Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Level 26. Mroczne początki - Anthony E. Zuiker, Duane Swierczynski

W USA od kilkunastu lat działa seryjny morderca. Zabija z niespotykanym okrucieństwem, często ćwiartując swoje ofiary. Wymyka się z miejsc zbrodni, z których wydawałoby się, że nie można uciec, i nie zostawia żadnych śladów. Co więcej, w swoim zbrodniczym postępowaniu jest nieprzewidywalny. Dlatego nie mieści się w 25-stopniowej skali używanej przez policję do klasyfikowania przestępców. Za wytropienie i zlikwidowanie mordercy władze wyznaczają dwadzieścia pięć milionów dolarów nagrody. Jednak chętnych jest niewielu - również wśród policjantów. Detektyw Steve Dark odszedł nawet ze służby, kiedy z rąk nieuchwytnego kata zginęli jego najbliżsi. Teraz jednak zostaje zmuszony do powrotu. Bo morderca może znów zaatakować, w każdym momencie i miejscu. Level 26 to thriller multimedialny. Interaktywna gra dobra ze złem. Wplecione w treść linki i hasła pozwalają na śledzenie rozwoju akcji również w krótkich filmach na stronie www.level26.com. UWAGA! Książka wyłącznie dla czytelników o mocnych nerwach! Zawiera sugestywne obrazy zbrodni; drobiazgowo opisuje pracę detektywów i ekspertów kryminalistycznych.

Opinie o ebooku Level 26. Mroczne początki - Anthony E. Zuiker, Duane Swierczynski

Fragment ebooka Level 26. Mroczne początki - Anthony E. Zuiker, Duane Swierczynski

Tytuł oryginału:Level 26. Dark origins

Copyright © 2009 by Anthony E. Zuiker. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Przekład: Jan Olender

Redaktor prowadząca: Natalia Sikora

Redakcja: Andrzej Szewczyk

Korekta: Elżbieta Jaroszuk, Tomasz Wojtas

Redakcja techniczna: Alek Radomski

Opracowanie okładki polskiej i stron tytułowych na podstawie wersji oryginalnej: Szymon Wójciak

Fotografia autora: © Orsoya Tucker

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie:manufaktura

ISBN 978-83-7747-263-7

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ANTHONY E. ZUIKER

(ur. 1968) jest twórcę i producentem jednego z najbardziej znanych amerykańskich seriali:CSI (Kryminalne zagadki Las Vegas, Kryminalne zagadki MiamiiKryminalne zagadki Nowego Jorku). Wcześniej pracował jako motorniczy tramwaju. Być może pomysł na serial nigdy nie przyszedłby Zuikerowi do głowy, gdyby nie programThe New Detectives: Case Studies in Forensic Science. KsiążkaLevel 26. Mroczne początki, opublikowana w 2009 roku, jest pierwszym na świecie thrillerem multimedialnym.Dark Prophecy, kontynuacja z tym samym bohaterem, ukazała się w 2010 roku.

DUANE SWIERCZYNSKI

(ur. 1972) – amerykański pisarz i dziennikarz. Ma w swoim dorobku m.in. kilka powieści kryminalnych, w tymSeverance Package, która wkrótce ma zostać zekranizowana. Współpracuje z wydawnictwem Marvel Comics – jest autorem komiksów z seriiCable, Punisher, Iron FirstiX-Men.

Dedykacja

Susan Kennedy, mojej nowej wspólniczce w zbrodni

Wprowadzenie

Funkcjonariusze organów ścigania doskonale znają klasyfikację morderców opartą na dwudziestopięciostop-niowej skali okrucieństwa. Zaczyna się ona od naiwnych oportunistów z kategorii 1, a kończy na sprawcach dokonujących morderstw przemyślanych i szczególnie brutalnych, zaliczanych do kategorii 25.

Jednak niewiele osób wie, że klasyfikacja ta została ostatnio poszerzona. Wyjątek stanowią członkowie elitarnej, tajnej grupy dochodzeniowo-śledczej powołanej do ścigania najgroźniejszych przestępców z całego świata – agenci, którzy nie figurują na żadnych oficjalnych listach płac. Znana im nowa kategoria odnosi się tylko do jednego mordercy.

Potencjalne ofiary: przypadkowe

Sposób zabijania: nie do przewidzenia

Pseudomin: Sqweegel

Klasyfikacja: level 26

Prolog

Dar

Rzym, Włochy

Agent specjalny wiedział, że wreszcie dopadł potwora, który zaszył się gdzieś w kościele.

Mężczyzna zdjął buty najciszej jak potrafił i położył je pod drewnianym stołem ustawionym w przedsionku. Buty miały co prawda gumową podeszwę, ale śledczy nie był pewien, czy materiał całkowicie stłumi odgłos kroków na marmurowej posadzce. A potwór jeszcze się nie zorientował, że ktoś go śledzi – tak przynajmniej zakładał agent.

Pogoń za przestępcą zabrała mu trzy lata. Nie miał przy tym żadnych zdjęć ani innych materialnych dowodów istnienia potwora. Próby ujęcia go przypominały chwytanie dymu. Usilne poszukiwania sprawiały, że znikał i znienacka pojawiał się w innym miejscu.

Pościg zagnał śledczego w różne zakątki świata. Niemcy, Izrael, Japonia. Potem Stany Zjednoczone. I wreszcie Rzym, a dokładniej siedemnastowieczny barokowy kościół pod wezwaniem Mater Dolorosa, co po łacinie znaczyło „Matka Bolesna”.

Trudno byłoby o trafniejszą nazwę dla świątyni tonącej w półmroku. Zacisnąwszy obydwie dłonie na pistolecie, mężczyzna bezszelestnie ruszył wzdłuż pożółkłych murów.

Kartka na drzwiach informowała o zamknięciu kościoła z powodu remontu. Agent znał włoski na tyle, żeby zrozumieć, że odnawiano czterystuletni fresk zdobiący sklepienie.

Rusztowanie. Mrok. Cień. Wszystko to stanowiło naturalne środowisko potwora. Nic dziwnego, że wybrał on tę budowlę, chociaż została ona poświęcona Bogu.

Agent wiedział już, że morderca nie miał żadnych zahamowań. Przecież nawet w czasach wojny kościoły i świątynie zapewniały schronienie – były bezpiecznymi przystaniami dla tych, którzy w czarnej godzinie szukali ratunku w Panu.

Kiedy tak błądził pod rusztowaniem i kluczył między metalowymi słupami konstrukcji, nie opuszczała go pewność, że przestępca jest gdzieś tutaj. Wyczuwał go.

Nigdy nie wierzył w istnienie zjawisk nadprzyrodzonych ani nie uważał się za medium. Jednak im dłużej trwał pościg, tym lepiej potrafił się dostroić do makabrycznych rytmów, jakie rodziły się w głowie potwora. Umiejętność ta pozwoliła mu dotrzeć dalej niż jakiemukolwiek innemu śledczemu, który usiłował ująć przestępcę. Jednak sukces miał swoją cenę. Im pełniej agent pojmował niepoczytalność monstrum, tym bardziej oddalał się od tego, co normalne. Nie tak dawno mężczyzna zaczął się zastanawiać, czy ta obsesyjna pogoń nie przywiedzie go przypadkiem do śmierci, ale odegnał od siebie tę myśl.

