Lewica. Stare błędy, nowe wyzwania - Michael Walzer - ebook
Opis

Najnowsza książka profesora Michaela Walzera, jednego z najwybitniejszych amerykańskich filozofów polityki, jest wykładem na temat problemów, jakie stoją przed współczesną lewicą w niezwykle skomplikowanym współczesnym świecie.

Autor szeroko formułuje pojęcie lewicy – zalicza do niej przede wszystkim najbliższych mu „socjalistów, socjaldemokratów i lewicowych liberałów”, z którymi się identyfikuje, ale także tych ludzi lewicy, z którymi się nie zgadza. W czasach pojęciowego zamętu, kiedy potoczną mądrością stało się stwierdzenie, że nie sposób określić, co jest lewicą, a co prawicą, porządkuje w jasny i przystępny sposób pewne podstawowe kryteria oraz porusza aktualne zagadnienia.

Główne pytania, które zadaje, wychodząc z założenia, że pozostaną dla ludzi lewicy niezmiennie aktualne bez względu na rozwój sytuacji na świecie, brzmią następująco: kim są nasi sojusznicy w innych krajach, kim są ludzie, o których powinniśmy się zatroszczyć, i jak możemy im pomóc? Jak powinniśmy się odnosić do nierówności i niesprawiedliwości występujących w skali świata? Kiedy należy się przeciwstawić użyciu siły w stosunkach międzynarodowych, a kiedy trzeba je poprzeć? Jak lewica, w swej przeważającej większości świecka, powinna się odnieść do zjawiska odrodzenia religijnego?

Książka Walzera od pierwszych stron ujmuje prostotą języka i przejrzystością stylu, a autor stara się unikać naukowego żargonu i ideologicznej nowomowy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 279

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: A Foreign Policy for the Left

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Magdalena Błędowska

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektonicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Renata Kuk

© 2017 Michael WalzerOriginally published by Yale University Press

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Hanna Jankowska

ISBN 978-83-287-1069-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

Dla JBW

PRZEDMOWA

Prawie całą tę książkę napisałem przed wyborem Donalda Trumpa na prezydenta, a ostatnie poprawki nanosiłem w pierwszych miesiącach po objęciu przezeń władzy, gdy lewicę ogarnęło poczucie beznadziei. W tym momencie nie można jeszcze było określić, co rządy Trumpa oznaczają dla polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych i polityki międzynarodowej. Wierzę jednak, że moi czytelnicy nie będą żyli w innym świecie. Podstawowe kwestie, do jakich będą się musieli ustosunkować ludzie lewicy, pozostaną takie same. Kim są nasi towarzysze w innych krajach i jak możemy im pomóc? Jak powinniśmy traktować nierówności w społeczności międzynarodowej? Kiedy należy poprzeć użycie siły, a kiedy trzeba się mu przeciwstawić? Jak lewica, w większości świecka, powinna się odnieść do odrodzenia religijnego?

O tego rodzaju zagadnieniach pisałem od bardzo dawna. Jako profesor teorii polityki wykorzystywałem swoją pozycję, by w wykładach i na łamach czasopism naukowych bronić określonego stanowiska politycznego. Głównie publikowałem jednak w takich czasopismach, jak „Dissent”, „New Republic” i „New York Review of Books”, a czasem w prasie o podobnym profilu w Wielkiej Brytanii, we Francji i Włoszech. Zajmowałem się szerokim zakresem tematów, ale w moich artykułach i recenzjach stale powracały kwestie polityki zagranicznej, a zwłaszcza stosowania siły przez Stany Zjednoczone, inne państwa oraz organizacje niepaństwowe.

Na niniejszą książkę składa się siedem takich artykułów. Znacznie je przeredagowałem i rozbudowałem, usunąłem powtórzenia (przynajmniej większość) i dodałem cytaty oraz przypisy do publikacji, w których przedtem ich nie było. Trzy z tych artykułów powstały jako prace naukowe i były publikowane w czasopismach naukowych. Sądzę jednak, że stylem niewiele się różnią od pozostałych czterech, które (a także posłowie) ukazały się na łamach „Dissent”.

Z kwartalnikiem „Dissent” jestem związany od ponad pół wieku. Magazyn ten – niezależny, lewicowy, niepokorny i wrogi wszelkim formom autorytaryzmu – jest moją polityczną ojczyzną. Przez kilkadziesiąt lat byłem jego współwydawcą, a od przejścia na redakcyjną emeryturę w 2014 roku nadal do niego piszę. Żaden z moich artykułów nie wytycza jednak „linii” tego czasopisma ani jej nie odzwierciedla. Członkowie redakcji i inni nasi autorzy zawsze mogli swobodnie wyrażać odmienne poglądy.

Tak jak inni „dissentnicy” staram się pisać dla zwykłego czytelnika, który jest być może stworzeniem mitycznym, ale w żadnym wypadku nie profesorem. Bierzemy przykład ze świetnego eseju George’a Orwella Polityka i język angielski: żadnego żargonu, żadnych eufemizmów, żadnej ideologicznej nowomowy. Dążymy do tego, by zdania wyrażały bezpośrednio po prostu to, co mają do przekazania. Nie zawsze dorastam do tego standardu; dotyczy to nas wszystkich. Mam jednak nadzieję, że czytelnicy dostrzegą to staranie, wyrażające również wierność demokratycznemu dyskursowi i zaangażowanie po stronie współobywateli.

Na przestrzeni lat uczestniczyłem w wielu debatach politycznych, czasem bardzo gorących. Zaciekłe polemiki były typowe dla świata politycznego, w którym dorastałem. Chodziło o to, by dobić przeciwnika – oczywiście argumentami, a nie nożem, ale argumenty miały zadawać śmiertelne ciosy. Na starość próbuję argumentować spokojniej, choć nadal jestem przekonany, że ostry spór świadczy o poważnym podejściu do spraw politycznych. To, co myślą i mówią zaangażowani obywatele, ma swoje znaczenie; powinniśmy się starać robić to dobrze i pokonać w debacie tych, którzy nie mają racji. Mam świadomość, że to, co piszę, wywiera bardzo ograniczony wpływ, ale wciąż wierzę, że warto, bo gra idzie o wysoką stawkę.

