Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 535 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lewa, wspomnienie prawej - Krystyna Kofta

Książka jest fragmentem dziennika, prowadzonego przez autorkę od przeszło trzydziestu lat. Spokojny dotychczas rytm życia, pracy, twórczości literackiej, pogodnego życia rodzinnego, spotkań z przyjaciółmi zostaje nagle zakłócony.

Niejasne przeczucia potwierdzają się po przeprowadzeniu badań. Diagnoza jest jednoznaczna: rak.

Opis zakończonych szczęśliwie zmagań z chorobą to przede wszystkim opowieść o uczeniu się na nowo siebie i swojego życia. Krystyna Kofta pisze o tym, jak mimo cierpienia zmusić się do aktywności, choćby miała polegać na najprostszych codziennych czynnościach, jak nie poddać się bólowi i depresji, jak przy całym zaangażowaniu w walkę z rakiem zdobyć się na dystans, a nawet poczucie humoru. Ta książka jest nie tylko ostrzeżeniem: pokazuje, jak można żyć twórczo nawet w tak trudnej sytuacji, jest także zapisem wewnętrznej przemiany: zmiany hierarchii wartości, relacji z ludźmi, stosunku do własnego życia.

Opinie o ebooku Lewa, wspomnienie prawej - Krystyna Kofta

Fragment ebooka Lewa, wspomnienie prawej - Krystyna Kofta

WydawcaDariaKielan

Redaktor prowadzącyKatarzynaKrawczyk

RedakcjaOlimpiaSieradzka

FotoedytorMartynaTurska

KorektaAgnieszkaTrzeszkowska-Bereza

Copyright © by Krystyna Kofta, 2013

Świat Książki Warszawa 2013

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Skład i łamanie MAGiK

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 email: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 721 30 00www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7943-511-1

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

STYCZEŃ 2002

1 stycznia, wtorek

W tym zielonym zeszycie z napisem: University of Glasgow, który dostałam od Wawrzyna z wyjazdu naukowego do Szkocji, zanotowałam kiedyś parę szczęśliwych pomysłów. Dziś zrobiłam z niego kalendarz. Starczyło kartek do połowy maja, potem w nowym notatniku dorobię następne miesiące.

Dobrze, że każdy rok jest tajemnicą, wielowątkową powieścią pełną zdarzeń, o których główny bohater nie ma pojęcia. Autor zsyła na niego, co mu się żywnie podoba.

Kto mógł przypuszczać, że Grzegorz Ciechowski, wydawałoby się całkiem zdrowy, odwróci się na pięcie i zostawi swoich przyjaciół, fanów i wrogów, choć zdaje mi się, że mimo swej bezkompromisowości wrogów nie miał.

Pamiętam, jak w marcu zeszłego roku siedzieliśmy u nas do czwartej rano, gdy zostało jeszcze tylko kilka osób; rozmawiało się o rzeczach najważniejszych, jak to zwykle bywa o czwartej nad ranem. Mam swoją teorię, że na dogasających party, kiedy jest się we własnym gronie, wszyscy mówią prawdę.

Teraz, gdy zapraszałam go na moje urodziny, Ania, skupiona i zwykle cicha, druga żona Grzegorza, powiedziała, że on leży w szpitalu, że miał operację. Piliśmy nawet toast za jego zdrowie, bo wiele osób poznało go tutaj w zeszłym roku. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że umarł. Miał tylko 44 lata.

Nic na to nie wskazywało... Tak się mówi w kondolencjach.

Przypomniałam sobie dzień promocji mojej powieści Krótka historia Iwony Tramp w piwnicach u architektów. Poprosiłam Grzegorza, żeby razem z Izą Filipiak poprowadził ten wieczór, zgodził się od razu. Przyjechał po mnie i Mirka.

Gdy szliśmy razem kawałek z parkingu do klubu, powiedział szybko, że będzie chyba musiał pójść do szpitala, ale to drobiazg, tylko zabieg, nawet nie operacja. Nie wypytywałam, bo nie zadaję pytań. Wiem tyle, ile mi kto powie, a to i tak jest za dużo.

Widywaliśmy go często na spacerze z psami, w czarnej skórzanej kurtce, ubarwiał pejzaż tej niezbyt ładnej okolicy. Nie widziałam nikogo, kto byłby tak naturalny w kontaktach z ludźmi i z psami.

Obywatel G.C., chociaż był gwiazdą pierwszej wielkości, nie był zmanierowany. Nietknięty wyuczoną mową ciała, rozumiał psy, żonę, dzieci, przyjaciół, nawet wrogów. Stanowił z tą całą menażerią spójną całość. Pewnie teraz bawi się z rajskimi psami w rajskim ogrodzie, komponuje muzykę i ma znów bujne jasne włosy, jakie miał, kiedy go poznałam, dawno temu w letnim domu Magdy i Maćka.

Takie nagłe odbieranie nam cudzego życia to podły aspekt ludzkiej egzystencji. Cokolwiek tu napiszę, nic nie zmienię. Walenie łbem w ścianę, które fizycznie nic nie boli.

Kilka dni temu z okazji urodzin zapisałam w dzienniku:

„Starość w zasięgu ręki, ale tej ręki nie chce się po nią wyciągnąć. Śmierć już nie tylko gdzieś na horyzoncie. Dla mnie zresztą nigdy nie była odległa. Może nawet bliższa niż starość, łatwiej ją przyjąć. Starość i śmierć, dwa ciche psy. Karmią się tobą.

