Lilka i wielka afera - Magdalena Witkiewicz - ebook
Opis

Druga część niesamowitych i zabawnych przygód Lilki. Czy tym razem wymarzone wakacje nad jeziorem u ciotki Franki będą beztroskie? Wszystko wskazuje na to, że tak… dopóki nie pojawią się tajemniczy poważni panowie w garniturach i równie podejrzany Johnny...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 148

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ilustrowała: JOANNA ZAGNER-KOŁAT
Korekty i łamanie: AGATA MOŚCICKA, biały-ogród.pl
Projekt okładki i strony tytułowej: JOANNA ZAGNER-KOŁAT
© Copyright for text by Magdalena Witkiewicz, 2014 © Copyright for illustrations by Joanna Zagner-Kołat, 2014 © Copyright for this edition by Od Deski Do Deski, Warszawa 2017
Wydanie I
ISBN 978-83-65157-58-4
Wydawnictwo OD DESKI DO DESKI Sp. z o.o. ul. Puławska 174/11, 02-670 Warszawaoddeskidodeski.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.
.
Czytelniku, korzystaj legalnie! Nad książką ciężko pracował autor i wiele innych osób. Uszanuj ich trud i korzystaj z książki w legalny sposób. Dzięki temu będziemy mogli sobie pozwolić, by przygotować dla Ciebie kolejne znakomite lektury.

Liliance i Matewce – moim spełnionym marzeniom.

Kocham Was.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

O TYM, JAK NIEPOSTRZEŻENIE NADESZŁO LATO, A MY JAK ZWYKLE PLANOWALIŚMY WAKACJE

– No i nawet się człowiek nie spostrzegł, a już mamy lato – oświadczył tata, gdy w pierwszy dzień wakacji, który był sobotą, w piżamach jedliśmy śniadanie.

Niby zawsze w soboty możemy w piżamie jeść śniadanie, ale ten dzień był szczególny. Pierwszy dzień wakacji – marzyliśmy o nim od dawna. Wkurzające było to codzienne wstawanie po szóstej. Teraz wiedzieliśmy, że przez kolejne dwa miesiące nie trzeba będzie nic robić. Ani dodawać, ani odejmować, ani – jak mawia Matewka – rysować tych głupich szlaczków. Moja siostra Wiktoria twierdzi, że pani w przedszkolu Matewkę tymi szlaczkami katowała. Czytać chłopak umie, ale szlaczki w jego wykonaniu nie przypominają niczego. Wiktoria jest już prawie dorosła, to na pewno wie, co mówi. Ona już potrafi doskonale dodawać i odejmować, więc czasem się zastanawiam, czego jeszcze się w tej szkole uczy. Babcia raz powiedziała, że tak gada, jakby wszystkie rozumy pozjadała. No a skoro je zjadła, to musiała stać się bardzo, bardzo mądra, prawda? Chociaż o jedzenie bardziej bym podejrzewała mojego brata, który pochłania wszystko w ilościach zastraszających, a wcale nie jest tak mądry jak Wiktoria. Nie jest nawet tak mądry jak ja, bo ja zdałam już do trzeciej klasy, a on dopiero pójdzie do pierwszej. I te szlaczki kulawo mu wychodzą.

Mieliśmy zatem odpocząć od wszelakich szlaczków, „ó” z kreską i „ch”. Po całym roku w szkole bardzo czekałam na te dni. A już w poniedziałek mieliśmy jechać z tatą do naszego raju na ziemi: do ciotki Franki do Amalki.

Strasznie się jednak z Matewką baliśmy, że Wiktoria znowu wywinie nam jakiś numer i nie pojedziemy. W zeszłym roku zwichnęła nogę i zamiast na Kaszuby musieliśmy jechać do Jastarni. Bardzo nie chcieliśmy. Teraz uważamy, że było całkiem fajnie, no ale bez przesady. Jedne takie wakacje w życiu wystarczą. Co za dużo, to niezdrowo, prawda?

Oczywiście były też inne plany, jak co roku, ale spełzły na niczym.

– Musimy się zastanowić, co z wakacjami – powiedziała mama jakieś dwa miesiące wcześniej.

Tata zmarszczył brwi. Zawsze tak pokazuje, że się zastanawia.

– Ale, ale... Przecież oni dopiero co wrócili z wakacji!

