Lilli. Podróż w nieznane - M.R. Marco - ebook

Lilli. Podróż w nieznane ebook

M.R. Marco

0,0
20,00 zł

lub
Opis

Wciągająca, pełna przygód i humoru opowieść skierowana zarówno do młodszego, jak i starszego czytelnika, która przeniesie go w niesamowitą podróż po magicznym świecie fantasy. Zielone orki, wojownicy z Zapomnianych bagien i inne rasy z pomocą legendarnej Podróżniczki walczą ze złem, które przybyło do ich świata tylko w jednym celu: by go zgładzić…

„Pewnego dnia Lilli budzi się i przygotowuje do pracy. Zmęczona życiem nie wyobraża sobie, że przez następne lata ma robić to samo, pracować dla kogoś i być od niego zależna. Gdy dociera do pracy, niespodziewanie jej życie się zmienia. Przenosi się do magicznego świata, w którym odkrywa w sobie odwagę, waleczność, pewność siebie i moc, o jakiej mogła tylko śnić. Prowadzona przez małą wróżkę o zadziornym charakterze i ciętym języku oraz upartego czarodzieja i zadufanego w sobie księcia bagien odkrywa siebie, powoli dając nadzieję światu, do którego przybyła”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 437

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Strona redakcyjna

Projekt okładki

Krzysztof Krawiec

© Copyright by M.R. Marco

ISBN 978-83-942891-1-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Publikacja elektroniczna

Dla Ani

Rozdział 1 JUŻ PORA

Rozdział 1

JUŻ PORA

Noc okryła Tyrastaren. Przepiękny świat spowity magią i legendami. Na jednym ze skrajów tegoż świata rozciągał się potężny i tajemniczy Pradawny Las, w którym bardzo dawno temu zamieszkał mag. Wieszając na ścianie swojej wieży świeżo zebrane zioła, czarodziej spodziewał się gościa, który właśnie wleciał przez okno.

— O, witaj mała wróżko! Jak ci minęła podróż?

— Jestem Bianka! I nie jestem mała! Tyle razy ci, Zildanie, o tym wspominałam, a ty wciąż nie pamiętasz. A podróż? Dziękuję, dobrze.

— Pamiętam, pamiętam, tylko tak się z tobą drażnię. Czekałem na ciebie.

Zildan wyjął następną mieszankę ziół i zaczął rozdzielać ją na gatunki, układając równo na stole.

— Jakie wieści na polanie i u twojej królowej?

— Wszystko dobrze, chociaż Seleni jest ostatnio trochę zamyślona... Jakby czymś się martwiła — zaczęła mówić wróżka, chodząc po stole w tę i z powrotem. — Kazała ciebie zapytać, czy ty też coś tam poczułeś, więc pytam.

Mina czarodzieja spoważniała.

— Powiedz jej, że tak. Że on powrócił — kończąc zdanie, Zildan się zamyślił.

— A kto niby powrócił? — zapytała wróżka.

— Ten, o którym mówią legendy. Czyżby królowa ci nie mówiła?

— Nie — powiedziała wróżka.

— Bianko, Pan Śmierci powrócił do Tyrastaren — powiedział z przejęciem Zildan.

— A, wspominała coś o nim... Że chce zgładzić nasz świat, a nas zabić lub zmienić w swe sługi i takie tam bajki...

— To nie są bajki! — uniósł się czarodziej, po czym powoli podszedł do okna i zaczął wpatrywać się w las tętniący pełnią życia. Kolory żyjących roślin i zwierząt przyciągały jego wzrok.

Wróżka już miała podlecieć do niego i przeprosić za to, w jaki sposób to powiedziała, gdy zauważyła, że z szafki na końcu chaty, spomiędzy zamkniętych drzwiczek, wydobywało się niebieskie światło. Czarodziej, patrząc cały czas przed siebie, zmartwiony oddychał głęboko. Wróżka powoli otworzyła szafkę i zobaczyła kryształ wielkości jajka, który przypominał łzę.

„Co to takiego” — pomyślała.

Zildan spuścił głowę, zacisnął swoje pięści na drewnianym parapecie i wyszeptał:

— Niedługo zło urośnie w siłę i zapuka nam wszystkim do drzwi. A jego wciąż nie ma. Jeśli legendy mówią także o nim, to gdzie on jest?

Powoli odwracając się w stronę wróżki, zobaczył to, na co tyle czekał. Dobiegł szybko do otwartej szafki, w której stała Bianka i wpatrywała się w kryształ.

— Co to, czarodzieju? Co to jest?

Zildan szybko złapał za kryształ, dobiegł do stołu i postawił go na nim.

— Wiesz, co to jest, wróżko?

— Nie — odparła Bianka.

— To łza smoka. Przepowiednia i ratunek dla nas. Wiele poświęciłem, żeby ją odnaleźć. A teraz uruchomiła swą moc. To oznacza tylko jedno. Podróżnik został odnaleziony — powiedział nad wyraz pobudzony Zildan.

— A co to niby znaczy?

— Ach, ty mała dziewucho! To nadzieja dla nas wszystkich. Rozumiesz? Teraz już o nic nie pytaj. Czas zaczynać!

Zildan wziął łzę smoka w obie ręce i zaczął szeptać zaklęcie. Nagle niebieska energia wyskoczyła z niej i otworzyła portal. Przy stole na drewnianej podłodze pojawił się okrąg z niebieską poświatą.

— Udało się! Udało! — krzyknął czarodziej. — Teraz mam zadanie dla ciebie, mała wróżko. Przelecisz przez to światło i sprowadzisz tu Podróżnika. Zrozumiałaś? Bez niego wszyscy zginiemy albo staniemy się bezmyślnymi potworami.

— Ale, czarodzieju...

— Nie ma żadnego ale... Jestem zbyt stary i powolny, ty jesteś mała i szybko latasz. Widocznie ten kryształ czekał na ciebie, by ujawnić swą moc. Ruszaj i nie martw się, nic ci nie będzie. Sprowadź go tu za wszelką cenę. Rozumiesz?

Bianka pomyślała przez chwilę.

— Ale muszę?

— Chcesz, żeby Polana Wróżek i twoja królowa przeżyły? Czy ty chcesz żyć, mała wróżko?

Po tych słowach Bianka zaczęła się lekko trząść ze strachu.

— Tak, chcę.

— To ruszaj! Wejdź w światło i nie obawiaj się niczego. Kryształ na pewno nie pośle cię na śmierć.

— A jak poznam tego Podróżnika?

— Nie martw się, to nie będzie dla ciebie trudne. Poznasz go po pierwszym spojrzeniu. A teraz proszę cię, pospiesz się.

Wystraszona wróżka kiwnęła głową i wleciała w niebieskie światło, które zaraz potem zgasło. Czarodziej, mimo podeszłego wieku, aż podskoczył z radości.

— Jest nadzieja! Promyk światła w ciemności. Nadchodzi Podróżnik! — wrzasnął głośno.

Rozdział 2 ZMIANA

Rozdział 2

ZMIANA

Sobota rano. Budzik zadzwonił w telefonie. Lilli sięgnęła ręką, aby go przełączyć na kolejną drzemkę.

„A co tam, jeszcze pięć minut” — pomyślała.

Dobrze wiedziała, że te pięć minut przedłuży się w kolejne pół godziny. Przy trzecim dzwonku budzika poczuła ruch po swojej lewej stronie. To Marco się obudził.

— Czemu wstajesz? — zapytała.

— Twój budzik mnie obudził i to już za pierwszym razem, a znając ciebie, to jeszcze ze trzy razy go przełączysz. Idę na dół oglądać telewizję.

— No dobra. To tak za piętnaście minut zrób mi herbatę. Okej?

Pół godziny później, po sześciu dzwonkach w telefonie, czas było wstawać do pracy.

„Niedawno skończyłam trzydzieści lat, a nadal pracuję w tej cudownej firmie, która niszczy mi resztki moich nerwów. Ale jeszcze tylko kilkadziesiąt lat i emerytura. Teraz to już z górki” — pomyślała, głęboko wzdychając.

Zaciągnęła skarpety na szare spodnie, sięgnęła po niebieski szlafrok i poszła do łazienki. Szybko zrobiła makijaż, umyła zęby i upięła długie kasztanowe włosy do ramion w kucyk.

— Ale mam podkrążone oczy... To na pewno z niewyspania.

Po kilku minutach Lilli zeszła na dół, weszła do kuchni i zrobiła swój ulubiony twarożek na śniadanie. Smarując chleb masłem, pomyślała o ciepłym łóżeczku, które musiała opuścić, i coraz bardziej stawała się nerwowa, bo właśnie przyszła jej na myśl ta mała gnida z pracy, która potrafiła doskonale zepsuć każdy, nawet najpiękniejszy dzień. Okej, kanapki gotowe. Podnosząc głos, Lilli zapytała:

— Marco, słodziłeś?

— Tak, trzy.

— To super.

Z kanapkami w jednej, a herbatą w drugiej ręce weszła do pokoju, gdzie jej oczom ukazał się Marco, leżący na kanapie niczym w lśniącej zbroi. Jak zwykle w tej samej pozycji od zawsze, czyli z laptopem na brzuchu.

„Trzydzieści cztery lata, a on jak dziecko, tylko gra...” — pomyślała, siadając na drugiej kanapie. Zaczęła jeść śniadanie.

— Daj mi laptopa na chwilkę, tylko coś sprawdzę.

— Okej.

