Lepsza niż ja - Louise O'Neill - ebook
lub
Opis

Wyobraź sobie, że zostałaś zaprojektowana, by być idealną. Wyobraź sobie, że twoje imię zawsze pisze się małą literą. Wyobraź sobie, że od zawsze mieszkasz w szkole, w której uczysz się, jak stać się najpiękniejszą, najszczuplejszą i najlepiej ubraną. W której nieustannie porównujesz się z „przyjaciółkami”. Wyobraź sobie, że najważniejsze dla ciebie jest miejsce w rankingu doskonałości, bo tylko od niego będzie zależało zainteresowanie mężczyzn. To ono określi, co się z tobą stanie, gdy skończysz szkołę. Musisz być piękna. Musisz być dobra. Musisz być uległa. Czy naprawdę chcesz tak żyć? Połączenie Wrednych dziewczyn i Opowieści podręcznej. Vagenda Świat jak z Opowieści podręcznej. Tylko jeszcze gorszy. Marynia Bicz Głęboka, ponura i przerażająco prawdopodobna historia Marie Claire

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 371

Popularność


Rozdział 1

Rozdział 1

Wrzesień Dziesięć miesięcy do Ceremonii

Guwernantki wciąż mnie pytają, czemu nie mogę spać. Dostaję najwyższą dopuszczalną dawkę śpiocha – mówią, patrząc z niepokojem i marszcząc podejrzliwie brwi.

Czy bierzesz je prawidłowo, freida?

Czy bierzesz wszystkie, które dostajesz, freida?

Tak. Tak. A czy mogłabym dostać trochę więcej? Proszę.

Nie można przepisać więcej. To niebezpieczne, mówią. Ostrzegają przed skurczami mięśni, krwawieniem wewnętrznym, uszkodzeniami narządów.

Ale tych „narządów” nie widzę w lustrach. Widzę tylko cienie pod oczami i bladoszarą cerę, jakby moją twarz posypano popiołem. Dowody na zbyt wiele nieprzespanych nocy, kiedy przewracałam się z boku na bok, pragnąc dołączyć mój oddech do idealnie zsynchronizowanych oddechów moich sióstr. Słyszę je teraz, jak chciwie wciągają sztuczne ciepło do płuc, nieświadome tego, że leżę napięta niczym skręcona sprężyna.

– Jestem dobrą dziewczynką. Jestem ładna. Jestem zawsze beztroska. – Mechaniczny głos sączy się ze ścian i pełza po podłodze, szukając chłonnego ucha.

A my, jałówki, jesteśmy bardziej chłonne, gdy śpimy. Jesteśmy niczym gąbki, wciągamy piękno, stajemy się coraz cudowniejsze, gdy śnimy.

Coraz cenniejsze.

Tylko nie ja.

Noc w noc leżę bezsennie i tylko Wiadomości odwracają moją uwagę od gonitwy myśli. guwernantka-ruth mówi, że zbyt wiele myślenia pozbawia nas piękna. Żaden mężczyzna nie będzie chciał towarzyszki, która za dużo rozmyśla. Staram się nad tym panować. Próbuję sprawić, by mój umysł opustoszał. Ale gdy zapada noc, w dormitorium budzą się demony, ich oczy lśnią w ciemnościach, szukając czegoś, czym mogłyby się pożywić.

Jestem dobrą dziewczynką. Jestem miła dla innych. Jestem zawsze zgodna.

To ten upał. To musi być to. By oczyścić nasze pory, wpompowują do sali gorące fale powietrza, które oblepiają mi skórę. Śpioch tylko przez jakiś czas ukrywa ogień w moich płucach, aż budzę się gwałtownie, dusząc się od pary. Mrugam, gdy moja alkowa rozświetla się stłumionym światłem.

Pojedyncze łóżko z śnieżnobiałą pościelą. Obok szafeczka, z której odchodzi pasmami czarna farba. To mały dom stworzony z luster – wszystkie powierzchnie pokryto szkłem.

Jestem tam. I tam. I tam. Jestem uwięziona w tych ścianach.

Patrzę na lustrzany sufit i rozciągam się niczym rozgwiazda, uginając nogi w kolanach, by odlepić się od mokrego prześcieradła. Ręce trafiają na wilgotną ścianę z luster nad moją głową, a czarny jedwabny szlafrok opada wokół talii. Przekręcam się na prawy bok. Czoło dotyka kolejnej lustrzanej ściany, a ciężkie westchnienie pokrywa szkło mgłą. Przesuwam palcami po wysokich kościach policzkowych i wokół migdałowych oczu. Moja skóra wydaje się cienka niczym papier, jakby powoli wtapiała się w kości. Kiedyś liczono owce, by łatwiej zasnąć. Kiedyś były owce, które można było liczyć.

Sięgam pod poduszkę po ePad, a jego ostre kanty dają mi poczucie bezpieczeństwa. Aktualizuję mój status na MyFace, szepcąc do ekranu:

– Znów nie mogę zasnąć. Czy jest tam ktoś, kto nie śpi? – Przechodzi mnie dreszcz satysfakcji, gdy wczytuje się mój status video, jakby to w jakiś sposób dowodziło, że jestem prawdziwa. Że istnieję.

– freida?

Czy znów o niej śnię?

Jest niczym zjawa. Stoi w łukowatych drzwiach prowadzących z korytarza do mojej alkowy, a jej sięgający ziemi różowy płaszcz kąpielowy lśni w cieniu. Przechyla na bok głowę, przestępując z nogi na nogę. Czeka, aż coś powiem. Kiwam głową, a jej twarz rozpogadza się i wsuwa się do mojego wąskiego łóżka. Wtula się we mnie, a nasze kończyny splatają się niczym kawałki układanki.

Odbijamy się we wszystkich lustrach, rozszczepiamy na równoległe obrazy, na suficie, ścianach, pomnożone wielokrotnie. Jej mlecznobiałe nogi splątane z moimi, jej jasnoblond włosy wtapiające się w moje ciemnobrązowe fale.

isabel.

– Bałam się, że to guwernantka.

– Przepraszam.

– Jeśli złapie nas na tym, że łamiemy zasady izolacji, to będziemy miały kłopoty.

– Nic się nie stanie.

– Ale…

– guwernantka-ruth ma dziś wolne – odpowiada, jak zwykle czytając mi w myślach.

Oddychamy równo. Kładę głowę na jej ramieniu, wdycham zapach lawendy, liczę uderzenia serca. Ona przesuwa się, wyciąga rękę spode mnie, a moja głowa opada na mokrą pościel. Oddala się bardziej, aż jest na samym brzegu i opiera się jedną stopą o podłogę.

– Dobry pomysł. Za gorąco, prawda? – mówię szybko.

Powtarzam sobie, że przyszła, po tak długim czasie. Nie prosiłam jej. Przyszła sama z siebie.

– Hmm. – Stuka palcami stopy o lustro, a jej neonoworóżowy lakier do paznokci pasuje do szlafroka. Wygląda na to, że tylko mnie przeszkadza upał.

– A więc… – wyrzucam z siebie. – Gdzie się podziewałaś?

– Nie czułam się dobrze.

– Wysyłałam ci zaproszenia na czacie… – milknę, myśląc o jej pokoju, stalowych drzwiach nabijanych ćwiekami.

Przez ostatnie dwa miesiące wysłałam jej niezliczone wiadomości. Nie odpowiedziała na żadną.

– Nie mogę spać.

– Denerwujesz się jutrem?

Wzrusza obojętnie ramionami.

– Prosiłaś guwernantkę-anne o więcej śpiocha?

– Jestem na innych lekach, których nie można z nim łączyć.

– A co bierzesz? – Podnoszę się na łokciu, by się jej przyjrzeć. – Jestem na najwyższej dawce i nie miałam żadnych problemów.

– gisele dostała wysypki, gdy pomieszali jej leki. Przez tydzień wyglądała okropnie – mówi isabel, jakbym wcale się nie odezwała, jakbym nie istniała. Ostatnio często tak robi.

– Możesz przestać kopać lustro? To naprawdę wkurzające – warczę, a ona zamiera.

Ogarnia mnie poczucie winy, gdy widzę, jak po jej twarzy przemyka grymas bólu, ale czuję też dziwną satysfakcję, że wreszcie mnie dostrzegła.

– Skąd w ogóle wiesz o gisele? Przez całe lato nie było cię na zorganizowanej rekreacji ani w centrum dietetyki – mówię, obserwując nasze odbicia na suficie.

Jestem przyciśnięta do ściany, a isabel leży na brzegu łóżka – między nami widać pas bieli. Grube kobiety są brzydkie. Stare kobiety są brzydkie. Ale gisele? Miodowa gisele o miodowoblond włosach, lśniących miodowo oczach i miodowej skórze? Brzydka?

– A więc tam była w zeszły weekend – mówię, gdy isabel nie odpowiada. – Nam powiedziała, że wylądowała na kwarantannie z podejrzeniem grypy.

– Miała wysypkę – powtarza isabel. – Pryszcze wielkości jajek na całej twarzy.

– Szkoda, że podczas wakacji – żartuję słabo, czując mdłości. – To nie wpłynie na jej miejsce w rankingu.

– Bądź miła.

– Łatwo ci mówić, miss numer jeden.

– A ty jesteś trzecia. I wszystkie jesteśmy tak samo zaprojektowane – odpowiada machinalnie.

– Tak. Ale niektóre jałówki miały szczęście zostać zaprojektowane lepiej niż ich brzydkie siostry. – Wstrzymuję oddech, czekając, czy nie zgodzi się ze mną, jak zawsze.

– Nie jesteś brzydka, freido – wzdycha. Zmęczyła się mną i moją nieustanną potrzebą pocieszania. – Żadna z nas nie jest.

– W porównaniu z tobą jestem. – Słyszę, jak próbuję zwrócić na siebie jej uwagę, i nienawidzę się za to. – Moja skóra wygląda na taką zmęczoną. – Przesuwam palcami po owalu mojej twarzy, wpatrując się w lustro na suficie. Szukam zmarszczek. – A co, jeśli spadnę w rankingu?

– Lepiej wyglądać na zmęczoną, niż być grubą. – Głos isabel jest bezbarwny, jakby ktoś wypuścił z jej płuc powietrze.

Odwracam się do niej, tak że nasze nosy prawie się stykają. Biorę głęboki wdech, jakbym mogła wciągnąć jej hipnotyzującą urodę i ją ukraść.

Raz sprawdziłam w sieci jej tabelę z nadzieją, że znajdę jakieś proste rozwiązanie do skopiowania. PO1 srebrzyste włosy – wygłosił komputer, nr 76 oczy w kolorze zielonego mchu. Skóra – przygaszone złoto, usta – róż, kilka małych piegów na drobnym nosie.

Chciałabym wyglądać jak ty. Wszystko byłoby prostsze, gdybym wyglądała jak ty.

