Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Lepsi od Pana Boga​. Reportaże ​​z Polski Ludowej​​ ebook

Janusz Rolicki  

3.6 (10)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 374 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lepsi od Pana Boga​. Reportaże ​​z Polski Ludowej​​ - Janusz Rolicki

Amerykanie mają Johna Howarda Griffina, który ze skórą pomalowaną na czarno przemierzał w latach sześćdziesiątych południe Stanów Zjednoczonych. Niemcy mają Güntera Wallraffa, sprawdzającego na sobie niemiecką gościnność jako Ali z Turcji. My mamy Janusza Rolickiego, pioniera polskiego reportażu wcieleniowego, lub – jak sam to nazywa – reporterskich przebieranek.

Rolicki opisywał PRL Gomułki i Gierka widziany oczami budowniczych wstającej z gruzów Warszawy, sezonowych pracowników pegeeru, pijaczków z Dworca Centralnego i kloszardów z ulicy Ordona. Z jego reportaży publikowanych po raz pierwszy w latach 60. i 70.  w „Polityce” i warszawskiej „Kulturze” wyłania się realistyczny obraz codzienności okresu tzw. małej stabilizacji, kiedy „czy się stoi, czy się leży…”. Codzienności głównie szarej, ale przeplatanej grzmotami – porwaniem samolotu, bratobójstwem, głośnym procesem szajki gwałcicieli.

Czytane po latach reportaże Janusza Rolickiego pokazują, że tamta codzienność nie jest wcale tak odległa od naszej. Nie wszystko przeminęło.

Opinie o ebooku Lepsi od Pana Boga​. Reportaże ​​z Polski Ludowej​​ - Janusz Rolicki

Fragment ebooka Lepsi od Pana Boga​. Reportaże ​​z Polski Ludowej​​ - Janusz Rolicki

Wstęp

Pierwsze zetknięcie z Januszem Rolickim? Koniec lat osiemdziesiątych. „Przerwaną dekadę” – jego wywiad z obalonym dziesięć lat wcześniej Edwardem Gierkiem, tak jak wszyscy wówczas, czytałem z wypiekami na twarzy. To był wielki bestseller. Ponad milion sprzedanych egzemplarzy.

Po raz pierwszy komunistyczny przywódca uchyla rąbka tajemnicy i opowiadao kulisach swojej potężnej władzy, najbliższych współpracownikach, wrogach, walkach frakcyjnych, koteriach, nielojalności i zemście. To opowieść o zdobyciui utracie władzy, a także studium przypadku jednego z najpotężniejszych środkowoeuropejskich władców. To też ponadczasowa przypowieść o wiecznych mechanizmach władzy.

Poznałem go bliżej, gdy zaczęliśmy spotykać się w studiach radiowych i telewizyjnych, rozmawiając o aktualnych wydarzeniach politycznych. Janusz Rolicki był wtedy ważnym komentatorem życia politycznego, byłym redaktorem naczelnym „Trybuny”, felietonistą dziennika „Fakt”. Rozmawialiśmy głównie o tym, kto kogo, z kim, przeciwko komu, komu spada w sondażach, a komu rośnie.

Że był prekursorem polskiego reportażu wcieleniowego, dowiedziałem się, wertując stare numery w archiwum „Polityki”. Przebierał się i udawał kogoś innego na długo przedtem, zanim zaczął robić to Günter Wallraff, niemiecki pisarz, uchodzący za klasyka dziennikarstwa uczestniczącego. Na życzenie redakcji zatrudniał się w kolejnych zakładach, pracował tam kilka, kilkanaście tygodni, a potem swoje doświadczenia szczegółowo opisywał w tekstach. Nikt przed nim niczego nie udawał. Jego bohaterowie traktują go jak swojaka, a nie jak pana redaktora z Warszawy, który przyjechał na jeden dzień z gospodarską wizytą i należy mu świat upiększyć.

Na początku lat sześćdziesiątych opublikował dziesięć takich tekstów, ważnych, poruszających i głośnych. Zapewniły mu popularność i rozpoznawalność w świecie dziennikarskim, zanim jeszcze skończył trzydziestkę.

Reportaże Rolickiego to prawda i szczerości. I niezwykłe świadectwo epoki.

Jego teksty przebijają gładką fasadę gomułkowskiej propagandy, obnażając partyjniactwo, kolesiostwo, cwaniactwo, łapówkarstwo.

To Polska sauté, bez pudru i ideologicznych upiększeń. Czysty PRL.

Takich tematów cenzura nie lubiła, ale w reportażu – na tym polegały jego urok i siła – pozwalała na ciut więcej.

Dzięki temu „ciut więcej” możemy teraz przenieść się w czasie, dotknąć historii, zanurzyć się w peerelowskiej rzeczywistości. Z obywatelką Danutą odbierać przydział na wymarzone mieszkanie w częstochowskiej Spółdzielni Budowlano-Mieszkaniowej «Wspólnota», z mieszkańcami Włocławka i Płocka walczyć w telewizyjnym Turnieju Miast, stać w kolejce do polskich sklepów przy Kärntner Strasse w Wiedniu, kupować auto na warszawskiej giełdzie samochodowej na ulicy Dzikiej i spotkać się z zapomnianymi obrońcami Westerplatte.

Lubię słuchać jego opowieści o czasach, gdy prasa była potęgą. O początkach „Polityki”, ostatnim redakcyjnym zebraniu w „Kulturze” dzień po wprowadzeniu stanu wojennego, weryfikacji dziennikarzy, wojnach podjazdowych w telewizji Macieja Szczepańskiego i nakłanianiu Gierka do zwierzeń. Czuję się jak na bardzo ważnym wykładzie z historii mediów drugiej połowy XX wieku, który przeznaczony jest wyłącznie dla mnie. Wiem, że czasy wielkich reportaży gazetowych się już skończyły, wiem, że nigdy nie wrócą – a jednak lubię sobie pomarzyć.

I mam jedną do niego pretensję – że w połowie lat siedemdziesiątych przestał pisać i przeniósł się do Telewizji Polskiej. Był tam ważnym dyrektorem. Zajmował się publicystyką kulturalną, wymyślał programy i sam je prowadził. A i tak stał się jednym z klasyków polskiej szkoły reportażu.

Cezary Łazarewicz

Wprowadzenie

Lata Gomułki i wczesnego Gierka już nie były okrutne, nie wywoływały strachu – jak czasy stalinizmu. Były zwyczajnie prostsze, skłaniały raczej do usypiającej gnuśności. W tamtych latach nie było już tak zwanej „pryszczatej” młodzieży, która śpiewała gromko: „My ZMP, My ZMP, reakcji nie boimy się”. Niedobitki prawicowo–centrowo–liberalne nie odpowiadały im w zaciszu swych domostw: „Pierwsza bombka atomowa i wracamy już do Lwowa, druga bombka byle silna i wracamy już do Wilna!”. A za śpiewanie w knajpie „Czerwonych maków na Monte Casino” już nie szło się do pudła.

Dlatego bez wstydu – bo słyszałem nie raz i nie dwa, że publikowania wtedy w oficjalnym obiegu (innego zresztą nie było) należy się wstydzić – oddaję w państwa ręce moje reportaże z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych poprzedniego stulecia. Niemal wszystkie były publikowane w „Polityce” bądź „Kulturze”, a następnie w zbiorach książkowych wydanych w Iskrach i Czytelniku. Jak państwo zauważą, nie kontestowały one wprost rzeczywistości Polski Ludowej, a raczej wiernie opisywały codzienne życie obywateli PRL. Zdarzało się, że mimo nagród, które dostawałem za te teksty, jak większość piszących w PRL miałem pewne przeprawy z cenzurą i władzą. Dwie moje książki zostały zatrzymane przez cenzurę, a niektóre reportaże, jak na przykład „Westerplatczycy”, w ogóle nie zostały dopuszczone do druku w prasie.