Po zjedzeniu, przeciągając się, wstała z kanapy i lekko kopnęła w stolik.

— Co ty robisz? Znów nerwy?

— Tak! Bo ty tu sobie leżysz, a ja muszę iść do pracy! — wyrzuciła z siebie Lilli i jeszcze raz, tym razem mocniej kopnęła w stolik.

— Na którą masz?

— Na dziewiątą.

— Przecież jest za pięć! Spóźnisz się!

— No i co? Zwolnią mnie? He, he — odparła Lilli, na co Marco odpowiedział głośnym śmiechem.

Parę minut później Lilli, ubrana w swój znienawidzony uniform, była już gotowa do wyjścia. Wzięła torebkę, klucze, obdarowała całusem Marco na pożegnanie i wyszła z domu. Wsiadła do samochodu, odpaliła, włączyła muzykę i ruszyła do pracy. A że miała niedaleko, po kilku minutach wyłoniła się jej rakarnia, czyli sklep, w którym pracowała. Szybko przeleciała wzrokiem po samochodach, upewniając się, kto dziś jest w pracy. Wchodząc do środka, od razu zauważyła swojego menadżera, który myślał, że jest najlepszy, najpiękniejszy na świecie i nie ma sobie równych. Lilli niepewnie podeszła do niego, obawiając się, że znów dostanie jej się za coś, czego nie zrobiła albo co zrobiła źle poprzedniego dnia. Nieważne co, zawsze coś się znalazło, byle trochę pomarudzić i popsuć humor.

— Co tak późno?! Nie wiesz, że dziś ma być kontrola? Idź szybko, zrób porządek na sklepie, zanim przyjadą! — Usłyszała na powitanie.

— Okej! Już idę.

Lilli wzięła się od razu do roboty, byle tylko nie słuchać zrzędzenia. „Przynajmniej czas szybciej zleci. Będę mogła wrócić wcześniej do domu i spędzić resztę dnia z Marco” — pomyślała.

Tak minęły ponad dwie godziny, aż wreszcie przyszedł czas na przerwę. Lilli kupiła bułkę, weszła do kantyny i zrobiła sobie kawę. W czasie posiłku zadzwoniła do Marco.

— Cześć, co robisz?

— Sprzątam. Jak tam w pracy?

— Ach, daj spokój! Jak zwykle szajba. Jakaś kontrola ma być, menadżer panikuje, dwie osoby dziś nie przyszły do pracy, bo znów pewnie udają, że są chore. Wszystko na mojej głowie.

— No to ci nie zazdroszczę. Nie martw się. Jeszcze trochę i wrócisz do domu.

Nagle do kantyny wpadł menadżer i krzyknął:

— Chodź szybko! Jesteś potrzebna na kasę. Później dokończysz przerwę. Pełno ludzi się naszło.

— Okej. Kochanie, muszę kończyć. Pa.

Po tych słowach Lilli pobiegła do kasy i pomyślała sobie, że jak zwykle ta gnida nic nie robi. A ona nie dość, że nie skończyła przerwy, to zapewne będzie musiała zostać dłużej w pracy. Po prostu super! Usiadła przy kasie i zaczęła obsługiwać pierwszych klientów. I wtedy się zaczęło: „Jak się masz? Jaka ładna pogoda...”, ale cóż, trzeba się uśmiechać i robić swoje. O nie! Następny klient śmierdzi alkoholem na parę metrów i bełkocze coś pod nosem. Lilli zrobiło się niedobrze, gdy poczuła jego nieświeży oddech i przepocone ubranie. Nawet ludzie w kolejce odsunęli się od niego. Poczuła, że zaraz eksploduje. Starając się nie oddychać, szybko przesunęła przez skaner wino, potem jeszcze kilka piw, modląc się w duchu, by ten szybko zapłacił i już stąd odszedł. Jak na złość pijaczyna nie mógł znaleźć pieniędzy i szukał po kieszeniach. Zrobiła się wrzawa przy kasie, ludzie się denerwowali i przestępowali z nogi na nogę. Lilli zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić, aż tu nagle cisza. Niepewnie otworzyła oczy, spojrzała na śmierdziucha, a on... stoi nieruchomo. Popatrzyła na innych ludzi w kolejce a oni też stoją, jakby zastygli w miejscu. Tak samo w całym sklepie. Co się dzieje? Liliana zerknęła jeszcze przez okna, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Ptaki wiszą w powietrzu, wszystko stanęło w miejscu, samochody, ludzie... Wystraszona zerwała się z miejsca i pobiegła po telefon, żeby zadzwonić do Marco. Telefon milczał. Lilli, z sercem przy gardle, powoli wyszła z kantyny, starając się zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Czy to jej się śni? Wolnym krokiem zmierzała w stronę drzwi, rozglądając się dookoła, gdy nagle usłyszała piskliwy szept:

— Nie bój się, nie bój...

Teraz Lilli jeszcze bardziej się wystraszyła i gotowa była uciekać najszybciej, jak się da, gdy znów usłyszała ten sam cieniutki głosik:

— Nie bój się, nic ci nie zrobię.

Wtedy Lilli zatrzymała się i niepewnie zaczęła się rozglądać. Zastanawiała się, skąd może pochodzić ten dźwięk. Nagle zza półki wyłoniła się mała drobna rączka. Lilli zdębiała, strach ją całkiem sparaliżował, gdy po chwili za ręką wyłoniło się małe drobne ciałko ze skrzydełkami, które powtórzyło piskliwym głosem:

— Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy.

Lilliana stała przerażona, ale jednocześnie zafascynowana pięknem małego stworzenia, które bardzo powoli i ostrożnym krokiem zbliżało się do niej. Mała istotka była przepiękna. Miała krótkie, rude włosy i obcisłą, zieloną, połyskującą sukienkę. Malutka wróżka cały czas zbliżała się do Lilli, po czym, dzięki swoim małym skrzydełkom, wzbiła się w powietrze i podleciała prawie do samej twarzy. Lilli na widok tak pięknej i małej istotki powoli się uspokajała i w końcu odważyła się zapytać:

— Kim jesteś?

— Jestem Bianka — odparła wróżka.

— Co tu robisz? I co tu się dzieje dookoła?

— Przybyłam prosić cię o pomoc. Nie mam teraz czasu, żeby ci opowiedzieć całą historię, bo czar przestanie działać i będę uwięziona w twoim świecie, a moja kraina i moi bliscy umrą lub zostaną przemienieni w złe istoty. Pomóż nam, proszę.

— Ale czemu ja? Czemu nie ktoś inny? — Lilli przerwała wróżce.

— Nie wiem, to czar rzucony przez naszego czarodzieja. To on wybrał jedną istotę z waszego świata o niezwykłej magicznej mocy.

— Ale przecież ja nie mam żadnej mocy. — Lilli się zdziwiła.

— Skoro nasz czarodziej cię wybrał, to chyba masz. On wie, co robi. — Bianka się uśmiechnęła. — Proszę, chodź ze mną, bo zaraz czar pryśnie i będzie po wszystkim.

Liliana rozejrzała się dookoła, na swoją znienawidzoną pracę, leniwego menadżera, i pomyślała ciepło o domu. W tym momencie przyszła jej do głowy myśl, co na jej miejscu zrobiłby Marco, i dokonała wyboru.

— No dobrze, pomogę ci. Tylko gdzie mam iść?

Bianka otworzyła szeroko oczy, a z nich poleciały maleńkie łezki. Podleciała do Liliany, pocałowała ją w policzek, po czym szepnęła:

— Biegnij za mną.

Lilli zaczęła biec za wróżką między półkami w sklepie. Dotarły do magazynu. Bianka przeleciała przez lekko uchylone drzwi, a Lilli otworzyła je i weszła do środka. Po prawej stronie ujrzała niebieską poświatę, która swoim blaskiem oświetlała cały magazyn. Bianka ciągle krzyczała:

— To tu, to tu, śpieszmy się!

Gdy obie znalazły się w świetlistym kręgu, Bianka musnęła ręką po niebieskiej mgiełce, z której cały czas pulsowało światło.

— Teraz ty — powiedziała.

Lilli bez namysłu zrobiła tak samo. Nagle mgiełka osunęła się na podłogę, zatoczyła koło wokół niej i małej wróżki, po czym wystrzeliła w górę, zamykając się od góry, a od dołu zmieniając się w błękitną wodę, w którą wpadła Lilli, a Bianka wleciała za nią.

Rozdział 3 GDZIE JESTEM?

Rozdział 3

GDZIE JESTEM?

Na wpółprzytomna Lilli leżała na mchu w Pradawnym Lesie.

Nagle poczuła delikatne muskanie po twarzy i usłyszała piskliwy głosik:

— Obudź się, obudź!...

Lekko oszołomiona otworzyła oczy i ujrzała przed sobą uśmiechającą się Biankę głaszczącą ją po twarzy.

— Lilianko, jesteśmy na miejscu. Obudź się!...

Lilli wstała i rozejrzała się dookoła. Nie wierzyła własnym oczom! Drzewa były wysokie na kilkadziesiąt metrów, a na nich rosły różne rodzaje grzybów, większe i mniejsze w rozmaitych kolorach. Na ziemi rosło pełno różnokolorowych kwiatów mieniących się i wytwarzających bardzo silną poświatę nad każdym pąkiem. Lilli zerknęła w górę. Nad sobą ujrzała przelatujące dziwne owady, które wyglądały jak koniki polne z sześcioma parami skrzydełek w czerwono-niebieskich i fioletowo-zielonych kolorach. Bianka unosiła się w powietrzu, patrzyła na Lilli i tylko się uśmiechała. Wiedziała, że bardzo jej się podoba to, co widzi.

