Lilana - Małgorzata Strękowska-Zaremba - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

Nie szukali Lilany, to ona na nich czekała…

Wracając z wakacji, rodzice Natalii nagle gubią drogę i trafiają do zanurzonej w zieleni osady, o której zapomniał cały świat. W Lilanie życie płynie inaczej – zupełnie jak w tajemniczym ogrodzie zamkniętym w butelce. Pewnie dlatego mama, tata, Natalia, a nawet mały Kajtek, czują, że tylko tutaj mogą być naprawdę szczęśliwi. Choć chyba najbardziej mama, która po zamieszkaniu w szklanym domu zawsze wypełnionym światłem wreszcie zaczyna się uśmiechać…

Zatopiona w słońcu i zieleni osada ma jednak wiele niepokojących sekretów. Natalia przekonuje się o tym, gdy spotyka w lesie ogromne ćmy o oszronionych skrzydłach, a potem odkrywa, że nikt poza nią ich nie widzi. Czy to możliwe, by Lilana żądała od Natalii zapłaty za podarowane jej rodzinie szczęście?

Małgorzata Strękowska-Zaremba – pisarka, członkini Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz Stowarzyszenia Wolnego Słowa, stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Za swoją twórczość dla dzieci i młodzieży była wielokrotnie nagradzana: otrzymała m.in. Nagrodę Literacką im. Kornela Makuszyńskiego (za książkę „Abecelki i duch Bursztynowego Domu”) i wyróżnienie w konkursie Polskiej Sekcji IBBY Książka Roku 2006 (za książkę „Bery, gangster i góra kłopotów”). Jej „Złodzieje snów” zdobyli wyróżnienie w konkursie Polskiej Sekcji IBBY Książka Roku 2008 oraz II Nagrodę w I Konkursie Literatury Dziecięcej im. Haliny Skrobiszewskiej; nagrodzoną książkę wpisano ponadto na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej. Autorka została nominowana do Astrid Lindgren Memorial Award 2016. Jej powieść „Dom nie z tej ziemi” uhonorowano m.in. nagrodą główną w konkursie Przecinek i Kropka, a także wyróżnieniem w konkursie Polskiej Sekcji IBBY Książka Roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 142

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MałgorzataStrękowska-Zaremba
LILANA Fragment
Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Dziękuję Iwonie Hardey za cenne uwagi

oraz za jej ręcznie robione czekoladki

o działaniu terapeutycznym.

Autorka

To wszystko na niby, to wszystko na niby.

Gdy wchodzimy do kabiny, nie wierz w nic.

To wszystko na niby, wszystko na niby.

Gdy wchodzimy do kabiny,

nie wierz w nic, nic, nic, nic.

Taco Hemingway

Rozdział 1

Wyszłam z lasu. Mieszkańcy osady spali twardym snem. Szklany dom również pogrążony był we śnie. W komputerowni wyszukałam folder ze zdjęciami z Lilany. Postanowiłam odtworzyć wszystko, co się wydarzyło, i więcej do tego nie wracać. Nie zamierzałam uciekać od przeszłości, chciałam ją zamknąć. Nie wiem, na co liczyłam. Że Lilana pomoże mi oskarżyć samą siebie?

Kliknęłam na chybił trafił w zdjęcie oznaczone numerem 75.

Wąska asfaltowa droga pnie się po zboczu usianym ciemnymi dachami domów. Dwie postacie – pierwsza wysmukła, druga niższa i szczupła – idą ku słońcu, które wydaje się w zasięgu ręki wysokiej postaci. Słońce obrysowane jest cienką czarną linią.

To niezwykłe – zobaczyć siebie z tyłu. Plecy, głowa bez twarzy, nogi z niewidocznymi kolanami, na których zaschły ostatnie strupy. Nie wiedziałam, że tata szedł wtedy za nami. Musiało tak być, inaczej nie zrobiłby tego zdjęcia. Powiększyłam je. Wszystko się rozpłynęło, ale byłam pewna, że na rozmytym planie są ręce: moja i mamy. I że jedna trzyma drugą.

