Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 808 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lilka - Małgorzata Kalicińska

Marianna tarła ziemniaki na placki, gdy mąż jej powiedział, że odchodzi. Po trzydziestu latach drętwego małżeństwa mają prawo być sobą zmęczeni. Odchodzi… Bez żalu i pretensji. A na dodatek z pytaniem o małą pomoc wpada nielubiana siostra Lilka.

Bohaterka powieści musi spojrzeć na swe życie w zupełnie nowym świetle. Syn od dawna na swoim, mąż z kochanką, ojciec coraz starszy. Marianna podsumowuje swoje życie – kogo kochała i kto ją kochał. Ile było w nim szczęścia, nieszczęścia? Dopiero jednak pojawienie się Lilki, przyrodniej siostry, pozwala jej inaczej spojrzeć na miłość, kobiecość, przebaczenie.

 

Małgorzata Kalicińska pokazuje w Lilce, że rozstania nie muszą oznaczać pustki, że życie nie kończy się po pięćdziesiątce, że samotność można zapełnić nowymi doświadczeniami, niespodziankami. I jeśli tylko pragniemy, miłość, przyjaźń – jakkolwiek byśmy je definiowali – mogą przyjść do nas w najmniej oczekiwanym momencie.

Opinie o ebooku Lilka - Małgorzata Kalicińska

Fragment ebooka Lilka - Małgorzata Kalicińska

Text copyright © by Małgorzata Kalicińska, 2017

Text copyright © by Sales Support Systems Polska Sp. z o.o., 2017

Copyright © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2017

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Redakcja: zespół

Korekta: Magdalena Szroeder

Redaktor techniczny: Mariusz Teler

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Projekt okładki: Eliza Luty

Zdjęcia na okładce: iravgustin/Shutterstock, GreenLandStudio/Shutterstock

W książce wykorzystano wiersz o idiocie autorstwa Ryszarda Groseta.

Wydanie II

ISBN: 978-83-8053-318-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Baranek… czyli kilka słów o mamie i tacie

Nazywam się Marianna Roszkowska, z domu Barańska.

Pospolite imię, nazwisko też, i uroda, i wszystko. Dzisiaj niewysoka, średniej budowy, z nadmiarami tu i ówdzie, dama półwieczna i trochę. Taka byłam zwykła Marianna i najzwyklejsza Barańska… Nic szczególnego, ale jak byłam mała, bardzo mała, i przedstawiałam się nieznajomym, dygałam, zapominałam nazwiska, i mama mówiła:

– No, Maniu? Jak się nazywasz? Powiedz: „Marianna…???”. Widać byłam matołkowata, bo stale zapominałam i mówiłam:

– Naiwam się Majanna…

– No, Maniu, Ba-rań-ska, od baranka!

Więc czasem załatwiałam sprawę skrótowo:

– Naiwam się Majanna Bajanek! – wypalałam, byle szybko, uważając to za świetny żart, i uciekałam zadowolona, że już po wszystkim.

Nie znosiłam tych publicznych przedstawianek, deklamacyjek, dygnięć i „powiedz wierszyk”. Mama, niestety, lubiła. Byłam małym dziewcząteczkiem z blond warkoczykami i piegami. Jedynaczka, wychowywana przez mamę właściwie samotnie. To znaczy biologicznego ojca nie pamiętam, ale za to doskonale sobie przypominam, że przez długi czas mojego dzieciństwa wychowywały mnie dwie kobiety – moja mama i Pela, stara, dobrotliwa, kochana Pela.

Tatko, czyli Michał Dróżdż, pojawił się w naszym życiu później.

Mama wykładała fizjologię zwierząt na SGGW w Warszawie. Michał – mój przybrany ojciec – był jej studentem. Przeciągał studia, bo przeniósł się z biologii, powtarzał jeden rok i drugi, i tak jakoś się porobiło, że został jej asystentem, a później się… zaprzyjaźnili, już po tym, jak mama została sama.

Michał, jak to wiem ze skąpych relacji mamy, po prostu był. Opowiadała mi, jak już byłam dość duża, że Michał niezauważalnie wkleił się w jej zawodowe, a potem w nasze prywatne życie. Okazał jej wiele serdeczności, a mówiąc dzisiejszym językiem – wsparcia.

– No, ale jak? – dopytywałam.

– Nijak, po prostu był, załatwiał za mnie masę spraw, brał ćwiczenia, wykłady, gdy trzeba było, ułatwiał mi ówczesną egzystencję. No… był!

Pamiętam, jak go poznałam. Mama zabrała mnie na uczelnię, nasza Pela nie mogła ze mną być, bo zachorowała jej siostra. Ja jeszcze nie chodziłam do szkoły, a w przedszkolu było trucie szczurów, więc mama westchnęła i zabrała mnie ze sobą. Siedziałam cicho na zapleczu pracowni, czekając, aż mama wróci z dziekanatu, i wtedy wszedł Michał. Kucnął i popatrzył na mnie, mówiąc:

– Cześć, krasnalku! Jak ci na imię?

Naturalnie, gdy się przedstawiałam Michałowi, jak zwykle stanęło na „Mariannie Baranek”. Wtedy już jako duża panna, przedszkolak z ostatniej grupy, doskonale wiedziałam, że żartuję, i wymówiłam Baranek z udawaną powagą.

Michał patrzył na mnie też z taką uwagą i trzymając w dłoniach moją łapinkę, powtórzył poważnie, dla pewności:

– Ba-ranek? Ma-rianna?

– Tak – odpowiedziałam najpoważniej. – Baranek.

Wtedy Michał powiedział:

– Witam panią, pani Baranek – i pocałował mnie w rękę!

Oczarował mnie i już. Młody, z wesołym usposobieniem i taki… ładny. Nie wiedziałam, co znaczyło „przystojny”. Dla mnie ówczesnej ludzie byli ładni i nieładni. Michał był ładny, ciemnowłosy, ciemnooki. Nie śmiał się ze mnie, nie obraził i nie sprostował mojego „Marianna Baranek”, i odtąd jako jeden jedyny mówił do mnie „Baranku” i mówi tak do dzisiaj! Nie pamiętam, żeby inaczej…

Bywałam u mamy na uczelni jako mała dziewczynka, bo niekiedy Pela, moja niania, musiała zająć się chorą siostrą albo sąsiadką. Czasem szłam z mamą do bufetu na gorące parówki, czasem musiałam zaczekać, aż skończy jakieś zajęcia, i wtedy opiekował się mną właśnie Michał, student, który przesiadywał u mamy na zapleczu pracowni godzinami. Nosił granatowy sweter na koszulę i ładnie pachniał wodą kolońską. Nie napiszę „tanią” – bo skąd ja niby miałam wiedzieć – tanią czy nie? Zresztą wtedy chyba wszystkie, jakie były, to Lawendowa i Prastara – taka w wiklinie, która stała u mamy w łazience jako antidotum na zakażenie, gdy starłam sobie kolano albo drzazga jakaś wlazła. Mama zawsze wzdychała i mówiła:

– Trzeba pokolońskować.

– Koniecznie? – targowałam się bez wiary i nadstawiałam kolanko.

– Możesz krzyczeć – mówiła mama i kolońskowała, a ja krzyczałam:

– Aua! Aua, aua, aua!!!

Michał wprowadził mniej drastyczną metodę. Kiedyś, idąc do mamy z Pelą, przewróciłam się na Rakowieckiej i starłam skórę na dłoni i kolanie. Zaryczaną Pela wprowadziła mnie do maminego gabinetu, w którym miałam siedzieć godzinę, zanim nie pójdziemy do dentysty. Ponieważ mama kogoś egzaminowała, zajął się mną Michał. Wyjął coś z białej szafeczki wiszącej na ścianie i powiedział:

– Zobaczysz czary! Patrz, spienisz się jak oranżada w proszku!

– A mogę wrzeszczeć?

– Możesz, ale nie będzie potrzeby, bo to nie szczypie.

I nie szczypało! Ranki zakleił mi plastrem z opatrunkiem i dopiero wtedy Pela westchnęła i poszła sobie spokojna, że nie umrę.

Zawsze pokazywał mi preparaty w słoikach z formaliną – żabę z flakami na wierzchu i gołębia, też z flakami i żołądkiem wypełnionym grochem. Jakieś kościotrupy zwierzęce, szkielety kota i ptaka, psią czaszkę, i pozwalał mi rysować na tablicy, ustawiając trzy taborety obok siebie, żebym mogła sobie rysować, co chcę, nie złażąc z nich. Zresztą te taborety były drewniane, ciężkie i tworzyły coś w rodzaju podestu. Czasem znajdował mi kawałeczki kolorowej kredy i rysował ze mną… Zaśmiewaliśmy się, rysując zwierzostrachy i dziwaki.

Potem przychodziła mama, zbierała się i chłodno żegnała Michała. Zawsze jednak patrzyła na niego tak, że wiedziałam, że coś ukrywa. Uśmiechała się tak ledwo, ledwo, mówiąc:

– To… do zobaczenia jutro, panie Michale.

Podbiegłam do mamy i pokazałam jej moją dłoń już opatrzoną.

– Słyszałaś? Nie darłam się!

– Słyszałam – mama uśmiechnęła się powściągliwie i spytała: – A czemu?

– Bo Michał mi pokolońskował taką, co nie piecze!

Mama spojrzała na niego i pokręciła głową.

– Cudotwórca! – i kazała mi się pożegnać.

– Mamo – spytałam w tramwaju za głośno. – A czy Michał będzie twój mąż? Bo ja bym chciała, żeby mąż!

Nie wiedzieć czemu, wysiadłyśmy na następnym przystanku… Do dentysty szłyśmy pieszo. Mama nic nie mówiła, nie wytłumaczyła niczego, a Michał wpadał czasami do nas, zostawiając jakieś książki. Podczas jego wizyt nikt nie marudził, że idę na podwórko, a Pelagia mogła wyjść wcześniej. Podbiegałam do niej z piaskownicy albo z trzepaka na pożegnalnego buziaka, a ona mówiła głośno i sztucznie:

– Mamusia ma teraz korepetycje, nie przeszkadzaj. No, do widzenia, dzieciaku, i umyj ręce, jak wrócisz, bo tu do piachu psy srają!

