Lilli. Nowy sojusz - M. R. Marco - ebook + książka

Lilli. Nowy sojusz ebook

M.R. Marco

0,0
22,00 zł

lub
Opis

„Nowy sojusz” to kontynuacja pierwszej części trylogii − „Lilli”. To też dalsze losy Podróżniczki przemierzającej magiczny, a zarazem nieprzewidywalny świat Tyrastaren, do którego przybyła, by wspomóc jego mieszkańców. Tym razem Lilli zmierzy się z trudnymi wyborami między życiem a śmiercią, które przyczynią się do odnalezienia kolejnej mocy. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że po drugiej stronie tegoż świata ktoś rozpoczął swą misję, by ją odnaleźć i dotrzymać obietnicy złożonej swemu ojcu…
Marek Rogowicz − od najmłodszych lat żyje między rzeczywistością a fantazją. W wieku dziewięciu lat pierwszy raz zagrał w gry komputerowe, w których się zakochał i dzięki nim rozwijał swą wyobraźnię. Wielbiciel książek fantasy. Od 2004 roku mieszka w Irlandii. Pracował w branżach, w których monotonia puka do drzwi, a znudzenie wydaje polecenia. W tym czasie tworzył w głowie swój magiczny, fascynujący świat. Po namowach przyjaciół do pisania stworzył Lilli, powieść składającą się z trzech części. W wieku trzydziestu trzech lat nadal gra w gry komputerowe i nie zapowiada się, żeby kiedykolwiek przestał.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 493




M. ‌R. ‌Marco

Lilli. ‌Nowy sojusz

Projekt ‌okładki

Krzysztof ‌Krawiec

Korekta

Małgorzata Stempowska

Copyright © ‌by M.R. Marco, 2016

ISBN ‌978-83-942891-3-3

Wydanie 1

Napisałeś ‌książkę i chcesz ‌ją ‌wydać? ‌Zapraszamy do ‌serwisu ‌Rozpisani.pl.
Znajdziesz tu szeroki zakres ‌usług wydawniczych, dzięki którym ‌Twoja książka ‌trafi do księgarń.
Pomożemy ‌Ci dotrzeć ‌do czytelników ‌na ‌całym świecie!

Konwersja do epub ‌A3M Agencja Internetowa

Świat astralny, ‌miejsce wyjęte z czasu ‌i przestrzeni. ‌Czarne ‌powieki ‌powoli otwierają ‌się ‌i zamykają. Jego ‌oczy ‌wpatrują się w nicość, ‌która go otacza. Jego ‌ciało ‌zamknięte w ‌kulistej ‌barierze ‌wyczuwa jak moc zbliża ‌się do ‌niego i nic ‌nie może ‌stanąć na jej ‌drodze. ‌Czarny ‌smok w skupieniu wyczekuje ‌momentu, kiedy ‌opuści ‌swe więzienie i ‌powróci do świata, ‌który klęknie przed ‌nim ‌na ‌kolana i nawet ‌ci, którzy ‌go tu uwięzili, ‌nie będą w stanie ‌go zatrzymać. ‌Pan zniszczenia ‌i ognia ‌prowadzony ‌nienawiścią już ‌niedługo ‌stanie u bram Tyrastaren.

Rozdział ‌1

WITAJCIE NA BAGNACH

Słońce ‌powoli zaczęło przenikać między ‌drzewami, bagna ‌otwierały się na ‌dzienne życie. ‌Liliana, jadąca w ‌siodle, otworzyła ‌oczy ‌i powoli dochodziła ‌do siebie. ‌Leżała na brzuchu, trzymając ‌nogi w cuglach, a ‌jej ręce zwisały ‌z palcami zaczepionymi ‌za lejce. Nagle poczuła ‌drganie. Podniosła się i zobaczyła przed sobą Biankę, która siedziała prawie przy głowie tragerona i drapała go w jednym miejscu.

– Bianeczko, co ty robisz? – zapytała Podróżniczka i ziewnęła, przeciągając się.

– Witaj Lilli. W końcu się obudziłaś. Zobacz, co tu znalazłam. Jak spałaś, nudziło mi się trochę, więc zaczęłam zwiedzać naszego wierzchowca. Zobacz, zobacz tu.

Bianka zaczęła znów drapać w tym samym miejscu, a trageron przekręcił się lekko w lewą stronę i jego głowa zaczęła drgać.

– A zobacz, co się stanie, gdy skończę.

Bianka przestała drapać, a skóra wierzchowca zaczęła kurczyć się w różnych częściach ciała.

– I co, Lilli? Fajne, co nie? Powiem ci, że bawię się tak od jakiegoś czasu, w sumie to jak słońce wstało, i zauważyłam, że temu wierzchowcowi to w ogóle nie przeszkadza. Może kiedyś, jak wrócę na Polanę Wróżek, to poproszę Seleni, żeby mi takiego załatwiła. Ale pewnie się nie zgodzi… Co o tym myślisz?

Mimo iż Liliana dopiero otworzyła oczy, wystarczyła tylko chwila z Bianką, żeby uśmiech pojawił się na jej twarzy.

– Obawiam się, moja wróżko, że na pewno się nie zgodzi.

– Tak myślisz? Hm, może masz rację. Szkoda. Wiesz? Jestem strasznie głodna. Widziałam po drodze wiele pięknych kwiatów, ale bałam się tam polecieć i spróbować ich pyłku. Jeszcze coś by mnie zaatakowało. Tu nie wolno ufać kolorowym kwiatom. Już raz miałam nauczkę na mokradłach. Potem ta okropna walka z tymi dziwnymi potworami. Tylko co ja teraz zjem? Pyłkowe kule już się skończyły. A ty też jesteś głodna?

W tym samym czasie, gdy Bianka spytała, Lilianie zaburczało w brzuchu.

– Z tego co słyszę, to chyba tak – powiedziała wróżka i obie się zaśmiały.

Krok, słysząc ich rozmowę, zbliżył się na swoim wierzchowcu do Liliany.

– Niechcący słyszałem waszą rozmowę na temat jedzenia.

– Nieładnie jest podsłuchiwać – powiedziała Bianka, zadzierając nosa.

– Jak miło, że już wstałaś – powiedział powoli i wyraźnie Krok – Ja tak samo cieszę się na twój widok.

Liliana zaśmiała się w głos.

– Podróżniczko, gdy tylko dotrzemy na miejsce, dostaniesz niespodziankę na stół. Wyjątkowe jedzenie, na Polanie mogą o takim tylko pomarzyć – Krok zwrócił się do Lilli.

Bianka zacisnęła zęby, gdyż obiecała Lilianie, że nic głupiego i złośliwego nie będzie odpowiadać Krokowi, dopóki nie opuszczą bagien.

– Kroku… – powiedziała głośno Podróżniczka i w tym momencie wszystkie kroki odwróciły się i spojrzały na nią.

– To nie do was! Maszerować dalej przed siebie i wypatrywać niebezpieczeństwa! – krzyknął Krok.

– Tak jest, Panie! – odpowiedzieli wszyscy jeźdźcy chórem.

– Podróżniczko, zwracaj się do mnie „książę", tak jak wcześniej ci mówiłem. Dla was nasze imiona są identyczne, ale one się różnią wymową, czego wy nie potraficie. Tłumaczyłem ci już, że to taka obrona przed nieprzyjacielem, gdyby chciał wtargnąć w nasze szeregi…

Nagle jeden z jeźdźców krzyknął:

– Panie! Zbliżamy się do miasta!

– Nareszcie! Dom i, mam nadzieję, zdrowy ojciec. A co najważniejsze, normalne jedzenie – książę ruszył do przodu, ustawiając się na prowadzeniu grupy.

Bianka usiadła Lilli na ramieniu i podparła rękoma głowę.

– Co się dzieje, Bianeczko? Wszystko w porządku? – zapytała Podróżniczka.

– Wiesz dobrze, że nie. Idziemy do miejsca, gdzie nie lubią wróżek, przez cały pobyt muszę uważać na to, co mówię, i nie mogę obrazić Kroka. Ach, przepraszam, Księcia.

– Nie rozpaczaj, moja mała wróżko. Są też jakieś plusy. Znowu spotkamy czarodzieja.

– Też mi pocieszenie. Z tym staruchem nigdy nic nie wiadomo. Raz jest dobry, a za chwilę ma napady i krzyczy. Zostałaś mi tylko ty, Lilli.

Podróżniczka uśmiechnęła się.

– Nie martw się, Bianeczko. A kto mówił, że jak będziemy się trzymać razem, to nikt i nic nas nie pokona?

– To ja mówiłam!

– No więc…

– No dobrze, niech ci będzie, jakoś sobie poradzimy… Zobacz, Lilli, drzewa się kończą.

Obie wpatrywały się przed siebie. Słońce powoli się wznosiło; minąwszy ostatnie drzewa, Biance i Lilli ukazała się przestrzeń. Wszędzie dookoła była woda, a na środku dziwne budowle. Liliana skojarzyła sobie je od razu z piramidami, jakie kiedyś widziała w swoim świecie. Wierzchowce weszły do wody otaczającej miasto. Po bokach pływały tragerony, lecz bez jeźdźców. Niektóre z nich jadły ryby i wpatrywały się w przybyłych. Nagle na wprost nich coś bardzo głośno zatrąbiło i nad brzegiem zaczęli zbiegać się mieszkańcy. Książę bagien dumnie prężył się na swoim trageronie, pokazywał klasę przed swoimi poddanymi. Trąba grzmiała raz za razem. Po przepłynięciu całego jeziora wszyscy znaleźli się przy brzegu i zeszli ze swych wierzchowców. Wreszcie byli w mieście kroków. Liliana rozglądała się zdziwiona. Spodziewała się bagien, błota i latających owadów, lecz miasto było wykonane z kamienia, wszystkie uliczki, budynki w kształcie piramid z bocznymi wejściami. Bianka po cichu wyszeptała Lilli do ucha:

– Tu jest jakby ładnie. Widzę, że ty też jesteś zdziwiona, jak ja.