Nasz tata jest bardzo zapracowany i miesza mu się dzień z nocą, sobota z poniedziałkiem oraz pory roku. Tak mówi mama, ale tylko gdy się na niego wkurza. Teraz wcale nie chciała się wkurzać, tylko po prostu podjąć decyzję co do wakacji. Zawsze robimy to wspólnie, co wygląda tak, że siadamy przy stole, mama coś mówi, a wszyscy się na to zgadzają. Czasem tata jęczy, ale tylko wtedy, gdy plany mamy wydają mu się zabójczo drogie. Tak właśnie mówi: „Rybko, to jest zabójczo drogie”. No więc mama znowu siedzi trzy dni w internecie i szuka czegoś innego. Potem znowu siadamy wspólnie do stołu, mama opowiada, a tata swoje. Koniec końców, zawsze lądujemy u ciotki Franki w Amalce. No, prawie zawsze.

Ale nie o tym chciałam. Tata wciąż narzeka, że ledwo co wrócimy z wakacji, a mama myśli o następnych, i że oni nie po to zarabiają pieniądze ciężką pracą, by trwonić je na uciechy.

Ciężką pracą? Phi! Mama siedzi cały czas przed komputerem i pije kawę oraz je ciastka, i tylko narzeka, że jej pupa rośnie. Tata to samo. Poza tym jeszcze chodzi po budowach ubrany w taki fajny żółty hełm. Albo kask. Zapomniałam, jak to się nazywa, ale wiem, że mój młodszy brat Matewka strasznie by chciał mieć taką robotę, bo lubi wszelakie koparki, betoniarki i spychacze. I też czasem nosi kask w domu. Mama jest nawet zadowolona, bo bez niego sobie ciągle nabija siniaki i guzy. Nie to co ja.

Ale wracając do wakacji, tym razem mama zaproponowała wyjazd gdzie? No jasne. Do Amalki.

Wiktoria na tę wiadomość się rozpłakała, bo wymarzyła sobie obóz teatralno-taneczny i już od miesiąca podrzucała mamie ulotki z roztańczoną parą w wodzie. Mama ją zignorowała i dodała jeszcze, że pojedzie z nami też ciocia Agatka z Antosiem i Stasiem. Na to Wiki już całkiem rozpłynęła się we łzach i zaczęła jęczeć.

– Całe życie z bachorami! – chlipała.

Że niby bachory to my. Też sobie wymyśliła!

Na to tata się nad Wiki zlitował i powiedział, że fundnie jej ten wyjazd, tylko potrzebuje chwili spokoju, bo nie słyszy swoich myśli. Dziwne, ja też nie słyszę, nawet wtedy gdy jest zupełnie cicho. No i jak tylko tata to powiedział, Wiki od razu uwiesiła mu się na szyi, a mama się uśmiechnęła w taki sposób, jakby to wszystko sobie z góry zaplanowała.

Strasznie mądra jest ta nasza mama. Wie, jak postępować z mężczyznami. Muszę się tego od niej nauczyć, bo na razie mam z tym problemy. Czasem mi się udaje z Matewką, ale taki mężczyzna się nie liczy, bo to brat.

– Dobra, kochani. To Wiki pojedzie na obóz, a wy do ciotki Franki – postanowiła mama. – Będzie wesoło. Jak już mówiłam, przyjadą też ciocia Agatka, Staś i Antoś.

Ciocia Agatka w gruncie rzeczy nie jest naszą ciocią, tylko tak na nią mówimy. Ale w naszej rodzinie to normalne, że nic nie jest takie, jakie się wydaje. Ciocia Agatka to koleżanka ciotki Franki jeszcze ze szkoły, a ponieważ już tę szkołę skończyły, to nie mają okazji do spotykania się i dlatego spędzają razem wakacje. A że ciocia Agatka nie znosi rozłąki z dziećmi, to wszędzie z nimi jeździ. Te dzieci też są nierozłączne. Nazywają się Staś i Antoś. Nawet nie umiem o nich myśleć oddzielnie.

Staś i Antoś to osobny rozdział (lubię tak mówić, odkąd poznałam w Jastarni prawdziwego pisarza). Przede wszystkim są bliźniakami i w ogóle nie można ich odróżnić. Podobno cioci Agacie czasami się udaje, ale tylko wtedy, gdy jeden ma katar, a drugi nie. Bo są naprawdę identyczni. Swoją drogą przydałby się sposób, by ich od siebie odróżnić, bo inaczej wakacje będą torturą. (Ładne słowo, prawda?).

