Lilith. Tom I - Dziedzictwo - Jo.E. Rach. - ebook
Opis

Nagła przeprowadzka z zimnej i surowej Islandii do bajecznie kolorowego, pełnego słońca Cannes wprowadza w życie Sha niezłe zamieszanie. Nowe miejsce, nowa szkoła… a w niej dwa największe ciacha na tej planecie: Daniel – czarnowłosy, śniadoskóry i wyjątkowo zdolny syn gospodyni domowej i Chris – porażający swoją urodą, platynowłosy anioł, bogatszy chyba od samego Boga. Do tego obaj zdecydowanie zainteresowani nową, tajemniczą koleżanką. W takich warunkach świat Sha mógłby być rajem, gdyby nie… przerażające, apokaliptyczne sny, nawiedzające ją od chwili, kiedy w jednym z nich zobaczyła imię LILITH… Gdyby nie koszmarne wrażenie, że jakaś nieznana moc chce zawładnąć jej ciałem i zdobyć nad nią kontrolę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ ISha

 

 

 

Stoję na ogromnej polanie, otoczona wielkimi, kamiennymi monolitami, i czuję magię promieniującą od tego tajemniczego miejsca. Jest wszędzie, okala mnie, muska swoimi niewidocznymi mackami.

To cmentarz! Prastary jak ludzie!

Wiem to… tak wewnętrznie, jakby obudziła się we mnie jakaś świadomość! Megalityczne menhiry – podpowiada mi osobliwy wewnętrzny głos. – Głazy nagrobne! Pod każdym z tych kamieni spoczywają ludzkie szczątki. Uwięzione dusze!

Widzę, jak świecą! Spod każdego menhira wydobywa się łagodna poświata, delikatna i lekko pulsująca. Czuję dobro, miłość, akceptację i… nadzieję. One liczą na mnie! To moja rodzina! Wszystkie dusze to moja rodzina… Kobiety, same kobiety… Oszołomiona i zdruzgotana tym odkryciem, przyklękam, by dotknąć ziemi i połączyć się z nimi, by spleść swoją energię z ich ulotnym istnieniem, by dać im nadzieję na wyswobodzenie z tej kamiennej pustyni.

Nagle zrywa się wiatr. Ciężkie, czarno-bure chmury wiszące tuż nad moją głową, zdają się zniżać jeszcze bardziej. Jakby chciały mnie otulić. Jakby chciały mnie ukryć przed obcym wzrokiem.

Ukryć przed wrogami!

Znów podmuch wiatru! Popycha mnie leciutko… dosłownie czuję ręce, które dotykają mojego ciała i naprowadzają na właściwy kierunek. Wiem, że mam iść, więc wstaję i poddaję się prowadzącej mnie sile. Duży, podobny do obelisku monolit z ostro zakończonym czubkiem zagradza mi drogę. Ale to do niego idę, jestem tego pewna! Widzę głęboko wyryty napis. Emanuje z niego olbrzymia moc, magia, światło… dla mnie… ta potęga chce połączyć się ze mną, chce, bym wypowiedziała na głos wyryte imię, wykrzyczała je w niebiosa… Boję się… bardzo! Chcę uciekać przed tą mocą!

– NIEEE!!! – krzyczę panicznie i… znów jestem w swoim łóżku. Leżę w skotłowanej pościeli i niezbyt przytomnie spoglądam na delikatną, zwiewną moskitierę, upiętą wokół posłania. Jest ciemno, to chyba środek nocy.

Wróciłam! – Dociera do mnie z trudem. Powieki opadają mi same i tylko mózg wciąż przetwarza: „Nie przyśniło ci się jakieś imię?”. Od ponad roku słyszę to pytanie regularnie, przynajmniej raz w tygodniu. Do tej pory moja odpowiedź zawsze brzmiała jednakowo: „Nie, tato”.

Aż do dzisiaj! Nie rozumiem, dlaczego nagle się ukazało. Bardzo wyraźne. Wyryte na tajemniczym megalitycznym menhirze, który pojawił się w tym dziwnym, realnym śnie. Kurczę! Skąd ja wiem, że to megalityczny menhir? Nie mam pojęcia. Wiem, i już. A to słowo widniało na nim, starannie wybite ostrym narzędziem, i utkwiło w mojej pamięci już na zawsze.

LILITH! To było imię LILITH! Z czymś mi się ono kojarzy, ale w tej chwili za nic nie mogę sobie przypomnieć z czym. Usypiam…

Rozbudzona panującym w domu gorącem, leżałam przez chwilę rozleniwiona, starając się zebrać myśli po dziwacznym śnie, który nie chciał zniknąć z mojej pamięci. Ale lepkie, wilgotne powietrze zrobiło swoje. Nie chciałam teraz myśleć o niczym innym niż o odrobinie chłodu i świeżości. Wprowadziliśmy się z tatą do tego pięknego domu kilka dni temu i pech chciał, że akurat wczoraj wieczorem zepsuła się klimatyzacja. Ojciec obiecał, że zaraz z rana znajdzie fachowca, który zlikwiduje awarię, pozwalając nam tym sposobem powrócić do normalności. Nie żebym była jakimś rozkapryszonym bachorem, przyzwyczajonym do ekskluzywnych wygód. To nie tak. Ale w tym miejscu, w tym pięknym, śródziemnomorskim kurorcie, wrzesień jakoś wyjątkowo zapomniał ochłodzić się chociaż troszeczkę i temperatury dochodziły do 35°C. Trudno przestawić się tak szybko, zwłaszcza gdy jeszcze parę dni temu mieszkało się w wyjątkowo chłodnym klimacie dzikiej Islandii. I to prawie dwa lata.

Odkąd pamiętam, nie zdarzyło się, byśmy zagrzali gdzieś miejsca dłużej niż dwadzieścia cztery miesiące, a regularne przeprowadzki co dwa lata to standard. Ojciec niechętnie rozmawiał na temat tych przenosin i zbywał moje coraz bardziej natarczywe „dlaczego?” niewiele wyjaśniającym stwierdzeniem: „Musimy, kochanie, taką mam pracę”. A ja nawet nie wiedziałam, czym on się zajmuje! Trzymał to w ścisłej tajemnicy. Czasem podejrzewałam, że jest jakimś rządowym szpiegiem czy kimś w tym stylu. Jednak na moje domysły i wszelkie wysnuwane przeze mnie teorie spiskowe wzruszał tylko ramionami i uśmiechał się – jak to on – spokojnie, kojąco.

Nie narzekałam zbytnio na ciągłe migracje, przez nie przynajmniej miałam ciekawe życie. Ale te nieustanne zmiany posiadały jeden poważny minus: do tej pory nie udało mi się zdobyć żadnej przyjaciółki ani przyjaciela. Wszędzie wydawałam się outsiderem, a gdy wreszcie się aklimatyzowałam, trzeba było znów pakować manatki. Do tego roku jakoś dawałam sobie radę, ale dziewięć miesięcy temu, w styczniu, skończyłam szesnaście lat i odezwał się we mnie jakiś zew natury. Coraz dotkliwiej czułam potrzebę spotkania kogoś fajnego, może nawet zadurzenia się w kimś lub chociaż… zaprzyjaźnienia. Mój organizm domagał się odrobiny stabilizacji.

Po tych wszystkich nocnych perypetiach i porannych przemyśleniach zwlokłam się z łóżka w nie najlepszym nastroju i nie zaprzątając sobie uwagi zakładaniem szlafroka, kompletnie rozespana, wyczłapałam z sypialni w bezszwowym biustonoszu do spania i takich samych, mikroskopijnych majtkach. „A co mi tam! Ojciec widywał mnie w takim stroju regularnie, a Marika, nasza nowa gospodyni, na pewno sobie z tym poradzi” – pomyślałam.

Z dołu dochodziły odgłosy zamykanych drzwi i jakieś rozmowy. Słyszałam Marikę, a później mojego ojca. Na wpół śpiąco, z zamkniętymi oczami, ruszyłam schodami w dół, plaskając w nie bosymi stopami. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego przy zamkniętych oczach potrafię poruszać się równie sprawnie jak przy otwartych. „Pewnie jakaś mutacja mózgu” – myślałam niejeden raz, rozbawiona. Teraz też kroczyłam swobodnie w dół, namiętnie trąc oczy dłońmi zwiniętymi w piąstki, ziewając przy tym ekspresyjnie.

– Sha, czy mogłabyś nie paradować tak roznegliżowana? – Usłyszałam głos ojca.

– Gdybyś sprowadził kogoś do naprawy klimatyzacji, nie musiałabym unikać zapocenia każdej włożonej rzeczy – odpowiedziałam marudnym głosem, przeciągając się po zejściu z ostatniego stopnia.

– Właśnie sprowadziłem, a ty swoim ekshibicjonizmem zaszokowałaś tego młodego człowieka.

Klik! Moje oczy otwarły się w sekundzie.