Determinacja powróciła, gdy zaledwie kilka kroków od kościoła ujrzał ostatnią ofiarę. Widok krwi, rozszarpanej skóry, wnętrzności parujących w nocnym chłodzie i grud tłuszczu przerastających obnażone mięśnie miał wywołać reakcję wymiotną u ratowników medycznych, którzy przybyli na miejsce. Ale sam śledczy zachował zimną krew. Nagły przypływ adrenaliny nastąpił, dopiero gdy, klęcząc nad ciałem, poczuł przez grube lateksowe rękawiczki, że było jeszcze ciepłe.

To znaczyło, że potwór znajdował się w pobliżu.

Agent wiedział, że sprawca nie odszedł daleko. Morderca lubił kryjówki, z których mógł sekretnie rozkoszować się efektem swoich działań. Zdarzało się nawet, że chował się pod samym nosem policjantów, którzy przeszukując zabezpieczony teren, nie szczędzili mu wyzwisk.

Mężczyzna wszedł na niewielki dziedziniec nieopodal miejsca, gdzie znalazł ciało ofiary, i pozwolił myślom płynąć swobodnie. Nie było w tym działaniu żadnej dedukcji, żadnych logicznych przypuszczeń, instynktownych domysłów czy przeczuć. Pomyślał po prostu: Dokąd bym poszedł, gdybym był nim?

Potem jego wzrok powędrował w stronę dachów i padł na lśniącą kopułę. Wszystko stało się jasne. Tam właśnie bym poszedł. Przez jego głowę nie przemknął choćby cień wątpliwości. Dziś to się wreszcie zakończy.

Teraz bezszelestnie przesuwał się między drewnianymi ławkami i słupami rusztowania. Broń w pogotowiu, zmysły postawione w stan najwyższej gotowości. Może i sprawca był niczym dym, ale nawet dym miał kształt, zapach i smak.

Potwór wpatrywał się w czubek głowy myśliwego, zwisając z upstrzonego farbą drewnianego pomostu – długie, silne palce rąk i nóg wczepił w szpary między deskami.

Niemal życzył sobie, żeby agent spojrzał w górę.

Wielu go ścigało w ciągu tych lat, ale ten mężczyzna różnił się od reszty. Był wyjątkowy. Inny.

I w pewnym sensie znajomy.

Potwór chciał znów zobaczyć jego twarz, ale tym razem pragnął stanąć z nim oko w oko. W gruncie rzeczy doskonale znał wygląd myśliwych, którzy go ścigali. Miał pokaźną kolekcję zdjęć zrobionych z ukrycia i filmów o każdym z nich – ujęcia w pracy, w przydomowym ogródku, w drodze na stację benzynową, gdy podwozili dzieci na szkolne mecze czy kupowali alkohol. Podchodził wystarczająco blisko, żeby zidentyfikować ich zapachy, rozpoznać płyn po goleniu, którego używali, i ulubioną markę tequili. To stanowiło część jego gry.

Do niedawna sądził, że nowy myśliwy to zwykły przeciętniak. Jednak agent zaczął go zaskakiwać postępami w śledztwie, jakimi wcześniej nikt nie mógł się pochwalić, dzięki czemu zbliżył się do niego bardziej niż inni. Zmniejszył dystans do tego stopnia, że potwór stracił zainteresowanie pozostałymi śledczymi i całą uwagę skupił na jedynym zdjęciu myśliwego, które posiadał. Wpatrując się w nie uparcie, usiłował odgadnąć słabe punkty przeciwnika. Ale fotografia przestała mu wystarczać. Pragnął na własne oczy zobaczyć twarz mężczyzny, dopóki ten jeszcze żył, poznać jego bliskich, poczuć w nozdrzach jego zapach.

A potem go zabić.

Agent podniósł wzrok. Mógł przysiąc, że wysoko w cieniu rusztowania coś się poruszyło.

Kopuła nad jego głową nie była typowym przykładem siedemnastowiecznej architektury. Dziesiątki okalających ją witraży pochłaniały całe światło wpadające do środka i skupiały je w najwyższym punkcie sklepienia, sławiąc Boga Jego blaskiem. W dzień widok musiał zapierać dech w piersiach. Pełnia przypadająca tej nocy dodała witrażom upiornej poświaty, ale wszystko poniżej kopuły skrył złowieszczy cień, który przypominał o miejscu człowieka we wszechświecie – nisko, pośród niezbadanych ciemności.

Sklepienie zdobiła panorama niebios, pełna skrzydlatych cherubinów, serafinów i chmur, potęgująca drwinę z rodzaju ludzkiego.

Zaraz.

Kątem oka agent dostrzegł jasny refleks i rozpoznał ledwie słyszalny odgłos rozciąganej gumy. Tam, w górze. Nad ołtarzem.

Ten gość jest nieeezły – pomyślał potwór ulokowany już w nowej kryjówce. – No, znajdź mnie. Pokaż mi swoją gębę, zanim ci ją wyrwę z czaszki.

Nieprzenikniona cisza, która otulała kościół, pulsowała niczym serce żywego stworzenia. Agent poderwał się błyskawicznie i rozpoczął wspinaczkę po rusztowaniu, broń wetknięta w otwartą kaburę była gotowa do strzału w każdej chwili. Pod palcami wyczuwał nierówną, szorstką fakturę desek, metalowe opiłki oraz kurz pokrywający słupy.

Ostrożnie, powoli przeszedł pomost i ruszył wyżej, wypatrując jakiegoś śladu monstrum, jakiejś wskazówki, ale brak światła utrudniał mu zadanie. Wziął szybki, urywany wdech, podciągnął się do następnego poziomu i nie zważając na ryzyko, wysunął głowę nad krawędź konstrukcji, choć w ten sposób wystawił się na cios. Gdyby tylko zdołał go dostrzec…

Ja cię widzę – pomyślał potwór. – Ale czy ty widzisz mnie?

Iwtedy to się stało.

Agent po raz pierwszy go zobaczył. Para świdrujących źrenic wyzierała z pustki, zupełnie jakby ktoś ujął gorące żelazko i rozprasował nim rysy twarzy, omijając jedynie oczy.

Obraz zniknął. Chwilę później potwór wspinał się po rusztowaniu niczym pająk po swojej sieci.

Agent zapomniał o rozsądku. Ruszył za celem z szybkością, która zadziwiła nawet jego samego, podciągał się na trawersach, chwytając jedynie za krawędzie desek, jakby był na szkoleniu agentów FBI w Wirginii.

Znów go dostrzegł. Blada, biała kończyna mignęła na końcu pomostu jakieś dwa poziomy wyżej.

Ruchy agenta były teraz szybkie, gwałtowne, jeszcze bardziej gorączkowe. Tymczasem potwór zbliżał się do niebiańskiej kopuły. Tyle że tym razem droga do Królestwa Niebieskiego okazała się ślepym zaułkiem. Wszystkie wyjścia znajdowały się na dole.

Po raz pierwszy od wielu lat potwora ogarnął prawdziwy strach. Jak to możliwe, że myśliwy go wyczuł? Skąd wziął tyle odwagi, żeby wspiąć się za nim aż tutaj?

Twarz agenta miała teraz zupełnie inny wyraz. Nie był już tylko wiedzionym przeczuciem funkcjonariuszem organów ścigania, do którego uśmiechnął się los. Czaiło się w nim coś nowego, niezwykłego. Potwór zachichotałby pewnie z ekscytacji, gdyby nie obawa, że to utrudni wspinaczkę.

Ta cudowna chwila, w której nie potrafił przewidzieć, co się stanie, przypomniała mu dzieciństwo. Wystarczy, że myśliwy skieruje pistolet pod odpowiednim kątem, a potem naciśnie spust. I już. Mimo licznych talentów potwór nie był odporny na kule.

