Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 338 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Liga (nie)złych mam - Avital Norman Nathman

Wszystkie chcemy szczęśliwych, zdrowych dzieci… oraz świętego spokoju od czasu do czasu

Kochasz swoje dziecko miłością nieskończoną, ale średnio czternaście razy w tygodniu masz ochotę posłać je w kosmos i zastanawiasz się, co brałaś, kiedy zdecydowałaś się na kolejne? Dość już masz czytania o tych perfekcyjnych mamusiach, które zawsze są fit, prowadzą trzy firmy, a ich idealne maluchy deklamują „Pana Tadeusza” z pamięci? Jeśli tak, ta książka jest dla ciebie.

W czasach popularnych blogów i Facebooka wszyscy stali się ekspertami od wychowania. Matki zaczęły prześcigać się w byciu idealnymi. I bez względu na twoje wybory – niezależnie, czy chodzi o jedzenie, szkołę czy pieluchy – zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że robisz to źle.

Ten zbiór esejów napisanych przez mamy odbiegające od idealnego stereotypu rozprawia się ze szkodliwym mitem dobrej matki i przywraca wiarę w twoje rodzicielskie kompetencje. Jeśli kochasz swoje dzieci, a jednocześnie nie masz zamiaru rezygnować z siebie, witamy w lidze (nie)złych mam.

Bo nie ma znaczenia, jak oceniają Cię inni. Ważne, jak widzi Cię twoje dziecko!

Opinie o ebooku Liga (nie)złych mam - Avital Norman Nathman

Fragment ebooka Liga (nie)złych mam - Avital Norman Nathman

Dla Marca i Elijah, bez których nigdy nie zostałabym mamą, a co dopiero dobrą mamą

PRZEDMOWA / Christy Turlington Burns

jako ambasadorka globalnego programu opieki zdrowotnej dla matek dużo rozmyślam o matkach i jakości naszego życia. Założyłam fundację Every Mother Counts z myślą, aby uczynić ciążę i poród bezpieczniejszymi dla wszystkich mam – po tym, jak sama doświadczyłam komplikacji po urodzeniu córki w 2003 roku. Gdy dowiedziałam się, że setki tysięcy dziewcząt i kobiet umiera co roku przez możliwe do uniknięcia komplikacje po porodzie, zdecydowałam, że podejmę stanowcze działania.

Na przestrzeni lat, które upłynęły od chwili, gdy zostałam matką, nauczyłam się, że bez względu na to, czy żyjemy w społeczeństwie, w którym macierzyństwo jest celebrowane, czy w takim, w którym to zwykła, kobieca powinność, większość z nas może lepiej wypełniać rolę matek, pod warunkiem że będziemy otrzymywać od siebie nawzajem więcej wsparcia. Misją Every Mother Counts jest zredukowanie zgonów podczas porodu, mnie jednak coraz bardziej zaczęło martwić pełne spektrum szkodliwych dla życia matek problemów. Problemy te ograniczają bądź umniejszają naszą rolę w społeczeństwie jako matek, ale i w ogóle jako kobiet.

Dzięki własnemu doświadczeniu zaczęłam doceniać wyzwanie, jakim jest połączenie pracy zawodowej oraz roli matki. Gdy sta­ramy się tak żyć, sprawiamy, że nasze dzieci postrzegają macierzyństwo nie jako zmuszające do wyrzeczeń, lecz umożliwiające matkom również dbanie o siebie, dzięki czemu mogą lepiej zatroszczyć się o innych.

Żyjąc w cywilizacji zachodniej, jako kobiety i matki mamy większy zakres praw i przywilejów niż gdziekolwiek indziej na świecie, a mimo to prowadzimy podstępną kampanię przeciwko własnej pozycji i wolności. Jest nią głęboko zakorzeniony Ideał Dobrej Matki. Mit, który jest w głównej mierze oparty na patriarchalnych wymysłach. Kreuje on kłamliwe standardy, które skazują kobiety na porażkę zamiast na sukces, oraz narażają na osąd zamiast zapewniać wsparcie. Mit ten wmawia nam, że nie jesteśmy godne naszej mocy dawania życia, i że musimy dostosować się do norm mówiących nam, co sprawia, że matka jest „dobra”. Okrada nas z umiejętności bycia matkami w najlepszym tego słowa znaczeniu – z indywidualnym podejściem oraz odmienną wrażliwością i różnymi kontekstami – i sprawia, że wątpimy nie tylko w siebie, ale także w inne kobiety, bez względu na to, czy mają dzieci czy nie! Niestety, Mit Idealnej Matki działa jak hamulec na naszą zdolność tworzenia zróżnicowanej społeczności kobiet, które są cenione za bycie matkami w sposób, jaki im najbardziej odpowiada, a nie ograniczony wyobrażeniami „perfekcji”. Nic zatem dziwnego, że tak wiele kobiet walczy o poczucie własnej wartości, zwłaszcza przyszłe matki, które dopiero teraz odkrywają większą swobodę i świadomość, że nie są wyłącznie inkubatorami sprowadzającymi dzieci na świat.

W dzisiejszych czasach kluczowe jest, by kobiety komu­nikowały się, wzmacniały pozycję, wspierały i akcep­towały siebie nawzajem, także jako matki w każdym aspekcie macierzyństwa. Aby ewoluować jako ludzie, musimy wyzbyć się zachowań i poglądów, które trzymają całe społeczeństwo w zacofaniu. Będąc matkami, musimy zrobić to samo. Mit Idealnej Matki działa szkodliwie na znaczenie macierzyństwa, a dzieje się to kosztem kobiet jako jednostek oraz jako społeczności. Doprowadza do podziałów między nami, a one z kolei czynią nas słabszymi.