Liliana pokiwała głową, zgadzając się ze słowami małej wróżki. Tłum kroków stał i wpatrywał się w przybyłych, lecz gdy tylko kroczy książę podniósł obie, zaciśnięte w pięści dłonie i krzyknął – Wróciłem! – poddani uklękli. Wszystkie trąby w mieście zaryczały jednym głosem.

Nagle z daleka wyłoniła się postać Zildana, podpierającego się na lasce.

Książę kroków, gdy go zobaczył, od razu do niego podbiegł.

– Czarodzieju! Czarodzieju! – krzyczał – Co z moim ojcem? W jakim jest stanie?

Zildan zbliżył się do niego.

– Nie martw się, młody książę. Twój ojciec będzie żył – rzekł czarodziej, który wyglądał na strasznie zmęczonego. – Idź go odwiedzić, czeka na ciebie.

Książę pobiegł do największej piramidy na środku miasta, a czarodziej ruszył w kierunku Podróżniczki i wróżki, które zdezorientowane stały i rozglądały się wokoło.

– Bianko, Zildan idzie.

– Widzę, widzę. Stary czarodziej jakoś kiepsko wygląda. Pewnie najadł się tych wspaniałych ropuch i popił cudownym skrzekiem, o którym wspominał Krok.

Lilli zaśmiała się. W tym momencie Zildan zbliżył się do nich.

– Co ci to małe dziewuszysko szepcze do ucha? Pewnie coś na mój temat?

– Miło cię widzieć, czarodzieju. Bianka tylko mówiła, że wyglądasz na wypoczętego.

Zildan uśmiechnął się.

– Widzę, Liliano, że ty nawet kłamać nie potrafisz. Ja również cieszę się, że was widzę. Ciebie też, wróżko. Jeden dzień, a już zatęskniłem za twoimi kłótniami.

– Bardzo się cieszę, czarodzieju – powiedziała Bianka. – Ale miałeś rację, Lilli kłamała. Powiedziałam, że wyglądasz okropnie. Jak tak dalej będzie, to długo nie pociągniesz.

Zildan, gdy tylko to usłyszał, o mało się nie zakrztusił, a Podróżniczka wybuchła śmiechem.

– Ty mała wredna dziewucho! Prędzej ty mnie wykończysz niż wróg. A jak ci się nie podoba mój widok, to wracaj do domu.

– A ty tylko do domu byś mnie posyłał. Coś tylko powiem, to od razu: „Wracaj do domu"!

– Już wystarczy! Uspokójcie się! – Liliana próbowała zakończyć kłótnię. – Ale Bianka ma rację, czarodzieju. Źle wyglądasz, jakbyś w ogóle nie spał. Chyba dużo pracy tu miałeś.

Zildan nachylił się i po cichu wyszeptał:

– W tym mieście nie ufajcie nikomu, oprócz mnie i naszego Kroka. Tu jest szpieg i zabójca. Chodźmy stąd, do naszego budynku, to wam wszystko opowiem.

Lilli z Bianką spojrzały na siebie i podążając za czarodziejem, zerkały podejrzliwie na każdego, kogo mijały po drodze. Przechodziły obok mniejszych i większych piramid, przy drodze ustawione były posągi kroczych wojowników. Wokół były też zbiorniki, w których znajdowało się pełno ropuch. Bianka, gdy tylko je zobaczyła, od razu przysunęła się bliżej szyi Lilli. Wreszcie doszli do jednej z piramid, która była wielkości domu mieszkalnego. Czarodziej otworzył grube, drewniane drzwi i weszli do środka. Następnie potarł dość duży kryształ stojący na środku, a on rozbłysnął jasnym światłem.

– Krasnoludzki wyrób, ale oni i tak powiedzą, że sami zrobili… – zaśmiał się czarodziej – Tam macie łóżka. Są z kamienia, ale można się wyspać. Tu, w prawym rogu, jest wejście pod wodę. Kroki w każdym swoim domu takie mają. Podróżniczko, mogłabyś użyć trochę tej swojej mocy i zamrozić to wejście, wtedy nikt i nic tu nie wejdzie. To ty to zrób, a ja pójdę po naszego księcia i sprowadzę go tu. Muszę wam opowiedzieć, co się stało.

– Dobrze czarodzieju. A kiedy będziesz z powrotem? – zapytała Liliana.

– Nie wiem, dlaczego pytasz?

– Nic, tak po prostu.

– Hm… Zdążycie odpocząć. Ojciec czekał na swojego syna, więc trochę mu to zajmie. A wy w tym czasie się tu rozgośćcie.

Czarodziej wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

– I nikogo obcego tu nie wpuszczajcie! – krzyknął jeszcze na odchodne, już za drzwiami.

Lilli zbliżyła się do miejsca w kącie, o którym mówił Zildan. Zajrzała w dziurę i zobaczyła ciemny tunel.

– Lilli, zamrozisz go teraz? – spytała Bianka.

– Nie – odpowiedziała Podróżniczka. – Chciałam się najpierw wykąpać. Dlatego spytałam czarodzieja, kiedy wróci. Mogłabyś stać przy drzwiach i zerkać, czy nikt tu nie idzie? A ja szybko wskoczę do wody.

– Dobrze, tylko pośpiesz się.

Bianka podleciała do drzwi i na samej górze znalazła szparę. Spoglądała przez nią na zewnątrz i obserwowała przechodzących obok kroków. Liliana rozebrała się i przez chwilę przyglądała wodzie w dziurze.

– No skaczesz czy nie? – krzyknęła wróżka. – Jak widzisz nie jestem na tyle duża, by utrzymać te drzwi, gdyby ktoś chciał wejść. Pośpiesz się, to i ja jeszcze się wykąpię.

Lilli szybko wskoczyła do wody i zaczęła się myć. Po paru minutach wyszła i zaczęła się ubierać.

– I co? Idzie ktoś? – zapytała Bianki.

– Nie. Na razie nikogo nie widzę.

Liliana ubrała się i podeszła do drzwi.

– Teraz ty. Tylko uważaj, bo jest głęboko – po czym zajęła miejsce Bianki i obserwowała wejście przez szparę w drzwiach.

Wróżka szybko rozebrała się i wykąpała. Gdy prawie już wychodziła, Lilli głośno krzyknęła:

– Zildan z Krokiem wracają! Pospiesz się!

Bianka położyła się w wodzie na brzuchu i zaczęła szybko machać skrzydełkami, próbując je wysuszyć, żeby mogła wzlecieć do góry. Ubrała się tak szybko, jak tylko potrafiła.

– Uf, jeszcze w życiu tak szybko się nie ubierałam.

Liliana odsunęła się od drzwi i usiadła na kamiennym łóżku, a Bianka na jej ramieniu.

– Udało się, teraz chociaż jesteśmy czyste – szepnęła Lilli.

– Masz rację, tylko co z tego, skoro i tak wszędzie tu cuchnie bagnami – odparła zniesmaczona Bianka.

Drzwi otworzyły się; do środka wszedł czarodziej, a za nim podenerwowany Krok, który zaraz po wejściu spojrzał przez szparę, by sprawdzić, czy nikt za nimi nie szedł.

– Czarodzieju, chyba nikt nas nie śledził.

– To dobrze, to dobrze – powiedział Zildan.

– Poczekajcie chwilę, przestawię ten kryształ światła i wpuszczę tu trochę słońca – Krok podszedł do ściany przy wejściu i zaczął kręcić korbą. Na szczycie piramidy, wierzchołek odsunął się, tworząc wlot dla słońca, które rozświetliło całe pomieszczenie.

– Książę… – zaczął czarodziej. – Wspomniałem ci, że masz w swym mieście zdrajcę. Dlatego musimy porozmawiać, tylko we czwórkę.

Bianka pokazała cztery palce.

– To tyle! To tyle jest cztery!

– Tak, Bianko, ale nie przerywaj. Kroku, nie jesteśmy tu bezpieczni. Pan Śmierci chce mieć szpiegów i morderców wszędzie, również w twoim mieście.

– To niemożliwe, Zildanie. To niemożliwe. – powiedział wściekły Krok.

– To prawda. Jego posłaniec próbował zabić króla, twego ojca, w ten sposób chciał obniżyć wasze morale i obudzić w twoich wojownikach lęk i niepewność. Była to również wiadomość dla dwóch pozostałych miast na bagnach. Razem tworzycie potężną armię, a armia bez przywódcy nigdzie nie pójdzie. Może ty miałeś być następny, albo królowie pozostałych miast…

– Czarodzieju, przestań! – krzyknął Krok – Skąd w ogóle wiesz, że to Pan Śmierci wydał rozkaz zabicia mojego ojca? Może on zjadł coś, co mu zaszkodziło?

– Nie bądź ślepy, Książę kroków. Twój ojciec jada z najbliższymi mu krokami. Ty też wtedy tam jadłeś. Wszyscy zresztą jedliście to samo i tylko twój ojciec zachorował. Jedno mnie tylko zastanawia… Czemu nie próbował ciebie zabić? Czemu ciebie oszczędzili?

Oczy Kroka otworzyły się szeroko, a przez jego głowę przebiegła jedna myśl.

– Bo ja wtedy nie jadłem i nie piłem. Oddałem wszystko ojcu. Wcześniej byłem na polowaniu i tam napchałem swój brzuch. No, ale to jeszcze nie oznacza, że jedzenie było zatrute…

– Oznacza! – krzyknął Zildan – Oznacza! Gdy tylko tu przybyłem, od razu pobiegłem do twojego ojca i zacząłem mieszać zioła. Gdy je wypił, przez jedną chwilę jego oczy stały się czarne jak noc, potem z powrotem zrobiły się zielone. Użyłem wiele magii życia, żeby to z niego wyciągnąć. Zebrałem całą truciznę w jednym miejscu, na ręce. Przeciąłem skórę i wycisnąłem ją dokładnie. Jej zapach był jak martwe truchło leżące wiele dni na słońcu. Gdy tylko ostatnia kropla opuściła ciało twego ojca, wiedziałem, że będzie żył. Wasz zielarz nie poradził sobie z tym, mimo że też zna się trochę na magii. Stworzył pewien proszek bez smaku i zapachu, ale wszelkie, posypane nim jedzenie, po krótkim czasie pokazuje, czy jest zatrute, czy nie. Tylko on i my wiemy o tym, dlatego nikt już nie będzie obawiał się o otrucie. Twój ojciec ma ochronę cały czas, dzień i noc. Jest silny, dlatego szybko wyzdrowieje. Poza tym dzisiaj odbędzie się zebranie przywódców wszystkich trzech miast bagien. Na nim zostanie podjęta decyzja, czy kroki będą uczestniczyć w wojnie, która jest nieunikniona. Wciąż nie wierzysz, Kroku, w to, co powiedziałem, czy wreszcie otworzyłeś oczy?

