Opis

Była i jest zjawiskiem poetyckim. Najpopularniejszą polską poetką wszech czasów. Nazywana  poetką miłości, polską Safoną lub Safo słowiańską. W jej twórczości miłość ma wiele twarzy.

            Jaka była ta poetka, dramatopisarka i malarka pochodząca ze słynnego rodu Kossaków? Jaką zachowali ją w pamięci najbliżsi, znajomi i przyjaciele? Jak zmieniła ją wojna i przymusowa emigracja? Kogo kochała, z kim się przyjaźniła? Odpowiedzi na te pytania znajdą Państwo w tomie wspomnień i listów Lilka zebranych i opracowanych przez Mariolę Pryzwan od lat zafascynowaną biografią i twórczością Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

            Poetka udręczona wojną, biedą, tęsknotą za bliskimi, a w końcu ciężką chorobą nowotworową zmarła w Manchesterze 9 lipca 1945 roku w wieku 54 lat.

            Lilka – barwna opowieść o tej niebanalnej i utalentowanej kobiecie ukazuje się w 70. rocznicę jej śmierci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 239

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ZEBRAŁA I OPRACOWAŁA

MARIOLA PRYZWAN

LILKA

MARIA PAWLIKOWSKA- -JASNORZEWSKA

WE WSPOMNIENIACH I LISTACH

Copyright © 2015, Mariola Pryzwan

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

Wydawnictwo oraz Autorka składają serdeczne podziękowania Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie za udostępnienie wykorzystanych w książce materiałów ilustracyjnych.

ISBN: 978-83-7779-323-7

Projekt okładki, skład, łamanie: Zuzanna Malinowska

Opracowanie redakcyjne: Dorota Koman

Indeks: Zofia Bielecka

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

[email protected]

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

Mojej przyjaciółce Dorocie Koman

WSTĘP

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska należy do najpopularniejszych i najchętniej czytanych polskich poetek. Jej wiersze weszły do kanonu lektur szkolnych, znalazły się także we wszystkich chyba antologiach poezji polskiej XX wieku. Twórczość Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej to przede wszystkim liryka refleksyjna pełna emocji i wyznań.

Ta poetka, dramatopisarka i malarka pochodziła ze słynnego rodu Kossaków. Była wnuczką Juliusza, córką Wojciecha, siostrą Jerzego i Magdaleny, która pisała pod pseudonimem Samozwaniec.

Jaka była „staroświecka młoda pani z Krakowa”, którą nazwał tak Julian Tuwim? Jaką Lilkę zachowali w pamięci najbliżsi, znajomi i przyjaciele?

Ze wspomnień i listów zebranych w tym tomie wyłania się postać kobiety wrażliwej, trochę egzaltowanej, trochę egoistycznej, na pewno niebanalnej i niezwykle utalentowanej. Kobiety żyjącej miłością i dla miłości.

W 2015 roku obchodzimy siedemdziesiątą rocznicę śmierci Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Poetka zmarła 9 lipca 1945 roku w Manchesterze. Ci, którzy ją pamiętali, także już odeszli. Zatem by ocalić pamięć o Lilce, jak nazywali poetkę jej bliscy i przyjaciele, postanowiłam zebrać jak najwięcej wspomnień poświęconych autorce Pocałunków. Dziesięć lat temu opublikowałam je w tomie Zniknę jak obłok. Pięć lat później ukazały się w poszerzonej wersji jako Lilka. Wspomnienia o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

Obecne wydanie zawiera dodatkowe materiały ikonograficzne, wspomnienia przyjaciółki Magdaleny Samozwaniec Stanisławy Potockiej oraz poszerzone wspomnienia Stefana Jerzego Jasnorzewskiego. Udało mi się też zdobyć wspomnienie Zofii Iredyńskiej, która jako dziecko poznała poetkę. Całość dopełniają wypowiedzi samej Lilki oraz jej listy do Rosy Bailly – francuskiej przyjaciółki, poetki i tłumaczki.