Właśnie dlatego eseje zawarte w tej książce są takie ważne. Kształtują świadomość stale rozwijających się kobiet dzielących się doświadczeniem macierzyństwa. Chwilami przejmujący, prowokujący, zabawny i przewrotny, ów zbiór esejów prezentuje cały wachlarz kobiet, które porzuciły lub zlekceważyły ograniczenia narzucone im przez Mit Idealnej Matki, niejednokrotnie ujawniając indywidualne punkty widzenia, które są zarazem uniwersalne.

Nasze historie splatają się, tworząc włókna materiału zwanego macierzyństwem, który jest wielowarstwowy, skomplikowany, a czasem pełen wad, jednak jako całokształt jest także piękny i silniejszy, niż więk­szości z nas się wydaje.

WSTĘP

jej dzieci zawsze przesypiają całą noc, a jeśli nie, ona i tak wygląda, jakby właśnie zaliczyła osiem godzin niczym nieprzerwanego snu. Na jej stole zawsze znajdziesz zbilansowane, domowe posiłki. Ma satysfakcjonującą pracę, a w dodatku nadal potrafi znaleźć czas na spotkania komitetu rodzicielskiego, prowadzenie kiermaszu książek i chodzenie na każdy mecz piłki nożnej. Jej dom lśni czystością, a jeśli nie, to bez wysiłku potrafi obrócić bałagan w żart. Ma energię na prowadzenie udanego i śmiałego życia seksualnego, a jej partner jest zawsze zaspokojony. Jest sprytna, kreatywna i uosabia idealne połączenie współczesnej kobiety i hipsterskiej gospodyni domowej. Zazwyczaj jest biała, należy do średniej lub wyższej klasy społecznej, heteroseksualna, zamężna oraz ani za młoda, ani za stara.

Jednak przede wszystkim jest... mitem.

Mit Idealnej Matki jest na stałe zakorzeniony w naszym życiu, przekazywany z pokolenia na pokolenie, i chociaż dopasowuje się do niuansów kultury i społeczeństwa, zawsze jest przesiąknięty fałszywym wyobrażeniem tego, co składa się na obraz perfekcyjnej matki. Dziś sięga on jeszcze głębiej, manifestując kolejne oblicza – „idealnej kobiety w ciąży” oraz „dobrej rodzicielki”, dodając kolejne warstwy do ogromnego, budzącego grozę archetypu.

Ta wizja Idealnej Matki wgryzła się w nasze społeczeństwo poprzez telewizję, filmy, a ostatnio także internet, gdzie portale społecznościowe takie jak Facebook, Pinterest, Twitter oraz prawdziwy wysyp „macierzyńskich blogów” karmią nas wizerunkami perfekcji w tempie szybszym niż kiedykolwiek. A my nie tylko je łykamy, ale porównujemy z nimi własne macierzyństwo. Ich zdecydowana większość to fałszywe lub wygładzone wersje rzeczywistości. Innymi słowy, wszystkie te idealnie urządzone dziecięce pokoiki, pięknie udekorowane torty urodzinowe, świąteczne potrawy, których nie powstydziłaby się Martha Stewart i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach spotkania rodziców w celu wspólnej zabawy ich dzieci, dokładają kolejne cegiełki do stale obrastającego w kłamstwa mitu.

Macierzyństwo jako temat dnia utrzymało pozycję pewniaka w środkach masowego przekazu, to niekończąca się pożywka dla stron internetowych, gazet, programów typu talk show, a nawet debat politycznych. Większość tych historii porusza zaledwie ułamek prawdy o tym, jak wygląda rzeczywistość matek. Urocze i dowcipne wypowiedzi emitowane w telewizji przyczyniają się do złagodzenia wyobrażenia macierzyństwa albo trafiają w drugi koniec spektrum, pielęgnując sztuczną kulturę pełną konfliktów i osądzania.

Mit rozrasta się, a wraz z nim jego negatywne konsekwencje w naszym życiu. Tak zwane wojny mamusiek, matczyne poczucie winy, krytyka rówieśniczek, choroby psychiczne i depresja poporodowa zostały spowodowane lub nasiliły się właśnie pod wpływem nierealnych oczekiwań promowanych przez Mit Idealnej Matki.

Wywiera on także niekorzystny wpływ na poziomie ustrojowym, bo gdy zużywamy tak wiele energii na gonienie za perfekcją, zapominamy o kwestiach politycznych, np. jak daleko w tyle za innymi krajami są Stany Zjednoczone, jeśli chodzi o naprawdę ważne kwestie: od praw reprodukcyjnych i równej płacy przez brak płatnego urlopu wychowawczego aż po konieczność użerania się ze środowiskami korporacji, w których przez szerzący się seksizm nie patrzy przychylnym okiem na pracujące matki.

Pamiętam pierwszy raz, gdy naprawdę przekonałam się o tym, jak bardzo krzywdzący jest Mit Idealnej Matki. Mój syn miał dopiero cztery tygodnie i po raz pierwszy zostaliśmy w domu sami. Mój mąż wrócił do pracy, niekończący się korowód przyjaciół i rodziny nieco się zmniejszył, a dom spowiło osobliwe poczucie spokoju i ciszy. Zdążyłam złożyć tonę prania i zorientowałam się, że siedzę na kanapie z synem odpływającym w sen przy piersi, zastanawiając się: co teraz?

Czułam, że powinnam działać według jakiegoś planu, a tymczasem miałam pustkę w głowie. Nie miałam ochoty sprzątać, gotować ani nawet śpiewać kołysanki mojemu synowi. Nie czułam się smutna ani zła. Właściwie to niczego nie czułam. Ta przytłaczająca apatia mnie przeraziła. Powinno mnie tocieszyć, pomyślałam. Dlaczego nie rozkoszowałam się domową sielanką? Siedziałam na kanapie lekko nieprzytomna, aż usłyszałam pukanie do drzwi. Podekscytowana perspektywą interakcji z drugim dorosłym człowiekiem, położyłam syna na kanapie i pobiegłam do drzwi, aby powitać – jak się okazało – kuriera UPS.