Zamiast rozpaczać nad koleją rzeczy i nad tym, że Bóg, jeśli w niego wierzysz, ma cię głęboko w swej boskiej, kosmicznej sempiternie, to oczywiście brzmi lepiej niż w dupie, ale znaczy to samo, lepiej” – nie dokończyłam zdania. Nie wiem, jak bym to dziś skończyła. Co zamiast? Co lepiej?

Wczorajszy sylwester inny niż wszystkie do tej pory, spokojny, elegancki, w olbrzymim wnętrzu, w którym tych kilka osób wyglądało na zagubionych. Jak w pustym kościele, mówiło się przyciszonymi głosami, celebracja jedzenia, alkohol w normie, nikt się nie upił, bez tańców, bez szaleństw, do jakich zawsze u nas dochodziło.

W nocy, gdy wróciliśmy do domu, wypiliśmy hałaśliwy toast, wrzeszczeliśmy, śpiewaliśmy, stukaliśmy się kielichami, aż dziwne, że nie posypało się szkło. Potem słuchaliśmy Jacka Kleyffa i Salonu Niezależnych.

Kiedyś odwiedziliśmy małą O. I jej małego męża L. Oboje po około półtora metra wzrostu. Parka dobrze przystosowanych liliputów. Podawali na dużych talerzach mikroskopijne porcje podczas wytwornej kolacji. W nocy, gdy wróciliśmy, jeszcze wtedy na Mokotowską, rzuciliśmy się na kości z rosołu, ogryzaliśmy mięso, śmiejąc się do łez.

Postulaty na ten rok są bardzo proste.

Mniej jeść, bo zwłaszcza w święta była to konsumpcja rozbuchana, udokumentowana wagą – dwa kilogramy więcej. Może winna temu zima z zadymkami? Stracić na wadze jak zwykle.

Więcej ruchu fizycznego i psychicznego.

Mniej telewizji.

Więcej czytać.

Lepiej pisać.

Poprawić sztukę.

Rysować.

Słuchać muzyki w filharmonii.

Być bliżej.

Teraz, w pierwszy dzień roku cieszymy się domem. Długo leżymy w łóżku.

Wawrzyn dzwonił z Pragi, tam spędza sylwestra.

Po południu Jacek Kleyff zadzwonił z życzeniami.

– Komu dałaś akwarelę, ważki rozpięte na skrzydłach na trzech krzyżach? – pyta.

– Markowi Edelmanowi – mówię.

A Jacek, że właśnie na nie patrzy, bo ze swoją żoną lekarką są u Marka.

Dałam go temu niepoprawnemu bohaterowi, który zawsze się wszystkich czepia, nienawidzą go antysemici i Żydzi, bo mówi prawdę jednym i drugim.

Zajrzałam do swojego pokoju i posiedziałam rytualnie przy wielkim biurku. Pogłaskałam blat, jakby to było żywe, ukochane zwierzę.

Napisałam kilka zdań na dobry początek końca.

Cieszę się, smucę się. I to się nie miesza. Radość i smutek nie dają sumy czegoś innego. Po tych wszystkich magicznych czynnościach wracam do Mirka i przy kielichach czerwonego wina świętujemy siebie samych w naszej bliskości.

2 stycznia, środa

Dostałam mejl od Izy Filipiak, która przeczytała Czarownice i wie, że nad nimi jeszcze pracuję. Pisałam jej, że nienawidzę ideologizacji tekstu, że moja powieść nie jest Manifestem Feministycznym ani też Manifestem Czarownicy.

Pisze, żebym zapomniała o strachu przed ideolo, żebym myślała konstrukcją.

Mnie by właściwie wystarczyło, żebyś gdzieś pod koniec powiedziała to, co napisałaś do mnie, o co chodzi w tych romansach, żeby się od Ciebie odwalili z tymi morałami, bo widzisz to tak i tak, robisz, co Ci się podoba.

Napisałam jej, że seks to seks, kobieta też może mieć ochotę tylko na akt, i spływaj, chłopcze!

Mój mejl do Izy:

Co do romansów, to rzecz dla mnie całkiem jasna. Suczy popęd, wielkie potrzeby, a to, że krzywdzi się żonę, wybacz, Izo kochana, ale to wszystko dorośli ludzie. Jeśli żona widzi, że on nie jest z nią, jak trzeba, to niech kopnie go w tyłek i żegnaj, zły mężu! Tak właśnie ma być. Nie mam sentymentalnego ani mieszczańskiego stosunku do romansu, bo też nie traktuję łóżka i seksu jako romansu. To branie tego, co się chce, cielesność jest wartością samą w sobie.

Powoływanie się na krzywdę kobiet, którym odbija się męża, jest nierozsądne, bo jeśli można go odbić, żony powinny być wdzięczne, że stało się to szybciej, a nie później.

Małżeństwo nie musi być polką odbijaną.

4 stycznia, piątek

Mówię wszystkim, żeby telefonowali między 10.00 a 11.00, potem muszę mieć spokój.

Mejl od XX.

Wielka, a może raczej mała emigracja.

Spróbuję przejść na płaszczyznę bezpiecznej rzeczowości. Co jakiś czas widzę twarze, które przypominają mi Ciebie. Na ulicy, w telewizji. Na przyjęciu poznałem kobietę, która była do złudzenia podobna do Ciebie. Niestety, tylko aparycyjnie. Po zamienieniu z nią paru słów zdecydowałem się wycofać na resztę wieczoru. W rezultacie tego zwyczajnego wydarzenia zapragnąłem z Tobą porozmawiać – stąd mój telefon. Słyszę, jak myślisz: nic takiego, normalne.

Jak zawsze masz rację.

Nigdy nie myślałem, że jako pisarka mogłabyś opuścić Polskę. Byłoby to w jakimś sensie samobójcze.