Wiele osób pomogło mi formułować myśli o polityce i bronić swojego stanowiska. Moimi mentorami (oprócz rodziców, którzy nauczyli mnie, żeby nigdy nie być łamistrajkiem, i wpoili wiele innych zasad) byli mężczyźni i kobiety, którzy założyli „Dissent” i pisali do pierwszych numerów: Irving Howe, Lew Coser, Stanley i Simone Plastrik, Manny Geltman, Deborah Meier, Bernie Rosenberg i Michael Harrington. Okres swojej najaktywniejszej pracy w „Dissent” spędziłem z drugim pokoleniem, do którego należą Mitchell Cohen, Maxine Phillips, Mark Levinson, Nick Mills, Joanne Barkan, Jo-Ann Mort, Cynthia Epstein, Ann Snitow, Susie Linfield, oraz z wieloma innymi osobami, do trzeciego i czwartego pokolenia. To oni ponoszą zbiorową odpowiedzialność za argumenty, które przedstawiam w tej książce, bez względu na to, czy się z nimi zgadzają, czy nie. Magazyn, wydawany dziś sprawnie przez Michaela Kazina, nadal jest polityczną przestrzenią dla argumentów takich jak moje oraz polem istotnych sporów. Michael odrywał się od redagowania „Dissent”, żeby czytać maszynopis tej książki i poczynić wiele pożytecznych, niekiedy krytycznych uwag, z których większość przyjąłem.

Wśród autorów, którzy wywarli największy wpływ na moje nowsze polityczne pisarstwo, wyróżniają się dwaj: Paul Berman i Michael Bérubé. Berman, który wcześniej niż ja zareagował na odrodzenie religijne i pojawienie się islamistycznego fanatyzmu, był moim przewodnikiem w tych kwestiach. Bérubé napisał świetną polemikę z tym, co nazwał „manichejską lewicą”, i wsparł niemanichejskich lewicowców, takich jak Stuart Hall i Ellen Willis. Idę w jego ślady.

Wiele się nauczyłem od dwóch bardzo różnych grup moich brytyjskich przyjaciół, autorów manifestu Euston i manifestu Kilburn. Norman Geras, Alan Johnson, Shalom Lappin i Nick Cohen są eustonitami; Michael Rustin i Stuart Hall zaliczają się do kilburnitów. Geras i Hall niedawno zmarli. Przez krótki czas byli razem w redakcji „New Left Review”, skąd odeszli z różnych, ale tak samo godnych podziwu powodów. Obu bardzo wiele zawdzięczam. Największy dług zaciągnąłem jednak u Michaela Rustina, z którym od pięćdziesięciu lat rozmawiam o polityce lewicy.

Chciałbym także wyrazić wdzięczność przyjaciołom z izraelskiej lewicy, którzy wywarli duży wpływ na moje myślenie, co widać w wielu miejscach w tej książce. Są to: Gur i Dalia Ofer, Brian Knei-Paz i Bruria Shayshon, nieżyjący już Dan Horowitz, Janet Aviad, Gary Brenner, Avishai Margalit, Menachem Brinker (który zmarł, kiedy kończyłem tę książkę), Yeri i Shoshana Yovel, Menahem i Nurit Yaari, Ilana Howe – starzy socjaliści, tak jak ja.

Lewicowa polityka to, jak napisał Irving, „nieustanna praca”. Moja rodzina nieustannie pracuje na rzecz wszystkich spraw lewicy. Bez rozmów z bliskimi, bez ich wsparcia i miłości nie napisałbym ani tej, ani innych moich książek. JBW jest mi najwytrwalszą, najmądrzejszą i najmilszą towarzyszką.

Moi redaktorzy z Yale University Press nie odpowiadają za polityczną argumentację zawartą w tej książce, ale troszczyli się o to, żeby argumenty miały sens i były sformułowane w przyzwoitej angielszczyźnie. Jestem szczególnie wdzięczny Billowi Fruchtowi, który po przeczytaniu jednego z moich artykułów w „Dissent” powiedział, że widzi w nim zalążek książki. Przeczytał całość i do każdego rozdziału zgłosił przydatne komentarze. Mary Pasti znów zredagowała to, co napisałem, i bardzo poprawiła mój styl.

Wprowadzenie i rozdział pierwszy to nowa wersja artykułu A Foreign Policy for the Left opublikowanego w „Dissent” (wiosna 2014), s. 17–24.

Rozdział drugi ukazał się po raz pierwszy w księdze jubileuszowej na cześć Normana Gerasa Thinking Towards Humanity: Themes from Norman Geras, red. Stephen de Wijze i Eve Garrard (Manchester University Press, Manchester 2012), s. 15–26. Zachowałem oryginalny tytuł. Przedruk za pozwoleniem Manchester University Press.

Rozdział trzeci był opublikowany w „Dissent” (zima 2002), s. 29–37, pod tytułem The Argument about Humanitarian Intervention i został bez zmian włączony do mojej książki Thinking Politically: Essays in Political Theory, red. David Miller (Yale University Press, New Haven 2007), s. 237–250.

Rozdział czwarty ukazał się w „Dissent” (jesień 2003), s. 27–31, pod takim samym tytułem jak tutaj.

Rozdział piąty to wykład pod tytułem Global and Local Justice, który wygłosiłem 7 kwietnia 2008 roku w Hadze, gdy przyznano mi nagrodę Spinozalens. Poprawiona wersja została opublikowana w „Dissent” (lato 2011), s. 42–48.

Rozdział szósty został pierwotnie opublikowany pod tytułem Il governo mondiale e un sogno? na łamach „Quaderni Costituzionali: Rivista Italiana di Diritto Costituzionale” XXXI, 1 (marzec 2011), s. 187–198. Przedruk za pozwoleniem wydawcy, Il Mulino.

Rozdział siódmy ukazał się w „Dissent” (zima 2015), s. 107–117, pod tytułem Islamism and the Left.

Posłowie ukazało się w „Dissent” (wiosna 2002), s. 19–23, pod takim samym tytułem jak tutaj.

Dziękuję wydawcom „Dissent” za pozwolenie na publikację (i przeredagowanie) artykułów opublikowanych pierwotnie na łamach tego magazynu.

