Wydawca: Burda Książki Kategoria: Specjalistyczne Język: polski

Lepiej żyć po swojemu. Zawsze jest czas na zmianę ebook

Małgorzata Liszyk Kozłowska

1 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 192 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lepiej żyć po swojemu. Zawsze jest czas na zmianę - Małgorzata Liszyk Kozłowska

Książka dla tych, którzy nie mieszczą się w swoim dotychczasowym życiu, i czują, że nie realizują się w pełni. Osiągnęli już wiele, ale szukają szczypty przypraw, które nadadzą ich życiu smak.

W książce Lepiej żyć po swojemu znana psychoterapeutka Małgorzata Liszyk-Kozłowska omawia z dziennikarką Krystyną Romanowską najważniejsze aspekty dojrzałego życia. Przekonaj się, co lubisz, a czego nie lubisz. Przyjrzyj sobie i swoim potrzebom, zastanów się, czego ci brakuje. Znajdź odpowiedź na pytanie, co utrudnia ci osiągnięcie pełnej satysfakcji. A potem zacznij żyć po swojemu!

Dowiedz się:

- Jak dążyć do rozwoju osobistego i dlaczego warto to robić?

- Jak nawiązać autentyczny kontakt z samym sobą?

- Czy możesz być zadowolony z siebie, nawet jeśli nie jesteś idealny?

- Jak radzić sobie z otoczeniem, które nie chce, byśmy się zmieniali?

- Jak pogodzić życie rodzinne i zawodowe z realizacją własnych potrzeb, które wcale nie są mniej ważne?

- Jak pokonać swój strach przed dokonywaniem zmian?

Opinie o ebooku Lepiej żyć po swojemu. Zawsze jest czas na zmianę - Małgorzata Liszyk Kozłowska

Cytaty z ebooka Lepiej żyć po swojemu. Zawsze jest czas na zmianę - Małgorzata Liszyk Kozłowska

Od czasu do czasu w ciągu dnia zatrzymaj się, usiądź i zwróć uwagę na swój oddech. Może to trwać pięć minut lub pięć sekund. Pozwól sobie w pełni zaakceptować obecną chwilę, łącznie ze swoim samopoczuciem i z tym, co się wokół ciebie dzieje. W tym czasie nie próbuj niczego zmieniać – tylko oddychaj i pozwól wszystkiemu płynąć. Porzuć myśl, że w tej chwili coś powinno być inaczej; zgódź się w umyśle i sercu, by ta chwila była właśnie taka, jaka jest, i pozwól sobie być taki, jaki jesteś. Spotkałam się z teorią, że kupujemy sobie za dużo rzeczy, bo praca, którą wykonujemy, jest często „niemierzalna”: nie możemy naocznie sprawdzić tego,

Fragment ebooka Lepiej żyć po swojemu. Zawsze jest czas na zmianę - Małgorzata Liszyk Kozłowska

Copyright © 2014 by Małgorzata Liszyk-Kozłowska

Copyright for the Polish Edition © 2014 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42 faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redakcja: Kinga Szafruga Korekta: Małgorzata Grudnik-Zwolińska, Marianna Chałupczak Projekt okładki: Panna Cotta Ilustracja na okładce: Fotolia Redakcja techniczna: Mariusz Teler

ISBN: 978-83-7778-583-6

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

ROZDZIAŁ I

Chcę więcej… czegoś. Tylko czego?

Moja przyjaciółka, którą znam od trzech lat, mniej więcej raz na dwa tygodnie mówi mi: „Krysiu, niby mam wszystko, co powinno mnie uszczęśliwić – rodzinę, pracę, ale muszę coś zmienić w swoim życiu”.

Coś. Ale czy ona wie co?

Nie wie, ale czuje, że przyszła pora na zmianę. Jest także zdenerwowana tym, że nie wie, czego ma ona dotyczyć. I jest zdenerwowana tym, że się denerwuje.

Ja częściej słyszę słowa: „Czuję jakiś niepokój, niespełnienie, jakbym żył nie do końca swoim życiem”, „Coś się we mnie kotłuje, ale nie może się wydobyć na zewnątrz, więc nie zdołam tego CZEGOŚ zobaczyć, nazwać”. Jako ludzie jesteśmy w stanie przystosować się do bardzo trudnych warunków – ale domyślam się, że twoja koleżanka stoi na twardym gruncie: jest zdrowa, nieźle zarabia, żyje jej się w miarę wygodnie. W takich sytuacjach, kiedy nic nam fizycznie nie zagraża, odzywają się nasze inne potrzeby: życia w komforcie nie tylko fizycznym, lecz także emocjonalnym. I wtedy zza naszych pleców coś dopomina się o uwagę: halo, tu jestem! Zauważ mnie, jestem ważny. Obudziłem się i nie zamierzam znów dać się uśpić! I oczywiście można ten głos ignorować, zatkać uszy, ale to go nie zagłuszy.

A jeśli jednak udamy, że go nie słyszymy?