Zaledwie parę sekund później usłyszałam wrzask, który przeszył moje serce na wskroś i uruchomił te wszystkie jeszcze przed chwilą uśpione uczucia. W chwili gdy stałam przy drzwiach i podpisywałam pokwitowanie za paczkę, mój syn jakimś cudem stoczył się z kanapy prosto na drewnianą podłogę. Błyskawicznie zatrzasnęłam drzwi, pobiegłam do niego, obejrzałam, czy nie ma jakichś śladów krwi i siniaków (żadnych nie było), i desperacko próbowałam wepchnąć mu swą pierś w rozwrzeszczaną buzię. Gdy w końcu zaczął ssać, wzięłam głęboki oddech, czując, jak moja panika znika wraz z jego płaczem.

Resztę popołudnia spędziłam na zmianę na zanoszeniu się histerycznym płaczem i besztaniu się w myślach.

Dobra matka nigdy nie odczuwałaby apatii z powodu przywileju macierzyństwa. Dobra matka wiedziałaby, że nie zostawia się dziecka na kanapie bez opieki. Dobra matka nie siedziałaby na podłodze, wciąż szlochając, gdy jej mąż wróci do domu na obiad, który w dalszym ciągu jest nieugotowany.

W końcu się ogarnęłam. Oczywiście była to zaledwie jedna pierwszych moich potyczek świadcząca o tym, że moja historia nie przypominała tej o Idealnej Matce. Nasze ścieżki krzyżowały się wiele razy w okresie wczesnego dzieciństwa. Nasza konfrontacja nadal trwa. Dokonałam jednak ważnego odkrycia – kiedy podzieliłam się swoją historią z drugim rodzicem, mimo że bardzo mnie to zawstydzało i denerwowało, zaczęłam trochę lżej oddychać. Zaczęłam też szukać historii innych matek zmagających się z rzeczywistością, których nie pokazywano zbyt często w mediach.

Zaskoczył mnie fakt, że wiele kobiet było tak samo sfrustrowanych i oburzonych istnieniem tego mitu, jak ja. Miały wrażenie, że są zmuszone nadążać za nierealistycznymi i bezwzględnymi standardami. Kto bowiem stworzył wyznacznik tego, co jest wystarczająco dobre, a potem zaczął szerzyć go jako zbiór zasad? Im więcej rozmawiałam z innymi kobietami, tym bardziej docierało do mnie, że działanie Mitu Idealnej Matki osłabnie wyłącznie wtedy, gdy podzielimy się prawdziwymi przykładami z naszego życia i zdekonstruujemy fałszywe wyobrażenie, które zbyt długo kontrolowało serca, umysły i uwagę kobiet na każdej płaszczyźnie – ekonomicznej, społecznej i rasowej, niektóre bardziej niż inne.

Kobiety, które podzieliły się ze mną swoimi opowieściami, również miały dość mitu tak zwanej Idealnej Matki. Razem musimy zdusić go w zarodku. W tej antologii znajdziesz prawdziwe historie dotyczące macierzyństwa we wszystkich jego odcieniach – piękne, zabawne, przykre i poruszające. Chwilami są one bardzo błyskotliwe i pełne ciepła, celebrują nasze niedoskonałości, a czasami pokazują wzruszenie, ból i poświęcenie, które poruszą wasze serca i napełnią was współczuciem. Szczere, różnorodne, bezpośrednie i niepokorne – wszystkie mają na celu zmianę narracji o tym, co to znaczy być dobrą matką, oraz obnażenie przestarzałych stereotypów na temat macierzyństwa, którymi codziennie jesteśmy karmieni.

Nie miej wątpliwości co do jednego – kobiety, które użyczyły swego głosu w tej książce, są dobrymi matkami. Ich historie i życie ukazują, co to znaczy być matką wykraczającą poza ramy i oczekiwania. Od profesorek do reżyserek filmów porno, od muzyczek do masażystek, czarne i białe, lesbijki i heteroseksualne – to pisarki, znane i dopiero stawiające pierwsze kroki, które mówią „do diabła z tym!”, „nie”, „tak, kurwa!”, „jestem nieszczęśliwa” i „dawaj!”. Piszą o ciążach niespodziankach, adopcji, seksualności, milczącym cierpieniu, nieświeżym oddechu, niewielkich umiejętnościach kulinarnych, nastoletnich matkach, a nawet o poronieniu. Są tu historie o nieobecnych ojcach, ojcach, którzy zostali matkami, matkach pracujących i samotnych oraz matkach wieloraczków. Jedna z matek ubolewa nad tym, że jej dziecko przestało być urocze, a druga przyznaje się do cenzurowania codziennego życia w mediach społecznościowych.

I choć autorki różnią się od siebie tak, jak różni się tematyka ich esejów, łączy je jedna rzecz: ich osobistą płaszczyznę macierzyństwa wyznaczają ich serca, a dzięki kroczeniu obranymi ścieżkami tworzą nowe definicje tego, co znaczy być dobrą matką. Zachęcam cię, abyś w miarę zagłębiania się w te opowieści pomyślała o własnym macierzyństwie i tym, co pomogło je ukształtować. Przeczytaj te historie, znajdź siebie na stronach opowieści i dołącz do nas, gdy będziemy na nowo definiować wzory macierzyństwa, tak by pasowały do współczesnej rzeczywistości.