WprowadzenieTRADYCYJNE STANOWISKO LEWICY

Ludzie lewicy – socjaliści, socjaldemokraci i lewicujący liberałowie, my wszyscy – najlepiej się czują w ojczystym kraju; nasza polityka skupia się na sprawach społeczeństwa, w którym żyjemy. Choć twierdzimy, że jesteśmy internacjonalistami – i rzeczywiście czasem nimi bywamy – nigdy nie mieliśmy dobrego rozeznania w polityce zagranicznej czy polityce bezpieczeństwa. Chciałbym dowieść, że niedociągnięcie to wynika w dużej mierze z naszych zasad. Z kwestiami globalnymi radzimy sobie najlepiej wtedy, kiedy są najbardziej podobne do krajowych – gdy sprzeciwiamy się nierównościom, wyzyskowi i antyzwiązkowym praktykom w innych krajach albo gdy działamy ponad granicami przeciwko degradacji środowiska. Gorzej się spisujemy, gdy kwestia dotyczy ewentualnego użycia siły. Większość z nas nie chce o tym myśleć albo po prostu ma ochotę powiedzieć „nie”. Niemal idealnym przykładem tego stanowiska, choć niejedynym, jest kampania Berniego Sandersa w prawyborach demokratów w 2016 roku.

Czy się nam to jednak podoba, czy nie, żyjemy w anarchicznej społeczności państw, gdzie umiejętność podejmowania mądrych decyzji dotyczących użycia siły ma podstawowe znaczenie dla bezpieczeństwa naszego kraju, państw, z którymi utrzymujemy bliskie stosunki, a czasami ludzi w dalekich krajach, którzy znajdują się w tragicznej sytuacji i potrzebują naszej pomocy. Mądrzy decydenci optują za pokojem, kiedy tylko mogą, ale czasami opowiadają się za zimną wojną, czasami za użyciem siły bez posuwania się do wojny, niekiedy za grożeniem wojną, a bywa, że i za tragedią wojny. Mądrość polityczna nie jest z zasady militarystyczna ani pacyfistyczna (ani nie jest czymś pośrednim). Wymaga konsekwentnego opowiadania się za mediacją i kompromisem, dopóki są możliwe, i gotowości do walki, kiedy należy ją podjąć. Jedno i drugie jest równie potrzebne. Ta kombinacja zawsze była dla lewicy problemem.

Są oczywiście lewicowcy, którzy gorliwie popierają wojny rewolucyjne, przeważnie toczone gdzieś daleko, i aprobują akty przemocy, a niekiedy nawet terroryzmu, popełniane przez ruchy wyzwoleńcze. Trudniej nam się na to zdecydować, kiedy w grę wchodzą wojny prowadzone przez nasze kraje, zwłaszcza jeśli żyjemy w państwie będącym wielkim mocarstwem, jak Stany Zjednoczone. Zajmujemy wtedy na ogół stanowisko krytyczne, opowiadając się przeciw imperializmowi i militaryzmowi. Na przestrzeni lat i w wielu sytuacjach ta negatywna postawa z pewnością okazywała się czasami słuszna. Ale jeśli przyjmuje się ją przy każdej właściwie okazji, staje się ona wątpliwym żądaniem ograniczenia się do spraw wewnętrznych. Występując przeciw takiej czy innej imperialistycznej agresji lub awanturze militarnej, podkreślamy, że nasz kraj powinien unikać wszelkiego angażowania się za granicą, a całą energię i zasoby spożytkować na rzecz stworzenia bardziej sprawiedliwego społeczeństwa u siebie.

Lewicowe koncepcje polityki zagranicznej, o ile w ogóle myślimy o polityce zagranicznej, zalecają unikanie działań wymagających użycia siły. Przykładem może być zobowiązanie się do neutralności we wszystkich konfliktach międzynarodowych i wojnach domowych (przypomnijmy socjaldemokratyczną Szwecję). Neutralność to przyjemny sposób na prowadzenie, a zarazem nieprowadzenie polityki zagranicznej. Są wszakże momenty, kiedy zajęcie neutralnego stanowiska staje się decyzją o krytycznym znaczeniu, a przy tym pozytywną – jak w 1917 roku, gdy amerykańscy socjaliści opowiedzieli się przeciw przystąpieniu do wojny w Europie. John Reed dowodził wtedy, prawdopodobnie niesłusznie, że zwykły człowiek „z natury skłania się ku neutralności”[1].

Zdecydowane poparcie dla Organizacji Narodów Zjednoczonych i Międzynarodowego Trybunału Karnego to inny przykład lewicowej polityki zagranicznej. Pamiętam, jak po atakach z jedenastego września wielu amerykańskich lewicowców chciało się zwrócić do tych instytucji, zamiast podejmować przeciw Al-Kaidzie działania jednostronne lub z udziałem bliskich sojuszników, choć wiedzieliśmy, że ONZ i Międzynarodowy Trybunał nic nie zrobią. Może właśnie o to chodziło.

Trzecim, bardziej osobliwym, ale nie mniej powszechnym przykładem lewicowego podejścia do spraw globalnych, jest twierdzenie, że całe zło, jakie się dzieje na świecie, to wina Ameryki, powinniśmy więc (my, Amerykanie) powstrzymać się od wszelkich działań. To odmawianie innym krajom mocy sprawczej stanowi dość radykalną wersję lewicowej wsobności. Jeszcze radykalniejszą jest brak zainteresowania konsekwencjami – tym, co by się stało, gdyby Stany Zjednoczone naprawdę się nie angażowały.

Lewicowymi argumentami na temat wojen rewolucyjnych i wyzwalającej przemocy, perspektyw rządu globalnego oraz rodzimego (i zagranicznego) antyamerykanizmu zajmę się w dalszych rozdziałach. Teraz chciałbym podkreślić, że tradycyjne stanowisko lewicy, do którego wciąż powracamy, skupia się prawie wyłącznie na tym, jak my sami i nasi współobywatele żyjemy we własnym gronie. Dla wielu z nas dobra polityka zagraniczna jest tożsama z dobrą polityką wewnętrzną. Amerykanie – dowodzą nieustannie lewicowcy – będą bezpieczniejsi w świecie, a i światu wyjdzie na dobre, jeśli skupimy się na stworzeniu sprawiedliwego społeczeństwa we własnym kraju.