Czy to koniec? Czy to ty mnie zabijesz?

Agent był coraz bliżej.

Czuł, jak nad jego głową drży deska na ostatnim poziomie rusztowania, które sięgało niemal do szczytu. Pokonał dwa ostatnie trawersy i wyciągnął broń.

I wtedy go zobaczył – leżącego płasko na najwyższym pomoście. Ich oczy pokonały ciemność i spotkały się na krótką chwilę. To trwało zaledwie ułamek sekundy, ale ożywiło pierwotną więź, jaka rodzi się między łowcą a jego zwierzyną tuż przed rozwiązaniem, gdy jedno ma triumfować, a drugie – ponieść śmierć.

Padły dwa strzały.

Zamiast zacząć krwawić, potwór po prostu eksplodował.

Brzęk tłuczonego szkła natychmiast uświadomił mężczyźnie, że pociski trafiły w lustro, które konserwatorzy wykorzystywali przy pracach remontowych. Mógł tę pomyłkę przypłacić życiem. Odwrócił się, żeby oddać kolejny strzał, ale potwora już nie było. Usłyszał, jak zbieg tłucze witraż, żeby wydostać się na dach. Kiedy strzelił na oślep w stronę rozbitego okna, jeden z kolorowych odłamków ugodził go koło oka. Kula poszybowała w niebo, nie dosięgając celu. Przez chwilę dał się słyszeć odgłos kroków na kopule… A potem wszystko ucichło.

Mężczyzna pędem zbiegł po rusztowaniu, chociaż w głębi ducha wiedział, że nic już nie można zrobić. Potwór przemierzał teraz dachy Rzymu wolny, ulotny jak dym, znów nie pozostawił po sobie żadnego śladu.

Część I Morderca w kombinezonie

Dwa lata później

rozdział 1

Gdzieś w Stanach Zjednoczonych / Pracownia Piątek / 21.00

Wynędzniały, suchy jak wiór mężczyzna, którego agenci FBI przezwali Sqweegel, pochylał się nerwowo nad maszyną do szycia swojej babki. Terkot uporczywie pracującej igły wypełniał niewielką sypialnię na piętrze.

TraktaktaktaktaktakTAKTAK.

TAK.

TAK.

TAK.

Nieduża, bosa stopa Sqweegela napierała na pedał. Paznokcie miał krótko przycięte. Na jego skupioną twarz padało światło biurowej lampki. Delikatne dłonie mężczyzny przesuwały materiał do przodu, kierując część przy zamku dokładnie pod drgającą stopkę, która prowadziła igłę. Chciał to zrobić porządnie.

Nie. Inaczej.

Chciał to zrobić perfekcyjnie.

Rozgrzane części maszyny cuchnęły spalonym kurzem. Smród mieszał się z metaliczną wonią krwi.

Ciemnoczerwona plama na tworzywie wciąż się lepiła. Materiał był mocny, ale nie niezniszczalny. Wcześniej Sqweegel zahaczył suwakiem o ostrą krawędź i wyrwał dwuipółcentymetrowy czarny pasek łączący zamek z resztą lateksowego kombinezonu. Wokół rozdarcia nie było widać krwi. Co najwyżej zdarł parę warstw naskórka. Ale nawet to było nie do przyjęcia. Z przybornika wyjął zapalniczkę, zbliżył płomień do metalowej krawędzi i odczekał chwilę, aż komórki, które na niej zostały, znikną bezpowrotnie. Musiał zatrzeć wszelkie ślady. Potem wrócił do domu.

Teraz zaszywał rozdarcie.

W drodze powrotnej z mieszkania tej żałosnej kurewki położonego na obrzeżach miasta, ani na chwilę nie przestawał myśleć o wpadce. Kiedy pakował kombinezon, bezskutecznie próbował wepchnąć skręcony kawałek materiału z powrotem na miejsce. Zamknął walizkę i usiłował skupić się na czymś innym, ale okazało się to trudniejsze, niż przypuszczał. Strzęp materiału utkwił w jego głowie niczym czarna flaga łopocząca na wietrze w księżycową noc. Sqweegel był tak przejęty, że chciał zjechać na pobocze, aby zajrzeć do bagażnika i kolejny raz postarać się naprawić rozdarcie.

Ostatecznie oparł się pokusie. To nie byłoby mądre posunięcie. Wiedział przecież, że niedługo będzie w domu.

Gdy tylko zatrzasnął frontowe drzwi, zaniósł kombinezon do pracowni. Naprawa nie mogła czekać.

Sqweegel używał maszyny swojej babki, bo spisywała się równie dobrze jak w dniu, kiedy ją zamówiono z katalogu firmy Sears and Roebuck w 1956 roku. To był model Kenmore 58 w cenie osiemdziesięciu dziewięciu dolarów dziewięćdziesięciu pięciu centów z opcją ściegu wstecznego i wbudowaną lampką. Wystarczyło zapuścić parę kropli oleju do wnętrza mechanizmu i odkurzyć obudowę raz na parę tygodni. Zaopiekuj się czymś starannie, a posłuży ci przez lata.

Podobnie rzecz się miała z kombinezonem.

Niewielka stopa mężczyzny zamarła na pedale maszyny. Głowica zaczęła zwalniać, aż wreszcie całkiem się zatrzymała. Sqweegel pochylił się nad materiałem i z nosem przy tkaninie podziwiał swoje dzieło. O, tak.

Po dziurze nie było śladu.

Należało jeszcze zmyć krew tej brudnej suki.

rozdział 2

Łazienka / Garderoba

Sqweegel szorował ręce mydłem, obserwując, jak różowy wir wody znika w odpływie białej porcelanowej umywalki. Kolejne żałosne życie spływało rurami. Ta ofiara miała być zwiastunem czegoś nowego. Niezwykłego. Sama myśl o tym napełniała go podnieceniem.

Teraz nadszedł czas na bardziej prozaiczne czynności, na przykład na usuwanie owłosienia.

Gorąca woda i czysta maszynka już czekały. Sqweegel zwilżył skórę olejem roślinnym. Nigdy nie używał kremu do golenia, zabieg przypominałby wówczas strzyżenie trawnika pokrytego piętnastocentymetrową warstwą śniegu, a on chciał dokładnie widzieć, co robi. Milimetr po milimetrze.

Z góry na dół. Najpierw łatwo dostępne miejsca: głowa, twarz, kark, przedramiona, klatka piersiowa, nogi.

Po każdym pociągnięciu przerywał, żeby opłukać ostrze pod bieżącą wodą. Czarne drobiny zarostu i mikroskopijne fragmenty naskórka tańczyły przez chwilę w umywalce i znikały.

Potem przyszła kolej na pachy, wewnętrzne strony nóg i kostki.

Pociągnięcie. Przerwa. Przepłukanie ostrza. Taniec drobin przy odpływie.

Następnie genitalia i odbyt – rejony, które sprawiały najwięcej kłopotu, ale dawały też sporo satysfakcji. Precyzyjne golenie wymagało, żeby moszna była mocno napięta w momencie kontaktu z maszynką. Przybieranie odpowiednich pozycji zajmowało pięć, sześć minut. W tych miejscach praca ostrza była zawsze przemyślana, niespieszna i ostrożna.