Kiedyś, dawno temu już byliśmy z nimi w Amalce. Ale chyba cioci Agacie się tam nie podobało, bo wmówiła Stasiowi chorobę. Kaszlał i płakał. Mnie się wydaje, że specjalnie. Ciocia chciała od razu wracać do domu, jednak mama wymyśliła, że pojadą do lekarza do Sulęczyna. W ośrodku zdrowia Staś dostał antybiotyk i już ciocia nie miała wymówki, żeby wyjechać.

Skoro jedna wymówka jej się skończyła, to sama zachorowała. Też pewnie specjalnie. Podobno całą noc nie spała, bo ją plecy bolały. A potem się okazało, że ma kamienie. Tylko już nie pamiętam, gdzie je trzymała. W jakimś woreczku chyba. I rzeczywiście wujek przyjechał i ich zabrał. Ciocia dopięła swego, chociaż każdy musiał zauważyć, że intryga jest grubymi nićmi szyta. W końcu po coś spała na tych kamieniach, nie?

Zupełnie nie wiedziałam, dlaczego nie chciała z nami wtedy spędzić wakacji, i nie miałam pojęcia, co wymyśli teraz. Podejrzewałam jednak, że nic nie wyjdzie z tego wspólnego lata, bo przecież ciocia mogła znowu ukryć te kamienie w jakimś woreczku albo w ogóle gdziekolwiek. No, ale nie powiedziałam tego mamie, bo byłoby jej przykro. Zresztą pomyślałam, że może uda nam się znaleźć te kamienie i je głęboko schować.

W ogóle ten rok był rokiem przełomowym. Wiki tak mówi: rok przełomowy. Ładnie. Ja skończyłam drugą klasę. W drugiej klasie uczyliśmy się prawie tego samego, co w pierwszej. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Wszystko było takie samo, tylko Julka złamała rękę i musiała chodzić w gipsie. Okropnie jej zazdrościliśmy, bo na tym gipsie dawało się pisać i rysować. Ja zaczęłam chodzić do biblioteki. Tak na poważnie. Nie żeby wcześniej było niepoważnie albo śmiesznie, ale zaczęłam wypożyczać grube książki i je czytać. Mama stwierdziła, że je pochłaniam. Odkąd przeczytałam Mary Poppins, wydaje mi się, że ona znowu zeszła na ziemię, tylko do naszej klasy. Kiedyś padał deszcz i nasza nauczycielka szła z parasolem. Pomyślałam, że zaraz odleci, i puściłam się biegiem, by ją zatrzymać, ale wsiadła do samochodu i odjechała. Na szczęście następnego dnia wróciła. Bardzo ją wszyscy lubimy. Mama mówi, że jest najlepsza w całej szkole. Trudno, by Mary Poppins nie była najlepsza, prawda?

Ku zmartwieniu mamy wcale nie uczę się najlepiej. Oczywiście mam swoje ulubione zajęcia, ale nie jestem najlepsza z wszystkiego. Mama się dziwi, bo ona zawsze była najlepsza z wszystkiego. Oprócz wuefu. Ja tam z wuefu jestem całkiem dobra. Nawet próbujemy z dziewczynami robić szpagat i prawie nam wychodzi. No, ale chyba przez to, że nie jestem najlepszą z najlepszych, dziadek ciągle mnie pyta: „Czy udało ci się przejść do kolejnej klasy, moje dziecko?”. No jasne, że się udało. Zawsze się udaje. Dziadek jednak twierdzi, że nie zawsze i nie wszystkim. No cóż, może gdybym była najgorszą z najgorszych, to rzeczywiście nie przeszłabym do następnej klasy. Dziadek na wszystkim się zna, bo chodził do bardzo dobrej szkoły podstawowej. Tak przynajmniej mówi. I wszystko umie. I ma brodę. Matewka myśli, że to dzięki tej brodzie jest taki mądry. Ja chciałabym być mądra, ale bez brody, więc twierdzę, że mój brat się myli.