To stanowisko znane jest od dawien dawna. Po raz pierwszy sformułowali je hebrajscy prorocy, którzy głosili, że jeśli Izraelici będą czcić jedynego prawdziwego Boga, traktując sprawiedliwie mężczyzn i kobiety stworzonych na jego podobieństwo, jeśli przestaną „przygnębiać oblicza ubogich”, Pan uchroni ich przed asyryjskimi i babilońskimi najeźdźcami. Będą po wieki wieków żyć w pokoju na swojej ziemi i staną się „światłością dla narodów” (Iz 42,6)[2]. Wystarczy, że będą siedzieć cicho i roztaczać blask.

To mówi Pan Zastępów, Bóg Izraela: […] jeżeli naprawdę poprawicie wasze postępowanie i jeżeli będziecie się kierować wyłącznie sprawiedliwością jeden wobec drugiego, jeśli nie będziecie uciskać cudzoziemca, sieroty i wdowy i jeśli krwi niewinnej nie będziecie rozlewać […], wtedy pozwolę wam mieszkać na tym miejscu w ziemi, którą dałem przodkom waszym od dawna i na zawsze (Jr 7, 3–7).

Postępujcie sprawiedliwie w swoim kraju, a kraj wasz będzie bezpieczny – tak mówi Jeremiasz, a Izajasz zapewnia, że ludzie na całym świecie będą podziwiać światło, którym promienieje wasz lud, i brać przykład z waszego sprawiedliwego postępowania. W historii współczesnej lewicy nietrudno znaleźć działaczy i bojowników odgrywających różne wariacje tego motywu. Tutaj przedstawię tylko kilka przykładów, więcej pojawi się w następnych rozdziałach.

Przypomnijmy, jak zaciekle w 1917 roku Randolph Bourne krytykował intelektualistów opowiadających się za wojną. Bourne należał do „silnych i triumfalnych osobowości” tzw. lirycznej lewicy z Greenwich Village, był też najwybitniejszą postacią wśród przeciwników angażowania się Stanów Zjednoczonych w wojnę w Europie[3]. Oto co pisał o Johnie Deweyu, Walterze Lippmannie i innych autorach „New Republic” popierających wojnę: „Choć nigdy nie czuli się odpowiedzialni za walkę klasy robotniczej, uciskane masy i wykluczone rasy w swoim kraju, znaleźli ogromne zasoby martwego kapitału emocjonalnego, który zainwestowali w uciśnione narody i zniszczone wsie Europy”. Ta inwestycja była zdaniem Bourne’a błędem. Dopóki „nie spełniono obietnicy godnego życia dla Amerykanów, […] pozostaje nam tylko uparcie i intensywnie uprawiać nasz ogródek”[4]. Być może miał rację, przeciwstawiając się amerykańskiemu zaangażowaniu w wojnę w Europie, choć moim zdaniem z niewłaściwych powodów. To osobliwe stanowisko lewicy, w myśl którego odpowiedzialność w kraju wyklucza odpowiedzialność za granicą.

Rozumowanie takie dawało nieustannie o sobie znać na przestrzeni lat. Andrew Bacevich, jeden z głównych przeciwników inwazji na Irak w 2003 roku, pisząc już po jej zakończeniu, cytował słowa Bourne’a o „naszym ogródku” i dowodził, że „jeśli będziemy żyć w zgodzie z głoszonymi przez nas ideałami, […] to być może staniemy się pod jakimś względem wzorem godnym naśladowania” – czyli światłością dla narodów[5]. W moim przekonaniu Bacevich miał rację co do Iraku, ale czy niesłuszna wojna ma być wystarczającym powodem, żeby Amerykanie uprawiali własny ogródek i niczego więcej nie robili? Bacevich przypomniał także i wychwalał radykalnego historyka Charlesa Bearda, który w przededniu II wojny światowej należał do najważniejszych amerykańskich izolacjonistów. W 1940 roku Beard bronił „amerykanizmu kontynentalnego” i dowodził, że Ameryka musi skupić energię i inteligencję na „przezwyciężeniu poważnego kryzysu gospodarczego i społecznego u siebie”[6].

Tradycyjne stanowisko lewicy ma czasami, jak to było w 1940 roku, elementy wspólne z poglądami prawicowych izolacjonistów, ale przeważnie bardzo się od nich różni. Większość z nas, ludzi lewicy, jest z ducha internacjonalistami, nawet kiedy nie udaje się nam być nimi w praktyce politycznej. Wiemy, że w innych krajach mamy towarzyszy, z którymi powinniśmy się solidaryzować. Zbyt często jednak się zdarza, że stoimy z założonymi rękami; trudno nam sobie wyobrazić – albo w ogóle nie próbujemy – co zrobić, by pomóc naszym towarzyszom. Czasami jednak duch bierze górę, tak jak wtedy, gdy ludzie lewicy z całego świata pospieszyli do Hiszpanii, by walczyć przeciw Franco i faszystom. Był to moment, w którym lewica naprawdę prowadziła własną politykę zagraniczną pod hasłem „walczyć z faszystami!”. Walkę tę organizował, a następnie zdradził Komintern, którego działacze z większą gorliwością atakowali anarchistów i trockistów niż faszystowskich żołnierzy. Mimo wszystko był to krótki triumf internacjonalizmu, kiedy młodzi lewicowi idealiści walczyli z bronią w ręku w Hiszpanii, a ich przyjaciele toczyli walkę na froncie politycznym w Wielkiej Brytanii, Francji i Stanach Zjednoczonych, by znieść embargo na dostawy broni dla Republiki Hiszpańskiej. Jak państwa demokratyczne mogą być neutralne – pytali – w wojnie domowej między republikanami i faszystami?

Jednak zaledwie kilka lat później, po pakcie Hitlera i Stalina, wielu amerykańskich lewicowców postulowało, żeby Ameryka zachowała neutralność wobec wojny między nazistowskimi Niemcami a demokratyczną Wielką Brytanią. Artykuł wstępny opublikowany w kwietniu 1940 roku w magazynie „New Republic”, który tymczasem stał się antywojenny, był klasycznym przykładem tradycyjnego stanowiska: „Szczere przekonanie, że najlepszym wkładem Amerykanów w przyszłość ludzkości jest zbudowanie pełnej demokracji w Stanach Zjednoczonych, wcale nie świadczy o jałowym izolacjonizmie”[7]. „New Republic” stanęła wtedy ramię w ramię z izolacjonistą Charlesem Lindberghiem i ruchem America First.