Myślałam tak, od kiedy skończyłam cztery lata.

– O czym ty mówisz, isabel?

Przekręca się na plecy i wskazuje na sufit, czekając, aż podążę w jej ślady. Patrzę, jak rozluźnia jedwabny pasek wokół talii i odsłania szlafrok, ukazując nagie ciało. Zgrubienie w talii, okrągłe uda. W ciemności gwałtownie nabieram powietrza. Brzmi to niczym krzyk.

– Wiem. – Znów zasłania się szlafrokiem, skrywając swoje grzechy.

– Próbowałaś wymiotować?

– Pewnie – odpowiada niecierpliwie. – Wiesz, że to nie zawsze działa.

– A co z tymi dodatkowymi lekami, które bierzesz? Pomagają?

– Na początku pomagały. Ale teraz chyba już nie – szepce.

– Może nie będzie tak źle. – Chcę ją pocieszyć, ale nie wiem jak. W naszym związku ta rola zawsze przypadała isabel. – Może nie będziesz jedyna. Wiele jałówek tyje podczas wakacji.

Obie wiemy, że to nieprawda. Nie w tym roku.

– Nie rozumiem, jak to w ogóle mogło zajść tak daleko. Chyba ktoś musiał to zauważyć podczas cotygodniowego ważenia? Nawet nie byłaś w centrum dietetyki od…

Unosi palec do ust, żeby mi przerwać, a ja gryzę się w język. Kolejny sekret, który nas dzieli. Zamykam oczy, ale wciąż widzę, jak jej ciało się rozrasta i grozi, że pochłonie jej kości.

– Ostatnio myślałam o twojej obsesji na punkcie małp – mówi tak cicho, że przez moment zastanawiam się, czy w ogóle się odezwała, czy może moje pragnienie, byśmy znów były blisko, jest tak wielkie, że po prostu to sobie wyobraziłam.

– Pamiętasz? – pyta, dotykając mojej ręki. – Małpy?

– Są fascynującym gatunkiem.

– Jestem pewna, że tak. Ale czy musiałaś udawać, że jesteś jedną z nich?

– Miałam cztery lata!

– To żadne wytłumaczenie.

– Dokładnie to samo powiedziała guwernantka-ruth, gdy spadłam z drzewa i złamałam nogę. Co za czarownica.

isabel zasłania usta dłonią, by stłumić chichot.

– No przepraszam, to było bardzo bolesne – mówię z oburzeniem, ale też się uśmiecham.

– Myślałam, że cię zabije, kiedy się okazało, że poniedziałkowe zdjęcie muszą ci zrobić z tym olbrzymim gipsem – mówi głośniej.

– Cśś, isabel, obudzisz guwernantki.

– A kogo to obchodzi?

– No tak, księżniczka isabel nigdy nie pakuje się w kłopoty – żartuję i udaję, że się kłaniam. – Chyba fajnie jest być tak wyjątkową.

Czekam, aż się roześmieje, też zażartuje, ale nie. Jej ciało sztywnieje obok mojego. Cisza jest przytłaczająca, huczy mi w uszach. Próbuję jakoś nawiązać znów rozmowę.

– Ale jeśli chodzi o małpy…

– Jestem zmęczona – przerywa mi isabel, a mnie głos więźnie w gardle.

Zawsze posuwam się o krok za daleko, mówi guwernantka-ruth.

Znów odsuwamy się od siebie.

Jestem piękna. Jestem dobrą dziewczyną. Zawsze robię to, co mi każą.

Wokół mnie wciąż rozbrzmiewają hasła, jakby nic się nie zmieniło.

Świt powoli sączy się z lamp, odpędzając sen. Rozprostowuję się i przeciągam na całą szerokość materaca. isabel nie ma.

Wstaję, odrzucam włosy do tyłu, by przyjrzeć się swojej twarzy w lustrzanej ścianie. Robię tak każdego ranka z nadzieją, że może jakimś magicznym sposobem w nocy zostałam przeniesiona w inne ciało – isabel albo na przykład megan.

Że gdy się obudzę, będę bledsza, szczuplejsza, inna. Lepsza.

Na ścianie naprzeciwko mojego łóżka zatopiono w szkle odcisk dłoni z różowego plastiku. Przykładam do niego rękę i czuję, jak ciepło szczypie mnie w dłoń, aż szklana powłoka rozpuszcza się wokół mojej skóry. Tu także wszystkie powierzchnie pokrywają lustra, nawet podłogę. W przedniej części pokoju znajduje się niewielka stalowa przebieralnia, z szarymi gumowymi rurami ciągnącymi się aż do sufitu. Opadam na fuksjowy fotel stojący obok przebieralni i bębnię palcami o onyksową toaletkę. Półokrąg koralowych żarówek wokół lustra rzuca na moją twarz różową poświatę. Pukam w szkło, a to mętnieje, po czym ukazuje ekran komputera, na którym widnieje rysunkowa postać kobiety obładowanej torbami na zakupy.

– Dzień dobry, freido – woła Program Osobistej Stylizacji. – Jak się czujesz?

– Zdenerwowana.

– Myślę, że to zrozumiałe w pierwszym dniu semestru – odpowiada. – Jak chcesz się dziś poprawić?

– Najlepsza byłaby całkowita przeróbka – burczę, przygryzając wargę, ale gdy widzę, jak okropnie to wygląda w lustrze, natychmiast przestaję.

– Jak chcesz się dziś poprawić? – powtarza program, który nigdy nie rozumie sarkazmu.

– Może coś w bieli? Puść kanał modowy. Potrzebuję inspiracji po wakacjach.

Na ekranie pokazuje się wybieg – długi drewniany ciąg zawieszony w czarnej próżni, po którym krążą modelki. Głównie w tym celu zostały stworzone. Linie produkcyjne wypuszczają setki wychudłych kobiet o pozbawionych rysów twarzach.

Biały dobrze się komponuje z moim odcieniem skóry. Wyobrażam sobie megan w czymś podobnym – jej cera wyglądałaby jak zwarzone mleko – i to sprawia, że ogarnia mnie dzika radość.

– Czekaj. Ta jest świetna. – Na moją komendę ekran nieruchomieje, a moim oczom ukazuje się modelka w śnieżnobiałej koszulce z okrągłym dekoltem i kwiatowymi aplikacjami i marszczonej białej spódnicy z koronki sięgającej kolan. – Czy będzie pasować?

– Tak – zgadza się POS. – Zamówię teraz właściwe ubrania z szafy. Wejdź do przebieralni.

Ekran znów zamienia się w lustro. S41 czekoladowe włosy z lekkim połyskiem, nr 66 azjatycka żółć oczu. To ja. To widzą ludzie, gdy na mnie patrzą. Odklejam od siebie szlafrok i rzucam go na klapę umieszczoną na ścianie pod toaletką. Przebieralnia otwiera się i piszczy, dopóki nie wejdę do środka, po czym zamyka się wokół mnie niczym głodne stalowe usta.

– Przybrałaś na wadze – w pomieszczeniu rozlega się głos. – Ważysz teraz pięćdziesiąt trzy kilo i osiemdziesiąt osiem gramów. W cotygodniowym raporcie zarekomenduję dodatkowe blokery kalorii do czasu, aż twoja waga ustabilizuje się pomiędzy pięćdziesięcioma dwoma a pięćdziesięcioma dwoma i pół kilogramami.

– Muszę brać więcej? – Nienawidzę blokerów kalorii, ponieważ zawsze przyprawiają mnie o skurcze żołądka. Chociaż powinnam się raczej cieszyć, że je ulepszyli. Na początku zdarzało się, że po ich zażyciu wybuchały okrężnice. – Wstydzę się ich.

– Tylko ty wiesz o tych zaleceniach medycznych.

Prycham niegrzecznie na te słowa. Teoretycznie tak, zalecenia są prywatne, ale w rzeczywistości w szkole mało co daje się ukryć. Już przy śniadaniu moje siostry będą wiedziały, że jestem słaba, że jestem zachłanna, że nad sobą nie panuję. A sądziłam, że w ostatnim tygodniu byłam dobrą dziewczynką.

Lasery idą w ruch i zaczynają zgrzytać o stalowe ściany pokoju, a podczerwona pętla obniża się spod sufitu. Łaskocze mnie, gdy przesuwa się wzdłuż mojego ciała. Następnie przebieralnia zasysa wielki haust powietrza, wyciągając brud i wpompowując go do Podziemia, gdzie się go pozbywa. Lasery znów się podnoszą, natryskując na moją nagą skórę makijaż i lekko ściągając moje włosy w koczek na karku. Mamy prawo używać tej maszyny tylko dwa razy dziennie, o poranku i przed pójściem spać. guwernantka-ruth mówi, że jest zbyt droga, więc w ciągu dnia dbałość o higienę i makijaż należy do nas. Po dwóch minutach maszyna wypluwa mnie na zewnątrz, a dzisiejszy strój i pasujące do niego dodatki leżą na otwartej zapadni u dołu ściany. Zabieram je, a w tym momencie portal znika.

– To nie wygląda jak na modelce. – Rozciągam wyblakłą koszulkę, a kwiatowe aplikacje kruszą mi się pod palcami.

– To najbardziej zbliżony strój dostępny w szkolnej szafie.

Po powrocie do alkowy przyglądam się w lustrze swojemu ciału pod każdym kątem. Z trudem opanowuję niesmak.

– Chodźmy.

W drzwiach stoi freja. Obojczyki sterczą jej spod beżowej szydełkowej bluzeczki. Założyła też kanarkowożółtą spódnicę.

– Jestem gotowa. – Wsuwam stopy w czółenka ze sztucznej wężowej skóry z paseczkiem z tyłu, po czym ruszam szybkim krokiem, by dogonić darię.

Całe dormitorium huczy od stukotu trzydziestu par wysokich obcasów uderzających o czarno-białe kafelki. Idziemy w milczeniu, jak co rano.

Przed głównym wejściem do dormitorium ustawiono przenośną budkę fotograficzną z okazji rozpoczęcia nowego semestru. daria z trudem otwiera przesuwne drzwi. Jej włosy koloru toffi są w artystycznym nieładzie, a granatowe oczy lśnią radośnie. Czemu jest taka zadowolona? Czyżby zrobiła sobie idealne zdjęcie? Lepsze niż moje?

– freida.

freja popycha mnie kościstymi palcami, a ja wpadam do pustej budki i zatrzaskuję za sobą drzwi.

1. Odwróć się częściowo do obiektywu, wysuwając jedną stopę przed drugą. 2. Ciężar ciała oprzyj na stopie z tyłu. 3. Lewa ręka na biodrze. 4. Olśniewający uśmiech.