Zapamiętałam tamten dzień aż za dobrze. Każdy szczegół. Powietrze było gęste od intensywnych zapachów. Wzięłam mamę za rękę. Zabrałam ją na wrzosowisko. Wierzyłam, że znów pozwoli oczarować się Lilanie. Nie powiedziałam, że czuję rosnący niepokój, że ciąży mi cisza naszego domu, blade uśmiechy taty. Nie odważyłam się o nic pytać. Chciałam myśleć, że to, co nie zostało nazwane, nie istnieje.

Tamtego dnia, którego nigdy nie zapomnę, drogi, chodniki i domy ustępowały miejsca zieleni jak za dotknięciem różdżki czarodzieja. Mama nie lubiła dalekich spacerów, ostatnio nie lubiła wielu rzeczy, ale miałam nadzieję, że uda mi się wszystko zmienić. Sprawić, że znowu będzie jak dawniej. Jak wtedy, gdy przyjechaliśmy do Lilany, żeby tu zamieszkać: ja, Kajtek, mama i tata. I jeszcze później Pies, Który Boi Się Walizek.

Dom w Lilanie miał uszczęśliwić nas wszystkich. Był niezwykły, prawie cały ze szkła, żeby wewnątrz słońce mogło tańczyć walca. Tak powiedziała mama. Lubiła światło, a właściwie jego nadmiar. Każdy dostał swój pokój, nawet niespełna dwuletni Kajtek. Z mojego okna widać było okno Wiktora, którego jeszcze wtedy nie znałam. Wreszcie mieliśmy wszystko: pracownię dla mamy, komputerownię dla taty, kuchnię ze lśniącym okapem na środku sufitu, ogród cały w zieleni i domek na drzewie do zabawy w najprawdziwszy dom.

No i siebie.

– Czy czegoś więcej potrzeba do szczęścia? – zapytał tata, umieszczając budkę dla ptaków na topoli. Wziął Kajtka pod pachy i podrzucił go ze śmiechem. A potem mnie.

Lilana zawirowała mi przed oczami tęczowym powidokiem.

– Jestem za duża na podrzucanie! – zawołałam, śmiejąc się wbrew sobie, bo jeszcze przed chwilą myślałam o rozstaniu ze wszystkim, co było moim warszawskim życiem.

Śmiech poszybował w niebo, zbyt lekki, żeby pozostać na ziemi. Ale wciąż pojawiał się nowy, to na ustach taty, to mamy, to moich i Kajtka. Mama była zachwycona Lilaną, przekonana, że zamieszkaliśmy w najpiękniejszym miejscu na świecie. Posadziła kwiaty i zioła. Godzinami mogła mówić o wietrze lekkim jak tiul, o kolorach, o świetle przesianym przez liście, o obrazach, które wkrótce namaluje, i o rosie nazywanej przez nią żywą wodą.

W ciepłe wieczory, o zmroku, odzywały się świerszcze i żaby. Siadaliśmy wtedy we czwórkę i słuchaliśmy. A zimą, gdy padał śnieg, wieczorami gasiliśmy światło i patrzyliśmy przez szklane ściany na taniec białych gwiazd. Osiadały na drzewach, na płotach, na tarasie. Kajtek chciał je lizać.

Tak było. Pamiętam, chociaż chciałam zapomnieć.

Nie szukaliśmy Lilany, to ona nas znalazła. Zbliżał się koniec wakacji. Wracaliśmy do domu z weekendowego wypadu, który przedłużył się do tygodnia, bo mama nie chciała jechać do Warszawy. Mówiła, że wszystko należy robić spontanicznie, i wytykała tacie, że gdyby mu pozwolić, zaplanowałby nam przyszłość aż do emerytury.

– Mieliśmy wrócić w sobotę, zanim zamkną supermarkety, i wracamy w sobotę – powiedziała, ni to żartując, ni to się usprawiedliwiając.

– Tylko że o tydzień później. – Tata mrugnął do mnie porozumiewawczo.

Na ogół nie miałam nic przeciwko przedłużaniu wyjazdów. Tata uczył mnie fotografować i to było fajne. Ale tym razem istniało ryzyko, że nie wrócimy na czas do domu. Martwiłam się, że na kupowanie zeszytów i innych rzeczy do szkoły zostanie mi tylko sobotni wieczór.