***

Po jakimś czasie poczułam sama, że mama za bardzo lubi towarzystwo Michała, i zaczęłam być zazdrosna. Byłam krnąbrna, czasem wręcz niegrzeczna i mama chyba musiała się poskarżyć Peli, bo ta opowiedziała mi bajkę o smutnej królowej, która usychała w swoim zamku z samotności, nie wiedząc o tym, że na moście wiodącym do zamku stała wredna jędza i nie wpuszczała do jej królestwa nikogo! Później sprytnie wywołała u mnie współczucie i przyganiła, że ja mogę się bawić z każdą koleżanką na podwórku, a sama zachowuję się jak pies ogrodnika.

– Jaki pies? – spytałam.

– No jak taki pies, co nikogo do ogrodu nie wpuści. Przecież ty masz swoje koleżanki i kolegów na podwórku, a mamusia sama w domu i sama.

– I co?

– No, że jej bywa smutno, to choć ten cały Michał wpadnie, pogada… A ty się boczysz. Nieładnie tak!

Skoro Pela tak mówiła, to chyba miała rację. Wstyd mi się zrobiło, bo Pela była dla mnie wielkim autorytetem!

W tym też czasie na podwórku pojawiła się nowa koleżanka – Gosia – z pięknymi zabawkami i często spędzałam u niej czas. Jej lalki miały tyle ciuchów! Przebierałyśmy je stale, bo jej babcia co rusz podrzucała nam a to kaftanik, a to buciki. W kąciku Gosinym stała również mała kuchenka i garnuszki, i talerzyki dla lalek… Poza tym ona miała taką fantazję! Zmieniłam swoje zapatrywania i przestałam się obrażać na mamę i Michała. Za to polubiłam bywanie u Gosi.

On wpadał do nas w soboty. Zostawał do późna. Gdy ja już zasypiałam, oni siedzieli w kuchni i grali w karty. W niedzielę rano znowu był i jadł z nami śniadanie, potem mama poprawiała prace studentów, a ja z Michałem szłam do parku nad sadzawkę, nad kanałek, a tuż przed obiadem zabierał nas obie na poranki do kina Sawa. Po obiedzie szliśmy na działki. Mama szła wolno, nucąc, i kupowała od działkowiczów jakieś kwiatki, a Michał się uśmiechał do niej i brał ją za rękę. Ja skakałam na skakance albo pchałam wiklinowy wózek z lalką. Byliśmy jak inne rodziny.

Podobno gdy się dziekan o tym dowiedział, dostał szału i zrobiło się niemiło. Za romansowanie z asystentem dostało się mamie i musiała zmienić pracę. Michał jeszcze pracował na uczelni.

Ze swoimi rodzicami Michał był skłócony. Wieczorami mama i on rozmawiali o tym długo. Słyszałam z łóżka, nie raz! Michał wreszcie pojechał pogodzić się z nimi i wrócił niezadowolony, bo znów się pokłócili, a kiedy dowiedzieli się, że Michał chce się ożenić ze starszą od siebie kobietą, i to z dzieckiem, powiedzieli, że całkiem mu rozum odebrało.

– Wandeczko, nic do nich nie trafia! – mówił do mamy rozczarowany po przyjeździe.

– Chcieli dla ciebie innej przyszłości, sam mi mówiłeś.

– Ale ile można zmuszać dorosłego człowieka i nie słuchać go?! Z matką to już kompletnie się nie mogę dogadać, nie przekrzyczę jej, a ona jak wpadnie w słowotok…

– Nie akceptują twojej decyzji? Nie chcą nas poznać?

– Kochanie, nie przejmuj się!

Nie chcieli.

Mama pocieszała Michała, bo to on się przejął. Mówiła do niego spokojnie, gładziła po twarzy. Lubiłam ich podglądać, gdy się przytulali, to było takie miłe! No i już wiedziałam, że się pobiorą! A oni, rodzice Michała, nie przyjechali nawet na ślub, bo był cywilny.

Kiedy to się stało, mama miała dobrze po trzydziestce, a Michał był jakoś przed, ale wyglądał znacznie młodziej. Mama dojrzała jak na swój wiek, no i ten status – pani z doktoratem i matka. Na nielicznych zdjęciach z tego okresu ma na sobie wąską spódnicę, szeroki pasek, koturny z cienkimi paseczkami i ciemne okulary, trwałą ondulację i poważny wyraz twarzy. Stoją ze mną w zoo. Mama jest wysoka jak Michał, a on chudziak, wesołek, trzyma mnie za jedną rękę, w drugiej ma lody, a grzywkę mu rozwiewa wiatr. Wygląda jak mój znacznie starszy brat…

Na drugim jest on, mama i jakieś jeszcze dwie studentki. Ja stoję na taborecie, a zdjęcie jest robione w laboratorium. Trzecie zdjęcie jest z ich ślubu. Stało zawsze w ramce na biurku ojca. Spłowiałe, czarno-białe. Mama w pięknej rozkloszowanej szmizjerce, na halkach, w kapeluszu, z goździkami w ręku, tata w za dużym garniturze. Sztucznie upozowani stoją przed Urzędem Stanu Cywilnego przy Nowym Świecie.

Na czwartej fotografii stoją podobnie, ze świadkami – wujkiem Gieniem, przyjacielem taty, i jakąś koleżanką mamy, a ja w środku, w sukience z falbanką i kokardami we włosach, trzymam ich za ręce.

– Mamo, to Michał będzie twoim mężem już?

– Tak, Maniu.

– To znaczy, że będzie też moim takim… tatą?

– No tak… ale ty masz już tatusia.

– Nie mam wcale tatusia. Prawdziwy tatuś to czyta dziecku bajki i kupuje prezenty, i chodzi w niedzielę na poranki. I kocha swoją córeczkę!… A tamten ma swoją nową córeczkę.

Mama uśmiechnęła się szeroko i kiwnęła głową. Chyba się ucieszyła. Nie wiedziała, że poprzedniego dnia odbyłam już naradę z Pelą.

– Pela, a w sobotę jest mamy ślub z Michałem!

– To wiem, bo zaproszenie mi dali.

– Pójdziemy?

– Ja pojadę tramwajem, a ty pojedziesz z mamusią. Wystroisz się ładnie, uprasowałam ci tę niebieską sukienkę z falbanami. Mama ci loka zrobi albo kokardy zawiąże.

– Pela, a jak mama się ożeni z Michałem…

– …mówi się „wyjdzie za mąż” – poprawia mnie Pela.

– …to wtedy już są mężem i żoną?

– Sama przecież wiesz, to po co pytasz?

– No bo mamę to mam, a wiesz, że Michał będzie moim nowym tatą.

– No… ojczymem się mówi. Bo przecież twój tata to żyje, tylko z wami nie jest.

– Ojczym? Pela?! Ojczym?! To nieładnie… Jak macocha. Macocha Kopciuszka była okropna!

***

Podczas ślubu stałam koło maminego fotela. Nie chciałam usiąść. Uważałam, że nie tylko mama bierze ślub z Michałem, ale ja też. Szczerze mówiąc, traktowałam to jak rodzaj bajki, że oto z sąsiedniego królestwa przyjechał do mnie całkiem nowy tato, więc od dnia ślubu „tatowałam” mu już zawsze i dość ostentacyjnie. Michała to bawiło, ja byłam zachwycona.

***

Czas jakiś mieszkaliśmy razem na Saskiej Kępie, na Niekłańskiej, w ładnych czteropiętrowych blokach. Pela przychodziła rzadziej i wcześniej wychodziła. Akceptowała Michała, ale nie okazywała mu wielkiego szacunku, o wszystko pytając mamę. Przyglądała się. Gdy musiała o coś spytać Michała, pytała przeze mnie.

– Idź, dzieciaku, idź, i spytaj go, czy coś zje, bo mama ma dziś… naradę pedagogiczną i wróci późno, i patrzaj mi tu, w kuchence obiad zostawiam, a wam co, kanapki teraz dać, zupy? Czy zjecie później, czy teraz, bo nie wiem…

Biegłam do taty, który przychodził do kuchni i mówił do Peli uprzejmie:

– Jeśli można, pani Pelagio, to zjadłbym teraz zupę z Marianką, a potem z żoną drugie danie, dobrze?

Trochę czasu minęło, zanim zaakceptowała mojego nowego tatę i chyba go polubiła, bo okazywał jej szacunek i sprawdził się jako mąż i ojciec. Przetestował się! Zdał egzamin.

***

Peli warkocz bardzo posiwiał, ona sama zrobiła się maleńka i sucha. Nadal lubiłam ją bardzo i jej miękkie ręce na mojej buzi, zrzędzenie i wszystko, co gotowała. Nawet kaszę na mleku.

Przychodziła najpierw codziennie, potem dwa razy w tygodniu, a później raz tylko…

Od dnia ślubu mama była zadowolona, wesoła i uśmiechała się często. Michał nas bardzo kochał. Ludzie w bloku najpierw zaszumieli, że „ta nauczycielka z własnym studentem”, a potem zamilkli. Pogodzili się z tą sytuacją, jak to ludzie. Mama pracowała w liceum, ja uczyłam się w podstawówce, a Michał uczył w technikum matematyki i chemii, a wieczorami dorosłych, w wieczorówce, ale nie lubił tego. Wracał zmęczony. Nie powodziło nam się jakoś nadzwyczajnie, ale było normalnie.

Po czasie odezwali się jego niezbyt mili rodzice, że się starzeją, ojciec bardzo choruje, ich dom koło Otwocka i gospodarka niszczeje, a przecież Michał po to poszedł studiować na „rolnym”, żeby przejąć gospodarkę i być rolnikiem z dyplomem, a nie „przydupasem jakiejś nauczycielki”.