Mruga światło, a moje zdjęcie zostaje natychmiast przesłane na stronę szkoły, by mogli je ocenić dziedzice EuroStrefy. To zadecyduje o moim miejscu w rankingu na początku roku. Ogarnia mnie ciemność. Powinnam wyjść, ale chcę tu zostać choćby przez moment. Chcę się ukryć, rozpłynąć w cieniu i stać niewidoczna, aby nikt więcej nie mógł na mnie patrzeć.

Mam nadzieję, że zdjęcie jest idealne.

Rozdział 2

Rozdział 2

– Nasza nowa klasa – mówi freja, rozrzucając szeroko ramiona.

Czekałam w centrum dietetyki, aż skończy udawać, że je śniadanie, żebyśmy mogły razem pójść na lekcje. Nie chciałam iść sama.

– Rany, jest zupełnie inna – mówię oschle.

Podobnie jak w zeszłym roku i przez wszystkie poprzednie lata, większość naszych lekcji będzie się odbywać w dużej sali pomalowanej na czarno, której przestarzałe okna zabito czarnymi deskami. Ścianę na przedzie sali od góry do dołu pokryto lustrami. Przed nią stoi stare dębowe biurko guwernantki z matowymi mosiężnymi gałkami, a po obu jego stronach stoją szklane akwaria. Wokół wznoszą się rzędami ławki o lustrzanych blatach, a przez środek biegną wąskie schody wyłożone wytartym czarnym chodnikiem. Wakacje letnie zdają się odległym wspomnieniem.

– freida! Wyglądasz wspaniale! – piszczy cara, a ciemnoblond włosy falują wokół jej twarzy, gdy biegnie, by mnie uściskać.

freja na próżno czeka na podobny komplement, waha się chwilę, a potem uśmiecha do mnie z niewspółmiernym entuzjazmem i mówi:

– Zdecydowanie.

– Nieprawda – odpowiadam odruchowo.

Rzucamy torebki na szeroki parapet na końcu sali, po czym się na niego wspinamy, żeby zająć idealne miejsce do obserwacji wchodzących.

– Nie guzdrajcie się – żartuje cara, strzepując kurz z kraciastej bawełnianej koszuli i spranych dżinsów rurek, gdy freja i ja walczymy z obcasami.

Kiedy już siedzimy, freja wyciąga z kopertówki kieszonkowe lusterko i przygląda się swojej twarzy, jakby się bała, że ta może zniknąć. Zatrzaskuje je z westchnieniem, odchyla się do tyłu, żeby się oprzeć o deski, i cmoka z dezaprobatą na widok wchodzącej do sali heidi, która ma na sobie jaskrawoczerwoną sukienkę bez pleców, z rozcięciem do pępka. heidi natychmiast odwraca się w naszą stronę. Po szesnastu latach w Szkole wszystkie rozwinęłyśmy szósty zmysł. Służy nam do oceniania innych.

– freido, wyglądasz wspaniale. – daria podpłynęła do nas i teraz mierzy mnie wzrokiem.

– Zdecydowanie – powtarza freja, tym razem znacznie bardziej przekonująco, ponieważ zdążyła się przygotować. – Ta spódnica jest cudowna.

Kiwam głową z uśmiechem.

– Czy to isabel ją dla ciebie wybrała? – mówi freja słodko, a mój uśmiech zamiera. – ona ma taki fantastyczny gust.

– A właściwie to gdzie ona jest? – cara marszczy gęste brwi. Pytały mnie o to codziennie przez ostatnie dwa miesiące. – Jej VideoChat był wyłączony całe lato.

– isabel nie czuje się dobrze – odpowiadam po raz kolejny.

Nie chcę przyznać, że wiem równie niewiele, co one.

Sala się wypełnia. gisele wkracza dumnie w granatowej koszulce na ramiączkach i białych dżinsach. Kołysze biodrami, podchodząc do nas, i bierze pod rękę darię. Za nią podążają bliźniaczki, jessie i liz – identyczne kopie w takich samych turkusowych kombinezonach, poruszające się tak, jakby ich kończyny były przyczepione do jednego ciała. Złotoblond włosy okalają twarze w kształcie serca, a bladoniebieskie oczy wpatrują się w nas bez wyrazu.

– Gdzie isabel? – pyta natychmiast gisele, przyprawiając mnie o zgrzyt zębów.

Jej skóra jest idealna. Najwyraźniej w pełni wydobrzała już po swojej reakcji alergicznej.

– Dziś jej drzwi znów były zasunięte – mówi jessie. – I zamknięte, sprawdzałam.

– Jesteś pewna? – prycha liz, udając, że jeszcze tego nie wiedziała. Jeśli jessie sprawdziła, czy drzwi są zamknięte na klucz, to liz była tam z nią i też sprawdzała. – Naszych drzwi nigdy się nie zamyka.

– Dziwne – mówią jednocześnie, jakby reszta z nas nie wiedziała o tym po szesnastu latach spędzonych w szkole.

– Nie było jej w centrum dietetyki – mówi freja.

Narzekała na tę niesprawiedliwość przy każdym posiłku przez ostatnie dwa miesiące.

– Nie widziałam jej też na siłowni – stwierdza gisele, kładąc dłoń na płaskim brzuchu.

Na ten widok freja pociąga nosem i kurczy ramiona tak, by jeszcze bardziej podkreślić ostre jak brzytwa obojczyki.

– A ja często chodziłam na siłownię.

– Jest megan – przerywa im daria, przesuwając palcami po postrzępionym brzegu odciętych nogawek. Poprawia je na opalonych, muskularnych udach. – megan! Tutaj! – Macha, by do nas podeszła. – Ona to naprawdę wygląda doskonale.

Przyglądam się jej uważnie. Czy to znaczy, że ja nie?

– megan, wyglądasz pięknie! – mówi daria, gdy megan całuje powietrze przy policzkach bliźniaczek, cmokając głośno. Jej pomalowane na czerwono usta zatrzymują się kilka centymetrów od ich twarzy.

– Pięknie – prycham pod nosem, żałując, że nie kłamię.

Cieniutka warstwa jedwabiu koloru morza opina jej idealne ciało niczym narzucona na jedno ramię, sięgająca ziemi toga. 3.0 brązowoczarne włosy są ułożone w koronę z warkoczy, nr 214 zielone oczy w odcieniu arszeniku odcinają się od jej lśniącej bladej skóry. Jest idealna.

– Zmieszczę się jeszcze ja? – Wskazuje na zajęty przez nas parapet i znów się uśmiecha, mierząc nas wzrokiem. cara, freja i ja spoglądamy na siebie w bezgłośnej walce.

W końcu freja, najniżej w rankingu z nas trzech, zeskakuje, twierdząc, że już i tak jej się znudziło. megan strzepuje dłonie, a cara i ja rozsuwamy się, by zrobić dla niej miejsce. Podskakuje z taką lekkością, jakby była w dresie, i siada między nami.

– freida! – Jej pisk wybija się ponad szum rozmów i wszyscy odwracają się w naszą stronę. – Zobacz, jaka jesteś ciemna w porównaniu ze mną! – Łapie moją rękę i przyciska ją do swojej. – Czyż nie jest ciemna?

– Tak, ale twoja skóra jest piękna, megan – odzywają się natychmiast bliźniaczki.

Wyrywam jej rękę i przyciskam ją do piersi, uśmiechając się szeroko, by udowodnić, że nic mnie to nie obchodzi.

– I taka gładka – dodaje cara, podciągając rękaw koszuli, by porównać skórę megan ze swoją.

– Tak powinno być. Wczoraj podczas terapii piękności guwernantka-hope wydepilowała mi woskiem całe ciało. – Po jej twarzy przemyka cień. – Nie rozumiem, czemu nie możemy stosować lasera jak jałówki z Ameryk.

– Albo jeszcze lepiej, czemu nie projektują nas w ogóle bez włosów, jak w ChindioStrefie – dodaje daria, bawiąc się dziurą w swojej czarnej koszulce z krepy.

– Hmm, tak – odpowiada megan, spoglądając w stronę liu, która siedzi obok christy po drugiej stronie sali. – Nawet w Chindiach udaje im się od czasu do czasu wymyślić coś dobrego.

– Było warto. Wyglądasz wspaniale – mówi cara, a megan pochyla głowę, przyjmując komplement jako coś oczywistego.

– Gdzie jest isabel? – Oczywiście, nasza opinia jej nie wystarczy. Musi porównać się z jałówką numer jeden, sprawdzić, ile jej brakuje. – Czemu znów nie przyszła na śniadanie?

– Mówiłam rano. – I poprzedniego dnia, i dwa dni temu. – Jest chora.

Ale megan mnie nie słucha, tylko wpatruje się w drzwi do klasy.

– Chora? – powtarza radośnie.

Podążam za jej spojrzeniem i czuję, jak robi mi się słabo, gdy uświadamiam sobie, co przyprawiło ją o taką radość.

Niedopasowana koszulka na ramiączkach wsunięta w dzwony o wysokim stanie tylko podkreśla fakt, że isabel przytyła. Splątane włosy ściągnęła w kucyk, co odsłoniło pozbawioną makijażu twarz. Wchodzi powoli po schodach, jakby te dodatkowe kilogramy przygniatały ją do ziemi. Wszyscy się na nią gapią, gdy siada w ostatnim rzędzie po lewej stronie, najdalej od nas, jak tylko się da.

– Najwyraźniej choroba nie wpłynęła na jej apetyt – mówi megan. – A my się martwiłyśmy, że opuszcza posiłki.

liz i jessie znów chichoczą, ale tym razem trochę nerwowo. Nigdy wcześniej nie słyszałam, by megan wyrażała się o isabel naprawdę złośliwie. Nigdy wcześniej nie słyszałam, by ktokolwiek wyrażał się złośliwie o isabel.

– Cisza, jałówki!

Na ten głos zeskakujemy z parapetu. cara i ja potykamy się i pomagamy sobie wzajemnie złapać równowagę, ale megan zeskakuje zgrabnie, uśmiechając się złośliwie na widok naszej niezdarności.

guwernantka-ruth czeka za szerokim dębowym biurkiem, z rękami ukrytymi w przepastnych czarnych szatach. Wbudowane w sufit światła odbijają się od jej ogolonej czaszki. Patrząc na nas, mruży szare jak popiół oczy, a z jej twarzy o eleganckich rysach znikają ślady przebrzmiałego piękna.

Nie słyszałyśmy, jak wchodziła. Nigdy nie słyszymy.

– Zajmijcie miejsca. W ramach przywileju szesnastego roku macie prawo same je sobie wybrać – mówi, a my się wahamy. Wyczuwamy pułapkę.

– Już! – Jej cichy głos przeszywa na wskroś.

Pozostałe dziewczyny szybko zajmują miejsca. cara mnie woła, klepiąc dłonią w puste miejsce obok niej w pierwszym rzędzie. Kiedyś bez zastanowienia odmówiłabym, bo moje miejsce zawsze było przy isabel, ale teraz nie wiem, co zrobić. Czekam o sekundę za długo i miejsce zajmuje gisele, wyciągając przed siebie długie nogi, a cara spogląda na mnie przepraszająco. Wspinam się po schodach do isabel, skrytej w kącie sali.