Próbie zagłuszenia będzie towarzyszyło poczucie, że nie jesteśmy do końca sobą i nie bardzo wiemy, o co nam chodzi. Czasami podczas rutynowej wizyty u lekarza, do którego przychodzimy z różnymi somatycznymi dolegliwościami, pada pytanie: „Czy panu/pani podoba się własne życie?”. Pod warunkiem że trafimy na mądrego lekarza.

Myślisz, że są tacy lekarze?

Tak. Wiem o tym, bo czasami przychodzą do mnie ludzie, którzy mówią: „Mam złe samopoczucie, chociaż wykluczono wszystkie możliwe przyczyny fizjologiczne takiego stanu”. Wyniki w normie, a zadowolenie z życia grubo poniżej normy. Objawy fizyczne, które są wysyłaną przez organizm informacją: „Ponieważ nie zwracasz uwagi na swoje różne stany emocjonalne, to ja ci w inny sposób uświadomię, jaka jest jakość naszego życia – odczujesz to fizycznie. Może wtedy zwrócisz na to uwagę i na chwilę się zatrzymasz”. Czasami są to wręcz stany depresyjne: forma absolutnej niezgody na kontynuację takiego życia, jakie ono było do tej pory. To nie jest nic odkrywczego, już Abraham Maslow pisał, że kiedy nasze podstawowe potrzeby są zaspokojone, przychodzi pora na to, co znajduje się u góry piramidy potrzeb, czyli misję życiową, powołanie, pasję, rozwój duchowy, emocjonalny. Jesteśmy stworzeni do życia na bardzo wielu poziomach. Musimy mieć zapewnione poczucie bezpieczeństwa materialnego i fizjologicznego. Ale potrzeb, które znajdują się na najwyższym poziomie piramidy, nie zaspokoimy, kupując sobie kolejny dom czy następny samochód. To nie sprawi, że spłynie na nas to uczucie, którego naprawdę pragniemy. W mojej pracy spotykam ludzi, którzy osiągają satysfakcjonujący ich status materialny, ale nadal nie czują spokoju. Na początku mają nadzieję, że jeśli pójdą do centrum handlowego i zaszaleją na wyprzedażach, poczują się lepiej.

Ale to nie wystarcza, nawet wózek naładowany produktami z najbardziej atrakcyjnych wyprzedaży nie wypełni pustki, którą ci ludzie odczuwają.

Okazuje się, że nie. Oni nie czują harmonii. Przyglądają się innym ludziom, którzy mają połowę tego co oni, a czasem nawet znacznie mniej, i zazdroszczą im zadowolenia z życia. Znasz takie osoby, które nas zawstydzają: posiadają o wiele mniej niż my, a są o wiele bardziej zadowolone z życia. I wtedy myślimy: „O rany, jak oni to robią?”.

Właśnie: jak oni to robią? Może mają w sobie tę mutację genu, która odpowiada za poczucie szczęścia?

Proszę, uciekajmy od stwierdzeń, że coś jest trwałe, a my nie mamy na to wpływu. Nawet jeżeli jakaś część naszego bycia szczęśliwymi ma swoje źródło w fizjologii, zachowujemy jednak wpływ na swoje życie. Mamy wpływ na to, czy sami piszemy swoją historię. Mamy wpływ na to, jak postępujemy z naszym dziedzictwem, z naszą historią, z przeszłością. Czy my w ogóle z nią coś robimy, jeżeli nam przeszkadza, boli nas? A może to ona coś robi z nami, np. cały czas determinuje resztę naszego życia. Jestem psychoterapeutką, więc siłą rzeczy doceniam wielką moc dzieciństwa. Przez niezwykle ważny czas naszego życia nie mamy najmniejszego wpływu na to, w jakich warunkach żyjemy – określają to nasi rodzice. Decydują między innymi o tym, czy jako dzieci możemy mówić, co czujemy. Czy w naszym domu były powody do radości, śmiechu, czy można się było cieszyć sobą i odnoszonymi sukcesami? Czy można było snuć marzenia, plany? Jeśli na większość z tych pytań ktoś odpowie: „nie”, to bardzo smutne. Jednak w momencie, kiedy już mamy moc prawną do podejmowania decyzji, możemy zacząć świadomie wchodzić we własne życie: często z bólem, trudem, bo sprzeniewierzamy się w pewien sposób naszym rodzicom, spieramy się z nimi o kształt naszego życia. Dociera do nas, że inni nie muszą przedzierać się przez smutne wspomnienia i na te same pytania mogą odpowiedzieć: „tak”.

Poświęć minutę i odpowiedz sobie na następujące pytania:

Jakie wspomnienia kształtują twoje życie?

Co dokładnie się wydarzyło w ważnej dla ciebie chwili? Kto w tym uczestniczył, a kogo przy tym nie było?

Co pamiętasz w sposób wyrazisty, a jakich elementów ci brakuje lub co jest zamglone?

Co czujesz, kiedy przypominasz sobie to wydarzenie?