— Witaj w mojej krainie, Lilli! Jak ci się podoba?

— Jest przepięknie — odparła z zachwytem.

W tej samej chwili poczuła, że jej dłonie robią się na zmianę raz zimne, raz ciepłe. Zdziwiona spojrzała na dłonie, ale wszystko wróciło do normy. Bianka od razu zauważyła jej zmieszanie i zapytała:

— Wszystko w porządku?

— Tak, tak, coś mi się zdawało.

Po chwili Bianka wzniosła się bardzo wysoko. Tak wysoko, że prawie nie było jej widać, ale zaraz wróciła.

— Lilli, teleport chyba nas zniósł trochę od celu, więc musimy ruszać w drogę, a na dodatek jesteśmy na terenie leśnego trolla. Obyśmy go tylko nie spotkały, bo nie będzie wesoło. Trolle to straszne samoluby! Myślą, że teren na którym mieszkają, należy tylko do nich, ale to przecież las, wszyscy tu mogą chodzić i latać. Czyż nie tak?

— No tak, racja — odparła zdziwiona Lilli, choć nie miała pojęcia, o czym Bianka mówi.

Wróżka znów wzbiła się w powietrze, zrobiła parę kółek i wróciła do Lilli. Patrząc na nią, zapytała:

— Czy mogłabym usiąść na twoim ramieniu? Jestem bardzo zmęczona... Skrzydełka mnie bolą.

Lilli skinęła głową, a Bianka, nie czekając długo, usiadła, przeciągnęła się i wyszeptała:

— Uff! Padam ze skrzydełek, ale wygodnie. Ruszajmy w tamtą stronę — powiedziała, wskazując drobniutkim palcem przed siebie. — Przed zmrokiem powinnyśmy dojść do Wieży Maga. Tam się przebierzesz w inne buty i ubrania. Są zrobione specjalnie dla ciebie. Jak założysz, to zobaczysz, jakie wygodne.

Lilli ruszyła w wyznaczonym kierunku, słuchając szczebiotu Bianki, i rozglądała się na wszystkie strony, podziwiając piękno niezwykle kolorowego lasu. Idąc przed siebie, musiała czasem przeskakiwać przez konary drzew lub przedzierać się przez gęste zarośla. Często mijała dziwne stworzenia. W jednym miejscu zobaczyła coś podobnego do żab z bardzo długimi tylnymi kończynami, dzięki którym skakało prawie na czubki drzew. Innym razem widziała motyle, których czułki zmieniały kolory, a brzegi skrzydeł świeciły jaskrawym światłem. Jak siadały na liściach albo przyczepiały się do drzew, ich skrzydełka zawijały się w rulonik i wyglądały jak kwiaty.

Podczas drogi Bianka wypytywała o świat, w którym żyje Lilli.

— Jak ludzie żyją w twoim świecie?... Czy żyją tam jakieś wróżki? Czy ludzie dbają o przyrodę? Czy opiekują się sobą? Co to znaczy, że chodzą do pracy?...

Z czasem jak Lilli udzielała odpowiedzi, Bianka robiła się coraz smutniejsza. Lecz Lilli opowiadała jej również o dobrych ludziach, którzy pomagają innym, dbają o przyrodę i zwierzęta, próbują coś zmienić, żeby żyło im się lepiej na Ziemi.

Szły tak dalej przez gęsty, kolorowy las... Bianka często zamyślała się, spoglądając w niebo, i sprawdzała, czy idą w dobrym kierunku. Lilli zerkała na śliczną wróżkę i zastanawiała się, jak to jest mieszkać w tak pięknej krainie, gdzie wokół są same dobre rzeczy i cudowne stworzonka takie jak Bianka.

W pewnym momencie wróżka zamarła i szepnęła:

— Cicho! Musimy być bardzo cicho...

— Dlaczego? Co się stało? — szepnęła zdezorientowana Lilli.

— Niedaleko stąd ktoś walczy — powiedziała Bianka, nerwowo się rozglądając.

Lilli, z wróżką na ramieniu, zaczęła się powolutku skradać, a przy tym zachowywały się najciszej, jak tylko mogły. Po kilkudziesięciu metrach weszła w gęste zarośla. Obie wyjrzały zza nich. Ich oczom ukazał się wysoki na około cztery metry stwór opasany szmatą, z wielką maczugą w łapie i wrzeszczący grubym, powolnym głosem:

— Zabiję cię i zjem!

Obok leżały dwie dziwne postaci, które wyglądały jak jaszczury z ciemnozieloną skórą, a ich twarze przypominały ludzkie. Trzeci osobnik stał na dwóch nogach naprzeciwko potwora, miał na sobie skórzany pancerz i trzymał miecz w obu rękach.

— Bianeczko, kto to? — spytała po cichu przerażona Lilli.

— To jest leśny troll, a ten drugi to krok z Zapomnianych Bagien. Tylko co on tu robi?... Tamci dwaj to zapewne jego współtowarzysze. Ich dom jest bardzo daleko stąd — szeptała Bianka.

Krok stał naprzeciwko trolla, oddychał bardzo głęboko i głośno, trzymając w obu rękach miecz, po którym spływała krew. Poraniony leśny troll trzymał ogromną drewnianą maczugę w jednej ręce, a drugą miał zaciśniętą w pięść. Jego twarz wykrzywił grymas uśmiechu i cały czas powtarzał:

— Zabić! Zjeść! Zabić! Zjeść!

Nagle troll zaatakował. Zamachnął się maczugą, lecz nie trafił. Siła była tak wielka, że przekręciła go wokół własnej osi. Krok, wykorzystując moment, wyskoczył w górę, odpychając się swoim ogonem, co wzmocniło wyskok, i zadał cios swym mieczem w plecy trolla, raniąc go delikatnie. Spadł na ziemię, odwrócił się, lecz w tym samym momencie troll szybkim ruchem rzucił maczugą w kroka, trafiając go w klatkę piersiową. Siła była tak potężna, że odrzuciła kroka na parę metrów do tyłu. Wpółprzytomny mógł tylko patrzeć, jak jego przeciwnik zbliża się do niego. Troll podniósł maczugę i chichocząc, szeptał:

— Jedzonko! Mniam...

Lilli z Bianką, schowane w zaroślach, przyglądały się całej walce z przerażeniem. Lilli spojrzała na Biankę. Po policzkach wróżki spływały maleńkie łzy, przez które przebijały się drobne promienie słońca. Wyglądało to tak, jakby maleńkie diamenty toczyły się po jej policzkach i znikały po zetknięciu z ziemią. Lilli zrozumiała, że te dziwaczne krokodyle przypominające postawą ludzi nie są złe. W momencie kiedy troll stanął nad krokiem i podniósł maczugę, aby zakończyć jego żywot, dziewczyna wyskoczyła z zarośli, krzycząc:

— Zostaw go!

W ostatniej chwili troll zatrzymał maczugę i odwrócił się. Gdy zobaczył drobną postać, jeszcze szerzej się uśmiechnął i zaczął mówić:

— O! Więcej jedzenia, mniam.

Wtedy Bianka doleciała do swojej towarzyszki i zaczęła krzyczeć:

— Lilli! Co ty robisz! On nas zabije, uciekajmy!

Troll, jak zobaczył wróżkę, bardzo zadowolony dodał:

— O! I będzie czym w zębach pogrzebać!

Wystraszona Lilli spojrzała na Biankę i na jej usta, z których wyczytała „uciekajmy”. W tym momencie wróżka jak strzała pofrunęła w powietrze, zastanawiając się, jak odwrócić uwagę potwora. Lilli w ostatniej chwili zdążyła się schylić, gdy nad jej głową przeleciała ogromna maczuga. Przebiła zarośla, w których się ukrywały, i trafiła w kilkunastometrowe drzewo. Troll się zatrzymał. Źrenice Lilli rozszerzyły się na widok przewracającego się w jej kierunku drzewa i zamiast uciekać przed trollem, zaczęła cofać się w jego stronę. Zrobiła kilka kroków w tył, gdy nagle gęsta korona runęła przed jej stopami. Lilli szybko się odwróciła, a ogromny troll stał już przed nią. Stała tak sparaliżowana kilka sekund, aż nagle olbrzym złapał ją wpół i podniósł do góry na wysokość swojej twarzy.

— Teraz cię zgniotę, a potem będzie pyszna zupka. — Zaśmiał się głośno.

Bianka przyfrunęła do niego i latając mu nad głową, krzyczała:

— Zostaw moją koleżankę! Zostaw ją, ty śmierdzący trollu!

Wtedy olbrzym zaczął gonić oczyma za wróżką, aż po chwili tak mu się zakręciło w głowie, że najpierw przechylił się w prawą, a potem w lewą stronę. Gdy znów złapał równowagę, potrząsnął swoim wielkim pyskiem i spojrzał na wróżkę. Ta ponownie wzbiła się w powietrze, a on machnął w jej kierunku łapą, w której trzymał Lilli. Dziewczyna krzyknęła z bólu, spojrzała na Biankę i resztką powietrza z płuc wyszeptała:

— Nie denerwuj go, bo zaraz mnie zabije...

Wróżka patrzyła na to z góry i cały czas do siebie szeptała:

— To nie może się tak skończyć, to nie może się tak skończyć!