Matewka skończył zerówkę w przedszkolu. Mama cały rok się zastanawiała, czy go wcześniej puścić do szkoły, czy nie. Tata z kolei cały rok twierdził, że ma mądrego syna i ów syn nie będzie kiblował w zerówce.

Nie wiedzieliśmy – Matewka i ja – co to znaczy kiblować. Wiki nam wytłumaczyła, że wcale nie chodzi o siedzenie w toalecie, tylko o to, że jak ktoś się nie uczy, to musi się potem uczyć drugi raz tego samego. Matewka zaczął ryczeć, że on nie chce drugi raz tego samego i że jak jeszcze raz zaczną go uczyć literek, to zwariuje. Wziął Raphacholina i zamknął się w pokoju. Powiedział, że w ramach protestu będą siedzieć zamknięci cały tydzień.

Mama w ogóle się nie zdenerwowała, bo wiedziała, że prędzej czy później Matewka zgłodnieje. No i oczywiście Raphacholin również. On je tak dużo, że mama czasem się zastanawia, jak tyle jedzenia się mieści w takim małym kocie.

No, ale Raphacholin wcale nie jest już taki mały. Jest już całkiem duży. I śpi z Matewką. Gdy mój brat za długo wieczorem czyta albo coś rysuje, jedynie kot potrafi go nakłonić do spania. Przychodzi, siada na łóżku i mówi:

– Miau?

Matewka udaje, że tego nie słyszy, ale zaraz potem jest kolejne:

– Miau, miau?

Wtedy już mój brat nie ma wyjścia i idą spać. Fajnie jest mieć kota. Też sobie jakiegoś przygarnę. Jeszcze o tym mamie nie mówiłam, ale nasza mama ma dobre serce i wszystkie bidy nakarmi i przygarnie. Tak mówi o niej ciotka Jadźka. Wyobrażacie sobie, że my teraz do ciotki Jadźki nawet dzwonimy? Tak po prostu, pogadać. O wszystkim i o niczym. Kiedyś to byłoby nie do pomyślenia, unikaliśmy jej jak ognia...

Oczywiście dzwonimy do ciotki w tym czasie, gdy Wiki nie dzwoni do Wojtusia. Albo on do niej. Udręka z tymi miłościami. Ale o tym wiem od zawsze. Ja tam jeszcze nie jestem zakochana.

ROZDZIAŁ DRUGI

O TYM, JAK WIKI POJECHAŁA NA OBÓZ, A MY WYRUSZYLIŚMY W PODRÓŻ DO AMALKI (BY NAS KSZTAŁCIŁA)

Nie rozumiem, jak to się dzieje, że ludzie się w sobie zakochują. Raz się jest zakochanym w tym, potem w innym. A potem nagle się człowiek odkochuje. Tylko Wiki trwa przy swoim uczuciu, ale tata mówi, że z młodymi to różnie bywa. I twierdzi, że jak któraś z nas się naprawdę zakocha, to on „delikwenta pogoni”. A dlaczego miałby pogonić? Przecież miłość jest po to, by żyć długo i szczęśliwie. O to w życiu chodzi, prawda?

Ale ja chciałam nie o Wiki, tylko o miłości ciotki Franki. W zeszłym roku, jak wreszcie do niej pojechaliśmy, była bardzo smutna, bo ją porzucił ukochany. Okropnie chcieliśmy, by się zakochała w naszym nowym znajomym, policjancie z Juraty, ale niestety nie chciała. Nie wiem dlaczego. On też chyba nie wiedział dlaczego, bo wyjechał z tej Amalki, potem nas jeszcze raz odwiedził, jednak jak to powiedziała Wiktoria, „nie zaiskrzyło”. Nie wiem, po co miałoby iskrzyć, z iskrzenia to pożar wychodzi, ale podobno w miłości musi iskrzyć. Bo inaczej nic z tego. Ja nic nie rozumiem. Skomplikowane to dorosłe życie, dobrze, że mnie to na razie nie dotyczy. W nikim nie muszę się kochać, mam na to czas. A ciotka Franka już nie ma czasu. Słyszałam, jak mama mówiła to tacie.

– Wiesz, Franka nie ma już czasu. Lata lecą.

– Ryba, przestań, przecież ona jest dopiero po trzydziestce!

– Nie dopiero, nie dopiero, Zdzichu. Zegar biologiczny głośno tyka. I za nic w świecie nie chce się zatrzymać.

