka sięgnęła do torby i wyciągnęła prezent od Kroka. Otworzyła go. Przed sobą trzymała małe ubranie z ropuchy. Oglądała je cicho, chichocząc, aby nie obudzić Bianki.

– Ależ ona by w tym śmiesznie wyglądała.

Następnie zwinęła je i schowała z powrotem do torby. Potem wyciągnęła ciasto od czarodzieja, oderwała kawałek i zjadła ze smakiem.

– Kto wie, jak długo tu jeszcze zabawię, muszę oszczędzać jedzenie..

Oparła głowę o ścianę i patrzyła w strop jaskini, z którego wystawał gruby, biały kryształ mieniący się światłem.

– Szkoda, że u nas takich nie ma, byłoby o wiele piękniej… Dom… Czego bym nie dała, żeby teraz się tam znaleźć… Od razu wzięłabym ciepłą kąpiel i leżałabym tak długo, jak tylko się da. Po co ja się na to

zdecydowałam? – Spojrzała na śpiącą wróżkę. – Ale bym ciebie nie poznała, a ty jesteś większą nagrodą niż to, o czym teraz marzę…

Lilli z powrotem oparła głowę o ścianę. „Ile czasu już tu jestem?” – pomyślała, a na jej twarzy pojawił się grymas.

– Nie pamiętam, jak długo tu jestem… Coraz mniej myślę o tamtym miejscu. Czuję, jakby ten świat coraz bardziej mnie pochłaniał. Obym tylko nie zapomniała, skąd pochodzę – wyszeptała zmęczona. – Nie wiem, czy powinnam się przespać, czy dalej szukać wyjścia. Ale moje nogi niedługo odmówią mi posłuszeństwa, więc chyba chwilę się prześpię. Potem zniszczę tę skałę i wyjdę na zewnątrz. A może nie? Co jeśli tam czeka cała armia tych stworów z pustym wzrokiem? Wtedy obie z Bianką zginiemy. Lepiej ruszyć tymi korytarzami i wybrać ten, który jest naprzeciw, żeby nie błądzić wokoło jak przed chwilą.

Lilli westchnęła głęboko, a jej powieki robiły się coraz cięższe. Każde następne mrugnięcie spowalniało je, aż w końcu zmęczona Podróżniczka otworzyła je ostatni raz, po czym zamknęła, zasypiając głębokim snem po długiej i męczącej podróży.

Rozdział 2NOWY ROZKAZ

Główny nekromanta patrzył, jak w jego kierunku zbliża się jeden ze zwiadów. Dwudziestu nieumarłych prowadziło między sobą gnoma, który przerażony rozglądał się we wszystkie strony, obawiając się najgorszego. Cały podziemny świat gnomów słyszał, że w Surratar wszyscy jego krewniacy zniknęli. Ubrany lekko, z kryształami na szyi i bransoletami na rękach, szedł boso po zamarzniętej ziemi lodowej krainy. Lekka kamizelka ze skóry jakiegoś brązowego zwierzęcia oraz za krótkie spodnie nie chroniły go dostatecznie. Zwiad podszedł do medytującego nekromanty. Głównodowodzący grupą wystąpił i sykliwym głosem przemówił:

– Najwyższy nekromanto! Złapaliśmy go przy granicy Surratar! Chował się w zaroślach, obserwując okolicę. Przypadkiem trafiliśmy na niego i przyprowadziliśmy do ciebie wedle twego wcześniejszego rozkazu o gnomach.

W głowach całego zwiadu pojawił się głos: „Dobrze, bardzo dobrze. A teraz odsuńcie się”.

Zwiad cofnął się, zostawiając przed sobą gnoma, który nie wiedząc, co się dzieje, patrzył przerażony. Nekromanta unoszący się w powietrzu opadł na ziemię i podszedł do niego. Jego oczy rozbłysły na żółto i rzekł telepatycznie:

„Witaj! Nie bój się. To potrwa tylko chwilę”.

Wystraszony gnom nie wiedział, co ma robić. Jeśli zacznie uciekać, zginie, jeśli zostanie, też prawdopodobnie zginie. Zdziwiony, że słyszy głos w głowie, mimo że istota przed nim miała zaszyte usta, powiedział:

– Wypuść mnie! Nic ci nie zrobiłem! Proszę, wypuść mnie…

Ręka nekromanty wysunęła się. Wysuszona dłoń z ostrymi pazurami opadła na głowie gnoma, a jego ciało w ułamku sekundy zdrętwiało. Nie czuł żadnej jego części. Stał sparaliżowany i czekał, bezradnie obserwując, co się dalej wydarzy. Nekromanta wbił swoje pazury w jego czaszkę. Oczy gnoma wywróciły się do tyłu, usta otworzyły się i zaczęła skapywać z nich ślina. Co jakiś czas oczy nekromanty rozbłyskiwały. „Tak, tak, mów mi więcej”. W ten sposób nekromanta przechwytywał informacje, jakie posiadał mały gnom. „Wiem już wszystko, co on wiedział”…

Wyciągnął z głowy swą rękę i zwrócił się do dowódcy zwiadu: „Ściąć”. Nieumarły szybko wyszedł do przodu, lekko uklęknął, wyciągnął miecz i szybkim, precyzyjnym ruchem ściął głowę gnoma, która spadła na ziemię, a z reszty ciała trysnęła krew. Kilka sekund później ciało małego gnoma dołączyło do leżącej obok głowy.

„Jaki piękny widok oraz zapach świeżej, parującej krwi. Już niedługo te ziemie nią spłyną, już niedługo wszystko, co żyje, umrze i dołączy do legionów nieumarłych, by służyć Panu Śmierci i podbijać następne światy. Te małe, chciwe stworzenia próbują nam w tym przeszkodzić. Ich władca, niejaki Bolb, chce pomagać innym rasom przy użyciu swego dziwnego, stukliwego języka. Za wszelką cenę musimy ich powstrzymać. Znamy położenie ich podziemnego schronienia, a w tamtej okolicy są następni martwi zwiadowcy”.

Nekromanta skupił się i połączył z tym właśnie zwiadem, znajdującym się niedaleko rzeki Arraram.

„Martwi słudzy! Mam dla was zadanie. Musicie zniszczyć gnomy pod ziemią, żeby w żaden sposób nie przeszkodziły Panu Śmierci, a waszemu władcy, w podboju tego świata. Macie je zabić, jednego po drugim!”.

Głównodowodzący oddziałem stojącym na wzgórzu odpowiedział:

„Twój rozkaz zostanie wykonany, nekromanto! Gdzie mamy zaczynać?”. Nekromanta przejrzał informacje, które zgromadził od kilku gnomów.