O rany! Na wprost mnie, w odległości czterech metrów stał chłopak, chyba w moim wieku, i wgapiał się we mnie osłupiałym wzrokiem. Na granie skromnisi było już za późno, a poza tym to nie w moim stylu, więc udając, że nic się nie dzieje, rzuciłam swobodnie:

– Nie przesadzaj, tato! Po plaży chodzę równie roznegliżowana i co? Dzieje się coś? Zamiast mnie strofować, przedstaw mnie „panu naprawiaczowi”.

Ojciec pokręcił głową zrezygnowany, ale wyraźnie rozbawiony sytuacją.

– Moja córka, Sha – powiedział spokojnie. – A to Daniel, syn Mariki, który obiecał, że spróbuje naprawić tę maszynerię, a później pomoże ci odnaleźć się w nowej szkole.

– Super! Świetnie! – Klasnęłam w dłonie, zachwycona. Pierwszy raz w życiu nie musiałam stawiać czoła nowemu miejscu samotnie. – Cześć, Daniel! Miło mi cię poznać. Tak się cieszę, że pomożesz mi poznać szkołę.

– Nie ma sprawy. – Miało to chyba zabrzmieć nonszalancko, a wyszło ochryple, jakby coś blokowało mu gardło.

– No to spoko – zaśmiałam się. – Tato, fajnie, że znalazłeś mi przyjaciela – rzuciłam, szczerząc do niego zęby.

– Skąd wiesz, że Daniel zechce się z tobą zaprzyjaźnić?

Pytanie ojca zdziwiło mnie.

– No, jak to skąd? – Popatrzyłam na niego jak na ufoludka. – Przecież widzę to i czuję. Poza tym Daniel mnie lubi, i to razem ze swoim fiutkiem.

Trzy głębokie, ekspresyjne westchnienia rozległy się w jednym czasie, tylko każde w innej tonacji.

– Sha!!! Jak ty się zachowujesz!? – obruszył się ojciec.

– No co?! Chcę mu pomóc. Stoi mu jak maszt, a on się tym przejmuje. A przecież to normalna reakcja facetów, gdy mnie widzą.

– Jeśli przez to twoje nieskrępowane gadanie Marika zabierze się stąd razem z Danielem, to sama będziesz szukała nowej gospodyni i kogoś do naprawy klimatyzacji – rzucił, lekko rozśmieszony. – Mariko, proszę, nie przejmuj się zachowaniem mojej córki. To dobre dziecko, tylko czasami zbyt bezpośrednie.

– Nie przeszkadza mi bezpośredniość Sha, proszę pana – odpowiedziała Marika ciepłym głosem. – Mówi prawdę i jest szczera. To dobre cechy. Za to mój Daniel zachowuje się jak… barbarzyńca.

– Ha, ha, ha! – Wybuchnęłam głośnym śmiechem, wyobrażając sobie w tej chwili Daniela ciągnącego mnie po ziemi za włosy, tak jak to widziałam na jakimś animowanym filmie o praludziach.

Podbiegłam do Mariki stojącej przy drzwiach do kuchni i cmoknęłam ją głośno w policzek, po drodze pokazując ojcu język. Daniel przez cały ten czas stał jak wmurowany w ziemię, a jego twarz zalała się pąsem ze wstydu. Nie namyślając się długo, podeszłam do niego i stając na palcach, musnęłam ustami jego policzek.

– To co? Zostajemy przyjaciółmi? – zapytałam.

– Tak… – wydukał.

– W takim razie idziemy razem do pomieszczenia gospodarczego i zobaczymy, co z tym chłodzeniem.

– Włóż coś na siebie! – nakazał mi ojciec, nadal rozbawiony.

– No dooobra… – zgodziłam się z ociąganiem, patrząc w piękne, sarnie oczy Daniela. Przypominały do złudzenia oczy Mariki. W ogóle był do niej podobny. Smagły, szczupły, z grubymi, gęstymi włosami, nawet ruchami i niektórymi minami przypominał swoją matkę. Tylko że jej włosy splecione zostały w ścisły warkocz, a jego rozczochrane, czarne loki swobodnie okalały delikatną twarz. No i różnił ich jeszcze wzrost. Marika, drobniutka i niska, sięgała mu ledwo do ramienia. Daniel natomiast ze swoimi – jak oceniłam – stoma osiemdziesięcioma pięcioma centymetrami wzrostu wydawał się jeszcze wyższy z powodu długich nóg i szczupłej sylwetki. Prawdziwe ciacho, kuszące i apetyczne! Jedyne, co nie pasowało mi do niczego, to jego zbyt obszerny strój. Wyglądał trochę niechlujnie, jakby jego właściciel specjalnie chciał podkreślić wszystkie wady włożonych ciuchów. Nie powiem, był czysty i pachnący, ale ubranie wyglądało na bardzo stare i bardzo zużyte. Pomyślałam, że to zamierzony zabieg. Coś chciał tym zademonstrować i musiałam dowiedzieć się co. Troszkę później, oczywiście.

Marika z lekkim uśmiechem podała mi jedną z moich podomek. Wyraźnie nie miała mi za złe spontanicznego zachowania. Mrugnęłam do niej łobuzersko, wkładając szlafroczek. Za chwilę już ciągnęłam okropnie zakłopotanego Daniela w kierunku pomieszczenia gospodarczego.

– Wiesz co, Daniel? Ty się wcale nie przejmuj moim gadaniem – powiedziałam szybko, gdy tylko znaleźliśmy się już sami w przestronnym pomieszczeniu. – Ja tak często plotę, co mi ślina na język przyniesie, nie zastanowiwszy się wcześniej, czy wypada powiedzieć niektóre rzeczy, czy nie. Taka już jestem. Jak przesadzę, to mi zwyczajnie zwróć uwagę, dobrze?

– OK – wymruczał rozkojarzony.

– Ej, ty! – Szturchnęłam go w ramię. – Weź wreszcie opuść tego swojego penisa. Chciałabym nawiązać z tobą jakiś rozumny kontakt. A słyszałam, że u facetów sprzężenie penis–mózg przestaje działać, w momencie gdy ten pierwszy sterczy. Nie zamierzam…

– Przestań! – przerwał mi w pół zdania zdecydowanym tonem.

– To zacznij wreszcie ze mną rozmawiać – kontynuowałam uparcie.

– Jak przestaniesz się mnie czepiać – wydukał ze złością.

Podobał mi się taki rozzłoszczony, więc z uśmiechem odpowiedziałam:

– Dobra, dobra, teraz zajmij się wreszcie tą maszynerią. Znasz się na tym?

– Trochę… – Podszedł do urządzenia i przyjrzał mu się dokładnie.

– Rozmowny to ty chyba nie jesteś. Raczej taki milczo-mruk, co? – zaczepiłam go. Od razu go polubiłam, czując w nim bratnią duszę, i dlatego, nie zwracając uwagi na głupie konwenanse, zamierzałam zachowywać się przy nim swobodnie.

– Zejdź ze mnie, dobrze? – odparł, wciąż zły.

– W porządku. Skoro tak wolisz, mogę stać tu jak kołek, bez słowa. – Wzruszyłam ramionami. – Albo lepiej pójdę sobie stąd, skoro nie chcesz się zaprzyjaźnić.

Odwróciłam się w stronę drzwi i wyciągnęłam rękę do klamki.

– Nie idź – rzucił szybko, proszącym tonem. Uśmiechnęłam się triumfująco pod nosem, ale do niego odwróciłam się już z poważną miną.

– No, to zdecyduj się wreszcie, czy zamierzasz zachowywać się „ludziopodobnie”, czy jak jakiś dupek. Dupków naokoło jest pod dostatkiem, więc jeszcze jeden mi niepotrzebny.

– Dowalasz mi prawie każdym zdaniem i myślisz, że to mi pomoże w normalnej rozmowie? – zapytał rezolutnie.

– Przepraszam. – Udałam skruszoną, jednak nie nabrał się na moją minkę. – Wiem, straszny ze mnie dziwoląg, ale nie potrafię być inna. Umówimy się tak: jeśli zacznę przesadzać, powiesz mi „stop”. Dobrze?

– Możemy się tak umówić. – Lekki uśmiech wreszcie zagościł na jego twarzy.

– Super, super, super! – zawołałam entuzjastycznie.

Wywrócił oczami, widząc moje podskoki.

– No to jak, znasz się na tym? – powiedziałam i wskazałam urządzenie klimatyzacyjne.

– Na tyle, że powinienem dać sobie radę.

– Wszystkie narzędzia masz w tej skrzyni. – Wskazałam ręką na metalowy pojemnik z wieloma przegródkami.

– OK – odpowiedział i zabrał się do rozkręcania klimatyzatora.

– Opowiedz mi trochę o szkole. Czy jest tak dobra, jak o niej mówią?