– No, pewnie masz rację. – Tata się zasępił. – To może i dobrze, że ona tego Johnny’ego wyhaczyła?

– Zobaczymy. Wiesz, taka miłość na odległość to trudna sprawa. Franka wzdycha, ciągle siedzi przy komputerze i z nim gada. Nie wiem, kiedy oni mają czas pracować. Ten się zajmuje nieboszczykami, a ta niby habilitację robi... Czarno to widzę. Jak pojedziemy z dzieciakami do Amalki, to lepiej z nią pogadaj.

Właśnie wtedy dowiedzieliśmy się, że ciotka ma nowego narzeczonego. Nam się wydawało, że ona co chwilę ma nowego narzeczonego, jakoś tak często się zmieniali. W zeszłym roku nikogo nie było, bo nasz pan policjant jej się nie spodobał. No ale teraz ten nowy narzeczony to podobno na poważnie. Zresztą już nawet nie taki nowy, bo mama coś tam mamrotała, że ciotka Franka szybko uleczyła rany po poprzednim rozstaniu. Czyli z rok już będzie.

Najważniejsze jest to, że Johnny – bo tak na niego wszyscy mówią – mieszka w Londynie. Londyn to takie miasto w Wielkiej Brytanii, gdzie mieszka też królowa brytyjska. I ostatnio im się książę urodził. Ale to było wydarzenie! Na skalę światową. Tak mówiła Wiktoria. Żałowała, że jest taka stara, bo nie ma szans u księcia Jerzego. Ja też chyba nie mam szans. Może jakby ciotka Franka urodziła córkę, to byłoby w sam raz? Tylko trzeba by ją wychować na prawdziwą damę. No, ale jakby miała ojca o imieniu Johnny, to chyba łatwiej byłoby jej być damą niż mnie, z tatą Zdzichem, a właściwie Markiem (ale o tym już mówiłam!).

Swoją drogą, o co chodziło z tym zegarem biologicznym?

Wiktoria szykowała się na obóz, a Matewka i ja zastanawialiśmy się, czy jej czasem nie zamknąć w pokoju, by sobie krzywdy nie zrobiła. Bo przecież jakby znowu skręciła nogę, to nici i z obozu, i z Amalki! Więc ją zamknęliśmy. A ponieważ się pakowała, to na początku wcale tego nie zauważyła. Myśmy zresztą też o tym zapomnieli. I dopiero gdy wróciła mama, usłyszała wściekły krzyk Wiktorii:

– Zwariuję z tymi bachorami!!! Mam ich dość!!!

Mama spiorunowała nas wzrokiem, a przecież nic złego nie zrobiliśmy. Chcieliśmy dobrze. Zamknęliśmy Wiktorię tylko po to, by nie łaziła bez celu i nie łamała sobie nóg bez potrzeby. Próbowaliśmy to mamie wytłumaczyć, ale się nie dało. Obie się na nas wkurzyły.

– Siedzę tu już od trzech godzin! Wołam, a wy nic! – ryczała Wiki.

Nie dziwne, że nic nie słyszeliśmy, bo ja miałam słuchawki na uszach, a Matewka zamknął się w łazience i w skupieniu robił sobie tatuaże wodne. Postanowił chyba zostać najbardziej wytatuowanym dzieckiem na świecie, bo miał już je na dwóch rękach i dwóch nogach oraz na brzuchu, twarzy i szyi. Na plecach nie, ale tylko z tego powodu, że nie zdołał ich sobie tam przykleić.

To zresztą osobny temat, który powrócił wieczorem.

– Skąd ty masz tyle tego świństwa? – zainteresowała się Wiktoria.

– Zarobiłem.

– Jak zarobiłeś? – zdziwiła się.

– Tata mówi, że trzeba być przedsiębiorczym! – krzyknął Matewka. – Prawda, tato?

– Tak – mruknął tata znad iPada. Odkąd kupił sobie tablet, to nawet gazety czyta. Wcześniej nie chciało mu się chodzić do kiosku.

– No widzisz? – Matewka wzruszył ramionami. – Dogadałem się z kolegami. Ja im czytam, a oni mi dają tatuaże. Różne. Z gum do żucia, z jajek z niespodzianką. Tylko nie mogą być dziewczyńskie. Jedna bajka, jeden tatuaż.