Książę zamyślił się chwilę. Nie mógł uwierzyć w to, że ktoś z jego ludzi zdradził i chciał zabić króla, jego ojca.

– Masz rację, czarodzieju. Z tego, co mówisz, wynika, że mamy tu szpiega i mordercę. Tylko teraz pytanie, kto to jest i jak najszybciej trzeba go złapać i stracić za zdradę. – odparł Krok – Mam jeszcze pytanie, Zildanie. Gdy byliśmy w Pradawnym Lesie, gdy się spotkaliśmy, mówiłeś, że masz jakąś przesyłkę, i to potężną. Miałeś mnie i ojcu pokazać, gdy dotrzemy na miejsce. Możesz to zrobić teraz, jestem bardzo ciekaw.

Czarodziej patrzył na Kroka jak wryty. Bianka zrozumiała, o co chodzi, i zleciała na kamienne łóżko, trzymając się za brzuch i przewracając raz na lewą, raz na prawą stronę. Liliana pokręciła tylko głową, a Krok nadal patrzył na nich, nie wiedząc, czemu tak zareagowali. Zildan nie wytrzymał.

– Czy ty jesteś głupi? Ta przesyłka to Podróżniczka, a potężna, to jest jej moc. Przez całą drogę szliśmy razem, a ty się nie domyśliłeś?

Krokowi zrobiło się głupio, ale wiedział, że po swojemu musi wyjść z sytuacji z honorem.

– Taak… wiedziałem… tylko yy… tak sprawdzałem cię…

– Nie uwierzyłabym, gdybym właśnie tego nie usłyszała – Bianka opanowała śmiech. – Co o tym myślisz, Lilli?

Podróżniczka westchnęła.

– No, no, książę Kroku, bystrością to się teraz nie popisałeś.

Krok popatrzył na wszystkich i zawarczał:

– Idę poszukać zdrajcy.. Czarodzieju, pokaż im tu wszystko i sprawdź, czy zielarz posypie jedzenie tym swoim proszkiem, a nawet dopilnuj tego.

– Nie martw się o to. Zaraz tam pójdę – rzekł Zildan.

Krok otworzył drzwi, spojrzał jeszcze raz na wszystkich, zawarczał i wyszedł. Bianka ledwie się pohamowała.

– Nie wierzę. Jak można być takim głupim. Ale przynajmniej nas rozbawił. A ja nawet nic chamskiego nie odpowiedziałam.

– To prawda, to mu się udało – dodała Lilli.

Czarodziej też nie krył uśmiechu.

– Już, już, wystarczy. Wy się tu ogarnijcie, a ja idę. Jak wyjdę, zamknijcie drzwi. Wystarczy, że położycie tamtą belkę na te wystające haki i nikt tu nie wejdzie.

Lilli i Bianka słuchały czarodzieja, ale cały czas parskały ze śmiechu.

– Podróżniczko, czy zamroziłaś już tę wodę w rogu?

– Nie, jeszcze nie, ale zaraz to zrobię – Lilli opanowała się.

– Dobrze, zrób to jak najszybciej. Aha, tutaj jest taka korba. Jak ją odkręcicie, na górze zostanie uwolniona woda i będziecie mogły się umyć i wykąpać.

Bianka, wciąż się śmiejąc, spojrzała na Lilli.

– A tamta woda w rogu to do czego? – zapytała Podróżniczka.

– Tamta jest połączona z całą wodą dookoła miasta. Kroki wrzucają tam resztki jedzenia oraz, jakby to ładnie ująć, oczyszczają się, lub jak kto woli, wydalają z siebie to, co niepotrzebne.

W tym momencie wróżka przestała się śmiać, a Liliana spojrzała na nią z poważną miną.

– A wam co się stało? – zapytał czarodziej. – Co tak ucichłyście?

Liliana zerwała się z miejsca, podbiegła do rogu i od razu zamroziła wodę. Bianka, siedząc na kamiennym łóżku, podkuliła nogi i złapała się za głowę.

– Co się z wami dzieje? Czemu zrobiłyście się takie poważne?

Lilli szybko i głośno odpowiedziała:

– O nic nie pytaj i wyjdź już stąd, czarodzieju. Chcemy się wykąpać. I to szybko!

Zildan spojrzał na jedną i na drugą.

– No dobrze, już idę.

Wychodząc, przyjrzał się Lilianie i zobaczył, że ma mokre włosy. Wcześniej był zajęty rozmową i jakoś tego nie zauważył.

– A ty czemu masz mokre włosy?

Lilli stała wryta jak kamień, a Bianka patrzyła w podłogę. Czarodziej domyślił się i wybuchnął śmiechem.

– Wy się tam wykąpałyście! I to obie! Ha, ha, ha!

Bianka podleciała do niego i krzyknęła:

– Wynoś się stąd, my musimy się wyszorować!

Czarodziej, mimo powagi sytuacji panującej w mieście, nie potrafił jeszcze przez jakiś czas powstrzymać śmiechu. Gdy tylko wyszedł, Liliana zaryglowała drzwi belką i obie szybko się rozebrały. Podróżniczka odkręciła korbę i z góry popłynęła woda. Obie jak szalone szorowały się po całym ciele.

– Lilli, co nam do głowy wpadło, żeby tam się wykąpać. Jaki wstyd. Jak ten cham, Krok, się o tym dowie, to nie da mi spokoju do końca życia.

– Nie dowie się… – powiedziała drżącym głosem Lilli. – Poproszę czarodzieja, żeby nikomu o tym nie mówił. A na razie szoruj się. Musimy zmyć to z siebie.

– Lilli, przecież Zildan właśnie wyszedł. A co, jeśli spotka się z Krokiem? To koniec.

– Myśl o tym, żeby się nie spotkał. Na pewno poszedł w innym kierunku.

Nagle woda przestała lecieć. Lilli z Bianką wpatrywały się w górę, obserwując, jak opadają ostatnie krople.

– O, nie! Woda się skończyła! – zmartwiła się wróżka.

Liliana powąchała swoją skórę na rękach.

– Wiesz co, chyba jest w porządku, nic nie śmierdzi. Chyba się domyłyśmy.

– A ja chyba nadal coś czuję – odparła Bianka, po czym położyła się na mokrej podłodze i zaczęła przekręcać się raz na brzuch, raz na plecy. – No teraz już chyba jestem czysta.

Obie ubrały się i jak najszybciej próbowały zapomnieć o tym, co zrobiły.

– Bianeczko, musimy znaleźć czarodzieja i poprosić go, żeby nikomu o tym nie mówił.

– Ale on nie pozwolił nam stąd wychodzić, kazał nam czekać. Jednak chyba masz rację, Lilli; ta sprawa warta jest nawet życia. Tylko gdzie my go teraz znajdziemy, to miasto jest ogromne.

Liliana pomyślała chwilę.

– A może poszedł do tego ich zielarza, zobaczyć, czy sprawdził jedzenie tym proszkiem, o którym mówił? Chodź, popytamy tutejszych gdzie ten ich zielarz mieszka.

– Masz rację, Lilli. Chodźmy, i to szybko.

Obie w pośpiechu ubrały się, Podróżniczka zdjęła belkę z drzwi, założyła na głowę kaptur i powiedziała do Bianki:

– Schowaj się w moim dekolcie, to nie będziemy się tak rzucać w oczy.

– Tak, tak. Masz rację – odparła Bianka i wskoczyła Lilli za bluzkę.

Liliana otworzyła drzwi i wyszła na zewnątrz. Słońce wznosiło się coraz wyżej, wszędzie na ulicach było pełno kroków.

– W którą stronę mamy iść? – wyszeptała Bianka.

– Nie wiem, ale zaraz zapytam.

Lilli zaczepiła pierwszego przechodzącego obok nich kroka, który niósł na plecach pełno ryb.

– Przepraszam, przepraszam!

Nieznajomy krok popatrzył na nią i zatrzymał się.

– Czy wiesz może, gdzie mieszka wasz tutejszy zielarz? Albo to może mag, nie jestem pewna…

Krok popatrzył na nią i odpowiedział krótko:

– Wiem – po czym ruszył dalej przed siebie.

Cichy głos wydobył się z dekoltu Lilli.

– Co za cham! Chyba jeszcze gorszy od tego naszego.

Liliana zaśmiała się i zaczepiła następnego przechodzącego kroka.

– Przepraszam, szukam waszego zielarza, czy możesz pokazać mi, gdzie on mieszka?

Uzbrojony w dwa miecze krok pokazał łapą drugą co do wielkości piramidę w mieście i odszedł bez słowa.

– Słyszałaś? – zapytała wróżka.

– Nie, a co niby miałam usłyszeć? – zdziwiła się Lilli.

– No właśnie nic, te bydlaki z bagien są takie same jak ten nasz cały książę. A ten to na pewno jakaś bliska z nim rodzina.

– Wiem, zauważyłam, że są niemili, ale przynajmniej wiemy, w którym kierunku mamy iść.

– No to ruszajmy – wyszeptała Bianka.

Lilli udała się w kierunku centrum miasta. Po drodze mijała oczka wodne z ropuchami oraz wysokie, zbudowane z zielono-szarego kamienia, piramidy zamieszkiwane przez kroki. Gdzieniegdzie biegały, ganiały się i biły ze sobą grupy małych kroków. Niektóre walczyły ze sobą bardzo zajadle. Bianka przyglądała się im.

– Zobacz, Lilli, takie małe, a jakie wredne. W końcu z niczego nie bierze się ich chamstwo. Mogę się założyć, że są to dzieci naszego księcia. Pewnie zżarły swoją mamę, a teraz będą świętować.