Mnie fascynują względności narodowościowe: względność naszych środowisk, względność naszych tradycji i przekonań, względność naszych języków, nawet względność tego, w co wierzyliśmy wczoraj i w co wierzymy dzisiaj. Dlatego ciągnęło mnie i ciągnie do zmian i nowych ludzi. Na pewno znasz więcej i bardziej ciekawych ludzi niż ja. Ale wszyscy oni pochodzą prawdopodobnie z tego samego polskiego środowiska. Możesz pomyśleć, że jest to z mojej strony nędzna próba uzasadnienia decyzji emigracyjnej, której teraz żałuję. Może tak, a może nie, kto wie?

Jedno jest pewne, te eksperymenty emigracyjne prowadzą do zaniku języka. Wydaje mi się, że łatwiej mi pisać po angielsku niż po polsku. Miałbym ochotę mieszać polski i angielski. Mój polski pewnie pomału zanika, w angielskim brak mi ciągle pełnej swobody, nie mówiąc o finezji językowej. Czytam dość dużo po angielsku i z przerażeniem stwierdzam, że denerwuje mnie polskie pisanie. Przesadny, nieco napuszony styl, nadmiar słów, silenie się na pseudopoetyckie określenia i porównania, nadużywanie zdrobnień. To ostatnie zawsze doprowadzało mnie do szału.

Chyba kiedyś wspomniałaś, że podobały Ci się Pieniądze Amisa. Jeśli tak, to powinnaś wiedzieć, co mam na myśli. Dla zabawy przetłumaczyłem pierwszą stronęPieniędzy. Nie muszę Ci chyba pisać, jaki był efekt. Książka jest ostra, ciekaw jestem, jak wypadło polskie tłumaczenie.

Przepraszam, rozgadałem się. Do następnego listu.

Ściskam Cię mocno

XX

Odpisałam. To Forsa, a nie Pieniądze. Pisałam o tej książce, świetnie przetłumaczonej, do „Nowych Książek”, żałowałam, że nikt u nas nie potrafi tak napisać, ja sama nie mam nerwu społecznego. Poznałam Amisa, gdy promował w Polsce swój tryptyk. Mały obiad we Fliku, kilka osób. Julia Hartwig, Jerzy Jarniewicz, Janusz Głowacki. Znużony Amis kopcił jednego papierosa za drugim, objechał pół świata, bo to przewiduje kontrakt. Był w Oświęcimiu. Obejrzeć muzeum. Zapytałam go (Janusz G. tłumaczył), jak widzi teraz swoją Strzałę czasu, powieść o Holokauście. Odpowiedział, że spodziewał się tego, co zobaczył. Janusz mówił mi, że gdy Amis miał promocję w Nowym Jorku, setki ludzi pchały się do klubu na spotkanie z nim. Tymczasem u nas, w Czytelniku, było zaledwie kilka osób, nasze zadupie woli Jonathana Carrolla. Krytycy natomiast nie interesują się niczym, co nie przynosi im bezpośrednich profitów. Piszą tylko o tych, którzy piszą o nich, bo większość krytyków pisze teraz książki. No, a Amis o Vardze nie napisze...

Jadłam awokado z gęstym sosem, musiały być w nim jakieś cholerne owoce morza, na które jestem uczulona. A Janusz G., znawca knajp, ostrzegał mnie: „Zawsze, jak nie jesteś pewna, co jest w środku, bierz kaczkę wyluzowaną”. I miał rację. Wracając do domu, jechałam z kierowcą z TV, bo po spotkaniu brałam udział w programie, i nagle na moście Poniatowskiego mówię do kierowcy: „Wiem, że damie nie wypada, ale chyba zaraz zwymiotuję”, a on na to, że damie wszystko wypada, stanął, otworzyłam drzwi auta i puściłam pawia.

5 stycznia, sobota

Mejl od Magdy Środy:

Wiadomość o Ciechowskim też mną wstrząsnęła. Nie znałam Go, ale ceniłam. W najbliższy poniedziałek kończę 45 lat, On nie skończył... poza tym ten rok cały jakiś był pod znakiem chorób i śmierci tym dziwniejszych, że dotyczyły naszego pokolenia... bliskich, znajomych, nie lubię tego. Mimo wszystko – wszystkiego dobrego, Krysiu, w Nowym Roku! I mam nadzieję, że spotkamy się wreszcie na zwykłe pogadanie.

Magda Środa

6 stycznia, niedziela – Trzech Króli

Rano przygotowuję obiad.

Święto, ale dużo zrobiliśmy z Mirkiem dla domu. M. odkurzył cały dom, zdjął firanki z trzech okien, ja je wyprałam i wyprasowałam. To fizyczne zajęcie było po prostu niezbędne. Nie chcę doprowadzić się do konsystencji przewalającej się masy. Nie będę gruba i ciężka.

Myśli krążą w całkiem innej strefie. Jakie trudne, sama siebie osaczam.

Zima, śnieg, lód – nie mogę czekać do wiosny na przebudzenie. Natura domaga się ciepła, snu, jedzenia.

Teraz sama, przy biurku, z myślami wciąż niezapisanymi. Muszę każdego dnia odgrodzić się od spraw domowych i siedzieć w swojej pustelni. Kiedy zamykam drzwi, zaczynam istnieć tylko dla siebie. Nawet jeśli nie myślę o sobie, a piszę o innych ludziach. Ten zamknięty pokój działa magicznie. Nie mam w nim klaustrofobii, tak jakby sufit i ściany mogły otwierać się na kosmiczną nieskończoność.

Choć trochę tej kosmicznej nieskończoności, zanim trzeba się będzie zabrać, jak mawiał mój ojciec, do dalszej bezowocnej pracy.