– Pela, co to „przydupas”? – spytałam ją kiedyś podczas nawijania wełny na kłębek. Musiałam trzymać motek na rozstawionych rękach, a Pelagia nawijała.

– Kto to ci powiedział? O Michale, tak?

– No… jego rodzice tak powiedzieli. Jak mamy nie było, to była jego matka i krzyczała na niego, że się zbłaźnił, że zmarnował ich pieniądze i że się sam marnuje, i że jest tym, no… co powiedziałam.

– To brzydkie słowo. Nie powtarzaj. A Michał… Nie taki znów zły, skoro z twoją matką i z tobą jest jak… ojciec rodziny. Znaczy młodziak, młodszy od twojej matki, ale jak tak patrzę, nie pije, nie bije, i układny, i za wami bardzo…

– Co znaczy „za wami”? – nie rozumiałam.

– No, że wyście mu obie bliskie, ciebie jak dzieciaka swego traktuje, no tak? Trzymaj szerzej, napnij, bo, patrz, się splątało! – sarknęła.

Codzienność

Ach, co ja bym dała dzisiaj za moją kochaną Pelę! Wydaje mi się, że pewnego typu ludzi dzisiaj już nie ma. Zupełnie jakby zamknięto linię produkcyjną. Są różne bejbisiterki, opiekunki, supernianie, nianie Franie, ale takiej niani jak Pela to ze świecą… O, mam następny temat do naszego kolorowego magazynu. Mam zaszczyt pracować w czasopiśmie wysokonakładowym, które trywialnie jest określane mianem „kolorowe”. Tak, kolorowo u nas jest nadzwyczaj: „Niania na wagę złota”! Dobre! Aż się odchyliłam na krześle z radością i popatrzyłam za okno, na niebo.

Do mojego warszawskiego mieszkania wpada ciepłe, nagrzane cichym podwórkiem powietrze. Cichym, bo kamienica, tak lubię mówić o naszym niewielkim bloku, postarzała się i dzieci tu nie ma. To znaczy lokatorzy są już starzy, a niegdysiejsze dzieci powyrastały, wyfrunęły w świat, więc podwórko zarosło trawą i nawet klomby zrobione przez dozorcę trzymają się ładnie. Wiśniowe dalie obsadzone dookoła aksamitkami. Trwaj, lato, trwaj! Zimę mam w pamięci na świeżo. W tym roku była paskudna, bardzo śnieżna, mroźna, długa. Na ulicach i na podwórku wielkie zaspy, problemy z parkowaniem, odśnieżaniem… Mirek kupił od pana Litza, a właściwie od wdowy po nim, garaż, i w ten sposób mamy choć jedno miejsce, czasem dwa. W garażu i przed nim. Ale w tę zimę odśnieżania było dużo i nie wiadomo było, co robić z rosnącą hałdą śniegu.

Doskonale pamiętam nasze modły w redakcji o ciepełko, o wiosnę, o dłuższy dzień, bo już wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni zimnem, ciemnymi i krótkimi dniami.

Pracuję w redakcji czasopisma od kilku lat. Przedtem przędłam jakieś ogony w radiu i w telewizji w Rolniczym kwadransie, zanim go nie zlikwidowali. Później trafiłam do „Przeglądu Rolniczego”, a tam błysnęłam zdolnościami pisarskimi i wydałam kilka kulinarnych opowiastek w niezłym wydawnictwie. Od ponad pięciu lat jestem w kolorowym, damskim dobrym piśmie ze średniej półki jako pani redaktor.

Ostatnio miałam napisać reportaż z Indii o uprawach przypraw, o kulinariach etc., bo znalazł się sponsor. Poleciałam do Indii! I ja się w tych Indiach strułam czymś tak fatalnie, że właściwie cały pobyt przeleżałam w szpitalu, wymiotując i pocąc się w atakach gorączki. Coś tam jednak mi wyszło, bo już po powrocie kleciłam teksty z pomocą poznanej tam, w Koczin, osiadłej na stałe Rosjanki. Ona mi wysyłała różne materiały netem, a ja składałam to w mój niby-reportaż.

Teraz obrabiam już ostatni tekst i zdobię zdjęciami. Przemiła jest ta Roksana, doprawdy, a moja naczelna nic nie komentuje, choć zdaje sobie sprawę, że tam chorowałam. Udaje, że nie wie, i jest okej.

Nie zmieniałam naszego pisma na inne, choć oczywiście chciałam, ale w moim wieku to niebezpieczne. Na rynku jest ciężko, bo młodych dziennikareczek teraz mnóstwo, szukają pracy i wygryzają starsze koleżanki na potęgę i bez pardonu. Zwyczajnie – boję się i dobrze mi tu. Nie rozwijam się, klecę stale właściwie to samo. Regina, moja naczelna, mówi, że jestem dobra, więc niepotrzebne mi zawirowania.

Jakiś czas temu koleżanka proponowała mi rozmowę kwalifikacyjną w kolorowym piśmie z tej „baaaardzo górnej półki”. Czułam, że to nie moja liga! Tam jest taka nerwowa atmosfera, bitwa o każdą czytelniczkę, a przecież to proste – mało jest w Polsce kobiet, które średnio zarabiają miesięcznie tyle, ile kosztuje mały samochód. Kiedy się patrzy na to, co reklamują te magazyny dla elegantek, można sądzić, że wszystkie opływamy w luksusy.

Pierwsza ich reklama z brzegu, proszę: skromniutka jak worek sukienka w cenie miesięcznej pensji nauczycielki, także para bucików to cyferka i kilka zer, bluzeczka, kapelusik i mamy kilka pensji przeciętnie zarabiającej Polki. Zdjęcia piękne, wystudiowane, sesje na Maderze, na Korsyce, ale jak dla mnie to jakiś absurd… Modelki chude jak wykałaczki, drogie sesje, dla kogo? Dla przeciętnej pani Joasi z blokowiska to są zdjęcia totalnie niespójne z jej rzeczywistością i nawet jej marzeniami. W jej mieście ani tych sklepów nie ma, ani ona, mimo ukończonych studiów, nie ma takich ani nawet zbliżonych zarobków, chociaż pracuje i zarabia jak na nasz kraj dobrze.

No, nie. Nie umiałabym.

Rozmowa w redakcji była komiczna, choć zręczniej byłoby powiedzieć żałosna. Ja już od progu wiedziałam, że to pomyłka. Zastępcą szefowej jest facet, któremu się wydaje, że jest młody. Dziesięć lat młodszy ode mnie, fakt, ale maniery i język… Niby-elegancja, niby-kultura, ale w powietrzu już czułam nonszalancję, bo pierwsze pytanie było o mój… wiek.

– Czterdzieści pięć plus – odpowiedziałam wesoło, odejmując sobie dziesiątkę.

Nie chciałam wyjść na obrażalską, ale mnie to zmroziło. Przecież wiedział, kim jestem, bo byłam tu z polecenia koleżanki!

– Duży czy mały? – odpowiedział zaczepnie i wcale to nie było ani merytoryczne, ani miłe.

– To takie ważne? – spytałam. – W teczce są moje teksty.

– Tak, przeglądałem je.

Pan w kilku okrągłych zdaniach powiedział mi, że ich czasopismo jest tak kolorowe, tak eleganckie i tak bardzo lifestylowe, że powinnam spaść z krzesła z samego zachwytu, że tu teraz jestem. No, ale w domyśle, że powinnam się stąd zabierać, bo moje teksty są zbyt zwyczajne, i szczególnie nie pasuje mu ten o dziewczynie, która mimo że z powodu raka ucięto jej nogę aż do pachwiny i ma protezę, radzi sobie doskonale w życiu. Jest młoda, piękna, ma wspaniałego, przystojnego męża, który zresztą zbierał z przyjaciółmi pieniądze na tę protezę, i kocha ją, i są szczęśliwi. Także wywiad z kapitalną bizneswoman, która wskutek ostrej białaczki straciła wzrok, a mimo to nie załamała się, dalej pracuje w biznesie, ma jak poprzedniczka kapitalnego męża, który ją kocha i wspiera, i na dodatek realizuje swoją ostatnią pasję – zaczęła pływać na żaglach! Dołączyłam miniwywiad z naszym mistrzem olimpijskim w żeglowaniu, wyrażającym się o tej Jagodzie w superlatywach i zachwytach.

– To znakomite bohaterki dnia codziennego – zachęcałam wicenaczelnego. – To dziewczyny z najwyższej życiowej półki! Używają dobrych perfum, pracują i afirmują siebie mimo swojego kłopotu, żyją pełnią życia!

Redaktorek skrzywił się sceptycznie. Odłożył moją teczkę na biurko i pokręcił głową.

– Nie rozumiemy się – powiedział. – To się dla nas absolutnie nie nadaje!

– Dlaczego? Teraz masa ludzi wychodzi z choroby zwycięsko, a kalectwo nie jest przeszkodą…

– Pani wybaczy, nasze czytelniczki za osiem złotych kupują sobie drzwi do lepszego świata, a ja nie zamierzam ich epatować ani straszyć kalectwem!

Odebrało mi mowę. Musiałam wyglądać jak kura, gapiąc się na niego bez zrozumienia i mrugając oczami.

Ala odprowadziła mnie do windy, milcząc.

– Zadzwonię – szepnęła.

Biedna. Zadzwoniła, sumitując się. Mówiła mi, że gdyby naczelna mnie przyjęła, to wszystko potoczyłoby się inaczej.

– Co ty, Alka! Ja do was pasuję jak dupa do jeża, ty tam też nie pasujesz, tylko się ukrywasz, maskujesz. Prawda? Piszesz i robisz tak, jak oni tego chcą. A ja tak nie umiem. Zawsze przed czymś takim uciekałam.