– Uhm… – zamruczał, trzymając śrubokręt w ustach, i dokończył wykręcać jakąś śrubkę palcami. – To najlepsza szkoła w promieniu kilkudziesięciu kilometrów – dodał po chwili.

– Czyli jesteś zadowolony, że do niej chodzisz?

– I tak, i nie – odpowiedział po krótkim zastanowieniu.

– To znaczy? – Nie popuszczałam. Usiadłam przy ścianie, opierając się o jej chłodniejszą od otoczenia powierzchnię, i przyglądałam się temu atrakcyjnemu majsterkowiczowi.

– To znaczy, że tak – jestem zadowolony, bo pozwoli mi ona na podjęcie studiów, o jakich marzę, i nie – ponieważ chodzą do niej same nowobogackie dupki.

– Aha. – Kiwnęłam ze zrozumieniem głową. – I to dla tych nowobogackich dupków ta ostentacyjna i agresywna manifestacja?

– Nie wiem, o co ci chodzi – skłamał.

– Tak, tak… na pewno nie wiesz! Ubrałeś się jak kloszard, bo zapewne masz taki nietuzinkowy gust i styl – zakpiłam.

– Co ci się nie podoba w moim stroju? – Zjeżył się. – Córeczkę bogatego tatusia razi ubogie ubranie? – dodał zjadliwie.

– Srata-ta-ta – warknęłam. – Wyglądasz w nim jak… kozi bobek, i dobrze o tym wiesz. Uważam, że zachowujesz się głupio i dziecinnie, demonstrując w taki sposób swój status materialny.

– Co ty wiesz o moim statusie materialnym i po jaką cholerę zaczynasz ten temat? Ubieram się, jak się ubieram, i to nie twoja sprawa!

– A właśnie że moja. – Zaperzyłam się na całego. – Będziesz mnie oprowadzał po szkole i chcę, żebyś wyglądał, jak należy.

– Rozpieszczony, bogaty bachor – wysyczał, odwracając się w moją stronę ze złością na twarzy. – Nigdzie nie będę cię oprowadzał. Radź sobie sama.

– Będziesz – rzuciłam niezrażona. – Obiecałeś i musisz dotrzymać słowa. Inaczej zachowasz się nieuczciwie.

Tylko warknął i znów wrócił do naprawiania klimatyzatora.

– Zrobię to, ale od mojego ubrania wara! – dodał niewiele łagodniej.

– Akurat! Nie pozwolę, by takie ciacho ukrywało się pod badziewiem tylko dlatego, że coś mu bije na rozum! – Teraz to ja zawarczałam.

Zatkało go.

– Jesteś kompletną wariatką – podsumował mnie po chwili milczenia.

Zaśmiałam się rozluźniona.

– I taką będziesz mnie musiał lubić i akceptować!

– Właśnie widzę. – Pokręcił głową rozbawiony. Cała złość wyparowała z niego i wreszcie wyglądał swobodnie i wesoło.

– W takim razie pospiesz się z tym naprawianiem i przed szkołą wstąpimy jeszcze na chwilę do ciebie. Przebierzesz się i dopiero wtedy udamy się na rozpoczęcie roku.

Już zamierzał protestować, ale zdecydowanym gestem uciszyłam wszelką dyskusję. Wstałam szybciutko i zapytałam:

– Są jakieś specjalne wymagania co do ubioru w tej szkole?

– Nie. Nie może być tylko wyzywający. Poza tym wszystko dozwolone. Myślisz, że gdzie te wszystkie bogate dupki lansowałyby swoje najnowsze stroje od najdroższych projektantów?

– Ej, ej! Nie zapominaj, że ja też jestem bogata!

– I to jak. – Westchnął, nagle smutniejąc. – Ale mam nadzieję, że nie jesteś dupkiem… Czy… dupką. Zwał, jak zwał.

– Staram się. Mam nadzieję, że mi to wychodzi.

– Okaże się – burknął.

– No dobra. To idę się przygotować. Ubiorę się skromnie, by nie zwracać na siebie uwagi. Chcę w spokoju rozejrzeć się po nowym miejscu.

– Jeśli chcesz spokoju, to raczej nie ubieraj się skromnie. Przede wszystkim dziś odegra się tam wielkie widowisko. Szpan, luksus i rewia mody – wyrzucił z siebie nie bez ironii.

– Eee… chyba przesadzasz.

– Zobaczysz sama. Lepiej ubierz się ładnie i zakryj ręce.

– Dlaczego mam zakryć ręce? Na takie gorąco? – odparłam ze zdumieniem.

– Jeśli nie chcesz rzucać się w oczy. Nawet wśród nich twoje wytatuowane ręce wzbudzą nie lada sensację.

– Nie podobają ci się moje węże? – Zrobiło mi się przykro. Były przecież takie piękne. Jego akceptacja zdawała mi się bardzo ważna.

– Są rewelacyjne! – rzucił z entuzjazmem. – Jeszcze nigdy nie widziałem tak doskonałego tatuażu. Wyglądają jak żywe. Ma się wrażenie, że się ruszają i za chwilę zaatakują. I właśnie dlatego powinnaś je schować.

– Aha. Dobrze, myślę, że masz rację – odezwałam się uspokojona.

Kochałam moje węże. Przyśniły mi się którejś nocy. Jakieś półtora roku temu. Widziałam je we śnie niezwykle dokładnie. Oplatały mi biodra i brzuch, sięgając przez plecy, ramiona i ręce, aż do moich dłoni. Kiedy wstałam rano, wiedziałam, że muszę je wytatuować na swoim ciele. Co najdziwniejsze, gdy powiedziałam o tym ojcu, nie sprzeciwił się ani jednym słowem. Szybko znalazł najlepsze studio tatuażu i zawiózł mnie do niego. Facet obejrzał rysunek, który zrobiłam, i powiedział, że da radę. I tym sposobem dwa czarno-srebrne węże z malutkimi czerwonymi plamkami i neonowymi, żółto-seledynowymi oczami pełzały od tej pory po moim ciele. Daniel miał rację – trójwymiarowy, wyglądający jak żywy tatuaż na pewno wywołałby sensację.

Wyszłam do holu, gdzie prawie wpadłam na Marikę.

– Właśnie chciałam powiadomić, że śniadanie gotowe – powiedziała tym swoim cichym, delikatnym głosem.

– Świetnie! – zawołałam z radością. W tym momencie zaburczało mi w brzuchu. – Daniel! – Wsunęłam głowę do pomieszczenia. – Jak skończysz, przyjdź do kuchni. Śniadanie czeka.

– Dzięki, już jadłem – burknął ponownie.

– No i co z tego? Jak zjesz trochę więcej, nie przytyjesz. Pospiesz się. – Udałam, że nie słyszę wrogich pomruków, tylko go pogoniłam.

– Ależ masz uparciucha! – zwróciłam się do Mariki, przewracając oczami.

– Tak, to prawda. Jest bardzo uparty, ale to dobry chłopak.

– Wiem, wiem. Ale urobię go, zobaczysz – szepnęłam jej do ucha konspiracyjnie, obejmując ją ramieniem. Ode mnie też była sporo niższa.

W kuchni, bo tam chcieliśmy jadać śniadania, czekał już na mnie ojciec, z wyraźnym zadowoleniem przyglądając się mojemu przyjaznemu zachowaniu wobec Mariki. Bardzo go ucieszyło, gdy to właśnie na nią zdecydowałam się ostatecznie. Wszystkie trzy kobiety, przysłane przez agencję, wydawały się profesjonalne, ale tylko Marika rozbudziła we mnie sympatię i jakieś ciepłe uczucia. Od razu ją polubiłam.

– Dołóż nakrycie dla Daniela – poprosiłam. – Mam nadzieję, że w końcu się zdecyduje. A jeśli nie, to przytargam go tutaj za uszy!

– Zostaw chłopaka w spokoju. Daj mu się ogarnąć po zamieszaniu, które sprezentowałaś mu już na wstępie znajomości – odezwał się ojciec.

– Jakie zamieszanie?! – oburzyłam się. – Zeszłam tylko ze schodów i chwilę porozmawiałam z gościem.

Ojciec wybuchnął śmiechem, a Marika poszła w jego ślady. Kręcąc głową, usiadłam przy stole, nie zwracając uwagi na ich rozbawienie. W tym momencie powiew chłodnego powietrza owionął nasze spocone ciała.

– Oho! Udało się – zauważył ojciec. – Zdolnego masz syna, Mariko.

– To złota rączka – powiedziała z dumą. – Każde urządzenie, którego dotknie, jakby go słuchało. Może je rozłożyć na najdrobniejsze części i bez żadnej instrukcji złożyć na nowo. Jego marzeniem jest projektowanie samolotów. W tym kierunku chciałby się kształcić.

– Ale fajnie! – rzuciłam.

– To ciekawe plany – powiedział ojciec. – Życzę, by się spełniły.

Ledwie skończył zdanie, gdy w drzwiach kuchni pojawił się Daniel.