Dla mnie najbardziej owocna jest praca bezowocna.

Mirek ogląda skoki Małysza. Woła mnie. Biedny chłopak, uwiesiły się na nim wszystkie kompleksy polskie, naród żąda patriotycznego wzruszenia. A tu forma biednego chudziaczka pękła, Niemiec wygrał, więc dalejże głupoty gadać, że może czymś jest szprycowany, no i oczywiście wiatr historii, zawsze wieje przeciw Polakom, w każdej sprawie.

8 stycznia, wtorek

Poszłam na Paszporty „Polityki”, do nowej siedziby przy Słupeckiej. Wielki szklany dom, sala duża, lecz niska, z sufitem walącym się na głowę. Rozmawiałam z trzydziestką ludzi.

Z niektórymi płytko, krótko, z tymi, których lubię, dłużej, inaczej. Istnieją specjalne techniki rozmowy o niczym. „Polityka” daje Paszporty tym, którzy i tak już je mają, wręcz uchodzą za klasyków, jak dzisiejszy laureat Paweł Huelle.

Wróciłam do domu dość późno, Mirul zaziębiony, ja też mam kluchę w gardle. Martwię się o jego ucho, więc wezwaliśmy doktora Z. Zbadał. Wypisał. M. dostał antybiotyk, bo musi pójść jutro na uroczysty doktorat: togi, birety, łacina.

Ze mną nie jest źle, prócz gardła. Doktor powiedział, że ciśnienie mam jak dwudziestolatka, płuca jak sportowiec, a serce jak niemowlę. A może odwrotnie, nie pamiętam. No więc skąd ta cholerna przypadłość z gardłem, która męczy mnie od tak dawna? Może to dziedziczne, mówi doktor Z. Może, mój ojciec też chrypiał codziennie rano, ale on przynajmniej palił, no i pił tę swoją ćwiarteczkę, a ja? Za co? Za niewinność?

9 stycznia, środa

Na Człowieku Roku w Victorii.

Część towarzystwa warszawskiego zbojkotowała imprezę ze względu na rolę „Wprost” w różnych politycznych aferach. Okładka z kłębowiskiem węży i tytuł ZDRADA, dotyczący SLD, może to uzasadnić. Mnie to śmieszy, że ktoś chce dziennikarzy gazet oceniać moralnie. To byłoby coś dla Marusi, mojej teściowej, wyciągała zawsze daleko idące wnioski z takich przesłanek, kto przyszedł, kto nie, kto zaproszony, a kto niezaproszony, ten spadł, a ten idzie w górę.

Najserdeczniej witał się premier z Piggy, tym razem przyrumienioną w Egipcie. Spędziła tam sylwestra. Potem Miller wyściskał się z Mariolą Bojarską, z którą, jak fama głosi, premierostwo spędzili pierwszy dzień świąt.

Jola Fajkowska poprosiła mnie o wypowiedź dla TVP2 na temat tej nagrody. Mówiłam o języku Millera, o tym, że przeszedł długą drogę od formalnego partyjnego żargonu, poprzez dowcipy z seksualnym podtekstem, aż do normalnego języka literackiego.

Bardzo sympatyczna rozmowa z Barbarą Piwnik. Wcale nie obraziła się na mnie za felieton w „Przeglądzie” dotyczący sprawy Kaucza. Baśka natomiast poczuła się dotknięta i dała temu wyraz nocnym telefonem do mnie.

„Przegląd” (3 grudnia 2001), felieton Parawalcz boks.

10 stycznia, czwartek

Mirul leży, cały przeziębiony i kichający. Od wczorajszego popołudnia stale śpi. To dobrze, sen leczy.

Jadę do kawiarenki Wiedzy Powszechnej przy ul. Zgoda. Wczoraj, a może we wtorek podszedł do mnie dyr. Nagraba i przypomniał, że się spotykamy. Nie wiem, po co tam idę, przecież na takie spotkania prawie nikt nie przychodzi. Chyba że dają lampkę wina i pączka, wtedy może jakiś zabiedzony krytyk zahaczy o to miejsce. Potem jest opłatek w SPP, ale chyba nie zdążę.

Było sympatycznie, przyszła dziewczyna ze „Zwierciadła” z listem od Beaty Dzięgielewskiej, przyniosła mi w prezencie piękny szal jedwabny od Beaty. Był także Żółciński, mam do niego słabość, bo jest autorem pierwszej recenzji, jaką napisano o mojej powieści Wizjer, nawet pamiętam jej tytuł: Okrutny Wizjer. Trudno trafić. Miałam kłopoty. Jakieś kobiety długo szukały tego miejsca. Czytelniczki prawie nigdy nie mogą przekroczyć koszmarnej granicy, oddzielającej mnie od nich. Jakby między nami był drut pod napięciem. Staram się przeskoczyć przez barierę.

Trochę rozmawiałam ze studentem informatyki.

W programie Elżbiety Jaworowicz, podsumowującym rok, podpisali mnie: publicystka. Nie oglądałam go, wyszłam z pokoju, nie rozumiem, jak można wgapiać się w siebie, to jak choroba.

Przygotowuję lekki jarski obiad.

11 stycznia, piątek

Ślęczę nad Czarownicami, ale jestem mało twórcza, poprawiam, wyrzucam.