Troll opuścił rękę, zerkając uśmiechnięty na swoją zdobycz, Lilli zaś spojrzała znów na Biankę i zobaczyła łzy w jej oczach. Poczuła, jak w środku narasta w niej gniew. Jej wzrok zszedł wprost na uśmiechniętego potwora, złapała go za przedramię i ścisnęła z całej siły. Nagle jej ręce zaczęły dymić, lecz po chwili okazało się, że to nie był dym, lecz para wywołana niską temperaturą. Troll zaczął powoli otwierać pysk i krzyknął:

— Aaaaaaa!

Cała jego ręka zamarzła, po czym odpadła od reszty ciała na ziemię razem z Lilli i roztrzaskała się na drobne kawałki. Olbrzym wrzeszczał z bólu wniebogłosy, a Bianka patrzyła z niedowierzaniem. Lilli zerwała się na równe nogi i zaczęła krzyczeć:

— Chcesz mnie teraz zjeść?! No chodź, spróbuj, jaka jestem smaczna!!!

Zimna para zaczęła otaczać jej postać, ziemia, na której stała, pokryła się szronem, a wszelkie rośliny wokół zamarzły. Troll złapał się za mały kikut, który pozostał mu po ręce, i w przerażeniu zaczął uciekać. Po paru chwilach słychać było tylko krzyk milknący głęboko w lesie.

Lilli wpatrywała się w małą wróżkę jak zahipnotyzowana. Jej wzrok robił się coraz dzikszy i bardziej obłąkany. Bianka już chciała sfrunąć do Lilli, lecz poczuła, że coś jest nie tak. Zaczęło ogarniać ją zimno, z jej małych ust wydobywała się para i nie mogła się ruszyć, gdyż jej skrzydełka odmawiały posłuszeństwa. Zaczęła opadać bezsilnie na ziemię. Lilli cały czas wpatrywała się w Biankę dzikim wzrokiem, jej dotychczas niebieskie oczy zmieniły kolor na błękitny, skóra na twarzy i rękach oraz ubranie pokryły się szronem. Bianka opadła na pokryty mchem pień. Poczuła, że siły ją opuszczały, zaczęła więc z całych sił krzyczeć:

— Lilli, uspokój się! Opanuj się, to ja Bianka. Otrząśnij się, proszę!

W tej samej chwili dziewczyna, jakby wyrwana z letargu, otrząsnęła się, jej oczy wróciły do normalnego niebieskiego koloru, a szron na ciele zniknął. Nie pamiętając, co się stało, podbiegła do Bianki, podniosła ją z mchu i przytuliła do siebie. Wróżka była tak zmarznięta, że z ledwością mogła wydusić z siebie słowa.

— Uspokój się, to ja. Już jestem przy tobie. Zaraz wszystko będzie dobrze — mówiła Lilli. — Tylko muszę cię bardzo szybko ogrzać.

Dziewczyna zaczęła się rozglądać. Nie wiedziała, co może zrobić, by ogrzać wróżkę. Słońce właśnie zaszło, więc w lesie robiło się coraz zimniej. Nagle spojrzała sobie w dekolt. „Wiem, jak ją uratuję” — pomyślała.

Długo się nie zastanawiając, odciągnęła bluzkę i włożyła sobie wróżkę między piersi, tak że z dekoltu wystawała jej tylko mała główka. Bianka spojrzała na Lilli i uśmiechnęła się.

— Witaj z powrotem, moja kochana. Już czuję, jak ciepło mnie ogarnia, niedługo powinnam dojść do siebie. Jeszcze trochę sobie tu posiedzę, jeśli pozwolisz — powiedziała zadowolona Bianka. — Ruszajmy w tamtą stronę. Wkrótce powinnyśmy być na miejscu. Gdyby nie ten okropny potwór, pewnie już zbliżałybyśmy się do celu. A tak w ogóle, to co to wszystko było? Jak to się stało, że zamroziłaś jego rękę? Co to za moc? Nigdy czegoś takiego nie widziałam.

— Nie wiem. Po prostu poczułam gniew, jak ten potwór chciał mnie zabić i zjeść — wyznała Lilli. — Na początku czułam, że coś się we mnie obudziło, ale potem już nie mogłam tego opanować. Dopiero twój głos trafił do mnie tak głęboko, że się ocknęłam. I na szczęście to coś zniknęło. Nie wiem, co bym zrobiła, jak bym cię straciła.

Lekko obolała Lilli wstała, aby ruszyć w wyznaczonym kierunku, gdy przypomniała sobie o dziwnej istocie podobnej do jaszczurki.

— Bianko, a co z tym dziwnym stworzeniem, co walczył z trollem? — zapytała. Obie spojrzały w prawo i ujrzały, jak owo stworzenie wstało na dwie nogi, podpierając się po trochu ogonem i mieczem. Bianka po cichu szepnęła:

— To kroki, bardzo waleczni wojownicy, ale są niezwykle dumni i aroganccy. Szczerze mówiąc, to chamy. Zresztą, zaraz sama ocenisz.

Lilli z Bianką zatrzymała się parę metrów od kroka i bacznie go obserwowały. Ten wyprostował się, przeciągnął, zrobił ukłon, przysiad, zarzucił miecz na prawy bark i spojrzał ze zdziwieniem na Podróżniczkę.

— Kim jest to dziwne, niezgrabne i niezbyt urodziwe stworzenie, w którym się chowasz, wróżko? — zapytał, po czym zaczął dłubać językiem w zębach. Bianka zaczęła chichotać.

— A nie mówiłam? Poczekaj, on zaraz się rozkręci, hi, hi.

— Jestem Lilli, przybyłam z Ziemi.

— Lilli pomoże nam w walce z Panem Śmierci — wtrąciła Bianka.

Krok przyjrzał się jej uważnie.

— Ty masz nam pomóc w walce ze złem? Spójrz na siebie! Ha, ha! Nie masz ani mięśni, ani miecza i w ogóle wyglądasz jakoś tak słabo.

Lilli oburzona arogancją zadufanego w siebie kroka krzyknęła:

— Jakby był tu mój chłopak, to byś popamiętał!

Krok spojrzał na Lilli, uśmiechnął się i tak, żeby usłyszała, po cichu wymruczał:

— Tak, żebyś się nie zdziwiła... — Po czym wyciągnął językiem z pomiędzy zębów kawałek starego mięsa i wypluł przed siebie.

Lilli patrzyła na dumnego jak paw kroka i z lekkim uśmieszkiem powiedziała:

— Widzę, że jesteś wielkim wojownikiem.

Na te słowa krok nabrał powietrza, przez co stał się odrobinę większy.

— Ależ oczywiście, że jestem.

— To dlaczego taka mała, mizerna i drobna istota jak ja uratowała takiemu niewiarygodnie silnemu i wielkiemu wojownikowi życie? A twoich dwóch towarzyszy troll zabił na miejscu?

Krok bardzo powoli przełknął ślinę, wziął głęboki oddech i wykrztusił z siebie:

— Dałbym sobie radę bez ciebie, a tych dwóch to dwoje drobnych wojowników. Nie dorastali mi do pięt. Ja jestem Krok — książę Zapomnianych Bagien — i jestem najsilniejszym ze wszystkich kroków.

Bianka chichotała cicho na piersiach Lilli, wychyliła się do połowy zza bluzki i zaczęła krzyczeć ze śmiechem:

— Przestań, książę Kroku, takie bzdury opowiadać! Jeżeli miałeś siłę dalej walczyć, to dlaczego leżałeś i przyglądałeś się? Na początku może byłeś trochę zamroczony, ale potem mogłeś przyłączyć się do walki. A jak dalej będziesz się tak nieładnie odzywał, to moja koleżanka znów użyje swojej mocy i zostanie z ciebie tylko bryła lodu. I nie próbuj zaprzeczać!

Krok, lekko zawstydzony, zacisnął zęby i uśmiechnął się lekko.

— Dobra, dobra, było... minęło... Wiedziałem, że sobie poradzisz, dlatego się nie wtrącałem.

Lilli lekko zaskoczona tą wypowiedzią spojrzała na Biankę, a ta zawiesiła się na rogu bluzki i szepnęła:

— Widzisz, mówiłam ci, jakie to są zadufane stworzenia, teraz sama możesz ocenić.

Lilli podniosła wzrok na Kroka, który wysunął mocno zaciśnięty miecz przed siebie i patrzył w lewą stronę. Przez chwilę zaniemówiły z Bianką, myśląc, że to w nie wymierzone jest wrogie nastawienie Kroka. Lilli przekręciła głowę w kierunku, w którym patrzył, lecz nic nie dostrzegła. Księżyc już oświetlał las, lecz było zbyt ciemno, by coś zobaczyć. Nagle krzaki w oddali poruszyły się... Po chwili te z tyłu, następnie z prawej i lewej strony. Cała trójka wpatrywała się w bezruchu i nasłuchiwała w milczeniu jeszcze parę chwil, po czym Krok opuścił miecz i lekko zdezorientowany wyszeptał:

— Nie wiem, kto to był, ale raczej nie chcieli nas zabić. Mieli przewagę liczebną i byli szybcy jak elfy. — Zamyślił się. — Ale elfy nie mieszkają tak daleko. Pradawny Las ma wiele sekretów, obyśmy poznali ich jak najmniej.

Bianka wyfrunęła z dekoltu Lilli i usiadła na jej ramieniu.