Materiały zebrane w książce pochodzą z prasy krajowej i emigracyjnej, a także z książek i notatek różnych autorów. Czasem jest to zaledwie kilka zdań, jak wypowiedzi Zofii Kossak, Kazimiery Iłłakowiczówny czy Marii Kossak-Woźniakowskiej, częściej – obszerny szkic, jak portret Lilki pióra Ireny Krzywickiej, Beaty Obertyńskiej czy Zofii Starowieyskiej-Morstinowej. Wspomnienia uzupełniają dokumenty, akwarele i fotografie Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Większość z nich pochodzi z prywatnego archiwum Rafała Podrazy, któremu serdecznie dziękuję za ich udostępnienie.

Mariola Pryzwan

Warszawa, 30 maja 2015

MAGDALENA SAMOZWANIEC

SIOSTRA MARII PAWLIKOWSKIEJ- -JASNORZEWSKIEJ, PISARKA

Urodziła się w Krakowie w willi Kossaków przy placu Latarnia, wówczas kiedy la belle époque [fr. piękna epoka] zamknęła swoje piękne oczy, nieozdobione sztucznymi rzęsami.

Była od urodzenia nieprzeciętnym dzieckiem. Jasnowłosy, barokowy aniołek z wielkimi niebieskimi oczami, mając sześć lat, pisał już bezbłędnie, a mając siedem, komponował dziecinne wierszyki, jak na przykład wierszyk Piłka:

Piłka leci do góry

wysoko ponad chmury.

– Moja piłko – mówi jaskółka

z uśmiechem -

po co tak spadasz na ziemię

z pośpiechem?

Czy nie ładnie tutaj w powietrzu wysoko,

gdzie nie dojrzy nas ludzkie oko?

Piłka nic nie odpowiedziała,

tylko prędko na ziemię zleciała

i w trawce spoczywając,

uderzona w ciemię myślała,

że w niebie pięknie,

ale woli ziemię… [1]

Lilka pisała od zawsze. Miała sześć lat i pisała już wierszyki nie gorsze od tych, które dzisiaj szacowne pisarki piszą dla dzieci. Częściowo zachowały się jej bruliony pełne tych śmiesznych rymów i niesłychanie naiwniutkich sformułowań. Pamiętam jeden z nich o naszym psie Bobciu:

Wyszedł Bobcio ze swojej budki

tam gdzie rosną niezabudki,

tam gdzie maki, malwy rosną,

jak to zwykle bywa wiosną.

Zupełnie głupiutki, ale jaki słodki. Od razu nauczyła się francuskiego, niemieckiego – nadzwyczajnie była zdolna. Cudowne dziecko.

Poza komponowaniem wierszyków niezwykła dziewczynka malowała wdzięczne akwarelki, na których zawsze występowały greckie nimfy i sylfy. Ojciec małej Maryjki, która sama siebie nazywała Lilką, znany batalista Wojciech Kossak, zdumiewał się nad precyzją rysunków córeczki i przepowiadał jej wybitną karierę malarską. Zdumiewająca była u tej małej dziewczynki znajomość mitologii greckiej. Nie było jeszcze wówczas Jana Parandowskiego, wielkiego mistrza pióra i speca od legend greckich, a Lilka już znała na pamięć imiona bogów z owych legend. Wiedziała, jak się sylfy i nimfy ubierały, jakie nosiły koafiury.

Była od dzieciństwa – można rzec – anielska i grecka, tak jak nazwała obłoki w jednym ze swoich, już dojrzałych, wierszy. Z mitologią zapoznała się, wertując starą książkę z kolorowymi obrazkami, którą znalazła wśród książek babci.

Wśród owych pięknych dziewiętnastowiecznych dzieł znajdowała się również gruba księga o gwiazdach, gdzie każda planeta przedstawiona była na kolorowej rycinie w formie pięknej damy w krynolinie, nad której czołem widniała gwiazda rzucająca promienie. Najpiękniejsza była pani przedstawiająca planetę Wenus i tej jasnowłosa dziewczynka najdłużej się zawsze przyglądała i pragnęła być do niej podobna.