Można się czasem spotkać z poglądem, że tradycyjne stanowisko jest konsekwencją niejasności polityki międzynarodowej i jej niewiadomych. Jeff Faux w debacie ze mną na temat polityki zagranicznej stwierdził na przykład: „Świat jest tak skomplikowany, zasięg wpływów imperium tak ogromny, a nasz dostęp do informacji i zdolność ich przetworzenia tak ograniczone, że tradycyjne minimalistyczne stanowisko pozostaje najbardziej sensowne z moralnego i politycznego punktu widzenia”[8]. Cóż, może to dobry pomysł, żeby nic nie robić, kiedy się nie wie, co robić. Po 2011 roku neokonserwatywni zwolennicy interwencji oskarżali prezydenta Obamę, że nie może się zdecydować, jak zadziałać w sprawie Syrii. Jeśli weźmiemy pod uwagę całą złożoność syryjskich wojen domowych, być może to niezdecydowanie miało sens. Jednak znaczna część amerykańskiej lewicy wcale się nie wahała, tylko po prostu sprzeciwiała podejmowaniu przez Amerykę jakichkolwiek działań za granicą, wszelkiemu wykorzystaniu amerykańskiej potęgi. Lewicowcy sporządzili długą listę nieszczęść, które miały wyniknąć z amerykańskiej interwencji na większą skalę – po czym wykazali niewielkie zainteresowanie nieszczęściami, które naprawdę się zdarzyły, kiedy bardzo ograniczoną (i nieskuteczną) interwencję amerykańską usunęły w cień zmasowane działania innych państw. Nie chodziło w tym wszystkim o złożoność sytuacji, ale zasadniczą odmowę poparcia dla aktywistycznej polityki Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie i w innych rejonach świata. Zaskakujące być może jest to, że większość amerykańskich lewicowców nie odczuła potrzeby solidaryzowania się z syryjskimi rebeliantami, nawet tymi, którzy określali się jako świeccy demokraci. Sądząc po naszym zachowaniu, słabo angażowaliśmy się w akcję pomocy dla ofiar wojny – i nie angażowaliśmy się wcale, gdy pomoc wymagała użycia siły (jak przy ewentualnym utworzeniu strefy bezpieczeństwa w północnej Syrii).

Później jednak wszyscy opowiedzieliśmy się za przyjęciem przez Stany Zjednoczone syryjskich uchodźców, gotowi wpuścić ich o wiele więcej, niż proponował nasz rząd. Z zapałem występowaliśmy przeciw prawicowej ksenofobii. Gdy uchodźcy byli już w drodze, łatwiej było okazywać solidarność, bo sprawa dotyczyła charakteru naszego społeczeństwa. Jako ludzie lewicy z dumą broniliśmy różnorodności etnicznej i religijnej i sprzeciwialiśmy się ograniczaniu praw nowych Amerykanów. Chętnie sięgaliśmy po argument, że Ameryka, jako społeczeństwo imigrantów, może się stać światłością dla innych narodów, które nie mają w swej historii doświadczenia imigracji. W naturalny sposób zajęliśmy tradycyjne stanowisko.

To ograniczenie się do spraw wewnętrznych ma bez wątpienia dużo sensu. Randolph Bourne słusznie twierdził, że mamy przede wszystkim obowiązki wobec uciśnionych robotników i wykluczonych ras w Stanach Zjednoczonych. Daleko nam jeszcze do tego, co Richard Rorty nazwał „spełnianiem obietnicy naszego kraju” – stworzenia w pełni inkluzywnego i sprawiedliwego społeczeństwa[9]. Choć w ostatnich latach nie odnieśliśmy na tym polu wielu sukcesów, to właśnie w tych sprawach nasze głosy rozbrzmiewają najmocniej i najwyraźniej. Przeciwstawiamy się działaniom antyzwiązkowym, rasizmowi, mizoginii, ksenofobii, rosnącym nierównościom w dochodach, coraz większej roli pieniędzy w wyborach i umacnianiu się plutokracji, skażeniu środowiska, homofobii, atakom na państwo opiekuńcze oraz wszelkim próbom podważania praw wyborczych – sporządziłem tę listę w przypadkowym porządku, ponieważ każde lewicowe ugrupowanie ma swoje priorytety. Wszyscy jednak znamy skalę lewicowego zaangażowania i (przeważnie) popieramy się wzajemnie… we własnym kraju.

Lewica nie może się jednak do tego ograniczać. Skoro z ducha jesteśmy internacjonalistami, nie możemy uciec przed tym, co Václav Havel w wystąpieniu w czeskim parlamencie w 1993 roku nazwał „wspólną odpowiedzialnością za sprawę wolności i demokracji”[10]. W świecie nękanym konfliktami zbrojnymi i wojnami domowymi, fanatyzmem religijnym, atakami terrorystycznymi, skrajnie prawicowym nacjonalizmem, tyrańskimi rządami, ogromnymi nierównościami oraz powszechną nędzą i głodem sprawa ta wymaga mądrej uwagi ze strony lewicy. Naszym obowiązkiem jest solidarność z ludźmi znajdującymi się w opałach, a obecnie najgorsze tragedie rozgrywają się poza granicami naszego kraju. Nie unikniemy więc nieustannych dyskusji na temat tego, jak możemy pomóc ludziom w dalekich krajach uniknąć nędzy i terroru, jak możemy wesprzeć tych, którzy działają na rzecz wolności i demokracji. Będziemy też musieli się zastanowić, kto i kiedy powinien udzielić takiego wsparcia. Tym właśnie dyskusjom poświęcona jest niniejsza książka. Próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak powinna wyglądać polityka zagraniczna lewicy.

Zarys argumentacji

W kolejnych rozdziałach staram się włączyć we wszystkie aktualne dyskusje na temat zaangażowania ludzi lewicy poza granicami naszego kraju. Chcę poruszyć nie tylko kwestię polityki państwowej – jaką powinniśmy popierać, a jakiej się przeciwstawiać – lecz także polityki, którą sami powinniśmy przyjąć, i działań, które należy podejmować. Prawie zawsze myślimy o polityce zagranicznej jako polityce państwa. Oczywiście powinno nas interesować, co nasze państwo robi w innych krajach (nawet jeśli uważamy, że nie powinno nic robić). Lewicy potrzebna jest jednak własna polityka zagraniczna. Musimy przemyśleć, jak nasze partie, związki zawodowe i organizacje pozarządowe mają działać w szerokim świecie. A ponieważ mowa jest działaniem, a słowa bronią, powinniśmy się także zastanowić nad tym, co sami mówimy na temat polityki zagranicznej. Powinniśmy pisać i argumentować tak, by wspierać naszych przyjaciół i towarzyszy w innych krajach, by przeciwstawiać się wrogom demokracji i równości na całym świecie.