Chcąc nie chcąc, moje zaangażowanie w budowę „lepszego jutra” z racji wykonywanego zawodu nieuchronnie falowało wraz z nastrojami społecznymi. Stąd trudno się dziwić, że dzień po wprowadzeniu stanu wojennego, 14 grudnia 1981 roku, uznałem, że dość tego. Wystąpiłem z partii – a należałem do niej 10 lat – i za karę, zgodnie z zapowiedzianymi rygorami Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, otrzymałem zakaz pisania. Do zawodu dziennikarskiego powróciłem w 1984 roku, już po odwołaniu stanu wojennego.

Reportaż w Polsce Ludowej zdobył nadspodziewanie wysoką pozycję. Jego pierwociny z lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych, przyjmujące postać socrealistycznych opowiastek o życiu w Polsce epoki stalinowskiej, w większości służyły apoteozie istniejącej rzeczywistości. Przy wszystkich swych brakach stanowiły one jednak pomost pomiędzy epoką stalinowską a Październikiem 1956, czyli czasem wielkiej kontestacji narzuconego po wojnie systemu politycznego. Zachodzące w prasie zmiany w sposobie opisywania rzeczywistości krajowej wiążą się przynajmniej częściowo z tzw. polską szkołą reportażu, która narodziła się w latach 55–56 i była istotnym elementem najgłębszej w obozie komunistycznym odwilży politycznej. Wtedy to wśród piszących pojawiło się wielu bardzo zdolnych młodych reporterów, którzy na łamach w pierwszej kolejności „Po Prostu”, a następnie „Nowej Kultury”, „Przeglądu Kulturalnego”, „Życia Literackiego”, „Świata”, a z czasem także i prasy codziennej, dawali własne świadectwo istniejącej rzeczywistości, dalekiej od zapowiadanej przez władze świetlanej przyszłości. Cykle reporterskie takie jak „Złoto i dolary” czy „Na spotkanie ludziom z AK” przeszły do historii. W tym miejscu warto powiedzieć, że w tamtych latach Jerzy Giedroyć i Jan Nowak Jeziorański, legendarni animatorzy emigracyjnej polityki kulturalnej, nie raz i nie dwa przecierali oczy ze zdumienia i zastanawiali się, skąd w dokumentnie przecież zglajszachtowanej na modłę sowiecką Polsce znaleźli się ci młodzi ludzie, tak zdolni i przenikliwi, którzy jako autorzy reportaży często wówczas nazywanych literackimi, korzystając z liberalizacji politycznej, skutecznie wyrąbywali coraz to większy obszar wolności wewnątrz komunistycznego systemu. Zresztą jeden z tekstów tu zamieszczonych, „Dej mi udo”, Jerzy Giedroyć opublikował w latach siedemdziesiątych w książce będącej zbiorem krajowych reportaży z wydźwiękiem krytycznym.

Sojusznikami tych młodych reporterów była cała inteligencja. W tym samym czasie swoje okowy zrzucali pisarze, ludzie teatru, filmu, sztuki, a także przedstawiciele świata nauki. Wykazując się rozsądkiem wynikającym ze zbiorowych doświadczeń pokolenia wojennego i powojennego, jeszcze nie kwestionowali wprowadzonego sytemu, chronionego, jak pokazało brutalne stłumienie antykomunistycznego zrywu na Węgrzech, w sposób bezwzględny przez Armię Czerwoną. Walczyli wówczas o to, co było dopuszczalne, a więc większy zakres swobody politycznej i wolności.

Ta walka przyniosła owoce w postaci wielkiej liberalizacji. Dzięki niej życie nad Wisłą stało się bardziej znośne, a władza – w tym cenzura – mniej represyjna. Mimo że późniejsze lata przyniosły wielkie rozczarowania polityczne, a Gomułka odszedł od reform październikowych, polska szkoła reportażu wpłynęła na świadomość dwóch pokoleń czytelników i niewątpliwie także dzisiaj jest dla nich atrakcyjna. Wtedy to rozkwitły talenty Ryszarda Kapuścińskiego, Hanny Krall, Józefa Kuśmierka, Kazimierza Dziewanowskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Jerzego Urbana, Stefana Bratkowskiego, Mirosława Azembskiego, Edwarda Hołdy, Jerzego Ambroziewicza, Aleksandra Rowińskiego, Jerzego Lovella, Zbigniewa Kwiatkowskiego, Stefana Kozickiego, Wojciecha Adamieckiego i wielu, wielu innych. Większość z nich dzisiaj już nie żyje, więc warto upomnieć się o ich twórczość. Pierwszą, a jak domniemywam nie ostatnią jaskółką tej pamięci była wydana niedawno „Antologia Polskiego Reportażu XX wieku” pod redakcją Mariusza Szczygła.

Reportaże, które zebrałem w tej książce, opisywały ten świat powstały po roku 1960, a więc w epoce tak zwanej „małej stabilizacji”. Był to czas wielkich rozczarowań biorących się z zahamowania reform i zaniku mocno rozbudzonych nadziei na rzeczywistą odnowę socjalizmu. Wielkie oczekiwania zostały zastąpione świadomością, że jest jak jest i inaczej nie będzie. Towarzyszyło tym czasom przekonanie, że po latach burzy i naporu należy szukać swego miejsca na ziemi, bez nadmiernych oczekiwań na cud, bo życie jest jedno i następnego nie będzie. Musiało minąć jeszcze jedno dziesięciolecie, aby w życie aktywne wstąpiły dzieci twórców Października, pozbawione złowrogiej, a przez to paraliżującej ich ojców traumy wojennej i stalinowskiej. Ale na razie obowiązywało nad Wisłą hasło zapożyczone wprost od Agnieszki Osieckiej: „Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”.

Moim własnym wytrychem do opisu tego czasu stały się tak zwane reportaże uczestniczące, potocznie zwane przebierankami. I tak przez kilka dobrych lat byłem reporterem nierzadko zbierającym informacje i spostrzeżenia z zakrytą przyłbicą – czyli w przebraniu. Ponieważ efekty tych zabiegów prezentowałem na łamach „Polityki”, tygodnika powołanego w 1957 roku przez Gomułkę jako przeciwwagę dla irytującego władzę tygodnika „Po Prostu”, ostatecznie zamkniętego jesienią tamtego roku – moja pisanina spotykała się ze sporym rezonansem.

Dziś mogę powiedzieć, że miałem szczęście, że trafiłem z tymi tekstami właśnie do „Polityki”, którą tworzył najlepszy wówczas zespół dziennikarski. Znalazłem się tam w 1960 roku, w czasie wakacji, jako praktykant z wydziału dziennikarskiego UW. Od razu z inicjatywy sekretarza redakcji Dariusza Fikusa zatrudniłem się na budowie. Spędziłem na niej dwa miesiące. Swoje obserwacje notowałem codziennie w kajecie i na tej podstawie sporządziłem dziennik, który po wydrukowaniu w kilku odcinkach pod tytułem „Janek, podaj wapno”, ku memu zaskoczeniu, okazał się reportażowym wydarzeniem. Stało się tak, bo budowlańcy – oficjalnie sól klasy robotniczej, zwanej wówczas przodującą siłą narodu – zostali opisani bez taryfy ulgowej. Oto zdjęto tych przedstawicieli „przodującego oddziału klasy robotniczej” z marmurowych pomników. Po tym tekście przyszły następne reportaże: z PGR –u, statków rybackich, Ochotniczych Hufców Pracy, opisałem prace konwojentów bydła, likwidatorów szkód gradowych... Ten ostatni okazał się ponadczasową anatomią łapówkarstwa, i to na najniższym, bo gminnym szczeblu.

W 1967 roku przeniosłem się do „Kultury”, tygodnika utworzonego cztery lata wcześniej na gruzach „Nowej Kultury” i „Przeglądu Kulturalnego”. Na jej łamach, również z winietą z napisem „proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, podobnie jak w „Polityce”, miałem stosunkowo dużą swobodę w doborze tematów i sposobie pisania.