Wiki złapała się za głowę.

– O rany, Matewka! Czy mama o tym wie?

– No przecież tata powiedział, że trzeba od najmłodszych lat być przedsiębiorczym – przypomniał nasz brat z oburzeniem. – Ja właśnie jestem.

– I ty nic, mamo, nie mówisz? – powiedziała Wiktoria do mamy, która głaskała Matewkę po głowie, w ogóle na niego nie patrząc.

– A co mam mówić? – spytała mama, nie odrywając wzroku od telewizora.

– Zobacz lepiej, jak wygląda twój syn – poradziła Wiki.

To tata zwykle tak mówi. Jak coś zbroimy, powtarza: „Zobacz, co zrobiły twoje dzieci”. Rzecz jasna, mówi to z wyrzutem. Za to jak nas ktoś pochwali, to się cieszy i woła: „Moja krew!”. Nie wiem, dlaczego myśli, że jak robimy coś złego, to jesteśmy tylko mamy. Moim zdaniem mama też jest całkiem dobra, a nie tylko tata.

Tak czy inaczej, syn mamy miał te tatuaże już prawie wszędzie. Na prawym policzku straszył Spiderman, a na lewym Batman. Na czole przykleił sobie kolekcję aut.

– O Boże, synku! – jęknęła mama, która dopiero teraz się zorientowała i wyraźnie zasmuciła. – Kto ci to zrobił?

– Sam! – odparł z dumą Mateusz. – I tutaj też mam. – Odsłonił brzuch.

Mama miała coraz bardziej przerażoną minę.

– Będę najbardziej wytatuowanym człowiekiem na świecie!

Mama nic nie odpowiedziała, machnęła tylko ręką i wyszeptała cicho:

– Za dużo Discovery, za dużo...

No proszę. Jeszcze trochę i zupełnie nam zabronią oglądać telewizję. MiniMini już nie możemy, bo mama postanowiła, że mamy oglądać pożyteczne programy. Na przykład Discovery. No i właśnie oglądaliśmy. O takim panu, co był całkowicie wytatuowany. Też mi pożyteczny program! Po MiniMini nic by Matewce nie groziło...

Koniec końców, mama stwierdziła filozoficznie, że są wakacje i każdy może wyglądać, jak mu się podoba. Wiktorii od razu zapaliły się ogniki w oczach, bo pomyślała, że jak zrobi sobie makijaż, to też jej się upiecze. Ale mama dobrze ją zna.

– W granicach przyzwoitości, oczywiście – dodała, patrząc znacząco na Wiktorię.

Zupełnie nie pojmuję, dlaczego pomalowanie się na twarzy jest mniej przyzwoite od tatuaży na brzuchu. Nigdy nie zrozumiem tego świata dorosłych. Chociaż bardzo, bardzo się staram. Mam nawet taki zeszyt, gdzie zapisuję pytania, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Na każdej stronie jedno pytanie. Za jakiś czas to wszystko przeczytam i sprawdzę, czy już jestem mądrzejsza. Mama utrzymuje, że każdy z nas co roku robi się mądrzejszy. Zobaczymy. Będę miała na to dowody na piśmie.

Wiktoria nie chce już być aktorką. To znaczy chce, ale mówi, że trzeba też mieć zawód. Postanowiła więc być z zawodu detektywem, oczywiście dopóki nie stanie się sławną aktorką, kiedy to jej doświadczenie z przestępcami zaowocuje licznymi rolami w kryminałach. Ja nadal nie wiem, kim zostanę. Zapisałam to w swoim zeszycie i to, że mama kłamała o piękności kobiet, też. Bo mówiła, że nie ma kobiet brzydkich. Są tylko zaniedbane, a poza tym liczy się wnętrze. Ale czasami ktoś wygląda strasznie. I naprawdę trzeba się długo przyglądać, by dostrzec to wewnętrzne piękno. Nasza mama zawsze je dostrzega, my trochę rzadziej, ale się staramy.

Ciotka Jadźka, na przykład, zawsze wydawała nam się okropna, jednak w towarzystwie pana Anatola robi się wręcz promienna. Nie to, że się świeci, ale zupełnie ładnie wygląda. Może to jest właśnie to piękno wewnętrzne?