Lilli parsknęła śmiechem.

– Oj, przestań już, one się tylko bawią. Nie bądź taka niemiła. A ty jak byłaś mała, to nie biłaś się z innymi wróżkami?

Bianka chwilę się zastanowiła.

– Masz rację, biłam się i to nie raz. Ale teraz jestem duża i powinnam dawać przykład. Mam nadzieję, że one wyrosną na mądre i miłe kroki.

– No, od razu lepiej. Czasem trzeba myśleć dobrze o innych, a nie od razu ich skreślać…

W tym momencie jeden z małych kroków podbiegł do Liliany i kopnął ją w nogę, krzycząc:

– Co się tak wleczesz, dziwnie ubrany brzydalu? Skąd ty w ogóle jesteś, bo nigdy kogoś takiego nie widziałem? – po czym kopnął ją jeszcze dwa razy w kostkę.

– Oż ty mały, wredny potworze! Odczep się ode mnie! Nie twoja sprawa, kim jestem i skąd pochodzę – krzyknęła Lilli, a z jej dekoltu dobiegł cichutki głosik Bianki: – Zamroź go, zamroź, to dostanie nauczkę.

Mały krok ponownie kopnął Podróżniczkę i przyglądał się jej, czekając na reakcję. Lilli wiedziała, że nie wolno jej używać magii w miejscu, gdzie nikt jej nie zna, bała się jak zareagują wojownicy spacerujący po mieście. Spojrzała w jego oczy i zrobiła wściekły wyraz twarzy w nadziei, że to przestraszy tą małą pokrakę, po czym ruszyła do przodu. Mały krok, natomiast zawołał swojego kolegę, wyprzedzili Podróżniczkę, weszli w kałużę i zaczęli mocno na nią chlapać.

– A masz, dziwadło! – krzyczeli jeden po drugim.

Lilli nie wytrzymała, stanęła i skupiła wzrok na kałuży. Kiwnęła palcem wskazującym, zamrażając ją i przytwierdzając ich nogi do lodu. Dwa małe kroki zaczęły się szarpać, przewróciły się, lecz nie krzyczały, tylko wpatrywały się w Lilli wystraszonym wzrokiem.

– Dobrze im tak. Małe wredne kroczyska – wyszeptała Bianka – Dostały za swoje. One na pewno są rodziną z naszym Krokiem, są tak samo wredne.

– Już dobrze, Bianeczko. Te maluchy dostały nauczkę, więc mam nadzieję, że nie będą mnie już zaczepiać. Zobacz, jesteśmy już prawie na miejscu. Ta piramida po lewej, to pewnie dom tego zielarza. Chodźmy tam.

Gdy dotarły pod piramidę, przy głównym wejściu, zauważyły ochronę. Sześciu kroczych strażników wpatrywało się we wszystkich, którzy przechodzili obok.

– Bianko, za tymi drzwiami musi być nasz czarodziej. Oby jeszcze nie zdążył wygadać się nikomu o tym, co zrobiłyśmy.

– Lilli, ale tam jest ochrona, żeby nas tylko wpuścili, bo nie wyglądają zbyt przyjemnie. Lepiej schowam się bardziej, żeby mnie nie zobaczyli.

Wróżka wsunęła się w dekolt, a Lilli ruszyła w stronę drzwi. Gdy tylko postawiła nogę na pierwszym stopniu schodów, ochrona wymierzyła w jej kierunku swą broń.

– Stój, nie zbliżaj się! Mamy rozkaz nikogo nie wpuszczać.

Strój Liliany, wyczuwając zagrożenie, zamienił się w zbroję, lecz ona nie chwyciła za miecze, tylko zaczęła machać przed sobą rękoma i krzyczeć:

– Ja nie szukam problemów! Przyszłam w pokoju. Szukam czarodzieja Zildana.

Strażnicy, widząc dziwną zbroję, nawet nie zwracali uwagi na to, co mówi Podróżniczka. Jeden z nich zaczął głośno wrzeszczeć i już po chwili dookoła stało kilkudziesięciu strażników czekających na atak. Główny strażnik stojący przed wejściem zapytał:

– Kim jesteś i co tu robisz? Chodzą pogłoski, że w mieście jest zabójca i szpieg, że za pomocą magii tu się przedostał, bo przez naszą straż nikt i nic się nie przeciśnie.

Liliana dalej próbowała tłumaczyć.

– Jestem przyjacielem czarodzieja Zildana i waszego księcia Kroka…

Lecz strażnik przerwał jej.

– Jesteś od Pana Śmierci! I chcesz rzucić na nas jakiś czar i pozabijać nas wszystkich. Lecz my, wojownicy z bagien, ci na to nie pozwolimy!

Bianka, słuchając tego, kręciła głową z niedowierzaniem.

– Lilli trochę ciasno się tu teraz zrobiło – szepnęła. – Te chamy w ogóle nie słuchają, co ty do nich mówisz. Może zacznij wołać Zildana. Jak usłyszy, to wyjdzie i ich rozgoni.

– Może i masz rację.

Liliana wciągnęła głęboko powietrze i zaczęła wołać:

– Zildan! Zildan!

Wszyscy wojownicy cofnęli się. Główny strażnik zaczął również krzyczeć:

– Zamknij się albo cię zabijemy!

Nagle drugi strażnik odezwał się:

– Ona chyba rzuca jakiś czar.

Nagle pod nogami strażników przebiegły dwa małe kroki.

– Ona jest przeklęta! – wołały. – Jak tutaj szła, to zamroziła nam nogi.

W tym momencie za strażnikami otworzyły się wielkie drzwi.

– Co tu się dzieje? Czemu tak hałasujecie?

W drzwiach stał Zildan z zielarzem, który jako jedyny miał na sobie zwykłe ubranie w odcieniu brązu. Strażnik cofnął się do drzwi, nie opuszczając broni.

– Czarodzieju, złapaliśmy szpiega. Chciał wejść do środka i was pozabijać. Nasze dzieci już poczuły na sobie jej magię. Musimy jak najszybciej zaprowadzić ją do króla i osądzić, a najlepiej straćmy ją na miejscu. Po co męczyć króla.

– Uspokójcie się wszyscy! – krzyknął Zildan. – I opuśćcie tą broń. To nie jest żaden szpieg. Ona przybyła razem ze mną.

Wojownicy zaczęli spoglądać po sobie.

– Słyszycie? Opuścić broń! Ona jest przyjacielem, nic wam nie zrobi.

Strażnicy jednak nie reagowali. Przed Zildana wysunął się zielarz.

– Zróbcie, co każe czarodziej – odezwał się. – Nie obawiajcie się, nic wam się nie stanie.

Dwa małe kroki dobiegły do Liliany i zaczęły krzyczeć:

– Zielarzu, ona jest przeklęta! Zaatakowała nas! Zamroziła nam nogi!

– Czy to prawda? – zapytał Zielarz Podróżniczkę.

Bianka w środku aż cała się gotowała ze złości.

– Lilli, pozamrażaj ich wszystkich, zamroź całe to wredne miasto; niech mają nauczkę, za to, że są tacy wredni i zakłamani.

Liliana czuła lekkie podenerwowanie.

– Tak, zamroziłam, ale kałużę, w której stali, za to, że mi dokuczali.

Dwa małe kroki zaczęły od razu kręcić głowami.

– To nieprawda, my chcieliśmy się tylko pobawić.

Nagle z daleka dobiegł głośny krzyk.

– Co tu się dzieje? Co to za zbiegowisko?

Kroki rozstąpiły się, a na horyzoncie pojawił się ich książę. Zbliżył się do Liliany i zapytał:

– Podróżniczko, co ty tu robisz?

– Przyszłam zobaczyć się z czarodziejem – Lilli nie miała już siły się tłumaczyć. – Ci strażnicy nie chcieli nas wpuścić i chcieli zaatakować.

„Nas"? pomyślał Krok.

– A gdzie jest Bianka? – zapytał.

– Schowała się pod zbroją.

– Tu jestem! – zaczęła nawoływać Bianka i małymi piąstkami uderzać w zbroję.

Delikatne pukanie dotarło do uszu księcia.

– Ha, ha, ha! Ty mała pokrako, nie za gorąco ci tam?

Wróżka, gdy to usłyszała, zaczęła coraz głośniej krzyczeć:

– Lilli, mam ich już dosyć! Pozamrażaj ich wszystkich!

Po tych słowach książę Krok spoważniał.

– Opuścić broń! – rozkazał. – Ona przybyła tu ze mną i ma pełną swobodę poruszania się po mieście. Nikt nie ma prawa jej tknąć. Zrozumiano?

– Tak jest! – odpowiedzieli jednym chórem strażnicy, po czym opuścili broń.

Lilli wzięła głęboki oddech i rozluźniła się. Zbroja zmieniła się w ubranie, a Bianka wyleciała i stanęła na jej ramieniu.

– No ładnie nas przywitałeś w swoim mieście. Nie zapomnę ci tego – rzekła wróżka.

– A kto wam kazał wychodzić z domu? Miałyście tam zostać, dobrze wiecie dlaczego.

– No właśnie – dodał czarodziej.

Lilli z Bianką spojrzały na siebie.

– Bo my mamy małą sprawę do Zildana… i musiałyśmy go znaleźć.

– Ciekawe jaką? – Krok spojrzał na czarodzieja.

Zildan przez chwilę nie wiedział, o co chodzi, lecz zaraz zaczął się śmiać.

– Aa… rozumiem… Ale, książę, nie mogę ci powiedzieć. W sumie to nic ważnego.

– Skoro tak, niech wszyscy wracają do swoich zajęć. Ja muszę udać się na spotkanie z władcami pozostałych miast – odparł Krok i oddalił się od całej grupy.

Wszyscy również zaczęli rozchodzić się w różnych kierunkach. Zostały tylko małe kroki i strażnicy, którzy wpatrywali się w przechodzących. Dwa maluchy patrzyły na Biankę i krzyknęły:

– Hej, ty w dziwnej zbroi! Daj nam tę małą wróżkę. Przywiążemy sobie do niej sznurek i będzie nam latała po domu!

Bianka spojrzała na nich z wściekłością.