W książce Paradoksy czasu Philip Zimbardo i John Boyd formułują ważną tezę: „Nawet jeżeli twoje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa było smutne, zawsze możesz zmienić swój obecny stosunek do tego, co się działo w przeszłości. Znaleźć także jasne strony dzieciństwa”.

Nawet jeżeli nas to dotkliwie zaboli – a co do tego nie mam wątpliwości – wydaje mi się, że dobrze jest dać sobie szanse, by nasza przeszłość – taka, jaka ona jest – nie pochłonęła nas bez reszty. Kiedy nie czuję, że żyję po swojemu, nie czuję smaku istnienia, warto zawalczyć o własne życie i podjąć decyzję: nie chcę dłużej funkcjonować tak, jak do tej pory. Mimo że kompletnie nie wiem, jak inaczej miałoby wyglądać moje życie. Ale już samo otwarcie na zmianę jest milowym krokiem. I uznanie, że czegoś mi brakuje, to naprawdę połowa sukcesu. Nawet jeśli nie mamy pojęcia, co w zamian, powinniśmy dać sobie zgodę na usłyszenie sygnału.

I co dalej?

Można sobie teraz zacząć wyobrażać: siadam we wnętrzu siebie, w bardzo wygodnym fotelu. Może tapicerka jest w kratkę, może w kwiatki, a może jeszcze inna. Może to nie fotel, ale kanapa. Zamknęłaś oczy, Krysiu?

Mój fotel jest trochę staroświecki: tapicerowany, szeroki, wygodny. I z podnóżkiem. A kiedy w nim siadam, mam widok na morze albo przynajmniej na jezioro.

I kiedy w nim siedzisz, znajdujesz w sobie zgodę na czekanie, na rozglądanie się, patrzenie na to, co przykuwa twoją uwagę. Co ci się podoba w twoim życiu, a co ci zupełnie nie odpowiada. Ludziom, którzy właśnie przychodzą z wołaniem: „nie wiem, co dalej, czegoś innego chcę”, zadaję czasem takie pytanie: czy to życie, które mają teraz, pożyczyliby komuś, kogo kochają, np. swojemu najlepszemu przyjacielowi? A co zatrzymaliby przy sobie, w trosce o jakość życia tego ważnego dla siebie człowieka, któremu przecież dobrze życzą? Czego chcieliby mu oszczędzić, żeby nie robić mu krzywdy i go nie obciążać? Pożyczka na miesiąc – może na dwa miesiące…

Co ludzie odpowiadają na to pytanie?

To jest pytanie z kategorii tych, na które możemy od razu nie znać odpowiedzi. Ale ważne, że wchodzimy z tym pytaniem do swojej codzienności. Wtedy stajemy się uważniejsi i filtrujemy rzeczywistość pod kątem tak postawionego pytania. Kiedy zastanawiamy się nad tym: co ja bym chciał pożyczyć? – tak naprawdę odpowiadamy na kilka innych równie ważnych pytań: co mi się podoba w moim życiu? Co mi się we mnie podoba, a co nie? Bo skoro pożyczam komuś całe moje życie, łącznie z predyspozycjami, z umiejętnościami, z różnymi emocjami – to co właściwie jest najcenniejsze, co jest najbardziej przyjemne, co daje szczęście, poczucie spełnienia, co jest mądre i dobre? I z drugiej strony: co jest takiego w moim życiu, w jakości, w stylu, w moich wyborach, w mojej codzienności, że nie pożyczę tego drugiemu człowiekowi, któremu dobrze życzę?

Wróćmy do TEGO CZEGOŚ, co nas niepokoi, do tego głosu, którego nie zdołamy zagłuszyć, nawet jeśli będziemy go ignorować. Czy dzieje się tak tylko w momentach, kiedy nasze potrzeby emocjonalne, materialne i inne są zaspokojone? Czy może być tak, że choć doświadczamy jakiegoś deficytu na tym podstawowym poziomie, to niesprecyzowane dążenie do czegoś więcej będzie się ujawniało?

Ono może się ujawnić w każdej chwili naszego życia. Natomiast jeżeli rzeczywiście coś solidnie szwankuje w ważnej dla nas części życia, to naturalnie skupia naszą uwagę. Jeżeli w związku, w którym jesteśmy, są trudne relacje, szczególnie w przestrzeniach, które wymagają naszej kreatywności, nie możemy otwierać się na różne doznania, docierać do nieznanych sobie rejonów, ponieważ jesteśmy targani emocjami, zmagamy się z problemami, doświadczamy bólu. Jednym słowem – nie mamy do tego głowy. Oczywiście: jedni ze stresem radzą sobie lepiej, inni – gorzej. Określony poziom stresu, nazwijmy go umownie: trzeci, dla jednego człowieka jest zabójczy, podczas gdy ktoś inny nawet go nie zauważa albo stanowi on dla niego tylko bodziec mobilizujący do działania.