Nie wylądowałam w piśmie prestiżowym, cudnym, kolorowym, ale za to mam spokój w mniej lakierowanym, lecz o wyższym nakładzie, a mój materiał poszedł bez problemu. Mam wolną rękę, z powodu zainteresowań piszę teksty okołokulinarne, czasem robię wywiady. Naczelna zazwyczaj daje moje materiały do druku, nawet gdy zmieniam troszkę zadany temat. Ona rozumie, że czasem trzeba odejść od swoich zabawek i pobawić się całkiem innymi, a nasze czytelniczki za mniej niż osiem złotych kupują sobie widok z okna na świat, znany i nieszokujący cenami ani modelkami w rozmiarze chorobliwym. Ostatnie nasze sesje: „Babcia, Mama, Córka; Dziadek, Ojciec, Syn – dżinsy na co dzień i od święta” zrobiły furorę. Normalni ludzie, doskonałe zdjęcia, zwyczajny temat. To był mój projekt, bo zobaczyłam w parku kapitalną parę – starsi państwo w dżinsach, oboje w jasnych koszulach i blezerach, tacy nobliwi, fajni, i podbiegł do nich wnuczek też w dżinsach. Pomysły są na ulicy!

Uwielbiam tę naszą redakcyjną robotę. Mamy dobrą atmosferę, lubimy się i tylko czasem są nerwówki, ale gdzie ich nie ma? Naczelna miewa humory, ale rzadko i do zniesienia, w ogóle fajna jest.

Piękne są te zdjęcia z Indii od Roksany! Szkoda, że mnie tak sieknęło. Mogłabym to wszystko oglądać własnymi oczami, a tak – straszyłam muszle w hotelu i piłam jakieś zioła, które zwracałam. Długaśny lot, potem drugi, do Koczin, a potem… kiedy kilka godzin po pierwszej kolacji rozbolała mnie głowa, to już wiedziałam, że to chyba jakieś zatrucie. Zawsze jak mi pulsuje w karku i tak okropnie boli, to wiem, że się strułam. Zazwyczaj pomaga bactrim, nifuroksazyd albo jeszcze lepiej orzechówka mojego taty, a tu nic! Pogarszało się z minuty na minutę i doprawdy nigdy w życiu czegoś takiego nie miałam. Ciemno w oczach, osłabienie, gorączka i ból głowy, a potem ból wszędzie, torsje i „pływanie w nieświadomości”. Omdlenia?! Co za cholera?!

W hotelu, w którym mieszkałam, była też część medyczna; mąż poznanej wcześniej Roksany, Hindus, jest tam lekarzem i zostałam z mety hospitalizowana, leczona i wyleczona, ale czas na zwiedzanie upraw pieprzu i gałki muszkatołowej minął i musiałam wracać. Cholera jasna. Szkoda, ale od czego wyobraźnia, internet i Roksana? To ona mi napisała, że to też może być kapitalnym wątkiem poznawczo-dramatycznym. No tak, ale jednak chciałabym choć cokolwiek zobaczyć, poznać! A ja zdychałam kilka dni w szpitalu i potem jeden dzień na podróż do Delhi, dzień w Delhi i powrót! Powstało z tego kilka smacznych odcinków o Indiach, ale mam wyrzuty sumienia. Mój kolega Włodzio, dziennikarz starszy chyba od Noego, powiedział mi wprost:

– Oszustwo? Zwariowałaś? Dopóki nikt się nie zorientuje, nie piśniesz ani słowa! To się nazywa „mistrzowskie wykorzystanie niesprzyjającej sytuacji”. Brawo, dziecko! Nie ty pierwsza i nie ostatnia!

Tatko, mama

Mnie się wydawało, że miałam najsłodsze dzieciństwo świata. No może nie wtedy, gdy się zaczęły kontakty z koleżankami i pojawili się wraz z ich matkami ich ojcowie… Jeden zabrał córkę na sanki, a drugi nosił spodnie na szelkach, a trzeci dorobił kij do roweru, żeby panna się nie wywracała podczas nauki jazdy… Może wtedy brakowało mi ojca. Chyba czułam jakieś szczypanie zazdrości czy żalu, że ja nie mam taty. Ale kiedy pojawił się Michał… Uważałam, że mój nowy tata jest fantastyczny! Do dzisiaj tak uważam, a po śmierci mamy dwudziestego szóstego maja jemu wiozę tort bezowy zamiast kwiatka, bo kwiatków to on ma cały ogród, a tort bezowy uwielbia. No i dziwne, że nie ma tak świętowanego Dnia Ojca. Niby jest zarezerwowana dla niego data 23 czerwca, ale to nie to… Może dlatego, że ojcowie zazwyczaj bywali odlegli? Nieokazujący ciepełka, uczuć? Wiem, że wielu ojców to potwory, ale i wśród matek potworów nie brakuje.

Tata Michał to moja główna nagroda od życia. Koleżanki mi go zazdrościły zawsze, zwłaszcza w liceum! Niektóre się podkochiwały, bo przystojny był i jest nadal, choć w swoim ukochanym sadzie zawsze paradował w sztruksowych spodniach na szelkach i flanelowej koszuli. Kiedyś zgrabne, opięte na jego szczupłej postaci, dzisiaj spore, workowate dla wygody, bo i taty sylwetka się zmieniła. Kręgosłup mu trochę usztywniło i ciut przegięło w lewą stronę. Ale uśmiech, urok, głos… Mój, mimo wszystko, przystojniak!

Mawiał, zakładając palce za szelki:

– Patrz, Baranku, jaka to smutna część odzieży…

– Czemu? – pytałam, a on mówił poważnie:

– …bo się mówi: „Precz smutek wszelki”!

Ja oczywiście się śmiałam i biegłam powiedzieć to mamie.

Moja kochana, piękna i mądra mama zmarła młodo. Po czterdziestym roku życia, już po wyprowadzce z Warszawy, zaczęła cierpieć na bóle głowy. Późno bardzo zdiagnozowano to jako hemikranię, bo te bóle bywały upiorne, a lekarze uważali, że może trochę przesadza, no, migreny może ma? Biedna, cierpiała katusze, później miała wylew, po którym poraziło jej lewą stronę ciała. Byłam już na studiach. Mama cierpiała dodatkowo ze wstydu, że tak wygląda, i często wyjeżdżała do ciotki Jadwigi, żeby nie obciążać taty zarówno swoim widokiem, jak i pomocą w wielu czynnościach. Na nic się zdały jego perswazje, zapewnienia. Dla jej dobrego samopoczucia godził się, tłumaczył mi to, że mama nie widzi siebie tak, jak on ją widział, więc trudno, jeśli tak cierpiała z tego powodu, że zbrzydła, zestarzała się i jest taka fizycznie spowolniona, i woli być u Jadwigi, trudno, nie mógł jej zatrzymywać, zresztą Jadzia załatwiła jej tam u siebie masaże i tatko sądził, że może to pozwoli jej szybciej wrócić do siebie, do nas.

Moja mama, osoba spokojna, zamyślona, wrażliwa, była i jest dla mnie wzorem, ale ja wyrosłam taka… inna! Może dlatego, że wcześnie umarła?

Mama czasami patrzyła na mnie z uśmiechem i mówiła: „Lecisz wyżej niż ja, Marianko”. Wyżej? Jestem podobnie samodzielna, jak była mama. Studiuję jak ona. No może miałam większą swobodę, odwagę, chęć do tańców z chłopakami? Jej młodość to okupacja, więc może porównywała nasz sposób życia ze swoim? Pokolenie Kolumbów uwikłanych w powstanie, tajne nauczanie, wieczny lęk? Mama zresztą spędziła ten czas w Puławach, z rzadka bywając w Warszawie, nie była w konspiracji, dlaczego zatem uważała, że „lecę wyżej”? Nie wiem… Tak chciałabym ją zapytać!

Do nieba powinna być jakaś linia telefoniczna. Oczywiście z limitem minut, bo zmarłym nie należy zawracać głowy byle czym. W ważnych sprawach by się dzwoniło. W centrali mogłaby siedzieć jakaś święta Aniela Salawa.

– Halo? Niebo?

I ta Aniela odpowiadałaby:

– Pani do kogo?

– Ja… dzień dobry, do mamusi. Chciałam się zapytać…

A ona decydowałaby, mówiąc:

– Łączę, ale ma pani tylko cztery minuty. Czas start!

Albo:

– O pracy?! O, nie! Takimi duperelami zmarłym nie będziemy dupy zawracać! Proszę sobie poradzić samej!

Zabawa z talerzykiem i wywoływanie duchów to nie to samo. W talerzyk to ja nie wierzę! W internet – tak. Są cmentarze wirtualne, a żadnego portalu do pogadania ze zmarłymi nie ma. Szkoda! To byłby dobry materiał na pierwszego kwietnia… Zapiszę sobie. I do szuflady.

Po śmierci mamy tata stał się moją najbliższą rodziną – jednoosobową, no trochę z wujkiem Gieniem do spółki, aż do mojego wyjścia za mąż. Do urodzin Grzegorka, czyli Grzesia, mojego syna, oczywiście, ojciec był mi najbliższym facetem świata.

Tak w ogóle to mężczyźni znaczyli w moim życiu wiele. Ale nie Mirek, czyli mąż. Mirek, no… zawsze był, ale głównie na dyżurach, w domu je odsypiał, zbierał materiał i pisał doktorat, którego zresztą nie zrobił, nie dokończył. Mirek… Nie. Głównie tatko, wujek Gienek, Grześ – któremu dałam masę swojego macierzyńskiego czasu i serca. A potem moje serce podbił Tadzinek, wnuk, wnusiu, no ale nie jestem raczej zwariowaną babcią, a tym samym namolną teściową.

Nie wiem, co jest, ale z wiekiem tęsknię za wielką rodziną, a tu w realu ta rodzina mi topnieje. Grześ wsiąkł w rodzinę Igi, wyjechali do Krakowa. Gdybyśmy mieszkali w jednym mieście, mogłabym ich chociaż zapraszać na niedzielne obiadki, może bylibyśmy bardziej związani. Co robić?! Właściwie to rację miał Kobyliński – współpracownik i pomocnik ojca na wsi – gdy mówił: „Teraz to rodziny są, pani Marianno, jakby kto granatem w gówno dał. Się rozpirzyły i weź się teraz i pozbieraj!”. Prawda.