– Już naprawione, proszę pana – odezwał się cicho.

– Dziękuję, Danielu. Siądź teraz z nami, proszę. – Ojciec wskazał mu miejsce obok mnie.

– Nie, nie, już jadłem. Wyjdę do ogrodu i poczekam na Sha. Dziękuję.

– Siadaj natychmiast! – warknęłam groźnie. – I ty, Mariko, również usiądź. Naszykowałaś jedzenia jak dla dziesięciu osób, to teraz, razem z Danielem, pomożesz nam to skonsumować.

– Ale… – W jego głosie usłyszałam wyraźny sprzeciw, więc rzuciłam mu wściekłe spojrzenie, które jakby go sparaliżowało. Nie dokończył zdania, tylko bez słowa podszedł do stołu i usiadł koło mnie. W międzyczasie jego matka położyła nakrycie dla siebie i syna, siadając niepewnie koło mojego ojca. Oderwałam wreszcie wzrok od Daniela, mając dziwne wrażenie, że go zahipnotyzowałam. Chyba jednak mi się zdawało, bo po chwili usłyszałam, jak poruszył się na krześle i głośno przełknął ślinę.

– Proszę. – Podetknęłam mu pod nos salaterkę z sałatką owocową. Wziął ją ode mnie niepewnym gestem, nie wiedząc, co z nią zrobić. Trzymał ją w dwóch rękach, nie ruszając się.

– Ech! – westchnęłam i, sięgając po jego miseczkę, nałożyłam kilka kopiastych łyżek pachnących cudnie owoców. – To na wstęp, później będzie coś bardziej treściwego – powiedziałam, odbierając od niego naczynie. – Czy ktoś jeszcze jest chętny? – zapytałam na wszelki wypadek, wiedząc, że owoce były tylko dla mnie. Marika i ojciec podziękowali, więc nałożyłam sobie resztę i zaraz zabrałam się do pałaszowania. Daniel, ociągając się, sięgnął wreszcie po widelec i za chwilę dołączył do mnie.

Przyjemnie jadło się w większym gronie. Takie doświadczenie przeżywałam dopiero pierwszy raz. Nie omieszkałam powiedzieć tego głośno.

– Zobacz, tato, jak inaczej je się w towarzystwie. Jest tak miło, ciepło i rodzinnie. Tak przyjaźnie…

– Co ty tak bez przerwy z tą przyjaźnią?! – Głos Daniela wyrzucił mnie z moich marzeń jak z katapulty.

– O co… – Nie dokończyłam, ponieważ ojciec przerwał mi w pół słowa.

– Sha, nie możesz nikogo zmuszać do przyjaźni. Skoro Daniel nie czuje takiej potrzeby, uszanujmy jego decyzję.

– Ale…

Znów nie pozwolił mi dokończyć, wykonując gwałtowny gest ręką.

– Danielu, przepraszam cię za nachalność mojej córki. Wchodzi teraz w trudny wiek i potrzebuje obok siebie bratniej duszy, dlatego tak się zachowuje. Jeśli możesz, zaopiekuj się nią chociaż dzisiaj i pomóż jej odnaleźć się w nowej szkole, a później już da sobie radę. Od jutra zajmiesz się swoim życiem i nikt tu nie będzie miał pretensji, że nie chcesz się z nią zaprzyjaźnić.

– Ależ ja bardzo chcę się z nią przyjaźnić – rzucił Daniel porywczo, choć z miną zbitego psa. – Nie wiem, dlaczego tak głupio się odezwałem. Pewnie dlatego, że moje towarzystwo nie jest odpowiednie dla Sha.

– A to niby czemu? – Ojciec zdziwił się.

– Dlatego że jestem biedny jak mysz kościelna! – Prawie krzyknął.

– To, że jesteś biedny, Danielu, nie oznacza, że jesteś zły, głupi, a tym bardziej nieodpowiedni na przyjaciela dla mojej córki. Bogactwo nie świadczy o wartości ludzi, chyba się z tym zgodzisz? – perorował spokojnym tonem ojciec. – Dziś jesteś biedny, a za kilka lat możesz tonąć w pieniądzach, co przy twoich umiejętnościach i talentach jest całkiem prawdopodobne. Staraj się więc nie oceniać ludzi po grubości ich portfela, tylko po ich rzeczywistej wartości.

– Jeszcze raz przepraszam. Ma pan rację, panie Farouk. Od tej chwili zaczynam się zachowywać bardziej dorośle. To było głupie… strasznie głupie. – Wyglądał na porządnie zawstydzonego.

– W porządku, Danielu. Więc co? Zajmiesz się moją niesforną córką i przypilnujesz, żeby nie robiła głupot?

– Z przyjemnością.

– Aha! – Ojciec podniósł do góry palec. – Jeszcze coś bardzo istotnego. Spróbuj nie dopuścić, by Sha stosowała rękoczyny. Moja nerwowa córeczka bardzo lubi załatwiać konflikty własnoręcznie.

– Tato!!! – zaprotestowałam.

– O co chodzi? – Ojciec udał zdezorientowanego.

– Biłam się tylko dwa razy – rzuciłam oburzona.

– Tylko dwa razy! Słyszycie to? – W jego głosie była wyraźna kpina.

– No, to niezłe z niej ziółko – zaśmiał się mój zdradziecki przyjaciel. Pokazałam mu język jak małe dziecko i nałożyłam sobie sporą kupkę tofu z pomidorami i bazyliowo-orzechowym pesto.

Reszta śniadania upłynęła już bez ekscesów. Tata i Daniel wdali się w spokojną dyskusję o samochodach, a ja z przyjemnością przysłuchiwałam się ich rozmowie, wtrącając od czasu do czasu swoje trzy grosze. W końcu ja też lubiłam samochody.

Jednak kwadrans po ósmej zdecydowanie wstałam od stołu.

– Idę przygotować się do wyjścia – oznajmiłam. – Jest już trochę późno, a przecież musimy jeszcze zahaczyć o mieszkanie Daniela.

– A po co? – zainteresował się ojciec.

– Żeby zmienić to ohydne badziewie na coś dla ludzi – powiedziałam i wskazałam na ciuchy Daniela.

– Sha! Jak ty się zachowujesz!? – Zażenowany ojciec spojrzał na mnie z wyrzutem. – Wstyd mi za ciebie.

Podparłam się pod boki.

– To niech on się wstydzi, że tak się wystroił. Zrobił to specjalnie. Taka ostentacyjna manifestacja dla kolegów – tłumaczyłam ojcu. – Stanowczo mu wyjaśniłam, że nie chcę, by wyglądał jak kozi bobek… no i wreszcie zgodził się ze mną.

– Jesteś dzisiaj nie do wytrzymania! – Ojciec rozchmurzył się trochę. – Danielu, staraj się nie zwracać uwagi na te głupoty, które ona wygaduje. Chyba jakiś zły duch w nią wstąpił.

– W porządku, panie Farouk – odpowiedział Daniel z pobłażliwym uśmieszkiem. – Już zdążyłem się przyzwyczaić do jej niewyparzonego języczka.

– Uff… – sapnęłam wkurzona i ostentacyjnie wyszłam z kuchni, odprowadzana uśmiechami całej trójki.

Choć udawałam złość, naprawdę cieszyłam się niezmiernie z tego poranka. Jeszcze nigdy w moim życiu nie spędziłam tak przyjemnie początku dnia. Prawie zawsze byliśmy tylko we dwoje, a często nawet jadałam śniadanie z jakąś obcą kobietą za ścianą. Żadna z naszych wcześniejszych gospodyń nie przypadła mi do gustu i z żadną nie spoufalaliśmy się tak, jak z Mariką. Bardzo często doskwierała mi samotność, ale starałam się zbytnio nie skarżyć, by nie przysparzać ojcu zmartwień. Wiele razy wyglądał na potwornie zmęczonego, więc moje chwilowe frustracje wydawały się, przy jego zafrasowanej minie, całkiem błahe.

W tempie błyskawicy wzięłam prysznic, a niesforne długie włosy, jeszcze nie całkiem wysuszone, upięłam w kucyk. Nie przejmowałam się zbytnio, bo na takim upale za kilka minut powinny wyschnąć same. Z szuflady wyciągnęłam ciemnoszare dżinsy z niemiłosierną liczbą dziur, przedarć, nitów i małych, postrzępionych nitek. Do tego dopasowałam białą, cieniutką bluzkę w kształcie trójkąta złapanego tylko małymi szwami na przegubach i w pasie. Była przewiewna, a jednocześnie zasłaniała całkowicie mój tatuaż. Sandały z czarnych, nitowanych, dżinsowych pasków na lekkim koturnie pasowały do wystroju idealnie. Na wszelki wypadek złapałam bejsbolówkę i okulary przeciwsłoneczne. Tak odstawiona zbiegłam do kuchni, gdzie nadal siedziała cała trójka.