Golenie odbytu wymagało jeszcze więcej zachodu. Sqweegel opierał stopy o pokryte kafelkami ściany industrialnej łazienki i pochylał się mocno, żeby mieć łatwiejszy dostęp. Jedną ręką trzymał sie, by zachować równowagę, a drugą prowadził ostrze. Zdawało się, że w dolnym odcinku jego kręgosłupa znajduje się dodatkowy staw umożliwiający całkowite zgięcię ciała wpół. Rytuał był podobny: pociągnięcie, przerwa, przepłukanie ostrza w ciepłej wodzie. Nie spieszył się. Między jednym a drugim pociągnięciem potrafił zastygnąć w tej pozycji nawet na kilka minut.

Im więcej włosów znikało z jego ciała, tym większy spokój odczuwał, tym łatwiej utrzymywał równowagę. Tym większego uczucia oczyszczenia doznawał.

Tym bardziej zbliżał się do zbawienia.

W pokoju obok Sqweegel otworzył zamek szyfrowy w lodówce z termostatem ustawionym na najwyższą dopuszczalną temperaturę. Wyjął z niej cztery i pół kostki masła. Próbował zmniejszyć liczbę do czterech, ale ta dodatkowa połówka okazała się niezbędna. Z kolei zużywanie całych pięciu sztuk było marnotrawstwem, które niczego nie ułatwiało.

Cztery kostki byłyby idealnym rozwiązaniem, ponieważ tyle mieściło się w jednym opakowaniu. Kolejna cząstka zmuszała Sqweegela do zakupu kolejnej, dziewiątej paczki dla równości.

Starał się jednak za wiele nie rozmyślać o dodatkowej połówce. Któregoś dnia na pewno znajdzie sposób, żeby poradzić sobie bez niej.

Ostrożnie rozpakował pierwszą kostkę, podzielił ją w dłoniach na dwie części, po czym natarł pierś i ramiona – zawsze zaczynał od korpusu, dopiero później zajmował się kończynami. Na każdą zużywał po pół kostki, podobnie na genitalia i odbyt. Warstwa tłuszczu musiała mieć podobną grubość na całym ciele, wgłębienia czy wypukłości były niedopuszczalne.

Resztką – ćwiartką ostatniej połowy – pokrywał tę część kombinezonu, w której znajdowały się stopy. Oszacowanie odpowiedniej porcji tłuszczu zajęło mu sporo czasu.

Pora na kombinezon.

Zaczynał od wyrywkowej kontroli. W świeżo odkażonym pokoju na podłodze pokrytej folią rozkładał kostium.

Szukał dziur i przetarć. Sprawdzał części trzech zamków: łańcuszki, ząbki, suwaki, końce taśmy, ograniczniki – wszystko musiało być w idealnym stanie.

Wreszcie kombinezon także był gotowy.

Teraz Sqweegel rozpoczynał wystudiowany, flegmatyczny i przemyślany rytuał wkładania stroju. Postronny obserwator mógł w nim widzieć chudego insekta o masie pięćdziesięciu sześciu kilogramów, mierzącego sto sześćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, który otula się w ciasny, biały kokon, skrojony specjalnie na jego owadzie ciało. Jednak mało kto wytrzymałby dwie godziny obserwacji, a tyle właśnie trwał cały proces. Zamiast odmierzać czas, potwór skupiał się na samym akcie, w którym ostatnia połowa kostki masła odgrywała tak ważną rolę. Toaleta. Tworzywo. Golenie. Cztery i pół kostki masła. Kombinezon.

Wszystko prowadziło do tego celu.

Mężczyzna wolno obracał się w stronę lustra, opóźniając jak tylko mógł moment spełnienia, choć to wcale nie było łatwe. Wreszcie wzniósł chude ręce w górę, jakby pozdrawiał coś zamieszkujące przestworza. Obrót, obrót, obrót, ciszę przerywało tylko serce tłukące się w jego piersi.

W końcu w lustrze pojawiło się jego odbicie.

Oto on.

Nikt.

rozdział 3

Biblioteka / Sala projekcyjna

Sqweegel schodził po schodach do ciemnej, wilgotnej piwnicy. Gips pokrywający ściany ukruszył się w kilku miejscach i odsłonił cienkie, drewniane listwy, które Sqweegelowi, odkąd pamiętał, przypominały żebra sterczące z martwego cielska ogromnej bestii – zwierzęcia pokonanego przez inne, potężniejsze i bardziej zajadłe.

Miał ochotę przeciągnąć ręką po drewnianym szkielecie tak, jak to robił, gdy był jeszcze dzieckiem, ale drzazga oznaczałaby powrót do pracowni, a chciał jak najszybciej obejrzeć nagranie, które sobie przypomniał. Choć wykonał je dziesięć lat temu, to fantazjował o nim od rana. Film tak po prostu pojawił się w jego głowie, bez żadnej konkretnej przyczyny.

Później zrozumiał, dlaczego tak się stało. To był znak.

Właśnie tak pracował umysł Sqweegela. Podświadomie odkrywał zależności, które mężczyzna wykorzystywał w swojej misji.

W najważniejszym zadaniu, jakie miał do wykonania podczas ziemskiego życia.

Poniżej poziomu gruntu powietrze przesycał zapach śmierci, odór wielu jej wcieleń zwalczających się zajadle. Słodka woń cierpienia wzbogacona o rozmaite aromatyczne nuty zbierane pieczołowicie przez całe dekady. Żadne inne miejsce na ziemi nie pachniało podobnie. Nie mogło. Zapach piwnicy był odurzający.

Sqweegel wszedł do niewielkiego pomieszczenia znajdującego się obok schodów. Pokój wypełniały drewniane regały, wykonane na zamówienie; zajmowały je ciasno upakowane puszki z taśmami 8 mm.

Kościsty palec okryty lateksem ślizgał się po etykietach.

Rudowłosa dziwka przed ślubem

17.04.92

Opis na puszce wystarczył, żeby przywołać okruchy wspomnień: falbaniasta suknia koloru écru, podarta, brudna, zwinięta w kłębek w kącie lochu. Blada, dygocząca panna młoda szarpie więzy i błaga, żeby jej wyjaśnił, co złego zrobiła. Sqweegel odpowiada: „Nie wiesz, co to czystość. Twoja suknia to zwykła kpina. Teraz dowiesz się, jak to jest, gdy staje się nago przez Panem…”

Kolejna etykieta, kolejna garść wspomnień.

Próżna kurwa z telewizji

11.09.95

O, tę Sqweegel pamiętał dokładnie. Sądziła, że makabryczna seria niewyjaśnionych morderstw będzie przełomem w jej karierze. Jej notowania pójdą w górę. Wyda książkę. Przechwalała się w pracy, że gdy rozwiąże zagadkę, stanie się klasą sama dla siebie. Trzeba ją było nauczyć pokory i Sqweegel z radością udzielił tej lekcji – kamera wideo zgłębiła części jej ciała, których ta pizda nigdy wcześniej nie widziała. Wilgotne, brudne, ukryte miejsca zostały odpowiednio oświetlone i sfilmowane, a następnie przesłane do jej macierzystej stacji, żeby widzowie też mogli popatrzeć…

Egocentryczna matka zaniedbująca syna

30.03.97

Wydajesz na świat żywą istotę, a potem odwracasz się od niej? Pokażę ci, co się stanie, gdy Pan odwróci się od ciebie, moje dziecko…

Wreszcie jego kciuk zatrzymał się na właściwej taśmie.