„Macie udać się wzdłuż rzeki Arraram w kierunku Birralad, aż dojdziecie do wysokiej skały, z której wyrasta wysuszone drzewo. U jej podstawy znajdziecie otwór, przez który przejdziecie i znajdziecie się

w tunelach. Wybierzcie tylko to wejście, nad którym będzie wyryta gnomia runa. Potem dojdziecie do korytarza otaczającego ich miasto. Wtedy rozdzielcie się i zablokujcie wszystkie wejścia, a jest ich piętnaście. Gdy będziecie już na stanowiskach, wydaj rozkaz i zabijcie wszystko, co będzie się tam znajdować”.

„Tak też się stanie, wedle rozkazu” – odpowiedział głównodowodzący i wraz ze swoją dwudziestopięcioosobową grupą zwiadowców ruszyli szukać skały z wysuszonym drzewem.

„To dobrze. I tak się stanie, umarli zdobędą ten świat”.

W głowie nekromanty pojawił się głos Pana Śmierci:„Jak wyglądają przygotowania?”.

„Wszystko jest na swoim miejscu, nasz panie”.

„Ilu nieumarłych wojowników stawiło się?”.

„Prawie trzydzieści tysięcy, nasz królu Liczu”…

„To wspaniale! Zaraz przez portal przejdzie grupa dowodząca kilkudziesięcioma najpotężniejszymi wojownikami stworzonymi przeze mnie. Kilku z nich poślij na Birralad razem z dziesięcioma tysiącami nieumarłych wojowników. Mają podejść do wejścia od wschodniej strony, lecz nie atakować. Niech czekają na znak, który zbliża się na te ziemie. Mury krasnoludów są zbyt potężne, trzeba je zniszczyć, a on na to czekał. Gdy tylko Czarny Smok się pojawi, wesprze ich w walce z krasnoludami i zrobi przejście do ich królestwa, które później spłynie krwią…”.

„Panie! Wybacz, że ci przerywam, ale czy Czarny Smok nie będzie zbyt słaby?”.

„Mój nekromanto, on ukrył swą moc i powróci jeszcze silniejszy. Jakiś czas temu czułem ją, jak pojawiła się znikąd, rozeszła we wszystkie strony i znikła. Powędrowała do swego władcy, a dzięki portalowi, przez który uciekł, dotarła do niego szybciej. Gdy tylko się pojawi, po chwili odpoczynku odnowi swe siły i maszyna śmierci ruszy. Nieumarli z potępionymi rozetną Tyrastaren na pół, który spłynie krwią”.

„Panie! A jeśli smok postanowi przejąć moc Drzewa Życia i odebrać ci ją?”…

„Nie obawiaj się! Ta moc jest dla mnie i tylko ja wiem, jak ją przejąć. Smok myśli jak jego brat, chce wypić soki Drzewa, lecz to nie da

mu ostatecznej potęgi. Przejmę jego duszę, gdy już wszystkich zniszczymy i wkroczymy na tereny Polany. We dwóch zabijemy strażniczkę. Jej moc w bliskości Drzewa ogromnie wzrasta, dlatego sam nie mogę ryzykować. Wykorzystam smoka i pokonamy ją. Po zdobyciu mocy Drzewa zabiję smoka i jego potępionych. Cały ten świat będzie należał do nieumarłych, a jego moc jest najpotężniejsza, jedyna taka we wszechświecie. To kraina zdolna otwierać portale do innych światów, wtedy nieumarli rozejdą się we wszystkie strony, światło zniknie, a ciemność zapanuje po wsze czasy”.

Na związanych ustach nekromanty pojawił się lekki uśmiech.

„I tak się stanie, mój władco!”.

„Najpotężniejsi powinni właśnie przechodzić”.

Nekromanta spojrzał na portal, przez który wyszli, jeden po drugim, dwa razy wyżsi od innych nieumarłych wojowników. Po pewnym czasie, gdy ostatni do nich dołączył, portal się zamknął.

„Mój panie… Portal…”.

„Tak, wiem. Zbyt wiele energii mnie kosztował… Nasza armia jest wystarczająco potężna, przybyło wielu na moje wezwanie. Gdy tylko przejmę moc, otworzę ponownie portal, a wszyscy, których ciała polegną w Tyrastaren, odrodzą się w świecie nieumarłych i powrócą. Główny nieumarły już wyznaczony, pora wyruszać, armia nie będzie się spieszyć. Niech wszyscy myślą, że to cała moc nieumarłych zmierza do krasnoludów, a gdy w to uwierzą, reszta armii nieumarłych wyruszy prosto do Drzewa Życia”.

„Tak, panie”.

„Niedługo moja moc będzie w pełni gotowa, lecz do tej chwili musimy poczekać”.

W głowie nekromanty zrobiła się cisza. Patrzył, jak kilku ogromnych nieumarłych o siwych włosach, ubranych w czarne zbroje, z dwoma wystającymi zza głowy mieczami ruszyło w kierunku krasnoludów, a wraz z nimi tysiące nieumarłych wojowników wypełzających z Surratar, niosących ze sobą śmierć.

Rozdział 3NOC ŁĄCZENIA

Z tej strony las wydawał się bardziej kolorowy. Droga podobna do tej, którą doszli do miasta elfów od strony południowej. Ork, hozarianin i elfka podążali przed siebie. Alsar czuł powiew świeżego powietrza, które delikatnie muskało go po twarzy. Przypominał sobie czasy, gdy był dzieckiem. Siadał wtedy na ogromnym głazie leżącym przed wioską, tym samym, na którym jego ojciec dostrzegł armię potępionych wilkurów, i w myślach przywoływał obrazy spokojnych i szczęśliwych dni, które tam spędził, patrząc na dolinę. Riveal niepewnie zbliżył się do elfki i zapytał:

– A czy ty… Czy umiesz dobrze walczyć? Bo jakbyś chciała, to mogę pokazać ci kilka pchnięć i ciosów mieczem.

Elfka roześmiała się, a głupie pytanie hozarianina wytrąciło myśli orka grzebiącego w przeszłości. Alsar przyspieszył kroku i doszedł z drugiej strony do Farii.

– A jak myślisz Rivealu? Czemu władca elfów posłał ją z nami? – zapytał ork.

Hozarianin chwilę się zastanowił.

– Oczywiście, żeby czegoś się od nas nauczyła.

Elfka znowu parsknęła śmiechem. Ork poczuł bezsilność wobec Riveala, któremu tak bardzo podobały się elfickie kobiety. Faria, mimo zagadywania, cały czas zerkała między drzewami w głąb lasu. Riveal to zauważył.