CZĘŚĆ I. MAMO, TYLKO MNIE NIE ZAWIEDŹ

Duch Ichaboda / Abby Sher

gdy pierwszy raz moja córka Sonya spadła na głowę z dużej wysokości, miała prawie osiem miesięcy. Zatrzymaliśmy się na noc w domku kempingowym mojego wujka w lasach Connecticut. Przy drzwiach wejściowych wisiała tabliczka z napisem „1789, Ichabod Stoddard”. Moi kuzyni przysięgali, że duch Ichaboda nawiedzał ich, migocząc światłami lub przesuwając po planszy plastikowe pionki w grzej Trivial Pursuit. Ichabod zbudował domek z grubych drewnianych bali i nie bawił się za bardzo w sprawdzanie, czy wszystkie gwoździe są gładko pozbijane w deskach podłogowych. Mój wujek też nie zrobił wiele, jeśli chodzi o remont budynku. Zbaczam jednak z tematu. Naprawdę nie mogę winić za to ani Ichaboda, ani wujka Murraya.

Opatuliłam szczelnie Sonyę, kładąc ją obok siebie na łożu z baldachimem w antresoli – dobre dziewięćdziesiąt centymetrów nad ziemią. A mówiąc „opatuliłam szczelnie”, mam na myśli, że umościłam ją w zagłębieniu nierównego materaca. Moglibyście pomyśleć, że położyłam ją od strony ściany, a nie podłogi, ale chciałam, żeby miała więcej przestrzeni, co w zależności od punktu widzenia było całkiem przemyślane/bezmyślne. Tak czy inaczej, gdzieś pomiędzy graniem w Trivial Pursuit a świtem, w najczarniejszej nocnej godzinie usłyszałam trzask, po którym dał się słyszeć bardzo charakterystyczny dźwięk:

Aaaaaaaaaaa!

Wybudzenie się ze stanu nieświadomości zajęło mi parę dobrych chwil, a moją pierwszą, genialną myślą było: Nie włączaj światła, bo ją obudzisz! Serio. Zaczęłam szukać po omacku na podłodze i chwyciłam ją w ramiona, sprawdzając, czy nigdzie nie ma śladów krwi. Całując ją po zalanych łzami policzkach i powtarzając w kółko „już dobrze, już dobrze”, próbowałam przekonać o tym bardziej siebie niż ją. Reszta domu nadal była pogrążona we śnie. Mój mąż wyjechał w delegację, kuzyni byli pogrążeni we śnie, a las na zewnątrz pochłaniał wszelkie odgłosy porykiwań i śpiewu ptaków oraz jakiekolwiek ślady cywilizacji w promieniu wielu mil. To ja miałam wszystkim dowodzić. Gdy zaczęłyśmy usypiać w bujanym fotelu, przeszło mi przez myśl: Czy nie powinnam sprawdzić jakichś obja­wów charakterystycznych w przypadku urazu głowy? Jeśli ma wstrząs mózgu, to nie powinnam pozwolić jej zasnąć, prawda?

Zanim się zorientowałam, promienie słońca wpadały przez okno, a Sonya gaworzyła sobie obok mnie. Zajrzałam jej w oczy – skupione i raźne, choć może odrobinę nieufne.

– Przepraszam cię – wymamrotałam, gdy szarpnęła mnie za bluzkę, żeby napić się mleka.

Gdy następnego dnia wróciliśmy do domu, opowiedziałam mężowi całą historię i oznajmiłam, że nadszedł koniec spania z dzieckiem w jednym łóżku.

Drugi raz Sonya spadła na głowę z dużej wyso­kości w trakcie pobytu w północnej części Nowego Jorku. Córka miała wtedy dwa lata (na pewno nie dzięki mnie) i właśnie udało jej się przezwyciężyć strach przed wodą. Odwiedzaliśmy mojego teścia mieszkającego obok jeziora. Pomimo bębniących grzmotów uparłam się, żebyśmy poszli powygłupiać się w wodzie. Ratownicy pozwalali nam wyłącznie na zamoczenie palców do chwili, w której mogli potwierdzić brak jakichkolwiek oznak burzy. Gdy rozległ się gwizdek oznajmiający brak zagrożenia, ze wszystkich stron zerwały się ubrudzone piaskiem zadki. Panował spory ścisk. Idealne warunki do eksperymentowania z nowo nabytymi przez Sonyę umiejętnościami pływackimi. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Na swoją obronę powiem tylko, że nie tyle ją rzuciłam, co raczej puściłam.

– Nie! – wrzasnęła.

– Dasz radę. Będę tuż obok. – Zaczęłam się wycofywać z ramionami nadal wyciągniętymi w jej stronę. Dzieliło nas zaledwie kilkanaście centymetrów.

– Mama! – upierała się. W końcu tak miała się tego nauczyć, prawda? Poza tym woda była głęboka na niecały metr.

– Poradzisz sobie – zachęcałam ją, cofając się ponownie.

Tyle że tego nie zrobiła. Zaczęła tonąć. Rozległ się dźwięk podobny do świstu, a potem...

Aaaaaaaaa!

Pływak obok mnie wyciągnął rękę i wyłowił ją, dławiącą się i kaszlącą wodą. Popędziłam w jej stronę, tworząc przed sobą małe tsunami.

– Przepraszam – rzuciłam z zażenowaniem do mężczyzny trzymającego moje dziecko. – Przepraszam – szepnęłam w kark szlochającej Sonyi.

– Nie udało mi się – jęknęła Sonya. – A ty mnie zostawiłaś.

– Już dobrze, już dobrze – powiedziałam po raz enty w ciągu dwóch lat. Owinęłam nas w zapiaszczone ręczniki i przekazałam ją mężowi pod opiekę. – Mama popełniła błąd – wymamrotałam, zawstydzona. Teraz największym pytaniem, jakie miałam, było: Kto pozwolił mi być matką i czy jest jakiś sposób, aby przemyśleć na nowo tę decyzję?

