Leśna obietnica. Żanna i bliźniaczki - Patrycja Żurek - ebook
NOWOŚĆ

Leśna obietnica. Żanna i bliźniaczki ebook

Patrycja Żurek

0,0

Opis

Żanna pochodzi z rodu, który przed laty zawarł pakt z Dziewanną, boginią lasów i dzikiej przyrody. Pakt ów mówi, że jeśli matka doczeka się potomka, może zostawić przy sobie tylko dziewczynkę – syna musi oddać bogini w ofierze. Ale Żanna nie zamierza mieć dzieci, w jej życiu ważniejsze od mężczyzn są kobiety. Tym samym wydaje się, że umowa wreszcie wygaśnie. Okazuje się jednak, że los (a może bogini?) ma inne plany. Mimo zaawansowanego wieku matka Żanny ponownie zachodzi w ciążę i na świecie pojawiają się bliźniaczki. Czyżby pakt z Dziewanną miał obowiązywać przez kolejne pokolenia?

 

Jaka przyszłość czeka związek Żanny z uratowaną przed śmiercią Żakliną? A może jej miejsce zajmie wyrozumiała Simona? Co spotka Zytę i Zofię, młodsze siostry Żanny?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 245

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Re­dak­cja: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Skład i ko­rek­ta: ba­tu­ro.pl

Pro­jekt okład­ki: Ma­ciej Pie­da

Ilu­stra­cje na okład­ce: Fre­ePik.Pre­mium

Wy­da­nie I 

© Co­py­ri­ght for the text, co­ver and lay­out by Wy­daw­nic­two Dra­gon PL Sp. z o.o.

Biel­sko-Bia­ła 2026

Ni­niej­sza po­wie­ść jest fik­cją li­te­rac­ką. Od­nie­sie­nia do re­al­nych osób, wy­da­rzeń i miejsc są za­bie­giem czy­sto li­te­rac­kim. Po­zo­sta­li bo­ha­te­ro­wie, miej­sca i wy­da­rze­nia są wy­two­rem wy­obra­źni au­tor­ki i ja­ka­kol­wiek zbie­żno­ść z rze­czy­wi­sty­mi wy­da­rze­nia­mi, miej­sca­mi lub oso­ba­mi, ży­jący­mi bądź zma­rły­mi, jest ca­łko­wi­cie przy­pad­ko­wa.

Wy­daw­nic­two Dra­gon PL Sp. z o.o.

ul. 11 Li­sto­pa­da 60-62

43-300 Biel­sko-Bia­ła

www.wy­daw­nic­two-dra­gon.pl

ISBN 978-83-8274-639-6

Wy­łącz­ny dys­try­bu­tor:

TROY-DYS­TRY­BU­CJA PL Sp. z o.o.

Ale­ja Jana Pa­wła II 27

00-867 War­sza­wa

tel. 795 159 275

Za­pra­sza­my na za­ku­py: www.fa­bu­lo.com.pl

Znaj­dź nas na Fa­ce­bo­oku: www.fa­ce­bo­ok.com/wy­daw­nic­two­dra­gon

Roz­dział 1.

Zyta i Zo­fia. Żan­na nie sądzi­ła, że mat­ka uro­dzi dziec­ko, a co do­pie­ro dwo­je. Jesz­cze mniej spo­dzie­wa­ła się jej w dniu po­ro­du w domu, któ­ry te­raz zaj­mo­wa­ła ona, Żan­na. Sądzi­ła, że ży­cie mat­ki po tym, jak ją zo­sta­wi­ła, sta­ło się ide­al­ne – ta­kie, jak so­bie wy­ma­rzy­ła. To, że sta­nęła w jej pro­gu w ta­kim mo­men­cie… Żan­nę zdzi­wi­ło i za­sko­czy­ło. Ale prze­cież Dzie­wan­na po­wta­rza­ła przez całe jej ży­cie, że do­cze­ka mo­men­tu, kie­dy będzie mo­gła mat­ce po­ka­zać drzwi i ją wy­gnać. I ona na to cze­ka­ła. Mu­sia­ła przy­znać, że w głębi du­szy od­li­cza­ła dni, kie­dy będzie mo­gła to zro­bić. Nie spo­dzie­wa­ła się jed­nak, że Ży­wia po­ja­wi się ci­ężar­na, a tak wła­ści­wie to pod­czas ak­cji po­ro­do­wej. Nie wy­pe­łnia­ła jej aż taka podło­ść, by w ta­kiej chwi­li od­mó­wić po­mo­cy, zresz­tą sądzi­ła, że wła­śnie dla­te­go mat­ka wy­bra­ła taki mo­ment. Mu­sia­ła ja­koś skru­szyć od­trąco­ną cór­kę, zmi­ęk­czyć za­twar­dzia­łe ser­ce. Ale prze­cież Ży­wia w ogó­le jej nie zna­ła, nie mia­ła po­jęcia, co Żan­na nosi w du­szy. To wie­dzia­ła tyl­ko ona i Dzie­wan­na. Tak na­praw­dę to bo­gi­nię mo­gła na­zwać mat­ką, tej ob­cej ko­bie­ty nie po­tra­fi­ła tak okre­ślić na­wet w my­ślach.

A jed­nak, nie­co wbrew so­bie, po­zwo­li­ła im zo­stać. Dzie­wan­na uczy­ła ją za­wsze, że na­le­ży ufać in­tu­icji, a ta pod­po­wia­da­ła, że ze względu na bli­źnia­ki po­win­na zro­bić to, co zro­bi­ła. Kie­dy dzie­ci za­snęły, a ona opo­rządzi­ła (co za brzyd­kie sło­wo, ale ta­kie wła­śnie przy­cho­dzi­ło jej na myśl) mat­kę, wy­bie­gła do lasu mimo pó­źnej pory. Zwie­rzęta ją zna­ły, po­dob­nie jak Wil­cy, więc nie mu­sia­ła się oba­wiać. Zresz­tą nie mia­ła za­mia­ru za bar­dzo się od­da­lać, a na wi­zy­tę u ru­sa­łek nie mia­ła ocho­ty. Tak na­praw­dę szu­ka­ła Dzie­wan­ny. Na szczęście na­tra­fi­ła na bo­gi­nię, któ­ra od­po­czy­wa­ła ze swo­imi char­ta­mi na po­lan­ce skrzęt­nie ukry­tej wśród kniei. Żan­na wie­dzia­ła, że bo­gi­ni ko­cha to miej­sce, swo­iste ser­ce lasu.

– A więc jed­nak masz mi­ęk­ką du­szycz­kę – za­uwa­ży­ła Dzie­wan­na, ale Żan­na nie wy­czu­ła w jej gło­sie zło­ści ani drwi­ny.

Ot, stwier­dze­nie fak­tu. Bo­gi­ni w ogó­le na nią nie pa­trzy­ła, szu­ka­ła wzro­kiem cze­goś dla Żan­ny nie­do­si­ęgłe­go. Char­ty węszy­ły, gdzieś roz­le­gło się wy­cie wil­ków i Żan­nę prze­sze­dł dreszcz.

– Mia­ło być tak, że na mnie sko­ńczy się ród – po­wie­dzia­ła chłod­no i usia­dła obok bo­gi­ni. Po tylu la­tach wie­dzia­ła, że może so­bie na to po­zwo­lić. – Tak się uma­wia­ły­śmy. Że nie znaj­dę mężczy­zny i umrę bez­dziet­nie, a ty za­bi­jesz Ży­wię.

– Nie sądzi­łam, że two­ja mat­ka i Sie­ciech jesz­cze się spo­tka­ją – wes­tchnęła bo­gi­ni. – Że się ośmie­lą znów zbli­żyć, że on nie zwa­riu­je z tęsk­no­ty za ru­sa­łka­mi. Lu­dzie są skom­pli­ko­wa­ni… – Urwa­ła i głębo­ko na­bra­ła po­wie­trza.

– Uwol­nisz bli­źniacz­ki od klątwy? – za­py­ta­ła Żan­na, ale Dzie­wan­na po­kręci­ła gło­wą.

– Uma­wia­łam się tyl­ko z tobą. Ży­wia jest nie­roz­sąd­na, że za­ci­ąży­ła, nie­od­po­wie­dzial­na jak za­wsze. Cud, że dziew­czyn­ki są zdro­we, w ko­ńcu pie­przy­ła się z bra­tem. I to świa­do­mie.

Żan­na wzdry­gnęła się i bo­gi­ni to za­uwa­ży­ła. Spoj­rza­ła na nią z uko­sa i uśmiech­nęła się bla­do.

– Cie­bie spło­dzi­ła z kimś in­nym, bez obaw.

– Co więc będzie z Zytą i Zo­fią?

– Za­ko­cha­ją się, uro­dzą dzie­ci. Ja do­sta­nę chłop­ców, a dziew­czy­ny pój­dą w świat, nio­sąc ze sobą brze­mię. Two­je po­świ­ęce­nie jest na nic, Żan­no, mo­żesz ko­chać ile wle­zie. I ro­dzić. – Bo­gi­ni unio­sła zna­cząco brew.