– Widzę, że czujność cię nie opuszcza, elfko, mimo że podąża z tobą dwóch naprawdę wybitnych i walecznych wojowników. Jestem rycerzem, a Alsar wojownikiem, przy nas nie musisz się niczego obawiać.

Elfka ze zdumieniem spojrzała na Riveala.

– To, czego najbardziej się obawiam, to sen, a poza tym staram się być przygotowana na każdą niespodziankę, czy to dobrą, czy złą.

Hozarianin, patrząc w oczy elfki i słysząc jej głos, który dla niego brzmiał jak muzyka, z ledwością przełknął ślinę. Zdjął swój hełm i przyczepił do paska na wysokości biodra.

– Sen… sen jest dobry, nawet bardzo dobry. Zależy tylko, z kim zasypiasz u swego boku.

Elfka z niedowierzaniem spojrzała na Riveala, a ork pokręcił z niedowierzaniem głową. Hozarianin zrobił się czerwony.

– Nie, nie! – krzyknął. – Źle mnie zrozumieliście! To znaczy ty, Fario, jeżeli mogę się do ciebie zwracać po imieniu. To są słowa mego kowala, nie moje, ja tylko je powtórzyłem.

– Na twoje szczęście, hozarianinie – powiedziała Faria z zagadkowym wyrazem twarzy.

Riveal czuł, jak jego serce wali coraz mocniej i szybciej.

„Opanuj się! Co ty wyprawiasz? Jak dalej będziesz gadał takie bzdury, ona cię znienawidzi. Skup się. Mimo tego, że jest tak piękna, musisz się skupić” – pomyślał Riveal.

– Ale ładna noc, nieprawdaż? – zmienił temat hozarianin, próbując rozładować napięcie.

– To prawda – odpowiedział Alsar. – Księżyc mocno świeci, mimo tak gęstych koron drzew jego drobne promienie przeciskają się przez gałęzie i liście.

– Dziś jest noc łączenia. Może będzie nam dane to zobaczyć, zanim opuścimy las – rzekła Faria.

– A co to jest noc łączenia? – zapytał ork.

– Ja też nie wiem, ale ładnie brzmi – wtrącił z uśmiechem Riveal.

Elfka roześmiała się i pokręciła głową.

– Taka noc zdarza się bardzo rzadko. Las życia wypuszcza swój pyłek… Kwiaty, grzyby, drzewa, paprocie, krzewy wysyłają swe małe nasiona z bardzo delikatnym wiatrem, który właśnie można poczuć. Rozniesie je w najdalsze zakątki lasu. Ten widok wśród elfów oznaczał nadzieję, życie i oby tak było zawsze.

– Podróżnik jest w Tyrastaren, więc tak samo jak ta noc łączenia on oznacza nadzieję. Na pewno posiada moc zdolną pokonać Pana

Śmierci i jego armię. Pewnie długo się do tego przygotowywał. Odnajdę go i razem z nim stanę do walki.

– I ja z tobą, orku – wtrącił hozarianin. – Razem będziemy walczyć! Nie zapominaj, co powiedział duch wody: mam cię chronić.

– A ja słyszałam, że Podróżnik to kobieta i pochodzi z tego samego świata co ty, Rivealu. I podobno jest dosyć drobna – powiedziała Faria.

„Jeszcze jedna kobieta… Cóż za szczęście, że sztorm mnie tu wyrzucił, oby też była piękna” – pomyślał hozarianin.

– To nie może być prawda, elfko. – Alsar powątpiewał. – Podróżnik jest potężny i dobrze zbudowany, na pewno jednym ciosem przeciąłby trolla na pół. Ktoś cię źle poinformował.

– Nie ktoś, tylko gnomy, które niedawno spotkałam w lesie. Dwa czerwone kryształy kosztowała mnie ta informacja. Ale jeśli była nieprawdziwa, to nawet Pan Śmierci nie zatrzyma mnie, gdy ruszę odnaleźć tę dwójkę, żeby skrócić ich zakłamane głowy. Jednak mówili to w sposób wiarygodny, raczej wyczułabym kłamstwo.

– A ile chcieli za tę informację?

– Chcieli cztery czerwone kryształy, lecz przy sobie miałam tylko dwa. Jeden z nich powiedział, że lepsze to niż nic i zaczęli opowiadać. Ona podróżuje z czarodziejem Zildanem z Pradawnego Lasu do stolicy krasnoludów. Nie byli jednak pewni, gdyż z nią nie rozmawiali. Ostatni gnom, który ją widział, był z wizytą u czarodzieja z bagien i tylko przez chwilę jej się przyjrzał, a tak poza tym to widzieli ją tylko z daleka, wędrującą. Sądzą, że to właśnie był Podróżnik, a raczej Podróżniczka. Dodali jeszcze, że jest bardzo ładna. Aha… i jest z nią wróżka.

– Nie wierzę w to! – Ork nieco się zdenerwował. – Jak ktoś tak drobny, a więc słaby, miałby stawić czoła takiemu potworowi? Przecież jeden wilkur mógłby ją zabić. To nie mogła być ona. Póki sam nie zobaczę, nie uwierzę.

Elfka ze zdziwieniem popatrzyła na Alsara, a tym razem Riveal pokręcił głową.

– Orku? – zapytała Faria. – Powiedz mi, czy ja jestem wielka i umięśniona?

– Nie – odpowiedział od razu Alsar.

– No właśnie. A czy walczyłeś kiedyś z trollami?

– Tak.

– I jak się z nimi walczy?

– Hmm… – Ork się zamyślił. – Są głupie, ale silne i potężne. Jeden ich cios potrafi zabić, no i nie są łatwym przeciwnikiem.

– Bardzo dobrze, Alsarze! A wiesz, jak nazwał mnie ostatni troll, zanim przeszyłam mu gardło swoim mieczem?

Alsar pokręcił głową.

– Nocny koszmar. Sama go zabiłam, jak również dwunastu innych. Na strach wśród stworzeń tak głupich jak trolle trzeba sobie zasłużyć, skoro rozpoznają ciebie, często nie pamiętając własnego imienia. Więc może uwierz w kogoś takiego jak ona, która tu przybyła, aby ocalić ten świat, a ty dzięki niej będziesz mógł wrócić do swego domu w Ognistej Dolinie.