Tak, mama stanowczo za wcześnie zmarła! Za mało rozmawiałyśmy, ale ja studiująca nie miałam wtedy żadnej potrzeby rozprawiania z mamą o życiu. Uważałam, że pozjadałam wszystkie rozumy, że mama jest… że się nie zna. Później dopiero się okazało, że nie miałam racji, a za moją odwagę życiową zapłaciłam wysoką cenę.

A już jak wyszłam za mąż, urządzałam dom, urodziłam Grześka, przeżywałam jego dorastanie, pracowałam, to całkiem zabrakło czasu na spotkania rodzinne, znaczy z ojcem, wujem, Lilką – moją niby-siostrą, ciotkami i dalszymi jakimiś kuzynami. Z nimi całkiem się to urwało. To był czas tej najmniejszej rodziny, nazywanej podstawową komórką społeczną. Zapomina się wówczas o dalszej i traktuje jak utrapienie. Stworzyliśmy z Mirkiem mimo wszystko dość ciasny, własny świat.

***

Z moim ojcem Mirek ma kontakt poprawny, a z mamą… O, podobni są, chyba lubiliby się. Mama… Pogadałabym z nią chętnie! Czasem tęsknię za nią niemożebnie! Byłaby urokliwą starszą panią. Jej zdjęcie wisi nad moim łóżkiem w owalnej ramie. Ma na nim odchyloną do tyłu głowę, zalotne spojrzenie w obiektyw i ciemne włosy, całe w falach. Wyglądają na miękkie i jedwabiste, i taki miły, ciepły uśmiech; jest łagodna i piękna! Tata nie ma tego zdjęcia. Kiedy bywa tu u mnie, w Warszawie, rzadko, popatruje na nią i uśmiecha się, czasem mówi:

– Jak myślisz? Czy Wandeczka farbowałaby włosy?

Ja odpowiadam:

– Nie, byłaby dziś tak samo siwiutka jak ty.

Jest młody, zaledwie po siedemdziesiątce! Siedemdziesiąt plus! Ma eleganckie ruchy, jest wręcz młodzieńczy, ze zdrową cerą i błyskiem w oku. Umysł ma jasny. Od lat haruje jak wół, ale kocha te swoje uprawy ekologiczne – marchewka, kapusta, pomidory – no i sad, drzewka, chociaż ten sad już dawno nie jest dochodowy. Uprawy ojca nie dają wielkich pieniędzy, ale wystarcza mu to. Troskliwie wymienia materiał genetyczny i z żalem wycina zmarznięte drzewka, zastępując je nowymi, a właściwie starymi – to jego nowe hobby, stare polskie odmiany. Kocham go.

Przystojny, uroczy pan! Mój tatko! Michał Dróżdż.

Tak, zaproponuję naczelnej właśnie taki temat: ojcowie w naszym życiu, bo matki omówiłyśmy w maju.

I znów codzienność

Jestem z miasta. No, prawda, że koło piątej klasy podstawówki wyprowadziliśmy się pod Otwock, bo ojciec odziedziczył gospodarkę, ale ja – na krótko, na kilka lat. Wybrałam warszawskie liceum i studia i po ślubie też mieszkałam w Warszawie. Kocham mój rodzinny dom na wsi, ale na sadowniczkę czy ogrodniczkę to ja się nie nadawałam.

No wystrzeliło mi to SGGW, ale tak… z łaski na uciechę matce! A potem moje życie zawodowe skręciło. Może to zasługa Eulalii Struś, mojej korepetytorki z Otwocka, dziwacznej damy, starszej chyba od węgla, uczącej mnie nie tylko angielskiego, ale i mnóstwa innych rzeczy.

Stara pani Eulalia chodziła po swoim drewnianym domu typu świdermajer w swetrze narzuconym na plecy, z zapiętym jednym górnym guzikiem, żeby jej nie spadał z ramion. Zazwyczaj też w wełnianych spodniach narciarkach i futrzanych papuciach, bo jak mówiła: „Wiesz, jakoś marznę ostatnio. A może już stygnę?”.

Paliła papierosy w fifce i, zupełnie jakby niechcący, nawrzucała mi do głowy, w duszę mnóstwo różności, tematów, spraw, które wedle własnej woli mniej lub bardziej rozwijałam. Ale to ona dawała zaczyn. Malarstwo, muzyka, obyczaje, no i języki obce.

Byłaby ze mnie dumna, bo ostatecznie wylądowałam blisko literatury – w dziennikarstwie. W moim czasopiśmie, które mnie karmi od kilku lat, wymyśliłam siebie w kulinariach na długo przed amerykańskim hołdem składanym niejakiej Julii Child. Ja składałam hołdy Lucynie Ćwierczakiewiczowej, robiąc niejako przekład jej przepisów (wziąć ćwiartkę tylną prosiaka, pięć funtów cielęciny i bażanta) na nasze realia. Miałam szczęście poznać kiedyś naszą własną Julię Child epoki PRL-u, Irenę Gumowską. Och, ona miewała pomysły znakomite! W czasach, gdy na półkach królował przysłowiowy ocet, ona wymyślała wszystko, co mogłoby zastąpić, udać coś, czego oczywiście nie było. Podśmiewano się z jej pasztetu z fasoli, a dzisiaj podobny pasztet z soi czy cieciorki kosztuje sporo w sklepie z ekożywnością dla wegetarian. Na tym wypłynęłam.

Wydałam osiem książeczek kulinarnych z opowiadaniami o potrawach, w których było ciepło domowego ogniska albo przygody, albo podróże, a w tle przepisy. Serdecznie zaprzyjaźniłam się z pewnym redaktorem PAP, Włodzimierzem, który był wówczas już na emeryturze, ale wcześniej pracował jako korespondent w Pekinie i Waszyngtonie, więc był kompendium wiedzy o wielkim świecie. Tyle mi opowiedział o kuchniach świata! Jako pierwsza wspominałam o kapuście pekińskiej w sosie słodko-kwaśnym, w ogóle o kuchni chińskiej, o kotlecie w bułce, czyli hamburgerze, i złapałam Pana Boga za nogi. Pisałam już nie tylko książki, ale w innym kolorowym piśmie, którego już nie ma, miałam własną rubrykę, a potem współpracowałam z następnym, nie całkiem kobiecym, i tam omawiałam już całkiem inne tematy. Na rozmowie wstępnej z moją obecną naczelną powiedziałam wprost:

– Kulinaria to mi wyszły całkiem niechcący, naprawdę to ja gotuję słabo, ale mam wiele innych rzeczy w głowie! Na przykład wywiad z moim globtroterem. Jeden z najlepszych korespondentów. Proszę dać mi szansę!

– Przepraszam. Kulinaria niechcący?… Jak to: słabo?

– Wie pani, trzeba mieć tylko dobrą wyobraźnię, wyobrazić sobie kuchnię Ćwierczakiewiczowej i uważnie ją czytać. Podałam czytelniczkom wspaniały przepis na pasztet, ale go nie piekłam. Mając w ręku encyklopedię i znajomego globtrotera, można od biedy opisać Manhattan, nie mając nawet biletu do Stanów. Można…

– To trochę nieuczciwe.

– Zależy, jak na to spojrzeć. Pani wybaczy, że powołam się na pewną bohaterkę z czasów dzieciństwa. Ania Shirley była biedna, ale bogata szaloną wyobraźnią i literaturą, którą czytała. Nelson Mandela, siedząc w pierdlu… przepraszam, w więzieniu, też czerpał swoją wiedzę z marnych donosów i z literatury.

– Też coś! Proszę przedstawić mi na piśmie jeszcze jakieś inne propozycje, a wywiad z tym korespondentem doskonały, ale nie na nasze czasy.

– Dlaczego?

– Z jakiej bajki pani się urwała? Pracował w reżimie. Do zobaczenia za tydzień. Czekam!

No, to znajomością z Włodkiem nie mogłam się chwalić, ale czerpać z pogaduszek z nim? Czemu nie?

Przedstawiłam jej moje artykuły z poprzedniego pisma. Za każdym razem bohaterem był przedmiot i jego historia. Poznawanie ludzi, którzy umieli mi powiedzieć kilka słów, np. o radiu, odkurzaczu, oponie samochodowej. Dostałam szansę i to dało mi wielką znajomość różnych ludzi i swobodę w robieniu dokumentacji. Regina okazała mi wiele cierpliwości, wsparcia i doprawdy sporo jej zawdzięczam. Czuję się zawodowo zadowolona, dużo umiem. Zarabiam… odpowiednio.

A życiowo?

***

Do wysokich nie należę, sylwetkę mam daleką od figur modelek na wybiegu. Od dwudziestu lat na dietach, jak połowa kobiet na świecie. Figura typu „ósemka”, jak nasze gwiazdy sprzed lat, Kalina Jędrusik… Mam pupę, piersi, normalnie! Mogłabym być wyższa… Podobno babcia Lonia była malutka, a ktoś mi mówił, że „geny idą w co drugie pokolenie”. No jasne, bo mama wysoka, szczupła, ciotka Jadwiga, jej siostra, też, i ich brat, którego prawie nie znałam, Józef, także szczupak (wiem ze zdjęć). A ja chyba w tę babcię Lonię mało mi znaną. Może? Moje włosy… Kiedyś byłam mysioblond, mama mówiła „popielaty”, a ja uważałam, że nie ma takiego koloru. Dzisiaj się farbuję na „sarni brąz”. Z kilku różnych tubek idą do miseczki farby, żeby taki niby naturalny kolor osiągnąć, bo mój własny jest dziwaczny – sprana szmatka do kurzu.

