Wydawca: Akurat Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 360

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Lewis Winter musi umrzeć - Malcolm MacKay

Fenomenalny, burzący konwencje mroczny kryminał. Choć czytelnik od początku wie, kto zabił – a raczej kto zabije – i kto będzie ofiarą, to książka wciąga bez reszty, przykuwając uwagę przede wszystkim dzięki nadzwyczajnie sprawnej narracji i doskonale naszkicowanej postaci głównego bohatera. Calum MacLean jest płatnym mordercą, najlepszym w tym fachu. Zlecenia przyjmuje rzadko, starannie je wybiera, ale jeśli już podejmie się jakiegoś zadania, to wykonuje je perfekcyjnie. Tak też dzieje się w przypadku zabójstwa Lewisa Wintera: Calum bez zarzutu wywiązuje się z zadania, niczego nie pozostawiając przypadkowi, ale nie wie, że jest tylko pionkiem w znacznie ważniejszej grze, i że tym razem jego genialne umiejętności obrócą się przeciwko niemu.

Ta książka – pierwsza część trzytomowego cyklu - to bez wątpienia najwybitniejsze osiągnięcie gatunku zwanego tartan noir, czyli szkockiego czarnego kryminału. Druga część serii, pt. „Pożegnanie gangstera”, została uznana najlepszą szkocką powieścią kryminalną 2013 roku.

Debiut nie do przeoczenia… Powieść Mackay’a jest tym bardziej niesamowita, że autor stworzył ją posiłkując się tylko swoją wyrafinowaną wyobraźnią. Dał życie postaciom tak realnym, że żyją jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony. Styl tartan noir będzie miał nową gwiazdę.

 

„Daily Mail”

Opinie o ebooku Lewis Winter musi umrzeć - Malcolm MacKay

Fragment ebooka Lewis Winter musi umrzeć - Malcolm MacKay

MALCOLM MACKAY

LEWIS WINTER

Tytuł oryginału: The Necessary Death of Lewis Winter

Projekt okładki: Andrzej Brzezicki

Redakcja: Marzena Cieśla

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Jaroszuk, Mariola Hajnus

Copyright © Malcolm Mackay 2013

First published 2013 by Mantle an imprint of Pan Macmillan,

a division of Macmillan Publishers Ltd.

For the cover illustration © Thinkstock/OSTILL

© Thinkstock/AlexKuehni

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish transation by Miłosz Urban

ISBN 978-83-7758-665-5

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I

Dla Sama i Alexa

Postaci:

Calum MacLean – dwudziestodziewięcioletni zabójca do wynajęcia. Mieszka w Glasgow. Wolny strzelec; woli się z nikim nie wiązać. Tylko, przy jego talencie, jak długo zachowa niezależność?

Peter Jamieson – ciężko pracował i wykazał się wielkim sprytem, żeby zbudować swoje małe imperium. Wpływy i interesy wciąż rosną, więc żeby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebuje najlepszych z najlepszych.

John Young – prawa ręka Jamiesona. Ostry jak brzytwa. Lojalny, dokładny; dwadzieścia lat razem coś znaczy.

Lewis Winter – dwadzieścia pięć lat w prochach, a wciąż na samym dole hierarchii. Jeden dobry interes mógłby coś zmienić. Mógłby zmienić wszystko.

Frank MacLeod – cyngiel Petera Jamiesona. Szczerze mówiąc, najlepszy. Ale z wiekiem się nie wygra. Kiedy kończysz sześćdziesiątkę, nadchodzi czas na zmianę. Zmianę biodra na przykład.

Detektyw Michael Fisher – żeby zwalczać zorganizowaną przestępczość, trzeba się poświęcić. Trzeba ścigać przestępców niezależnie od tego, kim są.

Hugh „Słodas” Francis – ambicja to chcieć więcej, nawet jeśli już ma się dostatecznie dużo. Biznes z samochodami wystarczy, ale handel narkotykami to przejście w inny wymiar.

Zara Cope – gdyby mogła wybierać, nie chciałaby mężczyzny, który pragnie spokoju i dzieci. Ale Winter to dobry człowiek. Ma zadatki, uczy się walczyć o swoje. To jej się podoba.

Nate Colgan – robisz dokładnie to, co Nate ci każe, i to natychmiast. Wiedzą o tym nawet jego pracodawcy. I tylko jego córka, choć może też i jej matka, Zara, mają inne zdanie.

George Daly – nietypowy gość od brudnej roboty. Dobry kumpel, woli nie rzucać się w oczy. I nie szuka okazji, by piąć się wyżej. Odpowiedzialność zabija.

Martin „Marty” Jones – lichwiarz, alfons, wrzód na dupie, ale kosi pieniądz. I tylko dlatego inni są w stanie go znieść.

Kenny McBride – bycie kierowcą Petera Jamiesona nie jest szczególnie trudne. Wystarczy znać drogę i niczego nie schrzanić.

William MacLean – trzydzieści jeden lat, własny warsztat samochodowy. Nieźle, naprawdę przyzwoicie. Gdyby jeszcze tylko nie musiał się martwić o młodszego brata, Caluma.

Policjant Joseph Higgins – młody gliniarz ze skomplikowanym życiorysem. Ale ciężko pracuje i jest dyskretny.

Stewart Macintosh – kiedy ledwie co skończyłeś dwudziestkę, korzystasz z wolności i życia. Chodzisz wtedy do klubów, żeby się napić i dobrze bawić.

David „Fizzy” Waters – od czasów szkolnych zawsze przy samochodach i zawsze ze Słodasem. Pomaga mu we wszystkim niezależnie od wszystkiego.

Glen Davidson – wolny strzelec, cyngiel, zawsze szuka czegoś, co przyniesie mu lepsze pieniądze. Nieszczególnie subtelny, ale nadrabia ogromną, naprawdę ogromną pewnością siebie.

Policjant Paul Greig – wielu ludzi mu nie ufa. Pewnie dlatego wciąż jest zwykłym posterunkowym, choć skończył trzydzieści osiem lat. Ale mało kto zna życie ulicy lepiej niż on.

Tom Shields – kolejny szczeniak, który chce się dobrze bawić. Wynajmuje mieszkanie ze Stewartem.

Neil Fraser – typowy mięśniak. Wielki i wściekły. Nie patyczkuje się. Intelekt równie subtelny co pięść. Przydatny, człowiek Jamiesona.

Posterunkowy Marcus Matheson – młody policjant, bystry i zdecydowany. Wiele będzie zależało od tego, z kogo będzie brał przykład.

Adam Jones – menedżer klubu nocnego Heavenly. Nie jest nikim ważnym, ale, podobnie jak brat, Marty, dobrze zarabia.

Norman Barnes – prawnik. Bierze wszystkie sprawy, które mu podsyłają, a to zazwyczaj straszne bagno.

Detektyw Ian Davies – emerytura już na horyzoncie, więc dobrze by było nie rzucać się w oczy. Zaletą pracy pod Fisherem jest to, że Fisher nikomu nie ufa i większość rzeczy robi sam.