Moi bohaterowie, muszę od razu powiedzieć, nie byli ani ulubieńcami, ani beneficjentami reżimu. Na ogół byli szarymi ludźmi, szturchanymi przez tych, którzy byli na górze. Należeli do dziobanych, nie dziobiących. Często nazywano ich ludźmi z marginesu. Dzięki temu reportaże, które poniżej prezentuję, są w miarę autentycznym świadectwem codziennego życia w tamtej Polsce.

Sądzę, że nie doceniamy znaczenia epoki PRL. W ciągu tamtego czterdziestopięciolecia bardzo trudnego, czasem zbrodniczego, a zawsze uważanego za siermiężne, narodził się, pamiętajmy, nowoczesny naród polski, który po wojnie jak na szynach przemieszczony został o kilkaset kilometrów na zachód Europy. Naród ten z powodu Holocaustu i powojennej wędrówki ludów został skazany – po raz pierwszy w swych dziejach – na homogeniczność etniczną. Stał się inny, a także mniej liczny od tego z lat przedwojennych. Polska w roku 1945 liczyła zaledwie 22 miliony obywateli. Bezpośrednio przed wojną – 35 milionów. Ponadto z racji potrzeb powojennej epoki industrialnej, wymagającej nowych, przemysłowych umiejętności zdobywanych w szkołach zawodowych, technikach i politechnikach, społeczeństwo zostało poddane przyspieszonej i masowej edukacji. Nie przesadzam: pod koniec lat trzydziestych maturę rocznie zdawało dwadzieścia kilka tysięcy obywateli, a wedle oficjalnych statystyk wśród obywateli II RP analfabeci stanowili aż 37 procent. Według oficjalnych danych w połowie lat trzydziestych w szkołach podstawowych brakowało miejsca dla miliona dzieci. Natomiast ludzie mieszkający w miastach stanowili zaledwie 25 procent mieszkańców kraju.

Powojenna odbudowa Polski była dziełem obitych pokoleń. Warto się nad tym zastanowić i przebadać, jak w tych bardzo złożonych czasach powstały w społeczeństwie fundamenty moralne, na których wyrosło niepokorne pokolenie „Solidarności”. Pokolenie, które jakimś cudem potrafiło wyrąbać Polsce i całej Europie Wschodniej bramę do wolnego świata.

Janusz Rolicki

PS Na prośbę Wydawnictwa do reportaży dodałem komentarzowe glosy, pokazujące tło opisywanych wydarzeń i dalsze losy bohaterów tych tekstów.

Janek, podaj wapno

15 lipca. Zgłaszam się do jednego ze stołecznych zjednoczeń i proszę o pracę w charakterze robotnika niewykwalifikowanego. Kadrowy przegląda moje papiery, dowód i wysyła na badanie do ambulatorium. W ambulatorium dostaję z kolei skierowanie na prześwietlenie i morfologię.

16 lipca. Tracę pół dnia na prześwietlenie w szpitalu na Kasprzaka.

18 lipca. Przychodzę na morfologię, stoję w kolejce wraz z kilkunastu nowo wstępującymi.

20 lipca. Otrzymuję wyniki badań i po pięciominutowej wizycie u lekarza – ze stempelkiem „zdolny do pracy” – przychodzę ponownie do kadr. Dostaję piękną teczkę, która szybko pęcznieje od moich powstających tutaj akt. Czeka mnie teraz przeszkolenie bhp. Wchodzę do sąsiedniego pokoju – przy czterech biurkach siedzi czterech panów. Przerywam im pośniadaniową sjestę. Są z tego wyraźnie niezadowoleni. Po kilku minutach opowiadam już dzieje swego żywota.

– Pan nie pracował na budowie?

– Nie.

– Robota jest ciężka, brudna, może by pan wziął coś innego?

Jestem jednak nieugięty. Mój rozmówca ziewając, tłumaczy:

– No bo, widzicie, ja nie wiem, gdzie pan będzie pracował, czy w transporcie, czy przy maszynach, czy też jako betoniarz, dlatego też nie mogę panu udzielić dokładnych informacji, jak zachowywać się na budowie, aby uniknąć nieszczęśliwego wypadku przy pracy. Niech pan jednak szczególnie uważa, pracując przy windzie. Jeśli będzie wam na głowę leciała cegła, to... uskakujcie.

Na zakończenie rozmowy dostaję instrukcję z uwagami w stylu „Używaj narzędzi ręcznych w należytym stanie” i podpisuję blankiecik, w którym czarno na białym stwierdzam, że jestem już „przeszkolony i poinformowany o grożącym niebezpieczeństwie na danym stanowisku pracy”. Co najciekawsze jednak, ani ja, ani tym bardziej behapowiec nie wiemy, jakie to będzie stanowisko.

Wracam znów do kadr. Niemalże jestem przyjęty do pracy. Moją umowę ma tylko podpisać dyrektor. To jedynie formalność.

21 lipca. Przyjeżdżam do biura o szóstej trzydzieści i zostaję skierowany na jedną z peryferyjnych budów. Inżynier mierzy mnie od stóp do głów, ocenia moje słabosilne bicepsy i mianuje betoniarzem. Następnie idę z pisemkiem do magazyniera i dostaję drelichowy ,,garnitur”. Na budowę wracam z nowo wstępującym ob. L. Ma lat około czterdziestu. Pracował dotychczas na prywatnej budowie, nieźle zarabiał, lecz w zimie był zawsze zwalniany. Teraz już ma dosyć tamtej pracy. W czasie mrozów chce także otrzymywać pensję.

23 lipca. Przyjeżdżam na budowę o szóstej czterdzieści. Otrzymałem przydział do majstra G. Mój szef wypytuje, skąd przybyłem, czy pracowałem już itd., itp. Tłumaczę, że jestem studentem, chcę trochę zarobić, dlatego przyszedłem na budowę.

– Dobrze – odpowiada majster – znajdziemy dla pana robotę.

Przyglądam się swemu nowemu warsztatowi pracy. Będę pracował przy wykańczaniu dużego, czteropiętrowego domu. Dzisiaj załoga budowy przystępuje właśnie do budowania stropu. O siódmej schodzą się robotnicy.

Zostaję przydzielony do grupy betoniarzy – patrzą na mnie podejrzliwie. Jeden z nich pyta:

– Po coś pan tu przyszedł, nie mogłeś pan znaleźć lepszej roboty?

Noszę na windę płytki dachowe. Robota jest ciężka. Pot kapie z czoła. Na szczęście mój współpracownik, Bogdan, jest sympatycznym chłopcem. Wypytuję go, ile można zarobić i jaka jest praca. Bogdan odpowiada – znamy się zaledwie od czterech godzin – dobrze zarobić mógłbyś, jeślibyś znalazł kupca na materiały budowlane.

– Pracując normalnie wyciągniesz, co najwyżej, dwa patyki – słyszę.

Dziś sobota – wypłata. Wszyscy są podnieceni. O jedenastej trzydzieści bractwo zaczyna się wymykać po pieniądze, a o dwunastej praca na budowie zamiera. Co prawda, praca w sobotę trwa do godziny trzynastej, lecz kto by się tam na to oglądał w tak uroczystym dniu. Majster trochę zrzędzi, ale nikt nie zwraca na niego uwagi.

8 sierpnia. Około dziesiątej dochodzą nas wzburzone okrzyki nestora murarskiego S. Szuka sznura elektrycznego długości około 40 metrów. Bez żarówki, w ciemnościach piwnicznych – ani rusz. Co jednak gorsze, za sznur, jeśli przepadł, trzeba płacić. Operator zaczyna liczyć, ile kosztuje metr sznura, a ile 40 metrów. Okazuje się, że kilkaset złotych. Stary denerwuje się więc coraz bardziej. I tak czas nam schodzi szybko. Tymczasem wraca Gienio, który o godzinie ósmej poszedł na piwo. Oczęta mu błyszczą, humorek ma niezły, tłumaczy mi, do czego służy ćwiarteczka i jak się ją chowa przed nieproszonym okiem.