Od trzydziestu lat jestem w związku z Mirkiem, lekarzem anestezjologiem. Małżeństwo… jak małżeństwo. Normalne. Z zapracowanym lekarzem, z nocnymi dyżurami mniej normalne, ale można się przyzwyczaić. Może nie była to jakaś szaleńcza miłość, ale związek oparty na wzajemnym zaufaniu i spokoju. Zawsze byłam z tego dumna, bo moje koleżanki miewały różne perturbacje małżeńskie, a my nie. Taki najzwyklejszy układ bez burz. Wiedziałam, że przystojni lekarze są narażeni na romansowe pielęgniareczki, samotne lekarki etc., a my wyjaśniliśmy to sobie na spokojnie. Mirek, że to idiotyzm żyć z wiecznymi podejrzeniami i że każdy chłop, jak będzie chciał, to i tak skoczy w bok, więc mam dwa wyjścia – albo się udręczać, jeśli lubię, albo dać sobie spokój i żyć normalnie.

– A jak coś ci się przydarzy? – spytałam na koniec tych naszych rozmów.

– A jak tobie? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

Pokusa

Nie mam pojęcia, czy Mirek miewał jakieś pokusy i czy z nich korzystał. Jeśli nawet, to nigdy o niczym się nie dowiadywałam z poczty pantoflowej. Odpuściłam, tym bardziej że nie czułam zazdrości. Kompletnie. Nawet gdy koleżanki mnie podpuszczały, że mam takiego przystojniaka – no bo niby się podobał, mimo że nie był wysoki – mnie to w ogóle nie spędzało snu z powiek. Na sylwestrach i imprezach towarzyskich szalałam na parkiecie z kim się dało, najchętniej z szefem Mirka albo jego kolegą chirurgiem, bo doskonale tańczyli, a on nic! Więc jemu chyba też zazdrość nie weszła do głowy. Koleżanki się dziwiły: „Nie jesteście zazdrośni?”. Nie. Wielokrotnie rozmawialiśmy o znanych nam z opowiadań zachowaniach zazdrośników – przeszukania kieszeni, biurek, śledzenie… „Taki ktoś musi się czuć strasznie niedowartościowany! Karzełek emocjonalny” – mawiał Mirek.

Moje uczucia były do niego zawsze stałe, ale niedefiniowalne. Nigdy nie padały szepty: „kocham cię”. No, raczej jak w Finlandii – oszczędnie. Tam podobno mąż mówi żonie przed ślubem, że ją kocha i dlatego chce ją poślubić, i ma jej to wystarczyć już do końca życia, bo po co ględzić po próżnicy? „Gdyby coś się zmieniło w tej kwestii, z pewnością cię poinformuję” – mówi Fin Fince.

Chociaż… Zdarzyło mi się być wystawioną na próbę. Raz, podczas wyjazdu szkoleniowego. Był z nami jakiś facet z centrali w Niemczech. Polak, ale tam osiadły. I coś się porobiło takiego między nami… Zaczęło się od spojrzeń. Rzucane zdawkowo podczas obiadu, a potem kolacji. Czułam wyraźnie, że jestem obiektem jego zainteresowania. Rozmawiał z kimś, a potem łowił mnie wzrokiem i uśmiechał się. Robiło mi się gorąco. Te spojrzenia i uśmiechy schlebiały mi. Dziewczyny komentowały jego urok, a ja czułam się wybranką. Spoglądał nienachalnie, dyskretnie, aż wreszcie gorącym wieczorem na tarasie podszedł i się przedstawił.

– Jestem Hans, ale mów mi Janek, w Polsce moje niemieckie imię budzi grozę albo śmiech.

Towarzystwo zabawiało się w najlepsze. My zeszliśmy kilka schodków niżej, nad jezioro. Do dzisiaj nie mam pojęcia, co się stało. Nastrój gorącej letniej nocy? Czy ja po długim okresie macierzyńskim, taka pszenno-buraczana mateczka Polka, wyrwałam się na to szkolenie i właśnie wracała do mnie moja kobiecość, chęć podobania się? Mirek jakby już nie zauważał we mnie kobiety. Rutyna nie sprzyja żarowi uczuć. Zaloty zamarły już dawno, zastąpiła je codzienność: „Odebrać Grześka?”, „Podaj sól”, „O której wracasz?”, „Wyniosę śmieci”. Takie rozmowy… a tu mężczyzna mówi do mnie w dawno zapomniany sposób, uśmiecha się, zsuwając okulary i patrząc jakby uważniej, śmieje się z moich żartów i znów przygląda z uśmiechem.

Senni nie byliśmy, knajpa nie interesowała nas w ogóle. Tafla jeziora jak szkło, cykanie świerszczy mącące ciszę i w oddali ta muzyka jak z innej planety. Siedzieliśmy na ławce koło wielkich krzaków, już na plaży, koło pomostu. Temat jakiś się zakończył i siedzieliśmy w ciszy, ja podwinęłam kolana, bo tak lubię. Hans – Janek przysunął się, wyjął mi z rąk pustą szklankę i pocałował, ale jak! Nie miałam ochoty protestować, choć czułam, że powinnam. Oczywiście on miał dla siebie swój domek i błagał, bym z nim poszła.

Nie poszłam. Nie dałabym rady wywrócić do góry nogami wszystkiego, co się nazywało moim światopoglądem. Ale doświadczyłam „wodzenia na pokuszenie”. O, bardzo chciałam! Nakręciłam się tym pocałunkiem jak wariatka. Pożycie małżeńskie z Mirkiem wystygło, pocałunki bez smaku jak zżuta guma, żadnego płomienia w spojrzeniach, słowach, w zachowaniu – nic… W łóżku, gdy był w miarę wypoczęty, okazywało się, że owszem, miałby ochotę, ale robił wszystko jak ze sztancy, dokładnie, identycznie – zawsze. Może ja nie byłam innowacyjna?

Może…

Wyobraźnia mnie rozpalała, bo Hans – Jasiek został pod powiekami, w myślach, ale… nie poddałam się chwili! Ha!

I tak, podczas rutynowych zbliżeń małżeńskich, wspomagałam się wyobraźnią o tym niespełnionym kochanku… Uważałam, że to norma i nie ma co narzekać. Żyjemy tak normalnie, higienicznie, bez szaleństw, że nam się żadne meandry nie przytrafią. I nie przytrafiły! Trzydzieści grzecznych, przewidywalnych, nudnych lat… Można byłoby powiedzieć: idealnie i po bożemu.

Nuda, nuda, nuda, ale i spokój!

Szczęściem nie musiałam się poświęcać dla miłości jak mama, która mając rozpoczętą karierę na SGGW, widok na awans i szacunek itp., pojechała z ojcem pod Otwock i została żoną sadownika, pracowała w miejscowym liceum i mówiła, że z tym jej dobrze. Nie wiem, czybym tak umiała. Kto się dzisiaj poświęca dla drugiej osoby w imię miłości? To niemodne i wręcz uważane za straszny błąd! Bo trzeba się realizować, spełniać swoje marzenia, a jeśli to jest w konflikcie z partnerem, partnerką, to kiszka i zazwyczaj rozpad. A moja mama tak to jakoś urządziła, że gdyby nie zachorowała, byłaby dzisiaj uroczą siwą staruszką, siedzącą w ojcowym sadzie na ławeczce i pilnującą, czy on ma na sobie kamizelkę, bo wieje. Robiłaby mi na drutach szal albo Tadziowi czapeczkę.

Moja cudowna zwyczajna mama

Moja mama Wanda Dróżdż, primo voto Barańska, była niegdyś wysoka, szczupła i malowała usta na cyklamenowo.

– Poproszę cyklamenową pomadkę do ust! – wołała w sklepie.

– Cyklamen mocniejszy czy bledszy? – pytała ekspedientka.

– Mocniejszy!

Mama miała ciemne włosy z trwałą ondulacją. Tak to się nazywało – ondulacja.

Żeby mieć takie loczki, mama musiała siedzieć u fryzjerki, pani Romy, w nakręconych na włosy drewnianych cienkich wałeczkach, i potem pani Roma robiła jej z tym różne rzeczy, a ja w tym czasie albo rysowałam, siedząc na parapecie, albo siadywałam koło pani Zuzy manikiurzystki i patrzyłam, jak robi innej pani paznokcie. I zawsze mi malowała jeden malutki paznokietek!

– Mamo, a czemu ja po prostu mam loczki, a ty musisz chodzić do pani Romy?

– Bo ty masz włoski po ojcu! Kręcą ci się same!

Na wielkie wyjścia, na przykład na wyjazd do Puław do babci Loni, mama robiła mi na głowie wielkiego loka, jak rurkę z kremem, i podpinała spinką, albo ogonki z wielkimi kokardami.

***

Opowiadała mi, że po wojnie wszystko się zachwiało i już nic nie wróciło na stare miejsca. Rodzina mamy – rodzice, ciotki, wujowie – zgromadzili się głównie koło Puław, częściowo koło Olsztyna, niektórzy pod Warszawą. Mama po wojnie ukończyła SGGW i dostała etat na uczelni, mieszkała w odnajmowanym pokoju, najpierw gdzieś na Wiśniowej, później krótko na Mokotowskiej, jak już ja byłam na świecie. Gdy mąż ją zostawił, pomieszkała jeszcze trochę na Ochocie i dostała mieszkanko na Saskiej Kępie.

Z tamtych lat pamiętam ją zapracowaną, skupioną i dzielną. Zajmowała się mną głównie Pela, ale w soboty i niedziele mama miała dla mnie czas. Sobotnie zajęcia na uczelni trwały krótko i jak tylko po obiedzie Pela szła do domu, wiedziałam, że zaraz mama wymyśli dla nas coś ciekawego. Zimą to było robienie ozdób choinkowych, latem wyprawy do ogrodu botanicznego albo do teatru kukiełkowego, wspólne lepienie z masy papierowej i potem malowanie tych naszych dzieł, rysowanie, czytanie… No i gadałyśmy bardzo dużo.

– Mamo, a czemu robimy te ozdoby na choinkę?

– Żeby choinka weselej wyglądała, Maniu. I żeby takie dzieci jak ty miały mądre zajęcie na zimowy wieczór! Zobacz, jak pięknie i równiutko kleisz ten koszyczek, a rok temu… O, patrz, tu mam ten zeszłoroczny – wyjęła zeszłoroczny mój wyrób.