Podczas wojny, na emigracji w Anglii, już nieuleczalnie chora, znów poetycką myślą zwraca się do swojej ukochanej planety w smutnym wierszu, w którym ta poetka, wróżka i kobieta przeczuwa swój bliski koniec.

Kwitnących klombów nocna szaruga – - -

Niebo. W zenicie: Lutnia – - -

A tam znów błysła Wenus, najjaśniej…

Ja nie mam gwiazdy. Moja to smuga

Po meteorze, blada i smutna,

Bo wie, że gaśnie…

Wieczór gwiaździsty

Z wędrówek po niebie poetka chętnie wraca na ziemię, wtula twarz w pachnące ziółka, zachwyca się starymi bukami i dębami, biega po Lasku Bielańskim. Jako wróżka rozumie mowę ptaków i dosłownie słyszy, jak rośnie trawa. Studiuje botanikę i zna na pamięć łacińskie nazwy kwiatów i ziół.

Lilka (z lewej) i Madzia.

W ogródku na Kossakówce chętnie sadzi bratki i stokrotki. Kiedyś przywiozła zakopiańskie krokusy i ich cebulki włożyła do ziemi. Od tego czasu rozkwitają co roku.

Poetka miała całe dzieciństwo zatrute krzywicą, która rozwinęła się u niej na skutek złamania prawej ręki, a później ciągłego pochylania się nad zeszytami, w których pisała i rysowała. Włożona w gips przez krakowskich lekarzy, zaczęła rozmyślać. Tak powstały pierwsze wiersze, a potem dalsze, coraz lepsze i bardziej dojrzałe. Powtarza się w nich, jak w młodopolskich poezjach, postać królewicza Nemroda z zielonym piórem na głowie.

Czy królewicz się zjawił? Tak. Gdy miała szesnaście lat. Był to rasowy playboy, jak by się to dzisiaj powiedziało. Piękny chłopak, syn zamożnych rodziców, który nic nie robił – nie zdał jeszcze matury. Gdy spojrzeli sobie w oczy pierwszy raz, od razu się zakochali. Była to wielka miłość – przez duże M, jak to się wówczas mówiło.

Egon, bo tak miał na imię ten „królewicz”, był tenisowym bubkiem, takim „złotym młodzieńcem”, a Lilka pensjonarką, która powinna była się uczyć, a nie zawracać sobie głowę amantami. Rodzice zakazali jej się widywać z sympatią, więc młoda para zaczęła do siebie pisywać namiętne listy, które wciskali do kanapy w domku Jerzego Kossaka, naszego brata, gdzie Egon często przychodził z wizytami.

Szkoda, że się nic z tej korespondencji nie zachowało. Pozostały tylko jej wiersze pisane w tym okresie. Wtajemniczony służący przynosił listy od amanta i zabierał te, które były pisane do niego. Poste restante w kanapie trwało jakiś czas, póki młodzieniec nie stracił cierpliwości, nie postanowił porwać ukochanej z rodzicielskiego domu i wziąć z nią potajemnie ślubu. Porwanie miało się odbyć za pomocą zdezelowanego samochodu ojca Egona, którym syn zwykle jeździł, zupełnie jak dzisiejsza bananowa młodzież. Lilka, powiadomiona listownie, spakowała małą walizeczkę i czekała z bijącym sercem na wielką przygodę swojego życia – na próżno.

Lilce założono dziesięciodniowy areszt domowy, a do jej „celi” wolno było wchodzić tylko mamie i pokojówce z posiłkami.

W tym domowym areszcie powstał cykl młodocianych wierszy Lilki pod zbiorowym tytułem Niewolnica.

Słucham, co mówią usta twe na wargach

moich milczeniu pustego kościoła – - -

Mówią o trwodze i przesmutnych skargach

złotopiórego Rozkoszy Anioła…

Mówią o błędnym, urywanym jęku

lwa mierzącego krokiem klatkę ciasną -

I że z twych rzeczy jam najbardziej własną,

i że kobietą słodko być w twym ręku.

I mówią dalej swoją dziwną mową,

że jest gdzieś dzika, upragniona głusza

wysoko w chmurach. Mówią wielkie słowo,

że myśmy jedna krew i jedna Dusza…

Potem zjawiali się inni adoratorzy, starający się o rękę pięknej panny Lili.