Ostatecznie dzięki nam Wiktoria nic sobie nie złamała i plany wakacyjne pozostały bez zmian. Odprowadziliśmy ją na stację kolejową w poniedziałek rano. Nie wiem, jak udało się ten obóz tak szybko załatwić. To raczej podejrzane. Spytałam nawet mamę, ale oświadczyła, że po prostu jest mistrzem w załatwianiu rzeczy nie do załatwienia. Mrugała przy tym do Wiki.

Przypuszczam, że mama zarezerwowała miejsce już dawno temu, tylko nic nie powiedziała tacie. I dopiero jak tata się zgodził i dał kasę, to wszystko stało się legalne. Chyba też muszę zostać detektywem jak Wiki albo może sędzią, bo tyle dziwnych rzeczy się wokół dzieje. Same oszustwa. Ale myślę, że oszukiwanie w szczytnym celu powinno być mniej karane niż w jakiejś złej sprawie.

Pomachaliśmy Wiktorii, Matewka zaczął ryczeć, że ukochana siostra go opuszcza, a mnie się zrobiło trochę przykro. Bo przecież ja też chciałam być jego ukochaną siostrą. Postanowiłam się obrazić i wcale do niego nie odzywać. Niech zobaczy, jak to fajnie! On ma dobrze, jest jeden, więc dla każdej z nas musi być ukochanym bratem. A my? Czy to tak zawsze jest, że jedną siostrę się kocha mniej, a drugą bardziej, czy w zależności od sytuacji? Muszę się tego dowiedzieć.

Wróciliśmy do domu i znowu trzeba było się pakować. To w wyjazdach jest najgorsze. A przecież pakowaliśmy się na miesiąc. No niby moglibyśmy na chwilę zajrzeć do Gdańska, gdybyśmy czegoś zapomnieli, ale lepiej było wszystko zabrać od razu. Matewka od rana chodził w swoich okularkach do pływania i w pływkach. Nawet w tych okularkach poszedł odprowadzić Wiktorię.

– Tatuaże ci się zmyją – warknęłam na niego, gdy minął mnie w korytarzu, wlekąc za sobą torbę. Przecież byłam obrażona.

– Jak to się zmyją? – przestraszył się Matewka.

– Jak pływać będziesz. W jeziorze. To zmyją ci się. I nie będzie.

Mój brat zmarszczył czoło. Wraz z tym czołem zmarszczył mu się przyklejony Zygzak McQueen. Matewka porzucił torbę na środku korytarza i wrócił do pokoju.

– A po co ty idziesz?! – zawołałam za nim.

Po chwili wrócił, trzymając w ręku cały karton po butach do biegania. (Bo mama sobie kupiła buty do biegania, ale o tym później). Nie uwierzycie, co tam miał! Cały karton tatuaży!

Złapałam się za głowę. Matewka wzruszył ramionami.

– No co? Dużo czytania było. Mam też jakieś z Monster High, mogę ci dać – zaoferował, zadzierając nosa. – Jak będziesz grzeczna i miła.

Westchnęłam. W sumie co mi tam... Postanowiłam się już odobrazić i też sobie zrobić jakiś tatuaż. Może nie tyle, ile Matewka, ale ze dwa...

– Okej, okej... Będę... – obiecałam.

– I przykleisz mi kilka na plecach – dodał pospiesznie.

Pokiwałam zrezygnowana głową. Czego się nie robi dla dzieci...

– Dzieciakiii! Gotowe?! – zawołała mama.

Matewka szybko włożył karton do torby.

– Gotowe!!! – wrzasnęliśmy.

– Dobra, dajcie tacie wasze torby, a ja wezmę ciasto. Bo przecież jak do Amalki bez ciasta? – zaśmiała się mama.

Zeszliśmy na dół. Wszystko było jak zawsze. Z trudem zapakowaliśmy się do samochodu, w falowcu naprzeciwko pan z dziewiątego piętra się opalał, pani trzepiąca trzepała jakąś bardzo długą białą płachtę, chyba prześcieradło. I to prześcieradło bardzo pięknie powiewało na wietrze, jak latawiec. Tylko ten chłopak z trzeciego piętra nie puszczał muzyki. Bo nie było Wiktorii, więc nie miał dla kogo. Matewka się smucił, bo zostawiał Raphacholina na dwa dni pod opieką sąsiadki, a nie ufał nikomu obcemu w kwestii opieki nad kotem.