– Tak dobrze? – To pytanie skierowałam do Daniela.

– Bardzo dobrze! – Pożerał mnie wzrokiem. – Ale lepiej będzie, jak okulary założysz na oczy, a nie przewiesisz przez dekolt.

– Dlaczego?

– Chyba wiesz, jak wyglądają twoje oczy…

– Niby jak?! – zaperzyłam się.

– No… – Daniel zaciął się. – Są raczej niespotykane.

– Jak to „niespotykane”? Nawet przedwczoraj widziałam psa z prawie identycznymi oczami. – Przypomniałam sobie spotkanego na nadmorskiej promenadzie przepięknego husky, przypominającego do złudzenia wilka. Jego hipnotyczne, jaśniutkie tęczówki okolone grafitową obwódką niewiele różniły się od moich.

– Psa, Sha, nie człowieka – dodał zakłopotany. – Jeszcze nigdy nie widziałem takich oczu u człowieka.

– To prawda, tato? – Spojrzałam na ojca zdumiona. Wiedziałam, że mam bardzo oryginalne, bladobłękitne oczy, ale nie spodziewałam się, że aż tak. Ojciec wyglądał na skonsternowanego.

– Na pewno są niezwykle rzadkie, ale ja już takie oczy widziałem. – Nie wiem, dlaczego w jego głosie pobrzmiewało zakłopotanie.

– No, widzisz! – powiedziałam i szturchnęłam Daniela palcem w klatkę piersiową. – Nie jestem żadnym mutantem.

– Wcale tak nie twierdziłem – bronił się. – Ja tylko mówię, co masz zrobić, żeby nie zwracać na siebie zbytniej uwagi.

– Niech ci będzie. Więc czapkę też powinnam włożyć?

– Nie zaszkodzi.

– OK. To zbierajmy się już. Dochodzi wpół do dziewiątej.

– Do zobaczenia, Sha. O której wrócisz? – zapytał ojciec.

Wzruszyłam ramionami.

– To pytanie do Daniela. Ja nie mam pojęcia, ile to wszystko potrwa.

– Powinno się skończyć do trzynastej – odpowiedział mój nowy przyjaciel.

– No, to wrócę około czternastej, dobrze?

Ojciec pokiwał głową, aprobując godzinę.

Po drodze do wyjścia złapałam kluczyki od mojego ukochanego rubiego, a pilotem otworzyłam drzwi do garażu.

– O! Wrangler rubicon. Niezłe autko. – Oczy Daniela zalśniły na widok mojego samochodu.

– To mój rubi, uwielbiam go. – Pogłaskałam zgniłozieloną karoserię z czarnymi, trójwymiarowymi plamami. Sama wymyśliłam ten wzór i nie dałam się przekonać do innego. Felgi też wykonano według zrobionych przeze mnie szkiców i moje autko wyglądało niepowtarzalnie.

Widziałam jego zauroczenie, gdy z namaszczeniem dotykał blachy i spoglądał na oryginalne felgi.

– Cudo! – powiedział cicho i westchnął.

– Dzięki, te wszystkie abstrakcje to mój projekt – pochwaliłam się.

– Pasuje do ciebie. Jest niezwykły, jak jego właścicielka – dodał dziwnym głosem.

Nie było czasu na podjęcie tematu. Porzuciłam więc dociekanie, o co mu chodzi, na później i usiadłam za kierownicą, wskazując mu fotel obok.

– Mów mi tylko, dokąd mam jechać. Ale nie w ostatniej chwili.

– OK. Za bramą skręć w prawo i później około kilometra pojedziesz prosto.

Ruszyłam z kopyta, czyli tak jak zawsze, a Daniela wcisnęło w siedzenie. Nie powiedział jednak ani słowa, tylko delikatnie sprawdził, czy ma dobrze zapięte pasy. Nie zdziwiłam się wcale. Jeździłam dosyć ostro, nauczona tak zresztą przez własnego ojca. Przyznał mi się kiedyś, że przed poznaniem mojej matki przez trzy lata uczestniczył w rajdach samochodowych. Jeździł naprawdę dobrze i przekazał mi wszystkie swoje umiejętności. Potrafiłam robić z samochodem różne cuda, a wyprowadzenie go z poślizgu nie sprawiało mi najmniejszego problemu. Ojciec z zadowoleniem obserwował moją jazdę i dawno już stwierdził, że jestem świetnym kierowcą z doskonałym refleksem. Byłam wtedy dwunastoletnią gówniarą, która nie miała prawa siadać za kierownicą, ale ojciec akurat te przepisy miał w nosie. Twierdził, że praktyka jazdy samochodem jest mi niezbędna. Wiele innych umiejętności także uważał za konieczne dla mnie. Na przykład ćwiczył ze mną regularnie elementy samoobrony, i to prawie każdego dnia, a w wieku czternastu lat zapisał mnie na lekcje kendo, które, jak twierdził, najbardziej przypominało walkę na miecze.

– A po co mi znać walkę na miecze? – zapytałam go wtedy.

– Nigdy nie wiadomo, co się może przydać w życiu – odparł enigmatycznie. Nie dociekałam, o co może mu chodzić, ponieważ te zajęcia bardzo mi odpowiadały.

– Niezłe cacko sprezentował ci ojciec – odezwał się po długiej chwili mój pasażer.

– Tak właściwie to sama sobie sprezentowałam.

– To znaczy?

– Tak jakoś dziwnie to u nas wygląda, ale wszelkie zakupy dokonywane są dopiero po mojej aprobacie. Ciągle mam wrażenie, że to ja kupuję wszystkie rzeczy. Oczywiście nie chodzi o sprawy podstawowe, takie jak jedzenie, opłaty, telefony. Mówię o grubszych zakupach.

– Czyli co? Ojciec pyta cię, czy może sobie kupić na przykład samochód?

– No… właściwie, to tak. Teraz, gdy tak sobie przypominam, zawsze odbywało się to w podobny sposób. Mieszkaliśmy tylko w tych domach, które ja zaaprobowałam, zatrudnialiśmy gospodynie, na które ja się zgadzałam, a przy każdym większym zakupie ojciec pytał mnie szczegółowo o zdanie. Nabywał taką rzecz tylko wtedy, gdy usłyszał ode mnie: „Tak, kupujemy to”.

– Nie uważasz, że to trochę dziwne? – Daniel na chwilę oderwał wzrok od jezdni, spoglądając na mnie z zaciekawieniem.

– A czy coś u nas nie jest dziwne? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. – Znasz jeszcze kogoś, kto przeprowadza się przez całe życie, co półtora roku, najwyżej co dwa lata? Bo ja nie.

– Ale jaja. Naprawdę przeprowadzacie się tak często?

– Uhm – mruknęłam.

– Teraz też tak będzie? – zaniepokoił się.

– Mam nadzieję, że nie. Dałam ojcu wyraźnie do zrozumienia, że dojrzewam i potrzebuję trochę stabilizacji.

– Skręć za sto metrów w prawo – wtrącił i machnął przy tej komendzie ręką. – I co on na to?

– Powiedział, że postara się pozostać tu jak najdłużej.

– Czyli ile?

– Tego już nie sprecyzował.

– To nieciekawie. – Daniel westchnął.

– Nie ma się o co martwić. Dopiero się wprowadziliśmy. Półtora roku przed nami, a może dwa lata…

– Skręcaj w lewo! – Daniel krzyknął w ostatniej chwili, a ja wykonałam błyskawiczny manewr i bez problemu skręciłam w wąską uliczkę.

– Tutaj się zatrzymaj. Przy tym białym domu.

Zaparkowałam przy krawężniku na wprost przytulnej, małej chatynki z błękitnymi okiennicami na tle śnieżnobiałych ścian.

– Ale fajna chatka – powiedziałam z uznaniem.

– Nie żartuj sobie! – obruszył się Daniel.

– Nie żartuję, kozi bobku – zaczepiłam go. – Wygląda jak cukiereczek. Brakuje mu tylko kolorowych kwiatów.

– Brak forsy na bzdety.

– Kwiaty to nie bzdety.

– Co nie zmienia faktu, że nie mamy na nie pieniędzy. Są tysiące ważniejszych wydatków – warknął.

– OK, rozumiem. Uspokój się, narwańcu. – Podniosłam do góry ręce. – Idę z tobą wybrać ci coś porządnego do ubrania.

– O nie, nie! – Daniel pokiwał palcem, udając wycieraczkę do szyb. – Sam sobie wybiorę.

– Po moim trupie! – zaparłam się na całego. – Nie tak się umawialiśmy.

– Żadna baba nie będzie się panoszyła w moim pokoju!

– Kłóć się dalej, a czas ucieka. Pewnie masz niezły bałagan, skoro nie chcesz mnie wpuścić. – Przy uparciuchach najlepiej sprawdzało się podpuszczanie ich.

– Mój bałagan, moja sprawa – burknął.