10 sierpnia. Schodzimy się do pracy niezbyt punktualnie. Na rozmowach upływa czas do siódmej trzydzieści. Może gadki trwałyby dłużej, gdyby nie to, że niektórzy „pracusie” – pomni na aktualne hasło „jaka praca, taka płaca” – pędzą nas do roboty. Gdyby nie akord, to doprawdy w czasie tych pięknych dni bez majstra mało kto ruszałby łopatą czy kielnią.

W dalszym ciągu pracuję przy murarzach. Robota w bieżącym tygodniu zorganizowana jest nieudolnie. Pięciu pomocników obsługuje czterech murarzy. Nieraz zastanawiałem się, dlaczego na budowach marnują tyle cegły. Dzisiaj już rozumiem, bo sam stałem się udziałowcem „w dziele” marnowania. Wraz z kolegami ciskam cegły na taczki, tak że mniej więcej co piąta lub co dziesiąta pęka. Zanim popsuję trochę cegiełek, to przede mną i po mnie robią to inni. Zresztą cegła nie jest towarem reglamentowanym i za nadmierne zużycie dużych kar nie ma. Co innego cement. O, tego towaru majster pilnuje, nad każdym woreczkiem się trzęsie. Ale jak tylko odejdzie od betoniarki, to chłopaki na jedno mieszanie betonu wsypują do bębna nie półtora, a dwa worki cementu. Tak już jest: jeśli się zacznie sypać cement, to wygodniej jest opróżnić cały worek aniżeli połowę. Zaprawy murarskiej też często przed fajerantem kręci się za dużo, rozlewa się przed betoniarką. Następnego dnia przypomina ona bardziej skamielinę niż materiał budowlany.

11 sierpnia. Pracę zaczynamy o siódmej dwadzieścia. Wszyscy pracują na słowo honoru. Siadam, aby porozmawiać z Gieniem. Ten jednak podrywa mnie:

– Nie siedź pan – mówi. – Na budowie możesz pan stać i dłubać w nosie, byleby w drugiej ręce trzymać łopatę. Tutaj na nich nic tak źle nie działa jak widok siedzącego robotnika.

Dziś Gienio jest trochę bojaźliwy.

– Taki dzielny chłop z ciebie, a boisz się – mówię.

Eksobywatel tłumaczy mi jednak, że licho nie śpi i że pewnie dziś przyjdzie inżynier z technikiem, aby obliczyć, ile zarobiliśmy. Rzeczywiście, po kwadransie inżynier pokazuje się na budowie. Gienio natychmiast zaczyna się kręcić jak w ukropie – przesypuje piasek z kupki na kupkę. Z daleka wygląda to z pewnością imponująco.

Oględziny inżynierskie nie wypadły zbyt dobrze. Okazało się, że zmarnowaliśmy właściwie kilka dni. Perspektywa niskiego zarobku podziałała na betoniarzy mobilizująco. Robota aż do obiadu idzie na całego.

Południowy posiłek ma nieco burzliwy przebieg. Grupowy wymyśla Cześkowi, ten próbuje odgryźć się na Bogdanie. Rozpalone głowy uspokaja dopiero D.:

– Słuchajta, chłopy – mówi – tak wycenią, jak będzie im się podobało. Staszek z sąsiedniej budowy robił z grupą jak głupi, ugodzili się na jedną robotę za 12 tysięcy złotych. Było ich dziewięciu i co dostali? Tylko po patyku. A resztę, tak im powiedział technik, dostaną wtedy, gdy będą przestoje. Żeby to jakaś ludzka rada zakładowa była. Ale rada i dyrekcja to jedno. Na wyrównanie i nam też mniej niż tysiąc nie dadzą. Uspokójta się.

Na budowie organizacje nie tylko polityczne, lecz i zawodowe pracują bez większych wyników. Rola związku zawodowego ogranicza się do potrącania z pensji składek miesięcznych. Każdy nowo wstępujący podpisuje deklarację i płaci określony procent od poborów. Wielu robotników, mimo formalnego członkostwa, nie ma nawet legitymacji. Praca organizacji partyjnej, która istnieje na tzw. odcinku czwartej budowy, na zewnątrz jest zupełnie niewidoczna.

12 sierpnia. Operator przyszedł do pracy o godzinie dziesiątej. Stracił kilka porannych godzin w magazynach. Przyniósł jednak drelichy i buty gumowe. Każdy robotnik dostaje bezpłatnie raz na pół roku jedną parę kamaszy, które w sklepie kosztują 165 złotych. Przyniesione buty operator na poczekaniu opylił Cześkowi. Trochę się targowali, wreszcie stanęło na 100 złotych.

Od Bogdana dowiaduję się, że Czesiek już drugi raz bierze z budowy do siebie na wieś krzynę cementu. Podziwiam tego chłopaka. Bierze on bowiem jedną czwartą lub jedną trzecią worka cementu pod pachę i wiezie ten skarb do domu. Nie wstydzi się tego. Koledzy jadący z nim samochodem widocznie dają mu na to milczące przyzwolenie. Jeśli przez kilka dni powozi tak cement do chaty, to wkrótce będzie mógł podmurować stodółkę gospodarczym systemem. Przywieźli terakotę, D. ogląda ją z dużym zainteresowaniem. Wreszcie stwierdza:

– Szkoda, że nie mieszkam bliżej.

– Dlaczego? – pytam.

– Bobym se wyłożył kuchnie. Ładnie by wyglądało. A tak to za daleko wozić.

13 sierpnia. Spóźniłem się półtorej godziny do pracy. Lista obecności leżała na biurku u inżyniera.

– Czy można się podpisać?

– Proszę bardzo – odpowiedziano.

Skwapliwie skorzystałem i uciekłem. Na budowie majster jeszcze nie wpisał obecnych do kontrolki, uszło mi spóźnienie na sucho.

Dzisiaj podaję murarzom cegłę czerwoną i cementową. Czerwona jest wyjątkowo krucha, źle wypalona. Odpadów bardzo dużo. Sobota przedświąteczna i do tego wypłata. Tak dużo szczęścia na raz, że doprawdy trudno pracy podołać. Jeden z murarzy przyszedł nawet w półodświętnych ciuchach, musi uważać, żeby ich nie brudzić, toteż starannie unika roboty. Inni ciągle dopytują się o godzinę. Takie już jest prawo „wigilii”.

O dwunastej na budowie pozostał już tylko przysłowiowy – co prawda nie kulawy – pies wartownika.

16 sierpnia. Do roboty nie przyszło siedmiu ludzi. Znowu pogoda się popsuła. Chłodno i mokro. Sprzątam pokoje, usuwam z nich cegły. Około godziny dziesiątej na dole zaczyna się awantura na całego. Szofer klnie na czym świat stoi. Jeździ od budowy do budowy, nie mogąc nigdzie złożyć dziesięciu par drzwi, które przywiózł z magazynu centralnego. Wysyłają go od Annasza do Kajfasza. Wreszcie po raz trzeci przyjeżdża do nas i zrzuca swój towar wbrew protestom majstra. Nam przydałyby się okna, drzwi mamy aż nadto. Trzeba jednak przyjąć nową partię. Później będziemy je pewno wymieniali. Majster R., który dziś właśnie wrócił z urlopu, miota się w bezsilnej złości. Wymyśla magazynierom, których jest aż trzech, a bałaganią, jakby ich było co najmniej siedmiu.

17 sierpnia. Wypogodziło się. Odżyliśmy: betoniarka dziś stoi. Ja z Bogdanem kopię rowy za domem. Mamy trochę spokoju – nasze stanowisko znajduje się nieco na uboczu. Sztukę obijania się już właściwie posiadłem. Idzie mi to tym lepiej, że Bogdan jest w tej dziedzinie fachowcem.

Ukradli mi łopatę.

– Nie chciałeś sprzedać, to teraz masz – mówi mój towarzysz.

Pytam Bogdana, kto mógł to zrobić. On sam chwalił się niedawno, że ma dwie łopaty.