Stres jest twórczy, oczywiście czasami…

To prawda. Nigdy nie rozwijamy się, kiedy jest nam łatwo, tylko wówczas, gdy napotykamy trudności: powinie nam się noga, stajemy przed jakimiś pytaniami, coś się w nas wysyca, gdy mija jakiś okres w naszym życiu, i wtedy potrzebujemy czegoś więcej. Przeżywamy taką iluminację, moment przełomowy, w którym widzimy, że to, z czego do tej pory składało się nasze życie, jest zbyt jałowe, że działamy siłą rozpędu, a podejmowanie decyzji i zmianę odkładamy na później. Niestety tym momentem zatrzymania, który jest jak kij wsadzony w szprychy toczącego się koła, może być bezpowrotne zniknięcie kogoś z naszego życia. Kogoś bliskiego i bardzo ważnego dla nas. To może być zmiana, która spowoduje wstrząs w naszym życiu. W takiej sytuacji wiele osób myśli, że nie ma co odkładać na później życia, o którym marzymy, które przeczuwamy, że powinno być inne niż do tej pory. To paradoks choroby czy śmierci: ona silnie uświadamia ulotność i kres życia, ale – z drugiej strony – jego wartość. Każe się nam zatrzymać i zastanowić: jeśli nie teraz, to kiedy? Ludzie chcą się zmienić wówczas, gdy ich coś dotyka, coś nimi wstrząsa. Jeżeli czują się bezpieczni i szczęśliwi, to nie ma potrzeby zmiany. Co więcej – często dlatego zaczynamy w końcu odczuwać szczęście, odważamy się w ogóle używać tego słowa, bo jakieś wydarzenie tak nami wstrząsnęło, że w końcu wypadło z nas to COŚ i już wiemy, czym jest.

Operujemy ciągle tajemniczymi określeniami: „coś”, „czegoś”, „czemuś”, „z czymś”. Czy nie możemy konkretniej?

Niestety, nie możemy. Bo każdy ma swój scenariusz do przeżycia. Jeśli jednak gramy nie swoją rolę, i do tego nie w swojej sztuce, to czujemy się źle. Szkoda, że ludzie zamiast posłuchać tego sygnału, często usiłują go zagłuszać. Co możemy zrobić, żeby nie odczuwać niepokoju? Możemy robić jeszcze więcej niż do tej pory i wpaść w jeszcze większy wir pracy. Zaczynamy przypominać bączki, które kręcą się wokół własnej osi w imponującym tempie. Albo z jeszcze większym zaangażowaniem zajmujemy się tylko i wyłącznie dziećmi lub angażujemy w życie naszego partnera czy partnerki.

W nadziei, że nasz świat wróci na dawne tory i żaden niepokój nie wytrąci go nigdy więcej z bezpiecznej trajektorii.

Nadzieje te jednak są płonne. A źródłem niepokoju jest strach przed czymś nowym, nieznanym. Bo zmiana niesie ze sobą ryzyko. To, co do tej pory mamy, może nie jest cudowne, ale jest przynajmniej znane: umiemy się w tym świecie poruszać. Jeśli natomiast podejmujemy jakieś nowe działania, nasz dotychczasowy świat może ulec pewnemu przetasowaniu. Na przykład wyobraźmy sobie fajny związek, z którego byliśmy zadowoleni: praca, dom, dziecko, partner, partnerka. I nagle obudziła się we mnie pasja podróżowania. Już nie wystarczy mi oglądanie filmów dokumentalnych i czytanie reportaży z podróży – chcę tego dotknąć, pomacać, powąchać, usłyszeć. Nie przez ekran, nie przez wyobraźnię, tylko tak na żywo.

I wtedy idę do sklepu i kupuję sobie sweterek.

Tak właśnie robię. I dokładam go do sterty wcześniej kupionych sweterków.

Uspokaja mnie to na chwilę.

Rośnie we mnie jednak jakieś poczucie winy.

„Jak ja w ogóle mogłam pomyśleć o podróżowaniu” – besztam sama siebie.

„Przecież jestem dorosłym, odpowiedzialnym człowiekiem”.

„Nie mogę oddawać się marzeniom. Po prostu tak się nie zachowuje dorosły, porządny człowiek. Wstałabym, pojechała na lotnisko i ot, tak sobie, kupiła bilet do Dżakarty…?”

„O, cholera. A moi bliscy, rodzina?!”

Małe dziecko…

Dziecko może też być duże – w takim układzie często nie ma to znaczenia. Jak zareaguje na to otoczenie? Proszę bardzo, oto najczęstsza reakcja: „I jak tak możesz? Jak możesz, mamusiu, jak możesz, tatusiu? Jak możesz chcieć być kimś innym niż tylko tym, kim byłaś/byłeś do tej pory? Jak może ci się chcieć wypełniać w swoim życiu jeszcze inną misję niż ta, która do tej pory cię zajmowała? Jak może cię zainteresować coś innego? Mało ci? Zdrowy jesteś, rodzinę masz zdrową, pieniędzy pod dostatkiem, dom urządzony, lodówka pełna. O co ci chodzi?”. I co się najczęściej dzieje z takimi ludźmi?