– Jak raz powie „miau”, to musi pani iść spać – powiedział do niej. – Jak dwa razy, to już w ogóle gasić światło. Zapamięta pani? – pytał ją kilka razy.

Nie wiem, czy pani Lusia zapamiętała, ale obiecała się zająć kotem jak najlepiej. Niemniej jednak Mateusz trochę się martwił. Wolałby wziąć Raphacholina do Amalki i spędzić z nim całe wakacje, ale mama się nie zgodziła. Powiedziała, że w Amalce pełno psów lata i że jeszcze Raphacholin nam zwieje. Poza tym stwierdziła, że i bez kota ciocia Franka będzie mieć dostatecznie dużo na głowie.

Wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy. Czy muszę mówić, co zostało na dachu i co zjadł pies sąsiadów rasy „moja faja”? Tak. Ciasto. Pyszna szarlotka. Z jabłek od ciotki Jadźki.

– O kurczę! – zawołała mama, gdy już wyjechaliśmy na szosę.

– Ciasto! – krzyknęliśmy wspólnie.

Tak. Ciasto, które spada z dachu samochodu, to też swego rodzaju wakacyjna tradycja. Musiało być pyszne. Szkoda, że tylko pies miał okazję się o tym przekonać. A my, jak zawsze, musieliśmy się zatrzymać w Sierakowicach i kupić nowe ciasto. Ciasto kupne było prawie tak dobre jak to mamy. Ale jednak to nie to samo.

Zeszyt Pytań Ważnych i Ciekawych

Własność: LiliaNNa Witkowska

Otworzyć, gdy będę starsza i mądrzejsza (może już nawet w trakcie wakacji, bo mama mówi, że podróże kształcą, a my jedziemy do Amalki).

Pytanie 1

Jak to jest, że ten właśnie pan zakochuje się w tej pani, a nie można tak sobie zaplanować, kto w kim?

Pytanie 2

Kim chciałabym zostać, gdy dorosnę?

Pytanie 3

Dlaczego pomalowanie się na twarzy jest mniej przyzwoite od tatuaży na brzuchu?

Pytanie 4

Dlaczego mama mówi, że wszystkie kobiety są piękne? Czy tak jest naprawdę?

Pytanie 5

Czy zawsze jedną siostrę się kocha mniej, a drugą bardziej, czy też w zależności od sytuacji?

Pytanie 6

Co to jest zegar biologiczny i dlaczego jak tyka, to jest źle?

Pytanie 7

Dlaczego w miłości jak iskrzy, to jest dobrze, a jak iskrzy gdzieś indziej, to trzeba się trzymać z daleka?

ROZDZIAŁ TRZECI

O TYM, JAK ZAJECHALIŚMY DO AMALKI, A W KARTONIE NIE BYŁO BUTÓW, WSKUTEK CZEGO MAMA POZOSTANIE MIĘKKA

Mama mówi, że gdy przejeżdżamy przez mostek, to już czuje się jak na wakacjach. Nasza mama zwykle wcale nie ma wakacji, bo musi pracować (znaczy siedzieć przed komputerem i jeść ciastka). Obiecała nam, że w sierpniu coś wybłaga u szefa. Jak nie wybłaga, to my już zaplanowaliśmy, żeby pójść do jej szefa i poprosić. Przecież dzieciom się nie odmawia, prawda?

No, ale przejechaliśmy przez mostek i od razu zobaczyliśmy dzieci sprzedające truskawki. Tata kupił dwie kobiałki (kaszubskie truskawki są najlepsze na świecie) i zaczęliśmy je jeść.

– Niemyte!!! – zawołała mama.

– Ale wcale nie są brudne – zapewnił Matewka z pełną buzią. – Nawet bez piasku.

Mama machnęła ręką. Te truskawki zapewne były czystsze niż powietrze w mieście, którym oddychamy codziennie. Mama mówi, że nigdzie nie ma czystszego powietrza niż nad jeziorem. I dlatego nas wywozi nad to jezioro.

Zresztą już sama się cieszyła, że jesteśmy na miejscu. Podczas podróży ze trzy razy wzdychała:

– Dzieci drogie, skoro nie możecie siedzieć spokojnie przez godzinę, to jak my w góry mamy zimą jechać? Jak wy macie się nauczyć na nartach jeździć?