– Wziąłem łopatę, ale nie twoją – stwierdza – utrzymaj tylko sekret, to ci powiem, jak to było. Kilka dni temu poszedł na urlop pomocnik P. Łopatę oddał w opiekę majstrowi. Mistrz trzymał ją w swej budzie–kantorku. Przyuważyłem ją i wziąłem sobie. Ubiegłem zresztą w tym Cześka – dodaje triumfująco – też miał na nią ochotę. Aby jednak podpylonej łopaty nie rozpoznano, złamałem żelastwo i zaniosłem magazynierowi do wymiany. Dali mi nową. Tę nową wziąłem do chaty, tutaj pracuję starą. Gdy wrócił z urlopu P. i chciał odebrać swój sprzęt, majster dał mu cudzą łopatę. Może to była twoja – konkluduje. Po czym upewnia się: – pamiętaj, przyrzekłeś nikomu nie mówić.

Co prawda wolałbym zamiast tej tajemnicy otrzymać z powrotem łopatę, ale trudno. Uśmiecham się do Bogdana. Ten uspokojony moją reakcją dodaje:

– Nikt na tym nic nie stracił, bo to firmy. Tobie bym nie zabrał.

18 sierpnia. Wożę taczkami beton. Dziś znowu do pracy nie przychodzi kilku robotników. Pytam operatora, dlaczego część z nich chodzi w kratkę.

– A bo to im zależy na robocie? – mówi. – Mają domy, trochę ziemi, świnie, krowy, to im nie pilno do roboty. Tu sobie tylko dorabiają. Jak ich z roboty wyrzucą, to i tak nie stracą chleba. A w ogóle to mają lepiej niż my, bo żyjemy tylko z tego, co tu zarobimy. Weź pan choćby dojazdy do pracy. Przedsiębiorstwo za darmo ich dowozi ciężarówkami. Idzie na to cała nasza trzynastka. Dlaczego oni za to nic nie płacą? Toż my za dojazd tramwajem musimy zapłacić i jeszcze męczymy się w tłoku, a ich na miejsce przywiozą i odwiozą. Szlag człowieka trafia – kontynuuje. – Jeszcze ci, co mają mniej ziemi i nie mogą z niej wyżyć, roboty pilnują. Albo ci, co mają dużo dzieciaków: tych „bykowe”[1] trzyma przy robocie. Jeden dzień nie usprawiedliwiony i już miesięczny dodatek rodzinny przepada. A w ogóle na budowie robota jest cholernie ciężka, więc co inteligentniejsze chłopaki uciekają stąd do innej pracy.

20 sierpnia. Pomagam ponownie murarzom. Nic nie wyszło z moich snów o zawodzie betoniarza. Jestem typowym zapchajdziurą. Raz kopię, innym razem sprzątam, jeszcze innym – wożę i podaję. Z roboty wychodzę dzisiaj z Bogdanem o godzinie jedenastej, jestem już przebrany – on idzie w stroju roboczym. Na ulicy Bogdan pyta nieco zażenowanym głosem:

– Nie wstydzisz się ze mną iść?

– Wstydzić się, dlaczego?

Nie dostaję odpowiedzi. Na przystanku rozmawiamy o pracy.

– Czy ty mówisz swoim znajomym – pyta Bogdan – że pracujesz na budowie?

Odpowiadam, że oczywiście tak.

– I nie wstydzisz się – po raz drugi o tym wstydzie. – No, bo widzisz – wyjaśnia – praca na budowie jest hańbiąca, trudna. To zła robota.

Jestem zdumiony. Bogdan ma tylko siedem klas.

– Cóż więc chcesz robić?

– Będę pracował na gospodarstwie – odpowiada z dumą. – Ta robota wcale mi nie jest potrzebna. Robię to ot tak, aby robić.

Ja chcę do baru mlecznego. Bogdan ciągnie mnie do restauracji. Tłumaczę mu, że naprawdę wolę mleko. Pijemy wreszcie piwo. Omal się nie pokłóciliśmy, każdy chciał postawić drugiemu. Koniec końców pijemy po dwa duże piwa. Na ulicy Bogdan, osiemnastoletni rosły chłop, zachowuje się jak wystraszony podrostek, odczuwa wyraźny kompleks niższości w stosunku do miastowych.

22 sierpnia. Zostaję w domu. Co to będzie? Nie mam ani usprawiedliwienia, ani zwolnienia.

23 sierpnia. A jednak nic nie było. Nikt, dosłownie nikt nie zapytał, co robiłem poprzedniego dnia. Przełożeni są widocznie tak przyzwyczajeni do absencji robotników, że czyjaś nieobecność nie wywiera na nich żadnego wrażenia. Nie mam czym pracować, proszę więc majstra o pomoc. Mój szef mówi:

– Inny na pana miejscu już dawno miałby sprzęt. Ależ z pana fujara.

– Weź pan łopatę z innej budowy – radzi operator. – Tylko nie u nas, bo tu poznają. Musiałbyś pan wymieniać ją w magazynie.

Dzisiaj wyrzucam z trzeciego piętra na ziemię belki stropowe i deski. Wiele z nich pęka. Zastanawia mnie ta robota, lecz pracuję niestrudzenie. Z belek często sterczą gwoździe. Jeden z nich zaczepił o moją nogawkę zupełnie pechowo. W ostatniej nieomal chwili, już spadając, zaczepiłem się jednak o framugę drzwi. Portki rozdarły się, belka zleciała, ale ja zostałem na górze. Spodni właściwie mi nie żal, i tak wyglądają cudacznie. Zakłady szyjące odzież roboczą mogłyby sobie zaoszczędzić trudu przyszywania guzików: wszystkie odpadły już drugiego dnia. Chodzę więc przepasany drutem, podobnie radzą sobie koledzy.

W każdej chwili któryś z nas może zostać mimowolnym zabójcą. Na dole kręcą się robotnicy. Przed zrzuceniem każdej deski musimy się wydzierać, by ostrzec pracujących na dole.

24 sierpnia. Pojąłem to, czego wczoraj pojąć nie mogłem. Na opał można zabierać tylko odpady; dzięki naszej wczorajszej działalności jest ich pod dostatkiem dla wszystkich.

Już rano zauważyłem, że moja osoba działa na nerwy pewnemu panu. Dla kawału gubię się na kilka minut – przykucam, jestem niewidoczny. Widzę, jak ów pan ze sporym zawiniątkiem pod pachą przechodzi przez dziurę w płocie i klucząc po polu jak tropiony zając, ginie w zagajniku. Po dwóch, trzech minutach wraca w stronę budowy. Korci mnie, aby zobaczyć, co było w tym woreczku. W czasie obiadu, korzystając z tego, że bractwo je, a więc ma mniej czasu na gapienie – wychodzę przez tę samą dziurę co mój poprzednik i zaglądam do zagajnika. Wśród liści znajduję zawiniątko. Są tam jakieś śrubki, kolanka, muterki, ze trzy klucze francuskie, palnik i wiele innych skarbów.

25 sierpnia. Pomagam lastrykarzom, sprzątam piwnicę. Wtem z parteru spada tuż koło mnie lawina cegieł. Uskakuję przerażony, okazuje się, że nade mną ktoś inny sprząta parter i nie sprawdziwszy, czy jest ktoś w piwnicy, wsypał taczkę gruzu w niezabetonowaną dziurę od przewodów kanalizacyjnych. Posyłam mu „wiązankę”. Skruszony kolega z parteru oferuje mi nawet kilkuminutową pomoc przy sprzątaniu piwnicy.

26 sierpnia. W dalszym ciągu pracuję z lastrykarzami. Przenoszę się do innej piwnicy, pracuję nieopodal spawacza. Ucinam z nim pogawędkę. Mój rozmówca zarabia nieźle, do trzech tysięcy miesięcznie. Stara się robotę wykonywać solidnie. Partactwo bowiem nie popłaca, powoduje tylko obniżenie zarobków. Traci się, jak mówi, zbyt wiele czasu na poprawki.

27 sierpnia. Monter przyniósł do pracy mały rowerek z pękniętą ramą. Lutuje ją w robocie. Mówi przy tym:

– Tego montera, co w fabryce lutował ten rowerek, na pysk bym z pracy wyrzucił. Zamiast dwóch złącz przylutował tylko jedno. Z wierzchu ramę pomalowali i kto by tam poznał, co w środku siedzi. To typowy brakorób.