1

Wszystko zaczyna się od rozmowy przez telefon. Ot, zwykła rozmowa, przyjazna, codzienna, bez słowa o interesach. Umawiasz się na spotkanie, w jakimś neutralnym miejscu, najlepiej gdzieś między ludźmi. Musisz być bardzo ostrożny, niezależnie od tego, kto dzwoni i gdzie chce się spotkać. Gotowy na każdą ewentualność; niczego nie bierz za pewnik. Kusi cię, żeby komuś zaufać. Kusi, ale to błąd. Ktoś może być twoim przyjacielem i powiernikiem przez dwadzieścia lat, a potem w jednej chwili staje po przeciwnej stronie. To się zdarza. Każdy, kto ma choć trochę oleju w głowie, pamięta, że rzeczywistość to nie bajka. Ci, którym brakuje rozsądku, szybko dostaną bolesną lekcję.

Sobotni wieczór, w radiu nadają sprawozdanie z meczu. Siedzi na kanapie i czyta książkę. Malowany welon Williama Somerseta Maughama, jeśli cię to interesuje. Jest nią zafascynowany. Zagłębiony w lekturze zupełnie nie zwraca uwagi na radio; nie ma pojęcia, jaki jest wynik. Im jest starszy, tym mniej go to wszystko kręci. Dzwoni telefon – stacjonarny, nie komórka – skupiając na sobie całą jego uwagę. Układa zakładkę na stronie, do której dotarł. Nigdy nie zaginaj rogów, żeby wiedzieć, gdzie skończyłeś! Wstaje i odbiera.

– Słucham.

– Calum, jak leci, staruszku? John Young z tej strony.

– Cześć, John. Wszystko w porządku. A co u ciebie?

– Sam wiesz, nic nowego. Dawno cię nie było u nas w klubie. Pomyślałem, że zadzwonię zapytać, jak leci. Dużo roboty?

– Czasem więcej, czasem mniej, ale nie narzekam. Wiesz, jak jest.

– Wiem, wiem. Słyszałeś o naszym dziadku, Franku MacLeodzie? Ma wstawianą endoprotezę biodra. Zgadza się, wyłączony z życia na kilka miesięcy. I to jak dobrze pójdzie. Piekło dla kogoś tak aktywnego.

– Słyszałem. Wyrazy współczucia.

– Wszyscy mu współczują. Nie potrafię wyobrazić go sobie w łóżku, z nogami do góry. Swoją drogą, dobrze byłoby się spotkać, Cal. Szmat czasu w końcu. Może wpadnij jutro do klubu, tak po lunchu. Zagramy partyjkę snookera, może dwie, wychylimy drinka… będzie fajnie.

– Fajnie. To jesteśmy umówieni. Wpadnę do was około drugiej.

– Świetnie, to do zobaczenia jutro.

Wszystkie informacje są podane jak na dłoni, wystarczy dobrze się przyjrzeć. Ale możesz nie mieć ochoty; prawdę mówiąc, większość ludzi woli je ignorować. Niezobowiązująca rozmowa: dwóch ludzi, znajomych, mówiących sobie po imieniu, choć niezaprzyjaźnionych. Koledzy, którzy widują się raczej co tydzień, dwa, a nie co kilka dni. Nie zależy im szczególnie, żeby się widywać. Rozmowy takie jak ta zdarzają się dość często, więc po co robić zaraz wielkie halo? Bo to jest propozycja pracy. Bardzo zdecydowana i konkretna oferta na coś dłuższego i bardzo opłacalnego. Tylko czy Calum chce czegoś długoterminowego i lukratywnego?

Niewielkie mieszkanko, mały samochód, trochę oszczędności. Ale to mu wystarcza. Pracuje tyle, ile potrzebuje, żeby żyć. Nie interesują go żadne luksusy. Związanie się z kimś na dłużej oznacza ryzyko, a ryzyka należy unikać. W tym biznesie są różni szaleńcy, ale, koniec końców, zawsze przegrywają. Lepiej więc nie ryzykować. To całkowicie bez sensu. Są dwa powody, dla których ludzie są gotowi zrobić coś niebezpiecznego: jeden uzasadniony, drugi nie. Nieakceptowalnym bodźcem do podejmowania ryzyka jest chciwość. Chęć posiadania dużych pieniędzy, których się w zasadzie nie potrzebuje. Natomiast zrozumiałym powodem jest dreszczyk, jaki daje ta praca. To coś zupełnie innego.

Calum unikał wizyt w klubie, od kiedy dowiedział się o operacji Franka. Staruszek idzie do szpitala na wszczepienie endoprotezy biodra. Dla większości to żadne zaskoczenie. Ci, którzy znają Franka – i wiedzą, czym się zajmuje – myślą o czymś innym. Frank jest stary, ale wciąż doskonale robi swoje, wciąż się liczy. Jest jak bokser, który choć traci prędkość, wciąż potrafi zaskoczyć taktyką – jest cholernie niebezpieczny. To człowiek starszego pokolenia, złotych czasów rock’n’rolla, nieskażonego zalewem nowoczesnej technologii, nowoczesnych trendów i nowoczesnej wrażliwości. Wielu nie potrafiło utrzymać jego tempa. Czas płynął nieubłaganie, lecz Frank zawsze był o krok z przodu. Praca, którą wykonywał w przeszłości, wciąż była potrzebna. Różnica polegała tylko na sposobach. A teraz Frank znika, przynajmniej na kilka miesięcy. Ktoś będzie musiał go zastąpić. Na jego miejsce przyjdzie ktoś młodszy. Taka praca sezonowa, dopóki nie wróci. A potem się zobaczy.

Calum nie może się na niczym skupić. Kolejne zlecenie to kolejne zlecenie, nic szczególnego. Nie to go niepokoi. Martwi go perspektywa znalezienia się w dławiących oddech objęciach grupy Jamiesona. Ludziom pokroju Franka MacLeoda przynależność do organizacji dawała spokój, gwarancję pracy i bezpieczeństwo. Dla Caluma MacLeana oznaczała niebezpieczeństwo częstych zleceń i utratę wolności. Czy opłaca się zaryzykować?

2

Klub znajduje się w centrum miasta, wąskie wejście prowadzi do przestronnego wnętrza. W niedzielne popołudnie nikt nie stoi na bramce. Zazwyczaj sporo gości siedzi przy barze i otacza osiem stołów do snookera na piętrze. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj na drzwiach wisi tabliczka: „Zamknięte na czas sprzątania”. Trafia tam, ilekroć trzeba zachować prywatność. Podejrzane? Pewnie, ale nikt nie zadaje niepotrzebnych pytań. Calum ignoruje znak, otwiera i wchodzi.

Wewnątrz zawsze ma się wrażenie półmroku, choćby wszystkie światła były włączone. Po prawej stronie widoczny jest duży, wydeptany parkiet, a nieco dalej podwyższenie z miejscem dla DJ-a. Wzdłuż jednej bocznej ściany ciągnie się jaskrawo i nieco wulgarnie oświetlony bar, masa butelek różnych trunków, ale nic, na co Calum miałby ochotę. Nie pije alkoholu, choć sam nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego. Chyba chodzi o samokontrolę. Raczej nic wspólnego z moralnością. Samego klubu też nie znosi. Nie znosi stylu życia, jaki reprezentuje, spędu przepoconego bydła, bezsensownego ryku. Za każdym razem, kiedy o tym myślał, przychodziło mu do głowy proste wyjaśnienie swojej niechęci: celem pojawiania się w takich miejscach było podrywanie dziewczyn. A żadna nie uważała go za atrakcyjnego, niezależnie od tego, jak było ciemno.