— Oh, już mi lepiej. Pewnie ta rozmowa z Krokiem mnie tak rozgrzała — zachichotała, machając lekko malutkimi nóżkami. — Ruszajmy w drogę, Lilli. Do Wieży Maga jest jeszcze kawałek. Jest już ciemno, a my powinnyśmy już tam być.

— O! Idziecie do Wieży Maga? To zabiorę się z wami. Niedaleko wieży rozbiliśmy obóz. W grupie raźniej i bezpieczniej. Co wy na to? — zapytał Krok.

Lilli z Bianką spojrzały na siebie.

— W porządku — odparły niemal jednocześnie. — Idziemy razem.

Na te słowa Krok uśmiechnął się, włożył swój miecz do pochwy, podszedł do swojego nieżyjącego współtowarzysza i zdjął z niego torbę wypchaną roślinami. Ułożył jego ciało równo na ziemi, położył mu miecz na piersi wzdłuż ciała. Tak samo postąpił z drugim kompanem. Pożegnał swoich braci skinieniem głowy, po czym był gotowy do drogi.

— Zbierajmy się, bo mnie też czas goni. Zresztą opowiem wam wszystko po drodze.

Cała trójka zaczęła przedzierać się przez knieję. Noc była spokojna i bezchmurna, wszędzie rosły świecące grzyby i kwiaty, co poprawiało urok lasu i oświetlało drogę podróżnikom. Lilli rozglądała się dookoła cały czas zauroczona pięknem, jakie ją otaczało. Dla Bianki i Kroka była to codzienność. Krok przez całą drogę opowiadał, jaki jest wspaniały i odważny, ile to błotnych krabów zabił na swoich bagnach, jak to sam jeden pokonał Kamiennego Golema i jak go wszystkie kroki z bagien szanują. Bianka, znudzona już tymi opowieściami, zapytała:

— A w ogóle to co tu robiliście tak daleko od bagien?

Krok zamilkł na chwilę, a jego twarz posmutniała.

— Nasz król, a mój ojciec, bardzo ciężko zachorował. Osobisty zielarz i czarodziej mojego ojca posłał nas po zioła, żeby zrobić z nich lekarstwo, lecz one rosną tylko tu, w Pradawnym Lesie. Wyruszyliśmy w dziesięciu z bagien, przeszliśmy przez pustynię i dotarliśmy na skraj lasu, gdzie moi towarzysze rozstawili obóz. Ja z dwoma wojownikami nie chcieliśmy tracić czasu, więc wyruszyliśmy w poszukiwaniu ziół. Reszta po rozłożeniu obozu i krótkim odpoczynku miała do nas dołączyć, ale do tej pory nikt jeszcze nie przyszedł. My udaliśmy się na południe. Może oni znaleźli wszystkie zioła i czekają już na nas? To znaczy na mnie, bo moi kompani niestety polegli, jak same widziałyście... — Krok nagle posmutniał. — Ale jedno mnie dziwi. Dlaczego ten troll chodził w dzień? Przecież normalnie chowają się w ciągu dnia w jaskiniach, bo inaczej światło zamieniłoby je w kamień.

Bianka podparła głowę rękoma i zaczęła intensywnie myśleć.

— Wiem! Przypomniało mi się! — krzyknęła nagle. — Już wiem, dlaczego! Jak byłam kiedyś u czarodzieja z wizytą, to opowiadał mi, że któregoś dnia robił porządki w wieży i chciał powycierać wszystkie półki, na których trzymał różne mikstury. Aby to zrobić, zniósł część z nich do spiżarni pod wieżą i wszedł z powrotem na górę. Wdrapał się po drabinie i wycierał górne półki. Nagle stracił równowagę i spadł na podłogę. Stracił przytomność. Później obudził go dziwny hałas dochodzący z zewnątrz i straszny ból głowy. Jak doszedł do siebie, szybko chwycił swoją laskę i zszedł na dół zobaczyć, co się dzieje. No i stało się. Zobaczył trolla, który wkładał sobie do buzi wszystkie mikstury, a w szczególności jedna mu przypadła do gustu — „Lśniący poranek”, dzięki któremu światło na niego nie działa i nie zamienia go w kamień. I takim to sposobem spotkaliśmy tego trolla w ciągu dnia.

— To dlatego nas zaskoczył. I zabił dwóch kroków. A to bydlę! — odparł Krok.

— A czy wy wszyscy mówicie na siebie per krok? — zapytała ze zdziwieniem Lilli.

— Tak, to prawda. Ale dla waszego ucha wszystkie nasze imiona brzmią tak samo. Dla nas się różnią, każde brzmi inaczej. Inaczej się je wymawia, ale żeby to zrozumieć, trzeba się wychować wśród nas. A w twoim świecie jakie macie imiona? Takie same czy różne?

— Mamy różne imiona, ale zdarza się, że się powtarzają — odparła Lilli.

— A macie u siebie wojowników, którzy walczą z potworami i odnoszą zwycięstwa? — dopytywał się Krok.

— Nie wiem, czy można ich nazwać wojownikami, ale tak, ludzie walczą ze sobą, niszczą swój świat. Są wojny, gdzie ludzie się zabijają.

— Aha... — zadumał się Krok. — A polujecie tam w tym waszym świecie?

— Nie, nie polujemy. — Lilli się uśmiechnęła. — Mamy wszystko w takich wielkich domach, które nazywamy sklepami, i tam też kupujemy, co nam potrzebne. A zresztą, nie pytaj mnie już o Ziemię. Tu jest tak pięknie, że nie chce mi się opowiadać o moim świecie.

— No dobra, już nie będę, ale tak szczerze, to strasznie nudne musi być to życie na Ziemi.

— Nie wszystko jest nudne. Są też ludzie, którzy polują na zwierzęta lub żyją zgodnie z naturą, dbają o przyrodę. Jest też wiele pięknych miejsc na Ziemi.

— No! To rozumiem! — odparł zadowolony Krok.

Nagle Bianka podskoczyła na ramieniu Lilli.

— Jest! Jest! Wieża Maga! Zaraz tam będziemy! — krzyczała, nie mogąc powstrzymać emocji. — Wreszcie! Pewnie czarodziej Zildan się niecierpliwi.

Gdy wszyscy zbliżyli się do wieży, zobaczyli jasny punkt poruszający się pod nią w tę i z powrotem.

— Oh! Czarodziej już się martwi, bo ta kulka światła co się rusza, to kryształ z jego magicznej laski — wyjaśniła Bianka. — Wylecę mu na spotkanie i powiem, że już jesteśmy.

Po tych słowach wróżka wzbiła się w powietrze i poleciała do Zildana. Po chwili światło z laski czarodzieja zaczęło zmierzać w kierunku Kroka i Lilli.

Wreszcie Lilli miała spotkać czarodzieja, który sprowadził ją do tego świata.

Postać maga zbliżyła się pod światłem księżyca. Miał na sobie długi granatowy płaszcz z kapturem na głowie. Spod niego wystawały siwe włosy, a z twarzy zwisała długa siwa broda. W ręku trzymał laskę z kryształem na końcu, który emanował światłem. Na całej długości laski były poukładane różnokolorowe kryształki. Czarodziej poruszał się dość szybko jak na starca. Gdy podróżnicy zbliżyli się do niego, mag zdjął kaptur, jego siwe włosy opadały na ramiona, a na twarzy widniał uśmiech. Podekscytowana Bianka latała nad czarodziejem w kółko, śmiejąc się i wołając:

— Nareszcie jesteśmy, nareszcie jesteśmy, nareszcie, nareszcie!

— Witaj, Podróżniczko Światów. Czekałem z niecierpliwością na twoje przybycie — odezwał się czarodziej. — Jestem Zildan.

— Mam na imię Lilli — odpowiedziała.

— Cieszę się, że już jesteś. Ale Krok? Ciebie się nie spodziewałem. Co tu robisz tak daleko od domu w moim lesie?

Krok w skrócie opowiedział czarodziejowi, co mu się przydarzyło. Zildan słuchał uważnie, co rusz rozszerzając źrenice ze zdziwienia.

— A nie lepiej było od razu przyjść do mnie? Przecież ja mam wszystkie zioła, jakie można znaleźć w tym lesie. Wystarczyło przyjść i zapytać, dałbym wam bez żadnych zobowiązań.

Na to Krok z poważną miną wykrztusił z siebie:

— Jesteśmy wojownikami. Musimy sobie radzić sami.

— Oh, już przestań, zadufany w sobie książę. Czemu wasza rasa jest taka uparta. Nigdy tego nie zrozumiem. Ale już dobrze, dobrze. Ruszaj do swojego obozowiska. Poczekajcie tam do rana. Dam ci przesyłkę dla twojego ojca i waszego zielarza. Tylko nie zapomnij i czekaj na mnie! Od tego będzie zależało życie waszego króla i bagien!

Oczy Kroka rozbłysły.

— Dobrze, czarodzieju, będę czekał. Tylko nie za długo, bo mnie czas goni.

— Idź już — wykrztusił zdenerwowany czarodziej.

Krok odwrócił się i odszedł, znikając w lesie okrytym nocą. Czarodziej spojrzał na swojego gościa i rzekł:

— Witaj jeszcze raz, Podróżniczko. Przepraszam za tego kroka. Są bardzo dumni i nic do nich nie dociera.

— Już się zdążyłam o tym przekonać — zaśmiała się Lilli.