Alsarowi zrobiło się wstyd i nic nie odpowiedział, lecz zamyślił się, czy to wszystko prawda, czy tylko gnomie przypuszczenia. Riveal po chwili zapytał:

– Sama zabiłaś tylu trolli? To chyba jakiś żart. – Zaraz po wypowiedzianych słowach zająknął się: – Yyy… nie, to nie może być żart, na pewno je zabiłaś.

Teraz Faria kiwnęła głową, słuchając orka i hozarianina.

– A przypadkiem nie jesteście jakimiś dalekimi kuzynami? Bo może i wyglądacie inaczej, lecz albo mi się wydaje, albo wewnątrz jesteście bardzo podobni.

– My? – odpowiedzieli pytaniem równocześnie. – Nigdy!

– Ja pochodzę ze świata demonów, a on ze świata ludzi.

– Cóż za przypuszczenia? My? Kuzynami? – dokończył roześmiany hozarianin. – Kuzynami… – wyszeptał pod nosem. – Pewnie porównałaś nas po kolorze skóry – dodał i obaj z Alsarem zaczęli się śmiać.

– Ciszej! – Elfka podniosła głos. – Bo jeszcze nas usłyszy jakaś grupa nieumarłych, trolli lub ogrów, a wtedy tylko walka pozostaje.

Alsar natychmiast spoważniał, a Riveal powoli się uspokajał, mówiąc:

– Przecież mówiłaś, że się ciebie boją. To jeśli ciebie zobaczą, to szybciej uciekną, niż nas zaatakują.

Elfka zatrzymała się, a ork i hozarianin odwrócili się i patrzyli na zdenerwowaną twarz Farii. Uśmiech zniknął z twarzy Riveala.

– Nie zdajecie sobie sprawy, jakie stworzenia żyją w tym lesie. Uwierzcie mi, nie chcielibyście ich spotkać – rzekła z powagą elfka. – Po czym ruszyła przed siebie, zostawiając ich z tyle.

– Rivealu – wyszeptał ork – opanujmy się i zachowajmy powagę.

Hozarianin pokiwał głową.

– Dobrze orku.

Obaj ruszyli przyspieszonym krokiem, dołączając do Farii. Riveal podrapał się po głowie.

– Przepraszamy cię! Głupio wyszło… Musimy trzymać się razem i wspierać, żebyśmy dotarli do celu. A przez chwilę zapomnienia naprawdę mogliśmy narobić sobie kłopotów i jakieś niechciane stwory mogłyby nas usłyszeć i próbować zabić.

Elfka nawet nie zerknęła na tłumaczącego się Riveala.

– Niechciane… Niechciane to mogłyby być trolle z ogrami, a nie chciałbyś spotkać niewidzialnych, bo z nimi się nie walczy, przed nimi się ucieka i walczy o życie.

Riveal i Alsar zrozumieli przekaz Farii. Ktoś zabijający tylu trolli boi się czegoś, co żyje w tym lesie, co oznacza naprawdę potężną istotę.

– A co to są niewidzialni? – zapytał ork.

– A u was ich nie ma? – zdziwiła się Faria.

– Nie wiem, może i są, a może inaczej je nazywamy. Możesz je opisać?

Elfka głęboko westchnęła.

– Te stworzenia poruszają się na sześciu łapach, mają spiczaste i ostre kolce od głowy aż po ogon, kły jak sztylety i potrafią przybrać każdy rodzaj koloru oraz otoczenia. Dlatego nazywamy je niewidzialnymi. Żyją pod ziemią, lecz często wychodzą na powierzchnię, by polować. Na szczęście jest ich mało albo tylko tyle ich widzieliśmy w tym lesie. Czy teraz sobie przypominasz, orku? Wiesz, co to jest i jak je nazywacie? A, jeszcze jedno. Są niewiarygodnie zwinne zarówno pod ziemią, jak na niej i na drzewach. Są postrachem elfów. Raz zakradłam się niedaleko jaskini, gdzie podejrzewałam że mieszkają. Spędziłam cały dzień na drzewie i obserwowałam. Były dwa. Zrozumiałam, że to samiec i samica.

Gdy razem opuściły grotę i udały się na polowanie, weszłam do środka i zobaczyłam dwa młode, zupełnie ślepe. Pomyślałam, że może wezmę jedno i wychowam przy sobie, przyzwyczajając je do siebie, a z takim wsparciem w lesie nic nie mogłoby nas zatrzymać. Wzięłam więc jedno młode i gdy wyszłam z groty, naprzeciw stała para jego rodziców wpatrujących się we mnie. Nigdy w życiu tak się nie bałam. Oboje ryknęli tak potężnie, że poczułam jak krew odpływa z mojej twarzy.

– I co? Co się stało? – dopytywał Riveal.

– Zaczęłam opuszczać młode na ziemię, im niżej je opuszczałam, tym oni mniej się na mnie szczerzyli. Gdy położyłam już je na ziemi, tylko na mnie patrzyły. Nie wiedziałam, co robić. Kolce na ich głowie, plecach i ogonie zaświeciły na niebiesko, więc zaczęłam odchodzić na bok. Gdy byłam około czterech metrów od młodego, rodzice ostrożnie podeszli do niego i obwąchali go. Następnie jedno z nich, myślę, że to była samica, wzięła młode w pysk i zaniosła z powrotem do jaskini, a drugi, niewidzialny, tylko stał i na mnie patrzył. Zaczęłam wtedy uciekać, ile sił miałam w nogach. Nic nie słyszałam za sobą, gdy się zorientowałam, że mnie nie ściga, obejrzałam się. On tylko stał i patrzył. Nie wiem, dlaczego mnie nie zabił. Wtedy ostatni raz widziałam tę parę. Gdy wróciłam do Armirid i weszłam do swego domu, uklękłam na ziemi i się popłakałam. Cała się trzęsłam i nie mogłam tego opanować. Dopiero po dwóch dniach zdobyłam się na odwagę, żeby tam wrócić. Nie wiem, czy to była ciekawość przed tym, jak te stworzenia się zachowały, nie zabijając mnie, a zrobiłyby to bez żadnego problemu, czy moja głupota. Lecz ich już tam nie było, młodych też. Cały dzień i noc siedziałam na drzewie i obserwowałam, lecz nic nie pojawiło się w pobliżu. Weszłam więc tam, ale było zupełnie pusto. Nie mam pojęcia, gdzie się udały.

– A dawno to było? – zapytał Alsar.

– Jakieś kilka dni temu. Dlatego musimy zachować ostrożność.

Po tej opowieści ork i hozarianin zaczęli rozglądać się dookoła.

– Fario, może to były te stworzenia, na których jeżdżą krasnoludy? – zapytał ork.