Wycofują się, z przepraszającym uśmiechem mówią: „Wiesz, tak tylko żartowałam”.

Otóż to, są szalenie wystraszeni, że mogą zostać odrzuceni dlatego, że odważyli się sięgnąć do kuferka z marzeniami, bo ich otoczenie krzyczy – precz z tą puszką Pandory! Ważni dla nich ludzie, których bardzo chcą nadal mieć w swoim życiu, mówią: „Ach, nie, nie, nie. Tak jak było, było dobrze. Chyba sam rozumiesz, że było dobrze”. I jest w tym komunikacie zawarta prosta informacja: „wracaj do dotychczasowego życia”. I by nie stracić tych bliskich sobie osób, marzyciele chowają swoje marzenie do kuferka i idą go głęboko zakopać.

I co się z nimi dalej dzieje?

Zaczynają żyć w pełnym, już prawie świadomym, poczuciu niespełnienia. I w gruncie rzeczy jest to bardzo złe dla trwania w tym układzie – rodzinnym, w związku – bo to niespełnienie utrudnia bycie z tymi ludźmi. Bo ma się wtedy poczucie bycia takim… nienasyconym. Przed laty oglądałam film z Barbrą Streisand. Jedna ze scen rozgrywa się w restauracji: główna bohaterka robi dziwne rzeczy z talerzem, na którym znajdują się różne potrawy. Obraca go, nabija na widelec kolejne kawałki jedzenia, znów obraca talerz i wybiera następne kęsy. Jej towarzysz patrzy na nią coraz bardziej zdumiony, w końcu pyta: „Co ty robisz?”. Ona posyła mu spokojne spojrzenie, które mówi: jak to? Przecież to oczywiste?, po czym odpowiada: „Komponuję idealny kęs”. Nieprzypadkowo ta scena przypomniała mi się w kontekście tego, o czym teraz rozmawiamy. Bo to cudowne, jeżeli ma się wewnętrzną zgodę na to, żeby wraz z rozwojem i wchodzeniem w coraz bardziej dojrzałe życie na naszym talerzu pojawiało się coraz więcej i więcej. Doznajemy wielu nowych wrażeń, które mogą być pasjonujące. Na tym polega rozwój. Coraz więcej przeżywamy i coraz więcej dostrzegamy. I zaczynamy sobie uświadamiać, że coś łączy to, co mamy w środku, z tym, co jest na zewnątrz. Chcemy to sprawdzić, a więc coś przeżyć, czegoś doświadczyć. Oczywiście, można się bez tego obejść, podobnie jak można się najeść tylko mięsem albo samymi ziemniakami. Tylko że po jakimś czasie ten smak przestaje nam odpowiadać. Najemy się, tylko takie monotonne menu nie zadowoli naszych kubków smakowych. Pamiętajmy, że w życiu, podobnie jak w gotowaniu, potrzebne są przyprawy. A dobry posiłek składa się również z deseru.

Z poznaniem swoim marzeń, potrzeb, a potem odwróceniem się od nich jest jak z jajkiem. Wyobraź sobie, że wkładasz surowe jajko do kieszeni i cały dzień musisz uważać, by go nie zbić. W niczym, co cię otacza, nie uczestniczysz na sto procent, bo cały czas myślisz, żeby jajko się nie zbiło. To samo się dzieje, kiedy lekceważymy nasze już uświadomione potrzeby, nie uznajemy ich za ważne i nie dążymy do ich realizacji. Cały czas żyjemy, ale do końca nie uczestniczymy w swoim życiu, bo nasze niespełnione pragnienia przykuwają naszą uwagę, wywołują emocje.

Czyli jeżeli mama lub tata mają nową wizję siebie, powinni ją natychmiast realizować?

Nie, nie chodzi o to, żebyśmy dla realizacji tej nowej wizji porzucili nagle ważne dla nas zadania. Nasi bliscy są nam również niezbędni, bez nich też nie skomponujemy tego idealnego kęsa. Ale są też nam wszystkim, tobie, Krysiu, i mnie, potrzebne przyprawy. Ich odpowiednikiem jest to, co stanowi o jakości naszego własnego życia, o jego smaku. I jeżeli my nie odkryjemy tego smaku, to nie będziemy w pełni szczęśliwi. Zadbanie o to przekłada się także na jakość naszych innych związków. Ty wymieniłaś to, co jest najczęstszym hamulcem w komponowaniu idealnego kęsa naszego życia. To są nasze dzieci.

I powinności z nimi związane.