Trzeciraz, kiedy upuściłam Sonyę na głowę z dużej wysokości, był zdecydowanie najgorszy. Miała trzy lata i była już starszą siostrą (to by było na tyle w kwestii przemyślenia decyzji o macierzyństwie). Odebrałam ją z przedszkola wraz z jej przyjaciółką, Bellą. Mój syn, Zev, leżał w spacerówce, Bella szła z boku, a Sonya siedziała mi na ramionach – jazda na barana była dla niej największą przyjemnością. Wspominałam już, że lało jak z cebra, a ja próbowałam utrzymać parasolkę nad całą naszą trójką?

Przeszliśmy na drugą stronę najruchliwszej ulicy na Brooklynie i stanęliśmy przed bramą do naszego apartamentowca. Zatrzymałam się, aby zdjąć Sonyę z ramion, żebyśmy mogli przejść przez drzwi. Tyle że nie powiedziałam o swoich zamiarach na głos. Po prostu pochyliłam się do przodu, a ona zrównoważyła to odchyleniem się w tył. Potem ja przechyliłam się do tyłu, a ona w przód. I w przód. I w przód. Aż w końcu...

Odgłos uderzenia małej czaszki o asfalt potrafi ściąć krew w żyłach. Zanim w ogóle zdążyła wydać z siebie wrzask, nastąpiło kilka przerażających chwil, w których bezgłośnie wpatrywała się w niebo.

– Już dobrze, już dobrze. Kurwa mać, wszystko będzie dobrze.

Podniosłam Sonyę z ziemi i przytuliłam ją do piersi, wpychając Bellę i spacerówkę przez drzwi przy akompaniamencie wspólnego szlochu. Całe szczęście mój mąż był niedaleko, tak samo jak mama Belli, więc odwieźliśmy ją i w ciągu godziny zjawiliśmy się na ostrym dyżurze. Przez całą drogę Sonya powtarzała, jak bardzo chce się jej spać, a ja jak oszalała wpychałam jej lizaki do ust i wymyślałam gry w stylu „Oceń ulubiony kolor w skali od jednego do dziesięciu”.

Personel był uprzejmy i nie skrytykował mnie, gdy opowiedziałam całą historię, choć jedna z pielęgniarek spytała o mój wzrost, a ja nigdy nie czułam większych wyrzutów sumienia niż wtedy, gdy musiałam przyznać, że mierzę prawie sto siedemdziesiąt trzy centymetry.

Mieliśmy okazję zobaczyć mnóstwo innych małych pacjentów z krwawiącymi ranami i gruźliczym kaszlem. W miarę upływu godzin spędzonych w poczekalni Sonya wyraźnie odzyskała animusz, bawiąc się klockami oblizywanymi i gryzionymi przez chore dzieci będące tu przed nią. Zev szarpał za kable ciśnieniomierzy i rozglądał się za nowymi płytkami podłogowymi nadającymi się do lizania. Już zawsze będziemy wdzięczni panu doktorowi Octavio, który wreszcie zjawił się w izbie przyjęć, kazał Sonyi nazwać wszystkie cyferki na suficie (nie miałam pojęcia, że to umie), zajrzał jej w oczy, sprawdził puls, a potem odesłał nas do domu ze zwierzątkami zrobionymi z nadmuchanych rękawiczek chirurgicznych.

Przez tydzień czytałam w kółko listę objawów wstrząśnienia mózgu, które wymienił doktor O. Kolejny rok trwała psychoterapia, w trakcie której wymieniłam wszystkie powody, dlaczego uważałam, że nie powinnam brać się za macierzyństwo, za to powinnam uciekać, gdzie pieprz rośnie, zanim dokonam nieodwracalnych zniszczeń.

Osobą, która mnie uspokoiła i zapewniła o tym, że nie jestem najgorszą matką na świecie, była właśnie Sonya.

Kilka tygodni wcześniej, gdy Zav zażywał drzemki, Sonya i ja spędzałyśmy razem czas na malowaniu. Poprosiła mnie, abym namalowała dla niej tęczę na skraju kartki, co oczywiście zrobiłam. Przyznam, że nie wyszło mi to najlepiej. Linie nałożyły się na siebie, a ja nie wypłukałam zbyt dobrze pędzelków między poszczególnymi kolorami.

– Co o tym sądzisz? – spytałam po ostatnim maźnięciu fioletem.

Zanim odpowiedziała, Sonya przyjrzała się kartce, mrużąc oczy.

– Jest... no cóż... – Po czym wzięła swoją ulubioną lalkę ze stołu do kolorowania i powiedziała: – Wybacz, mamo, ale Bippy i ja musimy porozmawiać w cztery oczy.

Odeszła z lalką kilka metrów dalej i powiedziała do niej teatralnym szeptem:

– Wiem, wiem. Ale nieładnie tak powiedzieć. Myślę, że mamie świetnie poszło.

W tamtej chwili poczułam, że chce mi się śmiać i płakać jednocześnie. Miałam ochotę z całych sił uściskać swoją piękną córeczkę.

Zamiast tego przygryzłam dolną wargę i odparłam:

– Tak, Bippy. Przepraszam. Ale przynajmniej się uczę.

Mój śliczny mały wcześniak / Stephanie Kaloi

dwa miesiące przed terminem narodzin mojego syna obudziłam się w środku nocy z bólami w podbrzuszu. Pomimo ogromnej zachcianki na marchewki nie było to bolesne ssanie w żołądku. Uznałam, że to po prostu skurcze Braxtona Hicksa, o których tak dużo się nasłuchałam. Drobiazg, pomyślałam, wracając do bardziej naglącej kwestii: skombinowania sobie odrobiny marchewek.