Wszyscy śledzą pogrążanie się „Twojego STYLU” w aferę. „Wrogie przejęcie” opisywane przez „Wyborczą” i „Rzepę” fascynuje mnie. Krysia K. z Cezarym W. niebawem pożrą się nawzajem; czuję, że zostaną same kości. Nie wiem, w jakim to się stało momencie, przecież była przyjaźń, spotykali się towarzysko, mój Boże, nawet u nas, jaki upojny był sylwester, kiedy Cezary przywiózł udziec cielęcy, jaka anarchia panowała w kuchni, krzyki, śmiechy. Gdzie to się podziało? Ludzie mówią, że chodzi o pieniądze, ale przecież oni już je mieli.

Do hotelu Maria, przy Jana Pawła. Danusia Waniek urządza noworoczne spotkanie kobiet. Zaprosiła Oleksego i Hübnerową. Wszyscy przemawiają. Oleksy leci skryptami na temat łagodności kobiet i ich urody, co rzekomo pomoże i ułatwi nam wejście do Europy. Martwe feministki przewracają się w grobach, a te, co żyją, zgrzytają zębami.

Siedzę przy stoliku z Anną Popowicz i oczywiście rozmawiamy o nieszczęsnej Unii Wolności. Potem gadanie z Małgośką Domagalik, z Pauliną Król, Krystyną Gucewicz, Bożeną Toeplitz i z dwudziestką co najmniej innych dam, bo to miejsce totalnie zakobiecone.

Podczas mojej nieobecności kurier przyniósł zaproszenie do Opery na Koncert galowy. Zaszczycą go swą obecnością Prezydent Federacji Rosyjskiej Pan Władimir Putin i Prezydent RP Pan Aleksander Kwaśniewski. Zaproszenie niestety jednoosobowe, jak ja cholernie nie lubię sama chodzić! Pójdę. Ciekawość pierwszy stopień do piekła, mawiała moja matka, a ja na to: raczej do wiedzy. Skąd ten honor? Z jakiego klucza zaproszenie? Dobre miejsce.

W programie Szymanowski i Prokofiew.

12 stycznia, sobota

Wieczorem czytam Paula Austera. Prawie nie czytam gazet i od razu czuję się jak narkoman na głodzie, który postanowił pójść na odwyk.

Zrobiłam dwa dobre rysunki.

To mi pokazało, ile czasu tracę. Ile mogłabym zrobić! A jednak polityka, choć obrzydliwa, jest interesująca, a więc w nocy trochę podczytuję „Wyborczą” i „Rzepę”.

13 stycznia, niedziela

Piszę do „Nowych Książek” tekst o książce Kobiecy eunuch Germaine Greer. Trudno się czyta, nawet jeśli zgadzam się z autorką, odrzuca mnie jej ton. Jednak to klasyka i dobrze, że została przetłumaczona.

Telefonował Tomek Jastrun. Jest w dołku. Mówi, że ma obciążenie dziedziczne po matce.

Widywałam ją w Oborach, urocza, bardzo ładna starsza pani, spaceruje po alejkach, wygląda jak pogodna dobra wróżka. Brązowe włosy i brązowe błyszczące oczy dziecka. Już dawno zauważyłam, że oczy się nie starzeją, ale u niej są wyjątkowo młode, dziecięce, trudno wyobrazić sobie, że ktoś z takim wyglądem pogrąża się w zwątpieniu, miewa próby samobójcze. Tomek ma z nią problemy, bo depresyjna matka wymaga ciągłej uwagi, opieki. Poeta skupiony na sobie, swojej twórczości, nie bardzo nadaje się na pielęgniarza.

Dla mnie brak normy to norma. Czy jej granice przesuwają się aż po horyzont? Tak jak ze wszystkim, idziesz, idziesz, a on się oddala. Choć wiem, że jest we mnie taka granica, wiem, czego bym nie zniosła.

Wieczór – jaki spokój! Nagle wkracza przez ekran Owsiak ze swą Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Chociaż to rzeczywiście pomoc od święta, zawsze porusza mnie jego akcja, zawsze dajemy pieniądze i przyklejamy serduszko. Gorąco aż bije od ekranu.

Widać, ile zależy od jednego człowieka. Zło i dobro. Dobra zawsze za mało, więc wszyscy się tym ładują. I wiadomo, że to jeden z niewielu uczciwych, sprawiedliwych. Zabrzmiało prawie biblijnie, kto wie, czy nie będzie z Owsiaka nowy święty Jerzy.

Dobrze, że mam chociaż jednego ucznia, na którego dobrowolnie się opodatkowałam. Sto złotych miesięcznie, odprowadzane z naszego konta, nie dużo, ale wystarczy na bilet miesięczny i trochę zeszytów. To prawdziwie społeczna akcja na terenach objętych bezrobociem. Dzieciaki nie powinny dziedziczyć biedy, muszą mieć możliwości. Zwłaszcza gdy są zdolne. Póki możemy, będziemy to robili.

15 stycznia, wtorek

Piszę felieton do „Przeglądu”.

Czy ja, do jasnej cholery, jestem już w niewoli pisania na użytek?

16 stycznia, środa

Putin w Polsce, a więc podczas jego przejazdu, gdy jadę do Miry uczesać się na tę galę, miasto jest sparaliżowane. Zwłaszcza na tej trasie, w Alejach Ujazdowskich, pustki. U Miry ruch, bo ma kilka klientek, które też na to idą, w gazetach o koncercie cicho, wszystko jest na wpół utajnione, myślę, że chodzi o Czeczenów, których w Polsce jest sporo. Putin ma się czego obawiać.

W teatrze, na sali, dwa rzędy przede mną zajmowali kagebiści i kagebistki, wyglądający trochę jak z żurnala. Wystrzyżeni, w eleganckich garniturach, kobiety w niezłych sukienkach, rozmawiali cicho po rosyjsku.