Chcę się przenieść na inną budowę. U majstra A. mam pracować jako pomocnik murarza. Obgaduję z nim sprawę, zgadza się. Na odchodnym dostaję od majstra R. piękną łopatę. Nie chcę wierzyć swemu szczęściu. Prawdziwa łopata, cóż za skarb. Chcę ją zostawić na przechowanie u majstra, nie zgadza się.

– To łopata Kowalczyka – mówi. – On jest bogatym chłopem, ma ogród, staw, ziemię. Ciągle coś stąd wynosi, wiem o tym, ale pal go diabli. Będzie miał za to teraz karę. Niech pan tylko pilnuje tej łopaty.

Dziękuję. Mniejsza o skrupuły – grunt, że łopata jest.

Polityka, 1960

––––––––

Tak się zaczęło moje reportażowanie! Ten tekst, wraz z dwoma pozostałymi częściami reportażu z budowy, ukazał się we wrześniu i październiku 1960 roku. Byłem wówczas studentem czwartego roku historii, a także wydziału dziennikarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Liczyłem niepełne 22 lata. Była to już moja trzecia wakacyjna praktyka redakcyjna. Te praktyki, jak sobie to dziś przypominam, były dla nas, studentów dziennikarstwa, niezwykle cenne. Dawały więcej niż cały rok studiów. W wakacje w redakcjach brakowało pracowników i jeśli adept zawodu przydawał się do roboty, to znaczy jako tako trzymał pióro w ręku, to „orano” nim chętnie.

Gdy po 10 tygodniach zakończyłem terminowanie na budowie, problemem dla mnie było już tylko napisanie reportażu. Był to mój debiut – i to od razu w tak poważnej gazecie. Zastanawiając się nad sposobem ugryzienia tematu, wymyśliłem dla niego nieoryginalną w sumie formę dziennika z budowy. Szczęśliwie chwyciło i tekst niemal bez skreśleń drukowano w trzech kolejnych numerach tygodnika. Wywołał on istną burzę, był bowiem generalną, jak uznano, krytyką klasy robotniczej. A budowlańcy z racji odbudowy bezprzykładnie zniszczonej Polski wciąż darzeni byli – przynajmniej formalnie – czcią.

Po opublikowaniu całości reportażu kolegium redakcyjne „Polityki”, ze mną, praktykantem, na doczepkę, zostało zaproszone do Ministerstwa Budownictwa. Minister Marian Olewiński otwierając dyskusję, powiedział, zwracając się do mnie (pamiętam to świetnie): „Panie redaktorze, gdyby w ostatnim zdaniu mógł pan napisać: dom wznoszony przeze mnie rozleciał się w dniu takim i takim, wówczas byłaby to dla mnie poważna sprawa wymagająca dogłębnego sprawdzenia. Przyznaję. Ale dom stoi, więcej – trzyma się świetnie, i dla mnie jako ministra ta pisanina przypomina burzę w szklance wody”. Po ministrze jeszcze dyrektorzy departamentów informowali z pasją o moich słabych punktach jako budowlańcu i cała rzecz przemieniła się nieomal w groteskę absurdu. Z narady sporządzono sprawdzone przez obie strony sprawozdanie do gazety i na tym wszystko się zakończyło. Szczęśliwie dla mnie i wilk był syty, i owca cała…

O reportażu i tej naradzie przypomniałem sobie prawie 30 lat później. Latem 1977 roku przyjechałem własnym już samochodem i z czterdziestoletnim garbem życiowym, a do tego ze skromnym dobytkiem mojej cioci pielęgniarki, na ulicę Elekcyjną 37 na warszawskiej Woli. Mieścił się tam, jak informował szyld nad drzwiami wejściowymi otoczonego zielenią budynku, „Dom Zasłużonego Pracownika Służby Zdrowia”. Od pierwszej chwili wydał mi się ujmujący i jakoś zaskakująco znajomy. Wnosząc rzeczy mej cioci do środka budynku, uświadomiłem sobie nagle, że jest to dom, który współbudowałem w pocie i znoju, kpiąc z tego gęsto, w roku 1960.

Pokoik siostry mojej mamy okazał się całkiem przytulnym miejscem. Ciocia spędziła w nim kilka ostatnich lat życia. Bardzo sobie chwaliła swe ostatnie lokum. Z tej perspektywy patrząc, zrelatywizowałem swe dawne boje o łopatę czy dobrą szlichtę. Wszystko wokół nas jest względne.

[1] Dodatek do pensji, przyznawany „na dzieci” [wszystkie przypisy – red.].

Kartki z pegeeru

Z Hrubieszowa nie jeździ się już „okazją”. Pewnie, że można. Każdy jednak woli pekaesem, bo pewniejszy i nie kurzy. Wybrałem się w powiatowy świat do Dołhobyczowa – siedziby inspektoratu.

Inspektorat pegeerowski mieści się w piętrowym baraku. Wszedłem do środka, przyjmują, nie przyjmują.

– Do kogo? – przywitał mnie basik zza biurka.

– Do roboty – odpowiedziałem nieśmiało. Głos mój widać nie był ani groźny, ani wzbudzający trwogę.

– Ano, idź pan do kierownika gospodarstwa, do biura.

Poszedłem. Biurowiec wielki to nie był, mały śmieszny baraczek, dwie izby, za biurkiem urzędnik.

– Pan kierownik?

– Nie, księgowy. Poczekaj pan chwilkę.

Po czterech godzinach kierownik przyszedł. Patrzył podejrzliwie spod daszka, nie wiedział, po co toto przyszło, do jakiej to dać roboty.

– Fizyczny? – zapytał.

– Tak. Student fizyczny, wylany z uczelni.

Jak fizyczny i wylany, to niegroźny – pomyślał pewnie i poszedł do domu na śniadanie. Chyba zjadł przy okazji i obiad, bo wrócił za godzinę.

– Przyjmiemy pana – oznajmił po powrocie. – Nie wiem jednak, jak będzie z zakwaterowaniem. Wolnych izb nie ma, a do tej sezonowej hołoty przecież pana nie poślę. Co prawda – tu zrobił krótką przerwę – można by wstawić łóżko do biura, spanie byłoby znośne. Zresztą zobaczymy. Na razie niech pan przeczyta regulamin, zamelduje się i napisze oświadczenie, że zna pan bhp. Oto instrukcja.

Wieczorem posłano mnie do pokoju gościnnego. Przygodnego robotnika pytam o wygódkę.

– Wal pan w te krzaki – pokazuje na gęste zarośla – czysto i wygodnie.

Śpię z myszami. Na szczęście szarymi, to podobno domowe.

Wtorek. Wstaję o szóstej. Idę na śniadanie do stołówki. Dostaję porcję chleba ze smalcem, a do popicia słodką, czarną zbożówkę. O siódmej stawiam się do roboty na placu przed stajniami. Na dziedzińcu harmider jak w dzień jarmarczny. To najważniejsze chwile każdego dnia. Brygadziści bowiem wybierają co rano ludzi do prac dobrych i złych, do buraków i do młocki.

Wysyłają mnie do maszyny. O pół do ósmej włazimy na przyczepy i jedziemy w pole, „het” pod granicę. Wśród stert stoi już młockarnia. Jako „fachowiec” od bhp szybko dostrzegam brak osłon, siatek i innych różności chroniących ludzi przed nieszczęśliwymi wypadkami. Z kontemplacji wyrywa mnie brygadzista, każe splunąć w garść, wziąć za widły i zapychać na stertę. Na górze podaję snopki. Męczę się i pocę, dziobię jęczmień jak widelcem. Robota nie idzie mi zbyt sporo, toteż po godzinie zostaję odesłany do worków, zbieram w nie sypiące się ziarno, wiążę je i ładuję na przyczepy. Byłoby całkiem klawo, gdyby nie to, że wiatr dmie wprost w oczy i nad uchem bezustannie warczy mi koło. Muszę uważać, by mnie nie oskalpowało.