Na wprost szerokie schody wyłożone dywanem, niskie stopnie, łatwo się pomylić. Wielu gości się potykało, bo usiłowali postawić nogę zbyt wysoko. Calum jest zawsze ostrożny. Nie boi się kontuzji, tylko śmieszności. Na szczycie schodów trafia na podwójne dębowe drzwi, każde z prostokątnym oknem. Popycha jedno skrzydło i wchodzi do sali bilardowej. Osiem stołów obitych zielonym suknem, ustawionych w dwóch rzędach, po cztery w każdym. Sporo miejsca pomiędzy. Na ścianach tablice na wyniki i niewielkie automaty obok. Wrzuć monetę, na trzydzieści minut zapali się lampa. Nie przynoszą wielkiego dochodu, na pewno za mały, by uzasadnić ilość miejsca, jakie zajmują, jednak znajdują się na przyprawiającej o zawrót głowy liście pasji Jamiesona, o które nikt by go nie podejrzewał. Pod jedną ze ścian stoi bar, niewielki, w starym stylu. Goście nie znajdą tu smakowych wódek – jest tylko piwo i whiskey. Dzisiaj jest nieczynny. Najwyraźniej sprzątanie.

John Young stoi przy stole pośrodku pomieszczenia i kreduje końcówkę kija. Bile rozbiegły się po całym stole, ale żadna nie wpadła do łuzy. Możliwe, że dopiero zaczął, możliwe, że po prostu jest do niczego. Calum nigdy nie widział, jak gra, więc nie ma pojęcia. Za to każdy wie, że Jamieson jest dobry. Każdy wie, że Jamieson uczył się od profesjonalistów. Young pewnie liznął coś od szefa.

– Witaj, Calum, co tam u ciebie?

– Wszystko w porządku. – Podchodzi do szafki z kijami i wybiera jeden. Ma na sobie dżinsy i T-shirt; umie grać jedynie w T-shirtach. Rękawy mu przeszkadzają.

Young zbiera czerwone bile i wyrównuje trójkątem. Wszystko robi bardzo starannie, żeby bile znalazły się na swoim miejscu. Metodyczne ruchy doświadczonego gracza, przyzwyczajonego do poważnych przeciwników.

– Ładna pogoda, co? – mówi w końcu.

– Żebyś wiedział. Ty rozbijasz.

Young nachyla się, ustawia kij, celuje i uderza. Tylko jedna czerwona bila toczy się po stole, biała szybko wraca na początek stołu. Sprytnie – rozbić tak, żeby kolejne uderzenie było trudne. Nie pozwolić przeciwnikowi wygrać.

Gra jest poważna, dopóki nie staje się oczywiste, że Young zwycięży i to raczej bez wysiłku. Calum się stara, ale Young posiada umiejętności. Po dziesięciu minutach obu dzieli już przepaść. Czas na rozmowę.

– Pracowałeś dla kogoś ostatnio? – pyta Young.

Po raz pierwszy bezpośrednio nawiązuje do interesów. Po raz pierwszy potwierdza przyczynę tego spotkania.

Ale pytanie nie jest takie oczywiste. Calum pracuje, nie ma innego wyjścia. Younga interesuje natomiast to, czy wykonywał ostatnio kilka zleceń z rzędu dla jednej osoby, czy raczej z nikim się nie wiąże. Prawdopodobnie dobrze wie, jaka będzie odpowiedź, ale chce sprawdzić, czy Calum go czymś zaskoczy. Nie, nie zaskoczy.

– Nie. Robię dla różnych zleceniodawców. Wiesz, jak jest, wolny strzelec. Jak zawsze.

Przez minutę czy dwie panuje cisza. Kolejne ostrożne i staranne uderzenia, choć wynik jest już dawno przesądzony, matematyka mówi, że nie ma innej możliwości. Kiedy jest już po wszystkim, Young, wyjmując bile z kieszeni, znów się odzywa.

– Nie mamy w tej chwili nikogo. Cholerna szkoda, że tracimy Franka na kilka miesięcy.

– Nie spodziewaliście się takiego obrotu sprawy?

Young zaczyna się śmiać. Krótki, chrapliwy śmiech, na pewno nie radosny.

– Frank to taki człowiek, co się nie przyzna, że coś jest z nim nie tak. Czeka, aż jest za późno. Powinien był nas ostrzec. Od lat wiedział, że coś się dzieje, ale słowa nie pisnął. – Wzrusza ramionami, jakby chciał pokazać, że nic na to nie poradzi.

Kolej Caluma. Na stole straszny miszmasz. Czerwone rozproszone, biała pośrodku. Za bardzo się stara. Young jest na tyle pewny swego, że nie czeka z dalszą rozmową.

– Ile właściwie masz lat, Calum?

– Dwadzieścia dziewięć.

– Starzejemy się, co? – Young się śmieje i patrzy na siebie z dezaprobatą; ma spory brzuch, ale jest żywotnym czterdziestotrzylatkiem. Błyszczą mu oczy, kiedy się uśmiecha, jakby był w tym szczery. Marszczy czoło, a jego potargane włosy jakby przesuwają się naprzód. Wygląda jowialnie, ale nie wolno zapominać, kim jest. – Myślałeś może, żeby się ustatkować?

To pytanie czysto zawodowe, nie osobiste.

– Nie, w ogóle o tym nie myślę. Pewnie przyjdzie i na to czas. Na razie nie czuję takiej potrzeby. Podoba mi się niezależność, ale jestem otwarty na wszystkie opcje. Zobaczymy, jak się życie potoczy.

Young kiwa głową. To warunek. Calum mówi, że jeśli miałby się związać z Jamiesonem, nie chce być przeciążany robotą. Taki warunek Young jest gotów zaakceptować, bo nie odbiega zbytnio od pozostałych życzeń.

Rozmowa cichnie. Rozgrywka staje się znacznie poważniejsza. Young był zbyt nieostrożny, zbyt pewny siebie. Chybił trzy strzały, które powinien był trafić, i Calum prowadzi. Calum chybia, ale w normalnych warunkach też by nie trafił takiego ułożenia. Young się koncentruje. Zaczyna wbijać bile do kieszeni, jedna za drugą. Goni prowadzącego, pokazując swoje umiejętności. Musi dojść przynajmniej do niebieskiej, jeśli chce mieć zwycięstwo w kieszeni. Trafia za pierwszym razem. Ściskają sobie dłonie. Young dziękuje Calumowi za przybycie.

3

Kiedy jest pewien, że chłopak sobie poszedł, odstawia kij do stojaka i rusza przez pomieszczenie w kierunku tylnego wyjścia. Tam, na końcu korytarza, znajduje się gabinet Jamiesona. Young puka dwa razy i wchodzi, nie czekając na zaproszenie. Young i Jamieson są przyjaciółmi od czasu, kiedy jako nastolatkowie stawiali pierwsze kroki w dealerce. Połączeni okolicznościami – ślepy los, że spotkali się w takiej robocie – błyskawicznie się zorientowali, co jeden może zrobić dla drugiego. Jamieson był szefem, to nie podlegało dyskusji. Young za to był jego prawą ręką. Żadna inna prawa ręka szefa nie zarabiała takich pieniędzy i nie decydowała o tylu sprawach. Young cieszył się zaufaniem bossa.

– Ty jesteś naszym mózgiem – wyznał kiedyś Jamieson po pijaku. – Ja jajami. Ten układ działa.

I wcale nie chodziło o to, że Youngowi brakowało odwagi albo że Jamieson nie był bystry. Young nie bał się ubrudzić sobie rąk, lecz instynkt Jamiesona do brudnej roboty objawił się już w młodości i w tej dziedzinie nie miał sobie równych. Jamieson był inteligentny, a Young myślał taktycznie i na tym polegała główna różnica. Osobno każdy z nich był po prostu utalentowany. Razem robili kokosy.