Podczas pierwszej wojny światowej poznała porucznika Władysława Janotę Bzowskiego, który kontuzjowany, wprowadzony przez swoją kuzynkę na Kossakówkę, leżał na leżaku i był przez pannę Lilę pielęgnowany. Mając wciąż kompleks swojej ułomności, postanowiła jak najszybciej wyjść za mąż. Aby sobie i swoim rówieśniczkom pokazać, jakie – mimo wszystko – ma powodzenie u mężczyzn.

Siostry Kossakówny.

Na prawej górnej fotografii – z ojcem.

Maria i Wojciech Kossakowie, rodzice Lilki, 1887.

Związek Orlicy ze zwyczajnym domowym Kogutem nie mógł być udany. Toteż wkrótce poetka przekonała się, jak wielką popełniła pomyłkę, wychodząc za mąż za sympatycznego porucznika. Wyraźnie daje to do zrozumienia w listach do naszego ukochanego Mamidła.

Związek tego przeciętnego, bardzo zresztą porządnego i uczciwego, austriacko-polskiego ułana z poetką zaczyna się coraz bardziej pruć. Można rzec, że oczka puszczają jak w nylonowej pończosze. Lilka stara się wraz z mężem oczka połapać, ale w końcu droga robi się na całą szerokość pończochy, która jest już nie do noszenia… Do tego ten straszliwy policzek wymierzony Lilce po kolejnej sprzeczce przez zazdrosnego męża! Rozwód był nieunikniony.

Lilka poznaje pięknego Jasia Pawlikowskiego, który jest równie poetyczny i intelektualnie wyrobiony jak ona. Zakochują się w sobie do nieprzytomności i pisują piękne i poetyczne listy.

Z trudem i wielkimi kosztami Lilka przeprowadza rozwód z biednym Bzowskim, który się tym faktem zupełnie załamał. Wychodzi za mąż za Pawlikowskiego i krótki czas jest z nim najzupełniej szczęśliwa.

Okres jej miłości do Jasia jest jednocześnie okresem rozkwitu jej poezji. Wydaje po wojnie, w 1922 roku, pierwszy swój tomik Niebieskie migdały, do którego okładkę komponuje sama. Owe Niebieskie migdały to smakołyki dla znawców, ale nie mają powodzenia u krakowian wychowanych na takim poecie, jak Asnyk, i całe stosy Niebieskich migdałów zwróconych poetce przez wydawnictwo zalegają latami strych na Kossakówce. Dopiero Tuwim i Lechoń swymi pochlebnymi recenzjami wprowadzają Lilkę w poczet najwybitniejszych poetów polskich.

Później wydaje tomik wierszy Pocałunki, gdzie jej krótkie czterowiersze, pisane na wzór japońskich haiku, są dzisiaj tak popularne jak najpiękniejsze arie, które każdy muzykalny człowiek umie na pamięć.

Nie widziałam cię już od miesiąca.

I nic. Jestem trochę bledsza,

trochę śpiąca,

ale widać można żyć bez powietrza!

Miłość

Albo:

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:

czyjeś ciało i ziemię całą,

a została tylko fotografia,

to – to jest bardzo mało.

Fotografia

Złe bogi albo muzy nie pozwoliły, aby poetka zasklepiła się w swojej miłości do drugiego męża. Jaś, mając duże powodzenie u kobiet, zaczął ją po prostu zdradzać. Lilka cierpiała i wówczas powstały jedne z najpiękniejszych i najbardziej dojrzałych jej wierszy. Syte szczęście nie sprzyjało nigdy poezji…

Natomiast trzeci, Lotek (bo lotnik) [Stefan Jerzy] Jasnorzewski, był naprawdę jej oddany aż do ostatniej chwili życia. To był szalenie uroczy człowiek, bardzo się przyjaźniliśmy. Widziałam go w Londynie w 1965 roku. Tak o niej mówił, jak gdyby nadal żyła. To znaczy: „Lilusia lubi to”, „Lilusia tamto”… Kochał ją bardzo. Naprawdę miała w nim oparcie.