Senatorska kurwa

28.07.98

Sqweegel zdjął puszkę z półki i zaniósł do sali projekcyjnej znajdującej się na niższym poziomie. Zbudował całkowicie dźwiękoszczelne kino domowe, zanim jeszcze takie pomieszczenia stały się popularne. Jednak nie było tu żadnych wymyślnych płyt DVD ani nawet kaset wideo: nic nie mogło się równać z surowym obrazem taśmy pędzącej z prędkością dwudziestu czterech klatek na sekundę.

Mężczyzna założył rolkę na szpulę, włączył projektor, usadowił się w wysłużonym, skórzanym fotelu pośrodku pokoju i wpatrywał w obraz.

Krótkie oczekiwanie przyspieszyło jego oddech. Oswobodził członek z gumowego kombinezonu i zaczął go głaskać. Najpierw powoli.

W trakcie projekcji poruszał ręką w górę i w dół coraz szybciej, agresywniej, nawet na moment nie odrywając oczu od ekranu.

Dawno nie widział tego nagrania i zapomniał, jakie było dobre.

Zapomniał, jak wyglądała pochwa tej suki.

Przewinął taśmę i zaczął oglądać od początku. Do świtu miał czas na kilkanaście powtórek. Przez ostatnie miesiące patrzył głównie na materiał z monitoringu i potrzebował małej odmiany – czegoś, co w pewien sposób oczyściłoby jego umysł, przypomniało mu, kim był i co czynił w imię Boże.

Na taśmie pojawiły się cyfry: 10, 9, 8…

Obejrzyj nagranie na taśmie 8 mm. Zaloguj się na LEVEL26.com i wprowadź hasło: snuff

rozdział 4

Baza Korpusu Piechoty Morskiej w Quantico / Wydział Spraw

Szczególnych / Centrum dowodzenia

Poniedziałek / 7.30 czasu wschodnioamerykańskiego

Rolka filmu tańczyła przez chwilę wokół własnej osi, zanim taśma 8 mm rozwinęła się do końca i z powrotem pojawił się biały ekran. Chociaż od projekcji upłynął już jakiś czas, nikt nie odezwał się ani słowem. Na sali panowała grobowa cisza.

Trudno było mieć o to pretensje.

Tom Riggins przyglądał się twarzom zebranych. Jeszcze kilka minut temu zdradzały podniecenie. Wyjazd na koszt podatników na tajne zebranie w legendarnym wydziale w Quantico musiał zrobić wrażenie. Niektórzy próbowali udawać, że mają to gdzieś, ale Riggins nie dał się zmylić. Wszystkich bez wyjątku zżerała ciekawość. I na to właśnie liczył.

Wcześniej przypominali mu studentów czekających na trudny egzamin. Skupionych. Pewnych siebie.

Ale teraz…

Funkcjonariusze zgromadzeni na sali nie byli zwyczajnymi glinami czy technikami kryminalistyki. Do siedziby najbardziej elitarnego wydziału ścigania w kraju wezwano tylko najlepszych z najlepszych. Jednak Riggins – szczupły mężczyzna po pięćdziesiątce, o muskulaturze byłego mistrza wagi średniej – widział w nich ledwie zgraję dzieciaków o wielkich oczach ze świeżo zaleczonym trądzikiem.

Nic nowego. Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy Wydział Spraw Szczególnych zyskał na znaczeniu, pracownicy zaczęli wyglądać niedorzecznie młodo. Riggins zdał sobie wówczas sprawę, że spędzi w nim resztę swoich dni.

– Właśnie obejrzeliście dzieło Sqweegela – poinformował. – Psychopaty, który w ciągu blisko trzydziestu lat zastrzelił, zgwałcił, okaleczył, otruł, spalił, udusił lub zamęczył około pięćdziesięciu osób w sześciu krajach.

Trzydzieści lat – powtórzył w myślach. Potwór działał już w czasach, gdy niektórzy z tu obecnych po raz pierwszy maszerowali do szkoły z tornistrem na plecach i drugim śniadaniem w worku.

– Sqweegel jest niezwykle metodycznym mordercą – kontynuował Riggins. – Działa z rozmysłem, przeznacza niewyobrażalną liczbę godzin na przygotowania. O jego skrupulatności możemy się przekonać, dopiero gdy uderza. W niektórych przepadkach do kolejnej zbrodni szykował się nawet kilka miesięcy.

Riggins rozejrzał się po sali. Wydawało się, że wszyscy słuchają go w skupieniu. Albo po prostu wiedzą, w którym momencie skinąć. Był jednak pewny, że myślami wracają do obejrzanego nagrania.

Niektórzy mrugali zapamiętale, jakby ruch powiek mógł usunąć obrazy z siatkówki.

Nic z tego, smarkacze.

Wydział Spraw Szczególnych wyłonił się w połowie lat osiemdziesiątych z Programu Ścigania Brutalnych Przestępców – PŚBP, utworzonego przez Departament Sprawiedliwości. PŚBP to jednostka wykorzystująca najnowsze technologie do tropienia i profilowania seryjnych morderców. Zarówno zwykli gliniarze, jak i pracownicy dochodzeniowo-śledczy z całego kraju mogli korzystać z jej baz danych. Zdarzały się jednak sprawy, którym nie podołałby żaden miejski wydział policji ani nawet FBI. Sprawy, których nikt nie chciał ruszać.

Takie teczki podrzucano ludziom ze Spraw Szczególnych.

Riggins najlepiej wiedział, że wskaźnik wypalenia zawodowego w wydziale był rekordowo wysoki – funkcjonariusze wytrzymywali średnio od czterdziestu ośmiu godzin do sześciu miesięcy służby. Rok czy dwa uznawano za spektakularny wyczyn, ale tak długi staż kończył się zwykle samobójstwem, życiem w izolacji lub lekomanią. Agenci Spraw Szczególnych rzadko kontynuowali karierę w innych zawodach. Najczęściej starali się po prostu przetrwać kolejny dzień.

Obywatele Stanów Zjednoczonych prawie nic nie wiedzieli o wydziale. Niewielu dziennikarzy wspominało o prowadzonych tam śledztwach. Nigdy nie trafiały one do telewizyjnych dodatków specjalnych. O sprawach wydziału nie rozmawiano na koktajlach w Los Angeles, Waszyngtonie czy Nowym Jorku. O takich zdarzeniach zwykli ludzie nie mieli pojęcia. I nie chcieli mieć. W ogóle nie dopuszczali do siebie myśli, że podobne rzeczy mogą się zdarzyć naprawdę.

Gdyby o nich wiedzieli, pewnie nie wychodziliby z domu.

Choć dom wcale nie zapewniał im bezpieczeństwa. Ogromna część prawdziwej makabry rozgrywała się właśnie w domowych zaciszach na terenie całego kraju. Na przykład mężczyzna, który odkrył, że żona romansuje z sympatią ze studiów, chwycił za kij golfowy i przeszył nim ciało kobiety od odbytu aż po gardło. Technicy nie mogli się nadziwić, jak ogromną siłą dysponował sprawca, skoro zdołał przebić ciało ofiary stalowym kijem, naruszając strukturę mięśni i kości.

Albo piętnastoletni ćpun przetrząsający dom w poszukiwaniu gry komputerowejŚmierć na drodze, w którą grał nawet po kilka godzin z rzędu, żeby złagodzić drżączkę. Chłopak szukał i szukał – bez rezultatu. Wreszcie wtrącili się jego dziadkowie. Powiedzieli, że pozbyli się tej okropnej gry dla jego dobra i znaleźli mu miejsce w specjalnym ośrodku przy plaży, w którym lekarze będą umielimu pomóc. Wnuk wybiegł z pokoju, a po chwili wrócił z wiertarką elektryczną i przewiercił staruszkom kanały słuchowe, w przypadku dziadka – weterana wojny w Korei – przebił się przez aparat słuchowy.