Żan­na prych­nęła. Ni­g­dy nie in­te­re­so­wa­li jej mężczy­źni i ra­czej wąt­pi­ła, by mia­ło się to zmie­nić. Może wy­ni­ka­ło to z tego, że żad­ne­go nie zna­ła?

– Ro­zu­miem.

Wsta­ła po­wo­li. Coś się w niej ko­tło­wa­ło, ja­kiś gniew skie­ro­wa­ny do nie wia­do­mo kogo, dra­żni­ący, gry­zący skó­rę. Mu­sia­ła go prze­tra­wić, po­znać, zro­zu­mieć. Bie­gła przez las, prze­ska­ki­wa­ła nad zwa­lo­ny­mi pnia­mi, ła­ma­ła ga­łąz­kom kar­ki. To­wa­rzy­szy­li jej Wil­cy, wi­dzia­ła ich przy­gar­bio­ne syl­wet­ki, sły­sza­ła przy­spie­szo­ne od­de­chy i wark­ni­ęcia. Nie mo­gła do­pu­ścić do tego, by klątwa prze­trwa­ła. Całe ży­cie prze­ko­ny­wa­ła Dzie­wan­nę, że po­win­na od­puś­cić. Cza­sy się zmie­ni­ły, nie po­trze­ba im już ochro­ny, nie­bez­pie­cze­ństwa znik­nęły i w mia­stach żyło się do­brze. W wol­nej Pol­sce. Żan­na pla­no­wa­ła na­wet wy­pro­wadz­kę do Ka­to­wic, cho­ciaż od­wle­ka­ła ten mo­ment, ile się dało. Nie chcia­ła spo­ty­kać na uli­cach mat­ki, a te­raz pro­szę, przy­jęła ją pod swój dach. Do­bro­wol­nie. Z dwie­ma dziew­czyn­ka­mi, któ­re będą nio­sły w świat klątwę i pod­trzy­my­wa­ły kult Dzie­wan­ny.

Bo­gi­ni ostat­nio ro­sła w siłę. W Dzie­wi­cach po­ja­wi­ło się wie­le osób spra­gnio­nych no­wo­ści, ucie­ka­jących od Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go. Sły­sza­ła o afe­rach we wspól­no­cie, o wy­ko­rzy­sty­wa­niu naj­młod­szych, or­giach, o tym, że ksi­ęża za­po­mnie­li o tym, że mie­li słu­żyć lu­dziom, a nie na od­wrót. Czło­wiek szu­kał ko­goś, kto się nim za­opie­ku­je, da mu po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa, a nie będzie wma­wiał, że spło­nie w ogniu, strąco­ny do pie­kła na wiecz­ne męki.

A jed­nak strach dzia­łał. Żan­na wie­dzia­ła o tym, bo wie­le go w swo­im ży­ciu do­świad­czy­ła. Ale nie chcia­ła o tym my­śleć. Pla­no­wa­ła za­bić dziew­czyn­ki, ode­brać im ży­cie, po­zba­wić klątwy na za­wsze. Ta myśl, ob­se­syj­na od za­wsze, nie mo­gła wy­jść jej z gło­wy na­wet wte­dy, kie­dy w ko­ńcu nad ra­nem po­ło­ży­ła się spać.

Roz­dział 2.

Strach. Ema­no­wa­ła nim przez pierw­sze lata ży­cia. Od mo­men­tu, kie­dy mat­ka bez­tro­sko od­da­ła ją pod opie­kę bo­gi­ni. Żan­na tego nie pa­mi­ęta­ła, jed­nak sły­sza­ła wie­le hi­sto­rii i wie­rzy­ła w nie. Dzie­wan­na od­da­ła ją pod opie­kę ru­sa­łkom, ale często za­bie­ra­ła do sie­bie, do miej­sca, któ­re­go nikt nie znał, tak przy­naj­mniej utrzy­my­wa­ła sama bo­gi­ni. Miesz­ka­ła w wy­drążo­nym pniu ogrom­ne­go, pra­sta­re­go dębu i Żan­na cza­sa­mi się za­sta­na­wia­ła, kto jest star­szy. Drze­wo na­dal żyło ‒ w ja­kiś prze­dziw­ny spo­sób od­dy­cha­ło. Żan­na lu­bi­ła się przy­tu­lać do ścian, z cze­go bo­gi­ni często żar­to­wa­ła.

Gdy była dziec­kiem, strach to­wa­rzy­szył jej, kie­dy w po­bli­żu znaj­do­wa­ła się Dzie­wan­na. Nie po­tra­fi­ła tego wy­ja­śnić ani zro­zu­mieć. Jak­by się oba­wia­ła, że ta krwio­żer­cza ko­bie­ta ją po­żre, prze­żu­je i wy­plu­je. Ir­ra­cjo­nal­ne, bo prze­cież mo­gła ją za­mor­do­wać jako nie­mow­lę, a jed­nak ją wy­cho­wy­wa­ła. Uczy­ła o zio­łach, ma­gii czer­pa­nej z na­tu­ry, zwie­rzętach, ru­sa­łkach i sta­rych bo­gach, o świa­to­wych re­li­giach. Na­uczy­ła ją czy­tać, pi­sać i przede wszyst­kim my­śleć. Kie­ro­wać się ser­cem, in­tu­icją, wy­ci­szać umy­sł. W któ­ry­mś mo­men­cie Żan­na prze­sta­ła się bać, przy­zwy­cza­iła się do aury ota­cza­jącej Dzie­wan­nę, do Wil­ków skry­wa­jących ta­jem­ni­ce, ru­sa­łek z ich bez­tro­skim, ale jed­no­cze­śnie pu­stym ży­ciem.

Po­wrót Ży­wii roz­bu­dził daw­no uśpio­ne uczu­cie. Ota­czał Żan­nę ni­czym cia­sno za­wi­ąza­ny sznur, przy­du­sza­jąc co ja­kiś czas. Strach znów za­ostrzył pa­zu­ry, wbi­jał się w gar­dło i klat­kę pier­sio­wą, le­d­wo mo­gła od­dy­chać. Rano obu­dził ją stuk desz­czu o dach, uwiel­bia­ła ten dźwi­ęk, tym ra­zem jed­nak nie przy­no­sił uko­je­nia, mie­szał się bo­wiem z pła­czem nie­mow­ląt. Tych, któ­re po­win­na za­bić. Jak mia­ła to zro­bić? Co po­wie­dzieć Ży­wii? Wsta­ła, kie­ro­wa­na fu­rią i po­szła do sy­pial­ni mat­ki.

– Dla­cze­go? – Sta­nęła w pro­gu. – Dla­cze­go po­zwo­li­łaś znów się za­płod­nić? I to bra­tu!

– Żan­na…

– Bo­rze szu­mi­ący. – Wy­rzu­ci­ła ra­mio­na w górę. – Nie masz żad­nych sen­sow­nych ar­gu­men­tów.

– Kie­dyś się za­ko­chasz. – Ży­wia ośmie­li­ła się uśmiech­nąć, co Żan­nę jesz­cze moc­niej roz­ju­szy­ło.

– Nie mam za­mia­ru! – wrza­snęła. Wzi­ęła kil­ka od­de­chów, żeby się uspo­ko­ić, od­na­le­źć rów­no­wa­gę. Krzyk ni­cze­go nie zmie­niał. – Pla­no­wa­łam za­ko­ńczyć tę cho­ler­ną klątwę. Umó­wi­łam się z Dzie­wan­ną, a ona się zgo­dzi­ła, że umrę bez­dziet­nie.

– Ale ja…

– Cie­bie by za­bi­ła. – Prze­rwa­ła jej gwa­łtow­nie. – Z mi­ło­sier­dzia. Dla­te­go, że mnie po­ko­cha­ła, że cza­sy się zmie­ni­ły, że… – Bra­kło jej słów.

– Na­praw­dę? – Ży­wia dźwi­gnęła się do po­zy­cji sie­dzącej.

– Ale wszyst­ko ze­psu­łaś. – Żan­na wska­za­ła dzie­ci. – Gdy­byś cho­ciaż uro­dzi­ła chłop­ców.

– Nie od­da­ła­bym ich Dzie­wan­nie – sko­men­to­wa­ła su­cho.

– Och, oczy­wi­ście. Po­dej­rze­wam, że uciecz­ka zsy­nem wy­szła ci na zdro­wie. W ogó­le jak to mo­żli­we, że tak sta­re cia­ło uro­dzi­ło dzie­ci… – Żan­na po­kręci­ła gło­wą. – Mniej­sza z tym. Na­ra­ża­łaś je na cho­ro­by! A sama wy­cho­wa­łaś się z Dzi­wo­ląga­mi, za­po­mnia­łaś?

– Mi­ło­ść… zmie­nia po­strze­ga­nie.

Żan­na za­plo­tła ręce na pier­siach.

– Na­wet kosz­tem zdro­wia dzie­ci? Na­praw­dę?

– Wi­dać, że ni­g­dy nie ko­cha­łaś – rzu­ci­ła Ży­wia. – To osza­ła­mia­jące! Nie do opi­sa­nia.