Rodzice byli początkowo przeciwni temu mariażowi. Bo to nie szlachcic, bo to już kolejny etc. Ojciec wymusił na mnie, żebym też oponowała przeciw temu małżeństwu, Lilka z miejsca odebrała to jako zdradę z mojej strony; ale jak mogłam stanąć przeciwko rodzicom?!

Bez ich zgody i bez ich udziału pobrali się w trzydziestym pierwszym roku. Tatko bardzo to przeżył, Mamidło przez kilka dni nie wychodziło z kościoła, modląc się za wyrodną córkę. Wzięli ślub cywilny w Poznaniu, bo tylko tam udzielano takich ślubów. Lilka sprawiła sobie na tę okazję prześliczną, długą, jedwabną, seledynową sukienkę. Do ślubu z Bzowskim – jak dziś pamiętam – poszła w szafirowej. Do tego miała duży płaski kapelusz z tego samego jedwabiu, ozdobiony bławatkami. Z Pawlikowskim zaś – nie pamiętam… To były te ubogie czasy pod koniec pierwszej wojny, na nic nie było pieniędzy. Zresztą na rozwód kościelny z Bzowskim ojciec wydał tyle pieniędzy, że aż strach. Tak nas ten Tatko kochał…

Trwało to trochę, adwokaci jeździli specjalnie do Rzymu. Mój Boże, jakie to powody trzeba było wymyślać! Powiem tylko, że to były straszne rzeczy i zupełnie średniowieczne.

O ironio, po latach śmiem twierdzić, że ten, który Mamidłu najmniej pasował jako zięć, najbardziej kochał jej najstarszą i najbardziej ukochaną z córek. Tak, wiem, co mówię. Ja byłam, bo byłam. Dla mamy – nie miałam jej tego za złe – liczyła się zawsze tylko Lilka, wszak faktycznie była wspaniała i jedyna w swoim rodzaju. A ja? Ot, taka sobie prosta Madzia…

Lilka była tak dobra, że aż czasami bardzo zła. Wstydziła się, że ma takie tkliwe serce. Momentami potrafiła więc być bardzo oschła i złośliwa. Ostatnio wpadła mi w ręce jej sztuka Zalotnicy niebiescy. Przeczytałam ją jednym tchem. Tam jest tak dużo z niej, że aż strach! Mogę śmiało powiedzieć, że Zalotnicy to historia jej życia z Jasnorzewskim.

Maria Kossakowa namalowana przez swego męża, 1884.

Nie powiem, w latach poprzedzających wojnę potrafiłyśmy się znakomicie bawić i brać z życia pełnymi garściami. Dużo czytałyśmy Czechowa, Dostojewskiego, Twaina, Balzaka, słuchałyśmy Chopina, Gershwina – szczególnie Lilka zasłuchiwała się w jazzie. Często wpadałyśmy do stolicy, korzystając z pokoiku przy pracowni ojca w Bristolu. Tam obracałyśmy się wśród cyganerii. Prawie codziennie punkt dwunasta piłyśmy kawę w kawiarence na Mazowieckiej z Tuwimem, Iwaszkiewiczem, Iłłą [Kazimiera Iłłakowiczówna] – nie piło się wówczas aperitifów, tylko pół czarnej w szklance, a do tego pączek; to przed obiadem. Na spotkania w samo południe przychodził też Żeromski. Bardzo byłyśmy wzruszone, kiedy poznałyśmy go osobiście.

Z Lilusią szalenie się kochałyśmy i zarazem szalenie kłóciłyśmy. Biłyśmy się, rzucałyśmy w siebie książkami, a potem się przepraszałyśmy, i to nie jako smarkule, ale dorosłe kobiety. Jak któraś drugą porządnie uderzyła, dokuczyła, to czym prędzej szła do miasta i kupowała jej prezent, żeby przebłagać, przeprosić. Pogodzone znowu płakałyśmy z rozczulenia. Zupełnie jak dwie wariatki…

Mój Boże, co myśmy wyrabiały! Nic dziwnego więc, że Kraków patrzył na nasze zachowanie – mówiąc oględnie – dziwnie. Biedna nasza mama, ileż to się nasłuchała o długości spódnic, fryzurach panienek, poglądach i… towarzystwie, w jakim panienki Madzia i Lila się obracają. Zgroza!