— Nie wiem, dlaczego teleport źle zadziałał. Miał was przenieść tutaj, do mojej wieży. Zauważyłem, że coś poszło nie tak. Wiedziałem, że przesłał ciebie i Biankę, ale nie wiedziałem gdzie. Bardzo się denerwowałem. No dobrze, ważne, że dotarłyście całe i zdrowe. Co tu będziemy tak stać. Chodźmy do wieży, zjecie coś i odpoczniecie, a przy okazji opowiecie mi wszystko.

— Co tu opowiadać — chichotała Bianka. — Byłybyśmy dużo wcześniej, ale troll, który wypił ci mikstury, zaatakował Kroka, a Lilli mu pomogła.

— O tak. Pamiętam to tępe bydlę. Wypił część moich mikstur, a potem chyba przez tydzień nie mogłem spać, tak wyło to trollisko gdzieś tam w lesie. Ależ ja byłem zły na niego, ale za to już więcej się nie zbliżył do mojej wieży. Zaraz, zaraz, jak to pomogłyście Krokowi? — spytał zdziwiony mag.

— To Lilli, to znaczy twoja Podróżniczka. To ona mu pomogła. Przepędziła trolla, bo inaczej zabiłby Kroka, tak jak jego dwójkę towarzyszy. To moja przyjaciółka — zapiszczała radośnie Bianka, po czym sfrunęła na ramię Lilli, pocałowała ją w szyję i przytuliła się. Mag zatrzymał się i zapytał zdziwiony:

— W jaki sposób pomogłaś Krokowi, Podróżniczko? Powiedz mi, proszę.

Lilli, nieco zdezorientowana, zamyśliła się lekko i odparła:

— Nie wiem, czarodzieju. To się jakoś we mnie obudziło i gdy troll próbował mnie zabić, zamroziłam mu całą rękę, którą mnie trzymał. Potem ona się urwała, a ja spadłam na ziemię. Ocknęłam się, słysząc głos Bianki w oddali, który coraz bardziej się zbliżał. Gdy się obudziłam, trolla już nie było, a wszystko wokół było zamarznięte. I prawie też zabiłam Biankę. — Lilli posmutniała. — Ale to dzięki niej wróciłam i znów stałam się sobą.

— Zildanie, co to była za magia i co się działo z Lilli? — dopytywała wróżka.

— Muszę to wszystko przemyśleć, ale na razie chodźmy do wieży. Na pewno jesteście głodne i zmęczone. Musicie odpocząć.

Mag odwrócił się w kierunku swojej wieży, położył rękę na drzwiach i wyszeptał jakieś dziwne słowa. Dał trzy kroki do tyłu, a drzewo wyryte w masywnych drzwiach zaświeciło na niebiesko i magiczna siła je otworzyła.

— Wchodźcie, wchodźcie. Schodami na samą górę — zaprosił Zildan. — Tylko żeby wam się w głowach nie zakręciło, bo schody są bardzo kręte.

Lilli, idąc na górę, rozglądała się z zaciekawieniem dookoła. Wszędzie wisiały zioła, na ścianach były przymocowane półki, na których stały dziwne mikstury i eliksiry mieniące się różnymi kolorami. Na samej górze czekała miła niespodzianka. Mag przygotował wspaniałą zupę, której aromat Lilli poczuła już na schodach. Główne pomieszczenie było ładnie urządzone. Po prawej stronie stał kominek, w którym tlił się ogień, oczywiście wszędzie wisiały zioła, nadając dodatkowy aromat. Ściana po lewej stronie cała była wypełniona półkami, na których stały pojemniki z grzybami, różnymi miksturami, suszonymi owocami i kwiatami. Były tam dwa wielkie okna z balkonami od północy, a po przeciwnej stronie znajdowały się drzwi do małego pokoiku. Na środku stał duży stół z krzesłami, a na nim przygotowane talerze i kubki.

— Siadajcie, siadajcie. Już nalewam zupy. Lekko wzmocniłem ją druidzką magią, więc szybko odzyskacie siły — zawołał uradowany Zildan.

Lilli momentalnie zjadła wszystko z talerza i nawet poprosiła o dokładkę. Bianka jadła z łyżki. Mag również dosiadł się do stołu.

— Droga Podróżniczko! Muszę ci wszystko wytłumaczyć, dlaczego tu jesteś i co tu robisz. Bianka zapewne trochę ci już powiedziała... — Słysząc te słowa, wróżka uśmiechnęła się, przełykając zupę. — Sprowadziłem cię tutaj, żebyś pomogła uratować nasz świat. — Czarodziej wyjął z kieszeni kryształ w kształcie łzy. — To jest łza Czerwonego Smoka. Ona pokazała nam ciebie. Szukała w różnych światach, ale wybrała twój i ciebie. Nasze życie leży w twoich rękach. Pan Śmierci Licz zawiązał jakiś pakt z nieznaną siłą, która daje mu ogromną moc, zamienia dobre istoty w swoje sługi. Wycinają całe lasy, zabijają wszystkie istoty, które nie chcą się do nich przyłączyć. Jeśli mu się nie przeciwstawimy, również zostaniemy zamienieni w bezmyślne potwory bez uczuć. Ty masz w sobie taką moc, o której nie masz pojęcia. Musisz ją tylko obudzić i okiełznać. Poza tym możesz połączyć wszystkie dobre istoty i stworzyć armię gotową do wojny z tym potworem. Nie mam zielonego pojęcia, czy ci się to uda... Możesz też zginąć. Ten kryształ ma moc tylko w czasie twjego powrotu. Jeśli się boisz i nie chcesz brać w tym udziału, zrozumiem i odeślę cię z powrotem do twojego świata. Ale wtedy nie wiem, co się stanie z nami i z tą krainą. Jeśli zostaniesz, z tobą będziemy mieli dużo większe szanse na zwycięstwo. Wybór należy do ciebie. Tylko proszę, nie każ mi czekać długo na odpowiedź, bo ta niepewność doprowadzi mnie do szału.

Lilli uśmiechnęła się szeroko.

— Decyzję podjęłam jeszcze na Ziemi i jej nie zmienię. Pomogę wam, jak tylko będę mogła.

Bianka nie kryła już łez, a czarodziej aż podskoczył z radości.

— Udało się! Podróżniczka jest po naszej stronie! — Mag biegał wokół stołu. — Zapewne jak Licz się o tym dowie, nie będzie krył gniewu. Ależ dobra wiadomość!

— Mam nadzieję, że na coś się przydam — odparła nieco zawstydzona Lilli.

— Oczywiście, nawet nie wiesz jak bardzo. Ale nie możesz podróżować i walczyć w tym stroju. Przygotowałem coś specjalnie dla ciebie.

Mag otworzył szafę i wyciągnął coś owiniętego w stary, zniszczony materiał.

— Podejdź do mnie, Podróżniczko, coś ci pokażę. — Podał Lilli zawiniątko.

Po odwinięciu szmat dziewczyna ujrzała kilka czerwonych metalicznych płytek.

— Co to jest, czarodzieju? — spytała zdziwiona.

— To są smocze łuski — odparł Zildan. — Jak położysz się spać, to rozłóż je po jednej na każdą część swojego ciała. W czasie snu zmienią się w zbroję i dopasują się do niego. Tam jest twój pokój, połóż się, zamknij oczy, a rano, jak się obudzisz, będzie czekała na ciebie niespodzianka. Więc szybko, idź, obłóż ciało łuskami i na koniec włóż po jednej do każdej ręki. Aha! Przed snem pomyśl, czy chcesz mieć dwa miecze, czy miecz i tarczę. Bianko! Pomóż Podróżniczce z tymi łuskami. A ja idę przygotować prowiant na drogę, bo jutro czeka nas podróż na bagna. Mieliśmy wprawdzie wyruszyć tam sami, ale będziemy mieli towarzystwo kroków, choć oni jeszcze o tym nie wiedzą. Mina księcia bagien będzie bezcenna, jak się o tym dowie.

Lilli udała się od razu do małego pokoiku, który wskazał jej czarodziej. Razem z Bianką zrobiły wszystko, tak jak kazał mag. Obłożyła się łuskami. Po jednej na brzuch, uda, klatkę piersiową, stopy. Jedną też położyła sobie na czoło, wzięła dwie łuski w ręce i wyobraziła sobie, że trzyma w nich dwa miecze. Bianka jeszcze dołożyła łuski na ramiona dziewczyny i położyła się obok niej.

Łuski zadziałały jak środek nasenny i Lilli zapadła w głęboki sen. Biance niepotrzebne były łuski, od razu zasnęła, gdyż była bardzo zmęczona, a poza tym uwielbiała spać.

Gdy Podróżniczka z Bianką smacznie spały, czarodziej do samego rana przygotowywał prowiant na drogę. Co chwilę zerkał też na mały pokoik, z którego wydobywała się lekko czerwona poświata.

„Widzę, że przemiana smoczych łusek przechodzi bardzo dobrze. Ciekawe, jak Podróżniczka będzie wyglądać” — zastanawiał się Zildan.

Noc szybko minęła, czarodziej włożył do torby jadalne zioła, bułki, które sam upiekł i na które rzucał czary, aby były bardziej sycące. Wyjrzał przez okno, spojrzał na niebo, które coraz bardziej się rozjaśniało.

„Zaraz będzie świtać, czas budzić naszą nadzieję. Kroki pewnie już się pakują, mam nadzieję, że na nas poczekają, bo po nich wszystkiego można się spodziewać” — rozmyślał w duchu czarodziej.