Sam program nieszczególny, ani Szymanowski nie ten, którego lubię, bo IV Symfonia koncertująca nie porywa, ani Prokofiew też nie taki, kantata Aleksander Newski jakaś bogoojczyźniana, bez wrażenia.

Wyszłam na przerwę i jakiś obcy facet wyglądający na ochroniarza mówi do mnie: „Pani Krystyno, prosimy do saloniku”, i wskazuje mi drogę. Spotykam Marylę Rodowicz, która przez długie lata PRL-u była idolką także w Związku Radzieckim. W saloniku stali już Zanussi, Abakanowicz, Szurmiej, Żyd dyżurny w tym spektaklu. Był też ksiądz. Jednym słowem prawdziwy przekrój społeczeństwa, a przynajmniej jego wieko.

Skąd ja tu? Jaki klucz? Czy to, że byłam w komitecie wyborczym Kwaśniewskiego?

Stoimy, gadamy, w jakimś momencie nagły ruch, szum, gdy rozstąpił się żywy mur z ciemnych garniturów ochroniarzy, szybkim krokiem wchodzą Kwaśniewski z Putinem. Dyrektor Waldi Dąbrowski jako przy nich zbyt wysoki kulturalnie trzymał się z boku. Za nimi banda fotografów. Telewizji nie było. Ludzie, dotąd leniwie gadający pod ścianami, ruszyli nagle do przodu jak na bliskim spotkaniu trzeciego stopnia. Waldi uśmiechał się, a prezydent Kwaśniewski przedstawiał: to dyrektor banku takiego, a to prezes takiego, to reżyser, a to najsławniejsza polska rzeźbiarka. Nagle spojrzał na mnie i zawołał spontanicznie: „A Krysia jeszcze nieprzedstawiona?”. Idą do mnie. Kwaśniewski mówi Putinowi, że jestem pisarką, pyta, co ostatnio napisałam, mówię, a Kwaśniewski to tłumaczy. Flesze.

Mój ulubiony prezydencki fotograf mruga do mnie, unosi kciuk w górę. Fotografują.

I wylecieli tak nagle, jak wlecieli.

17 stycznia, czwartek

Praca nad tekstem. Mały obiad.

Na 17.00, trochę spóźniona, jadę na spotkanie noworoczne SLD.

Zabrałam ze sobą Liliankę i mimo kontroli zaproszeń weszłyśmy swobodnie.

Spotkałam tam profesora Reykowskiego, Toeplitza, Urbana. Urban powiedział, że piszę coraz lepsze felietony, co sprawiło mi wielką przyjemność, bo on najlepiej w Polsce zna się na tej robocie. Czy ktoś go lubi, czy nie, musi to przyznać. Powiedziałam Urbanowi, że jego krytyczny tekst o Millerze i formacji lewicowej jest świetny. Zgadzam się z tym, że brak idei jest powszechny. Sądzę, że granice partii rozlały się szeroko, zlewają się z prawicą. Kościół zajmuje w głowach rządzących eseldeków tyle samo miejsca, ile we łbach najbardziej zakutych prawicowców. Jedni i drudzy chcą go obłaskawić, żeby podlizać się elektoratowi, ale elektorat pokazuje im wała, żyje, jak chce, nie przejmując się zasadami. O tym gadamy.

W trzech czwartych tekst Urbana przedrukowała „Gazeta Wyborcza”, tak że i ci ortodoksi, co brzydzą się wziąć „Nie” do ręki, mogli sobie poczytać i wydawać okrzyki, ach i och! Urban powiedział, że ten tekst był 630 razy zacytowany w gazetach na całym świecie.

Była Krysia Kaszuba, rozmawiałyśmy, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zapytać, czy będą nam płacili odszkodowania za pracę u Niemca, ale wcale się z tego nie śmiała, i rozumiem ją, że jest jej nie do śmiechu. Tłumaczyła mi, że teraz będą pieniądze, a gdy napomknęłam o podwyżce, od razu powiedziała, że szmal będzie przeznaczony na inwestycje. Tymczasem inne, biedniejsze pisma, proponują o połowę więcej, niż płaci mi „TS”. Najgorzej być w przyjaźni z kimś, kto jest twoim płatnikiem.

Spytałam premiera, dlaczego nikt z SLD nie broni Jarugi-Nowac- kiej, o której biskup Pieronek raczył się wyrazić iście po chrześcijańsku – a może raczej po katolicku, bo nasz katolicyzm zabija wartości chrześcijańskie – per „feministyczny beton, który nie zmieni się nawet pod wpływem kwasu solnego”. Miller na to westchnął teatralnie i mówi, że „obyczaje upadają nawet w kurii, a może zwłaszcza w kurii”.

Pomyśleć, że polityka, kiedyś odległa o lata świetlne, tak mnie wciąga. No, ale kiedyś polityka była spójnym nienaruszalnym blokiem i wszyscy porządni ludzie trzymali się od niej z daleka.

Dziś może demokracja zmieniła ten blok w rozproszone idee, wiem jednak, że lepiej stać pod ścianą i obserwować.

18 stycznia, piątek

Cały dzień piszę, z przerwą na obiad.

Późnym popołudniem wpadła do mnie Anna Dz. Poczęstowałam ją pliską, a sama rysowałam. Patrzyła, jak powstaje rysunek, zachwycała się tym, choć ja widzę, że ręka mnie nie słucha, wyszła z wprawy, widzę w głowie, jak ma wyglądać, a narysować nie potrafię, ciągle jest to coś obok.

Tak bywa czasami z pisaniem prozy, niekiedy też z zaśpiewaniem kawałka melodii, który słyszę w głowie.