– Oto ranking miejsc na pierwszy tydzień ostatniego roku. – guwernantka-ruth stuka w tablicę za sobą, a lustro zamienia się w wielki ekran komputera. Kobieta wydaje komendy głosowe, by wczytać nasze wyniki.

– Na pierwszym miejscu mamy… – odchrząkuje dwa razy i pociąga łyk wody z plastikowego kubeczka na biurku… – jałówkę numer siedemset sześćdziesiąt siedem.

Na ekranie pojawia się twarz megan. megan? Patrzę na zdjęcie, jej zielone triumfujące oczy, jakby wiedziała, że wreszcie nadeszła jej pora. Po raz pierwszy od dwunastu lat isabel nie jest na pierwszym miejscu. Nie mam odwagi podnieść wzroku. Boję się, że megan dostrzeże moje wątpliwości i to zapamięta.

Boję się, że isabel w jakiś sposób wejrzy we mnie i zobaczy mój skrywany żal, że to nie ja wreszcie ją pokonałam, że ujrzy żarzące się we mnie węgielki urazy za to, że od szesnastu lat żyję w jej cieniu.

– Na drugim miejscu…

Proszę, niech to będę ja. Proszę, niech to będę ja.

– … jałówka numer siedemset jeden.

Na ekranie pojawia się zdjęcie jessie, a ja uśmiecham się, by skryć zawód.

– A na trzecim…

Oblicze liz zajmuje miejsce, na którym powinna być moja twarz. A ja zapominam, jak się oddycha.

Na czwartym jest cara.

– I na piątym miejscu, dwa miejsca niżej niż w zeszłym roku, mamy jałówkę numer sześćset trzydzieści.

Zaciskam palce na kolanach, aż wbijają się w kość. Wpatruję się w swoje odbicie na blacie, starając się, by twarz mnie nie zdradziła. Mój eTel wibruje na biurku, a na ekranie pojawia się zdjęcie megan. Schylam się, by odsłuchać wiadomość.

– Na tym zdjęciu wyglądasz na taką zmęczoną. Jak chcesz, mogę pożyczyć ci mój nowy korektor. Podobno czyni cuda.

Prostuję się. Patrzy na mnie z pierwszego rzędu i wskazuje na nieistniejące worki pod swoimi oczami.

– W końcu, na ostatnim miejscu, mamy jałówkę nr siedemset – mówi guwernantka-ruth.

agyness zawsze jest na końcu. Blaty ławek się rozjaśniają i ukazują nasze twarze w nowej kolejności.

– isabel, chodź ze mną do mojego gabinetu – mówi guwernantka ze sztucznym uśmiechem na ustach.

Unoszę się na krześle, by przepuścić isabel, i szepcę:

– Powodzenia.

Nie daje znaku, że mnie usłyszała, a mnie żołądek ściska się ze strachu. Czyżby się na mnie gniewała? Czy dostrzegła tę chwilę żalu, gdy okazało się, że to nie ja ją pokonałam? guwernantka czeka, aż isabel do niej podejdzie, a w drzwiach rzuca:

– Natychmiast idźcie na następną lekcję.

Dziewczęta powoli wychodzą, rozmawiając głośno o nowym rankingu. Wciąż powtarza się jedno słowo – isabel, isabel, isabel, aż w końcu w sali pozostaje już tylko nasza grupka. Biorę torebkę i schodzę do nich, mijając liu, która stoi tuż przy naszych miejscach.

– Pa, liu-liu – mówi słodko megan, machając na pożegnanie palcami. – Nie słyszałaś, że guwernantka-ruth kazała iść na następną lekcję?

– Widziałyście? – wybucha daria, gdy tylko liu opuściła salę, zatrzasnąwszy za sobą drzwi. – Jest tylko dwadzieścia dziewięć twarzy. isabel nie trafiła do rankingu.

Przyglądam się tabelce na stole przede mną, przesuwając palcem po pęknięciu na ekranie, które przebiega przez zdjęcie cary. Ma rację. isabel tu nie ma.

– To dziwne – mówią chórem liz i jessie z krzywymi minami.

– Jak to w ogóle możliwe? – pyta gisele.

– To pewnie dlatego, że przytyła – oświadcza daria.

– Ale christy też utyła – zauważa gisele.

– Myślę, że co najmniej kilogram, a może nawet kilogram dwieście!

Zaciskam ręce na żołądku, próbując ukryć dodatkowe pół kilograma, którym pokarało mnie ciało.

– Nie tyle, co isabel – stwierdza daria, ignorując freję, która udaje, że wymiotuje na samą myśl o przybraniu na wadze. – Na pewno nie chcą, aby ktokolwiek w głównej Strefie to zobaczył. Trzeba trzymać poziom. Co sobie pomyślą dziedzice, gdy przyjadą?

– Ale kto wie, kiedy zaczną przyjeżdżać? Możemy na nich czekać miesiącami!

Zaczynają się kłócić, coraz głośniej i głośniej. Tylko ja i megan milczymy.

– To nudne – warczy megan, krzywiąc się z rozdrażnieniem. – Czemu tracimy czas na rozmowę o niej?

– No właśnie – stwierdzają bliźniaczki, wyczuwając niebezpieczeństwo.

– Gratuluję, meg – mówi szybko daria, obejmując megan ramieniem. – Zasługujesz na pierwsze miejsce. Zawsze byłaś najpiękniejsza na roku.

– Tak, Strefa zawsze upierała się przy blondynkach. To głupie – mówi freja, zachwycona, że ta wymówka tłumaczy jej niższe miejsce, i ignoruje bliźniaczki, które jednocześnie prychają.

– Cóż, myślę, że to nie potrwa długo – mówi megan.

Wyciąga wysoko ręce, które układają się w znak zwycięstwa V, a przy okazji jakby od niechcenia strąca ramię darii. daria piszczy zakłopotana, ale nic nie mówi, chociaż wcześniej by tak zrobiła. Czuję, jak coś się przesuwa pod moimi stopami, zakłóca równowagę.

– Witamy na ostatnim roku, dziewczęta.

Rozdział 3

Rozdział 3

Grudzień Siedem miesięcy do Ceremonii

– Na miłość Ojca, znów jajka na śniadanie? – gdy megan jest niezadowolona, jej i tak irytujący sztuczny akcent AmerykoStrefy zaczyna brzmieć nosowo. Niestety, megan często jest niezadowolona. Szczególnie podczas posiłków. Podejrzewam, że uważa potrzebę jedzenia za swoją jedyną wadę.

– Mam dość jaj. Są obrzydliwe. Czemu nie ma żadnej innej niskowęglowodanowej opcji? – zwraca się z oburzeniem do bufetu, jakby ten mógł jej odpowiedzieć.

liz i jessie ją zachęcają, ignorując kolejkę głodnych dziewcząt za nimi, które czekają na swoją kolej.

– Umieram z głodu – szepce do koleżanki malutka dziewczynka przede mną.

Ma jakieś sto dwadzieścia centymetrów wzrostu, sięgające pasa włosy koloru karmelu zebrane na karku jasnoczerwoną wstążką i chude łokcie wystające z pasiastej czerwono-granatowej sukienki polo.

– Przepraszam, mówiłaś coś? – megan obraca się gwałtownie i kładzie ręce na kolanach, nachylając się, by spojrzeć dziewczynce w oczy. – Jak masz na imię?

– l…l… lena-rose – jąka się dziewczynka i kuli ramiona z przerażenia.

– I masz coś do powiedzenia, l… l… leno-rose?

lena-rose rozgląda się na boki. Jej przyjaciółka odsunęła się i patrzy w podłogę, przestępując z nogi na nogę i mrucząc coś pod nosem. Opóźnienie zostało zauważone. guwernantka-ruth wyczuwa najmniejsze nawet problemy, a jej ogolona głowa kręci się w lewo i w prawo. Mija symetrycznie ustawione stoły w centrum dietetyki i nas dopada. Jej pantofle na gumie nie wydają na kafelkowej podłodze żadnego dźwięku. Nagle mam ochotę sięgnąć do torebki po cyfroaparat.

Mało prawdopodobne, by mogła nas zamienić w kamień, ale nie wykluczałabym takiej opcji.

– Jakiś problem, siedemset sześćdziesiąt siedem?

– Żadnego, guwernantko-ruth – odpowiada megan, wyginając plecy tak, że minisukienka bez ramiączek podsuwa się po jej jędrnych udach. Przesuwa głowę, by ciemne loki atrakcyjnie opadły na jedno ramię.

– Absolutnie żadnego. Mała lena zapytała mnie o pewne zasady szkolne. Dopilnowałam, by je zrozumiała.

Przesuwając dłonią po swojej łysej czaszce, guwernantka-ruth kiwa krótko głową, po czym wraca do swojego biurka na tyłach centrum dietetyki. megan natychmiast zapomina o trzęsącej się lenie-rose, bierze leki od guwernantki-anne i przechodzi dalej, dzięki czemu pozostałe z nas w ciągle wydłużającej się kolejce do bufetu Bądź Lepsza mogą wreszcie zostać obsłużone. Kiedy nadchodzi moja kolej, spoglądam na wyświetlacz. Został podzielony na trzy części, wszystkie zastawione identycznymi srebrnymi wazami. Nad częścią niskowęglowodanową jest zdjęcie skreślonej na czerwono bułki, na dziale smaczna/zdrowa widnieje fotografia piramidy z owoców i warzyw, a na 0-kcal zdjęcie wagi. Łapię wazę 0-kcal i stawiam na tacy z płyty wiórowej, nie zajrzawszy nawet pod pokrywkę. Zapachy dobiegające z bufetu dla grubasek sprawiają, że cieknie mi ślinka i staram się nie myśleć o tostach z bagietek w syropie, naleśnikach z czekoladą czy grubych burgerach sojowych w puchatych białych bułkach. W tym tygodniu muszę być grzeczna.

– Dzień dobry. – guwernantka-anne podnosi na chwilę głowę znad swojego stołu aptecznego.

Jest podobna do guwernantki-ruth. Obie noszą zasłaniające wszystko czarne szaty guwernantek.

– Mam tu notatki głosowe z twojego porannego ważenia. – Grzebie w szufladzie w poszukiwaniu próbówki z wypalonym na niej moim zdjęciem. – Poinformowano mnie, że mam ci zwiększyć dawkę Tabletek Piękności. Mam nadzieję, że dodatkowy kolagen naprawi uszkodzenia spowodowane twoją uporczywą odpornością na śpiocha.

Mierzy mnie wzrokiem, jakbym rozmyślnie nieodpowiednio reagowała na leki.