— Wstawać, wstawać — podniesionym głosem rzekł Zildan. — Musimy zbierać się do drogi. A te uparciuchy mogą o nas zapomnieć.

W tym momencie z pokoiku zaczęło dobiegać ziewanie, po chwili drzwi lekko się uchyliły i pierwsza wyleciała Bianka. Podfrunęła do czarodzieja.

— Zaraz zobaczysz, zaraz zobaczysz, jak Lilli pięknie wygląda! — Nie mogła ukryć entuzjazmu. Czarodziej też się niecierpliwił, gdyż całą noc czekał na to, co miał zaraz ujrzeć.

Nagle drzwi otworzyły się szeroko i z pokoju wyszła postać ubrana w grafitową, idealnie dopasowaną do ciała zbroję, z hełmem na głowie i dwoma mieczami w rękach. Czarodziej wypowiedział zaklęcie, które sprawiło, że wszystkie kryształy rozświetliły pomieszczenie. Lilli uśmiechnęła się i zaczęła się oglądać. Zildan podszedł bliżej, obszedł ją dookoła i szepnął pod nosem:

— Tak, tak, pięknie. Pierwszy raz coś takiego widzę, nie spodziewałem się aż takiego efektu — zachwycał się. — I jak się w niej czujesz? Nie jest za mała lub za duża? Nie uwiera?

— Nie, wszystko w porządku, czarodzieju. Jest idealna.

— Właśnie widzę, że leży na tobie wspaniale... Hełm i przepiękne miecze do obrony i walki. Jesteś już gotowa. Ale nie możesz cały czas w tym chodzić. Zamknij teraz oczy i wyobraź sobie, że zbroja zamienia się w materiał.

Tak też zrobiła. Zamknęła oczy, skupiła się, aż nagle usłyszała, że Bianka klaszcze z radości swoimi malutkimi rączkami. Otworzyła oczy, spojrzała na siebie i zaniemówiła. Jej ciało zdobiło przepiękne czerwono-grafitowe ubranie ze wzorami smoków na spodniach. Na głowie zamiast hełmu miała kaptur, a przy nogawkach dwie pochwy, w które Lilli od razu włożyła swoje dwa miecze. Z szerokim uśmiechem spojrzała na Biankę, potem znów na swoje ubranie.

— Ale piękne — westchnęła.

Zildan podszedł do stolika, wziął plecak, założył na plecy, sięgnął po swoją laskę i kiwając głową na boki, głośno do siebie rzekł:

— No, no, Czerwony Smoku, królu wszystkich smoków. Zaskoczyłeś mnie tymi łuskami. Ciekawe, co one jeszcze potrafią. — Po czym zawołał: — Wychodzimy, bo kroki nie będą na nas czekać w nieskończoność, a podróż na bagna z nimi będzie bezpieczniejsza.

Wszyscy zeszli na dół krętymi schodami i wyszli z wieży. Czarodziej zamknął drzwi, położył na nich rękę i wypowiedział zaklęcie. W tej samej chwili w wieży zgasły wszystkie światła, a korzenie drzew oplotły główne wejście i w ten sposób zabezpieczyły je przed intruzami.

— No. Teraz mi tu nikt nie wejdzie. — Ucieszony czarodziej potarł rękoma i się odwrócił. Lilli stała bez ruchu zaledwie dwa kroki od niego, a na jej ramieniu siedziała Bianka, która nagle odwróciła głowę z miną, jakby zobaczyła ducha. Lilli również spojrzała w tamtą stronę i ujrzała dziwną postać siedzącą na pniu. Była to istota przypominająca człowieka, ze szpiczastymi uszami, dzikim wzrokiem i biało-czarnymi, długimi włosami zaczesanymi do tyłu. Ubrana była w skórzaną zbroję z metalowymi wstawkami na ramionach i klatce piersiowej. Obok stało kilku strażników z łukami i rozglądało się we wszystkie strony. Zdezorientowany Zildan wychylił się zza Lilli i nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Luan we własnej osobie — książę leśnych elfów. On to próbował zabić własnego brata, aby po śmierci ojca objąć tron w Armirid — Lesie Życia, wygnaniec i zdrajca, który wraz ze swoimi najbardziej oddanymi żołnierzami opuścił leśne królestwo i słuch po nim zaginął. I oto stoi tu, przed Zildanem, z kilkoma wojownikami u swego boku.

— Witaj, czarodzieju, wróżko i ty, nieznajoma — zaczął spokojnie Luan. — Przybyłem tu, aby porozmawiać i prosić o przysługę.

Lilli spojrzała na Biankę i czarodzieja. Ujrzała w ich oczach obłędny strach. Złapała za oba miecze i wyobraziła sobie zbroję. W tym momencie jej ubranie stało się nią.

— Jeżeli zbliżysz się do czarodzieja lub do Bianki, pożałujesz, że tu przyszedłeś! — krzyknęła.

Serce biło jej jak oszalałe, oczy robiły się błękitne, a powietrze dookoła zaczęło stawać się lodowate. Bianka sfrunęła i schowała się za czarodziejem, wiedząc, że Lilli nie panuje jeszcze nad swoją mocą.

— Spokojnie! Nie przyszliśmy tu zrobić wam krzywdy, lecz pomóc w odpowiedniej chwili — zaczął szybko tłumaczyć się Luan.

Bianka podleciała do twarzy Lilli, położyła swe malutkie rączki na jej policzki i krzyczała:

— Lilli, opanuj się! To ja, Bianka! Opanuj się, bo znów stracisz nad sobą kontrolę i wszystko źle się skończy. Słyszysz mnie?

Oczy Podróżniczki wnet wróciły do normy, a powietrze wokół zaczęło się ocieplać. Bianka odetchnęła z ulgą i usiadła znów na jej ramieniu. Widząc to, książę elfów się uśmiechnął:

— Imponujące, bardzo imponujące.

Zildan ostrożnie zbliżył się do Luana.

— Czego chcesz, zdrajco? Nic ci nie zrobiliśmy, więc puść nas w spokoju i pozwól odejść.

— Nie obawiajcie się mnie... — Na twarzy Luana wciąż widniał uśmiech. — Już wam powiedziałem, że przyszedłem prosić was o przysługę.

— Jaką? — wykrztusił zniesmaczony czarodziej.

— Widzę, czarodzieju, że znasz mnie, choć nigdy osobiście się nie spotkaliśmy. Zapewne słyszałeś moją historię od mego brata. Zapewniam cię, że to wszystko było prawdą, lecz teraz posłuchaj, co mam do powiedzenia, a zrozumiesz, po co tu jestem.

— Dobrze, słucham, tylko pospiesz się, bo czas mnie nagli — niechętnie odparł mag.

— To było dawno temu przed wielką wojną. Pewnej nocy spałem w swojej komnacie, a nieznana siła we śnie podpowiadała mi, co mam robić: „Luanie, jesteś następcą króla, jesteś prawowitym władcą...” — słyszałem w mojej głowie. „Otruj ojca, zabij brata, podbij wszystkie królestwa w Tyrastaren, a będziesz wielbiony i kochany na wieki”. Ten sen powtarzał się co noc i swoim jadem zarażał moje serce, aż któregoś dnia, gdy się obudziłem, już nie panowałem nad sobą. Otrułem schorowanego ojca Algara, a potem założyłem najlepszą zbroję, wziąłem najlepsze miecze i wyzwałem brata na pojedynek. Walczyliśmy długo, ale to brat okazał się lepszy. Gdy leżałem pokonany na ziemi, czułem tylko gniew i furię, natomiast w oczach mojego brata Dolana widziałem tylko łzy i rozdarte serce. Wtedy zrozumiałem, co zrobiłem. Gniew i furia odeszły w jednej chwili, a głos, jaki słyszałem w środku, zamilkł. Zhańbiłem swoje imię, więc opuściłem Las Życia, mój dom, wraz ze swoimi najwierniejszymi żołnierzami i ich rodzinami. Po długiej tułaczce dotarliśmy tu, do Pradawnego Lasu, gdzie założyliśmy wioskę.

Wszyscy w zamyśleniu słuchali historii Luana, a on kontynuował:

— I właśnie mam wielką prośbę do was. Chciałbym, abyś oddał tę oto bransoletę mojemu bratu. Będzie wiedział, co z nią zrobić. — Książę elfów wyjął coś z kieszeni. — Teraz jest nas prawie cztery tysiące pradawnych elfów. Widzimy wszystko, co się dzieje w tym lesie. On nam daje siłę i magiczną moc. Widzieliśmy twoje przybycie do tego lasu, czarodzieju, znamy wszystkie stworzenia, oglądaliśmy też walkę twojego gościa z trollem. To wtedy zrozumiałem, że już czas, żeby się z tobą spotkać i przekazać ci swoją historię i tę bransoletę. Pięćset lat na to czekałem.

Zildan spytał niepewnym głosem:

— Czemu sam nie pójdziesz i nie oddasz jej bratu? Na pewno byłoby szybciej.

— Widzisz, czarodzieju, nie mogę. On musi mi najpierw wybaczyć. Dopóty, dopóki tego nie zrobi, nie mogę się z nim spotkać. A dzięki tej bransolecie i jej magicznej mocy będę wiedział, kiedy to nastąpi.

Czarodziej spojrzał na Lilli i wróżkę, chwilę się zastanowił i odparł:

— Niech tak będzie. Podróżniczka doręczy przesyłkę.

Luan zmierzył wzrokiem Lilli i zrozumiał, z kim ma do czynienia.