– Prze­cież mo­żna się za­bez­pie­czać, na li­to­ść. I chy­ba w mi­ło­ści nie o sam seks cho­dzi?

Ży­wia się za­czer­wie­ni­ła, czy­li Żan­na tra­fi­ła w sed­no.

– Gdzie jest twój ko­cha­nek? – za­da­ła ko­lej­ne py­ta­nie.

– Nie żyje. – Twarz Żan­ny przy­krył cień. Od­wró­ci­ła wzrok, a Żan­na za­wsty­dzi­ła się, że za­py­ta­ła tak ostro. – Mój sy­nek też. Wie­le rze­czy się po­dzia­ło.

– Wiem… – wy­szep­ta­ła.

– Usza­nuj moją ża­ło­bę idaj mi od­po­cząć. I się wy­pła­kać. Nie chcę tego ro­bić na oczach ko­goś, kto mnie tak bar­dzo nie­na­wi­dzi.

Żan­na nie spro­sto­wa­ła, nie za­prze­czy­ła. Sama nie wie­dzia­ła, co czu­je do tej ko­bie­ty. Jed­no wie­dzia­ła na pew­no, Ży­wia nie po­zwo­li jej tknąć có­rek, będzie ich bro­nić jak lwi­ca, po­nie­waż sta­no­wi­ły cały jej świat. Nie mia­ła już uko­cha­ne­go mężczy­zny, a bli­źniacz­ki sta­no­wi­ły po nim je­dy­ną pa­mi­ąt­kę, je­śli mo­żna tak po­wie­dzieć o dzie­ciach.

I Żan­na po­my­śla­ła, że cze­ka ją wie­le pra­cy. Nie sądzi­ła jed­nak, że jed­no­cze­śnie wy­da­rzy się coś, co zbu­rzy jej spo­kój.

Roz­dział 3.

Zna­la­zła tę dziew­czy­nę któ­re­goś wie­czo­ru. Nad­cho­dzi­ła już je­sień i Żan­na wy­czu­wa­ła ją w po­wie­trzu. Li­ście wi­bro­wa­ły na drze­wach w in­nej to­na­cji niż za­zwy­czaj, pod sto­pa­mi sze­le­ści­ły ze­schni­ęte upal­nym la­tem tra­wy. Deszcz osia­dał na ga­łąz­kach li­ści i wy­glądał ni­czym nie­wy­pła­ka­ne jesz­cze łzy. Nie­któ­re li­ście za­częły się ru­mie­nić, inne jesz­cze zie­lo­ne spa­da­ły pod na­po­rem moc­ne­go wia­tru. Żan­na ko­cha­ła tę porę roku i często spa­ce­ro­wa­ła. Pod­czas jed­nej zprze­cha­dzek tra­fi­ła na tę isto­tę nie­po­dob­ną do ni­cze­go. Twarz mia­ła zma­sa­kro­wa­ną, cia­ło po­ra­nio­ne, nie­któ­re ob­ra­że­nia wy­gląda­ły na świe­że, inne już się go­iły albo jątrzy­ły ropą.

– Hej – po­wie­dzia­ła Żan­na.

Pod­cho­dzi­ła ostro­żnie, bo nie mia­ła po­jęcia, czy nie­zna­jo­ma jest nie­bez­piecz­na, czy nie. Ta, jak się oka­za­ło, le­d­wo od­dy­cha­ła, więc Żan­na od­wa­ży­ła się kuc­nąć, ci­ągle ostro­żna. Isto­ta przed­sta­wia­ła sobą ża­ło­sny wi­dok i cór­ce Ży­wii ści­snęło się ser­ce. Wy­sta­jące że­bra ob­ci­ągni­ęte po­si­nia­czo­ną i po­ob­cie­ra­ną skó­rą, po­pęka­ne, lek­ko roz­chy­lo­ne usta, za­krwa­wio­ne ucho, po­na­ci­na­ne pier­si. Te ele­men­ty rzu­ca­ły się w oczy. Kie­dy ko­bie­ta się po­ru­szy­ła, Żan­na zro­zu­mia­ła, że nie pa­trzy na tru­pa, ale na­dal ży­we­go czło­wie­ka. Po­de­szła i wzi­ęła ją na ręce. Ta sła­bo za­pro­te­sto­wa­ła, nie mia­ła sił, żeby wal­czyć. Oka­za­ło się, że jest lek­ka ni­czym ru­sa­łka. Żan­na szyb­kim kro­kiem ru­szy­ła do domu, w gło­wie pla­nu­jąc za­bie­gi, któ­rym pod­da nie­zna­jo­mą, żeby za­brać ją z przed­sion­ka śmier­ci. Sła­by, płyt­ki od­dech świad­czył o tym, że ko­bie­ta wła­śnie tam się znaj­du­je.

Dziew­czy­na otwo­rzy­ła drzwi lek­kim kop­ni­ęciem i nie zwra­ca­jąc uwa­gi na mat­kę krząta­jącą się w kuch­ni, we­szła do sy­pial­ni ipo­ło­ży­ła nie­zna­jo­mą w swo­im łó­żku.

– Za­parz, pro­szę, po­krzy­wę z li­śćmi ma­lin i przy­nieś mi lnia­ne nici, są w kre­den­sie w jed­nej z szu­flad. A, i prze­pa­lo­ną nad ogniem igłę – po­pro­si­ła, kie­dy mat­ka z cie­ka­wo­ścią za­gląd­nęła do po­ko­ju. – I jesz­cze roz­ma­ryn le­kar­ski za­lej wrząt­kiem.

Ży­wia nie ode­zwa­ła się sło­wem, tyl­ko po­szła wy­ko­nać po­le­ce­nie, aŻan­na zdjęła z po­szko­do­wa­nej reszt­ki odzie­ży. Zro­bi­ło jej się go­rąco, kie­dy do­ty­ka­ła cia­ła ko­bie­ty, by spraw­dzić, ja­kie od­nio­sła ob­ra­że­nia. Wy­gląda­ło na to, że zo­sta­ła moc­no po­bi­ta, jed­nak na­past­nik nic jej nie zła­mał. Naj­wi­docz­niej pró­bo­wa­ła się bro­nić, pa­znok­cie mia­ła po­ła­ma­ne, a kłyk­cie zdar­te, ale jak wi­dać, na nie­wie­le się to zda­ło. Mat­ka wró­ci­ła z tacą i Żan­na mo­gła za­brać się do pra­cy. Za­mo­czy­ła ka­wa­łek płót­na, któ­ry Ży­wia prze­zor­nie przy­go­to­wa­ła, w na­pa­rze z roz­ma­ry­nu i za­częła prze­my­wać rany. Roz­ma­ryn dzia­łał do­sko­na­le jako śro­dek od­ka­ża­jący. Ży­wia tym­cza­sem pró­bo­wa­ła ły­żecz­ką na­po­ić nie­zna­jo­mą, któ­ra to od­zy­ski­wa­ła, to tra­ci­ła przy­tom­no­ść. Kie­dy wszel­kie otar­cia i ci­ęcia zo­sta­ły opa­trzo­ne, Żan­na za­bra­ła się do szy­cia.

– Co jej się sta­ło? –za­py­ta­ła Ży­wia ci­cho, jak­by bała się zbu­dzić śpi­ącą nie­spo­koj­nie ko­bie­tę.

– Nie wiem, zna­la­złam ją na skra­ju na lasu. My­śla­łam, że nie żyje.

– Wy­li­że się pew­nie – oce­ni­ła Ży­wia. – Ko­bie­ty nie pod­da­ją się ła­two.

– Wiem.

Dziew­czyn­ki za­częły kwi­lić w po­ko­ju obok i mat­ka po­szła je na­kar­mić. Żan­nie ści­snęło się gar­dło na myśl o tym, że będzie mu­sia­ła wkrót­ce pod­jąć de­cy­zję, co z nimi zro­bić. Na ten mo­ment nie mo­gła zde­cy­do­wać, gdyż za­czy­na­ły jej drżeć ręce. Sły­sza­ła ko­ły­san­kę, któ­rą Ży­wia nu­ci­ła cór­kom, i za­le­wa­ła ją mi­mo­wol­na za­zdro­ść. Ona tego nie do­świad­czy­ła, nie mia­ła szan­sy po­czuć tej mat­czy­nej mi­ło­ści. Zo­sta­ła od­su­ni­ęta, po­nie­waż uro­dzi­ła się dziew­czyn­ką, a na do­da­tek To­masz, dru­gie z ko­lei dziec­ko, zdążył za­wład­nąć ca­łym ser­cem mat­ki. Nie ża­ło­wa­ła, że zo­sta­ła z Dzie­wan­ną, na­uczy­ła się wie­lu rze­czy i wie­dzia­ła, jak po­pro­wa­dzić ży­cie, żeby wy­pe­łnić klątwę i ją za­ko­ńczyć, ale znów mat­ka wszyst­ko znisz­czy­ła.

Uci­ęła no­życz­ka­mi ko­niec nici i za­bra­ła się za ko­lej­ne rany. Kie­dy do­ty­ka­ła pier­si ko­bie­ty, wy­da­wa­ło się jej, że pro­fa­nu­je pew­ne sa­crum, że to miej­sce po­win­no być do­ty­ka­ne je­dy­nie z mi­ło­ścią i spło­szy­ła ją ta myśl. Czy­żby to ja­kiś bli­ski nie­zna­jo­mej mężczy­zna zro­bił jej tak wiel­ką krzyw­dę? Chciał ją na­zna­czyć albo ze­szpe­cić? Pew­nie uzy­ska od­po­wie­dzi na te py­ta­nia, kie­dy ko­bie­ta się ock­nie, a ona od­wa­ży się je za­dać. Tego nie była pew­na, nie za wie­le cza­su spędzi­ła z lu­dźmi, ota­cza­ła się ra­czej isto­ta­mi ma­gicz­ny­mi, skrza­ta­mi, ru­sa­łka­mi, przy­ja­źni­ła się z Le­szym, no i z Dzie­wan­ną. To ją na­zy­wa­ła­by mat­ką, gdy­by w tej kra­inie funk­cjo­no­wa­ło ta­kie okre­śle­nie. Ona sama na­uczy­ła się go z ksi­ążek. I na pew­no nie mia­ła za­mia­ru uży­wać go w re­la­cji z Ży­wią, choć ta o to pro­si­ła.

Sku­pie­nie na pra­cy po­ma­ga­ło ana­li­zo­wać sy­tu­ację. Czu­ła się zra­nio­na i po­rzu­co­na, ale obec­no­ść mat­ki dzia­ła­ła na nią w ja­kiś spo­sób. Jed­no­cze­śnie się od niej dy­stan­so­wa­ła i mia­ła ocho­tę się przy­tu­lić. To wpro­wa­dza­ło ją w kon­ster­na­cję i de­ner­wo­wa­ło.

– Gdzie… – Usły­sza­ła chra­pli­wy szept.

Żan­na spoj­rza­ła w oczy nie­zna­jo­mej, ciem­ne i błysz­czące od go­rącz­ki. Mu­sia­ła po­dać jej zie­le wi­ązów­ki błot­nej na go­rącz­kę, cho­ciaż nie chcia­ła zbyt­nio jej ob­ni­żać, bo ozna­cza­ła ona, że or­ga­nizm wal­czy.

– W bez­piecz­nym miej­scu – po­wie­dzia­ła to, co wy­da­wa­ło się jej naj­wła­ściw­sze, i ko­bie­ta fak­tycz­nie ode­tchnęła głębiej z ulgą.

– Boli – po­ska­rży­ła się ci­cho. – Prze­pra­szam.

– Szy­ję skó­rę, więc będzie bo­la­ło, ale trze­ba to zro­bić. Masz pa­skud­ne rany. Kto ci to zro­bił? – Po­pa­trzy­ła nie­zna­jo­mej w oczy, ale ta od­wró­ci­ła wzrok i przy­mknęła po­wie­ki. – To wa­żne – do­da­ła Żan­na.

– Nie mam za­mia­ru się ska­rżyć – od­po­wie­dzia­ła ko­bie­ta sta­now­czo. Żan­na nie po­dej­rze­wa­ła jej o taki ton. – Po pro­stu… za­słu­ży­łam.

– Ty sie­bie sły­szysz? – prych­nęła Żan­na i ob­ci­ęła nit­kę. Prze­szła do ko­lej­ne­go ci­ęcia. – Nikt nie ma pra­wa tak trak­to­wać czło­wie­ka.

– Nie je­stem czło­wie­kiem – wes­tchnęła głębo­ko ko­bie­ta. – Je­stem żoną.

Żan­na przez chwi­lę prze­sta­ła pra­co­wać i zdu­mio­na wpa­try­wa­ła się w ko­bie­tę, jed­nak ta nie żar­to­wa­ła i swo­je sło­wa trak­to­wa­ła nad wy­raz po­wa­żnie.

– Nie żar­tu­jesz. – Sama nie wie­dzia­ła, czy pyta, czy stwier­dza.

– Ta­tuś za­wsze po­wta­rzał, że Bóg stwo­rzył Ewę z że­bra Ada­ma, więc jest gor­szą isto­tą. I że zo­sta­ła po­wo­ła­na do tego, by słu­żyć mężczy­źnie.

– A twój sza­now­ny oj­ciec sły­szał może o Li­lith? – za­gad­nęła Żan­na i wró­ci­ła do pra­cy.

Sta­ra­ła się nie prze­kła­dać zło­ści na ru­chy pal­ców i igły, nie chcia­ła dziew­czy­nie ro­bić wi­ęk­szej krzyw­dy.

– Nie znam Li­lith – od­po­wie­dzia­ła za­py­ta­na. – Ta­tuś pew­nie też.

– Sko­ro taki re­li­gij­ny, to po­wi­nien znać – za­wy­ro­ko­wa­ła Żan­na. – Pierw­sza żona Ada­ma zo­sta­ła stwo­rzo­na w ten sam spo­sób co on. Z żad­ne­go tam że­bra. Ale nie chcia­ła go słu­chać, w ogó­le uwa­żam, że ten fa­cet mu­siał być bub­kiem, sko­ro Bóg po­zwo­lił mu na­zwać wszyst­ko, co stwo­rzył. W ogó­le cie­ka­we, czy Adam i Li­lith do­sta­li roz­wód, czy jej ode­jście było trak­to­wa­ne jako ze­rwa­nie węzła ma­łże­ńskie­go. Jak sądzisz?

– N-nie wiem.

Ko­bie­ta wy­da­wa­ła się jesz­cze bar­dziej wy­stra­szo­na i Żan­na wca­le się nie dzi­wi­ła. Sko­ro nie sły­sza­ła o Li­lith, zo­sta­ła wy­cho­wa­na w wie­rze ogra­ni­czo­nej, gdzie Pi­smo Świ­ęte cy­to­wa­ło się je­dy­nie wy­ryw­ko­wo i uży­wa­ło go do kie­łzna­nia owie­czek, a nie z po­wo­du tro­ski o ich zba­wie­nie. Dzie­wan­na wpo­iła Żan­nie, że wia­ra chrze­ści­ja­ńska jest pi­ęk­na, jed­nak wy­ko­rzy­sty­wa­na przez czło­wie­ka, szcze­gól­nie przez mężczyzn, sta­ła się na­rzędziem. Żan­na wie­le o tym czy­ta­ła, była cie­ka­wa świa­ta i zo­rien­to­wa­ła się szyb­ko, że Ko­ściół gra w po­li­ty­kę, że już daw­no ta in­sty­tu­cja za­po­mnia­ła o Stwo­rzy­cie­lu. Nie mia­ła za­mia­ru jed­nak pro­wa­dzić te­raz tej roz­mo­wy. Za­szy­ła ostat­nią ranę i znów prze­my­ła je roz­ma­ry­nem. Po­szła do kuch­ni, gdzie zna­la­zła maść z mio­du, wró­ci­ła do ko­bie­ty i po­sma­ro­wa­ła wra­żli­we miej­sca mie­szan­ką.

– Jak masz na imię? – za­py­ta­ła.

– Ża­kli­na. – Nie wia­do­mo dla­cze­go ko­bie­ta za­ru­mie­nia­ła się i wy­gląda­ła zu­pe­łnie ina­czej niż wcze­śniej, jak­by na­gle wstąpi­ło w nią we­wnętrz­ne pi­ęk­no.

– Je­stem Żan­na. – Po­da­ła jej rękę, a ta uści­snęła ją ostro­żnie, ści­ska­jąc sa­my­mi tyl­ko lo­do­wa­ty­mi pal­ca­mi.

Wy­da­wa­ła się pło­cha ni­czym sar­na, a jed­no­cześ­nie sil­na ni­czym nie­dźwie­dź i Żan­na za­sta­na­wia­ła się, skąd ten dy­so­nans. Było w Ża­kli­nie coś, co ją urze­ka­ło, po­ci­ąga­ło. Może hi­sto­ria tego, jak do­szło do jej po­bi­cia? A może fakt, że Żan­na tak rzad­ko spo­ty­ka­ła lu­dzi spo­za lasu, a w szcze­gól­no­ści spo­za Dzie­wic.

– Przy­go­tu­ję kle­ik ku­ku­ry­dzia­ny i zo­ba­czy­my, jak za­re­agu­je twój żo­łądek – po­sta­no­wi­ła Żan­na i za­krząt­nęła się, żeby ukryć zmie­sza­nie. – Pó­źniej może ro­sół? Po­sta­wi cię na nogi, no i jaja, wia­do­mo. Masz. – Po­da­ła Ża­kli­nie po­krzy­wę z li­śćmi ma­lin. ‒ Po­czu­jesz się po tym le­piej. Je­śli mo­żesz, śpij, to naj­lep­sza re­ge­ne­ra­cja.

Ża­kli­na po­tak­nęła gło­wą i po­słusz­nie wy­chy­li­ła ku­bek na­pa­ru, a pó­źniej opa­tu­li­ła się w pie­rzy­nę i za­mknęła oczy. Żan­na po­my­śla­ła, że mimo si­nia­ków jest pi­ęk­na.

Roz­dział 4.

Ża­kli­na spa­ła dłu­go. Zdążył mi­nąć dzień, wie­czór za­pu­kał do okiem pó­łm­ro­kiem, gdzieś za­wy­li Wil­cy i Żan­na się uśmiech­nęła. Zbli­ża­ła się pe­łnia, naj­wa­żniej­sze kil­ka dni w mie­si­ącu. Wil­cy, my­le­ni często z wil­ko­ła­ka­mi, prze­ży­wa­li wte­dy swo­iste gody i do­bie­ra­li się w pary, by pró­bo­wać spło­dzić po­tom­stwo. Cza­sa­mi Dzie­wan­na po­zwa­la­ła Żan­nie zo­sta­wać na ich obrzędach i się przy­glądać, ale tyl­ko do pew­ne­go mo­men­tu. A ona to uwiel­bia­ła, cho­ciaż za­wsze była obu­rzo­na, że bo­gi­ni ją wy­ga­nia. Znaj­do­wa­ła w tym coś ma­gicz­ne­go, z zu­pe­łnie in­ne­go świa­ta niż ten, któ­ry zna­ła, mimo że miesz­ka­ła w kniei, gdzie ucho­wa­li się daw­ni bo­go­wie i stwo­ry, któ­re lu­dzie zna­li tyl­ko z opo­wie­ści. Teo­re­tycz­nie, bo prze­cież by po­wsta­ły w wy­obra­źni lu­dzi, ktoś mu­siał je kie­dyś wi­dzieć. W ka­żdym ra­zie kie­dy mie­si­ączek krąglał, Wil­cy zbie­ra­li się na wiel­kiej po­la­nie ukry­tej głębo­ko w le­sie i na­wet gdy­by ja­kiś czło­wiek zgu­bił się w gęstwi­nie, nie by­łby w sta­nie jej od­na­le­źć. Ona na­le­ża­ła do sta­da, mo­gła więc im to­wa­rzy­szyć, ale na przy­kład Ży­wia już nie. Świ­ęte miej­sce Wil­cy na­zy­wa­li ŁuŁu, co w ich języ­ku ozna­cza­ło chy­ba mi­ło­ść. Żan­na za­wsze mia­ła wra­że­nie, że kie­dy tyl­ko przy­będą wszy­scy za­pro­sze­ni, las za­pla­ta za nimi ko­na­ry, żeby ukryć ich pod swo­istą ko­pu­łą. Wil­cy w bla­sku ognia pre­zen­to­wa­li się zu­pe­łnie ina­czej niż za dnia, ta­ńczące świa­tło ognia wy­do­by­wa­ło z ich twa­rzy ja­kąś gro­zę, nie­do­strze­gal­ną na co dzień. Za­wie­rza­li wte­dy in­stynk­to­wi, mie­sza­li piwo z bie­lu­niem dzi­ędzie­rza­wą, aby wpro­wa­dzić się w stan psy­cho­tycz­ny. Żan­na spró­bo­wa­ła kie­dyś za­le­d­wie kil­ku kro­pel i od­pły­nęła w nie­zbyt przy­jem­ny spo­sób. Za­pa­mi­ęta­ła po­czu­cie dez­orien­ta­cji, wie­dzia­ła, że dręczy­ły ją wi­zje, ale jako że sko­po­la­mi­na po­wo­du­je amne­zję, więc nie­wie­le za­pa­mi­ęta­ła. Z tego, co wie­dzia­ła, Wil­cy re­ago­wa­li na nią w zu­pe­łnie inny spo­sób i tak wła­śnie wy­ja­śni­ła jej to Dzie­wan­na, gdy Żan­na za­py­ta­ła, skąd taka ró­żni­ca w do­zna­niach.

– Pa­mi­ętaj, że Wil­cy to inne niż lu­dzie isto­ty. Nie zna­my do ko­ńca ich po­cho­dze­nia, zro­dzi­li się gdzieś w toku ewo­lu­cji, gdy czło­wiek żył bli­sko z wil­kiem. – Spoj­rza­ła zna­cząco na Żan­nę, a ta się za­ru­mie­ni­ła. –Wil­ko­ła­ki to ly­kan­tro­py, zmien­no­kszta­łt­ni, Wil­cy nie mają dwóch po­sta­ci, a jed­ną. Wil­ko­ła­ki to isto­ty ob­ci­ążo­ne klątwą, pod­czas gdy Wil­cy wy­kszta­łci­li się jako osob­na rasa.

Żan­na nie do ko­ńca to ro­zu­mia­ła, ale nie chcia­ła do­py­ty­wać, bo Dzie­wan­na szyb­ko tra­ci­ła cier­pli­wo­ść. Pew­nych rze­czy i tak nie dało się po­jąć, po pro­stu na­tu­ra stwo­rzy­ła coś nie­wy­tłu­ma­czal­ne­go i le­piej było nie do­cie­kać. Żan­na zna­la­zła o wil­ko­ła­kach spo­ro in­for­ma­cji, tak samo jak o wam­pi­rach iin­nych dzi­wa­dłach i świ­ęcie wie­rzy­ła w ich ist­nie­nie. Wil­cy sta­no­wi­li ta­jem­ni­cę i chy­ba nie na­tra­fi­ła na nich w po­pkul­tu­rze.

– Wil­cy chro­nią swo­ją pry­wat­no­ść – po­wie­dzia­ła Dzie­wan­na. – Ich po­cho­dze­nie jest dość kon­tro­wer­syj­ne i boją się ostra­cy­zmu. Ła­two ko­goś osądzać, cho­ciaż już od daw­na ża­den z nich nie łączył się z czło­wie­kiem. Ist­nie­ją już jako osob­na jed­nost­ka.

– Ro­zu­miem.

Wie­dzia­ła prze­cież, jak lu­dzie po­tra­fi­li nisz­czyć. Czy­ta­ła o ple­mio­nach daw­nej Ame­ry­ki, o rdzen­nych miesz­ka­ńcach wy­tępio­nych do cna przez bia­łe­go czło­wie­ka. Nie zo­sta­ło wie­le ‒ wy­trze­bio­ne tra­dy­cje, ubiór, wie­rze­nia. Zo­sta­li ska­za­ni na za­gła­dę tyl­ko dla­te­go, że ktoś czuł się od nich lep­szy, że po­sta­no­wił ich ucy­wi­li­zo­wać, co­kol­wiek to zna­czy­ło. Bia­li, jak po­dej­rze­wa­ła Żan­na, bali się in­no­ści. Uwa­ża­li In­dian za dzi­ku­sów, mimo że to byli mądrzy lu­dzie, osa­dze­ni wswo­jej kul­tu­rze. To Eu­ro­pej­czy­cy oka­za­li się bez­dusz­ny­mi ko­lo­ni­za­to­ra­mi. Po­dob­nie zresz­tą dzia­ło się w Afry­ce, któ­ra też sta­ła się ofia­rą za­pędów „cy­wi­li­zo­wa­nych” lu­dzi. I oczy­wi­ście sze­rzo­na jest re­li­gia, we­dług nie­któ­rych je­dy­na słusz­na, chrze­ści­ja­ńska. Żan­nę bo­la­ło ser­ce na myśl o tym, ile znik­nęło ze świa­ta bóstw i bo­żków. Dzie­wan­na tłu­ma­czy­ła jej kie­dyś, że kie­dy lu­dzie prze­sta­ją wie­rzyć, oni zni­ka­ją, roz­pły­wa­ją się w po­wie­trzu. Dla­te­go tak dba­ła o Dzie­wi­ce i swój kult, dla­te­go cie­szy­ła się, że pra­bab­ka Że­li­sła­wa zgo­dzi­ła się na klątwę, po­nie­waż do­pó­ki żyła ja­ka­kol­wiek cór­ka z jej rodu, ktoś wie­rzył w bo­gi­nię. Ato da­wa­ło jej nie­śmier­tel­no­ść. Zresz­tą po­dob­nie było z chłop­ca­mi od­da­wa­ny­mi pod opie­kę ru­sa­łek, do lasu, w któ­rym rządzi­ła.

Ock­nęła się z za­my­śle­nia, kie­dy Ża­kli­na jęk­nęła. Nie prze­bu­dzi­ła się jesz­cze, ale to mia­ło się zmie­nić, więc Żan­na po­szła za­mie­szać kle­ik ku­ku­ry­dzia­ny. Ro­sół de­li­kat­nie pyr­kał na pie­cu, nie do­kła­da­ła dużo do ognia, żeby zupa się nie za­go­to­wa­ła, po­win­na do­cho­dzić do sma­ku po­wo­li. W kuch­ni za­sta­ła mat­kę nad kub­kiem me­li­sy, wpa­trzo­ną gdzieś w dal. Często się tak za­wie­sza­ła, wspo­mnia­ła ży­cie w mie­ście i pod­jęte de­cy­zje, pra­wie wszyst­kie błęd­ne. Nie­wie­le o tym roz­ma­wia­ły, ale Żan­na wie­dzia­ła, że mat­ka kie­dyś pęk­nie i to ona sta­nie się jej po­wier­nicz­ką, choć tego nie chcia­ła.

– Co znią zro­bisz? – za­py­ta­ła, kie­dy cór­ka za­częła mie­szać kle­ik.

– Nie wiem.

– Nikt obcy nie po­wi­nien tu zo­sta­wać. Boję się o dziew­czyn­ki… – Ży­wia za­wie­si­ła głos, a Żan­na po­my­śla­ła, że mat­ka nie po­win­na się bać ob­cej, a swo­jej naj­star­szej cór­ki.

Dziew­czy­na po­czu­ła zło­ść, że mat­ka su­ge­ru­je jej wy­rzu­ce­nie Ża­kli­ny. Nie mia­ła za­mia­ru tego ro­bić, po­win­na jej po­móc, czu­ła, że ta ko­bie­ta zmie­ni wie­le w jej ży­ciu, że nie tra­fi­ła na nią przy­pad­kiem. Za­mie­rza­ła słu­chać swo­jej in­tu­icji, tak jak uczy­ła ją Dzie­wan­na.

– Ona jest go­ściem – po­wie­dzia­ła twar­do i do­da­ła, pa­trząc mat­ce w oczy: – Po­dob­nie jak ty.

– No tak, po­win­nam znać swo­je miej­sce. – Mat­ka wy­krzy­wi­ła usta.

– To wła­śnie mia­łam na my­śli.

Wy­szła do po­ko­ju, nie­za­do­wo­lo­na z tej wy­mia­ny zdań. Nie mia­ła po­jęcia, czy Ża­kli­na w ogó­le będzie chcia­ła zo­stać. Na pew­no ona, Żan­na, nie chcia­ła­by po­wro­tu ko­bie­ty do opraw­cy, mu­sia­ła się ko­niecz­nie do­wie­dzieć, co się wy­da­rzy­ło. Nie­zna­jo­ma nie spa­ła, usia­dła i opa­tu­li­ła się ko­łdrą, jak­by ta mo­gła ją przed czym­kol­wiek ochro­nić. Jej oczy na­dal błysz­cza­ły go­rącz­ką iwy­da­wa­ły się ogrom­ne w wy­chu­dłej, po­si­nia­czo­nej twa­rzy. Żan­na po­de­szła ostro­żnie, tak jak to ro­bi­ła, kie­dy chcia­ła zbli­żyć się do sar­ny bądź za­jąca, usia­dła na brze­gu łó­żka i bez sło­wa po­da­ła mi­skę nie­zna­jo­mej. Ta wzi­ęła ją ostro­żnie, po­wącha­ła.

– Nic spe­cjal­ne­go, kle­ik ku­ku­ry­dzia­ny, któ­ry za­pe­łni ci żo­łądek. Zo­ba­czy­my, czy będziesz mo­gła zje­ść ro­sół.

– Nie je­stem głod­na.

– Za­pew­ne tak ci się wy­da­je, ale twój or­ga­nizm musi się zre­ge­ne­ro­wać. Pew­nie po po­bi­ciu wy­mio­to­wa­łaś? – Ża­kli­na ski­nęła gło­wą. – No wła­śnie. Na­pój z po­krzy­wy i ma­lin się przy­jął, więc i kle­ik po­wi­nien dać radę. Pó­źniej do­sta­niesz ro­so­łu z aj­lau­fem, a na­stęp­nie, je­śli będziesz do­brze się czuć, ugo­to­wa­ne mi­ęso z kury. Poza tym będzie­my poić cię zio­ła­mi.

– Je­steś ja­kąś cza­ro­dziej­ką? – za­py­ta­ła zlęk­nio­na ko­bie­ta. Wło­ży­ła ły­żkę do ust i się skrzy­wi­ła, Żan­na do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­ła, że bra­ku­je jej kil­ku zębów.

– Nie.

– Zio­ła to dzie­ło sza­ta­na.

– Ra­czej Boga, bym po­wie­dzia­ła, wko­ńcu On stwo­rzył wszyst­ko, co na Zie­mi. Ro­śli­ny to naj­lep­sze, co nam dał, na­praw­dę, po­win­ni­śmy czer­pać z tego do­bro­dziej­stwa, za­miast je nisz­czyć. Sza­łwia po­mo­że ci na rany w ustach, dzia­ła prze­ciw­grzy­bi­czo, prze­ciw­za­pal­nie oraz prze­ciw­bak­te­ryj­nie. Zwi­ęk­szy też se­kre­cję so­ków żo­łąd­ko­wych, po­zbędziesz się ga­zów.

– Je­steś obrzy­dli­wa! O ta­kich rze­czach się nie roz­ma­wia – sko­men­to­wa­ła Ża­kli­na i za­mil­kła, jak­by coś so­bie uświa­do­mi­ła. – To nie są moje prze­ko­na­nia, nie moje sło­wa, wtło­czo­no mi je w gło­wę.

– Tak wła­śnie my­śla­łam, że nie je­steś taka. – Żan­na się uśmiech­nęła. – Ktoś cię po pro­stu stłam­sił.

– Nie wiem. Nie po­win­nam tak mó­wić.

– Je­steś krnąbr­na, hm? Bun­tow­nicz­ka. Nie umie­ją cię usta­wić pod swo­je wi­dzi­mi­się?

– Nie do ko­ńca. – Wes­tchnęła ko­bie­ta. – Tak na­praw­dę oto cały pro­blem. Oj­ciec mnie prał, ile wle­zie, mat­ka stra­szy­ła pie­kłem, a ja na­dal się temu opie­ra­łam jak ja­kaś głu­pia. Wi­dzia­łam, ja­kie ży­cie mają inne dziew­czy­ny. Czy­ta­łam po kry­jo­mu w bi­blio­te­ce, roz­ma­wia­łam z na­uczy­ciel­ka­mi, otwo­rzy­ły przede mną ho­ry­zon­ty. Chcia­ły ra­to­wać, ale ni­g­dy nie zna­la­zły do­wo­dów na ojca. Mat­ka za­prze­cza­ła, kie­dy pró­bo­wa­ły de­li­kat­nie wy­py­tać o prze­moc, choć prze­cież nie za­wsze dało się ukryć si­nia­ki.

– Więc po­sta­no­wił wy­dać cię za mąż? – do­my­śli­ła się Żan­na.

– Askąd. – Ża­kli­na mach­nęła ręką. Zja­dła kle­ik i pu­sta mi­ska le­ża­ła te­raz na jej ko­la­nach. – Za­ko­cha­łam się, śle­po i mło­dzie­ńczo. Wy­pe­łnio­na ma­rze­nia­mi wie­rzy­łam, że ten czło­wiek zmie­ni moje ży­cie na lep­sze, ale oka­za­ło się pó­źniej, że po pierw­sze, mój oj­ciec go pod­sta­wił, a po dru­gie, że to taki sam okrop­ny typ jak ta­tuś. Wzi­ęli mnie na dwa baty, jak to okre­śli­li. I to do­słow­nie, bo skręci­li so­bie ta­kie ró­zgi z ple­cio­nych rze­mie­ni.

– A mat­ka…? – Żan­nie le­d­wo to sło­wo prze­szło przez gar­dło. – Nie ob­cho­dzi­ło jej to?

– Zna­ła za­pach i smak bata – wy­ja­śni­ła ze skrzy­wie­niem ust. – Za­my­ka­ła więc oczy, żeby też nie obe­rwać. Nie dzi­wię się jej.

– I ucie­kłaś? – za­gad­nęła Żan­na.

Ści­ska­ło jej się gar­dło, kie­dy słu­cha­ła opo­wie­ści Ża­kli­ny. Mia­ła ocho­tę po­chy­lić się i ją przy­tu­lić, ale się nie od­wa­ży­ła, bo ko­bie­ta na ka­żdy gwa­łtow­ny ruch re­ago­wa­ła zprze­stra­chem.

– Nie. Kie­dy po­ro­ni­łam wy­cze­ki­wa­ne­go „dzie­dzi­ca”, po­bił mnie i wy­wió­zł, że­bym zde­chła, jak to okre­ślił.

– Mam na­dzie­ję, że nie wró­cisz.

Ża­kli­na sku­li­ła się wy­stra­szo­na.

– Po­win­nam. Mama jest cho­ra, będzie się mar­twić.

– Mó­wisz o ko­bie­cie, któ­ra zo­sta­wi­ła cię na pa­stwę losu? – skon­tro­wa­ła roz­pa­lo­na na­głym gnie­wem Żan­na.

– O ma­mie. Prze­cież wiesz, że to ktoś wy­jąt­ko­wy.

– No wła­śnie nie. – Żan­na zmarsz­czy­ła brwi i spo­chmur­nia­ła.

– Prze­cież two­ja mama to do­bry czło­wiek – sko­men­to­wa­ła Ża­kli­na.