Tyle tylko że trzeba rozróżnić dwa pojęcia – opiekowanie się i wychowanie. To pierwsze polega na zapewnieniu dziecku poczucia bezpieczeństwa fizycznego, emocjonalnego, drugie natomiast jest też uczeniem, jak żyć. Niezmiernie ważne jest to, by dziecko opuszczało dom z przekonaniem, że bycie mamą czy tatą oznacza nie tylko zajmowanie się czyimś życiem, lecz także własnym. To nieprawda, że wraz z wejściem w rolę rodzica mamy zapomnieć o wszystkich naszych pasjach. Szczególnie trudno znaleźć na nie czas, kiedy dziecko jest małe, ale to możliwe. Jeśli zajmiemy się tylko obowiązkami i powinnościami, w końcu poczujemy się zdławieni codziennością. Zdławimy także naszych bliskich, bo będziemy zmęczeni, sfrustrowani i niespełnieni. A jeżeli my się nie spełniamy w ważnych dla nas przestrzeniach, innych niż rola męża, żony, rodzica, pracownika, to bliskość jest utrudniona, bo my się od siebie odsuwamy, zamykamy się na tych ludzi.

Czy to, co mówisz, zmienia jakoś nasze myślenie o odpowiedzialności za rodzinę?

Mam wrażenie, że należy ją lekko przedefiniować, przenieść punkt ciężkości. Odpowiedzialność za rodzinę to także pokazanie dziecku, że dorosłe życie jest ciekawe i dobre. Wspaniale, jeśli praca stanowi nie tylko źródło dochodu, ale daje też poczucie spełnienia. Jeżeli tak się nie dzieje, dobrze jest znaleźć coś, co będzie przynosić satysfakcję. W ten sposób przekazujemy dziecku informację: nie bój się dorosłości, ona nie oznacza całkowitej utraty beztroski i nieczerpania przyjemności z życia.

Gdy patrzę na dzisiejszych 30-latków, mam wrażenie, że ich rodzice nie byli zadowoleni ze swojego dorosłego życia.

To prawda, wielu ludzi boi się wejść w dorosłość, pewnie także dlatego, że widzą swoich przygniecionych i umordowanych, zniechęconych rodziców. Ilu ludzi nie chce się odseparować od rodziców, bo boją się, że będą żyć tak jak oni. To, czy nasze dzieci będą chciały świadomie podjąć życie dorosłych, zależy także od nas. Na tym, by je do tego przygotować, polega odpowiedzialne rodzicielstwo. Nauczyć, że w każdym wieku, niezależnie od ról społecznych, jakie podejmujemy, można cieszyć się życiem.

Zabiłaś mi ćwieka, bo niedawno usłyszałam od moich córek, że nie chcą być dorosłe. No i prawdą też jest, że trochę zrzędziłam.

Dobrze jest mówić dzieciom, nawet kiedy jesteśmy bardzo umordowani pracą: „Tak, jestem zmęczona, ale bardzo zadowolona. To był dobry dzień, bo znalazłam interesującego rozmówcę, napisałam dobry artykuł. Więc mimo że teraz boli mnie głowa i jestem zmęczona, to był satysfakcjonujący dzień, bo lubię to, co robię”. Niech wiedzą, że to, czym się zajmujemy, sprawia nam przyjemność i przynosi satysfakcję. I gdybyśmy mieli po raz drugi wybierać zawód, podjęlibyśmy tę samą decyzję.

Kiedy wiemy już, że chcemy coś zmienić w swoim życiu, a jeszcze nie wiemy, czy w naszej podświadomości to już jest sprecyzowane?

Myślę, że niektórzy ludzie nie przeżywają życia po swojemu. Wiele lat temu spotkałam starą, ponadosiemdziesięcioletnią kobietę, która była klasyczną pięknością, ale w twarzy miała coś dziwnego, jakby zastygły grymas. Zapytałam kogoś z jej rodziny, dlaczego ona taka jest. I usłyszałam odpowiedź, która mi dźwięczy w uszach i chcę, żeby mi dźwięczała do moich ostatnich dni. „Dlatego, że ona jest niezadowolona ze swojego życia”. Dokonywała wyborów, które sprawiały, że nie żyła szczęśliwie. Nie podobało jej się własne życie. Natomiast na tym etapie to nie jest czas na zmianę, tylko na refleksję. I dla mnie ta historia jest jak memento. Bardzo poruszyła mnie też historia z wierzbą. Niedaleko mojego domu rośnie stara wierzba z wydrążonym pniem. Nazywam ją drzewem marzeń. Wchodzi się do jego wnętrza jak do statku kosmicznego i wypowiada swoje marzenie. Jakiś czas temu opowiedziałam o tym drzewie znajomej, która mnie odwiedziła. Poszła tam, by wypowiedzieć swoje marzenie, a ja czekałam na nią nieopodal. Nagle przybiegła do mnie zapłakana. „Co się dzieje?” – zapytałam. A ona na to: „Wiesz, ja tak stałam, stałam i stałam w tym drzewie. I uświadomiłam sobie, że nie mam żadnych marzeń”.

To smutne, ale myślę, że podobnie zareagowałoby wielu ludzi.