O siódmej Wawrzyn zawozi nas do Wilczeńca, na dwudziestopięciolecie Toeplitzów. Krzysztof niedawno był w szpitalu, jest chory, nie wiem, jak zniesie taką wielką imprezę. Nie chciało mi się ruszyć z domu, ale pojechaliśmy.

19 stycznia, sobota

Rano w Victorii, program Co pani na to?

Po programie Henryka Bochniarz stawia szampana, obchodzimy jej małe imieniny. Henryka jest bardzo serdeczna, myślałam, że to technokratka w całej rozciągłości, ale ona potrafi oddzielić swą robotę od prywatnych kontaktów z ludźmi. Ma w sobie ujmującą skromność, choć stwarza pozory oschłości. Wiem, dlaczego. Ciągle ktoś czegoś od niej chce.

Zauważyłam dawno, że partnerstwo polega na równorzędności. I to pełnej. Żadnej zależności, zero próśb, oczywiście można poprosić o podanie cukru, ale nic ponadto.

Inka Duch, jak zawsze ubrana w rzeczy z najlepszych firm, dba o swój wygląd jak żadna z nas. Była już wiceministrem i przestała nim być z pewnym medialnym hukiem, teraz została wzięta do jakiejś komisji Najwyższej Izby Kontroli. Będzie w związku z tym kontrolowała tych, którzy kiedyś postawili jej zarzuty.

Bardzo polubiłam Mirkę Grabowską i Magdę Środę.

Z Magdą mam ten rodzaj porozumienia, o jaki na ogół trudno przy tak krótkiej znajomości. Bliskość większa niż czas znajomości, a przecież jestem trudna w nowych sympatiach.

Więcej nawet, coraz częściej widzę wady dawnych przyjaźni, jestem krytyczna wobec innych i siebie.

Jola z Piotrem przygotowują premierę, więc Jola jak zwykle w szale. Jola to kawał aktorki, napisać dla niej dobry monolog to byłoby coś, nie miałabym tego, co miewałam, słuchając swoich kwestii wygłaszanych w teatrze. Mało mam takich doświadczeń scenicznych, ale wystarczyło, żeby się zrazić do pisania sztuk. Na premierze Pępowiny czasami aż się kuliłam, słysząc swój tekst przerobiony, upupiony aktorskimi grepsami, ustawionym głosem.

20 stycznia, niedziela

– Co za dzień, jeszcze jeden cudowny dzień, wspaniałe niebo, spokojne przedpołudnie – mówię tak, jak mawiała Winnie ze Szczęśliwych dni Becketta, choć siedziała już po pas w piasku. Była szczęśliwa, mogąc jeszcze wykonywać swoje rytualne czynności, myć zęby, malować usta, czesać się, rozpinać parasolkę, porządkować torebkę.

Jestem do niej cholernie podobna, lubię rytuały, ale też lubię ich brak. Nie poszukuję sensu, tylko celu. Od urodzenia wiem, że sensu nie ma na zewnątrz. Jest w człowieku, dopóki żyje.

Nic się nie dzieje, my dwoje sami w domu. Ten złudny, nietrwały schron jest niekiedy dojmującym szczęściem. Zwłaszcza gdy się wie za dużo i nie ma się złudzeń.

Co do doczesności.

Co do wieczności.

Zaczęłam czytać Biały oleander, modną powieść, która obleciała listy bestsellerów na całym świecie. Zręczna, trochę duszna proza.

21 stycznia, poniedziałek

Dziś ukazał się „Przegląd” z moim felietonem Precel a sprawa polska, przyjmuję mejlowe i telefoniczne gratulacje.

Piszę felieton do „Twojego STYLU” pt. Wolność na wybiegu.

22 stycznia, wtorek

O dziewiątej rano przyjechał Wawrzyn i przywiózł filtry, odwiózł Mirka na Stawki.

Poprawiłam napisany wczoraj felieton, wysłałam mejlem do Machnickiego. Co za wygoda! Miał go w pięć minut. Podobał mu się, a wiem, że w tych sprawach jest szczery, zawsze mówi, jak coś jest nie tak. Pozwalam mu majstrować przy skracaniu tekstu, bo jako poeta zna się na tym, to dobry krawiec.

Pogadaliśmy o pracy u Niemca. Pytałam o nastroje, wygląda na to, że w redakcji ludzie są zadowoleni. Chyba dobrze, że została Ania Achmatowicz, z którą zespół jest oswojony. Bali się kogoś z zewnątrz. To było ze strony Bauera rozsądne posunięcie.

Ja nie narzekałam nigdy na Kaszubę, ale też nie siedziałam pod jej skrzydłami. To kapitańskie gniazdo, z którego ogarniała całość sali, musiało im doskwierać.

Na 19.00 na premierę filmu Mai Marszałek, o polskim kinie i o Wajdzie. To, co on widzi, co dla niego ważne. Maja Marszałek jest także moją producentką. Niestety dotąd nic nie wyprodukowała, moje scenariusze leżą w Dwójce, Andrzej Barański chce je robić, ale Maja nie ma siły przebicia, co inni nazywają dosadniej. Nie wie, komu i ile, tak ludzie to widzą. Spytał mnie jeden mój dobry znajomy, który się zajmuje także filmem, czy Maja dała, czy nie dała. Ona mówi, że nawet by może dała, ale nie umie tego zrobić. Zatelefonowała do mnie i mówi: „Słuchaj, Krysiu, a może ja kogoś wynajmę? Przyjmę jakiegoś faceta, żeby zajmował się taką ekonomią”. A ja po prostu pokładałam się przy telefonie ze śmiechu. Mówię jej: „Maju, jesteś już dużą panienką, jeśli się tego nie nauczyłaś, to się nie nauczysz, nie rób tego, bo będziesz nieszczęśliwa i pożrą cię wyrzuty sumienia, ja nie muszę mieć nic w telewizji, mam swoje pisanie powieści i to mi wystarcza”.