— A więc legenda mówi prawdę, czarodzieju. To musi być nasz Podróżnik, a raczej Podróżniczka?

— Tak, w rzeczy samej.

Luan podszedł do Lilli, wziął jej rękę i zacisnął na niej bransoletę.

— Dziękuję — odparł na koniec książę elfów.

Świtało... Cała trójka patrzyła, jak pradawne elfy znikają głęboko w lesie. Czarodziej, lekko zamyślony, wziął głęboki oddech i wszyscy ruszyli na skraj Pradawnego Lasu. Bianka nuciła sobie coś pod nosem, co raz podlatywała do kwiatów i z ich kielichów spijała wodę i nektar.

— Trochę zgłodniałam — chichotała.

Lilli była oczarowana Pradawnym Lasem za dnia. Wydawał się jeszcze piękniejszy, bardziej kolorowy. Wszędzie rosły przepiękne kwiaty, z których unosił się kojący zapach, dookoła rosły olbrzymie drzewa. Co jakiś czas widziała dziwaczne stworzonka, które na ich widok uciekały i chowały się w swoich kryjówkach. Czarodziej szedł zamyślony i szeptał pod nosem:

— Oby kroki poczekały na nas, bo nasze spóźnienie jest nieuniknione.

Gdy zbliżali się do skraju lasu, usłyszeli hałas, który z każdą chwilą narastał. Bianka sfrunęła na ramię Lilli, która chwyciła za miecze, a czarodziej ścisnął mocniej swoją laskę, aby w razie niebezpieczeństwa mógł wypowiedzieć zaklęcie.

— Czarodzieju, co się dzieje? Kto tu się zbliża? — wyszeptała nerwowo Lilli.

— Nie wiem, Podróżniczko, ale na pewno coś ogromnego i ciężkiego. Może to ten troll, co z nim walczyłaś.

Wystraszona Bianka wyszeptała:

— Jak to ten troll, to jak nas zobaczy, będzie uciekał ile sił w nogach. — Po chwili jednak dodała: — Ale trolle są głupie i równie dobrze może znów zaatakować.

Hałas się nasilał, ziemia lekko drżała. Nagle Bianka zaczęła krzyczeć z wielkim uśmiechem na twarzy:

— Lilli, czarodzieju! To enty, enty tu idą!

Wnet ich oczom ukazała się grupa entów zbliżająca się w ich kierunku. Jeden z nich trzymał coś w ręku. Czarodziej odetchnął z ulgą, ale był bardzo zdziwiony, gdyż dawno ich tu nie widział. Tylko Lilli była przerażona, bo pierwszy raz widziała chodzące drzewa.

— Nie bój się — mówiła Bianka — enty są dobrymi stworzeniami. Leczą drzewa i dbają o nie. Są bardzo przyjazne.

— Ale i bardzo potężne — dodał Zildan.

Enty zbliżyły się do całej trójki, za nimi zaś szło sześciu pradawnych elfów z łukami przygotowanymi do strzału i nerwowo się rozglądały. Teraz wszyscy stali naprzeciwko siebie. Jeden z entów wyciągnął do przodu łapę, z której zwisał dziwny ogon. Położył ją na ziemi i otworzył. Wszyscy oniemieli, gdyż ujrzeli na wpółżywego księcia kroków, z czarnymi plamami na rękach i twarzy.

Zildan podbiegł do niego, za nim Lilli, a nad nimi fruwała Bianka.

— Co się z nim stało, encie? Gdzie reszta kroków? — krzyknął przerażony czarodziej.

— Nikt nie przeżył! Tylko jego znaleźliśmy przy życiu i niesiemy go do ciebie — odparło chodzące drzewo.

— Ale co mu się stało? Kto mu to zrobił?

Zza entów wychylił się jeden z pradawnych elfów.

— Witaj, czarodzieju. Wszystko widziałem. Jestem obserwatorem na skraju lasu. Wczoraj rano przybyła grupa kroków, którzy osiedlili się niedaleko stąd. Nie szukali kłopotów, tylko przybyli po zioła. Trzech z nich od razu ruszyło w głąb lasu, reszta została i założyła obóz. Do zmierzchu zbierali zioła. Po zmroku wrócił tylko jeden z tej trójki, co wyruszyła. Opowiadał, jak mężnie rozprawił się z trollem i że uratował jakąś Podróżniczkę i wróżkę. Mówił, że muszą poczekać do rana, bo chciał się spotkać z tobą, czarodzieju. Później trochę się popisywał swoją biegłością we władaniu mieczem, pokazywał, jak to pochlastał trolla. Inni bili mu brawo i wiwatowali na jego cześć, po czym wszyscy położyli się spać.

— No dobrze! Ale co się stało? Dlaczego oni nie żyją?

— A trolla pokonała Lilli, Podróżniczka, a nie Krok! — wtrąciła zdenerwowana Bianka. — Jak zwykle! Dumny Krok nazmyślał, ile się da.

— W połowie nocy poczułem przerażające zimno — kontynuował elf. — Siedziałem wtedy na czubku drzewa, spojrzałem w dół i zobaczyłem grupę nekromantów, dwa wilkury i parę wampirów zbliżających się do śpiących kroków. Zdziwiłem się, gdyż nigdy ich tu nie widziałem. Z tego, co wiem, żyją po drugiej stronie Tyrastaren, wiele dni drogi stąd. Wtedy zaczęła się rzeź. Śpiące kroki nie miały szans, tamtych było dużo więcej. Wilkury rozszarpały dwóch na miejscu, pozostałych wampiry, a nekromanci przeszukali obóz, tak jakby czegoś szukali. Ale chyba nie znaleźli, bo tego tu kroka dotkliwie bili i pytali o jakiegoś podróżnika. Cały czas im odpowiadał, że nic nie wie o żadnym podróżniku. Gdy cierpliwość im się skończyła, na tego tu rzucili jakąś klątwę i wydali na niego powolną śmierć, po czym oddalili się w głąb lasu.

Czarodziej odwrócił się do Lilli i rzekł:

— Pan Śmierci już wie o tym, że tutaj jesteś. — Swój wzrok przeniósł z powrotem na elfa. — Mów dalej, elfie! Co było dalej?

— Gdy te potępione dusze się oddaliły, ruszyłem szybko po pomoc, zebrałem pobliskich braci i wezwaliśmy enty do ochrony. Wróciliśmy do obozowiska i doszliśmy do wniosku, że tylko ty możesz ocalić tego kroka, czarodzieju. Ruszyliśmy więc w kierunku twojej wieży, ale na szczęście spotkaliśmy się dużo wcześniej. Czy możesz mu jakoś pomóc?

Zildan wbił laskę w ziemię jedną ręką, drugą zaś położył na głowie nieprzytomnego Kroka i zaczął szeptać zaklęcie pod nosem. Nagle końcówki traw, drzew, nawet entów zaczęły świecić w jasno-niebieskim kolorze. Światło robiło się coraz intensywniejsze, czarodziej cały czas szeptał coś pod nosem, ręce zaczęły mu drżeć. Czarne plamy na ciele Kroka zaczęły się zmniejszać i powoli znikać. Lecz nie wszystkie... Nagle czarodziej przerwał zaklęcie.

— Więcej nie mogę zrobić — wyszeptał. — Tu potrzeba o wiele większej uzdrawiającej mocy niż moja. Bianko, musimy udać się do twojej królowej. Tylko ona może go całkowicie wyleczyć.

— Dobrze, Zildanie — odparła wróżka.

— Ach, zamiast iść od razu do osady Kroka, będziemy musieli nadrobić drogi. — Czarodziej kręcił głową.

W tej chwili wszyscy spojrzeli na Kroka, który o własnych siłach podniósł się, wstał, lecz był jeszcze bardzo osłabiony. Zaczął rozglądać się nerwowo w lewo i prawo.

— Co tu się dzieje? — zapytał. — Gdzie są moi współtowarzysze? Na Wielkiego Kroka, czemu te drzewa mają oczy? I co robią tu elfy?

— Uspokój się — powiedział łagodnym głosem czarodziej. — Po drodze ci wszystko opowiem.

Zildan podziękował pradawnym elfom i entom za pomoc. Z lekko oszołomionym Krokiem, Lilli i Bianką ruszyli. Najpierw udali się do obozowiska po torbę z ziołami. Po drodze Zildan opowiedział Krokowi, co się wydarzyło w ich obozowisku i co się stało z jego towarzyszami i z nim.

Po dotarciu na miejsce, w krzakach, niedaleko wypalonego ogniska, Lilli znalazła torbę z ziołami, a Krok na lekko chwiejnych nogach zaczął szukać swojego miecza. Gdy już go znalazł, użył go jako podpórki, aby nie stracić równowagi.

Cała czwórka ruszyła dalej przez las, zmierzając w kierunku Polany Wróżek. Podekscytowana Bianka latała wszystkim nad głowami i wołała:

— Lilli, zobaczysz mój dom, gdzie mieszkam! Poznasz naszą królową! — Po czym sfrunęła na ramię dziewczyny i po cichu wyszeptała: — I pokażę ci takiego jednego chłopaka, który mi się podoba, ale wstydzę się do niego odezwać. On ma piękne skrzydełka, że... Uff! zresztą sama zobaczysz.

Lilli szła za czarodziejem, układając sobie wszystko w głowie, co do tej pory widziała, i zastanawiała się, co ją jeszcze czeka w tej niezwykłej krainie.