Jamieson musiał być szefem. W każdym razie tak to musiało wyglądać. Nieważne, co obaj o tym sądzą; ich pracownicy i konkurencja musieli wierzyć, że osoba, która budzi w nich największy strach, stoi na czele organizacji. Tak to działa. PR. Niesamowite, jak ważne jest w tym biznesie zachowywanie pozorów. Oczywiście bycie szefem ma też swoje gorsze strony. Kiedy się jest na szczycie, każdy cię widzi i każdy chce zająć twoje miejsce. Jamieson daje sobie z tym radę, to nie jest problem. Poza tym zakres ich działań nie jest jeszcze dość wielki, żeby zwabić najważniejszych graczy. Ale to tylko kwestia czasu.

Jamieson siedzi tam, gdzie zawsze, na obrotowym krześle za biurkiem tyłem do drzwi. Biurko jest naprzeciwko wejścia, ale Jamieson rzadko kiedy siedzi na wprost. Na długiej szafce przed nim stoją dwa telewizory, oba pokazują transmisję z wyścigów konnych, kolejnej pasji szefa. Obstawia, ale nie dlatego, że musi, i nie dlatego, że to go podnieca, ale dlatego, że czuje imperatyw bycia lepszym. Musi walczyć i zwyciężać. W tym wypadku pokonuje bukmacherów. Kiedy siedzi tyłem do ciebie, nie próbuje okazać ci lekceważenia. Jamieson to po prostu ktoś, kogo do cna pochłaniają jego pasje.

Younga natomiast konie nie interesują nic a nic. Jakiś miniaturowy Irlandczyk torturujący bezrozumnego zwierzaka w imię sportu finansowanego przez naiwnych i kontrolowanego przez cynicznych bogaczy. Jego miejsce w gabinecie Jamiesona to niewielka skórzana kanapa, po prawej stronie jasno rozświetlonego pomieszczenia, zaraz przy dużym oknie. Na stoliku obok leżą gazety, w większości lokalne, kilka krajowych. Przeglądają je, poszukując informacji dotyczących biznesu, którym się zajmują. Takie czasy, że coraz więcej trzeba szukać w internecie, sprawdzając, czy ktoś nie pisze o tobie jakichś głupot. Young siada i czeka.

– Gadałem z młodym MacLeanem – odzywa się, kiedy widzi, że obie gonitwy dobiegły końca.

– Młodym? Ile on ma właściwie lat?

– Dwadzieścia dziewięć.

– Tylko tyle? Patrz, a człowiek ma wrażenie, że robi w interesie od zawsze. Co powiedział?

– Chyba przyjmie ofertę, ale nie chce robić sam. Boi się obciążenia i ilości zleceń. – Jamieson skupia się, pochyla i opiera o blat biurka. Delikatnie stuka palcami w drewno. To jego sposób, żeby skupić się tylko na tym, co najważniejsze; ciągłe bębnienie w blat.

– Nie nazwałbym go duszą towarzystwa. – Jamieson się uśmiecha. – Ale mi się podoba. Jest dobry. Bystry. Dyskretny. Frank twierdzi, że jest najlepszy z narybku. I ja się z nim zgadzam. Złożymy mu konkretną ofertę.

4

Young czeka trzy dni, zanim ponownie wybiera numer Caluma. Bieżąca robota może poczekać te trzy dni, nic się nie stanie. To trochę jak umawianie się na randkę – dziewczyna nie może pomyśleć, że ma do czynienia z desperatem. Jeśli pokażesz, że ci zależy, druga strona to wykorzysta i będzie chciała więcej w zamian. A Calum mógłby się przestraszyć. Chłopak jest bardzo ostrożny i niechętny wiązaniu się na dłużej. To trochę naiwne, myśli Young, zdając się na swoje doświadczenie. Za kilka lat będzie żałował. Pewność zleceń, komfort, poduszka bezpieczeństwa, jaką jest organizacja. Praca w tym biznesie to jak wejście do armaty, by dać się wystrzelić. Wolnemu strzelcowi brakuje tej poduszki, na której można bezpiecznie wylądować. Duża organizacja może dać ci stabilizację, może cię chronić. Koniec końców, ciśnienie takiego zajęcia zmęczy Caluma do tego stopnia, że uzna bezpieczeństwo za bardzo kuszącą propozycję. Najwyraźniej jeszcze ten czas nie nadszedł.

Calum znów siedzi na kanapie i gra w gry komputerowe. God of War III, jeśli to kogoś interesuje. Uważa, że jest frustrująca. Dzwoni telefon – tym razem komórka. Włącza pauzę, podnosi telefon i patrzy na ekran. Young.

– Cześć.

– Calum, John Young z tej strony. Jak tam, zajęty?

– Nie, nic nie robię.

– Świetnie, to wpadnij do klubu. Ja i Peter chcielibyśmy z tobą zamienić kilka słów. Co ty na to?

– Teraz? Od razu?

– Aha, od razu.

Czyli oferta. Coś ważnego? Możliwe, ale z drugiej strony Young czekał z telefonem całe trzy dni, czyli raczej nic pilnego. A może tylko chciał, żeby tak pomyślał? Robota tylko na jakiś czas, ale prawdopodobnie tak przygotowana, żeby wciągnąć go na dłużej. Frank MacLeod nie będzie przecież działał wiecznie. Nikt w tym interesie nie jest wieczny. Calum wyłącza telewizor i konsolę z sieci, niczego nie zostawia w stanie czuwania. Wkłada kurtkę, bo dzień jest chłodniejszy. Na zewnątrz wietrznie i popaduje. Bierze kluczyki, które odkłada zawsze na lodówkę, i wychodzi.

W całym mieszkaniu nie ma jednej rzeczy, która mogłaby zdradzić, czym zarabia na życie. A już na pewno próżno by tam szukać gnata. Nikt, kto pracuje z bronią i ma przy tym choć trochę zdrowego rozsądku, nie będzie trzymać jej w domu. Brak jakichkolwiek papierów, zero pamiątek. Niektórzy przechowują takie fanty. Ale to głupcy. Niebezpieczni dla siebie. Może też chorzy? Tak czy inaczej, dopadną ich. Gdyby policja zrobiła mu przeszukanie, nic go nie obciąży. Nie znajdą żadnych mejli. Żadnych tweetów. Żadnych esemesów. Billingi potwierdzą jedynie, że owszem, kontaktował się z ludźmi pokroju Younga, ale przecież nie mogą cię posadzić za przyjaciół. Calum nigdy nie był aresztowany, nie ma żadnych wyroków, ba, nigdy nie widział od wewnątrz celi w areszcie. A w interesie siedzi już dobrą dekadę. Nie chce jednak cieszyć się tym wynikiem, dopóki nie przejdzie na emeryturę.

Oczywiście to, że nikt go nie aresztował, nie znaczy, że całkowicie uniknął podejrzeń. Ale co do tego nie może mieć pewności. Czy policja wie, że w ogóle istnieje? To raczej pewne. Muszą wiedzieć o Jamiesonie; wszyscy o nim wiedzą. Jamieson jest wschodzącą gwiazdą. Calum pracował dla niego już wcześniej. Ale pracował też dla dwóch czy trzech innych gości o ustalonej reputacji. Nie związał się z żadnym z nich – a to dość ważne. Trudno go namierzyć. Istnieje szansa, że policja z niczym go nie wiąże. Że nie mają pojęcia, czym się zajmuje. Tego właśnie chce. Jamieson tak dobiera sobie pracowników – muszą mieć czyściutką kartę.

Do klubu wchodzi głównymi drzwiami, jak zawsze zresztą. Nie ma sensu się zakradać. Jeśli ktoś ma klub na oku, to obserwuje zarówno główne, jak i tylne wejście. Zakradanie się od tyłu dopiero byłoby podejrzane. Po schodach na piętro, potem przez drzwi. Sala ze stołami do snookera jest otwarta dla gości, bar pod ścianą serwuje alkohole. Szóstka ludzi korzysta z trzech różnych stołów, kolejna czwórka oblega bar. Jeden z gości przy stoliku to Kenny McBride, kierowca Jamiesona. Kierowca to dość szerokie określenie. Jamieson większość czasu może sam prowadzić. Kenny to taka taksówka dla szefa. Siada za kółkiem, kiedy robota jest ważna. Dostarcza przesyłki. Odbiera przesyłki. Robi wszystko, do czego potrzebny jest samochód. Calum kiwa mu na powitanie głową, potem idzie dalej.

Korytarzem do samego końca. Nikt nie stoi przed drzwiami, w oczy nie rzucają się środki bezpieczeństwa. Tak jest lepiej. Na razie nikt nie panikuje, ale na to pewnie przyjdzie jeszcze czas. Większość ludzi zaczyna mieć hopla na punkcie bezpieczeństwa. Jamieson ma czterdzieści kilka lat. Nie jest jeszcze stary. Wygląda młodziej niż większość ludzi w jego wieku. Nie ma też dość władzy i wpływów, żeby ktoś przeciwko niemu spiskował. Większość tak myśli. Po co więc ochrona? Nierozsądne? Może, ale też nie zaskakuje. Calum puka trzy razy i czeka na zaproszenie. Nie jest z nimi na tyle blisko, żeby tak sobie wchodzić. Ze środka ktoś krzyczy, że ma wejść. Otwiera drzwi, wchodzi i zamyka za sobą.

Czekają na niego we dwóch, Jamieson i Young. Sami. Telewizory są wyłączone, co oznacza, że nadszedł czas na interesy. Jamieson siedzi za biurkiem. Stara się wyglądać jak biznesmen? Jak szanowany obywatel? Nie, raczej mało prawdopodobne. Gość ma tyle pewności siebie, że nie potrzebuje nikogo udawać, żeby się dobrze poczuć. Zadaniem biurka nie jest dodawanie jego właścicielowi powagi – ono ma przypominać gościom, kto tu wydaje rozkazy. Young siedzi z boku, na skórzanej kanapie. Jak zawsze zresztą. Żaden z nich nie onieśmiela. Ale też żaden z nich nie próbuje wywoływać w gościu strachu. Young miałby z tym problem – jest zbyt gruby i zbyt wyluzowany. Jamieson za to mógłby pokazać, na co go stać. Byłby przerażający, gdyby tylko zechciał. To przez jego oczy – to one robią wrażenie. Niemal zawsze wszystko kryje się w oczach. Jeśli twoje oczy nie mogą nikogo przerazić, to ty mu strachu nie napędzisz na pewno. Jamieson potrafił posłać mordercze spojrzenie, jeśli tylko chciał.

– Dobrze cię widzieć, Calum. Kawał czasu, co? – Jamieson wita się i głową wskazuje mu krzesło obok biurka. – Rozbierz się i dołącz do nas.

Calum wykonuje polecenie, bo to o to chodzi, o wykonywanie poleceń. Odwiesza kurtkę na oparcie krzesła i siada. Naprzeciwko siebie ma Jamiesona, Younga nie widzi: żeby go zobaczyć, musiałby się nieco odwrócić. To celowe, żeby gość pozostał choć trochę spięty. Nie widzi Younga i nie wie, co robi. Nie ma pojęcia, czy nie daje Jamiesonowi jakichś tajnych znaków. Nie wie, czy nie mówi czegoś bezgłośnie. Nie może oceniać jego reakcji na swoje słowa. Nie ma nawet zielonego pojęcia, czy w ogóle słucha, co ma do powiedzenia. I o to chodzi. Wyjdzie z gabinetu i nie będzie wiedział, co przynajmniej jeden z nich o nim myśli.

– Dobrze, przejdźmy może do interesów – mówi Jamieson. Ma twarz bez wyrazu, która oznacza, że trzeba się skupić. – Dużo ostatnio pracowałeś?

Chce wiedzieć, czy Calum zabił ostatnio wielu ludzi. Mordując zbyt wielu ludzi w stosunkowo krótkim czasie, nieuchronnie zwracasz na siebie uwagę. Jamieson doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ma świetny instynkt. Nie zatrudnia się kogoś, kto był ostatnio bardzo zajęty. Należy również unikać takich, którzy przez jakiś czas nie mieli żadnych zleceń. Żadnych skrajności, wybór trzeba wypośrodkować. Odpowiadasz na takie pytanie, bo nie masz innego wyjścia, ale czujesz się skrępowany. Odpowiedź Caluma jest jak najbardziej poprawna, ale to kwestia zaufania. Powierzasz Jamiesonowi pewną wiedzę i musisz ufać, że nie usłyszy tego nikt poza obecnymi w pomieszczeniu. Żadnych podsłuchów i nagrywania. To się zdarza, rzadko bo rzadko, ale jednak się zdarza.

– Staram się regularnie brać zlecenia – odpowiada Calum. – Nie chcę przesadzić.

I to jest właściwa odpowiedź. Nie zdradza zbyt wiele, ale na teraz całkowicie wystarczy. Jamieson widzi, że Calum to bystry chłopak. Calum za to wie, jakich odpowiedzi oczekuje Jamieson. W tym wypadku powiedział prawdę, a Jamieson nie ma podstaw, żeby mu nie wierzyć, jednak każdą odpowiedź bada ze wszystkich stron.

– Miałbym coś dla ciebie, jeśli jesteś zainteresowany. Wiesz zapewne, że mamy braki kadrowe.

– Obiło mi się o uszy. Brzmi interesująco. Ale muszę się zastanowić.

– Nad czym? – Tym razem Jamieson marszczy czoło. Nie lubi, kiedy ktoś stawia mu warunki. A już w szczególności nie lubi takich, co to do trzydziestki jeszcze nie dobili, a już mają wymagania, podczas gdy ludzie pokroju Franka MacLeoda rzadko kiedy robią podobne kłopoty.

– Pracuję regularnie, ale potrzebuję przerw. Nie chcę przesadzić.

Jamieson kiwa głową. To akurat zrozumiałe. I po drodze z jego planem. Nie można polegać tylko na jednej osobie przy tak ważnych zadaniach. Frank był świetny, a kiedy go zabrakło, nie ma nikogo, kto mógłby pociągnąć jego robotę dalej. Trzeba się zabezpieczyć, zatrudniając kogoś z zewnątrz. Od teraz będzie pracowało przynajmniej dwóch.

5

– Znasz Lewisa Wintera?

Tak, teraz to już rozmowa na temat konkretów. Zatem przyjęto, że bierze to zlecenie. Calum nie powiedział jednoznacznie, że to zrobi, ale postawił warunek, a skoro Jamieson go zaakceptował, to można przejść dalej. W takiej sytuacji nie rozmawia się o pieniądzach. Obaj wiedzą, jaka jest standardowa stawka. Ważne są inne szczegóły dotyczące zlecenia. Calum należy teraz do zespołu. Jamieson i Young go zaakceptowali. Od teraz będą go traktowali jak jednego ze swoich ludzi, z organizacji. Może tylko na czas tej jednej roboty? Bywało tak już wcześniej, kiedy zdarzała się jakaś naprawdę duża fucha i Frank wybierał go do pomocy. Należysz do rodziny na tę jedną robotę. A potem znów jesteś kimś spoza. I pilnują cię, żeby mieć pewność, że nie chlapniesz czegoś nieprzemyślanego. I też żeby mieć pewność, że w sytuacjach takich jak ta będą mogli po ciebie sięgnąć.

– Wiem, kto to Lewis Winter. Spotkaliśmy się kiedyś, tylko przelotnie. Znam, to za duże słowo.

Ale Calum błyskawicznie wszystko kojarzy. Wie, kim jest Lewis Winter i czym się konkretnie zajmuje. Nie chce niczego więcej, to mu wystarcza. Lekcja przekazana przez Franka MacLeoda i przez innych, bardziej doświadczonych. Nie wolno uczyć się od tych, co dali się złapać i opowiadają swoje historie wszystkim, którzy chcą słuchać. Nie należy się też uczyć od tych, którzy wiedzą, jak to zrobić – trzeba brać przykład z tych, którzy robią to dobrze. Oni mówią, żebyś zapamiętywał wszystko. I to nie jest takie sobie gadanie. Musisz wiedzieć, kto jest kim w tym biznesie i kto się czym zajmuje, bo nigdy nie masz pewności, czyją drogę przetniesz. Zapamiętujesz więc, kim są ludzie tacy jak Lewis Winter, choć to płotki bez wpływów. Zapamiętujesz każdy zaułek i każdą bramę miasta, bo nie wiesz, kiedy będziesz tego potrzebował. Calum odrobił lekcję. Cały czas trzymał rękę na pulsie. Jeździł po wszystkich dzielnicach, sprawdzał miejsca, których wcześniej nie znał. Chciał mieć pewność, że zna ludzi z tych kręgów lepiej, niż oni znają jego. Że poznał Glasgow lepiej, niż miasto kiedykolwiek miało poznać jego. Gdyby musiał uciekać, znał trasę. Nawet gdyby ta wiedza przydała mu się tylko raz w życiu, mogłaby zadecydować o tym, ile czasu mu zostało.

Lewisa Wintera poznał przez wspólnego znajomego. Wpadli na siebie na przyjęciu, do którego Winter za nic nie pasował. Przyszedł tam ze swoją znacznie młodszą dziewczyną. To było ledwie trzy czy cztery miesiące temu i ktoś, z niezrozumiałych dla Caluma przyczyn, przedstawił ich wtedy sobie. Być może byli jedynymi ludźmi z półświatka, których znał ich wspólny kolega, i pomyślał, że nawiąże się między nimi rozmowa. Winter ma czterdzieści kilka lat. Na skroniach szpakowate włosy; walczy z nadwagą. Wyglądał, jakby niedawno zrzucił sporo kilogramów. Winter nie był imprezowym zwierzęciem. I nie poszczęściło mu się w interesach. Na dodatek, skoro został przedmiotem dzisiejszej rozmowy, los nie miał już się odmienić – chyba że na gorsze.

– Winter stał się dla nas problemem. Twoim zadaniem będzie rozwiązanie tego problemu.

Calum potakuje. Nic nadzwyczajnego. Zaskakujące jedynie, że Winter mógł stać się problemem dla kogoś takiego jak Jamieson. Winter to płotka, nigdy nie grał w wyższej lidze. Gość ma pecha. Po każdym sukcesie przychodziła jeszcze dotkliwsza porażka; dwadzieścia pięć lat z rzędu i brak oznak poprawy.

– Nie brzmi skomplikowanie. Powinienem wiedzieć coś jeszcze?

Jamieson potrząsa lekko głową i delikatnie wzrusza ramionami.

– A myślisz, że jest coś jeszcze, co powinieneś wiedzieć?

To najważniejsza różnica i trzeba ją mieć na uwadze. Bo to, co powinieneś wiedzieć, to to, co musisz wiedzieć, a nie co chcesz wiedzieć. Chcesz wiedzieć, dlaczego Jamieson ma w planach pozbycie się tego człowieka. Ale nie musisz tego wiedzieć. Lewis Winter od bardzo dawna zajmuje się dealerką, ale na niewielką skalę. Jamieson robi interesy w najróżniejszych obszarach kryminalnego świata, włączając w to również handel narkotykami. Lewis Winter nadeptuje mu na odcisk. Jeśli Jamieson nie zareaguje, ktoś może pomyśleć, że jest słaby. Pozory to podstawa. Rzeczy, które musisz wiedzieć, dotyczą jedynie kwestii wykonania zlecenia i możliwych konsekwencji. W takiej sytuacji musisz wiedzieć, czy jakiś ukryty fakt później się na tobie nie zemści; czy twój cel nie ma wpływowych przyjaciół, którzy mogliby cię potem dopaść. To tylko i wyłącznie sprawy, dzięki którym możesz dobrze wykonać swoje zadanie. I pozwolą poradzić sobie z konsekwencjami jego wykonania.

– Czy jest objęty jakąś ochroną, o której powinienem wiedzieć?

Jeszcze dzień wcześniej nie zadałby takiego pytania. Lewis Winter to płotka, nikt go nie chroni. A przynajmniej nikt znaczący. I nie ma ochroniarzy. Nikt też nie chodzi za nim krok w krok – nikt, kto mógłby sprawić kłopot.

– Możliwe, że ma psa, i chyba to byłoby wszystko. – Jamieson wzrusza ramionami.

– Nie, nie ma psa – wtrąca Young, nie podnosząc się z kanapy. Odzywa się po raz pierwszy od początku rozmowy.

– No proszę. – Jamieson się uśmiecha. – Za to mieszka z dziewczyną, jakąś małą zdzirą.

– Zara Cope – podpowiada Young. – Zdzira, okej, ale bystra zdzira.

– Bystra zdzira – powtarza Jamieson, uśmiecha się i potrząsa głową. – Te są najgorsze, mówię ci. Te są najgorsze. Pięć czy sześć lat temu urodziła dzieciaka Nate’a Colgana – mówi do Caluma.

– Dzieciak mieszka z nimi? – pyta Calum, już teraz martwiąc się o przebieg zlecenia.

– Nie, z dziadkami.

Nate Colgan. To nazwisko przywołuje obrazy, których lepiej nie oglądać. Nate Colgan to nie karykaturalny twardziel. Nie chodzi po okolicy, prężąc mięśnie i prezentując tatuaże, i udając niebezpiecznego gościa. Nate Colgan to prawdziwy twardziel. Człowiek, jakiego od czasu do czasu potrzebują ludzie pokroju Jamiesona, lecz traktują go z najwyższą ostrożnością. Zrobiłbyś wszystko, byle tylko w niczym go nie urazić. Calum też się boi, by go nie urazić. Kiedyś go spotkał. Raz. Colgan był bardzo pewny siebie. Kiedy zaczął mówić, okazał się zaskakująco inteligentną osobą. Nie nieprzewidywalną. Nie nieobliczalną wybuchową mieszanką wściekłości i agresji. Nie był typowym twardzielem. Raczej psychopatą. Ludzie wiedzieli, co im zrobi, a jednak nie mieli żadnej możliwości, by go powstrzymać. Calum nie wiedział, czy dziś jeszcze coś łączy Colgana i Cope, i co to jest. Lepiej jednak jej unikać, jeśli to będzie możliwe.

Coś mu przychodzi do głowy.

– Czy Winter cały czas pracuje sam? – pyta Calum.

Tak, to ma znaczenie. Jeśli Winter się z nikim nie związał, to Calum zabije Wintera. Jeśli Winter dołączył do którejś z organizacji, zabicie go oznacza podpisanie rachunku, który Calum będzie musiał później uregulować. W tym świecie nikt nie pozwoli sobie dmuchać w kaszę.

Jamieson spogląda na Younga. Calum nie widzi, jak Young reaguje.

– Z tego, co wiemy – zaczyna Jamieson – Winter wciąż pracuje na własny rachunek. Zaczyna się panoszyć na moim terytorium i nie kryje się z tym. Brakuje mu dyskrecji albo chce mnie wkurzyć. Jakby wiedział, że ma wsparcie. Chociaż nie sądzę, żeby miał. No właśnie. Domyślam się, że może mieć w przyszłości. Chcę go dopaść, zanim zyska protektorów.

To dokładnie tyle, ile Calum powinien wiedzieć. Żadnych szczegółów. Ani słowa na temat potencjalnych mocodawców Wintera ani jak blisko jest nawiązania tej współpracy. Tylko wskazówka, że chodzi o coś większego. Niepokojąca wskazówka.

Kiwnięcie głową oznacza przyjęcie zlecenia. Nie ściskają sobie dłoni, to niepotrzebne. Koniec końców, nie spotkali się w klubie dla dżentelmenów. Biznes to biznes. Calum zgodził się na takie warunki. Jeśli nawali, najprawdopodobniej spotka go kara. Nie, nie zostanie zabity. Jeśli zabijasz kogoś za błędy, nikt nie będzie chciał dla ciebie pracować, prawda? Ale dajesz mu do zrozumienia, że jest nikim. Uprzykrzasz mu życie. Calum zdaje sobie z tego sprawę. Widział innych, którzy nie podołali. Widział utalentowanych ludzi, którzy nawalili. Choć najczęściej zdarzało się to chwalipiętom, idiotom mocnym tylko w gębie, którym wydawało się, że podołają zadaniu, a nie potrafili go wykonać. Zabić człowieka to nic skomplikowanego. Trudno za to zabić go dobrze. Ludzie, którzy potrafią zrobić to dobrze, są tego świadomi. Tych, którzy robią to źle, czeka bardzo bolesna lekcja. To oznacza konsekwencje. Ale nawet ci utalentowani muszą zdawać sobie z nich sprawę.

6

Jamieson siedzi w fotelu za biurkiem i patrzy, jak za Calumem zamykają się drzwi. Young nie rusza się ze swojego miejsca na kanapie. Milczy. Jamieson działa szybko i zdecydowanie. Zlecił właśnie zabicie człowieka, więc może wrócić do wyścigów konnych, gry w golfa czy czegokolwiek, co w tej chwili przyciąga jego uwagę. Tyle że akurat dzisiaj tego nie zrobi. Dzisiaj uderza palcami w blat biurka i przez dłuższą chwilę nie odrywa wzroku od zamkniętych drzwi.

– Gość ma talent. Duży talent – mówi miękko. – Ale jest w nim coś, co mnie nie przekonuje.

– Oj tam, po prostu nie jest przesadnie towarzyskim typem, to wszystko. – Young wzrusza ramionami. – Taki już jest. Przy tym bystrzejszy niż twoje mięśniaki.

– Zgadza się. – Jamieson potakuje. – To bez wątpienia. Frank, od kiedy go spotkał, zapewniał mnie, że się nie rozczaruję. Powiedział, że chłopak jest bystry. I że ma jaja do tej roboty.

Odwaga i inteligencja niewiele są warte osobno. To właśnie dlatego Young i Jamieson pracują zawsze razem i nigdy tego nie zmienią. To właśnie dlatego wielu jest niemal dobrych w tym, co robią. Mają albo odwagę, albo inteligencję. Ktoś głupi, ale odważny, może się przydać w tym biznesie. Bystrzacha też może wiele zdziałać. Jednak żeby znaleźć się naprawdę wysoko, musisz mieć obie te cechy. Musisz umieć zdecydować, kiedy polegać na głowie, a kiedy przeć siłowo. Niektórzy mają dość inteligencji i odwagi, żeby przez dziesięciolecia robić w tym biznesie i cały czas być na wierzchu. Choć zdarza się i tak, że osoby, którym los nie poskąpił żadnej z tych cech, popełniają błąd. Jeden jedyny błąd. Jakąś głupią, drobną pomyłkę. I dwadzieścia lat w pudle. Potem bezrobocie. Najlepsi z najlepszych nigdy nie uważają się za nieomylnych.

– Martwisz się, jak mu pójdzie? – pyta Young. Rzadko się zdarza, żeby Jamieson nie był czegoś pewny.

Jamieson wzrusza ramionami.

– Mam gdzieś, czy chłopak jest tylko dobry, czy bardzo dobry. To jest taka robota, na której może się przejechać. Wierz mi. Nie mówię, że nie da sobie rady. Naprawdę nie twierdzę, że powinie mu się noga, co to, to nie. Poza tym nikogo lepszego nie znajdziemy. Ale to nie o to tu chodzi. Pomyśl. Przecież nie mamy pojęcia, na co go narażamy. Nie wiemy, kto stoi za Winterem.

Mówi to ostrożnie, bo wie, że w sumie to zarzut pod adresem przyjaciela. Planowanie takich zleceń było zadaniem Younga. To on powinien wiedzieć, co Winter chowa w zanadrzu i z czym przyjdzie im się zmierzyć. A mają tylko podejrzenia, nie mają pewności.

Young wzdycha zniecierpliwiony. Rozmawiali już na ten temat. Lewis Winter pracuje dla innych. Wchodzi na cudzy teren, bo mu się wydaje, że nic mu nie grozi. Stara się wspiąć o stopień wyżej, bo bez tego nie przyciągnie inwestorów i kontaktów, których potrzebuje. W ten sposób stanowi dla nich zagrożenie i obaj to wiedzą. Wiedzą też, że ktoś już chroni jego plecy. Albo lada chwila zacznie. Choć raczej to drugie. Jeszcze nie ma pełnego wsparcia. Raczej czuje jego obietnicę. Jedynym rozwiązaniem jest pozbyć się go, zanim ta obietnica zostanie zrealizowana. Lewis Winter musi umrzeć. A teraz Jamieson zaczyna się wahać.

– Póki co jeszcze nie ma wsparcia. Obserwowałem go ostatnio. Kontaktuje się jedynie przez telefon. Żadnych dodatkowych środków bezpieczeństwa. W każdym razie jeszcze nie. To wiemy na sto procent. Poza tym Calum przecież sam przeprowadzi rozpoznanie. Nie wleci tam jak wariat. To bystry chłopak.

Jamieson potakuje. Zgadza się, to wszystko prawda.

– Będzie go obserwował. Będzie za nim chodził. Im szybciej zacznie, tym większa pewność, że skończy, zanim Winter dostanie wsparcie.

– Nie będzie musiał się martwić o nowych przyjaciół Wintera. My za to tak. On musi się jedynie martwić o jego dziewczynę. Ewentualnie o jakiegoś debila pijawkę, który będzie w pobliżu.