– A chcecie, żeby Podróżniczka was zamroziła, całych?

Dwa małe kroki pokręciły głowami.

– Jak nie, to wynoście się stąd, i to już!

Wystraszone maluchy momentalnie zniknęły w tłumie.

– Czarodzieju, długo tu jeszcze będziemy siedzieć? Ja już nie mogę… – zapytała Bianka.

Zildan zachichotał pod nosem.

– Nie martw się, mała wróżko. W odpowiednim czasie ruszymy dalej. A teraz wejdźcie do środka.

Lilli z Bianką weszły do piramidy zielarza i od razu poczuły zapach różnych roślin rozwieszonych w całym domu. Wróżka otworzyła z wrażenia buzię.

– Ale to pomieszczenie jest ogromne!

– Tak – odparł zielarz. – Są tu cztery poziomy i wszystko wypełnione ziołami i innymi roślinami. Pozwólcie, że się przedstawię, gdyż nie miałem jeszcze okazji. Jestem Krok Zielarz.

– Wy wszyscy nazywacie się tak samo. Jak was jest więcej, to nie wiadomo, jak się do was zwracać – odparła Lilli.

– Tak, tak, masz rację. Ale to dla obrony, żeby rozróżnić nasze imiona, trzeba się tu urodzić i wychować. Dla przybysza prawidłowa wymowa naszych imion jest niemożliwa. W gruncie rzeczy, daje nam to ochronę; gdyby jakaś istota chciała przyjąć nasz kształt, to po samym sposobie mówienia od razu byśmy ją rozpoznali. Ale z drugiej strony dla nowo przybyłych jest to nie lada utrudnie nie. Kiedy przybysz woła jednego kroka, odwraca się tłum. No, ale dość już o tym. Więc to jest ta ludzka istota, o której mi opowiadałeś, Zildanie? Niech ja ci się przyjrzę. – Zielarz obszedł Lilianę dookoła – Trochę drobna, jak na wojowniczkę.

– Niech pozory cię nie mylą – zaśmiał się Zildan. – W niej tkwi wielka moc, wystarczy, że ją obudzi. Na razie opanowała magię lodu i tylko musnęła magii ognia, lecz nie potrafi wykrzesać nawet iskierki. Nie mamy zbyt wiele czasu na naukę tak potężnej magii, lecz trochę to zawsze lepiej niż nic.

– Tak, tak, czarodzieju. Pana Śmierci nie łatwo będzie zabić. On ma bardzo silną magię. Z tego, co wyczytałem w starych księgach, posiada magię lodu śmierci, tak ją nazwali. Być może wystarczy, że Liliana obudzi w sobie jeden żywioł, żeby go pokonać, a możliwe, że będzie potrzebowała czterech żywiołów, aby zniszczyć takie zło. Tego nie wiem. Wszystko może być w twoich rękach, Podróżniczko, oraz w rękach wszystkich żyjących w Tyrastaren. Teraz mamy niestety same pytania bez odpowiedzi. A czy mogę prosić cię, moje dziecko, abyś pokazała mi trochę twojej magii?

Lilli spojrzała pytająco na Zildana, a ten kiwnął głową.

– A co mam zrobić, Kroku Zielarzu? – zapytała Podróżniczka.

– Widzisz to naczynie, które tam stoi? Jest wypełnione wodą. Możesz stworzyć roślinę, która jest najpiękniejsza dla ciebie i rośnie na Ziemi?

– Oczywiście, spróbuję – odparła Lilli.

– To wspaniale! – uradował się Zielarz – Poczekaj, poczekaj, włożę do wody kryształ światła, wtedy zobaczę wszystkie szczegóły twojej pracy.

Zielarz wziął kryształ wielkości pięści, przetarł go parę razy, aż rozbłysnął jasnym światłem, i włożył do dużej misy.

– Zaczynaj, Podróżniczko.

Liliana, z siedzącą na ramieniu Bianką, zbliżyła się do misy, wyciągnęła rękę i wyobraziła sobie różę, najpiękniejszą jaką pamiętała. Woda w misce zamarzła, a z niej wyrosła metrowa, lodowa róża z przeźroczystymi liśćmi i pięknym lodowym pąkiem. Kryształ świecący od spodu rozświetlał cały lód i podkreślał piękno lodowego kwiatu. Zildanowi, na widok tego, co zrobiła Lilli, przypomniał się dom i dzieciństwo. On znał ten kwiat. Z przejęcia aż ręka zaczęła mu drżeć.

– Gotowe, Zielarzu. To jest róża, tak u nas nazywamy ten kwiat.

Zielarz podszedł i zaczął się przyglądać.

– Tak… Jest piękny, bardzo piękny. Szkoda, że portale od tak dawna nie działają. Nasza wiedza na temat roślin byłaby o wiele większa.

Bianka sfrunęła z ramienia i zaczęła dotykać lodowych płatków.

– Lilli, to jest przepiękne. Koniecznie musisz mi taką zrobić.

– Dla ciebie, mała wróżko, stworzę cały ogród – odpowiedziała Lilli.

Zildan wyrwał się ze wspomnień.

– Dobrze, dosyć tej magii. Po co tu przyszłyście? W sumie to chyba się domyślam… Ale jak mogłyście tak się narażać? Przecież mówiłem, że grasuje tu zabójca.

Bianka podleciała przed nos czarodzieja.

– Wiesz dobrze po co. Dla mnie to ważniejsze, niż jakiś zabójca. Nie masz prawa nikomu mówić, co zrobiłyśmy, a zwłaszcza wiesz komu.

Zildan zaśmiał się, ale zaraz spoważniał.

– Niech ci będzie, zresztą i tak nie miałem zamiaru nikomu o tym mówić.

– To dobrze – wyszeptała wróżka – bo Lilli kiedyś wróci do swojego domu, a ja będę musiała żyć tu z tym wspomnieniem. A jak się wszyscy dowiedzą, to raczej za wesoło nie będę miała. No chyba, że Lilli zostanie tu ze mną na zawsze…

– Już przestań, Bianko – przerwał Zildan. – Za bardzo wybiegasz w przyszłość. Na razie zajmijmy się tym, co powinniśmy.

– Czarodziej ma rację, Bianeczko – wtrąciła Lilli. – Przecież obiecał, że nikomu nie powie.

– Obiecaj! – krzyknęła wróżka.

– No tak, obiecuję, nikomu nie powiem. Niech ci będzie, mała wredna dziewucho – odparł Zildan.

– Przepraszam was. Wy tu się kłóćcie, a ja na chwilę udam się w pewne miejsce w rogu i zaraz wracam – Zielarz, oddalając się, złapał się za brzuch, mówiąc – oj, za dużo ropuch i skrzeku, za dużo. Będzie się działo, oj będzie.

– Lilli, wracajmy do tego naszego domu, bo ja tu zaraz zemdleję – powiedziała Bianka.

Czarodziej uśmiechnął się. Lilli też nie miała ochoty już dłużej siedzieć u Zielarza, więc ruszyła w kierunku drzwi.

– Poczekajcie – krzyknął za nimi Zildan – dam wam dwóch strażników. Będą pilnować was i waszych drzwi, tak na wszelki wypadek.

Lilli z Bianką bez słowa opuściły dom Zielarza. Zildan nakazał dwóm strażnikom, odprowadzić je do domu i pilnować, dopóki nie zostaną wezwane. Książę Krok wyczekiwał nad brzegiem na przybycie królów pozostałych dwóch miast. Wspólnie z nimi miał podjąć decyzję o przyłączeniu się do wojny przeciwko Panu Śmierci i jego armii nieumarłych.

Rozdział 2

TO ZNOWU TY?

Woda była czerwona od krwi, Alsar próbował płynąć do brzegu, lecz morze wciągało go w głąb. Im bardziej się starał, tym bardziej tracił siły. Krzyki dobiegające z głębi lądu powoli ustawały. Alsar zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Ta cisza wydawała się być gorsza od odgłosów walki.

– Ojcze, matko – wyszeptał zielony ork. W oddali pojawiła się postać niosąca coś w obu rękach i zbliżająca się do brzegu.

– Ojcze, to ty? Ojcze! – krzyczał ork. Postać szła powoli i nie reagowała. Alsar znów zaczął płynąć z całej siły, lecz woda wciągała go jeszcze bardziej. Wyczerpany i zrezygnowany nierówną walką, zielony ork zatrzymał się i tylko się przyglądał. Czarna postać była coraz bliżej i bliżej, aż doszła do skraju piasku łączącego się z wodą. Alsar ujrzał ogromnego wilkura, zupełnie czarnego, jak noc, i o wiele większego niż te, z którymi walczył w osadzie. Bestia była przerażająca i budziła strach. Wilkur zaryczał głośno w jego stronę i wystawił obie łapy, w których trzymał głowy jego rodziców. Alsar z całej siły zaczął płynąć w kierunku brzegu, lecz woda cały czas go wciągała. Ork uwolnił ostatnie nabrane powietrze i krzyknął:

– Nieee!!!

Nagle Alsar zerwał się na równe nogi w ciemności i uderzył o ścianę w górskim korytarzu, gdzie zasnął. Po chwili znów się przewrócił.

– Co się dzieje?

Ciemność ograniczała jego widoczność.

– Uspokój się, to tylko sen, to tylko sen – powtarzał sam do siebie. – Mój miecz! Gdzie jest mój miecz?

Ork zaczął ostrożnie macać rękami po ziemi. Natrafił na rękojeść. – Mam, jesteś.

Od razu poczuł się trochę bezpieczniej.

„Tylko gdzie teraz mam iść. Nie pamiętam z której strony przyszedłem. Nie wiem, czy jest dzień, czy noc. Ile czasu spałem? Ale za to nie czuję już takiego zmęczenia. Czas ruszać. Ten dziwny korzeń już dawno zgasł. Trudno, może po drodze napotkam jeszcze jakiś. Czas w drogę", myślał ork.

Wysuniętym przed sobą mieczem popukiwał w podłoże i ostrożnie szedł. Gdy się tak powoli przesuwał, w jego głowie pojawiło się wspomnienie o Dy. Obraz, gdy uderzył w niego i obudził, ratując w ten sposób od śmierci. Czemu to zrobił? Czemu mu pomógł? Alsar zaczepił butem o wystający kamień i przewrócił się, wypuszczając miecz z ręki.

„O nie, tylko nie to", zaczął rozpaczliwie po omacku przeszukiwać drogę usypaną kamieniami. W pewnym momencie złapał za coś przypominającego w dotyku kamień. Zobaczył drobną iskierkę jasnego światła, która delikatnie rozbłysła i po chwili zgasła.

„Nie wierzę, przecież to kryształ światła…"

Alsar zapamiętał miejsce i w ciemności wyciągnął rękę, łapiąc za kryształ. Powoli go pocierając, uwolnił jego moc, rozświetlając sobie otoczenie.

„Jakim cudem się tu znalazłeś? Kto cię tu zostawił?", pytał sam siebie zielony ork, przypominając sobie jednocześnie, jak sam zgubił dwa kryształy.

„Ach, nieważne jak się tu znalazłeś, ważne, że ja cię teraz mam".

Rozświetlił sobie drogę i od razu ujrzał odbijające się od jego miecza światło. Szybko go podniósł i wystawił przed siebie.

„No, od razu lepiej. Teraz raczej nie dam się zaskoczyć".

Alsar zaczął przesuwać się ostrożnie do przodu, wyczuwał, że idzie lekko pod górę.

„Chyba idę w dobrym kierunku, czuję wzniesienie pod nogami", rozmyślał.

Nagle w oddali zaczęły do niego dochodzić głosy.

– Dy… dy… dy…

Były one wyraźne i powtarzały się co chwilę. Ork zatrzymał się. „Rozpoznaję ten dźwięk… To te dziwne stworzenia, tylko które? Czy to, które uratowałem przed śmiercią, czy tamte, które się tak do mnie przyssały?", zastanawiał się.

Dźwięk przybliżał się coraz bardziej, aż w końcu naprzeciw niego ucichł.

– Dy… Czy to ty? Dy?

Odpowiedź była natychmiastowa. Machając delikatnie skrzydełkami i trzymając ręce w górze, Dy wleciał w obszar światła, żeby ork mógł go zobaczyć.

– Skąd mam wiedzieć, że to ty? Podobni do ciebie rzucili się na mnie, przyklejając się do mojej skóry. Skąd mam wiedzieć, że ty nie chcesz zrobić mi czegoś złego? Dopóki mi tego nie udowodnisz, nie zbliżaj się do mnie, bo przetnę cię na pół.

Dy podparł ręką głowę i wzleciał pod sklepienie, pokazując, jak był uwięziony, jak ork go uratował, jak zabronił mu łapać za korzeń, aż w końcu się zmęczył i usiadł na kamieniu.

– A więc to ty. To ty jesteś prawdziwym Dy.

Dy pokiwał głową i zaczął klaskać w dłonie. Alsar przyglądał się dziwnemu stworzeniu, myśląc w duchu:

„A jeśli zrobi mi coś złego, jak będę nieostrożny i sprowadzi te dziwne potwory. Ale z drugiej strony, przecież uratował mi życie i na pewno zna wyjście z tych jaskiń".

– Dy, czy mogę ci zaufać?

Małe stworzenie przytaknęło skinieniem głowy. Alsar opuścił miecz, a Dy bezszelestnie podleciał i usiadł na lewym ramieniu orka. Pokazał palcem, że ma iść przed siebie. Alsar czuł coraz większe przywiązanie do małej istoty, lecz to było coś jakby w środku, jakby coś w nim się zmieniało. Nie czuł strachu i nie potrafił tego wytłumaczyć. Przechodząc przez następne korytarze, doszli do większej jaskini. Zielony ork był spragniony i zmęczony.

– Dy, musimy chwilkę odpocząć. Jestem głodny i pić mi się chce. Chwilę tu posiedzimy i ruszamy dalej.

Dy zleciał z ramienia i poleciał przed siebie w ciemność. Po chwili wołał swoim głosem:

– Dy… dy…

Ork ruszył w jego kierunku, aż doszedł do ściany, na którą mała istotka wskazywała ręką. Po ścianie tej delikatnie spływała woda. Alsar ucieszył się i rzekł:

– A jednak nie chcesz mnie zabić.

Uklęknął, położył miecz oraz kryształ światła na ziemi i podstawił obie ręce pod strumień wody, nabierając i pijąc.

– Ale pyszna.

Raz za razem nabierał i spijał wodę z rąk.

– A ty nie chcesz?

Dy pokręcił głową.

– Jak nie to nie, tylko żebyś mi potem nie mruczał tym swoim dziwnym głosem.

Alsar nabierał wodę i rozkoszował się jej smakiem, gdy nagle z głębi jaskini zaczęły dobiegać odgłosy szurania. Ork złapał za miecz i kryształ światła i przygotował się do ataku. Odgłosy były coraz bliżej, Dy schował się za ramieniem orka i ze strachem wpatrywał się w głąb pieczary. On już wiedział, kto się zbliża. Głos szurania był coraz bardziej słyszalny, aż nagle w promieniu światła pojawił się wilkur.

– O nie, znalazły mnie! Dy uciekaj! Ja będę walczył, a ty uciekaj!

Dy wyleciał przed twarz orka i pokazywał palcem, żeby ten był cicho. Machał rękami i skrzydełkami, pokazując na miecz. Wilkur zbliżał się do nich, Alsar przechylił głowę na bok i zauważył, że wilkur w ogóle nie zwraca na niego uwagi. Ork cofnął się plecami do ściany i opuścił broń. Dy usiadł mu na ramieniu i cały czas pokazywał palcem, żeby był cicho. Wilkur przeszedł obok nich, wyglądał jakby szedł przez sen. Alsar nie wiedział, co się dzieje. Przyglądając się bacznie wilkurowi, który właśnie go minął bez walki, zobaczył na jego plecach takie samo stworzenie jak Dy. Spoglądało ono na niego i gdy ich mijali, spojrzało na Dy, zrobiło wredną minę i głośno wypuściło powietrze z otworów na głowie. Potem powoli oddalili się razem z wilkurem w ciemność jaskini. Alsar z Dy jeszcze przez chwilę byli cicho i tylko spoglądali na siebie. Dy wzbił się do góry i delikatnie poklaskał rękoma.

– Już chyba mogę mówić? – odezwał się ork, na co Dy kiwnął głową. – Co to było? Czemu ten wilkur tak dziwnie się zachowywał? I co wy robicie, że wilkury chodzą jak otępiałe? Tam, w tej jaskini, tobie podobni rzucili się na mnie i przykleili do skóry, lecz nic się nie działo. A tu jeden opanował całego wilkura. Dy, wytłumacz mi to jakoś.

Dy rozejrzał się na boki i wzruszył ramionami. Podleciał do ust orka i pokazał na nie palcami. Potem rozszerzył ramiona na boki, szeroko, jak tylko potrafił.

– Hmm… chyba chcesz mi powiedzieć, że za dużo tłumaczenia…

Dy pokiwał głową.

– Niech ci będzie, a teraz ruszajmy, bo niedługo ten kryształ może się wypalić.

Dy z powrotem usiadł na ramię Alsara i pokazał palcem w kierunku, w którym mają iść. Oboje ruszyli przed siebie, poruszali się przez kręte korytarze, aż doszli do rozwidlenia. Na końcu jednego z korytarzy widać było światło, drugi prowadził w głąb góry.

– Zobacz, wyście.

Alsar ruszył w jego kierunku, a Dy poleciał za nim i złapał go za włosy, ciągnąc mocno.

– Co ty robisz?! – krzyknął ork.

Dy machał rękoma, żeby ork był cicho, pokazał otwór ze światłem i kręcił głową na boki.

– To nie jest wyjście?

Dy znów pokręcił głową.

– Wyjście jest tam? W tym drugim korytarzu?

Małe stworzenie pokiwało głową.

– To co tam jest? Jeśli to nie jest wyjście, to tylko zerknę, co tam się znajduje i zaraz wracam.

Dy nic nie odpowiedział. Właśnie z tego miejsca w zeszłą noc oglądał scenę walki, jakiej przedtem nie widział. Alsar powoli zaczął skradać się do otworu w skale, przez które wpadało światło. Dy powoli leciał za nim. Im bliżej wyjścia znajdował się ork, tym więcej słyszał hałasów, zastanawiając się, skąd one pochodzą. Ostrożnie ustawił się plecami do ściany i położył kryształ na ziemi. Wyjrzał i zobaczył przed sobą ogromną przestrzeń, oraz wystającą skałę, która kończyła się po co najmniej trzech metrach. Alsar położył się na ziemi i podczołgał do krawędzi. Wychylając głowę, zobaczył swój dom, doszczętnie spalony i zniszczony. Gdzieniegdzie spod gruzów wydobywał się mały dym pozostały po nocnej masakrze, wszędzie chodziły wilkury. Orkowi serce biło coraz szybciej, a wspomnienia wpadały do głowy. W jego oczach pojawiły się łzy. Alsar zacisnął ze wściekłości swoje pięści, gdyby tylko mógł, rzuciłby się z tej wysokości i spadając, zabiłby przynajmniej jedną z tych bestii. Lecz wiedział, że ma powierzoną misję i ona była najważniejsza. Ork, patrząc w dół, wziął głęboki oddech.

– Jeszcze się spotkamy. Zapłacicie mi za całą krzywdę, jaką wyrządziliście moim bliskim. Zapłacicie stukrotnie, wy krwiożercze bestie – powiedział sam do siebie i powoli wycofał się z powrotem do wyjścia. Gdy tylko wszedł do środka, podniósł kryształ i spojrzał na Dy latającego w cieniu.

– Teraz już wiem, dlaczego nie chciałeś, żebym tu szedł.

Dy pokiwał głową. Widok, jaki zobaczył ork, dodał mu sił.

– Prowadź do wyjścia, jak najszybciej. Musimy stąd wyjść.

Gdy Alsar zrobił parę kroków, nagle poczuł się dziwnie, jakby jakaś nieznana energia przepłynęła przez niego od stóp do głów. Ork zatrzymał się i pokręcił głową.

– Od tego zmęczenia i z głodu dziwnie się czuję.

Dy podleciał do jego twarzy i uśmiechnął się na swój sposób.

– Ale nie martw się, dam sobie radę, mój mały dziwaku. Prowadź do wyjścia.

Oboje ruszyli w kierunku korytarza, który Dy wskazał jako wyjście z jaskini.

Rozdział 3

SPRAWDZIAN

Przed drzwiami piramidy stało dwóch strażników z rozkazami nie wpuszczania i nie wypuszczania nikogo. Mała wróżka zaglądała przez szparę miedzy drzwiami.

– Lilli, oni cały czas tu stoją. Czy wojownicy z bagien nigdy się nie męczą? Czy oni nie jedzą ani się nie nudzą? Ja bym tak nie wytrzymała.

– A u was strażnicy pilnujący Seleni też nie jedzą i się nie nudzą? – zapytała Lilli.

Bianka podniosła głowę do góry i chwilę pomyślała.

– Masz rację. To dlatego ja nie jestem żadną strażniczką, bo prędzej bym z nudów umarła, niż kogoś ochroniła.

Liliana leżała na kamiennym łóżku i słuchała wróżki, która bawiła ją swymi pytaniami i odpowiedziami.

– Bianeczko, może choć trochę się prześpimy. Całą noc podróżowałyśmy na tych, jak im tam, trageronach. Bo jak ty nie zaśniesz, to ja tym bardziej..

– A dlaczego? – spytała wróżka.

– Bo lubię słuchać, jak ty cały czas coś mówisz – powiedziała Lilli delikatnie, aby nie urazić Bianki.

– Tak, wiem, że ty lubisz mnie słuchać, ale chyba rzeczywiście trochę bym się przespała. Tylko jak pomyślę o tamtym kącie, gdzie się kąpałyśmy, to aż ciarki mi po plecach przechodzą. Nie wiem, czy tu zasnę. Nie wiem, dlaczego Zildan się tak o nas martwi. Przecież obie dałybyśmy radę każdemu. Zamiast tu siedzieć, trochę byśmy zobaczyły, jak nasz wielki książę mieszka, bo ja na pewno tu jestem pierwszy i ostatni raz.

Bianka podleciała do Lilli i położyła się obok niej. Zdjęła buty i pomachała palcami u nóg.

– Od razu lepiej. Stópki mi odpoczną. A ty, Lilli, nie zdejmujesz butów?

Podróżniczka spojrzała na swoje buty.

– Nie, na razie nie. Wygodnie mi w nich.

– Jak chcesz – odparła Bianka i położyła się na krawędzi kamiennego łóżka. – Lilli, a jak myślisz? Czy Melisjo tęskni za mną? Bo ja za nim trochę tęsknię… – Nagle zerwała się i usiadła na łóżku, mówiąc ironicznym głosem: – Albo znalazł sobie jakąś nową i zapomniał o mnie.

Lilli zaśmiała się.

– Bianeczko, już o tym rozmawiałyśmy, jeszcze zanim dotarłyśmy na Polanę. A gdy już tam się znalazłyśmy, on ciebie szukał, to ty nie chciałaś się z nim widzieć i schowałaś się za moimi plecami. Skoro go tak lubisz i ci się podoba, to gdy wrócisz już do domu, to znajdź w sobie odwagę i pierwsza odezwij się do niego.

Bianka westchnęła głęboko.

– Wiem, ale gdy tylko chcę tak zrobić, to zaraz się denerwuję i strach mnie paraliżuje. Chciałabym mieć tyle odwagi co ty.

– Tyle odwagi co ja – zaśmiała się Lilli. – Ja zostałam wybrana, a myślisz, że się nie bałam, gdy z tobą poszłam? Zrobiłam to, bo zmęczyło mnie to moje życie. Oczywiście, czeka tam ktoś na mnie, a ja za nim tęsknię. Ale chciałam coś zmienić w swoim życiu, poznać coś nowego, doświadczyć czegoś niesamowitego. Teraz wiem, że to znalazłam. Może nikt w moim świecie tego nie doświadczy, tylko ja. Może ten wybór był błędem, głupotą. Jeśli tu zginę, nie wrócę do mojego świata, nikt mnie nie znajdzie, a z czasem o mnie zapomną. Ale z jednego się cieszę. Zgadnij, z czego, moja mała wróżko.

Bianka patrzyła prosto w oczy Liliany, mrużąc je.

– Może, że poznałaś magię lodu…?

Lilli znów się zaśmiała.

– Nie, moja wróżko. Bo poznałam ciebie i nie pozwolę, żeby ktokolwiek cię skrzywdził.

Bianka podfrunęła do twarzy Lilli i pocałowała ją w policzek, szepcząc do ucha:

– A ja przez całe życie czekałam na kogoś takiego jak ty, moja Lilli, moja przyjaciółko.

W tej samej chwili za drzwiami piramidy rozległ się głośny hałas trąb, które dudniły jedna za drugą.

– Co to? – spytała Bianka.

– Pewnie przybyli ci, na których czekał książę.

– No to pięknie, jeszcze więcej chamów przybyło do tego miasta. Aż się nie mogę doczekać, jak ich spotkam. Na dodatek jestem głodna, a oni nie mają tu za wiele dobrych rzeczy dla wróżek.

– Dla ludzi też nie – zaśmiała się Lilli. – Pewnie tylko ten cudowny żabi skrzek – po czym obie roześmiały się głośno.

– Teraz musimy czekać, aż przyjdzie po nas Zildan – powiedziała wróżka – albo przyślą po nas kogoś. Pewnie wejdą tu przez ten otwór, żeby nas zaskoczyć.

– Dobrze, że mi przypomniałaś. Zobaczę, czy lód nie odmarza.

– Poczekaj, ja też chcę zobaczyć to przeklęte miejsce. – wróżka poleciała za Lilli w róg pomieszczenia. – Szkoda, że nie znasz magii ognia, to byś je wypaliła. Od razu lepiej bym się poczuła.

Obie spojrzały na lód, który lekko zaczął odmarzać.

– Zamroź go, zamroź, Lilli tak mocno, żeby nikt już nie popełnił naszego błędu, z którym będziemy musiały się zmagać do końca życia.

Liliana wystawiła ręce i skupiła się, gdy nagle dostrzegła pęknięcia na samym dnie.

– Bianeczko, spójrz, chyba ktoś próbował się tu dostać. Cały spód jest porysowany.

– Masz rację, ktoś chciał tu wejść. Dobrze, że wcześniej to zamroziłaś. Ten ktoś nie doznał takiej przykrości jak my.

– Bianeczko, to pewnie ten zabójca chciał tu wejść. A więc dlatego czarodziej kazał nam tu siedzieć i nie łazić po mieście, gdyż ktoś może na nas czyhać. Ale teraz zamrożę to tak mocno, że odechce im się tu włazić.

Lilli, czując zdenerwowanie, wystawiła obie ręce. Jej oczy zrobiły się błękitne, woda zaczęła zamarzać. Po chwili słup lodu ude rzył w dno jeziora, na którym zbudowane było miasto. Z niego zaczęły wyrastać sople, uderzając w kamienne podłoże miasta, a za chwilę ponownie wbijały się w dno. Piramida, w której się znajdowały zaczęła drżeć.

– Uspokój się, Lilli, już wystarczy. Zniszczysz miasto, Lilli, wystarczy już! – krzyczała zdenerwowana Bianka.

Podróżniczka cofnęła obie ręce i jej oczy powróciły do normalnego koloru.

– Teraz już nic tu nie wejdzie. Co ty na to?

Bianka patrzyła z przerażeniem na Lilli.

– No jakbyś tak dłużej robiła, to ten dom by się na nas zawalił. Ale gratuluję, moc się w tobie rozwija.

– Wiem, wiem, ale czułam już granice tej mocy. Teraz muszę tylko jeszcze więcej ćwiczyć, aż będę w tym bardzo dobra. Ale na razie jestem głodna i trochę mi słabo. Poczekajmy, ktoś musi po nas w końcu przyjść.

Lilli i Bianka położyły się na kamiennym łóżku, wyczekując, aż czarodziej lub Krok zjawi się po nie z jedzeniem.

Tymczasem Zildan z Zielarzem poszli sprawdzić, czy posiłek jest już gotowy. Weszli do kuchni w piramidzie króla kroków. Stoły uginały się od jedzenia, znajdowały się tam smażone i surowe ryby, ropuchy na talerzach, w dzbanach znajdował się skrzek, a także żywe ślimaki, w specjalnych naczyniach, zaprojektowanych tak, aby nie uciekały. Pośrodku, na ogromnej tacy leżała upieczona na ogniu młoda podelica.

– No, nasi kucharze spisali się na medal. Cały dzień to wszystko przygotowywali. Król będzie zadowolony – powiedział Zielarz. – Masz tu proszek i posypuj jedzenie – zwrócił się do Zildana. – On jest bezwonny i bez smaku. Ale jeżeli ktoś próbował zatruć jedzenie, zmieni kolor w głęboką czerń. Spieszmy się, czarodzieju, bo goście już przybyli. Och, przydałby się tu mój pomocnik, ale jak zwykle go nie ma, gdy go potrzebuję. Ja to się z nim mam…

Zildan zaczął posypywać jedzenie.

– Zielarzu – spytał – czy przypadkiem nie poczułeś w nocy jakiejś dziwnej energii? Trwała chwilę, ale wywołała dreszcze na plecach.

Zielarz zatrzymał palce z proszkiem nad potrawą i spojrzał na czarodzieja.

– Ty też to czułeś?

– Tak. Czy wiesz, co to jest?

– Pierwszy raz poczułem taką moc – odparł wróciwszy do posypywania. – Była zimna, jakaś inna, nie potrafiłem jej dokładnie określić, bo trwała tylko chwilę. A ty, Zildanie, czy ty wiesz, co to było?

– Wiem, co to było, i nie należy to do Pana Śmierci. To energia Czarnego Smoka, mój przyjacielu – w oczach Zielarza pojawił się strach, a oddech przyspieszył. – Tylko nie wiem, jakim cudem pojawiła się w Tyrastaren. Myślałem, że to ty będziesz wiedział coś więcej, ale z tego, co widzę, nie odpowiesz mi na to.

– Niestety, nie znam nawet ułamka odpowiedzi. Przykro mi, Zildanie, ale będziesz musiał sam dotrzeć do tego, bo ja nie jestem w stanie ci pomóc. Nie zapominaj jednak, kto oprócz kroków żyje na bagnach i ma wielką moc, której skali nikt nie jest w stanie ocenić.

Zildan zatrzymał się i zamyślił na chwilę. Zielarz posypał całą podelicę.

– No, czarodzieju, jedzenie posypane. Teraz nikt bez naszej wiedzy go nie zatruje.

Zildan nadal stał zamyślony.

– Patrząc po tobie, chyba pamiętasz, o kogo pytam?

– Tak, Zielarzu, pamiętam. Ale nie mam ochoty tam iść. Nie potrzebuję go. Raz mnie oszukał, dlatego nie chcę go więcej widzieć.

– Wiem, wiem, Zildanie. Jakiś czas temu byłem u niego. Pytał o ciebie i nie rozumiał, dlaczego tak obraziłeś się o tę przegraną. Mówił, że wszystko było uczciwie z jego strony, a ty w gniewie odszedłeś i nawet się nie pożegnałeś.

– To nie było tak, Zielarzu. Oszukał mnie, a potem oddałem mu wygraną.

– Wiem, poszło o twoją przeszłość. Założyliście się o nią i on ją poznał…

Zildan nie wytrzymał i zaczął krzyczeć, chodząc wokół stołów:

– Wygrał, bo oszukiwał! I tyle! Nie chcę go więcej widzieć! A to ja miałem wygrać i poznać jego historię, jakim cudem zgromadził taką moc i skąd pochodzi…

Nagle otworzyły się ogromne drzwi i wszedł strażnik.

– Czemu się tak wydzierasz? Władcy miast już przybyli. Król pyta, czy sprawdziliście jedzenie.

– Tak, tak. Powiedz, ze wszystko jest w porządku. Niech służba wniesie je do głównej sali – odpowiedział szybko Zildan.

Strażnik spojrzał na czarodzieja, odwrócił się i trzasnął za sobą drzwiami.

– Jaki miły strażnik. Wielu tu takich macie? – zapytał Zildan.

Zielarz pokręcił głową.

– To osobista straż króla, jedni z najlepszych. Niestety za dużo sobie pozwalają. Czasem nawet książę denerwuje się na nich, lecz i tak nic nie może zrobić. A wracając do waszego zakładu…

– Daj już spokój! – krzyknął Zildan. – Jak ty lubisz grzebać w przeszłości. Ja idę teraz po Podróżniczkę i te wredne, małe, latające wróżysko. Wezmę ze sobą dwóch strażników, droga będzie bezpieczniejsza.

– Niech ci będzie. Gdybyś zobaczył gdzieś po drodze kroka ubranego jak ja, to będzie mój pomocnik. Ostatnio bardzo zaniedbuje pracę. Nigdy go nie ma, gdy jest potrzebny. No i już tak się nie denerwuj, nie będę więcej wspominał o przeszłości.

Zildan spojrzał na Zielarza z przymrużonymi oczami, wyszedł przez drzwi i głośno je zatrzasnął. Zabrał ze sobą dwóch strażników, stojących przy schodach, i ruszył do małej piramidy, gdzie czekała na niego Podróżniczka z wróżką.

– Lilli, ja już nie mogę, jestem strasznie głodna. Gdzie jest czarodziej i ten wielki książę kroków? Czy oni chcą nas zagłodzić?

– Bianeczko, nie wiem, ale powiem ci, że mam już dosyć czekania. Jestem Podróżniczką i nie interesuje mnie żaden zabójca, idziemy stąd. Na pewno rozeszły się wieści, że w mieście jest Podróżniczka, a kto by chciał napaść na Podróżnika, o którego mocy krążą legendy. Chyba tylko ktoś niespełna rozumu.

Bianka zaśmiała się głośno.

– Lilli, za tymi drzwiami wszyscy są tacy sami, nie myślą i są chamami. Dlatego nie będą bali się ciebie zaatakować.

Podróżniczka wstała w nerwach i zbliżyła się do wyjścia. Zdjęła belkę. Otworzyła drzwi i wyszła na zewnątrz. Straż od razu wymierzyła w nią dwa miecze.

– Gdzie ty chcesz iść? Masz siedzieć w środku. Nie możemy cię wypuścić.

Lilli spojrzała w bok na małe oczko wodne, w którym pływały żaby. Machnęła ręką, a woda wystrzeliła wąskim strumieniem, zamarzając w powietrzu, i oplotła obu strażników, przyciskając im ręce do klatki piersiowej. Strażnicy upadli na ziemię i zaczęli krzyczeć. Przechodzący obok mieszkańcy stali i patrzyli, co się dzieje. Podróżniczka odwróciła się i krzyknęła:

– Bianeczko, droga wolna! Idziemy znaleźć jakieś jedzenie w tym mieście.

Bianka zaśmiała się szyderczo.

– Nareszcie jedzenie.

Podleciała i usiadła Lilli na ramieniu. Nagle naprzeciwko nich pojawił się Zildan.

– Co wy znowu wyprawiacie? Co tu się dzieje?

Lilli i Bianka spojrzały na siebie.

– Chyba mamy kłopoty… – powiedziała z lekkim uśmiechem Podróżniczka. Bianka tylko pokiwała głową.

Wściekły czarodziej podszedł bliżej, spojrzał na leżących strażników, a potem ze złością na twarzy, która po rozmowie z Zielarzem była jeszcze bardziej podburzona, wrzasnął:

– Czy wy oszalałyście? Cały nasz świat leży być może w twoich rękach, a wam się nie chce poczekać kilku chwil w bezpiecznym miejscu? Niech zgadnę, czyj to był pomysł. Jak się nie mylę, to twój, mała wróżko!

Bianka spuściła głowę, nie chcąc wydać Liliany.

– Nie, to ja, czarodzieju. To ja wpadłam na ten pomysł – powiedziała Podróżniczka. – Zamknęliście nas tu bez jedzenia i wody, a sami pewnie już macie pełne brzuchy. Postaw się w naszej sytuacji.

Zildan w nerwach zacisnął bardzo mocno swoją laskę, ale nie chciał już krzyczeć na Podróżniczkę, wiedząc, ile dla nich robi. Po za tym nie chciał się z nią kłócić, bo jeśli zechce wrócić do domu, to ich siły stanowczo spadną, a morale wręcz rozpadną się i nie dojdzie do zjednoczenia wszystkich dobrych istot w Tyrastaren. Zildan spojrzał głęboko w oczy Liliany.

– Idziecie za mną. Podano do stołu. A wy dwaj, rozkujcie ich z lodu – zwrócił się do przybyłych z nim strażników, po czym odwrócił się i ruszył w stronę największej piramidy, pałacu króla, a Podróżniczka z wrózką poszły za nim.

– Widziałaś, jaką miał minę, gdy się dowiedział, że to nie był mój pomysł? – szepnęła Bianka. – Gdyby to była moja wina, to jego wrzaski byłoby słychać na samej Polanie Wróżek. Do końca życia nie zapomnę tej miny Zildana.

Lilli zaśmiała się bardzo cicho. Czarodziej odwrócił się i obie w tej samej chwili spoważniały. Kręcąc głową, szedł dalej przed siebie i szeptał pod nosem:

– Widzę, że obie są siebie warte. Jedna taka sama jak druga. Och, ja to się mam…

W tym momencie Zildan usłyszał za swoimi plecami śmiech wróżki i jej głos.

– Czarodzieju, czarodzieju!

– Czego chcesz?

Bianka znów zachichotała, mimo że starała się zachować powagę.

– Zdziwiłeś się, że to nie był mój pomysł z tym wyjściem?

Zildan odwrócił się i spojrzał na wróżkę.

– Nawet nie wiesz jak bardzo. Aż ciężko mi w to wierzyć – odwrócił głowę znów przed siebie i uśmiechnął się pod nosem.

Idąc główną ulicą, napotkali małe, bijące się ze sobą kroki. Wszystkie wyglądały bardzo podobnie, więc Bianka i Lilli nie były pewne, czy to te same, które wcześniej je zaczepiały. Jednak małe, gdy tylko je zobaczyły, przestały się bić i patrzyły w ich kierunku.

– Jak myślisz, Lilli, czy to te same wredne i podstępne potwory, co wtedy?

– One wszystkie wyglądają tak samo, więc nie jestem pewna. Najlepiej nie zwracajmy na nie uwagi, Bianeczko.

Nagle jeden z małych kroków wyciągnął zza siebie cienki sznurek, pokazując nim na Biankę, a drugi, pokazując placem na Lilianę, szeptał:

– Czarownica, wiedźma…

Obie w tym samym czasie kiwnęły głowami.

– To te same małe potwory… – i poszły dalej za Zildanem, co jakiś czas odwracając się za siebie.

Gdy doszli do największej piramidy w mieście, czarodziej zatrzymał się i powiedział:

– Jak wejdziemy do środka, nie odzywajcie się niepytane. Zwłaszcza ty, wróżko. Najpierw usiądziemy i zjemy, a potem zacznie się rozmowa. Zrozumiałyście?

Liliana z Bianką przytaknęły.

– Ja was przedstawię, wy tylko skiniecie głowami, gdy padną wasze imiona. Za wszelką cenę musimy zjednoczyć te kroki z trzech królestw i zmobilizować je do wojny. Nie wiem jeszcze, jak to się potoczy ale musimy dać z siebie wszystko, żeby się udało. Zwłaszcza ja, moją rozmową, a ty, Lilli, swoją legendą i osobą. Jak będzie trzeba, to pokażesz im moc lodu. A ty, Bianko, proszę cię, nie odzywaj się, bo wszystko popsujesz i jeszcze na koniec nas tu pozabijają.

Cała trójka weszła po wysokich schodach, gdzie czekał na nich książę z dwudziestoma strażnikami.

– Gdzie wy byliście? – krzyknął książę. – Już wszyscy czekają. Chodźcie za mną.