Film z Wajdą ciekawy, oglądało się dobrze.

23 stycznia, środa

Z redaktorką z radia w Czytelniku. Przyżeglowała cała rozfalowana. Bluzka z materiału we wzór pantery, bez rękawów, z dekoltem balowym, wielki biust dobrze widoczny. Olbrzymi tyłek w białych spodniach, gada bez przerwy o wszystkim i niczym. Egzaltacja równie falująca. Tylko magnetofonu zapomniała i chce, żebym pojechała z nią do studia. Mówię, że jestem umówiona i nie mogę.

Przyszła Iza z Czarownicami, muszę jej zabrać, bo to jedyny egzemplarz, jaki mam. Jak tylko wyjdzie wznowienie, zaraz dostanie.

Iza jest przeciwieństwem redaktorki. Szczupła, mówi do rzeczy. Dziś ma włosy jak dziewica młodopolska. Widzę, że dostaje gęsiej skórki, gdy słucha gadania pantery. Zwłaszcza gdy ta zaczyna mówić o wierszach. I krzyczy o tym bardzo głośno, a o poezji nie powinno się wrzeszczeć.

Zetknięcie tych dwu odmienności było naprawdę śmieszne. Między nimi różnica większa niż różnica płci.

Potworna afera we wszystkich mediach. Sprzedaż zwłok zakładom pogrzebowym, jeszcze w szpitalach, a nawet przez karetki pogotowia, które wolniej jadą, żeby chory umarł, a nawet, jak krnąbrny nie chce opuścić tego świata, to podobno są tacy, co podają chorym pavulon; lek powodujący zwiotczenie mięśni szkieletowych i totalny paraliż. Śmierć w mękach przez uduszenie, a człowiek nie może się ruszyć. Na zwłoki mówiono „skóry”. Jedna „skóra” warta od 1200 do 1800 złotych.

Zmowa lekarzy, pielęgniarzy, pielęgniarek, pogotowia, szpitala i zakładów pogrzebowych.

24 stycznia, czwartek

Pisze mi się dziś świetnie. Dopisałam wreszcie tę jedną poważną scenę do Czarownic, która chodziła za mną od wielu tygodni.

Sama się dziwię, że w tym kotle mogę się całkowicie wyłączyć.

Przejrzałam pismo „Inaczej”, które dostałam od Izy. Dla gejów i lesbijek. Parę stron tekstów, wywiad, trochę prawa, a potem, ostatnie strony, czyste porno. Aż mnie od tego mdli. Pokazałam Mirkowi i widzę na jego twarzy to samo. Ten sam skurcz. Tak samo też reagujemy na ostrą pornografię hetero.

Gazety i TV żyją „skórami”.

Uważam, że „Gazeta W.” nie powinna pisać „skóry” w tekście redakcyjnym. Tylko w przytoczeniu i z cudzysłowem.

W parlamencie – klinika psychiatryczna. Najpierw grube babsko w niebieskim kostiumie odmawia Ojcze nasz z mównicy sejmowej, tak że Ojciec nasz w niebie się z boku na bok przewraca. Potem cały klub Samoobrony (powinni założyć klub samoobrony przed własną głupotą) włazi na podium, blokując mównicę.

25 stycznia, piątek

Miałam pójść na spotkanie w księgarni Liber, poświęcone Greer, ale nie mogę, muszę siedzieć na tyłku i pisać. Ta Greer to trochę jak znaleziony na strychu stary kalosz babci.

27 stycznia, niedziela

Dziś w wichrową pogodę, pod ciemnym niebem, Wawrzyn zawiózł nas do Decathlonu po sportowe maszyny, bo chcemy z Mirkiem trochę w domu ćwiczyć. Kupiliśmy wioślarza i ławeczkę do ćwiczeń na brzuch.

Próbujemy, ale idzie na razie ciężko. Zwłaszcza brzuchy, zwłaszcza Mirkowi, bo ja mam wprawę, ćwiczę zwykle ze dwa, trzy razy w tygodniu.

Felieton do „Przeglądu” pt. Bobo fiut.

29 stycznia, wtorek

Gabinet pani A. w liszajowatej kamienicy, cały biały pokoik, białe kołderki, w które nas otula, są jak pościel Królewny Śnieżki. Pieszczotliwy masaż twarzy i szyi, maseczka z alg – gdy A. ją zdejmuje, wygląda trochę jak pośmiertna – potęguje wrażenie.

Piękny domowy wieczór przerywa na chwilę telefon z radia. Gadanie na temat Krótkiej historii Iwony Tramp.

30 stycznia, środa

Zabawna Linia specjalna Basi Czajkowskiej z Millerem. Ona przerobiona na blond sexy Wenus, bez muszki i z rozpuszczonymi włosami, zadaje pytania innym niż zwykle głosem, a premier odpowiada, szemrząc. Jednym słowem flirt polityczny.

31 stycznia, czwartek

Przed południem byliśmy z Mirkiem w Czytelniku, był też Janusz Głowacki, jak zawsze w wianku dziewic młodszych i starszych, ale sympatycznie wymieniliśmy parę słów. Na co?

Na inne słowa. Słowo za słowo, wet za wet. Ząb za ząb, krew za krew. Można tak długo.

Wichura, tornado. Zaczynają jeździć karetki, słychać sygnały ze wszystkich stron.

Rozmawiałam z Y. Czy można rozmawiać z popiołem?