Ponieważ mam zamiar kwestię lewicowego zaangażowania ująć szeroko, zacznę w pierwszym rozdziale od przedstawienia niektórych przełomowych momentów historycznych, kiedy to pojmowaliśmy różne sprawy prawidłowo – albo nieprawidłowo. W rozdziale drugim spróbuję zdefiniować lewicowy internacjonalizm – jaki był i jaki powinien być – żeby wyjaśnić, dlaczego potrzebna jest nam własna polityka zagraniczna, oraz zaproponować jej niezbędną treść. W rozdziale trzecim skupię się już konkretnie na zagadnieniu interwencji humanitarnej, które radykalnie podzieliło lewicę. Będę chciał bronić niektórych interwencji jako uzasadnionych posunięć, ale zakwestionuję rolę Stanów Zjednoczonych jako głównego interwenta. To doprowadzi nas w rozdziale czwartym do podjęcia tematu antyimperializmu jako polityki zagranicznej, ze szczególnym uwzględnieniem amerykańskiej hegemonii w polityce światowej.

W rozdziale piątym zajmę się niektórymi kwestiami globalnymi, poczynając od skrajnie nierównej dystrybucji bogactwa i zasobów w skali świata. Jak powinno wyglądać zaangażowanie lewicy na rzecz sprawiedliwości globalnej i jak się to odnosi do bardziej nam znanego zaangażowania na rzecz sprawiedliwości w naszym kraju? Rozdział szósty będzie poświęcony ewentualnej potrzebie rządu światowego postulowanego przez wielu ludzi lewicy, często w charakterze alternatywy dla przemocowych działań pojedynczego państwa lub koalicji państw. W rozdziale siódmym przyjrzę się bliżej osobliwej reakcji (lub brakowi reakcji) lewicy na odrodzenie religijnego fanatyzmu w skali globalnej.

W rozdziale ósmym zastanowię się nad niektórymi przyczynami naszych błędów i niepowodzeń i przytoczę argumenty za lepszym zaangażowaniem lewicy w sprawy polityki zagranicznej. Na końcu jako posłowie zamieszczam tekst, który napisałem w 2001 roku, zaraz po atakach z jedenastego września. Wywołał on pożyteczną kontrowersję i legł u podstaw tej książki.

Czym jest lewica?

Lepiej od razu sprecyzować, co lub kogo mam na myśli, pisząc o ludziach lewicy. Określając siebie i swoich przyjaciół, użyłem na początku słów „socjaliści, socjaldemokraci i lewicujący liberałowie”, ale chcę być bardziej inkluzywny. Chcę też włączyć ludzi lewicy, z którymi się nie zgadzam. Niektórzy, ustalając tożsamość, domagają się pojedynczych lub esencjalistycznych odpowiedzi. Czy jesteś lub kiedykolwiek byłeś członkiem partii komunistycznej? Co to znaczy być czarnym? Kto jest Żydem? Jesteś z nami czy przeciw nam? Ja, dla odmiany, na pytanie: „kto jest lewicowcem?”, udzielam odpowiedzi otwartej: każdy, kto określa siebie jako człowieka lewicy. Będę mówił o wszystkich, którzy się do tego miana przyznają. Zaliczam do nich oczywiście starą i nową lewicę, komunistów i anarchistów, wszystkich związanych z takim czy innym frontem ludowym. Choć piszę głównie o amerykańskiej lewicy, często będę się zapuszczał do Europy, ponieważ tam lewica się zaczyna, a Amerykanie często naśladowali ruchy europejskie. Lewicowy Nowy Jork był przez długi czas przedmieściem Moskwy.

Zaimki są zawsze problemem, a już najbardziej „my” – pierwsza osoba liczby mnogiej. Niekiedy będę się nim posługiwał w odniesieniu do moich czytelników i siebie, zakładając, że przez chwilę jesteśmy razem. W kontekście amerykańskiego imperializmu zaimek ten łączy mnie ze współobywatelami; gdy piszę o sprawiedliwości globalnej, odnoszę go do całej ludzkości. Najczęściej jednak pisząc „my”, mam na myśli lewicę w szerokim sensie, ponieważ jestem jednym z tych, którzy przyznają się do takiej przynależności. W niektórych przypadkach „my” oznacza tylko mój odłam lewicy, demokratycznych socjalistów skupionych wokół (niewielkiego) czasopisma „Dissent”, naszych przyjaciół z ruchu związkowego oraz niektórych lewicujących organizacji pozarządowych. Nie twierdzę, że to ostatnie „my” reprezentuje główny odłam lewicy, ale będę dowodził, że my, dissentnicy, często mieliśmy rację.

Czytelnikom nie powinno sprawić problemu zorientowanie się, co oznacza „my” w konkretnych przypadkach (od czasu do czasu dam w nawiasie wyjaśnienie). To ostatnie, ograniczone „my” zepchnie czasami innych lewicowców do kategorii „oni”, ale choć będę podkreślał kontrasty i przeciwieństwa, nie wierzę w absolutne lub wieczne różnice. Wśród lewicy są istotne podziały, zwłaszcza w sprawach polityki zagranicznej, ale ludzie przemieszczają się przez granice tych podziałów. O solidarność i porozumienie o wiele łatwiej w kraju niż w społeczności międzynarodowej, ale ja, jak każdy autor, mam nadzieję, że przekonam wszystkich czytelników, jednocząc w ten sposób lewicę na nowo.