Oglądałam zdjęcia w telefonie, więc nie od razu zauważyłam, że tata pomylił drogę. Trasa była tak zakorkowana, że pojechaliśmy objazdami i GPS się pogubił, a my razem z nim. „Jedź prosto” – doradzał pogodny głos, chociaż jazda prosto groziła zderzeniem z betonowymi barierami. Po każdym zakręcie nieoznaczonym na mapie traciliśmy zasięg, a kiedy wreszcie nawiązywaliśmy połączenie, radosny głos GPS-u wracał do wydawania komend. „Za trzysta metrów skręć w prawo”, „Za dwieście metrów skręć w lewo” – informował z optymizmem, nie dostrzegając, że droga biegnie przez gęsty las, a skręt w którąkolwiek stronę jest niemożliwy. Później żałowałam, że nie wydał jedynej właściwej w tamtych okolicznościach komendy.

„Zawróć”.

– Tato, dokąd ty jedziesz? – spytałam w końcu.

– Eee, to na pewno objazd. Widziałem znak przy skręcie z trasy.

– A co pokazuje mapa? – Mama powiększyła punkt docelowy w swoim telefonie. – Lilana – przeczytała.

– Co? – zdziwiłam się. – Nie jedziemy do żadnej Liliany!

– Lilany – sprostowała mama.

– Sklepy nam zamkną! Zawróć, tato – protestowałam.

– Zaraz zawrócę, chociaż... patrzcie, jak tu ładnie.

Wysokie drzewa tworzyły zieloną aleję przetykaną żółcieniami i czerwienią pierwszych jesiennych liści. Spojrzałam przez tylną szybę – to samo. Jakbyśmy podróżowali przez tunel. Gdy droga wiodła w górę, słońce puszczało w oczy zajączki niczym psotne lusterko, a kiedy opadała, widok za oknem zmieniał się w jeden ciągły pas zieleni i złota. Może i było ładnie, ale...

– Nie chcę robić zakupów po nocy. Nie mam plecaka... – Zaczęłam wyliczać, czego brakuje mi do szkoły. Co prawda na poniedziałek wystarczyłyby kartka i długopis, ale Kasia, moja najlepsza przyjaciółka od przedszkola, miała już wszystko. Wysyłała mi zdjęcie za zdjęciem.

– No dobrze, zawrócę, jak wyjedziemy z lasu – obiecał tata. – Tutaj jest trochę za wąsko.

– Jedźmy dalej. Zdajmy się na los – nalegała mama. – Sklepy są otwarte do północy, po co martwić się na zapas.

– Los? Raczej na Google’a z zaburzeniami! – roześmiał się tata.

I nie zawrócił.

Napisałam do Kasi:

Prowadzi nas Google z zaburzeniami. Żegnaj!

A potem się uśmiechnęłam. Jechaliśmy pod koronami drzew zupełnie jak w głąb baśni. Było tak pięknie. Nagle ogarnął mnie spokój.

Chyba już zawsze będę śnić zielony tunel, z którego nie ma ucieczki.

Rozdział 2

Zdjęcie numer 8.

Mama idzie poboczem. Jej włosy w kolorze złota zbiera wiatr i niesie niczym nitki babiego lata rozświetlone słońcem. Ale to płoty, domy, drzewa i kwiaty wydają się pełne życia, a ona wygląda jak wklejona w tło biała figurka z kartonu.

Wypadliśmy z lasu jak orzech z łupiny. Ostre światło, niewstrzymywane dłużej przez korony drzew, rozlało się wokół auta niczym żółtko z rozbitego jaja dinozaura. Szosa biegła stromo pod górę, a kiedy już myślałam, że zaraz wtoczy się na niebo, spadła na złamanie karku. Na poboczu stał znak drogowy z napisem „Lilana”. Jakiś dowcipniś namazał na nim czarnym sprejem: „Koniec świata”.

– Jak na koniec świata to wcale ładne miejsce – powiedział tata i zahamował. Wysiedliśmy z auta.