Wstałam z łóżka, usiadłam na podłodze przed lodówką i pałaszowałam w najlepsze marchewki, podczas gdy mój mąż nagrywał na wideo moje rzekomo stereotypowe zachowanie kobiety podczas ciąży. To doprowadziło do kolejnej dyskusji spod znaku „Jak będzie wyglądać życie, gdy na świecie pojawi się dziecko?” – a konkretnie do rozmowy o karmieniu piersią w środku nocy, które czekało mnie w niedalekiej przyszłości. Miałam wygodny fotel bujany, wielkie łóżko oraz uczynnego męża. Nocne karmienie? Drobiazg. Już nie mogłam się doczekać wspólnego tulenia. Pałaszując marchewki i rozmawiając z mężem, który wszystko nagrywał, poczułam, że bóle przybrały na intensywności, ale dało się je znieść. Nie odczuwałam z tego powodu żadnego niepokoju, więc popiłam marchewki szklanką mleka i wróciłam do łóżka.

Możecie sobie wyobrazić moje dziwienie, gdy następnego ranka przypałętałam się do gabinetu swojej położnej, na samym końcu wizyty wspomniawszy o bólach, i zostałam niezwłocznie przebadana pod kątem zagrożenia przedwczesnego porodu. Kontynuowałam dzień, spotkałam się z mężem na lunch, a bóle przybrały na sile. Zadzwoniłam do szpitala, by zapytać o wyniki moich badań, i kazano mi wrócić – natychmiast. Wyniki jasno bowiem wskazywały, że istniało wysokie ryzyko. Co dziwne, moim początkowym uczuciem było podekscytowanie, które zostało jednak szybko zastąpione przez niepokój i umiarkowaną panikę, choć całkowicie ufałam swojej położnej i szpitalowi, w którym planowałam urodzić. Przez chwilę pomysł, że mogłabym poznać swoje dziecko już dzisiaj, był porywający – dopóki nie przypomniałam sobie, że wszystko dzieje się o wiele za szybko.

Gdy wraz z mężem zjawiliśmy się w skrzydle położniczym, obydwoje zanosiliśmy się nerwowym chichotem. Pielęgniarka za biurkiem obrzuciła nas sceptycznym spojrzeniem, gdy powiedziałam jej, że kazano mi przyjść z powodu ryzyka wystąpienia przedwczesnego porodu. W tej samej chwili dopadł mnie kolejny skurcz i osunęłam się na kolana na środku korytarza. Wtedy sprawy przybrały nieco poważniejszy obrót, a ja zaczęłam sobie uświadamiać, do czego właściwie przygotowywało się moje ciało. I nagle przestało mi się to podobać.

Lekarze i pielęgniarki usiłowali powstrzymać lub spowolnić mój poród, lecz na próżno. Nie zostało we mnie ani krzty niedawnego podniecenia. Byłam przerażona i zdezorientowana, wypytując każdą napotkaną pielęgniarkę o to, co się ze mną dzieje. Uspokajano mnie na każdym kroku: „Zajmujemy się tobą” i „Zapewnimy twojemu dziecku bezpieczeństwo”. Nie do końca pojmowałam, co się dzieje, a gdy zawieziono mnie do sali porodowej i rozpoczęto przygotowania do narodzin, nadal sądziłam, że da się to jeszcze zatrzymać. Trzeba to zatrzymać! A potem do sali wszedł lekarz i oznajmił, że mam pięć centymetrów rozwarcia.

Gra rozpoczęta.

Do chwili, w której nie została tak gwałtownie zakończona, moja ciąża przebiegała w atmosferze absolutnej błogości. Nie miałam prawie żadnych porannych mdłości, jeździłam na rowerze aż do trzydziestego tygodnia, dopóki moje poczucie równowagi nie zostało zachwiane, a na skórze zrobił mi się tylko jeden malutki rozstęp. Jako kobieta w ciąży nie mogłam znaleźć pracy, więc spędzałam większość czasu na spacerowaniu po ulicach i wybiegach dla psów w Portland z naszym adoptowanym kundelkiem oraz na zaspokajaniu niemal ciągłej zachcianki na pierożki wonton, które jadłam równie często, co marchewki. Życie było piękne, a ja rozkoszowałam się faktem, że jest we mnie mały człowieczek. Właściwie posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że bycie w ciąży było totalnie odlotowe. Było wszystkim, czego oczekiwałam, a nawet więcej.

Jednak cała reszta związana z chwilą, w której zostałam matką – i mam tu na myśli moment, w którym trzymałam swoje dziecko w ramionach – było kompletnym przeciwieństwem tego, czego się spodziewałam.

Dopóki ten dzień nie nadszedł, nie miałam pojęcia, że to doświadczenie może być jednocześnie nadzwyczajne i nieznośnie bolesne. Że jeden moment może wstrząsnąć człowiekiem do szpiku kości i powodować koszmary, a zarazem natchnąć do szaleńczej radości z ważnego powodu: właśnie udało ci się wkroczyć do tego zmieniającego życie na zawsze królestwa zwanego macierzyństwem. Zanim zostałam matką, rodzicielstwo stanowiło dla mnie zagadkę. Ale jak to mówią, wszystko wskoczyło na swoje miejsce w chwili, w której go poznałam.

Gdy ciało przejęło nade mną kontrolę, a moja wolna wola została przesłonięta przez prymitywne odruchy, uświadomiłam sobie, że nie mogłam zatrzymać ani zmienić niczego, co się ze mną działo. Mój syn miał się urodzić tego dnia. Jego narodziny nie przebiegały tak, jak się spodziewaliśmy, ale to się działo. Miałam tylko jedną szansę na celebrowanie i zapamiętanie narodzin syna – chwilę, w której sama narodziłam się jako rodzic – i to właśnie była ona.