Zapewne tak. Zwróć jednak uwagę, jak silna była reakcja tej kobiety. To sprawiło jej ogromny ból. Pojawiły się łzy, i to akurat bardzo dobrze, w odpowiedzi na to, że ta kobieta uświadomiła sobie coś ważnego: kurczę, ja nie mam marzeń! Ale chcę mieć marzenia! Nie chciałam być człowiekiem bez marzeń! Chcę mieć coś fajnego przed sobą, pragnę coś przeżyć!

W książce Dolina Muminków w listopadzie jest poruszająca scena podejmowania decyzji. Mały Homek Toft, leżąc w łodzi Paszczaka, wyobrażał sobie całymi wieczorami, jak wygląda szczęśliwy dom w Dolinie Muminków: dziki ogród zarośnięty bluszczem, weranda, fotel na biegunach, Mama Muminka wychodząca na schody… W końcu Homek nie wytrzymuje czekania: „…a kiedy się obudził w ciemności, wiedział już, co zrobi. Opuści łódź Paszczaka, pójdzie do Doliny Muminków, wejdzie na werandę, otworzy drzwi i powie, kim jest”. Czy ty też to zrobisz?

Namawiamy więc, żeby każdy raz na jakiś czas wszedł do swojego prywatnego drzewa marzeń?

Jak najbardziej, trzeba tylko mieć świadomość, że to może zaboleć. Takie zatrzymanie się po to, by się zastanowić, czego bym chciała/chciał, wymaga odwagi. Trzeba odpowiedzieć sobie najpierw na pytanie, o czym marzę, a potem, dlaczego boję się marzyć. Powodem może być strach przed utratą bliskich osób, które nie zaakceptują naszych wyborów, obniżenie statusu materialnego, ponieważ część czasu przeznaczonego na zarabianie pieniędzy poświęcimy pasji. Może nas też hamować to, jak jesteśmy postrzegani: „Przecież ja, prezes banku, nie pójdę na kurs flamenco!”. Bo w czyimś mniemaniu to „ja” może stać w sprzeczności z tym elementem poważania, powagi i przyzwoitości…

…i nie chodzi na flamenco.

Ale też nie chodzi na treningi piłki nożnej dla czterdziesto-, pięćdziesięciolatków. I nie biega z młodymi po boisku. Stereotypowo myślimy również o naszym funkcjonowaniu w rodzinie. Kobiety bardzo często boją się wyjść z roli matki Polki, którą uważają za swoją jedyną powinność. Mężczyźni natomiast często wchodzą w rolę ojca rodziny, kogoś, kto jako jedyny zarabia na utrzymanie. Trudno mu więc powiedzieć, że marzy o tym, by w piwnicy składać swoje ulubione modele albo budować kolejkę czy karmnik dla ptaków. Boimy się powiedzieć: robię to, bo lubię, bo ja właśnie taki/taka jestem, że lubię to robić. Takiego siebie potrzebuję dla siebie. To jest stan, w którym siebie lubię. Jeżeli najbliżsi pytają: „Po co ci to?” – nie da się im przedstawić żadnego konkretnego argumentu. Jedynym, jakim można się posłużyć, jest proste zdanie: „Bo tak lubię, bo tego potrzebuję”. I jeśli odpowiadamy na takie pytanie, musimy wytrzymać napięcie, które się w tym momencie w nas pojawia. Ważne, że mówimy prawdę i artykułujemy nasze potrzeby. Bo mówię prawdę. Bo tego potrzebuję. Nie należy przy tym dorabiać żadnej ideologii, np. że flamenco lekarz zalecił mi na stawy albo że dlatego ktoś leży pod samochodem i ciągle go ulepsza, by ten zyskał na wartości.

No właśnie, taka postawa to łamanie standardów. Gdzie jest granica, której bezpieczniej nie przekraczać?

Dla mnie granicą jest to, czy komuś nie dzieje się krzywda. Czy przez to, że oddaję się pasji, zaniedbuję ważnych dla mnie ludzi? Czy podejmując decyzję, że będę teraz poświęcała czas swojemu hobby, np. zacznę podróżować, wpływam na to, że w domu będzie za mało pieniędzy na inne wydatki, a dzieci nie będą miały komu powierzać swoich problemów i poczują się opuszczone? A wszystko tylko dlatego, że ja właśnie sobie wymyśliłam: teraz będę przeżywała swoje odroczone dzieciństwo? Trzeba sobie zadać pytanie, czy mam czas dla ludzi, którzy mnie kochają?

Gdzie są granice tych „dziwactw”? To znaczy, kiedy nasze pasje mogą budzić niepokój?

Często żyjemy w określonym układzie i tak przyzwyczailiśmy bliskich sobie ludzi do tego, że wypełniamy nasze powinności dokładnie według ich zapotrzebowania, że każda zmiana będzie postrzegana jako dziwactwo. Każda zmiana wywoła bunt, reakcję sprzeciwu i niechęci: „wracaj tam do punktu wyjścia”. Inni zgadzają się na tę zmianę, ale pod warunkiem że to jest zmiana o 360 stopni, czyli oznacza powrót do punktu wyjścia. Tylko tyle.