– I jak zwykle witamina C, cynk, magnez, aloes, len, chlorofil, Q10, multi-omega, kwas liponowy, karnozyna, acetylokarnityna, COX-2 i 5-LOX i DHEA. – Po chwili dodaje ciszej: – I twoje leki antymenstruacyjne są tu także.

Powtarza to każdego ranka. Myślę, że to sprawia, iż czuje się ważna, chociaż wszystkie wiemy, że jest po prostu ulepszonym podajnikiem leków, który robi wszystko, co nakazują lekarze z EuroStrefy.

– Czy isabel odebrała już swoje leki? – pytam. – Nie było jej rano na siłowni, więc zastanawiałam się…

guwernantka-anne podaje mi gwałtownie próbówkę i macha, bym odeszła. guwernantka-ruth myśli o nas jako o numerach produkcyjnych, a guwernantka-anne rozróżnia nas na podstawie przepisanych nam leków. Na pewno mogłaby w dowolnej chwili powiedzieć, kiedy po raz pierwszy dopadła mnie klątwa, ale wątpię, czy przez większość czasu pamięta moje imię.

Centrum dietetyki wydaje się większe, gdy rozglądam się w poszukiwaniu isabel. Snopy światła padają z setek żarówek umieszczonych w lustrach na ścianach i sufitach.

Całe rzędy stołów o lustrzanych blatach zajmują bezimienne dziewczęta. Gdzie ona jest? Umówiłyśmy się, że będziemy razem siedzieć. Chociaż nie mam pojęcia, czemu się na to zgodziłam – wspólne siedzenie oznacza kolejny nieprzyjemny posiłek, który trzeba przetrwać, a każde niewypowiedziane słowo to kolejna cegła w rosnącym między nami murze.

– freida. Tutaj!

– Cześć, dziewczyny! – Czuję ulgę, że ktoś uznał mnie za przyjaciółkę i nie wyglądam jak kompletny odrzutek.

Niecna trójca, wszystkie ze starannie zmierzwionymi włosami i pełnymi wargami, siedzi na stałych miejscach nieopodal bufetu, by megan mogła kontrolować nasz wybór jedzenia, sprawdzać, kto jest grzeczną, a kto niegrzeczną dziewczynką. Bardzo poważnie podchodzi do swojej roli pierwszej jałówki.

– Cóż za niezwykły strój, freido – mówi megan, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów. W odpowiedzi mam ochotę poprawić ubranie, ściąć włosy i poprosić o pełną przeróbkę.

– Yyy, dziękuję. Twój strój też mi się podoba! Do twarzy ci w czerni!

– To granat. – Unosi brew na mój entuzjazm, a mnie zaczynają piec uszy.

– Chcesz z nami usiąść? – pytają jednocześnie liz i jessie, obie w turkusowych sukienkach na grubych metalowych ramiączkach wbijających im się w ramiona i z włosami spływającymi w falach.

– Bardzo bym chciała, ale obiecałam isabel, że zjem z nią. – Bliźniaczki natychmiast tracą zainteresowanie i zaczynają rysować łyżkami kręgi w miskach z owsianką z jagodami. – Może obie się do was przyłączymy?

– isabel? – mówi powoli megan, przechylając głowę na bok.

Z bliska jest jeszcze piękniejsza, a jej kontrastową urodę podkreśla mdłość bliźniaczek.

– Tak. isabel – powtarzam. Wcześniej dwa razy przełknęłam, bo bałam się, że przez zebraną w ustach ślinę mówię niewyraźnie.

– Czy to ona stoi przy bufecie dla grubasek?

I rzeczywiście. isabel stoi samotnie, ubrana w luźny czarny top i szare legginsy, a para z gorącego baru owiewa jej twarz, zasłaniając rysy.

Zdaje się nie zwracać uwagi na dziewczyny z kolejki do bufetu Bądź Lepsza, które wytykają ją palcami. Nakłada na talerz pieczonego kurczaka i kluski, białe bułki, zupę i makaron. Nabiera gorącej czekolady ze srebrnego kranu i nakłada na nią górę bitej śmietany, którą posypuje wiórkami czekoladowymi. Aż ugina się pod ciężarem tacy. Odwracam się, bo wiem, że wróci do biurka guwernantki-anne po syrop z wymiotnicy, a na to nie chcę patrzeć. Natychmiast siadam, uderzając tacą o lustrzany blat.

– Nie wierzę, że znów je jedzenie dla grubasek. Kto w ogóle korzysta z tamtego bufetu? Wszyscy wiedzą, że jest tam tylko po to, by kusić słabe. – megan nie stara się nawet ściszyć głosu.

W odróżnieniu od reszty z nas nie boi się, że zostanie usłyszana.

– Siada tuż obok wymiotorium. Musi okropnie śmierdzieć – mówi jessie, wyciągając szyję, żeby lepiej widzieć.

– Samo to zniechęciłoby mnie do jedzenia. – liz wzrusza ramionami, odsuwając miskę.

– Żeby zniechęcić isabel, potrzeba czegoś więcej. – jessie chichocze, a ja unoszę pokrywę z mojego śniadania i widzę szklankę pełną jaskraworóżowego płynu.

– Nie wiem, po co w ogóle bierze wymiotnicę – mówi megan. – Przecież ewidentnie na nią nie działa. Przybyło jej co najmniej dziesięć kilo. – Wpatruje się we mnie znacząco. – Jak sądzisz, freido? Ile przytyła?

Wyciąga rękę, by dotknąć mojej dłoni, a ja mam ochotę się odsunąć. Czy jeśli to zrobię, poczuje się urażona?

– Musi być ci bardzo trudno patrzeć, jak twoja przyjaciółka tak się upadla. No wiesz, ona je makaron! – megan się krzywi. – Mówiła ci coś? Ile dziś ważyła? Nie było jej na siłowni, więc pewnie jest na warunku, co?

Chciałabym, aby powiedziała mi, co chce usłyszeć. Powiem jej to. Powiem cokolwiek, byle tylko przestała. Spuszczam wzrok, udając, że poprawiam włosy, po czym zaczynam mieszać słomką truskawkowy shake odchudzający.

– Może doradzisz jej coś w sprawie diety, freido. Wyraźnie potrzebuje pomocy. W końcu od tego są przyjaciele, prawda? – kontynuuje słodko megan.

– Tak – włącza się jessie. – Jeśli ktoś tu potrzebuje odchudzających shake’ów, to na pewno ta tłusta krowa. Zgadza się, dziewczyny? – chichocze, a jej głos pozbawia mnie chęci do życia.

– freido, a ty co ty o tym sądzisz?

Zapada nieprzyjemna cisza. Spoglądam megan w oczy i widzę w nich wyzwanie. Narysowała na piasku linię i teraz muszę zadecydować, po czyjej stanę stronie.

– Myślę, że masz rację – odpowiadam, a zdrada smakuje żółcią.

megan uśmiecha się do mnie.

– Powinnam być bardziej wyrozumiała – wzdycha. – Mam tak szybki metabolizm, że z trudem utrzymuję właściwą wagę.

Spoglądam na prawie nietknięte jaja na jej tacy. Jak na kogoś, kto z trudem utrzymuje wagę, ma zaskakującą niechęć do jedzenia pełnych porcji.

megan i bliźniaczki zaczynają fotografować swoje jedzenie. Wrzucają zdjęcia do systemu, dyskutując o najnowszych przygodach cassie i carrie w Wypoczynku z Carmichaelami. Próbuję wymyślić, co ciekawego mogłabym dodać na ten temat. Coś, co sprawi, że uznają mnie za interesującą i zabawną, że będą chciały mnie znów zaprosić do swojego stołu, ale mój mózg zamarł. Próbuję dostrzec odbicie isabel w ścianie obok mnie. Chcę się upewnić, że nic jej nie jest, że nie poszła po drugą czy trzecią dokładkę.

Wrzucam do ust pastylki i popijam je shakiem odchudzającym. Zsuwają się w czarną dziurę w moim wnętrzu. Wiem, że mi pomagają. Nawet jeśli smakują pustką. Nawet jeśli smakują moją słabością.

Rozdział 4

Rozdział 4

Wychodzę wcześnie z centrum dietetyki z nadzieją, że znajdę isabel i porozmawiam z nią na osobności, ale gdy docieram do klasy, jest pusta. Siadam i czekam, zastanawiając się, co jej powiedzieć, próbując sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy zaczęłam planować przebieg naszych rozmów.

– Gdzie isabel? – pyta cara, siadając obok mnie.

– Nie było jej na siłowni, więc pewnie ma warunek.

– Myślisz, że dostała komnatę?

– Nie jestem pewna. Nie widziałam jej od śniadania.

– Też ją widziałam na śniadaniu. Myślę, że wszyscy ją widzieli. Jeśli jest na warunku, to czemu jadła z bufetu dla grubasek?

– Syrop z wymiotnicy. – Posyłam jej pusty uśmiech i unoszę dwa kciuki w górę, jak dziewczyna z reklamy. – Na łatwe i sprawne wymioty!

– Po każdym posiłku? – cara marszczy zadarty nosek i wyciąga z neonowożółtej torebki eTel.

– Zdjęcie na MyFace?

Nie czekając na odpowiedź, wyciąga rękę z cyfroaparatem, przysuwa głowę do mojej i obie się uśmiechamy. Fotogeniczne miny potrafimy przybierać w ułamku sekundy. cara stuka dwa razy w lustrzany blat i skanuje kod kreskowy cyfroaparatu.

– Załaduj i otaguj.

Zdjęcie pojawia się też na moim biurku. Ciemne blond włosy i gęste brwi cary podkreślają moją opaloną skórę i delikatne rysy. Rozsuwam kciuk i palec wskazujący na ekranie, by przybliżyć obraz. Cienie pod moimi oczami stają się jeszcze wyraźniejsze. Czy cara jest ładniejsza ode mnie? Blondynki zwykle plasują się wyżej (oczywiście megan jest wyjątkiem). Zamykam zdjęcie. Czuję, jak komórki tłuszczowe puchną niczym odciski na moim ciele, rosną i rosną, gotowe wybuchnąć. Odciągam paseczek spódnicy, a nienawiść obsypuje mnie niczym gęsia skórka.

– Wyglądasz słodko! – mówi cara, patrząc na ekran.

Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jak paskudnie muszę wyglądać na co dzień, skoro teraz wyglądam „słodko”.

Zjawia się reszta dziewczyn. Hałaśliwie rzucają na podłogę swoje torby.

– Czuję, że od śniadania przytyłam dziesięć kilo.

– Przez resztę dnia niczego już nie zjem.

– Nie będę jeść przez resztę tygodnia!

– Siadajcie, dziewczęta – rzuca guwernantka-theresa. Jej chude ciało niknie gdzieś w czarnych szatach, gdy zagania ostatnie z nas do sali.

Wzdycha ciężko.