Więc wzięłam się do roboty.

Chwyciłam męża za rękę i zaczęłam przeć. Parłam raz po raz. Krzyczałam, walczyłam, a wkrótce potem urodziłam najniezwyklejszą istotkę, którą w życiu widziałam. Nie było jednak chwili pierwszego kontaktu – moja dłoń musnęła jego pierś, gdy położyli go na stole Oddziału Intensywnej Terapii Noworodka, po czym go zabrali. Żadnego gruchania czy zachłystania się z podziwu nad tym cudownym, małym człowieczkiem, którego mój mąż i ja, wyczerpani do cna, stworzyliśmy. Nie było szansy na rozpoczęcie karmienia piersią ani kontakt skóra do skóry. W jednej chwili syn był w moim ciele, a w następnej zabrano go na badania.

I to by było na tyle. Przez całe miesiące prowadzące do narodzin naszego syna marzyłam o trzymaniu w ramionach malutkiego, pomarszczonego stworka, szeptaniu mu z radością na ucho czułych słówek i śpiewaniu piosenek Beatlesów, uśmiechając się przy tym i uwielbiając wszystko, co zrobiliśmy. Nie mogłam się wprost doczekać nawiązania więzi podczas karmienia piersią i przeżycia tej istotnej chwili.

Zamiast tego jedyną rzeczą, której mogłam się kurczowo chwycić, było miejsce na mojej dłoni, które dotknęło przelotnie jego ciałka. Nie wiedziałam nawet, czy pozostawiony na niej ślad krwi należał do mnie, czy do niego. Zawieziono mnie do pokoju, który miałam dzielić z inną świeżo upieczoną matką i jej dzieckiem. Za każdym razem, gdy drugi maluch gaworzył albo płakał, moje ciało odczuwało tęsknotę za moim dzieckiem znajdującym się dwa piętra wyżej, a moje piersi natychmiast reagowały. Jakby za sprawą magii pielęgniarka podeszła do mnie i przedstawiła mi mojego nowego najlepszego przyjaciela: szpitalny laktator, którego miałam używać, aby nakarmić dziecko. Natychmiast zaczęłam odciągać pokarm, czując ulgę i radość, że mogłam przynajmniej dać swemu nowo narodzonemu synowi kilka kropel cennej siary, gdy parę godzin później poszłam po raz pierwszy go odwiedzić.

Byłam zachwycona perspektywą zobaczenia się z synkiem na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodków. Wszyscy byli zaskoczeni – wielu rodziców jest przytłoczonych sterylnym otoczeniem pełnym monitorów i nieustannym pikaniem maszyn. Mój mąż odwiedził naszego synka, gdy tylko upewnił się, że nic mi nie jest, i spędził większość czasu, płacząc przy jego łóżeczku. Ogarnęła mnie euforia: Intensywna Terapia czy nie, to było moje dziecko, a ja byłam gotowa zostać jego mamą.

Byłam też dumna: nasz syn okazał się większy, niż wskazywał na to jego wiek ciążowy, i od samego początku mógł oddychać samodzielnie. To znaczyło, że mogłam przytulić go do piersi, gdy pielęgniarka była zajęta wlewaniem mleka do zgłębnika. Nawet mój mąż miał okazję to zrobić. To była druga z kolei najlepsza rzecz po naturalnym karmieniu piersią, a synek zawsze był najszczęśliwszy, gdy trzymaliśmy go na rękach.

Potem przez miesiąc jeździliśmy tam i z powrotem na Oddział Intensywnej Terapii. Sumiennie ściągałam pokarm laktatorem, ustawiając budzik na dokładne pory, o których mój syn musiał być karmiony. Codziennie wstawałam o szóstej, pakowałam woreczki „płynnego złota” do malutkiej, przenośnej chłodziarki, i wyruszałam w podróż autobusem. Spędzałam z dzieckiem mnóstwo czasu (mój mąż zawsze do nas dołączał, gdy nie był w pracy), czasami nawet około dwunastu–czternastu godzin. Nasz syn wkrótce mógł pić moje mleko z butelki, a przed upływem drugiego tygodnia jego życia zachęcono mnie, abym spróbowała podać mu pierś. Byłam podenerwowana i podniecona, obawiając się, że stawi opór. On jednak zrobił to po mistrzowsku. Oprócz początkowego karmienia nigdy nie doświadczyliśmy żadnych innych problemów z karmieniem piersią, aż do chwili, w której sam odzwyczaił się od piersi w wieku piętnastu miesięcy.

Relacja, jaką nawiązałam z laktatorem, uratowała mnie przed czymś, co mogło się okazać żałosnym miesiącem pełnym zwątpienia i nienawiści do samej siebie. Zmagałam się z poczuciem winy: czy to możliwe, że zjadłam coś, co zapoczątkowało przedwczesny poród? Czy przegapiłam jakieś fizyczne objawy, które dawało mi moje ciało? A może to przez jazdę na rowerze? Byłam całkiem szczera w swoich obawach, którymi podzieliłam się z pielęgniarkami z oddziału, i szybko zapewniono mnie, że to po prostu zrządzenie losu. Z tego, co zrozumiałam, w moim organizmie rozwinęła się infekcja, więc ciało zareagowało tak, by dziecko opuściło je jak najszybciej, unikając ryzyka. Odciąganie pokarmu pomogło mi skupić się na teraźniejszości. Miałam jasne wyobrażenie tego, co mogę zrobić, aby zapewnić dobry rozwój mojemu malutkiemu synkowi. Czułam się silniejsza. Nie potrafiłam zapewnić mu bezpieczeństwa w łonie, ale mogłam codziennie dbać o to, by zdrowo rósł. Mogłam spędzić cały jego pobyt na oddziale na płaczu (i czasami tak to wyglądało) albo smucić się utratą doświadczenia porodu, jaki sobie dla nas wymarzyłam, ale nie zrobiłam tego. Poczułam natomiast, że moje postrzeganie macierzyństwa zostało odnowione, gdy rzeczywistość codziennie definiowała je dla mnie na nowo – nie ma żadnego „właściwego” sposobu na bycie matką, jest tylko mój własny. A wszystko, co pomiędzy, to kraina wyidealizowanych wyobrażeń.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Niepokorne „Nie” / Soraya Chemaly