– Nie, to nie one. Wiem, jak wyglądają ich wierzchowce. Też są potężne, zwinne i mordercze, lecz to nie one. Te są bardziej mroczne.

W ich oczach było coś takiego… Jakby rozumiały, co się dzieje. Jakby to nie były tylko bezmyślne, krwawe bestie, tak jakby ktoś je nauczył tego wszystkiego albo same doszły do takiego poziomu.

– A to krasnoludy jeżdżą na czymś takim? – Riveal się zdziwił. – A jakie to było duże? Bo chyba musiało być wielkie, skoro ktoś na tym może jeździć.

Faria spojrzała na niego.

– Jakoś do twoich ramion.

– O, to tak jak nasze konie, tylko one nie gryzą ani nie drapią, ale kopią i to tak, że człowiek się nie może pozbierać. Chociaż były też przypadki, że gryzły…

– I co? Wtedy zagryzały któregoś z was? – zapytał Alsar.

– Nie… – Hozarianin się roześmiał, po czym zakrył usta i rozejrzał się dookoła. – Nie, one jedzą trawę, a nie mięso. Czasem po złości ugryzą. Uwielbiam mojego wierzchowca, na polu bitwy rozumiemy się doskonale, jakbyśmy byli jednością. Och, jak go wspominam, to serce rwie mi się do walki.

– Będziesz miał okazję, hozarianinie, w niedługim czasie staniemy do walki. Jeśli wszyscy stawiliby się, to byłaby wojna ras, a wyniki spisze historia, po której nagrodzi nas zwycięstwem cieszących się z pokonania zła albo zło chełpiące się naszą śmiercią będzie stąpało po morzu naszej krwi. A czy to się stanie, pokaże nam tylko czas, który z każdym uderzeniem naszego serca bezzwrotnie zabiera nam kawałek naszego życia.

Elfka spojrzała na orka.

– No… Nie spodziewałam się, że z twoich ust, Alsarze, wypłyną takie słowa.

– A to dlaczego?

– Jesteście orkami, zielonymi wojownikami. Przez słowa, jakie właśnie wypowiedziałeś, raczej przemawia ostrze waszego topora lub miecza oraz siła, z jaką zadajecie swą bronią śmiertelny cios. Dlatego zdziwiło mnie to, co powiedziałeś.

Ork się uśmiechnął.

– Codziennie coś nas zaskakuje. Na przykład spotkanie Riveala, który rzucił się na mnie i próbował zabić.

– Och! Jeszcze to pamiętasz? To było tak dawno temu. Po prostu pomyliłem cię z kimś i tyle.

– Jak można pomylić zielonego orka z kimś innym w Tyrastaren? – zdziwiła się elfka.

– Jak to jak? Wystarczy spojrzeć na mnie i na ciebie, Fario. Gdyby nie twoje uszy, nikt by nie rozróżnił, czy jesteś potomkiem ludzi, czy elfką.

– A co masz do moich uszu?

– Ja?… Nic… Oczywiście, że nic. Są piękne. Tylko pokazałem różnicę między nami. Dlatego gdy po raz pierwszy zobaczyłem Alsara, wziąłem go za goblina.

– A co to są gobliny? – zapytała Faria.

– Cieszcie się, że ich tu nie macie. Tyle ci powiem.

– No dobrze. Ale jak wyglądają? – dopytywała elfka.

– Hmm… Mają zieloną skórę tak jak Alsar, przez co się pomyliłem i stoczyliśmy walkę. Myślałem, że to król goblinów albo władca. Kto wie, jak ich tam nazywają.

– A kto wygrał?

Riveal usłyszał pytanie Farii, lecz kontynuował. Nie chciał, aby dowiedziała się, że jest słabszy.

– …no i mają miecze, łuki i robią pułapki. A, co najgorsze, są niewiarygodnie podstępne i cwane. I co najmniej półtora razy większe niż te wasze gnomy.

– Ciekawe… – wyszeptała Faria. – Zapamiętam to, może kiedyś mi się przyda. Nadal jednak nie odpowiedziałeś mi na moje pytanie: kto wygrał?

Riveal poczuł, że robi mu się gorąco. Jeśli odpowie, będzie przegrany w jej oczach.

– Żaden z nas – wtrącił ork. – Walczyliśmy tak długo i zawzięcie, aż padliśmy z wyczerpania.

Riveal, słysząc to, w ciągu sekundy poczuł, jakby wszedł pod lodowaty wodospad. Westchnął z ulgą. Faria spojrzała na niego z podziwem.

– No, no… Nie sądziłam, że z twoją postawą stawisz czoła orkowi.

Riveal spojrzał na siebie i lekko się zawstydził.

– A co z nią nie tak?

– Nic, potomku ludzi, ale orkowie, jeśli chodzi o wygląd, są chyba największymi wojownikami w Tyrastaren. A to, że walczyliście jak równy z równym… No, no, hozarianinie, zyskałeś szacunek w moich oczach.

Riveal poczuł ogromną dumę.

Faria dostrzegła, że zbliżają się do końca lasu. Alsar nagle zaczął nasłuchiwać dziwnych puknięć dochodzących zewsząd.

– Niedługo opuścimy Las Życia, a po jakimś czasie wejdziemy na ziemie niekontrolowane już przez nikogo.

Ork i hozarianin spojrzeli przed siebie.

– Dlaczego niekontrolowane? To znaczy, że tamte ktoś kontrolował?

– Oczywiście! Las Życia i wszystko przed nim, aż do ruin starego miasta, to ziemie elfów. Dalej są ziemie krasnoludów, które sięgają do Smoczego Kła i Gór Kasara. To ziemie granic. Wszędzie tam były patrole elfów, lecz od kiedy pojawili się nieumarli, patrole dla własnego bezpieczeństwa i na rozkaz naszego władcy Dolana wycofały się do granic Lasu Życia. Mimo to i tak martwi prześlizgnęli się, spalili port i wymordowali żyjących tam elfów. Szkoda, że akurat mnie tam nie było… Pokazałabym im, czym jest elfickie ostrze.

Ork nie mógł się skupić na tym, o czym opowiada Faria, ponieważ cały czas rozpraszały go drobne pęknięcia i uderzenia dochodzące z lasu.

– Spójrzcie! Prawie już doszliśmy. Zaraz opuścimy las. – Elfka się ucieszyła.

– A co cię tak rozweseliło? – zapytał hozarianin.

– Jak to co?! Nieznane, nowe tereny, nowi przeciwnicy. Nie mówcie, że was jako wojowników…

– Ja jestem rycerzem, choć czasem też nazywają mnie wojownikiem… – wtrącił Riveal.