1. KARTY Z NASZYCH DZIEJÓW. KIEDY MIELIŚMY RACJĘ, A KIEDY NIE

Kilka lat temu Richard Rorty wystąpił z twierdzeniem, że ludzie lewicy powinni zaprzestać dyskusji nad przeszłością i wzajemnego krytykowania swoich dawnych poczynań. Studiowanie historii nie powinno polegać na dochodzeniu, co się stało, dlaczego i kto był odpowiedzialny. Ma służyć „wypracowaniu moralnej tożsamości” dla dobra przyszłej polityki. Nasza moralna tożsamość z pewnością jednak w ogromnym stopniu zależy od tego, co zrobiliśmy, a nie tylko od tego, co dopiero zrobimy. Michael Bérubé udzielił Rorty’emu rozsądnej odpowiedzi: „Krótkowzrocznością by było domagać się od lewicy, żeby przestała wyciągać nauki ze swojej przeszłości”[11]. Ja mam zamiar wyciągnąć pewne nauki, przyglądając się kluczowym momentom z dziejów lewicy. Niekiedy dopuszczę się dokładnie takiej krytyki, jaką piętnował Rorty, ale znajdą się również kobiety i mężczyźni, których politycznej działalności chciałbym oddać cześć.

Jakie były typowe poglądy lewicy na świat poza granicami naszego kraju – gdy nie skupialiśmy się na polityce wewnętrznej? Kiedy ludzie lewicy, słusznie lub niesłusznie, bronili użycia siły? Do zadania tych pytań skłoniły mnie niedawne spory na temat tego, co należy robić w Iraku i Syrii, ale chodzi mi o bardziej ogólne odpowiedzi. Nie są to pytania łatwe; po pierwsze dlatego, że lewic było i jest wiele, po drugie zaś nasze poglądy lewicy na politykę zagraniczną zmieniają się znacznie częściej niż na politykę wewnętrzną. Lewicowość w odniesieniu do spraw w kraju cechuje względna konsekwencja; zawsze jest pod ręką to, co nazwałem tradycyjnym stanowiskiem. Przytoczę przykład nowszy od tych, o których wspominałem we Wprowadzeniu. Pochodzi z artykułu wstępnego do lutowego wydania (z 2016 roku) pewnego naukowego czasopisma poświęconego teorii polityki:

Piszę te słowa w chwili, gdy w Stanach Zjednoczonych i w Europie uwaga w sferze polityki skupia się na terroryzmie. […] Społeczeństwa, które same popierają przemoc – Stany Zjednoczone z ich kulturą broni, szczelinowaniem, zabójstwami na tle rasowym, wszelkiego rodzaju militaryzacją – ze zgrozą patrzą na formy przemocy, które uparcie są przedstawiane jako „pochodzące z zewnątrz”[12].

Wynika z tego jasno, że powinniśmy się raczej zająć przemocą wewnątrz kraju. Oczywiście jest się czym zajmować, ale to, co się dzieje poza granicami, też wymaga uwagi, a już wyjątkowym idiotyzmem byłoby nie mówić o terroryzmie w czasie, kiedy wszyscy są nim zaprzątnięci, a lewica ma na swoim koncie popieranie terrorystów w innych krajach lub ich usprawiedliwianie, co zasługuje na zdecydowaną krytykę.

Walka o socjalizm i demokrację

Entuzjastyczne poparcie dla walk rewolucyjnych w dalekich zakątkach globu było powszechne wśród Amerykanów we wczesnym okresie historii Stanów Zjednoczonych. Po naszej własnej rewolucji żarliwie popieraliśmy francuską (dopóki nie nastał terror) oraz walkę Greków o niepodległość. Ogłoszona w 1823 roku doktryna Monroego była deklaracją poparcia dla wszystkich nowych państw Ameryki Południowej, „których niepodległość uznaliśmy po namyśle i na słusznych podstawach”. Książę Metternich stwierdził, że doktryna „doda nowej siły nawołującym do buntu i wskrzesi odwagę wszystkich konspiratorów”[13]. Amerykańscy konspiratorzy wyjeżdżali za granicę. Towarzyszyli w Grecji lordowi Byronowi: Samuel Howe, „La Fayette greckiej rewolucji”, spędził tam trzy lata jako oficer i chirurg. Później wziął udział w polskim powstaniu 1831 roku, a następnie długo działał jako edukator i abolicjonista w Massachusetts. W latach pięćdziesiątych XIX wieku, po klęsce europejskiej Wiosny Ludów, amerykańscy „radykalni demokraci” oświadczyli, że kiedy walka rewolucyjna na Węgrzech, we Włoszech i Francji rozpocznie się na nowo, czego byli pewni, Amerykanie powinni ją indywidualnie i zbiorowo wesprzeć. „Z historii udziału Francuzów w naszej rewolucji wynika, że w obliczu takich samych wydarzeń mamy obowiązek odegrać podobną rolę” – pisał pewien autor na łamach „Democratic Review”, organu ruchu Młoda Ameryka. Stephen Douglas oznajmił w Senacie w 1851 roku, że „kraj nasz powinien pokazywać całej ludzkości, iż Ameryka sympatyzuje z ruchami ludowymi występującymi przeciw despotyzmowi, gdziekolwiek i kiedykolwiek się to dzieje”[14].

Z tych żarliwych deklaracji nic nie wynikło (wspomniane rewolucje nie wybuchły na nowo), ale podobne rozumowanie dało o sobie znać w bardziej radykalnie internacjonalistycznej i wojowniczej wersji po rewolucji rosyjskiej. Lewicowcy dowodzący, że nie może być „socjalizmu w jednym kraju”, podważali tradycyjne stanowisko: żadne zwycięstwo lewicy nie będzie pewne, jeśli po nim nie nastąpi wiele kolejnych. Co prawda bolszewicy nie zawsze odznaczali się rozsądkiem i roztropnością, starając się wyczarować bojowników o sprawę lewicy. Na Kongresie Ludów Wschodu, który odbył się w Baku w 1920 roku (John Reed był na nim, ale zmarł, zanim zdążył go opisać), Grigorij Zinowjew wezwał do „świętej wojny” przeciw zachodniemu kapitalizmowi. Zebrani, w przeważającej większości muzułmanie, odpowiedzieli okrzykami: „Śmierć niewiernym!”[15]. Nierozważny apel Zinowjewa znów nas po latach prześladuje (o świętej wojnie i lewicy będzie mowa w rozdziale siódmym).

Nie tylko jednak socjalizm potrzebuje wsparcia z zewnątrz. Także demokracja należy do ustrojów politycznych, które nie będą „bezpieczne” – zdaniem amerykańskich liberałów i lewicowców – dopóki nie powstanie o wiele więcej „demokracji”. Wysiłki, by wzniecać rewolucje komunistyczne lub socjalistyczne za granicą, mają swój odpowiednik w postaci propagowania demokracji w krajach, gdzie demokratów jest wielu – lub niewielu. Te dwa odstępstwa od tradycyjnego stanowiska najczęściej łączą się z użyciem siły.