Najlepsza historia przydarzyła się na Riwierze, na którą pojechałyśmy oczywiście razem. Ciągle tam jęczałam, chorowałam, miałam jakieś nieszczęśliwe miłości, poza tym rozchodziłam się wówczas z mężem [Jan Starzewski]; w ogóle nudna byłam strasznie, o czym moja siostra pisze w listach do matki. I oto taka sytuacja. Moja siostra siedzi na ławeczce w Nicei, czekając na mnie, a tutaj przysiada się do niej jakiś mężczyzna. Zaczęli rozmawiać. Ów jegomość pyta Lilkę: – Co pani tu robi sama? – A ona mu na to: – Jestem pielęgniarką, przyjechałam z chorą umysłowo osobą, którą się opiekuję…

Jegomość zerknął na poważną twarz Lilki i nie pytał już o nic, po czym za chwilę przychodzę ja, w bardzo ładnej letniej sukni – siadam obok niej. Facet tak się bokiem na mnie spojrzał, że niby to ta umysłowo chora, szybko się pożegnał i odszedł „łowić” gdzie indziej niewinną rybkę na upojny wieczór. W hotelu Lilka ze śmiechem opowiedziała mi całe to zdarzenie. Takie figle potrafiła płatać.

To była szalona figlarka! Nikt by nie pomyślał, znając jej wiersze – tak sentymentalne, tak głębokie, nieraz filozoficzne, że miała tyle prostoty w sobie.

Z czasów panieńskich pamiętam przezabawną historię. Przyszli do nas z wizytą młodzi ułani z ósmego pułku. Chłopcy malowani, jeden piękniejszy i milszy od drugiego, a niby jacy odważni, waleczni; ale nie wierzyli w duchy. Postanowiłyśmy dać im nauczkę. Zrobiłyśmy z Lilką w pracowni ojca wielką hecę, która – jak się potem okazało – kosztowała nas przyjaźń dwóch przyjaciółek z lat dziecięcych.

W pracowni co jakiś czas urządzaliśmy sobie wieczorynki, dzisiaj by się powiedziało prywatki. Był patefon, przygaszone światło… Lilka na tę okazję, przy pomocy nieodżałowanej Kucharci [Helena Kołatkówna], robiła cudowne nalewki i pyszne kanapki. Było nam w tej pracowni bardzo, bardzo wesoło. I właśnie tam miał się odbyć kolejny wielki seans spirytystyczny organizowany przez panny Kossakówny, czyli nas. Pomysłowość mojej siostry poetki zawsze była wielka. Aby w temacie duchów być bardziej wiarygodną, przekupiła kilku znajomków, którzy weszli na szklany dach pracowni i przez uchylone w dachu okno spuścili do pracowni sznurki i przywiązali je do wielkiego manekina konia (ojciec miał go w pracowni). Koń był sprowadzony specjalnie z Wiednia, cały ze skóry, z ruchomą głową, ruchomymi nogami, takimi, które można było dowolnie ustawiać. Oprócz konia był też szkaradny manekin człowieka, który dopiero ubrany w mundur nie straszył… Manekin był z białej skóry, a zamiast twarzy miał dziwną maskę. Okropność! Jemu też przywiązało się kilka sznurków do rąk i nóg, żeby, jak rzekła Lilka, „był lepszy efekt”.

Lilka zadbała o każdy szczegół, ubrała ów manekin w mundur austriackiego oficera. Ja wolałam, żeby założyć mu napoleoński, ale ustąpiłam – nie chciałam awantury. Lilusia miała pewną wadę (a może zaletę?) – zawsze stawiała na swoim. Tego nauczyła ją nasza mama. „Starszej siostrze się ustępuje – mawiała – bo wie lepiej”. Gdyby ta nasza biedna matka znała wszystkie zwariowane pomysły mojej siostry, w których ja odgrywałam główną rolę, a ich dokładne wykonanie groziło mi utratą życia albo kalectwem, to ostrożniejsza byłaby w formułowaniu takich stwierdzeń.

Zebrało się całe towarzystwo: my, dwie nasze znajome i trzech ułanów. Tymczasem znajomkowie Lilki siedzieli na dachu, czekając na odpowiedni moment. W pracowni panował półmrok, tak więc sznurków przywiązanych do konia i manekina nie było widać. Zrobiłyśmy odpowiedni nastrój. Świece, stolik na środku pracowni. Nagle jedna z uczestniczek zbladła i wyszeptała: – Ten koń ruszył głową… – Na to ułan niedowiarek mówi: – No wiecie! – Teraz ruszył nogą… – wyszeptała druga.

I jak się zaczęły te postacie ruszać, tak nasze biedne znajome z miejsca omdlały, a ułani zamiast je ratować, pouciekali. Zostałyśmy same, konając ze śmiechu i cucąc nasze przyjaciółki, które nie miały, jak się okazało, takiego poczucia humoru jak my…

Wojciech Kossak.

Była bardzo zmienna. Nastrój, w jakim się znajdowała w danej chwili, zależał od tego, co właśnie przeżywała. Gdy była szczęśliwie zakochana, to była wesoła, promienna, a jak była nieszczęśliwie zakochana czy porzucona, to – smutna, melancholijna, kapryśna. Raczej skryta. Nikomu się nie zwierzała, nawet mnie. Jeśli już, to bardzo, bardzo rzadko. I nigdy się nie śmiała, chociaż mówiła doskonałe dowcipy. Nie śmiała się, bo – jak mawiała – „śmiech to zmarszczki”…

Już mając osiemnaście lat, o tym myślała! I rzeczywiście buźkę do końca miała gładziutką, bez jednej skazy. Była bardzo piękna. Miała przepiękną cerę, jak płatek róży. Jest taki jej wiersz:

Póki mam twarz białą z różowym

bez żadnych zmarszczek na skroni,

marzyć o tym lub owym

nikt mi nie wzbroni…

Chinoiserie

Jednym z najpiękniejszych atrybutów Lilusi były włosy. Ach! Jak ja jej ich zazdrościłam! Z figurą było u niej gorzej. Wtedy nie umieli leczyć krzywicy. Zrobili jej krzywdę, co zaciążyło na późniejszym jej życiu. Nosiła ortopedyczny gorset. Maskowała go woalami, szalami, pelerynami i właśnie włosami. Włosy miała popielate, szalenie bujne i gęste. Ale zrobiła sobie krzywdę, bo kiedy zaczęły być modne krótkie włosy, to kazała sobie, idiotka, te przepiękne, bujne włosy, które zasłaniały jej figurę jak olbrzymi płaszcz Madonny, obciąć. Potem bardzo tego żałowała, napisała nawet wiersz:

Wrócicie długie włosy. Czyhajcie w pobliżu,

W szumie drzew, w błyskawicach i nadmorskiej bryzie – -

Wzrośniecie w Ameryce, obcięte w Paryżu,

A moda spojrzy chmurnie i usta zagryzie.

Szumią strumienie brzozy i rozwiane palmy,

Trzaska włos elektryczny, kręte błyskawice.

Włosy! W promieniach waszych jak świece są palmy,

Niech ondulacji morza nie krają nożyce! -

Rozwiejcie się na plażach, loki, grzywy, płaszcze,

Niech dzikość żeńskiej grozy chorągiew rozwinie.

Niech was wiatr rozczesuje, masuje i głaszcze,

A inni niech w was usta utopią jak w winie.

Cóż nam ciężar i szpilek stutysięczne ości?

Zakochamy się znowu w bezsensie, w bezmiarze -

Wrócą długie, gorące i dzikie miłości,

Czesane wzdłuż i na bok grzebieniami marzeń!

Włosy

Lilka potrafiła pisać wszędzie i na wszystkim. Siedząc przy rodzinnym stole, gdzie siedzieli wszyscy, głośno rozmawiając i śmiejąc się. Klęczała wówczas na poduszce, opierała zeszycik na stole i pisała, co jakiś czas wtrącając się do ogólnej rozmowy. Albo w ogrodzie, pracowni, albo kiedy razem jeździłyśmy na rowerach na Bielany. Kładła się w rowie na brzuszku na jakimś kocyku i tworzyła. Nigdy nie było: „Nie przeszkadzajcie mi, bo ja piszę!”, albo coś w tym rodzaju. Szalenie jej tego zazdrościłam. Ja nie mogę pisać, gdy jest ktoś w pokoju! Pod tym względem jestem trudna i nerwowa. Lilka nie. Jej to płynęło jak słowikowi śpiew, któremu przecież w śpiewie nie przeszkadzają ludzie. Mamidło chodziło więc za Lilusią i zbierało te zapisane na karteluszkach wierszyki, którymi ona dzieliła na prawo i lewo. Nie przykładała bowiem do nich zupełnie wagi. To mama – zakochana w swej młodej poetce (od zawsze wierzyła w jej wielki talent) – gromadziła te cenne myśli w jeden brulion.

MARIA PAWLIKOWSKA- -JASNORZEWSKA

O NAUCE I CZYTANIU

Uczyłam się prywatnie, w domu i bardzo mało. Nie zdawałam żadnych egzaminów, nie bywałam na wykładach ani odczytach. Czułam się dobrze tylko sam na sam z książką bez pomocy osób trzecich. Wyzwoliwszy się od nauczycielek, rozpoczęłam własną edukację, czytając same książki, z których mogłam się czegoś nauczyć.

W czytelni przy ulicy św. Jana [w Krakowie] wypożyczałam tygodniowo po siedem książek treści naukowej i filozoficznej. Miałam różnych nauczycieli, którzy się kolejno zmieniali.

Najpierw Maeterlinck, którego książka La sagesse et la destinée [Mądrość i los] wydała mi się szczytem wszystkiego. Potem mi się Maeterlinck sprzykrzył i przestałam go kochać – przyszedł Nietzsche, a potem ukochany do dzisiaj Schopenhauer.

Z literatury naszej największy wpływ na mnie miał Pan Tadeusz, Popioły i wiersze Staffa, które mnie przekonały, jak potrzebna jest poezja w życiu codziennym. Nowy tom wierszy Staffa był dla mnie tym, czym dla dziecka pudło cukierków.

Na ogół literatura zajmowała mnie zawsze najwięcej i była mi radością życia.

Odpowiedź poetki na ankietę ogłoszoną przez „Wiadomości Literackie” w 1926 r.

ZOFIA KOSSAK

STRYJECZNA SIOSTRA MARII PAWLIKOWSKIEJ-JASNORZEWSKIEJ, PISARKA

Zofia Kossak.

Ciągle czekam na coś godnego jej wielkich zdolności, a cóż to jest (…) wytrząsanie z rękawa kolorowych piórek i dmuchanie na nie, żeby wiatr je poniósł, gdzie chce. A ona ma olbrzymi talent, po prostu olbrzymi; nawet trudno sobie wyobrazić, jak wielki i oryginalny. (…) Ogromny talent Lilki Pawlikowskiej wisi w powietrzu jak storczyk i jak stokrotka kwitnie ślicznie, dla znawców, ale tylko tyle trzeba mu gleby koniecznie, jakiejkolwiek, ale gleby.

Mnie najniezasłużonej Bóg dał życie tak pełne i bogate, ale siedząc w górach, za górami zaledwie nadążam przeżyć i przemyśleć wszystko, co mi ono przynosi. Ona, biedactwo, przy swojej olbrzymiej pojemności duchowej, ma życie bardzo puste jeszcze. Więc jeździ, „bawi się”, jest w nieustannym pseudoruchu, byle to czymś wypełnić…


Ktoś złośliwie kiedyś powiedział, że jest tak dobrą poetką, bo połowę swych wierszy pali, drukując tylko małą część tego, co pisze. Tak było rzeczywiście, ale nie dowodzi to małego talentu, tylko dużej artystycznej samowiedzy.