– Ale okropny! – Natychmiast go zmięłam. – Zrobię ładniejszy!

– No widzisz. A ja teraz zrobię pajączka. Ale takiego innego niż zwykłe pająki!

– A jakiego?

– A takiego, jak robiono zawsze na wsiach, ze słomek i kolorowych pomponików z bibułki, ale mój będzie malutki, choinkowy. O, widzisz, potnę te słomki…

Spod rąk mamy wychodziły prawdziwe cudeńka. Z wydmuszki zrobiła zająca i wiewiórkę! Jajo było ładnie pomalowane i polakierowane, miało doklejone łapki i nosek, i uszy. Przeżył ten zwierzyniec chowany w specjalne pudełeczka chyba z piętnaście lat! Nie mówiąc już o muchomorach, których kapelusze to były jakby pompony zwijane misternie na bardzo długim graficie od ołówka i naklejane na tekturowe kółko. Te zabawy uczyły mnie cierpliwości i dokładności, bo mama była cierpliwa, łagodna, ale wymagająca.

– Maniu, nieładnie to sklejone!

– Oj, mamo!

– No co? Takie odfajkowane ma być? Pokażesz to za kilka lat swojej córeczce, a ona się będzie śmiać…

– Nie będę miała córeczki!

– A to czemu?

– Bo tak… Jestem za mała!

– Ale urośniesz i też kiedyś będziesz mamą, i będziesz córeczkę uczyła różnych rzeczy!

– Ale teraz jestem mała i… nie umiem!

– Umiesz! Daj łapkę. Ooo, widzisz, jak posmarujesz klejem tak cieniutko, to będzie ładniej. Potrzymaj tu paluszkiem.

Przez wiele lat miałam to wielkie pudło naszych ozdób i przez wiele, wiele lat na naszej choince wisiały tylko trzy bombki, reszta to były ozdoby robione z moją mamą.

– Mamo, a czemu u nas nie ma więcej bombek, tylko zabawki?

– Bo dzięki temu nasza choinka jest wyjątkowa! Bombki łatwo kupić i łatwo stłuc, a takich ozdób jak nasze nie ma na calutkim świecie. Są jedyne!

Była bardzo uzdolniona plastycznie i pomysłowa. Piękną biżuterię robiła sobie sama z kawałeczków drewna, kamieni, kleju i lakieru. Drewno znajdowałyśmy na wiślanych plażach podczas niedzielnych spacerów. Jakieś kawałki rozmokłych i wysuszonych korzeni, gałęzi. Znajdowałam, przynosiłam jej, a ona oglądała i widziała coś w kawałku albo nie.

– O, jaki ładny! Pokręcony, może to kawałek wiśni? Zobacz, Marianko, jak się tu upiłuje, to będzie piękna brosza albo wisior.

– Albo zapinka do włosów – mówiłam poważnie, bo już wiedziałam, co mama z tym zrobi.

Nad Wisłą w niedzielne letnie dni mama leżała pod krzakiem wierzby w kostiumie i okularach słonecznych i opalała się, a ja, nauczona już, jak mam to robić, zbierałam do kosza skarby. Najważniejsze po drewnie były śliczne kamyczki. Zdarzały mi się prawdziwe skarby! Wielokolorowe, pasiaste jak zebra, płaskie jak pieniążek albo całkiem owalne jak pigułki. Z pełnym koszem wracałyśmy spacerem do domu. Potem po obiedzie ja szłam na podwórko albo bawiłam się lalką i małpą, a mama przebierała raz jeszcze znaleziska. Zdarzało się, że śliczny mokry kamień był piękny, a po wyschnięciu – byle jaki…

Czasem jeździłam z mamą na ciuchy koło Dworca Wschodniego, a mama wyszukiwała tam jakieś szmatki i drobiazgi. Szmatki przerabiała na modne rzeczy dla siebie i dla mnie, a drobiazgi bywały za jakiś czas wykorzystane do robienia tej jej biżuterii.

Jesienią, gdy przychodziły słotne i zimne wieczory, mama wyjmowała kosz i siadała przy stole, z lampą świecącą mocno na jej dłonie. Siadywałam obok, podwijając kolana pod siebie, i gapiłam się jak zaczarowana na to, co robi.

Umiała opiłować i wymodelować kawałek drewienka z wielkim okiem po sęku, wkleić w to oko mały kamień albo piękny guzik z masy perłowej z bazaru, doczepiała uszko albo metalowy zaczep oderwany ze starej klamry i lakierowała. Później te jej wyroby dostawały jakieś koleżanki na imieniny czy urodziny.

Ona w tamtych czasach musiała sama sobie wystarczyć. Byłyśmy same, bo dziadkowie i ciotki daleko i bardzo rzadko się widywaliśmy. Dużo pracowała i w domu też ślęczała nad jakimiś papierami, klasówkami…

Kiedy nastał w jej i moim życiu Michał, stała się pogodniejsza, bo mniej pracowała. Częściej się śmiała, ja zresztą też.

***

Przeprowadzka pod Otwock ją przerażała. Mnie może nie aż tak, ale rozumiałam dobrze spadek jej nastroju. Mnie też ciężko było rozstawać się z Pelą, obeznanymi kątami, szkołą i koleżankami. Mama musiała przewartościować całe swoje życie, zrezygnować na dobre z pomysłu powrotu na uczelnię i dostosować się do całkiem nieznanych sobie warunków.

– Michał, nie wiem, czy sobie poradzę! Jestem z miasta! – mówiła. – Wieś znam tylko z Chłopów Reymonta!

– Wandeczko, to jest wieś, ale podwarszawska, i ja się będę zajmował gospodarstwem, a ty tylko się uśmiechaj, kochaj nas i już!

– Łatwo ci mówić. Ja się nawet kota boję… Kury śmierdzą, i to błoto…

– Na błoto najlepsze kalosze, poza tym z tym błotem to nieprawda, jest tylko jesienią po deszczach, podłoże jest piaszczyste! Zobacz, teraz jest pięknie! Świder płynie zakolami, są łąki, laski, będzie sad i ogród. Będziecie tu szczęśliwe, tylko mi zaufaj! Obiecuję, że nie będzie żadnych kur!

– A ja chcę kota! – wołałam ze swojego kąta.

– Masz ci los – wzdychała mama. – Dwoje na jednego!

Wiem, że złożyła swoje życie zawodowe w ofierze Michałowi. Przenosiła się do Woli Karczewskiej koło Otwocka z musu i dlatego, że ktoś musiał ustąpić. Początkowo była nieszczęśliwa, ale postanowiła jakoś to ogarnąć. Mus to mus.

– Znajdźmy w tym, Maniu, jakieś plusy… – mówiła ni to do siebie, ni to do mnie.

– Ja bym chciała kota… – mękoliłam krótko, bo zaraz wysłano mnie do Garbatki, do ciotki Jadwigi.

W tym czasie mama zabrała się ostro do pomocy ojcu w dostosowaniu wiejskiej chałupy do życia. Wiem to z późniejszych opowiadań mamy i wujka Gienia. Nade wszystko łazienka! Bo tam nie było ani łazienki, ani nawet porządnego kibelka. Była ohydna sławojka w podwórku.

Wujek Gieniu wziął wolne na cały miesiąc i zabrali się do pracy. Wtedy zdarzyła się taka rzecz, że ojciec, wspominając ją, zawsze się wzrusza.

Podobno, gdy zaczęli wynosić na podwórko śmieci, graty i palić je, jak rozwalali stary piec, a wujek Gieniu wywoził taczką cegły na kupę, to pod koniec dnia pojawił się Kobyliński z ciężarną żoną. Byli w wieku rodziców, mieszkali opodal, za zakrętem ścieżki. Weszli na podwórko. Kobylińska z wielkim saganem w rękach, a Kobyliński z kanką. Zdjął czapkę i powiedział:

– Dzień dobry! Widzim z żono nowych sąsiadów?

– A tak! Jestem Michał, syn Drożdżów.

– No, to wiem, ale tu państwo tak caluśki dzień pracujo, piec rozwalili, to myślim z żono, że i zupy nie majo gdzie ugotować. To proszę, grochówka jak we wojsku i kanka mleka. A tu chleb jest.

Mama aż usiadła z wrażenia, tata zaniemówił i tylko wujek Gieniu odebrał kankę, sagan zupy postawił na skrzynce i mówi:

– No, to z serca dziękujemy! Ale państwa tak szybko nie puścimy! Proszę, siądźmy razem, a ja tu zaraz… – i pobiegł do samochodu. Wrócił, niosąc kilka butelek piwa.

– Chciałem na wieczór, jak skończymy, ale do grochówki piwko będzie lepsze niż mleko!

Tak właśnie zaczęła się dozgonna przyjaźń ojca z Kobylińskim. Żona Kobylińskiego jakoś nie zaprzyjaźniła się głęboko z mamą, bo miała na to za mało czasu. W domu miała starych teściów, nowe dzieci, i w ogóle była bardzo zajęta, nadto z mamą, wykształconą warszawianką, jakoś się jej nie układało.

Za to ojciec i Kobyliński pozostają w wielkiej zażyłości do dzisiaj.

Całe lato, gdy ja byłam w Garbatce u ciotki, mama pomagała ojcu, wujkowi i Kobylińskiemu w dostosowaniu domu do warunków odpowiadających mamie i mnie. Nie było to łatwe, zważywszy na problemy z zaopatrzeniem i ogólny brak w sklepach czegokolwiek, ale dwie łazienki powstały, jedna po jednej, druga po drugiej stronie korytarzyka. I mój pokój właśnie koło tej drugiej, i dalej pusty, niewykończony jeszcze jeden pokój. Długo tak stał.