– Przeanalizowano wasze osobiste dane z porannego ważenia – zaczyna, ale przerywa jej głos guwernantki-ruth z interkomu:

– Uwaga, cały szesnasty rok. Zwróćcie uwagę, że dwie z waszych koleżanek są na warunku. Numer siedemset dwadzieścia siedem przybrała dwa i pół kilo i waży teraz pięćdziesiąt sześć i pół.

Pięćdziesiąt sześć i pół kilograma. Żadna z nas jeszcze nigdy nie była tak gruba. Siedząca w drugim rzędzie po drugiej stronie schodów christy rumieni się okropnie ze wstydu.

– Na warunku jest także isabel – dodaje guwernantka-ruth, po czym wyłącza z piskiem interkom.

– Ale ile waży? – słyszę, jak domaga się informacji megan.

W tym samym momencie stare drewniane drzwi otwierają się ze zgrzytem.

– isabel – mówi guwernantka-theresa. – Zajmij swoje miejsce, skarbie.

isabel nie rusza się. Stoi w drzwiach i patrzy na nas, a my na nią; wszystkie oceniamy jej wagę równie dobrze jak skanery. isabel obciąga bluzkę, by zasłonić uda. i szybko siada na wolnym miejscu z przodu. liz i jessie celują w nią eTele, hamując chichot, a po kilku sekundach w całej klasie słychać bipnięcia.

– Skończyłyście już zachowywać się jak dziesięciolatki? – woła guwernantka-theresa, a jej ciemna skóra rumieni się ze złości. – Odłóż to, liz! Ty też, jessie!

Wyglądają, jakby zamierzały ją zignorować, ale megan potrząsa ostrzegawczo głową i dziewczyny powoli chowają telefony do toreb.

– Z przyjemnością was informuję – mówi guwernantka – że dziś podczas wstępu do obycia towarzyskiego zamiast zwyczajnej lekcji wysłuchamy przemowy, którą Ojciec EuroStrefy wystosował do uczennic ostatniego roku.

Samo wspomnienie Ojca sprawia, że zapada kompletna cisza. Nie przemawiał do nas od czasu dorocznej wizyty w Szkole w dniu naszego zaprojektowania w lipcu, tuż przed wakacjami.

guwernantka-theresa stuka w tablicę-lustro za swoimi plecami i w tym miejscu natychmiast pojawia się ekran komputera.

– Uruchom video.

Wyciągam z kopertówki pomadkę i nakładam grubą warstwę, sprawdzając w blacie biurka, jak wyglądam. To idiotyczne, bo Ojciec nas nie zobaczy. Video nagrano pewnie kilka dni temu. Ale nie jestem odosobniona. Pozostałe dziewczyny też upiększają się tak intensywnie, że prawie wpadając w swoje lustra. Jedynie isabel siedzi nieporuszona. Kurczy się przy biurku, a z jej twarzy znika rumieniec. Wygląda, jakby chciała zniknąć.

– Cisza, dziewczęta. – guwernantka-theresa przyciemnia światła.

Oddycham głęboko, pocierając dłońmi o kolana. Światło stroboskopowe oślepia nas na moment, po czym znika i ogarnia nas ciemność.

Salę wypełnia brzęk cymbałów i bębnów, gdy rozlega się hymn EuroStrefy. Na ekranie ukazuje się symbol trójcy: triquetra, trzy połączone trójkąty. Kość słoniowa towarzyszek, szkarłat konkubin i czerń szat guwernantek.

Oddzielne jednostki, nierozerwalnie związane. Przed naszymi oczami pojawiają się kolejne obrazy.

Dziewczyna. Dziewczyna. Dziewczyna. Dziewczyna.

Zdjęcia dziewcząt, które w ciągu ostatnich dziesięciu lat zajęły pierwsze miejsce w rankingu, każda szybko zastępowana przez kolejną, ulepszoną wersję. Patrzymy na fotografie dziewczyny z najlepszymi nogami: długimi, o idealnym kształcie, na najwyższych możliwych obcasach. Ekran na naszych blatach dzieli się na dwa – na lewo wyświetla się zdjęcie idealnych nóg, na prawo naszych własnych. Z sufitu rozlega się głos:

– COŚ DO POPRAWY.

Intensywnie masuję uda. Gdy czuję, że moje palce zagłębiają się w ciało, chcę oderwać te niepotrzebne kawałki. W sali panuje kompletna ciemność. Cieszę się z tego. Cieszę się. Nie chcę, by inne dziewczyny mnie widziały, by dostrzegły, jaka jestem nieodpowiednia.

Ekran znów strzela stroboskopowym światłem i mnie oślepia. kate, legendarna jałówka numer jeden sprzed siedmiu lat, tak idealna, że przyznano jej własny program telewizyjny, Co potem zrobiła kate. Mokre, odrzucone do tyłu włosy ukazują jej delikatną twarz i wydatne kości policzkowe. Jej zdjęcie pojawia się po lewej stronie mojego ekranu, a obok, dla porównania – moja profilówka z MyFace. Znów rozlega się głos, ale tym razem we mnie, w moim wnętrzu. Coś do poprawy. Coś do poprawy. Coś do poprawy.

Światło przygasa, a dudnienie bębnów ustaje. Rzucam okiem na isabel. Zdjęcia z ekranu rozświetlają jej pobladłą, spoconą twarz. Dziewczyna opuszcza głowę, przez co pod brodą robi jej się wałek tłuszczu. Ogarnia mnie karygodna ulga. Nie tylko ja nie jestem idealna. Nie jestem najgorsza.

Rozlega się trąbka, co na nowo przykuwa naszą uwagę do głównego ekranu. Poruszamy się jednocześnie niczym kukiełki i krzyżujemy nogi w kostkach oraz kładziemy dłonie na podołkach. Teraz istnieje tylko Jego twarz. Jego przejmujące niebieskie oczy wpatrują się w moją duszę, Jego usta się otwierają. Zaraz przemówią i wypełnią mój pusty mózg wiedzą.

– Dzień dobry. – Ojciec ma silny, głęboki głos.

Milknie na chwilę, odgarniając wytworne siwe włosy z bladej twarzy.

– I znów nadszedł czas na przemowę dla jałówek z ostatniego roku. Muszę wam uświadomić, jak ważne są najbliższe miesiące dla waszej przyszłości. To decydujący moment, moment, na który przygotowywałyście się przez ostatnie szesnaście lat. Pora, żebyście zaczęły służyć społeczeństwu, które stworzyło każdą z was, czy to jako towarzyszki, czy konkubiny. – Zza kadru słychać jakiś głos, a czoło Ojca marszczy się ze złości na te zakłócenia. – Albo oczywiście guwernantki. Każda z was musi odegrać swoją rolę. Pamiętajcie, że chociaż zostałyście idealnie zaprojektowane, zawsze znajdzie się coś do poprawy.

Mrugamy gwałtownie, gdy lampy się rozświetlają, a ekran znów przyjmuje postać lustra.

– Przestańcie! – krzyczy guwernantka-theresa. – Od mrużenia oczu robią się zmarszczki.

jessie odruchowo dotyka skóry w zagrożonych miejscach. Łapie malutką tubkę z torebki, wyciska na palce kropelki białej piany i wmasowuje je w powieki.

– To była krótka przemowa, prawda? – liu przygryza wargę tak mocno, że pozostaje na niej ślad. – Nie wspomniał nawet, kiedy przyjadą dziedzice. Czemu mówił tak krótko?

– Ojciec jest bardzo zajęty – odowiada ze znużeniem guwernantka. – Ma na głowie ważniejsze sprawy niż nagrywanie dla ciebie długich przemówień.

liu kurczy się na krześle, a hebanowoczarne włosy zasłaniają jej twarz.

– W każdym razie, jak powiedział Ojciec, waszym zadaniem jest dowieść wartości waszego istnienia, bez względu na to, do której części trójcy zostaniecie przydzielone. Oczywiście wątpię, by w waszej grupie było wiele jałówek, których powołaniem jest święta służba w szeregach guwernantek. – guwernantka-theresa spogląda na agyness i jej twarz się rozpogadza. – No, może jedna.

agyness rumieni się z niezrozumiałej dumy, a megan udaje, że wymiotuje. Lubię agy, ale wszystkie wiemy, że guwernantką nie zostaje się przez powołanie. To po prostu sposób na rozwiązanie kwestii jałówek, które z jakiś przyczyn nie spodobały się mężczyznom, ale nie zrobiły nic na tyle złego, by wysłać je do Podziemia. Tak rzadko się zdarza, by któraś z dziewcząt trafiła do tej trzeciej, że w Szkole nie otrzymujemy nawet informacji na temat życia guwernantek.

Te kobiety mają oczywiście swoje zastosowanie – szkoła nie mogłaby bez nich działać – ale nie są tak pożądane jak konkubiny. Nie są niezbędne jak towarzyszki.

Na resztę lekcji zagłębiam się w marzeniach, całkowicie ignorując wykład o różnicach w obyciu towarzyskim oczekiwanym po konkubinach i towarzyszkach. Przed oczami stoją mi twarze moja i kate. Zdjęcia nakładają się na niebie jak siatka i mogę dokładnie zobaczyć wszystkie moje niedoskonałości.

Podskakuję na dźwięk dzwonka, a cara śmieje się i ściska mnie za ramiona. Czuję chłód jej dłoni na spoconej skórze.

– Nie guzdrajcie się – mówi guwernantka-theresa, wyprowadzając dziewczęta z sali. Gasi światło i wszystkie wychodzą.

Ledwie widzę jej zarys w rzędzie po drugiej stronie.

– Co się z tobą dzieje, isabel?

– Jestem na warunku.

– Słyszałam. Nie możesz wciąż jeść z bufetu dla grubasek. To tylko pogarsza sprawę – mówię coraz głośniej. – Jeśli dalej będziesz tyć, nigdy nie zostaniesz towarzyszką. Nawet na konkubinę nie będziesz dość dobra.

Mężczyźni nie lubią grubych dziewcząt. Powtarzano nam to od dnia zaprojektowania.

– Czemu się tak złościsz? – pyta. – To nie twoje ciało.

– Nie złoszczę się. – Oddycham głęboko, by się uspokoić, by opanować emocje, których w ogóle nie powinnam odczuwać. – Boję się… boję się o ciebie.

– Czego się boisz?

Nie mogę głośno powiedzieć prawdy, więc stwierdzam tylko:

– Boję się, że zostaniesz guwernantką.

– Czy to byłoby takie straszne?

– Nie wygłupiaj się.

– Czemu uważasz, że to wygłupy? To brzmi… – milknie, szukając odpowiedniego słowa – tak spokojnie.

– Ale…

Chcę powiedzieć, że przecież zawsze chciałyśmy być towarzyszkami. Chciałyśmy tego od czwartego roku, kiedy uczyłyśmy się zmieniać pieluchy lalkom treningowym na lekcjach małych mam. Miałyśmy wychować naszych synów na najlepszych przyjaciół. Nie pamiętasz?