– Dobra, przymknę oczy i postaram się nie zauważyć, że przez twój pokój przeszło tornado. – Wysiadłam z samochodu, nie zwracając już uwagi na jego nadętą minę.

Zrezygnowany, powlókł się ścieżką w kierunku małego ganeczku, a ja deptałam mu po piętach. Wpuścił mnie pierwszą do maleńkiego przedpokoju, z którego widziałam kuchnię i niewielki salon. Na wszelki wypadek nie powiedziałam ani słowa, bo Daniel zjeżył się na całego. Poprowadził mnie wąskim korytarzem do pomalowanych na stalowo drzwi. Domyśliłam się, że to jego pokój. Zawahał się przed otwarciem drzwi, ale tylko chwilę.

– Proszę, wchodź i śmiej się.

Wkroczyłam do pokoju przygotowana na mały kataklizm, a zobaczyłam idealny porządek i czystość.

– Niby z czego mam się śmiać? Z tego, że jesteś taki porządnicki?

– Nie udawaj. Nie szokuje cię moja bieda, burżujko?

– Głupi dupek – podsumowałam jego wystąpienie. Chociaż jego ubóstwo tak bardzo go krępowało, dla mnie nie miało znaczenia. Zawsze uważałam, że przede wszystkim liczy się człowiek i to, co sobą reprezentuje. A co do tego, że Daniel był wyjątkowo wartościową istotą, miałam całkowitą, instynktowną pewność. Instynkt nigdy mnie nie zawodził. – Uważam, że masz tu całkiem przytulny kącik i skoro tego nie doceniasz, to znaczy, że jesteś dupkiem do kwadratu. Zresztą nie zamierzam z tobą teraz dyskutować. Wyciągaj te ciuchy. Najpierw dżinsy.

Usiadłam na łóżku, krzyżując nogi po turecku. Już myślałam, że się nie ruszy, tylko cały czas będzie się gapił na mnie tym przenikliwym wzrokiem, ale wreszcie podjął decyzję i podszedł do szafy. Tam też panował idealny porządek, jak wszędzie zresztą – i na łóżku, i na biurku, i na wiszących nad nim półkach. Pod sufitem kołysały się tylko sklejane modele nowoczesnych samolotów.

– Fajne – powiedziałam.

– Co?! Te portki?! – zawołał.

– Nie, samoloty. A te spodnie to najlepiej wyrzuć od razu – skrytykowałam badziewie, które trzymał w rękach. – Nie masz zwykłych, najzwyklejszych dżinsów?

– Mam – burknął.

– No, to pokaż.

Wyciągnął ciemnogranatowe, lekko przetarte spodnie.

– No, wreszcie coś ładnego – pochwaliłam go. – A teraz podkoszulek.

– Mam same szerokie.

– To wybierz najwęższy z tych szerokich.

– Mam obcisły biały – burczał dalej.

– No, to wkładaj! – zawołałam i wywróciłam oczami.

– Będę w nim wyglądał jak ofiara głodu.

Westchnęłam wyraziście i głęboko.

– Masz taką piękną, szczupłą sylwetkę, a zamiast ją eksponować, wydziwiasz jak głupkowata laska. Maszeruj natychmiast się przebrać – pogoniłam go. – Aha! Nie zapomnij o obcisłych slipach, żebyś mógł bardziej panować nad swoim fiutkiem. – Nie mogłam się powstrzymać i dokuczyłam mu na koniec.

– Wariatka! – Daniel zaczerwienił się jak burak, ale złapał elastyczne slipy i prawie wybiegł z pokoju.

Uśmiechnęłam się zadowolona, że zapanowałam nad jego głupim uporem.

Po trzech minutach wparował z powrotem.

– I co? Teraz nie będziesz się mnie wstydzić? Wolisz chudzielców?

– Tyś chyba kompletnie skretyniał! Przecież masz… idealną sylwetkę! – Aż się zająknęłam z wrażenia.

Patrzyłam jak urzeczona na ten atrakcyjny obrazek. Obcisłe rurki uwydatniały jego szczupłe, długaśne nogi, a koszulka delikatnie opinała płaski brzuch i podkreślała pięknie zaznaczone mięśnie tułowia oraz klatki piersiowej.

– O nie! Kłamliwy gnojku! Ty ćwiczysz! – dodałam po chwili, gdy już podniosłam do góry opadłą z wrażenia szczękę.

– Trochę tam ćwiczę… – mruknął.

– Jak można nie pokazywać tak pięknego ciała! – gderałam. – Jeśli jeszcze raz włożysz jakieś porozwlekane szmaty, to osobiście skopię ci ten zgrabny tyłek.

– Ale się boję – burczał dalej, ale w jego oczach widziałam pierwsze przebłyski radości. Zaczynał mi wierzyć. Nie spodziewałam się, że ma aż tak duże kompleksy. Postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby wyciągnąć go z tej skorupy.

Gdy siedzieliśmy już w samochodzie, zapytałam:

– Jak długo ćwiczysz?

– Ponad dwa lata.

– To widać. Masz piękne mięśnie – pochwaliłam go kolejny raz. – Nie przerośnięte, sztucznie nadmuchane sterydami, tylko prawdziwe, jak Bruce Lee. Dla mnie jego sylwetka jest najwspanialszym przykładem ideału.

– Nawet za tysiąc lat nie będę go przypominał.

– Czy ty masz w domu lustro?

– A bo co? – zapytał zaczepnie.

– A bo stań sobie przed nim i przypatrz się dobrze. Potem porozmawiamy.

Z lekkim piskiem opon wjechałam na szkolny parking i w niewielkim, kontrolowanym poślizgu zatrzymałam się w rzędzie równo stojących aut.

– Szalona baba – prychnął, ale oczy świeciły mu radością. Natychmiast uśmiechnęłam się do niego.

– I taką mnie musisz lubić.

– Niczego nie muszę. – Nie pozwalał mi mieć ostatniego zdania.

– To się jeszcze okaże.

Pokręcił głową i popchnął mnie lekko w kierunku kompleksu budynków.

Zdążyliśmy prawie w ostatniej chwili. W wielkiej sali gimnastycznej zebrali się już wszyscy uczniowie i nauczyciele. Domyśliłam się, że stojący przy mikrofonie i stukający w niego zawzięcie facet to mój nowy dyrektor. Przemknęliśmy chyłkiem tyłami sali w pobliże grupy, do której zapewne od dzisiaj należałam. Po drodze ścigały nas zaciekawione spojrzenia, ale nie miałam czasu zapamiętać, kto się tak bardzo w nas wpatruje. Stanęliśmy spokojnie za wszystkimi, a Daniel natychmiast odsunął się ode mnie o jakiś metr. „Pewnie znowu te głupie fochy” – pomyślałam i natychmiast stanęłam przy nim. Omiótł mnie tym swoim intensywnym spojrzeniem ciepłych, orzechowych oczu i nie odsunął się już nawet o milimetr.

Było mi przy nim dobrze. Pierwszy raz w nowej szkole nie czułam się tak strasznie wyobcowana. Świadomość, że ktoś, kto mnie lubi, stoi w pobliżu, dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Miałam wrażenie, że Daniel mnie chroni przed złem świata. Taka dziwna myśl pojawiła się w mojej głowie. Zaskoczyła mnie bardzo, ale nie miałam teraz okazji zastanowić się nad nią głębiej, gdyż bardzo wyraźnie dotarł do mnie głos dyrektora.

Usterki techniczne najwidoczniej zostały usunięte, więc chudy, orlonosy facet w szylkretowych okularach rozpoczął swoją stałą gadkę. Witał wszystkich po wakacjach, mając nadzieję, że wypoczęli na tyle, by teraz ze zdwojoną siłą zabrać się do nauki. I takie tam „bla, bla, bla”, podobnie jak w każdej szkole, do której uczęszczałam.

Słuchałam tego piąte przez dziesiąte, lustrując uważnie otaczających mnie rówieśników. Niektórzy zerkali na mnie z podobną ciekawością, ale robili to bardzo delikatnie. Ogólnie wszyscy zachowywali się wyjątkowo spokojnie, jakby przyzwyczajeni do dyscypliny.

To dawało nadzieję, że w tej szkole uda mi się uniknąć ostrych konfliktów, jakie zdarzyły mi się w poprzedniej. Prawie mnie z niej wyrzucono za – jak to określiła tamtejsza dyrektorka – stosowanie agresywnych rękoczynów wobec swoich kolegów. Nie przyznała mi racji, pinda jedna, chociaż wiedziała, że zostałam chamsko sprowokowana przez taką jedną obrzydliwą lalusię, której nie przypadłam do gustu już w chwili pojawienia się w tamtej szkole. Czepiała się mnie na każdym kroku, razem z grupą wpatrzonych w nią jak w bóstwo okropnych małolat. Córeczka jakiejś miejscowej szychy – adwokata – rządziła naszą grupą jak udzielna księżna. Wszyscy nauczyciele przymykali oko na jej wybryki, bo tatuś wykładał niemałą forsę na dofinansowanie szkoły.