O wpół do dwunastej przerwa obiadowa. Każdy siada, gdzie popadnie, i wcina klina – chleb ze smalcem. Stoję na uboczu. Zapomniałem o śniadaniu. – Masz pan – ktoś wręcza mi pajdę chleba, potem drugą i trzecią.

Po obiedzie czas leci szybciej. Pracujemy solidnie do wpół do trzeciej. Poszła prawie cała sterta. O trzeciej zajeżdżamy pod magazyn, zrzucamy worki i lecimy do misek. Kto pierwszy, ten nie czeka w kolejce, ma więcej skwarków w zupie i może liczyć na dolewkę. Wkrótce wszyscy wcinamy kapuśniak i kluchy ze słoniną. Delikatesy to nie są, ale monotonne siorbanie, które zagłusza rozmowy, świadczy o zbiorowym ukontentowaniu z wyżerki.

– Jak się jest głodnym, to się wszystko zji – mówi mój sąsiad. – W domu babę bym objechał, a tu... – przerywa w pół zdania i pędzi po repetę.

Koło czwartej idę do magazynu. Mam dostać pościel. Magazynier ociągając się, wręcza mi czyste prześcieradła i dwa koce.

– Zagłówka świeżego pan nie dostanie, po poprzedniku jest jeszcze dobry. Chłop był czysty, spał tylko tydzień.

Biorą swe skarby i idę na salę. Będę spał z sezonowymi. W niewielkiej izbie pięć łóżek, sześć osób. Towarzystwo męsko–damskie. Obok mnie nocuje małżeństwo. Chłop jest mocny. Skoro tylko zgaśnie światło i wszyscy zapadną w sen, pokój zaczynają wypełniać miłosne westchnienia.

Czwartek. Moi koledzy to chłopi z okolicznych powiatów. Przyjeżdżają tu do roboty ściągnięci mirażem pegeerowskich zarobków. Najczęściej do roboty kaptuje ich kierownik lub brygadzista. Zjawia się „starem” w którejś z przeludnionych wiosek i zaczyna namawiać. Obiecuje dużo pieniąchów. Zabiera każdego, kto tylko zechce jechać na dwa tygodnie do roboty. Bez tych ludzi gospodarstwo by splajtowało.

Poza turnusem dwutygodniowym spotyka się tu również i kibiców, ludzi, których do pegeeru wygania rokrocznie bieda. U siebie w wiosce nie mogą wyżyć na hektarowym poletku. Zostawiają więc starych na ziemi, a sami idą w pegeerowski świat, w Hrubieszowskie lub Tomaszowskie. Do domu wracają dopiero na zimę. Kontraktu stałego nie podpisują. Nie chcą, nie lubią rygorów i dyscypliny, wolne ptaki. Nowożytni bandosi[2]. Znają gospodarstwa, wiedzą, gdzie dobrze płacą, gdzie można z kierownikiem wypić, gdzie zbytnio nie pędzą do roboty. W lecie cenią się, przebierają w gospodarstwach, szukają tych najlepszych. Na jesieni nie są już tacy ważni.

Sezonowi to zamknięty pegeerowski światek, odrębny i trzymający się na uboczu. Są ważni, nawet niezbędni, ale gdzie im tam do stałych. Tylko stali pracownicy decydują o wartości gospodarstwa, kształtują je, są jego podstawową kadrą. Często mają żal do kierownictwa, boczą się na sezonowych, bo tylko oni, stali, wożą słomę, gnój i gnojówkę, oni robią czarną robotę, źle płatną, oni wreszcie nie mają tak jak sezonowy piętnastoprocentowego dodatku. Są za to ubezpieczeni, mają mieszkania, działki przyzagrodowe, świnki, kury, a niektórzy i krowy. Plusy te w ich przekonaniu nie równoważą jednak minusów, nie lubią więc „sezonu” – dla nich niewygodnego, ale za to niezbędnego dla gospodarstwa.

Pracuję dziś, jak zwykle z sezonowymi, przy młocce. Boję się tych nieosłoniętych kół i pasów. Bhp niby to chroni nas przed wypadkami, wszystko jest jednak śliczne tylko na papierze. Dopóki nie ma wypadków, instrukcje leżą gdzieś w kącie, a osłony rdzewieją w magazynach. Krzyk się robi dopiero wtedy, gdy coś się stanie. I nieszczęśliwy traf chciał... Przed tygodniem w Dołhobyczowie poharatało chłopaka. Poczciwa koparka do ziemniaków, zazwyczaj niewadząca nikomu, przez trzy dni pracowała bez osłon i ochraniaczy. Osłony były, nawet dwie – jedno z gospodarstw zrezygnowało z osłony uważając ją za niepotrzebną – ale leżały w magazynie. I stało się. Ramię koparki porwało pracownikowi przyrodzenie, połamało żebra i nogi. Pech? Nie. Niedbalstwo.

O trzeciej wracamy z pola. Zmłóciliśmy dzisiaj prawie siedem ton jęczmienia. Wszyscy są brudni i zmęczeni. Niestety, nie ma się gdzie umyć. O wybudowaniu wiejskiej łaźni nikt nie pomyślał. Stoimy w pokoju. Jeden na drugiego spogląda wyczekująco. Wreszcie traktorzysta, ten najbrudniejszy, przynosi wiaderko wody z odległej o 50 metrów wysychającej studni.

– Po obiedzie idziemy do „babów” – mówi mój sąsiad.

W dwóch pokojach nad stołówką mieszkają dwadzieścia dwie kobiety. Chłopaków jest już na sali kilkunastu. Wszyscy słuchają Starego spod Janowa, opowiada śmieszności i wice. Bywalec, zna świat.

O szóstej kolacja. Chleb ze smalcem i czarna kawa. Po posiłku niektórzy odchodzą do swoich izb, inni spieszą z powrotem na randkę. Randka jest zbiorowa. O dwudziestej chłopaki zaczynają się niecierpliwić, odważniejsi gaszą światło.

Piątek. Stary brygadzista zabiera mnie dziś do kopania buraków. Wyjeżdżamy na pole furką. Po przyjeździe na miejsce – 5 kilometrów od magazynu – ustawiamy się dwójkami przy zagonach. Każda para dostaje swoje trzy rządki. Buraki są już z grubsza wykopane, my tylko obcinamy nać i rzucamy buraki na oddzielne kupki. Pracujemy na akord, wszyscy się więc spieszą. Brygadzista kręci się po polu, dogląda jak swego, krzyczy i chwali. Pilnuje, nie da zmarnować żadnej rośliny. Za rzucanie buraków do liści beszta niemiłosiernie. Boimy się starego. Robota idzie dobrze.

Koło dziesiątej zamiast w burak uderzam nożem w palec. Ręce czarne od ziemi, wkrótce stają się czerwone. Na polu nie ma ani apteczki, ani bandaża, ani nawet wody. Poczciwy, stary brygadzista wyrusza po jodynę i plaster do gospodarstwa odległego o 5 kilometrów. Po dwóch godzinach spotykamy się w ośrodku zdrowia.

Sobota. Jako inwalida pracuję przy lekkiej robocie w magazynie. Lekka praca podobno nie tuczy, wszyscy więc jej unikają. Dzisiejsze moje zajęcie polega na sypaniu brudnego ziarna do maszyny czyszczącej – petkusa. Dwaj koledzy odwożą oczyszczone kwalifikowane ziarno na specjalne sterty. Początkowo pracujemy solidnie, bo dogląda nas magazynier. Po piętnastu minutach nasz anioł stróż niespodziewanie znika. Pewnie poszedł do chaty po pajdę chleba. Mój kumpel, chłopak z refleksem, natychmiast z tego korzysta, podchodzi do mnie i cicho pyta:

– Chcesz pan odpocząć?

– Czemu nie.

– Nie syp pan więc, niech petkus pochodzi luzem.

Myśl jest przednia. Kładziemy się na workach, jeden stoi na czatach. Ma nas ustrzec przed niespodziewaną wizytą. Szczególnie groźny jest kierownik, wszędzie go pełno. Zjawia się zwykle tam, gdzie się go nikt nie spodziewa. Popatrzy, pochodzi, sprawdzi i znika. Dziś się nie przepracowaliśmy.

Obiad jest normalnie niesmaczny. Może wpływa na to cena, a może niedbalstwo ludzkie. Całodzienny posiłek kosztuje niewiele, bo tylko 13,50 złotego.

– To nie je dobre – mówią chłopcy i dziś nie kończą zupy.

Po posiłku siadamy na trawie pod drzwiami stołówki i rżniemy w sześćdziesiąt sześć. Każdy z grających trzyma z nabożeństwem karty i zezuje w stronę sąsiada. Ciszę przerywają okrzyki: „Starsza, czerwo, znasz kozyr?”. Pogodziłem ich, głoszę lepszą. Towarzystwo się ożywia. Ktoś mówi:

– Róbcie ich w kota.

– Co, kota? – obrusza się rosły przeciwnik.

Robi się gorąco. Migotliwy blask kopernika[3] dodaje grze niezdrowych rumieńców. Wycofuję się więc z zabawy, dbam o uzębienie.

Niedziela. Długo leżymy w łóżkach. Spać nie można, żonkoś szykuje się do kościoła, kobieta zostaje w chacie, bo nie ma w czym pójść na świąteczne teatrum. O ósmej przychodzimy na śniadanie. Jedzenie jest powszednie, tu w kuchni nie ma różnic w kalendarzu, bryja i bryja.

Czas się okropnie dłuży. – Lepiej już robić, niż łazić z kąta w kąt – mówi Franek. Obiad zaczyna się dziś o pierwszej. Kobiety przychodzą wyelegantowane, niektóre mają przezroczyste bluzki – przedmiot pożądań wielu koleżanek. Dostojniej niż zwykle siadają do jadła. Po obiedzie magazynier zaprasza nas z Frankiem na wódkę do gospody. Pije wolno, ględzi, nie bez powodu zwą go marudą.

– To najuczeńszy człek w gospodarstwie, ma maturę – mówi z uznaniem Franek.

,,Uczony” nudzi nas jednak niemiłosiernie. Jeden kieliszek zupełnie mu wystarczył. Po ćwiartce jest już pijaniuteńki.

Wieczorem urywamy się z gospody. Spieszymy na górę. U kobiet zabawa na całego, dziś zaczęła się wcześniej, chyba dla uczczenia dnia świątecznego. Niektóre niewiasty dla cielesnych uciech zrezygnowały nawet z różańcowego. Jednego z chłopaków zbeształa dziewczyna. Jego reakcja na tak niecodzienne wydarzenia jest błyskawiczna: w sposób konwencjonalny wali ją w twarz. Nikt nie protestuje. Niecodzienne – owszem, ale nie niezwykłe. Wracam do swej sali.

Poniedziałek. Jestem ceniony przez mych towarzyszy. Mam gazety. A wszystko przez te „kliny”. Drugiego śniadanka nie można ot, tak sobie, brać do roboty w garści, trzeba je owinąć. Papieru nie ma. Najlepiej więc w gazetę. Im większa gazeta, tym więcej z niej pożytku. Pewnie, że można kupić dziennik za pół złotego, wystarczy na kilka dni. Lepiej jednak zaoszczędzić kilka groszy. Przed moim przybyciem gustowano tu głównie w prasie terenowej, dopiero ja zwróciłem uwagę na zalety prasy centralnej, obszerniejszej i grubszej.

Dziś także pracuję w magazynie. Sztukę obijania się posiadłem już w wysokim stopniu. Jest to o tyle ułatwione, że magazynier gra dziś w karty koło stajni. Kierownik wyjechał gdzieś w pole. Nikt nam więc nie przeszkadza. Możemy sypać ziarno powoli i statecznie, bez nerwów.

Kobieta, która dziś pracuje ze mną, ma również okaleczony palec. Ciachnęła się przy burakach. Przed niewielkim kalectwem uchroniły nas tępe noże; to też pewnego rodzaju bhp. Tępy nóż jest czasem lepszy od bandaża, którego nie chce ze sobą nosić dobry skądinąd brygadzista. Nie lubi zaprzątać sobie głowy byle głupstwami, jak robota to robota.

Grupa pracująca przy młocce osiąga coraz lepsze rezultaty. Dziś wymłócono ponad 8 ton jęczmienia. Zespół się dociera, szkoda, że jest złożony z sezonowych. Za tydzień wyjadą i wszystko trzeba będzie zaczynać od początku.

Dziś skończył się mój pierwszy pegeerowski tydzień.

Wtorek. Znów młocka. Rano przed wyjazdem w pole wysypujemy jęczmień z worków wczoraj zwiezionych do magazynu. Robota jest niewygodna. Część worków, gdy brygadzista nie widzi, przysypujemy więc zbożem.

W polu harówka. Stary z Janowa wrzuca snopki do bębna z wprawą maszyny. Na wszelkie okrzyki – rób wolniej, wariacie! – uśmiecha się i jeszcze przyspiesza. Do dziesiątej zmłóciliśmy 5 ton zboża. W czasie przerwy zmawiamy się na Starego. Stary domyśla się.

– Wieta, chłopaki – mówi – jak nam płacą uczciwie, to trza robić, rozumieta to.

Słońce dobrze przygrzewa. Wszyscy jesteśmy spoceni. Nie ma jednak ani kropli kawy czy wody do picia. Przełykanie śliny nie na wiele się zda. Wodą straszy nas jedynie sprzęt przeciwpożarowy. Duża beczka na chybotliwym wozie plus nowoczesne wiadro z uchem zastępują motopompę. Dopóki wóz stoi gdzieś w polu, nie ma kłopotu. Dramaty zaczynają się dopiero wtedy, gdy maszynę przewozi się do innej sterty. Nie wiadomo wtedy, czy lepiej pchać, czy też nieść. W ciągu dnia wymłóciliśmy półtorej sterty jęczmienia.

Wieczorem długo czekamy na traktorzystę. Trochę nawet martwimy się o chłopaka. Marian ma zaledwie osiemnaście lat. Dziś wraca o wpół do siódmej, nieco podchmielony, ale dumny z siebie. Zarobił dwie stówy. Robił traktorem u gospodarza, kopał pługiem buraki. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że skończyła mu się na polu ropa. Zetorek[4] stanął. Z biedy wyciągnął go dopiero chłop, u którego robił, dał Marianowi trzy litry nafty i na niej traktor jakoś dociągnął do gospodarstwa.

Wieczorem nie ma co robić. Franek mękoli:

– Do babów nie pójdę – mówi – tyle tam janowskich chłopaków, nie ma metody. Ale wieta co – dodaje – może kupim karty?

Kupiliśmy. Rżniemy w tysiąca i sześćdziesiąt sześć. Po kolacji gadamy o kawalerskich sprawach. Mirka pyta, czemu chłopaki ciągle łażą na górę i robią sprośności. Wywołuje to ogólną wesołość. Józef ucisza żonę, ale Franek podchwytuje pytanie.

– Co, sprośności? – mówi śmiejąc się. – Im przecie wolno, bo kawalery. I ja bym poszedł, żeby ino było więcej moich z Majdanu, pohulaliby my. Jak się je kawalerem, to wolno. Niby kiedy bym do babów zaglądał jak nie tera? No nie, Józek? Pewnie, że żony bym se tu nie szukał. Ja znajdę se – tu robi krótką przerwę – pannę kryształ, sprytniutką, zgrabniutką, a nie takie byle co.

Środa. Budzi nas Franek. Szuka onuc. Piekli się. Nie może znaleźć. Wreszcie łapie prześcieradło. Nieśmiało, aby nie stracić kumpla, wtrącam, że nie można, bo to państwowe.

– Tak, ja wiem, to je nasze – odpowiada, po czym olśniony dodaje – a ja to nie państwowy? Wolno mi.