Ale tego nie mówię. Jeśli ja pamiętam, a ona nie, to znaczy, że mnie zależy bardziej niż jej. To dla mnie niebezpieczne.

– Byłaś w komnacie? – pytam więc.

– Tak. Tylko jednokilowe ciężary. Ale wilgoć była zabójcza.

– A jaką ulepszającą muzykę ci puścili?

– Żadnej.

– Upiekło ci się – odpowiadam zaskoczona.

Ja byłam w komnacie tylko raz, po złamaniu nogi, gdy spadłam z drzewa, kiedy miałam cztery lata. Przytyłam wtedy dwa i pół kilo, i codziennie przez trzy tygodnie musiałam biegać na bieżni do wtóru piosenki Grubaski muszą zniknąć, aż odzyskałam kontrolę nad moją wagą. Sądziłam, że kary z każdym semestrem robią się coraz trudniejsze. To dla naszego dobra, jak sądzę. Jak wiem.

– Jak długo musisz tam chodzić?

– Aż moja waga spadnie do akceptowalnego poziomu. Zwiększyli mi też dawkę blokerów kalorii.

– Mówili przecież, że to niebezpieczne?

– Chyba nie mieli wyjścia.

Głos jej się załamuje, jakby próbowała zdusić szloch. Ona płacze? Wie, że nie wolno nam płakać i, w odróżnieniu ode mnie, isabel nigdy nie miała problemu z przestrzeganiem tej zasady. Jej pocieszające uśmiechy wspierały mnie przez całe dzieciństwo.

Zamieram, ciesząc się, że w klasie jest ciemno i mogę udawać, że nic nie zauważyłam. Słucham jej ciężkiego oddechu i mam ochotę nią potrząsnąć. Jej nagła niemożność przestrzegania zasad doprowadza mnie do rozpaczy. Czego ona ode mnie chce? Czy mam ją pocieszyć? Czy ma mi zależeć po tych miesiącach ciszy, kiedy isabel bezlitośnie rozplątywała więzy naszej przyjaźni? Tyle że mi naprawdę zależy. W tym rzecz. Lata wspólnych wspomnień płyną w moich żyłach. Wyssać mogłyby je tylko pijawki.

Podchodzę do niej i kucam, żeby wziąć ją za zwisającą bezwładnie dłoń. Odsuwa się. Kolejne odrzucenie, a mnie żołądek skręca się z bólu. Ale czuję też złość, złość na swoją głupotę, że pozwoliłam komuś zbliżyć się na tyle, by mógł mnie skrzywdzić.

– To co się działo na WF-ie? – pyta, nabierając głęboko powietrza.

– Nic – odpowiadam gwałtownie, a w kolanach aż mi strzela, gdy się podnoszę. – Lepiej chodźmy na lekcję.

– Przeliczono poniedziałkowe głosy z EuroStrefy i zaktualizowano dostępny na stronie ranking.

Wszystkie dziewczyny sięgają do torebek i kieszeni po eTele, by sprawdzić swoją wartość w tym tygodniu. megan znów jest pierwsza, za nią liz i jessie na drugim i trzecim miejscu. Przesuwam listę w dół, aż trafiam na swoją twarz. Spadłam z ósmego na dziesiąte miejsce.

– Nie tak źle – mówi ciepło cara. – Pierwsza dziesiątka na pewno zostanie towarzyszkami.

Łatwo jej mówić, skoro wciąż zajmuje czwarte miejsce. daria i gisele oferują wyrazy współczucia i twierdzą, że „baaardzo” im przykro. Mają też nadzieję, że nie mam im za złe, że przez mój spadek one znalazły się wyżej w rankingu. Może powinnam przekupić guwernantkę-anne, by znów pomyliła leki gisele. Ciekawe, na którym miejscu wyląduje z wysypką.

Twarzy isabel nadal nie ma w rankingu, ale z jakiegoś powodu wciąż nie poruszyłam z nią tego tematu.

– Wszystko w porządku, isabel? – pytam, gdy wędrujemy z powrotem do sali na zorganizowaną rekreację.

Kiwa ze zmęczeniem głową i znów zapada między nami znajoma cisza. Patrzę, gdzie siada megan, a bliźniaczki, cara, gisele i daria zajmują resztę rzędu. Niektóre z niżej sklasyfikowanych dziewczyn siedzą na podłodze, skupiając się przy jej stopach jak przy jakimś bóstwie, i zaśmiewają się do rozpuku. Kiedyś to isabel była zawsze w centrum wszystkiego, a ja u jej boku, bezpieczna dzięki jej przyjaźni. cara zauważa, żę się gapię.

– O czym myślisz, freido? – uśmiecha się, starając się włączyć mnie do grupy.

– Przepraszam, caro, nie usłyszałam, co mówiłaś.

– Mówiłam…

– Patrzcie! – megan podsuwa carze pod nos eTel z włączonym na cały regulator teledyskiem Dome Dudes, a ja znów zostaję na uboczu.

Chcę do nich podejść, odzyskać moją pozycję, ale czuję się przykuta do isabel. Spoglądam na nią, jak siedzi zgarbiona obok, zupełnie się nie przejmując tym, że pod cienkim topem widać jej wałeczki tłuszczu na brzuchu. Na ten widok aż mnie skręca ze złości.

– Według alfabetu – nakazuje guwernantka-anne, pojawiwszy się znikąd. – Już pora.

Codziennie mamy zorganizowaną rekreację i zawsze jest to ostatnia lekcja danego dnia. Wymyślono ją, by zwalczać syndrom kobiecej histerii – wszelkie histeryczne, nazbyt emocjonalne zachowania są rozmyślnie wywoływane w kontrolowanym otoczeniu, aż symptomy ustąpią. W weekendy i letnie wakacje potrzebujemy dodatkowych lekcji, za każdym razem, bo wtedy mamy większe szanse zarazić się od siebie.

Stajemy w rzędzie i podchodzimy do biurka odebrać od guwernantki leki. Szklane akwaria po obu stronach biurka otwierają drzwi – do każdego może wejść jedna osoba naraz – po czym znikają pod ziemią. Wstrzymuję oddech, gdy drzwi się za mną zamykają. Co się stanie, jeśli guwernantka-anne zaprogramuje nieprawidłowo windę i ta pojedzie za daleko?

– Czy ty płaczesz, sześćset trzydzieści?

– Nie, guwernantko-ruth.

– Dobrze. Bo wiesz, co się dzieje z dziewczętami, które łamią zasady, prawda? Wysyłamy je do Podziemia. Czy chcesz trafić do Podziemia, sześćset trzydzieści?

Drzwi windy otwierają się i widzę salę do zorganizowanej rekreacji. Wygląda jak pusty basen wypełniony licznymi rurami znikającymi w Podziemiu. W pięciu rzędach stoi trzydzieści szklanych trumien, po sześć w rzędzie. Wchodzę do akwarium z moim numerem, przystrojonego różowymi cekinami. Szklana pokrywa zatrzaskuje się, a ja czekam z niepokojem, aż pozostałe akwaria się wypełnią i będziemy mogły zacząć.

guwernantka-anne kiwa głową, a ja połykam leki.

Cśś. Cśś. Drżenie zaczyna się od stóp, wzrasta, rozprzestrzenia się po całym moim ciele. Trumna pulsuje rytmem, melodia atakuje moje uszy, mózg, serce. Mój kręgosłup zaczyna falować, aż całkowicie się rozluźniam. Ogarnia mnie fala zachwytu. Jestem wolna. Wolna od tego wszystkiego. Mój mózg odzyskuje na moment przytomność. Wracam do sali i znów ogarnia mnie niepokój. Widzę pokrywę szklanego akwarium, widzę plątaninę kabli i przewodów sięgających sufitu, i inne dziewczęta o błędnym spojrzeniu. Wracam we mgłę, która dusi mnie tak długo, aż przestaję czuć cokolwiek.

Rozlega się dzwonek i w tym samym momencie wszystkie zostajemy odłączone, a drzwi do trumien się otwierają. Wychodzę na zewnątrz. Nogi mi się trzęsą. Mój mózg znów działa, ale ciało ogarnięte jest letargiem, jakbym rozpadła się na dwie części.

Pozostałe dziewczyny wyglądają na równie wyczerpane. Uśmiechamy się słabo do siebie i kierujemy do naszych dormitoriów, ale nie rozmawiamy. Rzucam się na łóżko, modląc się o sen, ale znów bez skutku. Przewracam się na bok, przyciskam palce do szklanej ściany i patrzę na dziewczynę w lustrze. Jej rysy rozmazują się, po czym znów łączą w dziwny sposób. Ma za duże oczy, czarne w pobladłej twarzy. Usta pozbawione koloru, kropelki śliny zaschnięte w ich kącikach, a dolna szczęka wysuwa się dziwnie do przodu.

W moim ciele jest olbrzymia pustka, całe połacie nicości, gdzie nie ma się czego złapać.

Jutro nie będę z tego nic pamiętać.

Rozdział 5

Rozdział 5

Jesteśmy nakręcane niczym mechaniczne lalki. Włączają lampy, wyłączają lampy. I mija kolejny dzień.

– Chciałabym zatrzymać czas aż do momentu, gdy poczuję się gotowa – powiedziałam isabel którejś nocy w zeszłym roku, gdy nie mogłyśmy spać. Siedziałyśmy na podłodze w jej alkowie, opierając się plecami o ścianę z luster, z wyciągniętymi przed siebie nogami, a ja próbowałam nie porównywać szerokości przerwy między jej udami a moimi. – Też czasem masz podobnie?

– Nie – odparła, a ja poczułam się zdradzona, co było kompletnie nielogiczne.

Odsunęłam się od niej trochę, czując, jak ogarnia mnie samotność. Przysunęła się bliżej, nie pozwalając mi na fochy.

– Nie przejmuj się przyszłością – powiedziała. – Na pewno wszystko będzie lepsze. Obiecuję.

Obiecała mi.

Dormitoria dziś wieczór są aż zamglone od pary, która wkrada mi się w usta i zbiera w gardle. Muszę odetchnąć.

W drodze do mojej alkowy zatrzymuję się przy pokoju isabel i widzę jej platynowe włosy rozsypane na poduszce. Od dawna nie przychodziła do mnie w nocy.

Idę po czarno-białych kafelkach, aż docieram do krużganków. Wędruję długą nawą. Łukowate okna po obu stronach zaplombowano, by zasłonić pustkę za nimi. Zakryto je olbrzymimi obrazami, po siedem z każdej strony, ukazującymi widoki z czasów przed nami. Empire State Building, Wielki Kanion, Wielki Mur Chiński, piramidy, Koloseum, Tadż Mahal. Wyobrażam je sobie teraz, jak pieką się w upiornym żarze. A może kryją się pod Wielkim Oceanem i towarzyszą im tylko szkielety ryb. Nie rozumiem, czemu chciałabym poznać cykl życiowy żab czy patrzeć na fale, pieniące się na brzegu morza. Falujące łany zboża, góry pokryte śniegiem, miliony ludzi żyjących w wielkich miastach, a każdy wykonuje swoją część skomplikowanego tańca i bezmyślnie obraca się wokół innych.