– Nieważne. Chodzi mi o to, czy was nie ciągnie w nieznane?

Hozarianin chwilę pomyślał.

– Zgadzam się z tobą. Masz rację, elfko, dobrze mówisz.

– A ty, orku? Nie czujesz tego? – zapytała Faria.

Alsar się rozglądał. Wpatrywał się w korony drzew i toń lasu. Wydawał się nieobecny.

– Co? Mówiłaś coś do mnie? – zapytał, orientując się, że oboje na niego patrzą.

– Co ci jest? – zapytał zdziwiony Riveal.

– Nic… Tylko te pukania, pęknięcia… Cały czas nie dają mi spokoju.

– Zaczęło się – wyszeptała Faria i spojrzała w korony drzew. Poczuła, że podmuch powietrza złapał jeden rytm i delikatnie przenikał las. – Czujecie? To życie rodzi się w lesie.

Hozarianian rozglądał się na prawo, lewo, patrzył w górę i myślał: „O czym ona mówi? Jakie życie?”.

– Zostalibyśmy, żeby to podziwiać, lecz mamy ważniejsze sprawy – powiedziała zamyślona Faria.

Doszli do ostatnich drzew. Opuszczając las, odwrócili się. Puknięcia narastały. Teraz nawet Riveal je słyszał. Wszystkie kwiaty otworzyły swe pąki w koronach drzew i na ziemi, mieniąc się różnymi kolorami. W ich ślady poszły grzyby, paprocie i mchy pokrywające pnie drzew i podłoże.

– Ruszajmy! Nie mamy czasu, żeby tak stać i podziwiać to, co niedługo się stanie. Mamy misję i nie zapominajmy o tym – powiedziała Faria i ruszyła do przodu. Za nią podążyli Alsar i Riveal.

– Orku, o co tu chodzi? – zapytał hozarianin.

Alsar tylko wzruszył ramionami.

– Sami to zobaczycie. Jeszcze chwilę – odpowiedziała Faria.

Księżyc mocno świecił, ork i Riveal przyspieszyli kroku i dołączyli do elfki, spoglądając od czasu do czasu za siebie.

– Tak w ogóle, to mieliśmy iść w zupełnej ciszy, a część drogi przegadaliśmy. – Hozarianin się zaśmiał.

– Wiem, lecz dzięki temu lepiej się poznaliśmy, co jeszcze bardziej nas wzmocni.

– Na Pana Światła! Mam nadzieję, że jeszcze bardziej się poznamy, co nas może jeszcze bardziej zbliżyć.

– Zbliżyć? W jakim sensie? – zapytała z zdziwieniem elfka.

Riveal znowu poczuł, jak go ogarnia gorąco.

– W żadnym, Fario, tak po prostu jakoś mi się powiedziało. Kiedy to coś zacznie się dziać z tym lasem, bo jestem ciekawy. A ty, Alsarze?

Ork poczuł, że Riveal próbuje zmienić temat.

– Oczywiście, i to bardzo.

Nagle na trawie zobaczyli swoje odwzorcowane cienie. Wszyscy się odwrócili i wreszcie ich oczom ukazało się to, o czym mówiła Faria. Pyłek w różnych postaciach, większy i mniejszy, różnokolorowy, wydobywał się z drzew i innych roślin, niesiony przez delikatny wiatr. Przenikał między drzewami i unosił się nad koronami w lekkich wietrznych wirach. Wyglądało to jak pomieszana tęcza wyginająca się w różne strony, wznosząca się kilkadziesiąt metrów ponad las. Następnie wbijała się w niego i znikała. Po chwili zaczęło pojawiać się coraz więcej takich wirów, a świecący pyłek stworzył kolorową łunę nad lasem. Ork z Rivealem widzieli coś takiego po raz pierwszy i stali jak zahipnotyzowani.

– Już? Napatrzyliście się? To idziemy dalej! Gdy będzie następna taka noc, to zapraszam. Spędzimy ją w samym środku lasu, żebyście poczuli na sobie tę magię. A teraz w drogę!

Obaj niechętnie posłuchali elfki.

– A kiedy znów będzie taka noc? – zapytał zaciekawiony hozarianin.

Faria zastanowiła się.

– Jeśli liczyć w twoich latach… to będziesz potrzebował kogoś do poruszania się, bo starość cię dogoni. Orka zresztą tak samo.

– To na pewno nacieszymy się tym widokiem, co, Alsarze? Już nie mogę się doczekać tego następnego razu. Na Pana Światła! Wolę teraz jeszcze zerknąć, bo wyczekiwanie na następny raz raczej mnie zabije. – Riveal się zaśmiał się, a ork razem z nim.

Idąc dalej, zeszli z małego wzniesienia, a las całkiem zniknął im z oczu. Księżyc rozświetlał drogę, po której podążali, szukając nadziei na lepsze życie.

W mieście elfów Dolan ze swą matką i resztą mieszkańców Armirid zebrali się na placu przed pałacem. Mimo że plac nie pomieścił wszystkich, elfy wychodziły z domów na główne drogi i mniejsze ścieżki, patrząc w niebo. Cała elficka społeczność obserwowała kolorowy pyłek świecący w ciemności, tańczący na niebie w powietrznych wirach, z których delikatnie opadał na ziemię, mieniąc się w różnych kolorach. Telea spojrzała na syna, który cały czas wpatrywał się w niebo.

– Widzisz, synu… – Dolan, słysząc to, spojrzał na matkę. – To nadzieja, znak i zarazem życie, o które musimy walczyć ze złem nawet za cenę własnego. Inaczej nigdy więcej tego nie zobaczymy i to wszystko umrze.

– Wiem, matko, wiem… – wyszeptał Dolan, głęboko wzdychając.

W pewnym momencie Dolan dojrzał zbliżającego się i przepychającego między elfami strażnika, który miał za wszelką cenę pilnować ciała nieumarłego schowanego w piwnicy pod zbrojownią.

– Panie! Królowo! – krzyczał, aż dotarł do swoich władców.

– Co się stało? – zapytał Dolan.

– Władco, coś się dzieje z tym przeklętym ciałem. Proszę was, żebyście to zobaczyli!

– Straż! – krzyknęła głośno Telea.

Strażnicy, patrzący do tej pory w niebo, zaczęli zbierać się wokół swych władców.

– Co się dzieje, królowo?

– Zróbcie przejście do zbrojowni.

Straż otoczyła Dolana i Teleę, a prowadzący krzyczał:

– Przejście dla naszych władców! Przejście aż do zbrojowni!