Długo wytrzymywałam jej zaczepki, aż wreszcie miarka się przebrała. Lala dostała ode mnie porządne wciry. Zniszczyłam przy tym podobno niesamowicie drogi komplet od Prady i afera objęła całą szkołę. Ojcu z ledwością udało się załagodzić to zamieszanie. Durny tatuś-adwokacik chciał nawet oskarżyć mnie o abstrakcyjne straty moralne i materialne, ale dziwnie jakoś, po krótkiej rozmowie sam na sam z moim ojcem, szybko się z tego wycofał. Ojciec nie chciał przyznać, jakiego miał na niego haka, a ja, widząc jego upór, nie dociekałam zbyt natarczywie. Wymogłam tylko na nim obietnicę, że kiedyś mi o tym opowie.

Teraz przyglądałam się strojom otaczającej mnie grupki i w duchu przyznałam Danielowi rację. Prawdziwa rewia mody. Każdy z tych ciuchów pochodził z najnowszej kolekcji jakiegoś znanego projektanta. Wiedziałam o tym doskonale. Sama lubiłam ładne ubrania i interesowałam się modą, ale tak samo, jak niebotycznie drogie ciuchy, lubiłam oryginalne fatałaszki z lumpeksu. Potrafiłam zawsze znaleźć tam coś ciekawego, a dzięki lekkim przeróbkom tworzyłam z tego małe cuda. Drogich rzeczy też miałam sporo, chociażby z tego powodu, że było mnie na nie stać.

Nigdy nie wiedziałam, jak dużo mamy pieniędzy, a moje pytanie na ten temat ojciec zbył jednym zdaniem:

– Mamy ich tyle, że nie musisz się w niczym ograniczać.

Gdy jednak dociekałam, jak bardzo nie muszę się ograniczać, dodał:

– Powiem ci, jeśli budżet nie udźwignie którejś z twoich potrzeb.

Raz próbowałam podpuścić go i przyniosłam do domu prospekt pięknej, zarośniętej palmami wysepki z małym budynkiem hotelowym i masą drewnianych domków rozmieszczonych na plaży, z własnym molem i ogrodem, całym w egzotycznych kwiatach.

– Zobacz, jak tu pięknie. – Podsunęłam mu prospekt pod oczy. – Chciałabym mieć taką wyspę – dodałam.

I wtedy mój ojciec zaskoczył mnie najbardziej. Obejrzał dokładnie wszystkie zdjęcia i powiedział:

– Skoro potrzebujesz, kupimy ją. – Wiele wysiłku sprawiło mi utrzymanie neutralnej miny. Zatkało mnie tak bardzo, że nie wydukałam ani słowa. Na szczęście ojciec, podchodząc do mojej propozycji całkiem poważnie, kontynuował: – Zastanów się dokładnie, czy rzeczywiście tego pragniesz. Zasady naszego przemieszczania się nie ulegną zmianie jeszcze długo. I co zrobisz z tą wyspą po dwóch latach?

– A nie moglibyśmy zostać na niej dłużej? – wydukałam.

– Sha, kochanie, tak bardzo chciałbym dla ciebie stabilizacji, ale wierz mi, że na razie to niemożliwe.

– No nie, na dwa lata wyspa nie jest mi do niczego potrzebna. – Sprytnie się wycofałam, a ojciec popatrzył na mnie smutno.

– Obiecuję ci, że kiedy tylko będziemy mogli osiąść gdzieś na dłużej, wyspa, którą sobie wybierzesz, natychmiast stanie się twoja. Lub jakiekolwiek inne miejsce.

Bąknęłam „dziękuję” i uciekłam do swojego pokoju, by przemyśleć całą tę rozmowę. Jakiś obraz naszej fortuny już miałam, reszta pozostawała nadal wielką zagadką…

Z tych rozmyślań wybił mnie szept Daniela.

– Część oficjalna już za nami. Teraz trzeba odebrać w sekretariacie plan zajęć, a o dwunastej spotkanie z grupą i naszym opiekunem.

– Czyli co? Teraz czekamy w kolejce?

– No tak, ale jeśli nie chcesz, możemy wyjść na zewnątrz. Siądziemy sobie na ławkach przy boisku i poczekamy, aż ta nawałnica przejdzie. Przed dwunastą pewnie już wszystkich załatwią i odbierzemy spokojnie nasze świstki.

– Dobry pomysł – powiedziałam. – Nie lubię tłoczyć się w kolejkach.

Na dworze okazało się, że nie tylko my mieliśmy taki pomysł. Kilkanaście grupek stało w różnych miejscach tylnego dziedzińca. Głośne rozmowy docierały do nas z każdej strony. Nauczyciele też wyszli na zewnątrz i stali w dwóch osobnych grupach.

Zataczając spory łuk, wyminęliśmy wszystkich w bezpiecznej odległości i ruszyliśmy w stronę boiska. W pewnym momencie Daniel zatrzymał się i skinął ręką, bym zrobiła to samo. Wyglądał na zdenerwowanego.

– Uwaga! Chris na trasie.

– A kto to taki? – zaciekawiłam się tak gwałtowną reakcją.

– A… taki tam, synalek obrzydliwie bogatego właściciela największego przedsiębiorstwa w tej okolicy. Wszyscy skaczą tu koło niego jak koło Boga. Ojciec sponsoruje szkołę swoją forsą, a synalek odcina kupony.

– Ale dlaczego nie chcesz się z nim spotkać? Boisz się go?

– No coś ty! Nie chcę, byś wpadła mu w oko już pierwszego dnia! – żachnął się. – OK. Poszedł gdzie indziej.

– Jesteś zazdrosny? – zapytałam zdumiona. – Przecież to obcy koleś, który nic dla mnie nie znaczy.

– Nie jestem zazdrosny, tylko martwię się o ciebie. Chris to myśliwy. Wytrawny łowca, który nie przepuści żadnej atrakcyjnej dziewczynie. A że jest bogaty i piękny, wszystkie laski sikają na jego widok. Ale cwaniak wybiera tylko te najlepsze i powoli je osacza. A potem już tylko „zaliczanko” i laska idzie w odstawkę.

– Co rozumiesz przez „zaliczanko”?

– No, chyba się domyślasz – powiedział i spojrzał na mnie jednoznacznie.

– Masz na myśli seks?

– To właśnie mam na myśli.

Powoli doszliśmy do ławek i rozsiedliśmy się na nich wygodnie.

– Nie uważasz, że to za wcześnie? – zapytałam skonsternowana. – Szesnaście lat, jak w moim przypadku, czy nawet siedemnaście, jak w waszym, to chyba jednak za mało na takie sprawy.

– Chris ma osiemnastkę za cztery miesiące – wytłumaczył mi. – Podobnie jak ja.

– Co ani trochę nie usprawiedliwia seksualnych eksperymentów – żachnęłam się na to usprawiedliwienie, ale zaraz moją uwagę przykuła inna kwestia. – Zaraz, zaraz, mówisz: cztery miesiące? Czyli urodziłeś się w styczniu. Którego? – Chciałam wiedzieć.

– Pierwszego.

– Co?! Pierwszego stycznia?! – Oczy otwarły mi się szeroko ze zdumienia. – Ja też!

– Hm… – chrząknął niepewnie. – Taka zbieżność! Chris… też urodził się w tym dniu – odpalił pershinga.

– O ja cię… – Aż się zapowietrzyłam. – Trochę to dziwne, nie uważasz? – mówiłam i kręciłam głową, zaskoczona.

– Trochę – przyznał. – A na dodatek obydwaj zaczęliśmy naukę wcześniej… niby o rok. Właśnie ze względu na ten pierwszy stycznia. Gdyby nasze mamy pospieszyły się troszeczkę, nie byłoby całego tego zamieszania.

– No nie! I to do kwadratu! – wykrzyknęłam sugestywnie. – Identyczna sytuacja jak u mnie! Dlatego w ostatniej klasie liceum mam jeszcze przez cztery miechy szesnaście lat. Nie wydaje ci się, że to jest coraz dziwniejsze?

– Pewnie zwykły zbieg okoliczności. – Daniel wzruszył ramionami trochę lekceważąco, ale oczy miał poważne i zamyślone.

– No… może… – Ja też zamyśliłam się nad tym ewenementem. „Albo to zbieg okoliczności, albo… jakaś wróżba?… Przeznaczenie? Czas pokaże” – skonstatowałam przejęta.

– W takim razie dlaczego jesteś jeszcze w liceum? Nie powinieneś być już po maturze? – To pytanie natychmiast pojawiło się w mojej głowie. Wszystko, co dotyczyło Daniela, stało się dla mnie wyjątkowo ważne.

– Chorowałem i musiałem sobie odpuścić rok. – Spiął się, gdy to mówił.