Jedyna przyroda, jaką pokazują nam na lekcjach, pochodzi z autoryzowanego serialu Zniszczenie. Topniejący lód, podnoszące się wody oceanów pochłaniające nisko położone kraje skazane na zagładę. Na początku przyszła ulga, nadzieja, że znalazło się naturalne rozwiązanie kryzysu populacyjnego, ale ta szybko zamieniła się w strach. Pozostali przy życiu ludzie przemieszczali się w głąb lądu, coraz dalej i dalej. Aż stworzono Strefy, by chronić tych nielicznych, którzy uciekli przed palącym słońcem i podnoszącymi się wodami. Projekt Noe. I wchodzili parami ludzie, by stworzyć nowy świat. Pozbyli się wszystkiego, czego nie potrzebowaliśmy, na przykład zwierząt i zorganizowanej religii. Pozbyli się wszystkiego, co mogło nas hamować.

Docieram do olbrzymich drewnianych drzwi strzegących wejścia, na których wyryto trójkąty triquetry: biały, czerwony i czarny. Naciskam mosiężną klamkę, by je otworzyć, a moje spocone ręce zostawiają na nich osad.

Następna jest zardzewiała metalowa brama ze szpikulcami na szczycie, strzegącymi nas przed intruzami, którzy nigdy nie nadejdą. W ogrodzie chodzę po betonowej ścieżce, która okrąża nasze pomieszczenia mieszkalne. Schodzę ze ścieżki na trawę, a syntetyczne źdźbła drapią moje nagie stopy, gdy krążę wokół drzew. Każde z nich jest umieszczone w identycznej odległości od pozostałych, a z ich plastikowych gałęzi zwisają pomalowane liście ozdobione kryształami. Do sztucznych konarów przylepiono wypchane ptaki. Wyglądają niczym skrzydlate guzy. Myślę o filmach z kanału Natura ukazujących olbrzymie sady Starej Anglii i powyginane gałęzie uginające się od naturalnego jedzenia. Teraz te drzewa są pewnie martwe, jak wszystko inne. Zgniły i umarły jak dzieci płci żeńskiej w macicach. Zepsuły się od środka.

– Macie szczęście – powiedziała nam guwernantka-ruth, gdy oficjalnie rozpoczęłyśmy czwarty rok szkoły.

Wciąż pamiętam, jak dziwnie czułam się w nowych ubraniach, jak ciężkie wydawały mi się usta od obcej mi szminki. Zebrano nas w sali głównej. Guwernantka stała na podwyższeniu, a nasze ciała były tak małe, że prawie stapiały się z obitymi aksamitem fotelami.

– Szczęście – powtórzyła surowo.

Obciągnęłam krótką koszulkę z wyszytymi na niej ustami, bo przerwa pomiędzy nią a króciutkimi szortami wydawała mi się niestosownie duża.

Widząc, jak się kręcę, guwernantka wykrzywiła usta w grymasie. Miała przeszywające spojrzenie i po raz pierwszy poczułam strach. A potem pokazała nam na filmie osławione „groby dziewcząt”. Zobaczyłyśmy tysiące niechcianych córek, wrzucanych w coraz większą dziurę. Głowy dziewczynek rozbijające się o siebie niczym porcelanowe lalki. Apteki zastawione lekami na płodność, które z góry ustalały płeć dziecka i były równie łatwo dostępne jak guma do żucia. I ciało się uczyło. Uczyło się, że dziecko płci żeńskiej to najeźdźca, który przybywa, by skraść piękno swojej matki. Dziecko płci żeńskiej było niebezpieczne.

– Oczywiście pojawiły się obawy – powiedziała guwernantka-ruth, a jej spokojny głos zupełnie nie pasował do upiorności słów. – Mijały lata, a w Strefach nie rodziły się dziewczynki. Po jakimś czasie pozostała tylko garstka pierwotnych kobiet w wieku porozrodczym i zaistniało niebezpieczeństwo, że nasz gatunek wymrze. Inżynierowie genetyczni, by zapewnić przetrwanie rasy ludzkiej, zostali zmuszeni do stworzenia kobiet. A skoro mieli taką możliwość, głupotą byłoby nie dokonać niezbędnych udoskonaleń w nowych kobietach, jałówkach. – Odkaszlnęła cicho. – I powstały szkoły, w których je umieszczano.

– Czemu nie oddawano dziewczynek towarzyszkom, by wychowywały je jak swoje własne?

Gdy tylko to powiedziałam, guwernantka spojrzała na mnie i uznała mnie za kłopotliwą.

– A kto by cię chciał? – zapytała. – Kto by cię chciał, dopóki nie staniesz się użyteczna?

Wtedy nie rozumiałam, co oznacza „użyteczna”. isabel wsunęła dłoń w moją dłoń, by mnie wesprzeć. I wiedziałam, że mnie ochroni.

Mrugam dwa razy, bo czuję, jak oczy zachodzą mi mgłą. Przedzieram się przez tandetne rośliny i docieram na brzeg naszego świata. Wyciągam ręce, by dotknąć skorupy, która nas otacza i chroni od pustkowia. Dziś przybrała kolor czerni, dołożono też lśniące punkty i wielki biały księżyc, podobny do niemrugającego oka. Podchodzę najbliżej, jak się da, i przyciskam ciało do szkła. Czuję jego opór. Nie widzę za nim nic, wszystko pochłania noc.

– Co robisz?

Wzdrygam się, a prawe kolano boleśnie uderza w niebo. Z rękoma założonymi na piersi kobieta wygląda na zaskoczoną. Jej czarne szaty dziwnie odcinają się od kolorów ogrodu, a światło księżyca otacza jej łysą głowę niczym nimb.

– Przestraszyłaś mnie – mówię i siadam ciężko na limonkowozielonym trawniku, rozgniatając przy tym kilka maków.

guwernantka-magdalena podchodzi bliżej. Poprawia szaty i siada obok mnie. Jej skóra jest nadal gładka, a wokół miedzianych oczu dopiero pojawiają się pierwsze zmarszczki. Jest najmłodszą guwernantką, ale jednak starą – myślę, że po trzydziestce.

– Chcesz o tym porozmawiać? – Z wahaniem klepie mnie po ramieniu i obie się wzdrygamy. Guwernantki nigdy nas nie dotykają. – Chodzi o ceremonię, freido? Jeśli tak, to nie szkodzi. To normalne, że się boisz.

Nie jestem pewna, czy o to chodzi. Nie wiem, co sprawia, że żołądek mi się skręca w pragnieniu czegoś, czego nie umiem nazwać, ale kiwam głową. Tak jest prościej.

– Do której trzeciej chcesz zostać wybrana?

– Chcę być towarzyszką.

– Nie konkubiną? – Na dźwięk swoich słów guwernantka-magdalena dostaje rumieńców.

– Jeśli dziedzice uznają, że do tego nadaję się najlepiej, to oczywiście – mówię, chociaż wolałabym umrzeć, niż zostać konkubiną.

– Nie chcesz zostać jedną z guwernantek?

Tak jakby ktokolwiek chciał zostać guwernantką i przez całe życie opiekować się uczennicami, młodszymi i bardziej ponętnymi od siebie. W tym czasie ty się starzejesz i niedołężniejesz, i nie masz nawet luksusu daty ważności, którą wyznacza się po to, by twoje piękno nie przeminęło. Mój wzrok przyciągają zmarszczki mimiczne wokół jej ust. Wyobrażam ją sobie, gdy będzie miała czterdzieści, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat i przechodzi mnie dreszcz.

– Na początku nie sądziłam, że zostanę guwernantką – mówi, nieświadoma moich myśli. – Ale stało się, jak się stało… – Przez moment wydaje się smutna. – I tak lubiłam spędzać czas z młodszymi dziećmi i, cóż, raczej nie byłabym w stanie spełniać obowiązków pozostałych części trójcy, więc w gruncie rzeczy wyszło mi to na dobre.

Na myśl o seksie obie odwracamy spojrzenia.

– W szkole czuję się bezpieczne – dodaje szybko guwernantka-magdalena. – Tu jest spokojnie.

– To samo powiedziała isabel. Może przyłączy się do agyness – żartuję. – Wyobraź sobie! Dwie guwernantki na jednym roku. Jestem pewna, że do czegoś takiego jeszcze nigdy nie doszło.

– Och, isabel nie zostanie guwernantką. Na nią czekają znacznie wspanialsze rzeczy – mówi z dziwnym smutkiem.

Ale pomyślałaś, że mnie mogłoby się to przydarzyć? Czy na mnie nie czekają „znacznie wspanialsze rzeczy”? Czemu wszyscy uważają, że isabel jest o tyle lepsza ode mnie? Dotykam maków u moich stóp i pocieram palcami materiałowe płatki. W środku każdego kwiatka jest malutkie lusterko, na tyle duże, byśmy mogły w nim ujrzeć swoje oko. Rozgniatam je, materiał się drze, a szkiełko kruszy. Moje odbicie znika.

– Pora spać, freido.

W milczeniu wracamy do dormitoriów. Pozostałe dziewczyny wciąż głęboko śpią. Mojej nieobecności nikt nie zauważył.

– Obyś dostała to, czego pragniesz, freido – szepce guwernantka, gdy kładę się do łóżka, i odwraca się w drzwiach. – Obyś została matką stu synów.

„Wszystkie jałówki zaprojektowano zgodnie z ideałem, ale z czasem pojawiają się w nich wady. Porównywanie się ze swoimi siostrami jest dobrym sposobem, żeby je na czas dostrzec, ale kiedy już je zobaczysz, musisz podjąć niezbędne kroki, by się poprawić. Zawsze jest coś do poprawy”.2

Rozdział 6

Rozdział 6

Styczeń Sześć miesięcy do ceremonii

Jako dziecko kochałam piątki. Pamiętam, że byłam zafascynowana starodawnymi książkami z obrazkami, które miałyśmy prawo oglądać tylko w weekendy. Całymi godzinami planowałam, co zrobić, by zapewnić sobie do nich dostęp, nim dopadną je moje koleżanki. Chociaż tak naprawdę dziewczyny wcale nie były nimi zainteresowane – wolały interaktywne gry na ePadach. W każdy piątkowy wieczór wymykałam się do jednego z zaplombowanych okien w krużgankach, opierałam o obraz z klifami albo piramidami i udawałam, że okna są po prostu zamknięte i gdybym tylko chciała, mogłabym przez nie wyjrzeć. Że świat na zewnątrz wciąż istnieje. I kiedy inne uczennice grały w Bądź stylistką albo Zaplanuj przyjęcie!