Przypomnijmy sobie marsz Armii Czerwonej na Warszawę w 1919 roku, który miał na celu zaprowadzenie w Polsce komunizmu. Była to wojna Lenina; jak pisał Izaak Deutscher, Lew Trocki, wykazując rozsądek, przeciwstawił się jej, wolał bowiem, żeby rewolucjonistów w innych krajach wspierać politycznie, a nie zbrojnie[16]. Ponieważ jednak to on dowodził armią, jest powszechnie utożsamiany z polityką eksportu rewolucji przy użyciu siły. Innym przykładem tego samego impulsu jest wojsko amerykańskie maszerujące na Bagdad, by przynieść Irakowi demokrację. Wojnę tę poparli iraccy emigranci polityczni, byli trockiści (jak Kanan Makiya), Europejczycy z pokolenia ukształtowanego przez 1968 rok (jak Adam Michnik i Bernard Kouchner) oraz osobliwa kompania amerykańskich lewicowców i neokonserwatywnych intelektualistów. Tych ostatnich można dość przekonująco określić jako politycznych spadkobierców Trockiego, choć całkiem zapomnieli o socjalizmie we własnym kraju. Większość europejskich i amerykańskich ludzi lewicy była przeciwna wojnie w Iraku, co wskazuje, że obrali inny kurs lewicowej polityki.

Po II wojnie światowej Amerykanie znacząco się przyłożyli do wspierania demokracji za granicą. Użycie siły było również co najmniej częścią tej historii, jako że główne przykłady to demokratyzacja okupowanych Niemiec i Japonii. Japonia stanowi ciekawszy przypadek, jej demokratyczną konstytucję napisali bowiem amerykańscy liberałowie i lewicowcy (zwerbowani, o dziwo, przez generała Douglasa MacArthura), przeprowadzając rewolucję w japońskiej polityce i społeczeństwie. Nowa konstytucja zawierała nawet klauzulę o równości płci, co w samych Stanach Zjednoczonych nie było jeszcze wtedy istotną kwestią.

Innym przykładem propagowania demokracji jest plan Marshalla, choć w tym przypadku służyło to interesom antyrewolucyjnej lub, ściślej rzecz biorąc, antykomunistycznej polityki. Jego głównym celem było umocnienie zachodnioeuropejskich demokracji w obliczu komunistycznego zagrożenia. Plan został przyjęty przez Kongres zdominowany przez republikanów, ale miał silne poparcie grup, które uznalibyśmy za zbliżone do lewicy: Congress of Industrial Organizations (CIO, Kongres Związków Zawodowych Przemysłu), który uczynił to po zaciekłych wewnętrznych sporach, oraz nowo utworzonej Americans for Democratic Action (Amerykanie na rzecz Akcji Demokratycznej). Irving Howe, jeden z założycieli socjalistycznego magazynu „Dissent”, pisze w swojej autobiografii, że „tylko skrajni marksistowscy doktrynerzy” mogli odrzucić plan Marshalla, uznając go za spisek imperialistyczny[17]. Ale Henry Wallace i mnóstwo amerykańskich postępowców z uporem dowodzili, że tak właśnie jest: demokrację można wspierać tylko we współpracy ze Związkiem Radzieckim. Ich zdaniem celem planu Marshalla było stworzenie w Europie Zachodniej amerykańskich satelitów. W rzeczywistości, jak pisał w 1963 roku George Lichtheim, a w 2010 Nicolaus Mills, plan umocnił niezależność państw, które z niego skorzystały, nawet ich niezależność od Stanów Zjednoczonych – można go więc z dużym prawdopodobieństwem określić jako osiągnięcie lewicy, choć nie o rewolucyjnym charakterze[18].

Po II wojnie światowej poparcie dla rewolucji w innych krajach nie było elementem amerykańskiej polityki zagranicznej. Niektórzy ludzie lewicy, nie wiedząc zapewne, że idą w ślady dziewiętnastowiecznych radykałów, dowodzili, że Stany Zjednoczone powinny spieszyć z pomocą, w tym militarną, ludziom walczącym przeciw tyrańskim rządom. Ale bardziej typowe stanowisko lewicy sprowadzało się do postulatu, żeby Stany Zjednoczone nie pomagały tyranom, jak to często czyniły w Ameryce Środkowej i Południowej. Już w 1912 roku Victor Berger, jeden z dwóch socjalistów wybranych do Kongresu, występował przeciw antyrewolucyjnej interwencji w Meksyku. Nie wiem, czy wolałby interwencję prorewolucyjną, ale w 1916 roku Morris Hillquit (który był rok później socjalistycznym kandydatem na urząd burmistrza Nowego Jorku) jasno wyłożył typowe stanowisko lewicy: „Naród Meksyku sam się w końcu ocali, jeśli pozostawić go samemu sobie”[19]. Od tamtej pory często można było usłyszeć postulat, by przeciwnikom tyranii w innych krajach zapewniać tylko bierne poparcie – swoje bitwy mają wygrywać lub przegrywać sami. Ci zapewne woleliby, żeby nie pozostawiano ich własnemu losowi, a przynajmniej żeby nie czynili tego towarzysze z lewicy.

A co, jeśli lewica zwycięża – jak na Kubie w 1959 roku? Stany Zjednoczone popierały dyktaturę Batisty, ale nie interweniowały, żeby ją uratować. Amerykańscy lewicowcy wszelkiej maści apelowali do administracji Eisenhowera, żeby wykorzystała sytuację, dołączyła do rewolucji i zaoferowała rządowi Castro wsparcie polityczne i gospodarcze. Eisenhower się wahał, po czym odmówił pomocy, wybierając, w imieniu interesów amerykańskiego biznesu, politykę otwartej wrogości. Fidel Castro i jego towarzysze, którzy z początku byli antykomunistami, podryfowali na lewo (choć może nie jest to trafny opis, jeśli spojrzeć na mapę), uzależniając się coraz bardziej od Związku Radzieckiego. Castro opisał tę kapitulację w słowach, które mogłyby zostać odczytane na którymś z procesów moskiewskich: