Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Żanna pochodzi z rodu, który przed laty zawarł pakt z Dziewanną, boginią lasów i dzikiej przyrody. Pakt ów mówi, że jeśli matka doczeka się potomka, może zostawić przy sobie tylko dziewczynkę – syna musi oddać bogini w ofierze. Ale Żanna nie zamierza mieć dzieci, w jej życiu ważniejsze od mężczyzn są kobiety. Tym samym wydaje się, że umowa wreszcie wygaśnie. Okazuje się jednak, że los (a może bogini?) ma inne plany. Mimo zaawansowanego wieku matka Żanny ponownie zachodzi w ciążę i na świecie pojawiają się bliźniaczki. Czyżby pakt z Dziewanną miał obowiązywać przez kolejne pokolenia?
Jaka przyszłość czeka związek Żanny z uratowaną przed śmiercią Żakliną? A może jej miejsce zajmie wyrozumiała Simona? Co spotka Zytę i Zofię, młodsze siostry Żanny?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 245
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja: Katarzyna Zioła-Zemczak
Skład i korekta: baturo.pl
Projekt okładki: Maciej Pieda
Ilustracje na okładce: FreePik.Premium
Wydanie I
© Copyright for the text, cover and layout by Wydawnictwo Dragon PL Sp. z o.o.
Bielsko-Biała 2026
Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Odniesienia do realnych osób, wydarzeń i miejsc są zabiegiem czysto literackim. Pozostali bohaterowie, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.
Wydawnictwo Dragon PL Sp. z o.o.
ul. 11 Listopada 60-62
43-300 Bielsko-Biała
www.wydawnictwo-dragon.pl
ISBN 978-83-8274-639-6
Wyłączny dystrybutor:
TROY-DYSTRYBUCJA PL Sp. z o.o.
Aleja Jana Pawła II 27
00-867 Warszawa
tel. 795 159 275
Zapraszamy na zakupy: www.fabulo.com.pl
Znajdź nas na Facebooku: www.facebook.com/wydawnictwodragon
Rozdział 1.
Zyta i Zofia. Żanna nie sądziła, że matka urodzi dziecko, a co dopiero dwoje. Jeszcze mniej spodziewała się jej w dniu porodu w domu, który teraz zajmowała ona, Żanna. Sądziła, że życie matki po tym, jak ją zostawiła, stało się idealne – takie, jak sobie wymarzyła. To, że stanęła w jej progu w takim momencie… Żannę zdziwiło i zaskoczyło. Ale przecież Dziewanna powtarzała przez całe jej życie, że doczeka momentu, kiedy będzie mogła matce pokazać drzwi i ją wygnać. I ona na to czekała. Musiała przyznać, że w głębi duszy odliczała dni, kiedy będzie mogła to zrobić. Nie spodziewała się jednak, że Żywia pojawi się ciężarna, a tak właściwie to podczas akcji porodowej. Nie wypełniała jej aż taka podłość, by w takiej chwili odmówić pomocy, zresztą sądziła, że właśnie dlatego matka wybrała taki moment. Musiała jakoś skruszyć odtrąconą córkę, zmiękczyć zatwardziałe serce. Ale przecież Żywia w ogóle jej nie znała, nie miała pojęcia, co Żanna nosi w duszy. To wiedziała tylko ona i Dziewanna. Tak naprawdę to boginię mogła nazwać matką, tej obcej kobiety nie potrafiła tak określić nawet w myślach.
A jednak, nieco wbrew sobie, pozwoliła im zostać. Dziewanna uczyła ją zawsze, że należy ufać intuicji, a ta podpowiadała, że ze względu na bliźniaki powinna zrobić to, co zrobiła. Kiedy dzieci zasnęły, a ona oporządziła (co za brzydkie słowo, ale takie właśnie przychodziło jej na myśl) matkę, wybiegła do lasu mimo późnej pory. Zwierzęta ją znały, podobnie jak Wilcy, więc nie musiała się obawiać. Zresztą nie miała zamiaru za bardzo się oddalać, a na wizytę u rusałek nie miała ochoty. Tak naprawdę szukała Dziewanny. Na szczęście natrafiła na boginię, która odpoczywała ze swoimi chartami na polance skrzętnie ukrytej wśród kniei. Żanna wiedziała, że bogini kocha to miejsce, swoiste serce lasu.
– A więc jednak masz miękką duszyczkę – zauważyła Dziewanna, ale Żanna nie wyczuła w jej głosie złości ani drwiny.
Ot, stwierdzenie faktu. Bogini w ogóle na nią nie patrzyła, szukała wzrokiem czegoś dla Żanny niedosięgłego. Charty węszyły, gdzieś rozległo się wycie wilków i Żannę przeszedł dreszcz.
– Miało być tak, że na mnie skończy się ród – powiedziała chłodno i usiadła obok bogini. Po tylu latach wiedziała, że może sobie na to pozwolić. – Tak się umawiałyśmy. Że nie znajdę mężczyzny i umrę bezdzietnie, a ty zabijesz Żywię.
– Nie sądziłam, że twoja matka i Sieciech jeszcze się spotkają – westchnęła bogini. – Że się ośmielą znów zbliżyć, że on nie zwariuje z tęsknoty za rusałkami. Ludzie są skomplikowani… – Urwała i głęboko nabrała powietrza.
– Uwolnisz bliźniaczki od klątwy? – zapytała Żanna, ale Dziewanna pokręciła głową.
– Umawiałam się tylko z tobą. Żywia jest nierozsądna, że zaciążyła, nieodpowiedzialna jak zawsze. Cud, że dziewczynki są zdrowe, w końcu pieprzyła się z bratem. I to świadomie.
Żanna wzdrygnęła się i bogini to zauważyła. Spojrzała na nią z ukosa i uśmiechnęła się blado.
– Ciebie spłodziła z kimś innym, bez obaw.
– Co więc będzie z Zytą i Zofią?
– Zakochają się, urodzą dzieci. Ja dostanę chłopców, a dziewczyny pójdą w świat, niosąc ze sobą brzemię. Twoje poświęcenie jest na nic, Żanno, możesz kochać ile wlezie. I rodzić. – Bogini uniosła znacząco brew.
Żanna prychnęła. Nigdy nie interesowali jej mężczyźni i raczej wątpiła, by miało się to zmienić. Może wynikało to z tego, że żadnego nie znała?
– Rozumiem.
Wstała powoli. Coś się w niej kotłowało, jakiś gniew skierowany do nie wiadomo kogo, drażniący, gryzący skórę. Musiała go przetrawić, poznać, zrozumieć. Biegła przez las, przeskakiwała nad zwalonymi pniami, łamała gałązkom karki. Towarzyszyli jej Wilcy, widziała ich przygarbione sylwetki, słyszała przyspieszone oddechy i warknięcia. Nie mogła dopuścić do tego, by klątwa przetrwała. Całe życie przekonywała Dziewannę, że powinna odpuścić. Czasy się zmieniły, nie potrzeba im już ochrony, niebezpieczeństwa zniknęły i w miastach żyło się dobrze. W wolnej Polsce. Żanna planowała nawet wyprowadzkę do Katowic, chociaż odwlekała ten moment, ile się dało. Nie chciała spotykać na ulicach matki, a teraz proszę, przyjęła ją pod swój dach. Dobrowolnie. Z dwiema dziewczynkami, które będą niosły w świat klątwę i podtrzymywały kult Dziewanny.
Bogini ostatnio rosła w siłę. W Dziewicach pojawiło się wiele osób spragnionych nowości, uciekających od Kościoła katolickiego. Słyszała o aferach we wspólnocie, o wykorzystywaniu najmłodszych, orgiach, o tym, że księża zapomnieli o tym, że mieli służyć ludziom, a nie na odwrót. Człowiek szukał kogoś, kto się nim zaopiekuje, da mu poczucie bezpieczeństwa, a nie będzie wmawiał, że spłonie w ogniu, strącony do piekła na wieczne męki.
A jednak strach działał. Żanna wiedziała o tym, bo wiele go w swoim życiu doświadczyła. Ale nie chciała o tym myśleć. Planowała zabić dziewczynki, odebrać im życie, pozbawić klątwy na zawsze. Ta myśl, obsesyjna od zawsze, nie mogła wyjść jej z głowy nawet wtedy, kiedy w końcu nad ranem położyła się spać.
Rozdział 2.
Strach. Emanowała nim przez pierwsze lata życia. Od momentu, kiedy matka beztrosko oddała ją pod opiekę bogini. Żanna tego nie pamiętała, jednak słyszała wiele historii i wierzyła w nie. Dziewanna oddała ją pod opiekę rusałkom, ale często zabierała do siebie, do miejsca, którego nikt nie znał, tak przynajmniej utrzymywała sama bogini. Mieszkała w wydrążonym pniu ogromnego, prastarego dębu i Żanna czasami się zastanawiała, kto jest starszy. Drzewo nadal żyło ‒ w jakiś przedziwny sposób oddychało. Żanna lubiła się przytulać do ścian, z czego bogini często żartowała.
Gdy była dzieckiem, strach towarzyszył jej, kiedy w pobliżu znajdowała się Dziewanna. Nie potrafiła tego wyjaśnić ani zrozumieć. Jakby się obawiała, że ta krwiożercza kobieta ją pożre, przeżuje i wypluje. Irracjonalne, bo przecież mogła ją zamordować jako niemowlę, a jednak ją wychowywała. Uczyła o ziołach, magii czerpanej z natury, zwierzętach, rusałkach i starych bogach, o światowych religiach. Nauczyła ją czytać, pisać i przede wszystkim myśleć. Kierować się sercem, intuicją, wyciszać umysł. W którymś momencie Żanna przestała się bać, przyzwyczaiła się do aury otaczającej Dziewannę, do Wilków skrywających tajemnice, rusałek z ich beztroskim, ale jednocześnie pustym życiem.
Powrót Żywii rozbudził dawno uśpione uczucie. Otaczał Żannę niczym ciasno zawiązany sznur, przyduszając co jakiś czas. Strach znów zaostrzył pazury, wbijał się w gardło i klatkę piersiową, ledwo mogła oddychać. Rano obudził ją stuk deszczu o dach, uwielbiała ten dźwięk, tym razem jednak nie przynosił ukojenia, mieszał się bowiem z płaczem niemowląt. Tych, które powinna zabić. Jak miała to zrobić? Co powiedzieć Żywii? Wstała, kierowana furią i poszła do sypialni matki.
– Dlaczego? – Stanęła w progu. – Dlaczego pozwoliłaś znów się zapłodnić? I to bratu!
– Żanna…
– Borze szumiący. – Wyrzuciła ramiona w górę. – Nie masz żadnych sensownych argumentów.
– Kiedyś się zakochasz. – Żywia ośmieliła się uśmiechnąć, co Żannę jeszcze mocniej rozjuszyło.
– Nie mam zamiaru! – wrzasnęła. Wzięła kilka oddechów, żeby się uspokoić, odnaleźć równowagę. Krzyk niczego nie zmieniał. – Planowałam zakończyć tę cholerną klątwę. Umówiłam się z Dziewanną, a ona się zgodziła, że umrę bezdzietnie.
– Ale ja…
– Ciebie by zabiła. – Przerwała jej gwałtownie. – Z miłosierdzia. Dlatego, że mnie pokochała, że czasy się zmieniły, że… – Brakło jej słów.
– Naprawdę? – Żywia dźwignęła się do pozycji siedzącej.
– Ale wszystko zepsułaś. – Żanna wskazała dzieci. – Gdybyś chociaż urodziła chłopców.
– Nie oddałabym ich Dziewannie – skomentowała sucho.
– Och, oczywiście. Podejrzewam, że ucieczka zsynem wyszła ci na zdrowie. W ogóle jak to możliwe, że tak stare ciało urodziło dzieci… – Żanna pokręciła głową. – Mniejsza z tym. Narażałaś je na choroby! A sama wychowałaś się z Dziwolągami, zapomniałaś?
– Miłość… zmienia postrzeganie.
Żanna zaplotła ręce na piersiach.
– Nawet kosztem zdrowia dzieci? Naprawdę?
– Widać, że nigdy nie kochałaś – rzuciła Żywia. – To oszałamiające! Nie do opisania.
– Przecież można się zabezpieczać, na litość. I chyba w miłości nie o sam seks chodzi?
Żywia się zaczerwieniła, czyli Żanna trafiła w sedno.
– Gdzie jest twój kochanek? – zadała kolejne pytanie.
– Nie żyje. – Twarz Żanny przykrył cień. Odwróciła wzrok, a Żanna zawstydziła się, że zapytała tak ostro. – Mój synek też. Wiele rzeczy się podziało.
– Wiem… – wyszeptała.
– Uszanuj moją żałobę idaj mi odpocząć. I się wypłakać. Nie chcę tego robić na oczach kogoś, kto mnie tak bardzo nienawidzi.
Żanna nie sprostowała, nie zaprzeczyła. Sama nie wiedziała, co czuje do tej kobiety. Jedno wiedziała na pewno, Żywia nie pozwoli jej tknąć córek, będzie ich bronić jak lwica, ponieważ stanowiły cały jej świat. Nie miała już ukochanego mężczyzny, a bliźniaczki stanowiły po nim jedyną pamiątkę, jeśli można tak powiedzieć o dzieciach.
I Żanna pomyślała, że czeka ją wiele pracy. Nie sądziła jednak, że jednocześnie wydarzy się coś, co zburzy jej spokój.
Rozdział 3.
Znalazła tę dziewczynę któregoś wieczoru. Nadchodziła już jesień i Żanna wyczuwała ją w powietrzu. Liście wibrowały na drzewach w innej tonacji niż zazwyczaj, pod stopami szeleściły zeschnięte upalnym latem trawy. Deszcz osiadał na gałązkach liści i wyglądał niczym niewypłakane jeszcze łzy. Niektóre liście zaczęły się rumienić, inne jeszcze zielone spadały pod naporem mocnego wiatru. Żanna kochała tę porę roku i często spacerowała. Podczas jednej zprzechadzek trafiła na tę istotę niepodobną do niczego. Twarz miała zmasakrowaną, ciało poranione, niektóre obrażenia wyglądały na świeże, inne już się goiły albo jątrzyły ropą.
– Hej – powiedziała Żanna.
Podchodziła ostrożnie, bo nie miała pojęcia, czy nieznajoma jest niebezpieczna, czy nie. Ta, jak się okazało, ledwo oddychała, więc Żanna odważyła się kucnąć, ciągle ostrożna. Istota przedstawiała sobą żałosny widok i córce Żywii ścisnęło się serce. Wystające żebra obciągnięte posiniaczoną i poobcieraną skórą, popękane, lekko rozchylone usta, zakrwawione ucho, ponacinane piersi. Te elementy rzucały się w oczy. Kiedy kobieta się poruszyła, Żanna zrozumiała, że nie patrzy na trupa, ale nadal żywego człowieka. Podeszła i wzięła ją na ręce. Ta słabo zaprotestowała, nie miała sił, żeby walczyć. Okazało się, że jest lekka niczym rusałka. Żanna szybkim krokiem ruszyła do domu, w głowie planując zabiegi, którym podda nieznajomą, żeby zabrać ją z przedsionka śmierci. Słaby, płytki oddech świadczył o tym, że kobieta właśnie tam się znajduje.
Dziewczyna otworzyła drzwi lekkim kopnięciem i nie zwracając uwagi na matkę krzątającą się w kuchni, weszła do sypialni ipołożyła nieznajomą w swoim łóżku.
– Zaparz, proszę, pokrzywę z liśćmi malin i przynieś mi lniane nici, są w kredensie w jednej z szuflad. A, i przepaloną nad ogniem igłę – poprosiła, kiedy matka z ciekawością zaglądnęła do pokoju. – I jeszcze rozmaryn lekarski zalej wrzątkiem.
Żywia nie odezwała się słowem, tylko poszła wykonać polecenie, aŻanna zdjęła z poszkodowanej resztki odzieży. Zrobiło jej się gorąco, kiedy dotykała ciała kobiety, by sprawdzić, jakie odniosła obrażenia. Wyglądało na to, że została mocno pobita, jednak napastnik nic jej nie złamał. Najwidoczniej próbowała się bronić, paznokcie miała połamane, a kłykcie zdarte, ale jak widać, na niewiele się to zdało. Matka wróciła z tacą i Żanna mogła zabrać się do pracy. Zamoczyła kawałek płótna, który Żywia przezornie przygotowała, w naparze z rozmarynu i zaczęła przemywać rany. Rozmaryn działał doskonale jako środek odkażający. Żywia tymczasem próbowała łyżeczką napoić nieznajomą, która to odzyskiwała, to traciła przytomność. Kiedy wszelkie otarcia i cięcia zostały opatrzone, Żanna zabrała się do szycia.
– Co jej się stało? –zapytała Żywia cicho, jakby bała się zbudzić śpiącą niespokojnie kobietę.
– Nie wiem, znalazłam ją na skraju na lasu. Myślałam, że nie żyje.
– Wyliże się pewnie – oceniła Żywia. – Kobiety nie poddają się łatwo.
– Wiem.
Dziewczynki zaczęły kwilić w pokoju obok i matka poszła je nakarmić. Żannie ścisnęło się gardło na myśl o tym, że będzie musiała wkrótce podjąć decyzję, co z nimi zrobić. Na ten moment nie mogła zdecydować, gdyż zaczynały jej drżeć ręce. Słyszała kołysankę, którą Żywia nuciła córkom, i zalewała ją mimowolna zazdrość. Ona tego nie doświadczyła, nie miała szansy poczuć tej matczynej miłości. Została odsunięta, ponieważ urodziła się dziewczynką, a na dodatek Tomasz, drugie z kolei dziecko, zdążył zawładnąć całym sercem matki. Nie żałowała, że została z Dziewanną, nauczyła się wielu rzeczy i wiedziała, jak poprowadzić życie, żeby wypełnić klątwę i ją zakończyć, ale znów matka wszystko zniszczyła.
Ucięła nożyczkami koniec nici i zabrała się za kolejne rany. Kiedy dotykała piersi kobiety, wydawało się jej, że profanuje pewne sacrum, że to miejsce powinno być dotykane jedynie z miłością i spłoszyła ją ta myśl. Czyżby to jakiś bliski nieznajomej mężczyzna zrobił jej tak wielką krzywdę? Chciał ją naznaczyć albo zeszpecić? Pewnie uzyska odpowiedzi na te pytania, kiedy kobieta się ocknie, a ona odważy się je zadać. Tego nie była pewna, nie za wiele czasu spędziła z ludźmi, otaczała się raczej istotami magicznymi, skrzatami, rusałkami, przyjaźniła się z Leszym, no i z Dziewanną. To ją nazywałaby matką, gdyby w tej krainie funkcjonowało takie określenie. Ona sama nauczyła się go z książek. I na pewno nie miała zamiaru używać go w relacji z Żywią, choć ta o to prosiła.
Skupienie na pracy pomagało analizować sytuację. Czuła się zraniona i porzucona, ale obecność matki działała na nią w jakiś sposób. Jednocześnie się od niej dystansowała i miała ochotę się przytulić. To wprowadzało ją w konsternację i denerwowało.
– Gdzie… – Usłyszała chrapliwy szept.
Żanna spojrzała w oczy nieznajomej, ciemne i błyszczące od gorączki. Musiała podać jej ziele wiązówki błotnej na gorączkę, chociaż nie chciała zbytnio jej obniżać, bo oznaczała ona, że organizm walczy.
– W bezpiecznym miejscu – powiedziała to, co wydawało się jej najwłaściwsze, i kobieta faktycznie odetchnęła głębiej z ulgą.
– Boli – poskarżyła się cicho. – Przepraszam.
– Szyję skórę, więc będzie bolało, ale trzeba to zrobić. Masz paskudne rany. Kto ci to zrobił? – Popatrzyła nieznajomej w oczy, ale ta odwróciła wzrok i przymknęła powieki. – To ważne – dodała Żanna.
– Nie mam zamiaru się skarżyć – odpowiedziała kobieta stanowczo. Żanna nie podejrzewała jej o taki ton. – Po prostu… zasłużyłam.
– Ty siebie słyszysz? – prychnęła Żanna i obcięła nitkę. Przeszła do kolejnego cięcia. – Nikt nie ma prawa tak traktować człowieka.
– Nie jestem człowiekiem – westchnęła głęboko kobieta. – Jestem żoną.
Żanna przez chwilę przestała pracować i zdumiona wpatrywała się w kobietę, jednak ta nie żartowała i swoje słowa traktowała nad wyraz poważnie.
– Nie żartujesz. – Sama nie wiedziała, czy pyta, czy stwierdza.
– Tatuś zawsze powtarzał, że Bóg stworzył Ewę z żebra Adama, więc jest gorszą istotą. I że została powołana do tego, by służyć mężczyźnie.
– A twój szanowny ojciec słyszał może o Lilith? – zagadnęła Żanna i wróciła do pracy.
Starała się nie przekładać złości na ruchy palców i igły, nie chciała dziewczynie robić większej krzywdy.
– Nie znam Lilith – odpowiedziała zapytana. – Tatuś pewnie też.
– Skoro taki religijny, to powinien znać – zawyrokowała Żanna. – Pierwsza żona Adama została stworzona w ten sam sposób co on. Z żadnego tam żebra. Ale nie chciała go słuchać, w ogóle uważam, że ten facet musiał być bubkiem, skoro Bóg pozwolił mu nazwać wszystko, co stworzył. W ogóle ciekawe, czy Adam i Lilith dostali rozwód, czy jej odejście było traktowane jako zerwanie węzła małżeńskiego. Jak sądzisz?
– N-nie wiem.
Kobieta wydawała się jeszcze bardziej wystraszona i Żanna wcale się nie dziwiła. Skoro nie słyszała o Lilith, została wychowana w wierze ograniczonej, gdzie Pismo Święte cytowało się jedynie wyrywkowo i używało go do kiełznania owieczek, a nie z powodu troski o ich zbawienie. Dziewanna wpoiła Żannie, że wiara chrześcijańska jest piękna, jednak wykorzystywana przez człowieka, szczególnie przez mężczyzn, stała się narzędziem. Żanna wiele o tym czytała, była ciekawa świata i zorientowała się szybko, że Kościół gra w politykę, że już dawno ta instytucja zapomniała o Stworzycielu. Nie miała zamiaru jednak prowadzić teraz tej rozmowy. Zaszyła ostatnią ranę i znów przemyła je rozmarynem. Poszła do kuchni, gdzie znalazła maść z miodu, wróciła do kobiety i posmarowała wrażliwe miejsca mieszanką.
– Jak masz na imię? – zapytała.
– Żaklina. – Nie wiadomo dlaczego kobieta zarumieniała się i wyglądała zupełnie inaczej niż wcześniej, jakby nagle wstąpiło w nią wewnętrzne piękno.
– Jestem Żanna. – Podała jej rękę, a ta uścisnęła ją ostrożnie, ściskając samymi tylko lodowatymi palcami.
Wydawała się płocha niczym sarna, a jednocześnie silna niczym niedźwiedź i Żanna zastanawiała się, skąd ten dysonans. Było w Żaklinie coś, co ją urzekało, pociągało. Może historia tego, jak doszło do jej pobicia? A może fakt, że Żanna tak rzadko spotykała ludzi spoza lasu, a w szczególności spoza Dziewic.
– Przygotuję kleik kukurydziany i zobaczymy, jak zareaguje twój żołądek – postanowiła Żanna i zakrzątnęła się, żeby ukryć zmieszanie. – Później może rosół? Postawi cię na nogi, no i jaja, wiadomo. Masz. – Podała Żaklinie pokrzywę z liśćmi malin. ‒ Poczujesz się po tym lepiej. Jeśli możesz, śpij, to najlepsza regeneracja.
Żaklina potaknęła głową i posłusznie wychyliła kubek naparu, a później opatuliła się w pierzynę i zamknęła oczy. Żanna pomyślała, że mimo siniaków jest piękna.
Rozdział 4.
Żaklina spała długo. Zdążył minąć dzień, wieczór zapukał do okiem półmrokiem, gdzieś zawyli Wilcy i Żanna się uśmiechnęła. Zbliżała się pełnia, najważniejsze kilka dni w miesiącu. Wilcy, myleni często z wilkołakami, przeżywali wtedy swoiste gody i dobierali się w pary, by próbować spłodzić potomstwo. Czasami Dziewanna pozwalała Żannie zostawać na ich obrzędach i się przyglądać, ale tylko do pewnego momentu. A ona to uwielbiała, chociaż zawsze była oburzona, że bogini ją wygania. Znajdowała w tym coś magicznego, z zupełnie innego świata niż ten, który znała, mimo że mieszkała w kniei, gdzie uchowali się dawni bogowie i stwory, które ludzie znali tylko z opowieści. Teoretycznie, bo przecież by powstały w wyobraźni ludzi, ktoś musiał je kiedyś widzieć. W każdym razie kiedy miesiączek krąglał, Wilcy zbierali się na wielkiej polanie ukrytej głęboko w lesie i nawet gdyby jakiś człowiek zgubił się w gęstwinie, nie byłby w stanie jej odnaleźć. Ona należała do stada, mogła więc im towarzyszyć, ale na przykład Żywia już nie. Święte miejsce Wilcy nazywali ŁuŁu, co w ich języku oznaczało chyba miłość. Żanna zawsze miała wrażenie, że kiedy tylko przybędą wszyscy zaproszeni, las zaplata za nimi konary, żeby ukryć ich pod swoistą kopułą. Wilcy w blasku ognia prezentowali się zupełnie inaczej niż za dnia, tańczące światło ognia wydobywało z ich twarzy jakąś grozę, niedostrzegalną na co dzień. Zawierzali wtedy instynktowi, mieszali piwo z bieluniem dziędzierzawą, aby wprowadzić się w stan psychotyczny. Żanna spróbowała kiedyś zaledwie kilku kropel i odpłynęła w niezbyt przyjemny sposób. Zapamiętała poczucie dezorientacji, wiedziała, że dręczyły ją wizje, ale jako że skopolamina powoduje amnezję, więc niewiele zapamiętała. Z tego, co wiedziała, Wilcy reagowali na nią w zupełnie inny sposób i tak właśnie wyjaśniła jej to Dziewanna, gdy Żanna zapytała, skąd taka różnica w doznaniach.
– Pamiętaj, że Wilcy to inne niż ludzie istoty. Nie znamy do końca ich pochodzenia, zrodzili się gdzieś w toku ewolucji, gdy człowiek żył blisko z wilkiem. – Spojrzała znacząco na Żannę, a ta się zarumieniła. –Wilkołaki to lykantropy, zmiennokształtni, Wilcy nie mają dwóch postaci, a jedną. Wilkołaki to istoty obciążone klątwą, podczas gdy Wilcy wykształcili się jako osobna rasa.
Żanna nie do końca to rozumiała, ale nie chciała dopytywać, bo Dziewanna szybko traciła cierpliwość. Pewnych rzeczy i tak nie dało się pojąć, po prostu natura stworzyła coś niewytłumaczalnego i lepiej było nie dociekać. Żanna znalazła o wilkołakach sporo informacji, tak samo jak o wampirach iinnych dziwadłach i święcie wierzyła w ich istnienie. Wilcy stanowili tajemnicę i chyba nie natrafiła na nich w popkulturze.
– Wilcy chronią swoją prywatność – powiedziała Dziewanna. – Ich pochodzenie jest dość kontrowersyjne i boją się ostracyzmu. Łatwo kogoś osądzać, chociaż już od dawna żaden z nich nie łączył się z człowiekiem. Istnieją już jako osobna jednostka.
– Rozumiem.
Wiedziała przecież, jak ludzie potrafili niszczyć. Czytała o plemionach dawnej Ameryki, o rdzennych mieszkańcach wytępionych do cna przez białego człowieka. Nie zostało wiele ‒ wytrzebione tradycje, ubiór, wierzenia. Zostali skazani na zagładę tylko dlatego, że ktoś czuł się od nich lepszy, że postanowił ich ucywilizować, cokolwiek to znaczyło. Biali, jak podejrzewała Żanna, bali się inności. Uważali Indian za dzikusów, mimo że to byli mądrzy ludzie, osadzeni wswojej kulturze. To Europejczycy okazali się bezdusznymi kolonizatorami. Podobnie zresztą działo się w Afryce, która też stała się ofiarą zapędów „cywilizowanych” ludzi. I oczywiście szerzona jest religia, według niektórych jedyna słuszna, chrześcijańska. Żannę bolało serce na myśl o tym, ile zniknęło ze świata bóstw i bożków. Dziewanna tłumaczyła jej kiedyś, że kiedy ludzie przestają wierzyć, oni znikają, rozpływają się w powietrzu. Dlatego tak dbała o Dziewice i swój kult, dlatego cieszyła się, że prababka Żelisława zgodziła się na klątwę, ponieważ dopóki żyła jakakolwiek córka z jej rodu, ktoś wierzył w boginię. Ato dawało jej nieśmiertelność. Zresztą podobnie było z chłopcami oddawanymi pod opiekę rusałek, do lasu, w którym rządziła.
Ocknęła się z zamyślenia, kiedy Żaklina jęknęła. Nie przebudziła się jeszcze, ale to miało się zmienić, więc Żanna poszła zamieszać kleik kukurydziany. Rosół delikatnie pyrkał na piecu, nie dokładała dużo do ognia, żeby zupa się nie zagotowała, powinna dochodzić do smaku powoli. W kuchni zastała matkę nad kubkiem melisy, wpatrzoną gdzieś w dal. Często się tak zawieszała, wspomniała życie w mieście i podjęte decyzje, prawie wszystkie błędne. Niewiele o tym rozmawiały, ale Żanna wiedziała, że matka kiedyś pęknie i to ona stanie się jej powierniczką, choć tego nie chciała.
– Co znią zrobisz? – zapytała, kiedy córka zaczęła mieszać kleik.
– Nie wiem.
– Nikt obcy nie powinien tu zostawać. Boję się o dziewczynki… – Żywia zawiesiła głos, a Żanna pomyślała, że matka nie powinna się bać obcej, a swojej najstarszej córki.
Dziewczyna poczuła złość, że matka sugeruje jej wyrzucenie Żakliny. Nie miała zamiaru tego robić, powinna jej pomóc, czuła, że ta kobieta zmieni wiele w jej życiu, że nie trafiła na nią przypadkiem. Zamierzała słuchać swojej intuicji, tak jak uczyła ją Dziewanna.
– Ona jest gościem – powiedziała twardo i dodała, patrząc matce w oczy: – Podobnie jak ty.
– No tak, powinnam znać swoje miejsce. – Matka wykrzywiła usta.
– To właśnie miałam na myśli.
Wyszła do pokoju, niezadowolona z tej wymiany zdań. Nie miała pojęcia, czy Żaklina w ogóle będzie chciała zostać. Na pewno ona, Żanna, nie chciałaby powrotu kobiety do oprawcy, musiała się koniecznie dowiedzieć, co się wydarzyło. Nieznajoma nie spała, usiadła i opatuliła się kołdrą, jakby ta mogła ją przed czymkolwiek ochronić. Jej oczy nadal błyszczały gorączką iwydawały się ogromne w wychudłej, posiniaczonej twarzy. Żanna podeszła ostrożnie, tak jak to robiła, kiedy chciała zbliżyć się do sarny bądź zająca, usiadła na brzegu łóżka i bez słowa podała miskę nieznajomej. Ta wzięła ją ostrożnie, powąchała.
– Nic specjalnego, kleik kukurydziany, który zapełni ci żołądek. Zobaczymy, czy będziesz mogła zjeść rosół.
– Nie jestem głodna.
– Zapewne tak ci się wydaje, ale twój organizm musi się zregenerować. Pewnie po pobiciu wymiotowałaś? – Żaklina skinęła głową. – No właśnie. Napój z pokrzywy i malin się przyjął, więc i kleik powinien dać radę. Później dostaniesz rosołu z ajlaufem, a następnie, jeśli będziesz dobrze się czuć, ugotowane mięso z kury. Poza tym będziemy poić cię ziołami.
– Jesteś jakąś czarodziejką? – zapytała zlękniona kobieta. Włożyła łyżkę do ust i się skrzywiła, Żanna dopiero teraz zauważyła, że brakuje jej kilku zębów.
– Nie.
– Zioła to dzieło szatana.
– Raczej Boga, bym powiedziała, wkońcu On stworzył wszystko, co na Ziemi. Rośliny to najlepsze, co nam dał, naprawdę, powinniśmy czerpać z tego dobrodziejstwa, zamiast je niszczyć. Szałwia pomoże ci na rany w ustach, działa przeciwgrzybiczo, przeciwzapalnie oraz przeciwbakteryjnie. Zwiększy też sekrecję soków żołądkowych, pozbędziesz się gazów.
– Jesteś obrzydliwa! O takich rzeczach się nie rozmawia – skomentowała Żaklina i zamilkła, jakby coś sobie uświadomiła. – To nie są moje przekonania, nie moje słowa, wtłoczono mi je w głowę.
– Tak właśnie myślałam, że nie jesteś taka. – Żanna się uśmiechnęła. – Ktoś cię po prostu stłamsił.
– Nie wiem. Nie powinnam tak mówić.
– Jesteś krnąbrna, hm? Buntowniczka. Nie umieją cię ustawić pod swoje widzimisię?
– Nie do końca. – Westchnęła kobieta. – Tak naprawdę oto cały problem. Ojciec mnie prał, ile wlezie, matka straszyła piekłem, a ja nadal się temu opierałam jak jakaś głupia. Widziałam, jakie życie mają inne dziewczyny. Czytałam po kryjomu w bibliotece, rozmawiałam z nauczycielkami, otworzyły przede mną horyzonty. Chciały ratować, ale nigdy nie znalazły dowodów na ojca. Matka zaprzeczała, kiedy próbowały delikatnie wypytać o przemoc, choć przecież nie zawsze dało się ukryć siniaki.
– Więc postanowił wydać cię za mąż? – domyśliła się Żanna.
– Askąd. – Żaklina machnęła ręką. Zjadła kleik i pusta miska leżała teraz na jej kolanach. – Zakochałam się, ślepo i młodzieńczo. Wypełniona marzeniami wierzyłam, że ten człowiek zmieni moje życie na lepsze, ale okazało się później, że po pierwsze, mój ojciec go podstawił, a po drugie, że to taki sam okropny typ jak tatuś. Wzięli mnie na dwa baty, jak to określili. I to dosłownie, bo skręcili sobie takie rózgi z plecionych rzemieni.
– A matka…? – Żannie ledwo to słowo przeszło przez gardło. – Nie obchodziło jej to?
– Znała zapach i smak bata – wyjaśniła ze skrzywieniem ust. – Zamykała więc oczy, żeby też nie oberwać. Nie dziwię się jej.
– I uciekłaś? – zagadnęła Żanna.
Ściskało jej się gardło, kiedy słuchała opowieści Żakliny. Miała ochotę pochylić się i ją przytulić, ale się nie odważyła, bo kobieta na każdy gwałtowny ruch reagowała zprzestrachem.
– Nie. Kiedy poroniłam wyczekiwanego „dziedzica”, pobił mnie i wywiózł, żebym zdechła, jak to określił.
– Mam nadzieję, że nie wrócisz.
Żaklina skuliła się wystraszona.
– Powinnam. Mama jest chora, będzie się martwić.
– Mówisz o kobiecie, która zostawiła cię na pastwę losu? – skontrowała rozpalona nagłym gniewem Żanna.
– O mamie. Przecież wiesz, że to ktoś wyjątkowy.
– No właśnie nie. – Żanna zmarszczyła brwi i spochmurniała.
– Przecież twoja mama to dobry człowiek – skomentowała Żaklina.
– Uważasz tak po tych kilku minutach kontaktu z nią? – Napadła nieco na nią, aż ta cofnęła się zlękniona. – Nic nie wiesz o mojej matce! Zostawiła mnie, sprzedała za szczęście swojego kochanego synka, którego i tak zniszczyła. Wychowałam się w lesie, wśród rusałek, jak jakaś dzikuska. Przyjaźniłam się z Leszym, bo nie miałam innych przyjaciół, a na pewno żadnych ludzkich.
– Co ty mówisz? – Żaklina wyraźnie pobladła.
Żanna się spłoszyła. Nie chciała zdradzać tajemnic, ale wyszło to naturalnie, w końcu wszyscy, z którymi się stykała, znali je w mniejszym czy większym stopniu. Sięgnęła po miskę, prawie wyrwała ją z rąk kobiety, i uciekła do kuchni. Chciało jej się płakać.
Rozdział 5.
Żanna z niechęcią zauważyła, że matka siedzi w kuchni i ceruje. Uwielbiała to robić, drobić ściegi na zdartych skarpetkach, tworzyć minidzieła, chociaż nie było nikogo, kto by to doceniał. Żanna zastanawiała się, czy jej ojciec to robił, i nagle zapragnęła poznać całą prawdę o nim. Nie chciała jednak pytać, nie miała ochoty na rozmowę z Żywią, choćby ją skręcało z ciekawości. Niestety, matka miała chyba inne plany, bo odłożyła nici, starannie schowała igłę do pudełka, zwinęła naprawione skarpetki w kulkę i zdjęła okulary. Popatrzyła na nią zmęczonym wzrokiem, przetarła palcami oczy.
– Nie wiem, po co to robisz – zaatakowała Żanna, zanim matka zdążyła się odezwać. – Można kupić nowe za grosze.
– Nie sądziłam, że Dziewanna nauczy cię rozrzutności – zaoponowała gorzko Żywia. – My musiałyśmy dbać o rzeczy, mama mnie tego nauczyła.
– Oczywiście – zgodziła się niechętnie i skrzywiła usta. – Sławetna Żaneta, która pociągnęła klątwę, zamiast ją zakończyć. Zresztą tak samo jak ty.
Żanna westchnęła głęboko, zmęczona. Miała dość tego dnia, emocji, płaczu dziewczynek, rozmowy z Żakliną. Nagle wokół niej zaroiło się od ludzi, a ona przecież tak ceniła sobie spokój. Brakowało jej dni wypełnionych pracą – teraz zwierzęta oporządzała Żywia – gotowania obiadów, leniwych popołudni z książką, spacerów po lesie. Wilcy nie podchodzili zbyt blisko, odkąd zamieszkała u niej matka i siostry, a gdy pojawiła się Żaklina, nie słyszała nawet ich wycia. Może nie zwracała uwagi, zaangażowana w rozmowę z kobietą. A może po prostu odeszli w inną część lasu. Nie potrafiła znieść wyczekującego wzroku matki, kwilenia dziewczynek, tego całego rozgardiaszu: tykającego zegara, bulgoczącej zupy, mruczenia pieca, pod którym buzował ogień. Chciała krzyczeć, zerwała się więc i uciekła. Zrzuciła pantofle, pognała prosto w najmroczniejszą knieję. Nawet ona rzadko się tam zapędzała, nieco obawiała się tego miejsca, gdzie zmurszałe drzewa okryte mchem i zielskiem wyglądały jak uśpione olbrzymy. Pachniało tu starością, tak przynajmniej kojarzyło się Żannie. Tajemnicą. To tutaj gdzieś mieszkał Leszy, jednak nigdy nie odnalazła jego legowiska. Podobno bywały tu czasami driady i druidzi z celtyckich stron, wendigo z dalekiej Ameryki, der Wildemann z Niemiec, vile z Bałkanów i inne stworzenia, równie wspaniałe jak rusałki. Dziewanna uwielbiała gości, jednak kryła ich przed niepożądanym wzrokiem. Choć ludzie i tak by nie uwierzyli, Żanna śledziła normalny świat, patrzyła zza szybki, jak bardzo stał się dziwny, jak kwestionowana jest każda prawda. Odchodziła powoli w zapomnienie wiara w nadprzyrodzone istoty, chyba że jako ciekawostka. Nawet Buka, uwielbiana przez wszystkich postać wykreowana przez pisarkę i powołana do życia przez wiarę tysięcy dzieci. Na szczęście Muminkom, tym okropnym, przypominającym mozzarellę stworzeniom, się nie udało. Jednak strach czynił największe rzeczy, i tak naprawdę Kościół miał w tym rację.
– Biegasz jak szalona. – Usłyszała za sobą, więc stanęła.
Nawet nie wiedziała, że aż tak bardzo jest zdyszana. Oparła dłonie na biodrach i wyrównywała oddech, patrząc z ukosa na Dziewannę, a ta jakby nigdy nic gładziła grot strzał. Uwielbiała tę broń, o czym najlepiej przekonała się babka Żaneta.
– Zbudziłaś chyba wszystkie zwierzęta, aż Leszy poprosił o pomoc, bo bał się do ciebie zagadać. Wyglądałaś jak furia, wcielenie wkurzenia. Co cię tak ugryzło? Chyba nie Żywia?
– Nie wiem – burknęła w odpowiedzi.
Wydęła usta, a Dziewanna się zaśmiała. Żanna usiadła na pniu, bogini przysiadła obok, i Żanna poczuła się z tym dobrze.
– Pojawiła się w lesie taka jedna kobieta – wyjaśniła niechętnie. Mówienie o Żaklinie wydawało jej się zdradą, chociaż to przecież irracjonalne. – Jest… poturbowana. Mąż ją tak urządził i nie wiem, co ci jeszcze powiedzieć.
– Wiem o niej, przede mną nic się nie ukryje – odpowiedziała bogini. – Myślałam, że umrze, wydawała się tak słaba.
– Też tak myślałam, a jednak. – Żanna uśmiechnęła się radośnie. – Wyglądała gorzej, ale to silna osoba.
– Nie wiem, czy może zostać – stwierdziła Dziewanna. – Mąż będzie szukać ciała. Poza tym wyczuwam jej silną wiarę, okrutnie cuchnie.
– Jest tak wychowana, ale mam wrażenie, że szuka swojej drogi – odparła Żanna. – Pewnie mogłaby się nawrócić.
– Wiesz, że nie robimy nic na siłę. Wykorzenić tak silnie wpojone prawdy jest trudno, nie podejmuj się tego. Masz chyba ważniejsze sprawy, nie sądzisz?
– Matkę? – prychnęła Żanna.
– Siostry raczej – poprawiła ją bogini. – To one cię dręczą. Nie śpisz po nocach, czasami wyjesz, przecież cię słyszę. Wilcy mi donoszą, że płaczesz do miesiączka.
– Jak mogłabym zabić własne siostry? – zapytała. – Żywia tego nie przeżyje.
– Przeżyje. – Dziewanna uśmiechnęła się drapieżnie, aż Żannę przeszedł dreszcz.
– Domyślam się, ale jednak nie byłoby to dobre życie.
– Żadna z rodu go nie miała. Ty jako pierwsza zyskałaś tę szansę, ale cóż, Żywia pokrzyżowała ci szyki. Chyba że… – Bogini zawiesiła głos i Żanna spojrzała na nią uważnie.
W oczach nie ztego świata dostrzegała coś, co przyprawiało ją o ciarki. Jakąś tajemnicę, której jej umysł nie potrafił pojąć.
– Wiem.
Wstała i ruszyła truchtem. Dręczyło ją coś, gryzło od środka i wcale nie miało to związku z bliźniaczkami. Jej życie przestało być miłe i wygodne, nie wiedziała, co dalej. Do tej pory miała skrystalizowane plany, ale runęły one przez przybycie Żywii i dziewczynek, a teraz także Żakliny. Pragnęła ze wszystkich sił swojej samotności.
– Dzieweczko… – zaśpiewał Leszy:
Słuchaj dzieweczko!
— Ona nie słucha. —
To dzień biały! to miasteczko!
Przy tobie nie ma żywego ducha,
Co tam wkoło siebie chwytasz?
Kogo wołasz, z kim się witasz?
— Ona nie słucha. —
To jak martwa opoka
Nie zwróci w stronę oka.
To strzela wkoło oczyma,
To się łzami zaleje,
Coś niby chwyta, coś niby trzyma,
Rozpłacze się i zaśmieje.
— „Tyżeś to w nocy? to ty Jasieńku!
Ach! i po śmierci kocha!
Tutaj, tutaj, pomaleńku,
Czasem usłyszy macocha!…
Niech sobie słyszy… już nie ma ciebie,
Już po twoim pogrzebie!
Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!…
Czego się boję, mego Jasieńka?
Ach, to on! lica twoje, oczki twoje!
Twoja biała sukienka!
I sam ty biały jak chusta,
Zimny… jakie zimne dłonie!
Tutaj połóż, tu na łonie,
Przyciśnij mnie, do ust usta!…
Ach, jak tam zimno musi być w grobie!
Umarłeś, tak, dwa lata!
Weź mię, ja umrę przy tobie,
Nie lubię świata.
Źle mnie w złych ludzi tłumie:
Płaczę, a oni szydzą;
Mówię, nikt nie rozumie:
Widzę, oni nie widzą!
Śród dnia przyjdź kiedy…
To może we śnie?
Nie, nie… trzymam ciebie w ręku,
Gdzie znikasz, gdzie mój Jasieńku?
Jeszcze wcześnie, jeszcze wcześnie!
Mój Boże! kur się odzywa,
Zorza błyska w okienku.
Gdzie znikłeś! ach! stój Jasieńku!
Ja nieszczęśliwa!” —
Tak się dziewczyna z kochankiem pieści,
Bieży za nim, krzyczy, pada;
Na ten upadek, na krzyk boleści,
Skupia się ludzi gromada.
„Mówcie pacierze!” — krzyczy prostota —
„Tu jego dusza być musi.
Jasio być musi przy swej Karusi,
On ją kochał za żywota!”
I ja to słyszę, ija tak wierzę,
Płaczę i mówię pacierze.
— „Słuchaj dzieweczko!” — krzyknie śród zgiełku
Starzec, i na lud zawoła:
„Ufajcie memu oku i szkiełku,
Nic tu nie widzę dokoła.
— Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni;
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni”.
„Dziewczyna czuje, — odpowiadam skromnie —
A gawiedź wierzy głęboko:
Czucie i wiara silniej mówi do mnie,
Niż mędrca szkiełko i oko.
Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce;
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!”
– Jak zwykle nie rozumiem, co chcesz mi przekazać – naburmuszyła się Żanna.
– Dlatego, że jak ta dzieweczka… nie słuchasz. Ale i tak najważniejsze przesłanie to: „miej serce ipatrzaj w serce”. – Leszy podszedł bliżej, dotknął jej policzka zmurszałą, stareńką dłonią. Czasami miała wrażenie, że jego palce kiedyś rozsypią się w kontakcie z jej skórą. – Pamiętaj, że Dziewanna to bogini, chce zawsze najlepiej dla siebie, niekoniecznie dla człowieka.
– O ciebie dba.
– Bom jest duszą jej kniei. Leszy zawsze jest powoływany właśnie po to, wraz z nim zginie las, zwierzęta, ochrona. Jestem stareńki i pewnie myślisz, że na skraju żywota, ale płyną we mnie soki, o których nie masz pojęcia.
Słowa przeczyły temu, co mówiło to dziwne, skrzypiące niczym drzewo pod naporem wiatru ciało. Oczy jednak miał żywe nad wyraz, zielone jak młode liście, co wyglądało niesamowicie w twarzy porośniętej paprociami i małymi grzybkami. Zjego wzroku przebijała mądrość. Potrafił być straszny, widziała go kiedyś, kiedy przegonił z lasu kłusowników. Wydawał się wtedy potężny niczym dąb, silny jak niedźwiedź i przerażający jak wilki. Otaczały go cienie, aura niczym z horrorów, i Żanna miała pewność, że mężczyźni nigdy nie wrócą do ich lasu. Być może nigdy nie wejdą już do niczego, co go przypomina. Miała taką nadzieję, ponieważ okaleczone przez nich zwierzęta cierpiały długo i niepotrzebnie. Otrząsnęła się z tych myśli, kiedy Leszy zamruczał kołysankę. Usiadła obok i wtuliła się w ciepły bok, oddychający, bijący równo niczym serce. Zasnęła, nawet nie wiedziała, kiedy.