– O kurczę! Kiedy to było?

– Cztery lata temu.

– Powiesz mi, na co chorowałeś?

– Nie jesteś zbyt ciekawska? – Przy tych słowach nastroszył się.

– To nie ciekawość ani wścibstwo, to zainteresowanie twoją osobą, baranku. Jesteś dla mnie ważny – wytłumaczyłam mu. – Ale skoro nie chcesz mówić, nie będę nalegać. Może odebrałeś moje dotychczasowe zaciekawienie jako zbyt obcesowe, ale to tylko pozory. W rzeczywistości szanuję prywatność i nie lubię włazić z buciorami w życie innych, zwłaszcza bez ich zgody.

Chyba mi uwierzył, bo po chwili zniknęło z jego twarzy napięcie. Pojawił się za to smutek. Zrobiło mi się głupio, że przypomniałam mu jakieś bardzo trudne chwile. Już chciałam zmienić temat, ale Daniel odezwał się poważnym tonem:

– Z nikim o tym nie rozmawiałem, ale tobie chcę to powiedzieć. Nie wiem, czy się ode mnie nie odwrócisz, kiedy już wszystko usłyszysz, ale zaryzykuję.

W tym momencie wydawał się taki bezbronny! Chwyciłam jego dłoń i uścisnęłam mocno. Tak bardzo chciałam mu przekazać dobrą energię, która go wzmocni i pozwoli zapomnieć.

– Masz takie gorące dłonie – rzucił, zmieszany moim dotykiem.

– Pewnie z tego upału.

– Pewnie tak… – Patrzył na moje dłonie z dziwną desperacją.

– Moja choroba zaczęła się całkiem niewinnie – zaczął po dłuższej chwili. – Najpierw miałem lekkie zawroty głowy i od czasu do czasu bóle. Z czasem jednak ból się zwiększał, a zawroty zmieniły się w chwile utraty przytomności. Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej. Mój ojciec, lekarz, zrobił mi wszelkie możliwe badania w klinice, w której pracował, ale nic nie wykazały. Szukali oczywiście guza w moim mózgu, ale tam było czysto. Nikt nie miał pojęcia, co mi dolega. Podejrzewali problemy z błędnikiem, jakieś inne dziwaczne choroby, ale nic się nie potwierdziło. Kiedy do wszystkich objawów doszły napady epilepsji, mama postanowiła poszukać pomocy w Chinach. Dowiedziała się, że tam można znaleźć specjalistów, którzy rozpoznają niemożliwe do zdiagnozowania przez naszą medycynę choroby. Ojciec zdecydowanie się temu sprzeciwił, zarzucając jej, że chce mnie wywieźć na pewną śmierć. Mama jednak nie zamierzała się poddać. Ten konflikt skończył się niezbyt ciekawie – ich związek przestał istnieć. Porozumieli się jakoś w sprawie majątku… Nie będę rozwlekał tego tematu… W każdym razie tę część, którą matka uzyskała po podziale, wydała w całości na nasz wyjazd do Chin, a jeszcze dodatkowo zadłużyła się u rodziny. Po powrocie zostaliśmy praktycznie bez środków do życia. Alimenty, które dostawałem od ojca, wystarczały zaledwie na przeżycie w wynajętym pokoju. A mama nie mogła pracować. Na początku, przez pierwsze miesiące po operacji, musiała się mną opiekować, ponieważ mój mózg bardzo powoli się regenerował.

– Więc jednak miałeś coś w mózgu? – zapytałam, pochłonięta tą opowieścią.

– Tak, to był guz, taki sprytny skurczybyk, który chował się w zdrowej tkance, udając ją. Oszukiwał rezonans, tomograf i każde inne urządzenie.

– No, to jak go znaleźli?

– Dziwnie! – Daniel zaśmiał się lekko. – Przyprowadzili pewnego maleńkiego człowieczka, który mamrotał cały czas pod nosem jakieś niezrozumiałe chińskie słowa i który położył ręce na mojej głowie zaledwie na dwie, trzy sekundy. Potem narysował mi palcem na głowie kółko i wyszedł. Za godzinę miałem w tym miejscu wyciętą dziurę.

– Niesamowite! Aż trudno w to uwierzyć. Podziwiam Marikę za podjęcie tak trudnej decyzji. Jak sobie dawała radę z pielęgnowaniem cię po operacji?

– To akurat nie było takie trudne, pracowała jako pielęgniarka przez wiele lat.

– To dlaczego teraz jest…? – zacięłam się.

– Służącą? – przerwał mi. – Tak jak mówiłem, alimenty od ojca wystarczyły tylko na przeżycie, a przecież musiała spłacić długi. Każdą chwilę, gdy mogła zostawić mnie samego, wykorzystywała na sprzątanie. Agencja dawała jej takie godziny, w których mogłem zostawać sam. No, a później już wciągnęła się w tę pracę i została. Mogła w niej zarobić więcej niż jako pielęgniarka. A ponieważ jej marzeniem było posłanie mnie do dobrej szkoły, tak już pozostało do dzisiaj. Horrendalny koszt tego liceum nie pozwala jej na razie zmienić pracy.

– Wstydzisz się, że matka pracuje jako gosposia? – zdumiałam się.

– Nie! – zapewnił natychmiast. – Tylko te nowobogackie gnojki wytykają mi to, uważając mnie za plebs.

– I przejmujesz się takimi kretynami?

– Gdybym się przejmował, nie chodziłbym tutaj. Wkurzam się tylko o mamę. Pracuje uczciwie, a takie gnoje uważają ją za śmiecia.

– Nie przejmuj się głupim gadaniem. Ono nie ma żadnego znaczenia. Poza tym ten rok minie szybko, a potem pewnie stąd wyjedziesz na dobre studia.

– Jak będzie mnie na nie stać. Na razie odkładam każdy grosz, który udaje mi się zarobić, i nadal wierzę w cuda – powiedział i zaśmiał się smutno.

– Postaramy się z ojcem jakoś ci pomóc.

Zerwał się na równe nogi i ze złością rzucił:

– Nie potrzebuję jałmużny!

Niezrażona jego wybuchem, popukałam się ostentacyjnie w czoło.

– Kozi bobek znów dał o sobie znać – podsumowałam jego histerię. – Nikt nie zamierza dawać ci nic za darmo. Znajdziemy ci jakieś zajęcie.

– Nie potrzebuję! – wściekał się dalej. – Bogaczka chce mi zrobić wielką łaskę i wyszukać na siłę jakieś zajęcie. Chrzanię to! – Odwrócił się do mnie tyłem, jakby zamierzał odejść.

– Dlaczego wyzywasz mnie od bogaczek? – zadałam mu z pozoru dziwne pytanie.

– Oszalałaś?! – Daniel odwrócił się gwałtowanie w moją stronę. – Czy robisz sobie ze mnie jaja?

– Ani jedno, ani drugie. Chciałabym tylko wiedzieć, na jakiej podstawie twierdzisz, że jestem bogaczką?

Popatrzył na mnie jak na ufoludka, ale jego emocje już opadły, a to przecież było moim zamierzeniem.

– Wynajmujecie najdroższą willę w całej okolicy, za którą miesięczny czynsz wynosi tyle, co roczny zarobek mojej matki, a ty zadajesz mi tak bezsensowne pytanie? Czasami nie wiem, co o tobie sądzić.

– Zbicie z tropu jest najlepszym sposobem na narwańców. Mądre pytanie pewnie by cię nie zatrzymało. Zgodzisz się? – Wzruszył ramionami i popatrzył na mnie spod byka. – W pewnych kwestiach trudno nawiązać z tobą rozumny kontakt – dodałam i westchnęłam wyraziście. – Radzę ci, byś przy mnie ograniczył do minimum te swoje kompleksy. Traktuję cię od samego początku jak kumpla i totalnie mi zwisa twój status materialny. Widzę Daniela, świetnego chłopaka, podobno mądrego, więc chciałabym, żeby twoje zachowanie nie kolidowało z tymi odczuciami. Nie zachowuj się jak szczeniak, gdy ktoś chce ci pomóc.

– To co niby miałbym u was robić? – zapytał zaczepnym tonem.

– Mógłbyś na przykład zająć się naszym ogrodem. To prawie pół hektara powierzchni.

Choć widziałam, że oczy zaświeciły mu się do tego pomysłu, i tak warknął ironicznie:

– Nie jestem ogrodnikiem, proszę panienki!

– Kosić trawę, grabić i pielić grządki potrafi każdy głupi – naśladowałam jego ton – ale nie zmuszam cię do niczego. Przemyśl sprawę i daj mi jutro lub pojutrze odpowiedź.

Mruknął coś pod nosem i usiadł w pewnym oddaleniu ode mnie. Wyglądało, że zamyślił się nad czymś głęboko. Zostawiłam go więc w spokoju i wystawiwszy twarz do słońca, zamknęłam oczy.

Zapanowała cisza. Tylko