Kuchnię i nowy komin wymurował teść Kobylińskiego, który przyjechał spod Łomży i był dobrym zdunem. Postawił także piec w moim pokoju, bo bardzo długo nie mieliśmy centralnego. Był zrobiony z brzydkich kafli w różnych kolorach, ale kupionych za grosze, z rozbiórki, i nie było co narzekać. Najważniejsze, że długo trzymał ciepło. Za to mój pokój był piękny, choć dość skromny. Mój własny! Mama namalowała na ścianach obrazki i uszyła mi kolorowe zasłonki z materiału w kwiaty. Pomalowała też stare meble tak, że wyszły jak nowe. Tata z wujkiem zbili regał i postawili przy nim biurko.

Z kuchni wchodziło się do pokoju gościnnego. Rodzice zrobili duże przejście i był to taki „kuchniopokój”. Z niego wejście do sypialni rodziców. Gdy wróciłam z wakacji, doprawdy oniemiałam. Starą parterową ruderę rodziców Michała przemienili w przytulny dom! Piętrowy!

Na grządce za domem tatko wysiał mamie koper i szczypior, żeby miała pod ręką, a później co roku siał mamie marchew, pietruszkę, seler i pory, sadził pomidory i ogórki, sałatę i kapustę. Nie ma to jak świeże i własne!

Po roku tatko z Kobylińskim dobudował do drzwi wejściowych drewnianą werandę i pokazał mamie, gdzie mogłaby zasadzić sobie kwiaty – pod płotem po bokach i od frontu, bo całe podwórko tatko obsadził drzewkami. Kiedy znów po roku pod tą siatką wzeszły peonie od Kobylińskiej, liliowce i niezapominajki, margerytki, łubin, mama poczuła w sobie nowe siły i znalazła nową pasję! Ogród! Zaczęła też pracę w otwockiej szkole, polubiła nasze nowe życie i znów zaczęła uśmiechać się szeroko i często. Ja bardzo szybko oswoiłam się z nowym miejscem i nowym życiem, a chociaż kokosów nie zbijaliśmy, było dobrze.

***

Myślę, że rodzice przetrwali ten ciężki czas, bo bardzo się kochali. Ojciec miał wielką i ślepą wiarę w sukces swojego przedsięwzięcia, a mama, przerażona tym wszystkim, usiłowała wierzyć ojcu, że „będzie dobrze”. Pokonali trudny czas bez wzajemnego oskarżania się, a byłoby o co.

Tatko bywał duchem nieobecny, kompletnie pochłonięty przebudową domu, magazynu i w ogóle swojego gospodarstwa. Nic go poza tym nie interesowało, bo wieczorem padał ze zmęczenia. Mama chowała dyskretnie do kieszeni swoje frustracje, żeby nie dokładać mu kłopotów, bo i tak miał ich bez liku. Wiem, że pierwszego roku chodziła na samotne spacery nad Świder i tam chyba wypłakiwała swoje żale, aż do chwili, gdy się jej nie „odwróciło”, to znaczy do chwili, gdy posadzone do ziemi kłącza peonii, bulwy liliowców i nasiona niezapominajek i innego kwiecia obrodziły wiosną kolorowo.

Kiedy wsypała do rosołu pierwszą naszą własną natkę pietruszki, kiedy brzydki i zaniedbany dom zamienili własnymi rękoma w swoje gniazdo, uwierzyła, że będziemy tu szczęśliwi.

Mama opowiadała mi, jak to wujek Gieniu pierwszy raz puścił wodę do rur i mama mogła zrobić siusiu we własnej łazience, jak uradowana myła ręce w kuchennym zlewie, a nie w miednicy, jak po zamontowaniu rurowych nagrzewnic w piecu kuchennym w kranie miała do zmywania gorącą wodę!

– Tak naprawdę, Maniu, będąc mieszczką, nie myślałam o tym, w jakich luksusach żyjemy.

– A teraz mamy własne kwiatki i warzywa, sad i… w ogóle! – wymądrzałam się, bo byłam adwokatem taty. Ja szybciej zobaczyłam i poczułam, że to nasze nowe życie jest lepsze i ciekawsze, mimo że do szkoły miałam dalej.

– Wiesz, ile razy musiałam w trakcie remontu iść „za obórkę”, tyle razy klęłam w duchu i nawet płakałam. Ale jakbym się uparła, że zostajemy w mieście, to tata byłby już do końca życia nieszczęśliwy!

– A ty, mamo? Ciągle jesteś nieszczęśliwa?

– Ach! Już nie… Ubi tu Kajus, ibi ego Kaja. To po łacinie, że jak się już zwiążesz z drugim człowiekiem, na dobre i na złe, to znaczy, że chcecie być zawsze razem!

– I teraz już chcesz?

– No przecież widzisz! Włóż kalosze, pójdziemy na jagody, co?

– I będą pierogi?

Szłyśmy z mamą do pobliskiego lasu po jagody, ale zazwyczaj już były nieźle podskubane, do zagajnika po maślaki, bo tatko uwielbiał duszone, albo po prostu szłyśmy na spacer wzdłuż Świdra. Mama gwizdała różne melodie, rozmawiałyśmy…

***

Nie pamiętam, kiedy miała pierwszy atak. Bywało, że bolała ją głowa, ale mówiła, że to na zmianę pogody, brała tabletkę. Z czasem jednak bóle były coraz silniejsze.

Kiedy zdałam do liceum, to bywały takie ataki bólu, że zdecydowali się na gruntowne badania. Szpital jeden, drugi, i nic, chodzili po profesorach i nawet badano ją w Instytucie Medycyny Lotniczej. Jedna z lekarek powiedziała jej w zaufaniu, że podobno pomagają na to srebrne, ciężkie kolczyki, że to rodzaj akupresury, ale żeby nie zdradziła jej, bo to jednak zabobon.

Mama przekłuła uszy i powiesiła sobie te kolczyki i ze cztery miesiące był spokój, ale bóle wróciły. Jeździła z ojcem do lekarza Rosjanina, który leczył ją akupunkturą. Nic. Bała się tych napadów. Były tak silne, że prawie mdlała. Leżała nieruchomo w zaciemnionym pokoju i strasznie cierpiała, a ojciec przeżywał męki, nie wiedząc już, jak jej pomóc. Ja też cierpiałam, byłam smutna, żal było mi mamy i byłam pewna, że lekarze coś ominęli! Marzyłam o jakimś cudzie, ale on nie nastąpił.

***

Musiała zrezygnować z pracy. Na szczęście gospodarstwo ruszyło i dawało pieniądze, więc tato bardzo się ucieszył, że będzie ją miał w domu cały czas. Ja już wtedy pomieszkiwałam w Warszawie jako licealistka. W domu bywałam w soboty i niedziele.

Mama odpływała od nas powoli. Była cichsza, często jeździła do ciotki Jadwigi, uśmiechała się przez łzy. Tatko ją tulił i zapewniał o tym, że jest jego jedyną miłością na świecie, ale i to nie sprawiło cudu.

***

Tęsknię za nią bardzo. Dopiero teraz, kiedy sama jestem w wieku… dojrzałym. Właśnie teraz na wspomnienie jej spojrzenia pełnego miłości chciałabym ją objąć jak ojciec i mówić, mówić, jak bardzo ją kochałam! Ale jej już nie ma!

Realia, czyli kocham moje warszawskie mieszkanie!

Czy ktokolwiek z nas zastanawia się, jaki byłby, gdyby spotkał w życiu innych ludzi? Gdyby zamiast „tak” powiedział „nie” albo zamilkł. Efekt motyla? Gdybym nie wynajęła pokoju… Ach, takie gdybanie. A jak jest naprawdę?

Naprawdę jest lipiec, końcówka. Piękna pora roku! Bardzo ją lubię. Wracam ze spotkania w nowej restauracji na Krakowskim Przedmieściu i myślę o tym, że chyba zakończę już etap moich kulinariów w prasie i w wydawnictwie, bo zwyczajnie się wypaliłam, mam dość. Na razie muszę to przemyśleć. Mam nowy, świetny pomysł, ale… nic na wariata! Spokojnie się zastanowię i wtedy dopiero wystrzelę.

Jadę samochodem przez most Poniatowskiego do domu, myślę, konstruuję ten swój nowy plan. Zjeżdżam w Zwycięzców, mijam liceum Prusa, sklepiki, uliczki.

Saska Kępa była zawsze jak małe miasteczko. Kiedy miałam jakieś dwanaście lat, wyprowadziliśmy się z niej pod Otwock. Jednak mieszkanie na Niekłańskiej zachowaliśmy. Kiedy zaczęłam chodzić do liceum Dąbrowskiego w Warszawie, najpierw tata dowoził mnie samochodem, a na osiemnastkę dostałam klucze od warszawskiego mieszkania matki! Gdy zdałam na studia, rodzice zamienili mi to mieszkanie na niewiele większe na Zwycięzców. Tam się urodził nasz syn Grześ, na którego mówiliśmy Pan Grzegorek. Tu dokupiliśmy mieszkanie obok, po pani Mieci, i teraz mamy naprawdę duży, ładny apartament. Jakoś nigdy mnie nie ciągnęło do willi. Mirka też nie.

Dzisiaj to mnie ta moja dzielnica złości, bo się bardzo zmieniła i nie ma już tego małomiasteczkowego klimaciku, ale nie ma co narzekać. Kiedy pójdę na spacer między nasze saskokępskie stare domy, w ciasne uliczki willowej dzielnicy, jest tak samo intymnie jak w willowej części Mokotowa i Żoliborza. Dobrze, że takie miejsca jeszcze są, bo jakoś w nowych dzielnicach kompletnie nie potrafię się odnaleźć. Kiedy na przykład jestem w okolicach Kaniowskiej, Czarnieckiego, to sobie idę spacerkiem, mimo że tam nie mieszkam, i tak mi dobrze, spokojnie, a na Gocławiu między wielkimi blokami wpadam w nerwówkę. To samo przeżywam w wielkich sypialniach na Ursynowie czy Bemowie.

Dziś patrzę czule na stare kamienice na Ochocie, na Pradze, której się kiedyś bałam. W nowych osiedlach czuję się zagubiona.