Nigdy nie słuchacie, co mówię. Wy mnie nigdy nie słuchacie! – krzyczał ponoć sprawca, gdy mózgi i krew bryzgały na prawo i lewo.

Riggins mógł bez końca wymieniać podobne przypadki. Fragmenty ludzkiego ciała w słoikach po dżemie. Ciężarne niewolnice przetrzymywane w kopalni. Sperma znaleziona w pieluszce niemowlęcia.

To były rzeczy, którym nikt przy zdrowych zmysłach nie poświęcał więcej niż kilka sekund.

Riggins myślał o nich nieustannie.

Żył dla mrocznej natury człowieka.

Jednak ta sprawa isnufffilm, który właśnie zobaczyli…

Cóż, nawet on rozumiał, dlaczego zapadła cisza.

rozdział 5

Tom Riggins nigdy nie przepadał za centrum dowodzenia Wydziału Spraw Szczególnych. Długie, laminowane biurka ustawione na czterech poziomach zbyt przypominały mu uniwersyteckie sale wykładowe. Stał na samym dole, a za plecami miał trzy monitory. Kolorowe ekrany HD, przystosowane do najnowszej technologiismart screen, umożliwiały za jednym dotknięciem przenoszenie plików, obróbkę zdjęć oraz nawiązanie łączności z agentami w terenie.

Pięćdziesięciotrzyletni mężczyzna czuł się jak profesor na sali pełnej studentów, i w gruncie rzeczy tak wyglądał. Ciemne, stonowane ubrania świetnie współgrały z jego sposobem bycia. Jedynym jasnym akcentem był identyfikator zawsze zwisający z kieszeni marynarki. Nikt nie pracował w Sprawach Szczególnych dłużej niż on. I co z tego miał? Trzy byłe żony i dwójkę dzieci, które serdecznie go nie znosiły, do tego rzadko odwiedzane mieszkanie pełne nieprzeczytanych książek i nieprzesłuchanych płyt CD. A na dokładkę narastający problem alkoholowy.

Riggins odchrząknął:

– W typologii morderców, którą przyjęliśmy, Sqweegel został zaliczony do nowej, najwyższej kategorii 26. To plasuje go cztery stopnie powyżej skali uznawanej w większości krajów.

Udało mu się przykuć uwagę zebranych. Pracownicy śledczy obecni na sali wiedzieli niemal wszystko o tak zwanej skali okrucieństwa. Dzieliła ona morderców na ponumerowane kategorie: od niższych, do których zaliczano sprawców zabójstw usprawiedliwionych, zabójstw w afekcie, a także nastoletnich uczestników bójek tragicznych w skutkach, po kategorie wyższe, obejmujące morderców brutalnych, terrorystów i sprawców morderstw na tle seksualnym. Zabójca Johna Lennona, Mark David Chapman, jako typowy przestępca narcystyczny otrzymał kategorię 7. Ed Gein, który zabijał, gotował i zjadał swoje ofiary, a z ich wygarbowanych skór sporządzał abażury, dostał 13. Teda Bundy'ego sklasyfikowano jako 17, podczas gdy Gary'ego Heidnika i Johna Wayne'a Gacy'ego zaliczono do kategorii 22. Na nich też kończyła się oficjalna skala.

Jednak w ciągu ostatnich dwudziestu lat agenci Wydziału Spraw Szczególnych zetknęli się ze zbrodniami tak potwornymi, że dodali do klasyfikacji trzy kolejne kategorie przeznaczone dla sprawców, których możliwości i metody działania znacznie przewyższały te stosowane przez Heidnika i Gacy'ego. Ich mordercze upodobania wykraczały daleko poza tortury i gwałt. Uważali się za mściwe bóstwa, które zstąpiły na ziemię, by wymierzyć karę, i faktycznie, mieli niemal nadprzyrodzone zdolności do prześladowania ofiar, które uznawali za istoty niższe.

Większość początkujących agentów mogła jedynie rozmyślać o zabójcach z kategorii 25. Zjawisko było nowe i zarazem tak rzadkie, że nie zostało jeszcze opisane w podręcznikach.

Tymczasem Riggins właśnie oznajmił, że coś znacznie gorszego czaiło na wolności.

Morderca obdarzony zdolnościami, które pozwalały uznać go za prawdziwego nadczłowieka.

Riggins poczekał aż numer 26 zapadnie słuchaczom w pamięć, a potem mówił dalej:

– Próbowały go ująć grupy dochodzeniowo-śledcze z Izraela, Egiptu, Niemiec i Japonii. Quantico oddelegowało do sprawy dwadzieścia osób, ale nikt nie wykonał zadania. Stopień inteligencji tej bestii wychodzi poza skalę. Co więcej, Sqweegel nigdy nie pozostawił żadnych śladów.

Te słowa spotkały się z łatwym do przewidzenia sceptycyzmem. Materiał dowodowy był chlebem powszednim zgromadzonych, na jego zbieraniu opierała się cała ich praca. Podobnie zareagowałby księgowy na wieść o tym, że liczby nie istnieją.

Głos zabrała młoda agentka pracująca, jeśli Riggins dobrze pamiętał, w San Francisco:

– Nie zostawił nawet najmniejszego śladu w ciągu trzydziestu lat? Jak to możliwe?

– Sądzimy, że Sqweegel nosi kombinezon – coś w rodzaju wielkiej prezerwatywy, która zakrywa całe ciało i sprawia, że technicy są bezradni.

– Wielkiej prezerwatywy? – powtórzyła kobieta. – Ale jakieś drobiny muszą przecież…

– Nie – przerwał jej Riggins. – Za każdym razem, gdy podejrzewamy, że za morderstwem stoi Sqweegel, wysyłamy na miejsce armię ludzi, którzy pakują do worków, co tylko się da. Ale dotąd nie udało im się znaleźć żadnego materiału biologicznego – krwi, płynów ustrojowych, włosów, nawet komórek nabłonkowych.

– Skoro nie zostawia śladów, jak w takim razie łączycie go z ofiarami? Czy FBI nie wymyśliło Sqweegela, żeby pozamykać kłopotliwe sprawy? – wtrącił inny śledczy, tym razem z Chicago.

– Chciałbym, żeby tak było – zapewnił Riggins. – Niestety, znamy jego poczynania, bo nas o nich uprzejmie informuje. A od czasu do czasu przysyła nam jakiś dowód.

– Jest dumny i chce się pochwalić – rzuciła kobieta z San Francisco.

– To prawda. Jednak w przeciwieństwie do innych seryjnych morderców Sqweegel nie zabiega o zainteresowanie mediów. Wystarcza mu, że my wiemy, co robi. Tworzy dzieło życia i zrobił z nas – zwłaszcza z ludzi ze Spraw Szczególnych – swoich kronikarzy.

– Sqweegel – powtórzył śledczy z Filadelfii z nutą ironii w głosie. – Skąd to przezwisko? To jakiś wydziałowy żart?

– Nie – zaprzeczył Riggins. – Nazwano go tak po jednym z pierwszych morderstw, które popełnił około 1980 roku. Wtedy jeszcze eksperymentował. Nic nie rajcuje go bardziej niż nietypowe miejsca zbrodni. Lubi uderzać tam, gdzie nikt się tego nie spodziewa. W tym przypadku zaatakował w słoneczny, letni dzień w podmiejskiej myjni samochodowej pełnej klientów.