Dostępne w wersji pełnej

Rodzicielstwo bez liny / Heather Hewett

Dostępne w wersji pełnej

Matka niegotująca / Carla NaumbUrg

Dostępne w wersji pełnej

Święte życie matki agnostyczki / Victoria Brooke Rodrigues

Dostępne w wersji pełnej

Gdy nasze serca znajdują się poza naszymi ciałami / Jessica Valenti

Dostępne w wersji pełnej

Tak, jestem egoistką / Avital Norman Nathman

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ II. W FERWORZE MACIERZYŃSTWA

Matka wystarczająco dobra / Nerissa Nields

Dostępne w wersji pełnej

Inny sposób na spędzenie wieczoru / Andie Fox

Dostępne w wersji pełnej

Wspinaczka / Deborah Siegel

Dostępne w wersji pełnej

To macierzyństwo czy szkoła średnia? / Naomi Shulman

Dostępne w wersji pełnej

Jaskiniowa kobieta zombie jest w każdej z nas / Amber Dusick

Dostępne w wersji pełnej

Koniec z fejkbukiem / Sarah Emily Tuttle-Singer

Dostępne w wersji pełnej

Ojcze, gdzie jesteś? / Lisa Duggan

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ III. W UMYŚLE MATKI

Narodziny kryzysu egzystencjalnego / Aly Windsor

Dostępne w wersji pełnej

Spaczony obraz / Arwyn Daemyir

Dostępne w wersji pełnej

W głąb króliczej nory / Anne-Marie Lindsey

Dostępne w wersji pełnej

Dotkliwa porażka / Kimberly Morand

Dostępne w wersji pełnej

Osobliwe przekleństwo matki chorej umysłowo / Shannon Drury

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ IV. MAMA POD INNĄ NAZWĄ

Niewidzialna matka / Shay Stewart-Bouley

Dostępne w wersji pełnej

Proces adopcji / Sarah Werthan Buttenwieser

Dostępne w wersji pełnej

Wyznania matki złej od urodzenia / Joy Ladin

Dostępne w wersji pełnej

Dobra czarnoskóra matka nie istnieje / T. F. Charlton

Dostępne w wersji pełnej

Nieprzeciętna matka nastolatka / Elizabeth Crossen

Dostępne w wersji pełnej

All The Single Ladies / Jennifer Baumgardner

Dostępne w wersji pełnej

Tak właśnie ma być / Kristen Oganowski

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ V. „NIEDOBRA” MAMA

Upalone rodzicielstwo / Pauline Abraham

Dostępne w wersji pełnej

Koniec ery słodkich milusińskich / Sharon Lerner

Dostępne w wersji pełnej

Dylemat makaronu z serem / Liz Henry

Dostępne w wersji pełnej

Czas na pożądanie / Erika Lust

Dostępne w wersji pełnej

Zachować autentyczność / Candace Walsh

Dostępne w wersji pełnej

Szczęśliwa amerykańska dziewczyna / K. J. Dell’antonia

Dostępne w wersji pełnej

Moje internetowe życie (nie takiej znowu) matki lesbijki / Christina Soletti

Dostępne w wersji pełnej

Gdy dobre matki biorą się z tych złych / Gina Crosley-Corcoran

Dostępne w wersji pełnej

Dajcie mi moją szkarłatną literę / Tara Jean Bernier

Dostępne w wersji pełnej

O autorkach

Dostępne w wersji pełnej

O wydawcy

Avital Norman Nathman jest byłą nauczycielką i osobą stale podnoszącą swoje kwalifikacje w myśl kształcenia ustawicznego, która została niezależną pisarką. Jej prace opisane z punktu widzenia feminizmu dotyczą tematów takich jak macierzyństwo, płeć i prawda reprodukcyjna, pojawiły się w czasopismach „Bitch”, „Bamboo Family”, w CNN, na stronie HLNtv.com, RH Reality Check, Off­beat Mama, Kveller, stronie Motherlode „The New York Times” i innych. Oprócz jej bloga, The Mamafesto, Avital prowadzi stały cykl artykułów The Femisphere dla strony internetowej magazynu „Ms.” oraz pisze feministyczny felieton parentingowy Mommie Dearest dla „The Frisky”. Mieszkając w zachodnim Massachusetts ze swoim mężem i siedmioletnim synem, Avital znajduje przyjemność w prowadzeniu własnego miejskiego ogródka, organizowania tanecznych przyjęć w kuchni i stale poszukuje filiżanki idealnej herbaty.

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Good Mother Myth

Przełożyła: Kinga Markiewicz

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Redakcja: Monika Pruska

Korekta: Justyna Yiğitler

Projekt okładki: designpartners.pl

Zdjęcie na okładce: © konradbak (Depositphotos.com)

Skład: skladigrafika@gmail.com

Copyright © 2014 Avital Norman Nathman

Published by Seal Press

A Member of the Perseus Books Group

1700 Fourth Street, Berkeley, CA 94710

www.sealpress.com

Copyright © 2018 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece,

an imprint of ILLUMINATIO Łukasz Kierus

Copyright © for Polish translation by Kinga Markiewicz

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2018

ISBN 978-83-65740-28-1

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com