– Uwa­żasz tak po tych kil­ku mi­nu­tach kon­tak­tu z nią? – Na­pa­dła nie­co na nią, aż ta cof­nęła się zlęk­nio­na. – Nic nie wiesz o mo­jej mat­ce! Zo­sta­wi­ła mnie, sprze­da­ła za szczęście swo­je­go ko­cha­ne­go syn­ka, któ­re­go i tak znisz­czy­ła. Wy­cho­wa­łam się w le­sie, wśród ru­sa­łek, jak ja­kaś dzi­ku­ska. Przy­ja­źni­łam się z Le­szym, bo nie mia­łam in­nych przy­ja­ciół, a na pew­no żad­nych ludz­kich.

– Co ty mó­wisz? – Ża­kli­na wy­ra­źnie po­bla­dła.

Żan­na się spło­szy­ła. Nie chcia­ła zdra­dzać ta­jem­nic, ale wy­szło to na­tu­ral­nie, w ko­ńcu wszy­scy, z któ­ry­mi się sty­ka­ła, zna­li je w mniej­szym czy wi­ęk­szym stop­niu. Si­ęgnęła po mi­skę, pra­wie wy­rwa­ła ją z rąk ko­bie­ty, i ucie­kła do kuch­ni. Chcia­ło jej się pła­kać.

Roz­dział 5.

Żan­na z nie­chęcią za­uwa­ży­ła, że mat­ka sie­dzi w kuch­ni i ce­ru­je. Uwiel­bia­ła to ro­bić, dro­bić ście­gi na zdar­tych skar­pet­kach, two­rzyć mi­ni­dzie­ła, cho­ciaż nie było ni­ko­go, kto by to do­ce­niał. Żan­na za­sta­na­wia­ła się, czy jej oj­ciec to ro­bił, i na­gle za­pra­gnęła po­znać całą praw­dę o nim. Nie chcia­ła jed­nak py­tać, nie mia­ła ocho­ty na roz­mo­wę z Ży­wią, cho­ćby ją skręca­ło z cie­ka­wo­ści. Nie­ste­ty, mat­ka mia­ła chy­ba inne pla­ny, bo odło­ży­ła nici, sta­ran­nie scho­wa­ła igłę do pu­de­łka, zwi­nęła na­pra­wio­ne skar­pet­ki w kul­kę i zdjęła oku­la­ry. Po­pa­trzy­ła na nią zmęczo­nym wzro­kiem, prze­ta­rła pal­ca­mi oczy.

– Nie wiem, po co to ro­bisz – za­ata­ko­wa­ła Żan­na, za­nim mat­ka zdąży­ła się ode­zwać. – Mo­żna ku­pić nowe za gro­sze.

– Nie sądzi­łam, że Dzie­wan­na na­uczy cię roz­rzut­no­ści – za­opo­no­wa­ła gorz­ko Ży­wia. – My mu­sia­ły­śmy dbać o rze­czy, mama mnie tego na­uczy­ła.

– Oczy­wi­ście – zgo­dzi­ła się nie­chęt­nie i skrzy­wi­ła usta. – Sła­wet­na Ża­ne­ta, któ­ra po­ci­ągnęła klątwę, za­miast ją za­ko­ńczyć. Zresz­tą tak samo jak ty.

Żan­na wes­tchnęła głębo­ko, zmęczo­na. Mia­ła dość tego dnia, emo­cji, pła­czu dziew­czy­nek, roz­mo­wy z Ża­kli­ną. Na­gle wo­kół niej za­ro­iło się od lu­dzi, a ona prze­cież tak ce­ni­ła so­bie spo­kój. Bra­ko­wa­ło jej dni wy­pe­łnio­nych pra­cą – te­raz zwie­rzęta opo­rządza­ła Ży­wia – go­to­wa­nia obia­dów, le­ni­wych po­po­łud­ni z ksi­ążką, spa­ce­rów po le­sie. Wil­cy nie pod­cho­dzi­li zbyt bli­sko, od­kąd za­miesz­ka­ła u niej mat­ka i sio­stry, a gdy po­ja­wi­ła się Ża­kli­na, nie sły­sza­ła na­wet ich wy­cia. Może nie zwra­ca­ła uwa­gi, za­an­ga­żo­wa­na w roz­mo­wę z ko­bie­tą. A może po pro­stu ode­szli w inną część lasu. Nie po­tra­fi­ła znie­ść wy­cze­ku­jące­go wzro­ku mat­ki, kwi­le­nia dziew­czy­nek, tego ca­łe­go roz­gar­dia­szu: ty­ka­jące­go ze­ga­ra, bul­go­czącej zupy, mru­cze­nia pie­ca, pod któ­rym bu­zo­wał ogień. Chcia­ła krzy­czeć, ze­rwa­ła się więc i ucie­kła. Zrzu­ci­ła pan­to­fle, po­gna­ła pro­sto w naj­mrocz­niej­szą knie­ję. Na­wet ona rzad­ko się tam za­pędza­ła, nie­co oba­wia­ła się tego miej­sca, gdzie zmur­sza­łe drze­wa okry­te mchem i ziel­skiem wy­gląda­ły jak uśpio­ne ol­brzy­my. Pach­nia­ło tu sta­ro­ścią, tak przy­naj­mniej ko­ja­rzy­ło się Żan­nie. Ta­jem­ni­cą. To tu­taj gdzieś miesz­kał Le­szy, jed­nak ni­g­dy nie od­na­la­zła jego le­go­wi­ska. Po­dob­no by­wa­ły tu cza­sa­mi dria­dy i dru­idzi z cel­tyc­kich stron, wen­di­go z da­le­kiej Ame­ry­ki, der Wil­de­mann z Nie­miec, vile z Ba­łka­nów i inne stwo­rze­nia, rów­nie wspa­nia­łe jak ru­sa­łki. Dzie­wan­na uwiel­bia­ła go­ści, jed­nak kry­ła ich przed nie­po­żąda­nym wzro­kiem. Choć lu­dzie i tak by nie uwie­rzy­li, Żan­na śle­dzi­ła nor­mal­ny świat, pa­trzy­ła zza szyb­ki, jak bar­dzo stał się dziw­ny, jak kwe­stio­no­wa­na jest ka­żda praw­da. Od­cho­dzi­ła po­wo­li w za­po­mnie­nie wia­ra w nad­przy­ro­dzo­ne isto­ty, chy­ba że jako cie­ka­wost­ka. Na­wet Buka, uwiel­bia­na przez wszyst­kich po­stać wy­kre­owa­na przez pi­sar­kę i po­wo­ła­na do ży­cia przez wia­rę ty­si­ęcy dzie­ci. Na szczęście Mu­min­kom, tym okrop­nym, przy­po­mi­na­jącym moz­za­rel­lę stwo­rze­niom, się nie uda­ło. Jed­nak strach czy­nił naj­wi­ęk­sze rze­czy, i tak na­praw­dę Ko­ściół miał w tym ra­cję.

– Bie­gasz jak sza­lo­na. – Usły­sza­ła za sobą, więc sta­nęła.

Na­wet nie wie­dzia­ła, że aż tak bar­dzo jest zdy­sza­na. Opa­rła dło­nie na bio­drach i wy­rów­ny­wa­ła od­dech, pa­trząc z uko­sa na Dzie­wan­nę, a ta jak­by ni­g­dy nic gła­dzi­ła grot strzał. Uwiel­bia­ła tę broń, o czym naj­le­piej prze­ko­na­ła się bab­ka Ża­ne­ta.

– Zbu­dzi­łaś chy­ba wszyst­kie zwie­rzęta, aż Le­szy po­pro­sił o po­moc, bo bał się do cie­bie za­ga­dać. Wy­gląda­łaś jak fu­ria, wcie­le­nie wku­rze­nia. Co cię tak ugry­zło? Chy­ba nie Ży­wia?

– Nie wiem – burk­nęła w od­po­wie­dzi.

Wy­dęła usta, a Dzie­wan­na się za­śmia­ła. Żan­na usia­dła na pniu, bo­gi­ni przy­sia­dła obok, i Żan­na po­czu­ła się z tym do­brze.

– Po­ja­wi­ła się w le­sie taka jed­na ko­bie­ta – wy­ja­śni­ła nie­chęt­nie. Mó­wie­nie o Ża­kli­nie wy­da­wa­ło jej się zdra­dą, cho­ciaż to prze­cież ir­ra­cjo­nal­ne. – Jest… po­tur­bo­wa­na. Mąż ją tak urządził i nie wiem, co ci jesz­cze po­wie­dzieć.

– Wiem o niej, przede mną nic się nie ukry­je – od­po­wie­dzia­ła bo­gi­ni. – My­śla­łam, że umrze, wy­da­wa­ła się tak sła­ba.

– Też tak my­śla­łam, a jed­nak. – Żan­na uśmiech­nęła się ra­do­śnie. – Wy­gląda­ła go­rzej, ale to sil­na oso­ba.

– Nie wiem, czy może zo­stać – stwier­dzi­ła Dzie­wan­na. – Mąż będzie szu­kać cia­ła. Poza tym wy­czu­wam jej sil­ną wia­rę, okrut­nie cuch­nie.

– Jest tak wy­cho­wa­na, ale mam wra­że­nie, że szu­ka swo­jej dro­gi – od­pa­rła Żan­na. – Pew­nie mo­gła­by się na­wró­cić.