Oczy wszystkie zwróciły się ku Rigginsowi. Agenci czekali na dalszy ciąg opowieści jak przedszkolaki. Myjnia?

– Matka zatrzymuje samochód – kontynuował Riggins. – Czteroletni brzdąc siedzi z przodu, obok kierowcy. Mały uwielbia to miejsce i nie może się doczekać widoku wycieraczek i olbrzymich, kosmatych szczotek. Mniej więcej w połowie mycia obsługa słyszy krzyk. Okropny, agonalny wrzask zlewa się z odgłosem pracujących maszyn. Nikt nie potrafi powiedzieć, skąd dobiega. Pracownicy zatrzymują samochody na parkingu przed budynkiem i wyłączają urządzenia. Tuż przy wyjeździe znajdują auto kobiety z dzieckiem. Drzwi od strony kierowcy są uchylone. Spływa po nich mieszanina mydła i krwi. Kierownik zmiany jest w szoku. Każe obsłudze zabezpieczyć wejścia – potwór musi być nadal w środku. Ktoś dzwoni na policję.

Matki już nie ma. Została poszatkowana tak, że jeszcze po paru tygodniach odnajdowaliśmy fragmenty jej ciała w samochodzie.

Chłopcu nic się nie stało. Przez cały czas siedział na przednim siedzeniu i obserwował rzeź.

Tylko on wtedy widział Sqweegela i przeżył spotkanie. Przesłuchaliśmy go. Prosiliśmy, żeby opisał mężczyznę z myjni.

Jedyne, co potrafiłwyjąkać, to sqweegel. Sqweeeeeegel. Naśladował dźwięk, który słyszał, gdy mordowano jego matkę.

Riggins rozejrzał się po sali, a potem dodał:

– Nazwa się przyjęła.

– Powiedział pan, że obsługa zamknęła obydwa wejścia. Więc jak to możliwe, że sprawca wydostał się niepostrzeżenie? – spytała agentka z San Francisco po chwili.

– Nie wydostał się.

– Został w środku?

– Odkryliśmy, że ukrył się w budynku w noc poprzedzającą atak. Musiał wśliznąć się przed zamknięciem i przecisnąć między plątaniną rur i węży. Zdołał tak wygiąć ciało, że wywiódł w pole fotokomórki, które normalnie uruchomiłyby kolejny wąż albo szczotkę na jego drodze, nie wspominając o systemie alarmowym. Potem ulokował się na metalowej kracie podtrzymującej aplikatory i druciaki. Ledwie starcza tam miejsca dla kota, ale on jakimś sposobem zdołał się na nią wcisnąć. Czekał przez osiemnaście godzin, w całkowitym bezruchu, nawet wtedy gdy ruchome części wokół niego zaczęły się kręcić i buczeć.

Riggins zrobił krótką przerwę, a potem ciągnął:

– Kobieta została zaatakowana po południu. Sądzimy, że Sqweegel czekał na samochód upatrzonej ofiary.

– Nadal nie wiemy, jak się wydostał.

Riggins zaczynał odczuwać pewną satysfakcję z obrotu, jaki przybrało spotkanie. Para młodzików z San Francisco i Filadelfii okazywała szczere zainteresowanie.

– Ukrył się w bagażniku, w schowku na koło zapasowe. Przyjął pozycję embrionalną z nogami przyciśniętymi do piersi, kolanami pod brodą i stopami odgiętymi w nienaturalny sposób. I tak czekał. Przypuszczamy, że minął co najmniej dzień, zanim opuścił kryjówkę w samym środku naszego garażu. Wiemy to tylko dlatego, że zostawił nam notatkę.

Pełne konsternacji spojrzenia słuchających zaniepokoiły Rigginsa.

Przemilczał fakt, że kartkę znalazł na swoim biurku i że wywarła na nim piorunujące wrażenie. Musiał przyznać, że ten efekt nie minął.

Podobnie zareagował na inny detal, o którym miał teraz wspomnieć.

– Wczoraj rano Sqweegel przysłał nam kolejną wiadomość.

rozdział 6

Riggins osobiście otworzył przesyłkę. Puszkę z taśmą 8 mm w klasycznym pudełku FedExu opatrzono nalepką:Senatorska kurwa 28.07.98. To właśnie ten film odtworzono parę minut wcześniej. Dokumentował on brutalne morderstwo Lisy Summers, którą pod koniec lat dziewięćdziesiątych podejrzewano o romans z amerykańskim senatorem. Przebrzmiała historia.

Tak właśnie działał Sqweegel. Tworzył swoją opowieść w niechronologiczny sposób. Odręczne notatki, dowody rzeczowe, nagrania audio lub, jak w tym przypadku, film dobierał i przesyłał według sobie jedynie znanego klucza. Agentom z Quantico ta kolejność nie mówiła zbyt wiele. Wiedzieli jedynie, że dostarczenie rolki z nagraniem oznaczało, że Sqweegel zajął się już kimś innym.

– Ostatnia przesyłka zawierała film, który przed chwilą obejrzeliście – wyjaśnił Riggins. – Niepokoi nas odstęp czasu. Pierwszy list otrzymaliśmy dwa tygodnie temu, a kolejny – już siedem dni później. Zwykle jedną przesyłkę od drugiej dzieliły miesiące. Z jakichś powodów Sqweegel przyspieszył.

– Eskalacja działań.

– Właśnie – potwierdził agent. – Przypuszczamy, że po kilku latach spędzonych za granicą morderca powrócił do Stanów. Wszystkie ofiary zostały znalezione na Wschodnim Wybrzeżu, z tego trzy na Manhattanie, niedaleko miejsca, w którym się teraz znajdujemy. Facet puka do naszych drzwi i chce zwrócić na siebie uwagę. Musimy się nim zająć, zanim znów pozbawi kogoś życia. Musimy się nim zająć najlepiej jak potrafimy.

Riggins wolał przemilczeć fakt, że sprawa błyskawicznie odbiła się echem w najściślejszych kręgach Departamentu Sprawiedliwości i w rekordowym czasie zahaczyła o inne agendy rządowe.

W ciągu kilku godzin sekretarz obrony zaczął osobiście wywierać presję na Wydział Spraw Szczególnych, domagając się natychmiastowego rozwiązania sprawy… Rigginsa nieco zaskoczył ten nacisk. Groźba była realna. Morderca kategorii 26 na wolności rzeczywiście mógł przerażać. Wydawało się, że Sqweegel dojrzał do czegoś dużo bardziej śmiałego i spektakularnego. Jednak potwór mordował od dawna. Riggins czuł, że nowa wiadomość przesłana przez Sqweegela nie tłumaczyła oferty, jaką miał złożyć zgromadzonym.

Tak czy owak nie miał wyboru.

Poranne spotkanie zorganizowano wyłącznie po to, żeby mógł ją przedstawić.

– Jesteście elitą – zaczął. – Najlepszymi w tym kraju specjalistami w swoich dziedzinach. Mam dla was propozycję z samej góry. Schwytajcie go, a otrzymacie dożywotnią pensję. Premię wysokości dwudziestu pięciu milionów dolarów. Do tego nową tożsamość. Nowy start. Możliwość prowadzenia życia, o jakim większość z nas może tylko pomarzyć. Zapewnicie sobie nie tylko awans, lecz także spokojną przyszłość.

Pozwolił im chwilę nacieszyć się wizją.

– Ktoś jest zainteresowany?

Riggins czekał niecierpliwie.