– Widzicie? Warto było się zgubić! – Mama klasnęła w dłonie.

Lilana znajdowała się w samym sercu lasu. Droga, którą przyjechaliśmy, przecinała ją na pół, mknąc dalej, w niedościgłą przestrzeń. Z oddali osada wyglądała jak tkanina o wielu rozmytych barwach. Zieleń, żółcień, brąz, błękit, fiolet, czerwień tworzyły zamazane kręgi wokół wysokiej wieży kościoła.

– Chodźmy! – Mama ruszyła przed siebie, nie czekając. Jakby nas wcale nie było.

Nie po raz pierwszy zapomniała o naszym istnieniu. Gdy coś ją pochłaniało – na przykład nowy obraz – nie potrafiła myśleć o niczym innym.

– Ale zakupy... – przypomniałam bez przekonania.

– Weź aparat. – Tata wyjął z samochodu nosidełko z Kajtusiem.

Zostawiliśmy auto pod znakiem i dogoniliśmy mamę.

Lilana zsuwała się ze zbocza, ukazując nam swoją bujną, poplątaną zieleń, zbyt soczystą jak na koniec lata. Wzdłuż szosy, która płynęła pośród krzewów i kwiatów niczym rzeka, stały drewniane domy z doniczkami w oknach. Z daleka wydawało się, że kwitną razem z kwiatami. Gdy podeszliśmy bliżej, odkryliśmy, że ramy okien są niebieskie jak niezapominajki.

– Coś niesamowitego! – zachwycała się mama.

Poczułam dławienie w gardle, ale nie zrozumiałam ostrzeżenia, które dawało mi moje ciało.

– A te kolory! I światło! – zawtórował mamie tata.

Nie było już mowy o powrocie do domu, o zakupach, o szkole. Mama machnęła tylko ręką.

– Rozejrzyj się, nie widzisz, jak tu pięknie?

Rozejrzałam się, ale co z tego? Pomyślałam z goryczą, że piękno nie zastąpi plecaka, piórnika i butów na zmianę. Przecież nie pójdę pierwszego dnia szkoły w tej okropnej starej sukience. Czy ona nie widzi, że urosłam?

Nie kryłam złości. Niewiele jednak mogłam zrobić. Lilana miała nade mną przewagę.

Kolorowe ogródki wzdłuż asfaltowej drogi przylegały do siebie jak bliźnięta. Odgradzały je od pobocza drewniane płoty w kolorach skradzionych tęczy. Trudno było – nawet mnie – oprzeć się wrażeniu, że w tym miejscu żyją szczęśliwi ludzie. Przybysz, który by tu zamieszkał, na pewno miałby udział w tym szczęściu.

– Tak, mogłabym tu być szczęśliwa – powiedziała mama, potwierdzając moje myśli. A potem zakręciła się w miejscu jak tancerka.

Tata robił zdjęcia, mama patrzyła w błękitne niebo, w którym Lilana odbijała się jak w wodzie. Nagle poczułam się obco.

Ale przecież byliśmy razem. Może niepotrzebnie się złościłam. Może trzeba się było ucieszyć? Może trzeba było się do mamy przytulić?

„Przecież nie wyjedziemy z Warszawy – pomyślałam. – Mama w końcu zapomni o Lilanie, a tata... tata i tak niczego sam nie zrobi”.

Rozdział 3

Zdjęcie numer 16.

Siedzimy w aucie, ja, mama i Kajtek przypięty w foteliku. Jemy lody. Kajtek jest umazany po pięty. Obok mnie leży króliczek od Kasi. Wywinięte kraciaste ucho odsłania jednokolorowe wnętrze. Polewa ścieka mamie po palcach. Czekoladowa strużka zbliża się do niezliczonych bransoletek na jej nadgarstku. Wszyscy śmiejemy się do obiektywu.

Mama nie zapomniała o Lilanie, mimo że z odległości kilkuset kilometrów osada pośród lasu wydawała się nierzeczywista. Gdyby nie zdjęcia, które zrobiliśmy z tatą, myślałabym, że się nam przyśniła.