Elfy zgromadzone na placu i tak były już ściśnięte, lecz słysząc rozkaz, rozpychały się na boki, pozwalając strażnikom i swym władcom swobodnie przejść. Gdy wszyscy dotarli na miejsce, Dolan nakazał strażnikom pilnować wejścia i wraz z matką udali się do piwnicy. Schodząc po krętych schodach, władca trzymał za rękojeść swego miecza. Telea, odrzuciwszy strach, była rozluźniona i bardziej ciekawa tego, co zobaczy. Weszli do korytarza, na wprost którego były uchylone drzwi. Za nimi, na wielkim drewnianym stole leżało ciało. Powoli i ostrożnie weszli do środka. Kryształy światła osadzone na suficie doskonale oświetlały nieumarłego. Dolan nie wierzył własnym oczom i zmarszczył brwi ze zdziwienia.

– Matko, o co tu chodzi?

Telea przyglądała się ciału, które po części – kawałek czoła, ręki, stopy, razem ze zbroją, w jaką był ubrany – zamieniało się w drobny czarny proszek.

– Co się z nim dzieje, matko? Odpowiedz!

– Nie wiesz, synu?

– Niby o czym?

– Przecież to nieumarli. Ich nieśmiertelne dusze powróciły do świata, z którego pochodzą, a teraz wzywają ciała.

– Może go spalmy? – zapytał Dolan.

– To nic nie da. Im szybciej zmieni się w popiół, tym szybciej dusza odzyska ciało. W przeciwieństwie do nas oni nie potrafią umrzeć. Mimo że też posiadamy ten dar, dopóki nasze ciała nie zostaną dotkliwie zranione. My jednak się nie odrodzimy… Teraz rozumiem pradawną legendę o Podróżniku. My mamy walczyć z nimi za cenę śmierci. Tak, teraz wszystko się zgadza..

– Ale co, matko!?

– Nasze rasy muszą się połączyć i stawić czoła armii potępionych i nieumarłych, a Podróżniczka musi zabić Pana Śmierci, bo gdy straci za dużo mocy w walce z jego armią, on wygra. Gdy dojdzie już do wojny, mój synu, brońcie Podróżniczki, dopóki nie pojawi się Licz, i wytnijcie wszystko, co stanie na jej drodze. Niech Podróżniczka uaktywni swą moc dopiero w walce z nim. Podejrzewam, że Pan Śmierci też o tym wie.

Dolan i Telea spojrzeli jeszcze raz na ciało, które coraz bardziej się rozsypywało.

– Tu już nie potrzeba strażnika, niedługo po nim nic nie zostanie. Chodźmy, synu, na górę świętować tę wspaniałą noc i wzmocnić wiarę w przyszłość.

Udali się do wyjścia. Dolan jeszcze raz zerknął na ciało i zamknął drzwi, przekręcając klucz w zamku. Telea, widząc to, uśmiechnęła się.

– To nic nie da, Dolanie.

– Wiem, matko, ale wolę się upewnić, że nic stamtąd nie wyjdzie.

Weszli na górę i znaleźli się w zbrojowni, w której na ziemi leżały dwa miecze nieumarłego, a ich ostrza do połowy zmieniły się w proszek.

– A nie mówiłam? Wszystko tam powraca, nawet broń. Ten wojownik się odrodzi i będzie pamiętał, co mu się przydarzyło, lecz nikomu o tym nie mów, Dolanie, bo nasi wojownicy mogą stracić ducha walki.

Władca elfów spojrzał na matkę, ponownie na miecze i wyszli na zewnątrz do swych poddanych. Udali się na plac przed pałacem królowej.

Rozdział 4ODWAGA GNOMÓW

Zwiad nieumarłych biegł wzdłuż rzeki, aż dotarł do skały, z której wyrastało suche drzewo. Dla nieumarłych nie było różnicy, czy jest to dzień, czy noc. Ich oczy widziały tak samo o każdej porze dnia. Około dwudziestu pięciu wojowników zaczęło szukać wejścia, które kryło się za suchymi korzeniami. Nieumarli dobyli swych mieczy i w kilka chwil wycięli korzenie, odsłaniając dużą dziurę w głębi ziemi. Głównodowodzący zwiadem jako pierwszy stanął nad wejściem i wskoczył. Spadł około czterech metrów pod ziemię i znalazł się w małej grocie z korytarzem. Ruszył przed siebie, trzymając swe miecze, a za nim zaczęli wpadać następni nieumarli, podążając za swoim dowódcą. Korytarz ciągnął się około stu metrów, a na końcu świeciło jasne światło. Nieumarli zbliżali się bardzo ostrożnie i po cichu. Nie zwracając na siebie uwagi, dotarli do światła. Okazało się, że to kryształ usadowiony nad wejściem do następnego korytarza rozchodzącego się w prawą i lewą stronę. Przy wejściu na kamieniu spał gnom z opartą głową o skałę. Z kaptura przez dziury wystawały lekko owłosione uszy. Nieumarły wojownik stojący nad gnomem po cichu podniósł ostrze miecza nad głowę gnoma, który powoli zaczął otwierać oczy i ziewać. Ostrze z wielką szybkością opadło, przechodząc przez kaptur i przebijając głowę na wylot. Mały gnom tylko jęknął. Nagle zza rogu wyszedł następny. Ujrzawszy nieumarłych i martwego gnomiego strażnika, lekko drgającego w kałuży krwi, pobiegł do przodu, łapiąc za kamień przyczepiony na sznurku do ubrania, i z całej siły zaczął uderzać nim o ścianę, nadając sygnał zagrożenia. Gdy zdążył uderzyć ostatni raz, z jego klatki piersiowej wysunęło się ostrze, posyłając go martwego na ziemię. Nieumarły wyciągnął z ciała miecz, rozglądając się za następnymi. Korytarz rozdzielał się w obie strony, otaczając całe miasto gnomów. Dowódca nieumarłych machnął zakrwawionym mieczem, mówiąc:

– Połowa w tę stronę, reszta za mną!