Głucha cisza ponownie zaległa na sali. Śledczy nadal byli oszołomieni filmem, który niedawno obejrzeli, i wystąpieniem Rigginsa. Spoglądali niepewnie jeden na drugiego.

Unikali wzroku agenta i patrzyli na kolegów, zupełnie jak uczniowie, którzy mają nadzieję, że ktoś zna prawidłowe rozwiązanie tego cholernego zadania z algebry. Modlili się, żeby znalazł się ktoś, chociaż jedna osoba, której nie przeraziło to, co zobaczyła na ekranie.

Riggins jeszcze się łudził, ale domyślał się, co się stało. Rozniosło się. Kiedy ich wezwano z macierzystych wydziałów, zaczęli pewnie wymieniać uwagi z kolegami, chociaż surowo zabroniono im wspominać o wyjeździe.

Niewykluczone, że padło nawet hasło „Sqweegel” – współpracownik z wydziału albo szef mogli brać udział w śledztwie w sprawie któregoś z wcześniejszych morderstw. Wezwano ich właśnie dlatego, że mieli łeb na karku, i zapewne kilku z nich łatwo zorientowało się, o co chodzi.

W ciągu ostatnich dwunastu godzin ktoś z nich pewnie odkrył, że wszyscy agenci, którzy prowadzili sprawę Sqweegela, skończyli albo na cmentarzu, albo podłączeni do aparatury podtrzymującej życie i ledwie przypominają ludzi.

Riggins przewidział taką reakcję już w momencie, gdy jego szefowie polecili mu złożyć ofertę.

Nikt się nie zgłosił.

Agent miał ochotę ich zwymyślać albo rzucić kubkiem po kawie i rozwalić którąś z pryszczatych buziek wyedukowanych na Ivy League. Chciał zapytać, po jaką cholerę robią to, co robią, skoro tak naprawdę mają to gdzieś.

Ale to by nic nie dało.

Nawet on dostrzegał absurdalność propozycji. Rząd lubił kupować rozwiązania problemów, o których nie miał bladego pojęcia. Żadne pieniądze świata nie mogły przekonać kogoś, kto w najlepszym razie kończył w foliowym worku. A zajęcie się sprawą Sqweegela czyniło tę ewentualność wielce prawdopodobną.

To był drapieżca inny niż wszyscy. Był śmiertelny jak cios nożem w czaszkę i nieuchwytny jak widmo.

Tylko jeden człowiek miał szanse zakończyć śledztwo sukcesem. Człowiek, który spojrzał Sqweegelowi w oczy i uszedł z życiem.

Człowiek, który za żadne skarby świata nie podjąłby się tego zadania.

rozdział 7

Sala opustoszała. Słuchacze wracali już do domów. Riggins zastanawiał się, czy aby własnoręcznie nie zdruzgotał pewności siebie wszystkich przyzwoitych pracowników śledczych w tym kraju. Nikt przecież nie lubił przyznawać, że coś nie leży w zakresie jego możliwości albo napawa go lękiem.

Riggins od początku wiedział, że to był kiepski pomysł, ale wbrew swojemu przeczuciu musiał wykonać rozkazy przełożonych. Zresztą to nie ich wina. Oni też wypełniali czyjeś polecenia.

Constance Brielle podeszła do Rigginsa, położyła mu dłoń na ramieniu i lekko ścisnęła.

– Już czekają.

– Dobrze – mruknął Riggins. – Zajebiście. Chyba tak teraz mówią dzieciaki?

– Nie wiem, Tom. Przestałam być dzieckiem jakieś piętnaście lat temu.

– Dla mnie nadal jesteś.

– Dziwne, ale w twoich ustach brzmi to jakoś tak miło.

Próbowała się do niego uśmiechnąć i Riggins przyjął

gest z wdzięcznością. Lubił Constance. Przypominała Darka z czasów, zanim przydarzyło mu się to chore gówno. Była bystra. Twarda. Uwielbiała igrać z ogniem, ale miała na tyle rozsądku, żeby się nie oparzyć. Lubiła być doceniana. Jedno małe słowo uznania, zwykłe „tak trzymać” wystarczało jej na całe miesiące pracy.

Była też niesłychanie piękną kobietą. Każdy zwracał uwagę na jej pełne karminowe usta i drobne, kształtne dłonie. Włosy, spięte z tyłu skromną klamrą, odsłaniały regularne rysy twarzy. Jednak Rigginsowi nawet przez myśl nie przeszło, że mógłby spróbować ją poderwać. Już raz przeżył podobną historię z jedną z byłych żon – kobieta do dziś życzyła mu śmierci.

– No, dobra – powiedział. – Miejmy to już za sobą.

Międzynarodową telekonferencję zaplanowano na wpół do dziewiątej.

Zespół psychiatrów sądowych pracujących dla czołowych agencji zwalczających przestępczość – między innymi z Włoch, Japonii i Francji – zdołał opracować profil mordercy kategorii 26. Sprawa nie mogła czekać. Wspomniane kraje wyasygnowały środki i chciały jak najszybciej poznać nazwisko i osiągnięcia agenta Wydziału Spraw Szczególnych, który stanie na czele grupy specjalnej, mającej za wszelką cenę ująć Sqweegela.

Na wyraźne życzenie samego prezydenta Stanów Zjednoczonych miał być obecny również sekretarz obrony Norman Wycoff. A to znaczyło mniej więcej tyle, że Sqweegel trafił na listę osób zagrażających bezpieczeństwu narodowemu.

Riggins miał świadomość, że za parę minut wszyscy będą patrzeć wyłącznie na niego, zostanie wystawiony na ataki jak nigdy wcześniej. Czuł, jak pot zaczyna mu spływać po karku, i wiedział, że to tylko kwestia czasu, zanim ciemne plamy pojawią się na czarnym garniturze.

Constance pierwsza zajęła miejsce przed monitorami i nałożyła zestaw słuchawkowy.

Riggins stojący za nią zbierał się w sobie.

Cały świat domagał się odpowiedzi na pytania, na które nie potrafił odpowiedzieć. Jedyne, co w tej chwili słyszał, to odgłos ciężkich kroków Normana Wycoffa maszerującego korytarzem.

Obejrzyj telekonferencję. Zaloguj się na LEVEL26.com i wprowadź hasło: dark

rozdział 8

Międzynarodowy Port Lotniczy Dulles

9.17

Spotkanie trwało krótko i okazało się kompletną porażką, dokładnie tak, jak przewidywał Riggins.

Nie potrafił, a raczej nie mógł powiedzieć tego, co zgromadzeni chcieli usłyszeć, ponieważ nikt nie zamierzał podjąć się ścigania Sqweegela.

Sekretarz obrony jeszcze pogorszył sprawę, publicznie nadużywając władzy wobec Rigginsa. Świadkami zajścia byli nie tylko Constance i personel pomocniczy wydziału. Widzieli je również generał Costanza z Włoch, generał St. Pierre z Francji i minister Yako z Japonii – sprawujący odpowiedzialne funkcje w organach ścigania w swoich krajach. Innymi słowy Riggins dostał reprymendę na oczach całego świata.

W rezultacie hojna oferta dwudziestu pięciu milionów dolarów, na którą złożyły się Włochy, Francja i Japonia, została wycofana.

Robert Dohman – pracujący dla sekretarza obrony facet od mokrej roboty – szedł z Rigginsem po betonowej płycie lotniska wprost do boeinga C-32 znanego jako Air Force Two. Albo Dohman rzeczywiście był tak beznadziejny w sztuce konwersacji, albo chciał po prostu dokuczyć Rigginsowi.