– Wiesz, że nie ro­bi­my nic na siłę. Wy­ko­rze­nić tak sil­nie wpo­jo­ne praw­dy jest trud­no, nie po­dej­muj się tego. Masz chy­ba wa­żniej­sze spra­wy, nie sądzisz?

– Mat­kę? – prych­nęła Żan­na.

– Sio­stry ra­czej – po­pra­wi­ła ją bo­gi­ni. – To one cię dręczą. Nie śpisz po no­cach, cza­sa­mi wy­jesz, prze­cież cię sły­szę. Wil­cy mi do­no­szą, że pła­czesz do mie­si­ącz­ka.

– Jak mo­gła­bym za­bić wła­sne sio­stry? – za­py­ta­ła. – Ży­wia tego nie prze­ży­je.

– Prze­ży­je. – Dzie­wan­na uśmiech­nęła się dra­pie­żnie, aż Żan­nę prze­sze­dł dreszcz.

– Do­my­ślam się, ale jed­nak nie by­ło­by to do­bre ży­cie.

– Żad­na z rodu go nie mia­ła. Ty jako pierw­sza zy­ska­łaś tę szan­sę, ale cóż, Ży­wia po­krzy­żo­wa­ła ci szy­ki. Chy­ba że… – Bo­gi­ni za­wie­si­ła głos i Żan­na spoj­rza­ła na nią uwa­żnie.

W oczach nie ztego świa­ta do­strze­ga­ła coś, co przy­pra­wia­ło ją o ciar­ki. Ja­kąś ta­jem­ni­cę, któ­rej jej umy­sł nie po­tra­fił po­jąć.

– Wiem.

Wsta­ła i ru­szy­ła truch­tem. Dręczy­ło ją coś, gry­zło od środ­ka i wca­le nie mia­ło to zwi­ąz­ku z bli­źniacz­ka­mi. Jej ży­cie prze­sta­ło być miłe i wy­god­ne, nie wie­dzia­ła, co da­lej. Do tej pory mia­ła skry­sta­li­zo­wa­ne pla­ny, ale ru­nęły one przez przy­by­cie Ży­wii i dziew­czy­nek, a te­raz ta­kże Ża­kli­ny. Pra­gnęła ze wszyst­kich sił swo­jej sa­mot­no­ści.

– Dzie­wecz­ko… – za­śpie­wał Le­szy:

Słu­chaj dzie­wecz­ko!

— Ona nie słu­cha. —

To dzień bia­ły! to mia­stecz­ko!

Przy to­bie nie ma ży­we­go du­cha,

Co tam wko­ło sie­bie chwy­tasz?

Kogo wo­łasz, z kim się wi­tasz?

— Ona nie słu­cha. —

To jak mar­twa opo­ka

Nie zwró­ci w stro­nę oka.

To strze­la wko­ło oczy­ma,

To się łza­mi za­le­je,

Coś niby chwy­ta, coś niby trzy­ma,

Roz­pła­cze się i za­śmie­je.

— „Ty­żeś to w nocy? to ty Ja­sie­ńku!

Ach! i po śmier­ci ko­cha!

Tu­taj, tu­taj, po­ma­le­ńku,

Cza­sem usły­szy ma­co­cha!…

Niech so­bie sły­szy… już nie ma cie­bie,

Już po two­im po­grze­bie!

Ty już uma­rłeś? Ach! ja się boję!…

Cze­go się boję, mego Ja­sie­ńka?

Ach, to on! lica two­je, oczki two­je!

Two­ja bia­ła su­kien­ka!

I sam ty bia­ły jak chu­s­ta,

Zim­ny… ja­kie zim­ne dło­nie!

Tu­taj po­łóż, tu na ło­nie,

Przy­ci­śnij mnie, do ust usta!…

Ach, jak tam zim­no musi być w gro­bie!

Uma­rłeś, tak, dwa lata!

Weź mię, ja umrę przy to­bie,

Nie lu­bię świa­ta.

Źle mnie w złych lu­dzi tłu­mie:

Pła­czę, a oni szy­dzą;

Mó­wię, nikt nie ro­zu­mie:

Wi­dzę, oni nie wi­dzą!

Śród dnia przyj­dź kie­dy…

To może we śnie?

Nie, nie… trzy­mam cie­bie w ręku,

Gdzie zni­kasz, gdzie mój Ja­sie­ńku?

Jesz­cze wcze­śnie, jesz­cze wcze­śnie!

Mój Boże! kur się od­zy­wa,

Zo­rza bły­ska w okien­ku.

Gdzie zni­kłeś! ach! stój Ja­sie­ńku!

Ja nie­szczęśli­wa!” —

Tak się dziew­czy­na z ko­chan­kiem pie­ści,

Bie­ży za nim, krzy­czy, pada;

Na ten upa­dek, na krzyk bo­le­ści,

Sku­pia się lu­dzi gro­ma­da.

„Mów­cie pa­cie­rze!” — krzy­czy pro­sto­ta —

„Tu jego du­sza być musi.

Ja­sio być musi przy swej Ka­ru­si,

On ją ko­chał za ży­wo­ta!”

I ja to sły­szę, ija tak wie­rzę,

Pła­czę i mó­wię pa­cie­rze.

— „Słu­chaj dzie­wecz­ko!” — krzyk­nie śród zgie­łku

Sta­rzec, i na lud za­wo­ła:

„Ufaj­cie memu oku i szkie­łku,

Nic tu nie wi­dzę do­ko­ła.

— Du­chy kar­czem­nej two­rem ga­wie­dzi,

W głup­stwa wy­wa­rzo­ne ku­źni;

Dziew­czy­na duby sma­lo­ne bre­dzi,

A gmin ro­zu­mo­wi blu­źni”.

„Dziew­czy­na czu­je, — od­po­wia­dam skrom­nie —

A ga­wie­dź wie­rzy głębo­ko:

Czu­cie i wia­ra sil­niej mówi do mnie,

Niż mędr­ca szkie­łko i oko.

Mar­twe znasz praw­dy, nie­zna­ne dla ludu,

Wi­dzisz świat w prosz­ku, w ka­żdej gwiazd iskier­ce;

Nie znasz prawd ży­wych, nie oba­czysz cudu!

Miej ser­ce i pa­trzaj w ser­ce!”

– Jak zwy­kle nie ro­zu­miem, co chcesz mi prze­ka­zać – na­bur­mu­szy­ła się Żan­na.

– Dla­te­go, że jak ta dzie­wecz­ka… nie słu­chasz. Ale i tak naj­wa­żniej­sze prze­sła­nie to: „miej ser­ce ipa­trzaj w ser­ce”. – Le­szy pod­sze­dł bli­żej, do­tknął jej po­licz­ka zmur­sza­łą, sta­re­ńką dło­nią. Cza­sa­mi mia­ła wra­że­nie, że jego pal­ce kie­dyś roz­sy­pią się w kon­tak­cie z jej skó­rą. – Pa­mi­ętaj, że Dzie­wan­na to bo­gi­ni, chce za­wsze naj­le­piej dla sie­bie, nie­ko­niecz­nie dla czło­wie­ka.

– O cie­bie dba.

– Bom jest du­szą jej kniei. Le­szy za­wsze jest po­wo­ły­wa­ny wła­śnie po to, wraz z nim zgi­nie las, zwie­rzęta, ochro­na. Je­stem sta­re­ńki i pew­nie my­ślisz, że na skra­ju ży­wo­ta, ale pły­ną we mnie soki, o któ­rych nie masz po­jęcia. 

Sło­wa prze­czy­ły temu, co mó­wi­ło to dziw­ne, skrzy­pi­ące ni­czym drze­wo pod na­po­rem wia­tru cia­ło. Oczy jed­nak miał żywe nad wy­raz, zie­lo­ne jak mło­de li­ście, co wy­gląda­ło nie­sa­mo­wi­cie w twa­rzy po­ro­śni­ętej pa­pro­cia­mi i ma­ły­mi grzyb­ka­mi. Zjego wzro­ku prze­bi­ja­ła mądro­ść. Po­tra­fił być strasz­ny, wi­dzia­ła go kie­dyś, kie­dy prze­go­nił z lasu kłu­sow­ni­ków. Wy­da­wał się wte­dy po­tężny ni­czym dąb, sil­ny jak nie­dźwie­dź i prze­ra­ża­jący jak wil­ki. Ota­cza­ły go cie­nie, aura ni­czym z hor­ro­rów, i Żan­na mia­ła pew­no­ść, że mężczy­źni ni­g­dy nie wró­cą do ich lasu. Być może ni­g­dy nie wej­dą już do ni­cze­go, co go przy­po­mi­na. Mia­ła taką na­dzie­ję, po­nie­waż oka­le­czo­ne przez nich zwie­rzęta cier­pia­ły dłu­go i nie­po­trzeb­nie. Otrząsnęła się z tych my­śli, kie­dy Le­szy za­mru­czał ko­ły­san­kę. Usia­dła obok i wtu­li­ła się w cie­pły bok, od­dy­cha­jący, bi­jący rów­no ni­czym ser­ce. Za­snęła, na­wet nie wie­dzia­ła, kie­dy.