Kamienne stukanie obiegło wszystkie korytarze, a gnomy w popłochu opuszczały je i biegły do swej stolicy, w której podniesiono alarm. Bolb, władca gnomów, wybiegł ze swego domu i podbiegł do krawędzi wzniesienia, gdzie mieszkał na szczycie. Patrzył, jak jego lud w popłochu biega we wszystkie strony, a niektóre gnomy wbiegające przez dziury były całe zakrwawione. Nieumarli próbowali zabić każdego, kto tylko pokazał się na ich drodze. Znaleźli wszystkie sześć wejść do miasta gnomów i zablokowali je tak, żeby nikt nie mógł się wydostać. Nagle dla nieumarłych pojawił się problem. Tunel otaczający miasto był dość wysoki i szeroki, żeby ich pomieścić, lecz wejścia do miasta sięgały nieco ponad kolana. Nawet gnomy musiały się schylać, by wejść do środka. Nieumarli stali, czekając na rozkaz swego dowódcy. Władca gnomów widząc, co się dzieje, pobiegł do swego domu i wyciągnął spod łóżka miecz. Złapał za rękojeść i wyciągnął z pochwy. Następnie ponownie dobiegł do krawędzi, gdzie czekała na niego grupa gnomów, krzycząc:

– Panie! Nasz panie! To nieumarli nas zabijają!

Bolb ścisnął swój miecz. Jeden z gnomów dodał:

– Zablokowali wszystkie wyjścia, nie ma ucieczki z naszego miasta. Gdy tylko tu wejdą, zabiją nas wszystkich.

Władca skierował wzrok na wyjścia. Nieumarli ukucnęli i zaglądali do środka. Bolb poczuł, że tym razem gnomy muszą stanąć do walki, nie mogą uciekać i zostać zdziesiątkowane jak w dawnych czasach przez krwiożercze wilkury. Z gardła władcy gnomów wyleciał głośny rozkaz:

– Za miecze, moje gnomy! Dobądźcie mieczy! Będziemy bronić naszej stolicy! Nie pozwólmy, żeby historia się powtórzyła! Znajdźcie w sobie odwagę i walczcie, moi mali bracia!

Wszystkie biegające w popłochu gnomy stanęły i słuchały swojego władcy.

– Przyszła pora, by najmniejsze stworzenia złapały za miecze i broniły naszej stolicy, naszego domu, bo innego już nie mamy. Bronić wejść! – krzyknął na koniec Bolb.

Przebiegł obok gnomów, które przyszły go poinformować, i skierował się w dół drogą oplatającą ogromną skałę. Gnomy, ubrane w zbroje, wybiegały ze swych domów. Trzymały broń, którą dostały za wymianę handlową z krasnoludami i elfami. Ustawiły się po kilkudziesięciu przy każdym wejściu. Chwilę później nastała cisza, po której nieumarły dowódca uklęknął i schylił się tak, że na końcu krótkiego tunelu zobaczył kilkanaście gnomich oczu wpatrujących się w niego. Z jego gardła dobył się głośny, zachrypły głos mrożący krew w żyłach wszystkich gnomów:

– Atak!

Krzyk obiegł echem wszystkie korytarze. Nieumarli, jeden za drugim, wciskali się w niewielkie wejścia. Niektóre gnomy odbiegały od wejść w wielkim strachu, lecz gdy ponownie zdały sobie sprawę, że nie mają gdzie uciekać, wracały i kierowały swe ostrza w kierunku napastników. Wszyscy nieumarli wojownicy znaleźli się w tunelach i powoli podczołgiwali się do celu, trzymając przed sobą miecze. Gdy tylko w jednej z dziur pojawił się pierwszy nieumarły wojownik, gnomy się cofnęły. Bolb, stojący przy następnym wejściu, zobaczył to, podbiegł, wskoczył na plecy jednego ze swych poddanych, wybił się, przelatując nad resztą, i wpadł prosto na nieumarłego wojownika, wbijając mu miecz prosto w plecy. Przebił jego zbroję, lecz sam również poczuł ból w brzuchu. Nieumarły przekręcił się na bok i przebił go na wylot. Bolb patrzył małymi oczami w lodowate spojrzenie oprawcy, a z jego ust poleciała krew. Ostatkiem sił krzyknął:

– Brońcie naszego domu! – Po czym osunął się na ziemię i oddał ostatni oddech życia.

Nieumarły wojownik odrzucił jego małe ciało na bok. Gnomy dzięki poświęceniu swego władcy, który pokazał im, czym jest odwaga, rzuciły się do szaleńczej walki i zaczęły atakować i dźgać każdego nieumarłego, który tylko się przecisnął do wejścia. Ginęły przy tym, lecz nie wpuściły żadnego. Zabijając nieumarłego wojownika, zakładały mu pętlę na głowę i w kilkunastu, ciągnąc za sznury, wyciągały z dziury, oczekując następnego. Z czasem przebiły ostatniego nieumarłego, a z jego ciała wyleciała czarna chmura i znikła. Gnomy w przerażeniu, lecz z odwagą, zaglądały do wejść, czy może nie kryje się tam ktoś jeszcze. Odczekały kilka chwil, po czym nie widząc już żadnego ruchu, zaczęły wychodzić. Ostrożnie i powoli zbliżały się do wyjścia. Po chwili ze wszystkich wejść zaczęły wystawać małe głowy, szybko się chowając, i tak raz za razem, aż upewniły się, że nikogo nie ma. Jeden z pierwszych, który wyszedł do korytarza, krzyknął:

– Zwycięstwo! Nasz dom ocalony! Wygraliśmy!

Echo odbijało się po korytarzach, aż wpadło do stolicy. Wszyscy zaczęli się obejmować, rzucając na ziemię broń i krzycząc z radości. Lecz euforia spowodowana zwycięstwem nie trwała długo. Gnomy zaczęły spoglądać w miejsce, w którym leżał ich władca i wokół którego zbierali się mieszkańcy podziemia, a między nimi starszyzna. Trzy najstarsze gnomy – Tlin, Lobt i Klep – podpierając się na swych laskach, otoczyły Bolba i wpatrywały się w niego z niedowierzaniem. Tlin, najstarszy z nich, wykorzystał panującą ciszę i krzyknął:

– Dziś narodziła się przyszłość i nadzieja dzięki naszemu władcy, który pokazał nam, jak się walczy o swój dom. Od tej pory zawsze będziemy tak robić!

W całym pomieszczeniu wybuchł wrzask. Gnomy krzyczały i płakały. Tlin rozejrzał się dookoła.

– Najeźdźcy przybyli, żeby nas zgładzić, tak jak próbowały zrobić to wilkury, lecz wtedy uciekliśmy. Teraz… teraz, moje gnomy, wiemy, jak użyć naszej broni i jak choć w małym stopniu zwalczyć zło. Najważniejsze, że on, nasz władca, nam to pokazał. Niech imię Bolba, największego władcy gnomów i handlowca, będzie czczone przez gnomy po wsze czasy, a legenda przekazywana z pokolenia na pokolenie nigdy nie popadnie w zapomnienie! – wrzasnął gnom, a wszyscy ponownie zaczęli krzyczeć. Po chwili znów nastała cisza.