Jamieson uśmiecha się i potakuje. Zgadza się, zawsze jakiś pasożyt kręci się w pobliżu. To ludzie, którym się marzą wspólne interesy. Znajdują takiego złamasa jak Winter i przysysają się bez litości, żeby wyssać z niego całą krew.

– A co z sępami?

Sępy. Tak, tych ciągle jest sporo w pobliżu. Zawsze tak było i zawsze będzie. Nie są gorsi od pasożytów, za to w pewnym sensie są zabawniejsi. Mają ten sam cel – ogołocić cię ze wszystkiego i znaleźć kolejną ofiarę. Większość sępów nie jest szczególnie niebezpieczna. Miło ci się z nimi gada i miło bawi. Dajesz im trochę tego, czego pragną, a potem o nich zapominasz. Ale zdarzają się sępy znacznie bardziej niebezpieczne. Niektórych ciężko się pozbyć. Zara Cope od początku należała do sępów, które stanowią zagrożenie. Bystra dziewczyna, która wiedziała, jak sprawić, by taki układ trwał. Potrafiła wyciągnąć z niego więcej niż tylko pieniądze. Wiedziała, jak przejąć kontrolę. Z Winterem związała się już jakiś czas temu, wprowadziła się nawet do niego. Zawsze krążyła gdzieś w pobliżu, pociągając za niewidzialne sznurki. Zatopiła w nim pazury i bez wątpienia będzie tam, kiedy Winter przejdzie do historii.

Young otrząsa się.

– Calum sam ustali, jak rozwiązać jej problem. Jest dość bystry, żeby sobie poradzić.

– Miejmy tylko nadzieję, że jej nie zabije. – Jamieson mówi cichym głosem. – Kogo jak kogo, ale Colgana nie chciałbym wkurzyć.

– Myślisz, że to by go ruszyło?

– Mam wrażenie, że cały czas coś do niej czuje. – Jamieson potakuje z przekonaniem. – Nie znam go za dobrze, ale tu się raczej nie mylę. To widać.

– Zdajmy się na chłopaka, poradzi sobie.

Jamieson odwraca się, sięga po pilota i włącza telewizor. Nic ciekawego nie transmitują. Nie ma też zbyt wiele do roboty. Wszystko dopiero się układa. Sprawy powinny iść szybciej, ale wciąż pojawiają się nowe przeszkody. Nowe przeszkody, takie jak nowi przyjaciele Lewisa Wintera.

7

Początek jest prosty. Musisz ustalić, gdzie mieszka twój cel, i zaczynasz go śledzić. Jeśli znasz swój obiekt, sprawa staje się jeszcze łatwiejsza, bo ten etap możesz pominąć. Wielu w tym fachu musi w końcu zabić kogoś, kogo dobrze znają. To ludzie, z którymi pracują, których często widują przy okazji jakichś spraw. Bywa, że znają ich z przyjęć, na których razem się bawili. Możliwe, że nawet się kolegowali. Ale nie ma zmiłuj, robisz swoją robotę, bo na tym to polega. Ofiary to wiedzą i napastnicy też. Jeśli dołączasz do tego biznesu przepełniony złudzeniami, ktoś albo coś szybko cię ich pozbawi. Szybko się dowiesz, na jakiej zasadzie działa ta maszyna. Będziesz ich śledził, żeby poznać ich plan dnia. Bo każdy ma jakiś plan dnia. Czasem niedbały, czasem to tylko cień planu zgubiony w chaotycznej szarpaninie codzienności. Wszystko układa się w całość, kiedy masz ich dopaść.

Calum nie zna Wintera na tyle dobrze, żeby ominąć cokolwiek z tego etapu. Najpierw dowiaduje się, gdzie mieszka. To akurat nic trudnego. Żadna tajemnica. Winter musi zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie na siebie ściąga, robiąc w tym biznesie, jednak już po krótkiej obserwacji można stwierdzić, że nie przygotowuje się na taką ewentualność. Za każdym razem, kiedy wspina się na kolejny szczebel drabiny, ten łamie się pod nim i facet ląduje z powrotem w punkcie wyjścia. Ma ambicje, ale nic poza tym. Owszem, ma trochę oleju w głowie, ale nie postępuje rozsądnie. Przejeżdżając w pobliżu, Calum nie dostrzega w jego domu żadnych widocznych zabezpieczeń. Kiedy Winter wychodzi, żeby spotkać się z kilkoma ulicznymi dealerami, którzy dla niego sprzedają towar, nie bierze obstawy. Albo nie jest świadomy, co się wokół niego dzieje, albo nic go to nie obchodzi. A są tacy ludzie, oj, są. Narażają się na wielkie ryzyko, ale nawet nie próbują zabezpieczać się przed konsekwencjami. Tacy ludzie albo nie boją się śmierci, albo nie zależy im na życiu.

Winter dostał już od życia po głowie wystarczająco, by się niczym nie przejmować. Kiedy rozmawia z dwoma idiotami – młodymi chłopakami, którzy sprzedają jego towar przyjaciołom i rodzinie, a w zamian dostają jeszcze więcej towaru dla siebie – ma wszystko gdzieś. Ryzykuje, ale to nic dla niego nie znaczy. Całe życie robi w tym biznesie i na co to wszystko? Jest ledwie kilka kroków dalej niż kiedy zaczynał. Znacznie młodsi od niego kierują zorganizowanymi grupami, inwestują w legalne interesy, mają osiągnięcia. A on? Musi się użerać z tymi półanalfabetami, zaćpanymi debilami! Tylko do tego doszedł. Wyciąga z tego mniej niż trzydzieści tysięcy funtów rocznie. Ma dom, na który z trudem może sobie pozwolić, bo raty są wysokie. Ma dziewczynę, którą wcześniej miało wielu lepiej ustawionych mężczyzn. Dziewczyna jest wymagająca. Zmienia jego styl życia, żeby dopasować do swojego. Musi kupować jej miłość. Dlatego ryzykuje.

Nienawidził szkoły. Przez kilka lat pracował w firmie transportowej, ale tego też nienawidził. Potem, przez starego kumpla jeszcze z podstawówki, wszedł w biznes. Trochę dealerki, nic wielkiego, tylko na przyjęciach. Praca na samym dnie, poniżej wszystkich, ale przynajmniej dobrze się bawił. Pracował dla sporej grupy, która regularnie go zaopatrywała i gwarantowała bezpieczeństwo. Wówczas bardzo mu to odpowiadało. Jednak tyle lat już minęło… Teraz jest mężczyzną w średnim wieku, walczącym o lepszą pozycję. Ale nie potrafi zarabiać pieniędzy ani nawiązywać odpowiednich kontaktów. Dobry interes zrobił trochę przed trzydziestką. Duża sprawa. Miał mu przynieść bogactwo. Policja go nie dopadła, choć pozostałych uczestników tego interesu zgarnęli. Przez jakiś czas był traktowany jak śmierdzące jajo. Potem na horyzoncie znów pojawił się potencjalny interes życia. Miał już trzydzieści parę lat. Pracował z partnerem – Jimmym Morrisonem – nie lubił, kiedy mówiło się do niego Jim. Koniec końców, Jimmy go wyrolował. Wziął całą kasę i zniknął. Winter został poniżony i bez grosza przy duszy. Znów był na dnie. Znów uwierzył, że może zacząć od nowa.