– Co to w ogóle za nazwa, Lilana?! – prychała z irytacją Kasia. – Nie ma takiego miejsca, chyba że w królestwie elfów – przekonywała i mnie, i siebie.

– Królestwo Lilany, to nawet fajnie brzmi – powiedziałam.

– Ahaś. Po prostu bajka – mruknęła Kasia.

Mama pokonała wszelkie trudności, żebyśmy dostali się do królestwa Lilany. Własny dom to było jej marzenie, które teraz miało się spełnić. W Lilanie, z dala od Warszawy, korków, smogu, dwóch pokoi, w których się nie mieściliśmy, i głośnych sąsiadów zza ściany. Mama uważała, że miejsca same wybierają sobie mieszkańców. I że Lilana czekała właśnie na nas. Raz powiedziałam o tym w szkole i wszyscy się ze mnie śmiali. Mama w ogóle wierzyła w wiele dziwnych rzeczy. Ja zresztą też, no ale ja byłam dzieckiem.

Nasz dom, który po pewnym czasie stanął w Lilanie, był naprawdę duży. I pełen światła. Ile razy przyjeżdżaliśmy, żeby sprawdzić, jak idzie budowa, tyle razy witało nas słońce. Jakby Lilana miała dla nas wyłącznie pogodne dni. Nawet gdy padał deszcz, krople jaśniały słonecznym blaskiem. Z początku nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Któregoś ranka, niespełna dwa lata od odkrycia przez nas Lilany, pod blokiem zaparkowała półciężarówka. „PRZEPROWADZKI” – przeczytałam napis na drzwiach. Westchnęłam. Nie byłam pewna, czy cieszyć się, czy smucić. Jedno i drugie wydawało mi się niestosowne.

Zadzwoniłam do Kasi.

– To już. Zaczynam nowe życie – powiedziałam śmiertelnie poważnie. Miałam wątpliwości, czy w wieku dwunastu lat można naprawdę zacząć życie od nowa i czy warto, ale kiedy usłyszałam to powiedzenie, bardzo mi się spodobało. – Aż mnie serce boli – dorzuciłam, dając do zrozumienia, że cierpię z powodu rozstania.

– A mnie boli ząb – syknęła Kasia.

Kiedy się żegnałyśmy kilka godzin wcześniej, obiecałyśmy sobie, że będziemy rozmawiać przez Messengera. I dzwonić. I esemesować. Wierzyłyśmy, że tak będzie. Przyjaciółkę ma się jedną na całe życie. Tak jak mamę albo tatę.

– Nie jedź tam. Szukałam na mapie i nie znalazłam żadnej Lilany. Jej nie ma – ostrzegała mnie Kasia.

Roześmiałam się.

– Ściągnęłaś nieaktualną mapę.

Ruszyliśmy. PRZEPROWADZKI pierwsze, my za nimi. Patrzyłam przez szybę auta. Kajtek powtarzał jak katarynka: „Mama, tama, Nama”. Wszystkie słowa, a nie było ich wiele, kończył sylabą „ma”, więc nie zawsze mogliśmy go zrozumieć. „Tama” – oznaczało tatę, „Nama” – Natalię, czyli mnie. Była jeszcze „buma” – bułka, a także „pima” – picie albo piłka. Czasem pojawiała się jeszcze „siuma”, ale nikt z nas nie wiedział, co to znaczy.

– Kajtek, powiedz: „Li-la-na” – próbowałam go namówić.

– Liiima – ziewnął Kajtuś.

– Zawracajmy! Jedziemy do Limy! Tato, słyszałeś?! – Wybuchnęłam śmiechem, ale kiedy znów spojrzałam w okno, posmutniałam.

Ulice, bloki, place zabaw, parki i pomniki umykały mi sprzed oczu. Już nie byłam u siebie. Kasia, koleżanki i koledzy z klasy, moja szkoła – wszystko to zostawiałam za sobą. Już nie byłam potrzebna miejscom, które tak lubiłam.

Kajtek trzymał króliczka od Kasi, jej ulubionego. Królik miał wytarty nosek i pachniał Kasią. Mały ściskał go mocno obiema rękami jak ktoś, kto chwycił się podczas huraganu poręczy mostu. Jeśli ją puści, wiatr zwieje go w przepaść.

Tak naprawdę to Kajtek tylko zasnął. Wtedy nie myślałam ani o poręczy mostu, ani o huraganie. Nie umiałam jeszcze tak myśleć. Dziś jestem starsza.

Wyjęłam króliczka z zaciśniętych palców brata.

– Nie da się z nim pogadać – rzuciłam, żeby odpędzić niewesołe myśli.

– Z króliczkiem? Spróbuj, może ci odpowie – zażartowała mama.

– Poczekaj, w Lilanie się rozgada – wtrącił tata.

– Króliczek? – Podniosłam brwi, udając, że nie rozumiem.

– Niewykluczone, że obaj. W Lilanie wszystko jest możliwe!

Tak, mama była o tym przekonana. Od kiedy odkryła Lilanę, znów się uśmiechała. A przecież nie zawsze tak było. Wcześniej wciąż mówiła, że w naszych dwóch pokoikach kiedyś się udusi. Dom w Lilanie miał ją wyrwać z odrętwienia i niemocy. Wierzyła w to, a my wierzyliśmy razem z nią.

Rozdział 4

Zdjęcie numer 27.

Jesteśmy w pracowni mamy. Ściany przeszklone na całej wysokości odbijają nasze postacie. Widać nawet cień taty, który robi to zdjęcie. Ja i mama trzymamy się za ręce i kręcimy w kółko. Kajtek chce do nas dołączyć. Przykucnął, gotuje się do skoku. Za szybami wiruje skąpana w słońcu Lilana.

Wyminęliśmy PRZEPROWADZKI i przyspieszyliśmy. Mama wciąż opowiadała o naszym przyszłym życiu w królestwie Lilany. Bardzo jej się spodobało to określenie: królestwo Lilany.

– Może księstwo? Na królestwo jest trochę jednak za mała – żartował sobie tata.

Był początek lata. Na początku lata słoneczne dni nie są niczym niezwykłym. Słońce oświetlało Lilanę i ślizgało się w koronach drzew pochylonych nad szosą, która łączyła osadę ze światem. Spojrzałam przez tylną szybę. Ciemnozielony, żywy, szeleszczący mur zamykał drogę za nami. Poczułam się jak w butelce zatkanej korkiem. To było dziwne wrażenie, ale trwało tylko chwilę. Nawet nie wiedziałam, że ogarnął mnie wtedy niepokój.

Wyjechaliśmy z leśnego tunelu wprost w światło. Nasz dom znajdował się przy bocznej uliczce, białej i liliowej od bzów. Stał na niewysokim wzgórzu – dwupiętrowy przeszklony budynek przykryty szafirową dachówką. Poniżej rosły zioła i inne rośliny, wśród których mama tak dobrze się czuła. Jeszcze niżej bielił się wysypany gresem podjazd. Wzgórze było świetnym punktem widokowym. Okno pracowni mamy na piętrze wychodziło na najstarszą i najpiękniejszą część Lilany: na ściany domów malowane w kwiaty i ogródki z nieznanymi mi wtedy jeszcze piwoniami, ogromnymi jak główki kapusty.

Mama biegała z pokoju do pokoju. W pełnym słońcu i w swojej połyskliwej sukience wyglądała jak ważka.

– Podoba ci się, Kajtusiu? Prawda, że tak? – mówiła podekscytowana do Kajtka, co nie było całkiem mądre, bo mały nie za wiele rozumiał. Oszołomiony przytknął buzię do szyby i rozpłaszczył na niej nos.

– Zobaczcie to! I tamto! – Mama podskakiwała ze szczęścia, ja podskakiwałam, zachwycony Kajtek też próbował, chociaż wyglądało to jak przysiady, bo nie odrywał nóg od podłogi. Aż wreszcie przygryzł sobie język i skończyło się skakanie.

– Chodź, zatańczymy! – Ja i mama skrzyżowałyśmy ręce i wirowałyśmy aż do utraty tchu. Widoki zza okien odkształcały się i naciekały jedne na drugie. Powstawał barwny pas, jakiego nigdzie poza Lilaną nie można zobaczyć. Bo tu wszystko było zupełnie inne. I głosy, i zapachy, i kolory. I światło, i ciemność, i cisza. Inaczej smakowały owoce, inaczej uginała się pod stopami trawa, mleko było jakby bardziej gęste, a my byliśmy dużo szczęśliwsi. Odkrywałam tę tajemniczą inność każdego dnia.

Aniela, którą właśnie wtedy poznałam, tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że zamieszkaliśmy w miejscu niedostępnym dla zwykłych śmiertelników.

– Droga do Lilany otwiera się, gdy sama tego zechce. Trafiliście na właściwy moment. Dzień, dwa i przejście się zamknie. Tam jest świat. – Wskazała w górę asfaltowej drogi. – My mieszkamy za światem. A zza świata nie ma powrotu – dodawała, zniżając głos.

Świat, zaświat, Aniela mieszała prawdę i fikcję z taką swobodą jak mama farby na palecie.

„Nie dam się nabrać – myślałam nieufnie. – Nabija się ze mnie, bo jestem nowa”.

A jednak fantazje Anieli miały na mnie ogromny wpływ. Patrzyłam na Lilanę poprzez jej opowieści, czy tego chciałam, czy nie. Któregoś upalnego dnia poszłam w górę drogi, aż do granicy lasu. Szosa biegła dalej pod koronami drzew. Wiało stamtąd kuszącym chłodem, więc zagłębiłam się w zielony tunel. I nagle uderzył mnie silny strumień powietrza i wepchnął z powrotem do Lilany. Aniela twierdziła, że to Lilana wybiera sobie mieszkańców. I że gdy raz coś postanowi, nie zmienia zdania.

Rąbnięta Aniela, wszystko przez nią! Namieszała mi w głowie.

***

PRZEPROWADZKI dojechały godzinę po nas. Wyśmiałam niezrozumiały niepokój, który budziła we mnie szosa, zbyt wąska jak na jedyną drogę łączącą osadę ze światem. Nie brakowało żadnej paczki. Rozpakowywanie zajęło nam cały dzień. Kajtek też pomagał. Zagarniał swoje zabawki i moje maskotki, bez różnicy.

– Króliczek jest mój! Oddawaj! – W końcu nie wytrzymałam i podniosłam głos.

Spojrzał na mnie swoimi dużymi oczami, w których odbijało się słońce Lilany.

– On jest Kajtusia – powiedział wyraźnie. Po raz pierwszy w życiu nie przekręcił ani jednego słowa.

– Tato! Mamo! Słuchajcie! Kajtek mówi po ludzku!

Mama porzuciła swoje grządki w ogrodzie. W biegu zgubiła słomkowy kapelusz, który chronił ją od słońca.

– Lilana czyni cuda! – oświadczyła, po czym obsypała Kajtka pocałunkami. – Od mamy, od taty, od Natalki, od Lilany – powtarzała, rozdając buziaki.

Czyżby dawała mu je na zapas? Wiedziała już? Ile z tych pocałunków zapamiętał? Czy kiedyś je policzy? Jak szybko odkryje, że było ich za mało?

Rozdział 5

Zdjęcie numer 23.

Leżę z mamą, tatą i Kajtkiem pod rozłożystym klonem. W górze świeci słońce Lilany. Patrzymy na podbrzusza liści. Rodzice rozmawiają o odcieniach zieleni. „Jeden kolor, a tyle znaczeń – mówi mama i wymienia: – Zieleń to beztroska i dojrzewanie, radość i nadzieja, przemijanie i groza. Wystarczy rozjaśnić lub przyciemnić”.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2019

Text © copyright by Małgorzata Strękowska-Zaremba, 2019

Ilustracja okładkowa oraz projekt okładki Daniel de Latour

Redaktor prowadzący Joanna Wajs

Opieka nad projektem Magdalena Korobkiewicz

Redakcja Joanna Wajs

Korekta Ewa Mościcka

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13553-7

Plik wyprodukowany na podstawie Lilana, Warszawa 2019

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: konwersja@elib.pl

www.eLib.pl