Przypomina mi się scena z filmu Godziny. Jedna z bohaterek, Laura Brown, podczas czytania Panią Dalloway odkrywa, że jej życie to więzienie. Jest idealną panią domu, piecze ciasteczka, ale z przymusu, a nie z przyjemności. Rutynowe działania doprowadzają ją do próby samobójczej. Potem nic już nie będzie takie samo. Dla mnie ta scena jest wołaniem o przestrzeń tylko dla siebie, o coś, czego się nie ma, chociaż nie wiadomo, czym to coś miałoby być.

To jest takie przekleństwo. Posłużę się przykładem medycznym: jeśli brakuje nam jakiegoś pierwiastka w organizmie, badanie wykazuje np., że mamy za mało żelaza, po prostu idziemy do lekarza, dostajemy skierowanie na następne badania, potem otrzymujemy receptę. Ten deficyt wpływa na to, jak się czujemy. Kiedy natomiast zasysa nas coś niewypowiedzianego, nie towarzyszą temu żadne somatyczne objawy, namacalne sygnały, że nasze życie nie jest pełne. Dobrze by było dostać informację od swojego organizmu: „uwaga, teraz masz zająć się poszukiwaniem tego, co da ci pełnię życia”. Niestety, tak się nie dzieje.

A szkoda, bo pewnie przyśpieszyłoby to proces dopełniania sensu życia u wielu ludzi.

I mniej ludzi by też cierpiało w swoim życiu. Niektórzy z nas potrafią żyć w masce „keep smiling”, z przyklejonym uśmiechem przez bardzo długi czas. Tyle tylko, że przez taki uśmiech żyje się w niezgodzie ze sobą.

Czy to dopełnienie, o którym mówimy, można nazwać po prostu poczuciem szczęścia?

Według mnie – tak. Ono jest nienamacalne, niemierzalne, to stan wewnętrzny. Często ludzie wyznają zasadę: „ciesz się z tego, co masz, niczego nie zmieniaj, bo wszędzie indziej jest groźnie”. Mam wielu pacjentów żyjących w lęku, który ja określam: „uwaga, Marsjanie atakują”. Te osoby uważają, że każda zmiana jest niebezpieczna i lepiej się nie wychylać. Tylko że potem ponoszą koszt takiego życia – jest im źle w tym swoim–nie swoim życiu.

Ale wiesz, od czego to się zaczyna? Od placu zabaw. Kolega moich bliźniaczek, które rozhuśtały się pod niebo, powiedział: „Ja nie mogę się tak huśtać, bo babcia mówi, że złamie mi się kręgosłup”.

A mnie się przypomina dawny film, w którym chyba Bogumił Kobiela mówił: „Jak się nie wywrócisz, to się nie nauczysz”. I też pamiętam taką scenę sprzed wielu lat z placu zabaw, kiedy jeden chłopiec zachowywał się tak, jakby był ukryty w niewidzialnej bańce: „bo nikt mnie nie może dotknąć, wszystko jest brudne, wszędzie są wielkie na metr groźne bakterie”. Ten mały chłopiec przyszedł na plac zabaw w towarzystwie – z lękiem swoich rodziców chodzącym za nim jak cień. A oni nieustannie biegali za nim i mówili: „Uważaj – nic ci się nie stało? Ale na pewno nic ci się nie stało? Bo gdyby ci się coś stało, to natychmiast pójdziemy do lekarza”. I tym samym zarazili dziecko takim lękiem, że ja, gdy patrzyłam na tego chłopca – po prostu cierpłam. On nie znał innego życia niż bycie w lęku, że za chwilę zdarzy się coś złego. Obok tego zastraszonego chłopczyka biegało moje dziecko, umorusane, które tysiąc razy się wywracało i nic złego się z nim nie działo. Trudno potem takiemu dziecku, kiedy jest już dorosłym człowiekiem, „pożegnać się” z wpojonym mu lękiem przed czymś nowym, przed życiem. Jego rodzice są w nim ciągle obecni. My często w swoim wewnętrznym świecie pozostajemy z naszymi rodzicami w relacji rodzic – małe dziecko, niezależnie od tego, ile mamy lat. Często zupełnie tego nieświadomi cały czas staramy się zasłużyć na nagrodę. Zabiegamy o to, żeby oni byli z nas zadowoleni, a to możliwe pod warunkiem że będziemy wypełniać ich wizję naszego życia i życia w ogóle. To smutne, bo jednocześnie wiem, że zachowanie tych rodziców na placu zabaw było wyrazem miłości i troski. Ale ich chęć ochrony dziecka przed zagrożeniami odebrała mu poczucie bezpieczeństwa.

Uwaga! Serwisy społecznościowe stały się platformą porównań społecznych. Bycie (mimowolnym) świadkiem wspaniałego rozwoju czyjejś kariery zawodowej czy imponujących podbojów miłosnych wywołuje nie tylko zawiść, lecz także uczucie samotności czy niespełnienia. Niemieccy uczeni udowodnili, że 1/3 użytkowników Facebooka przeżywa przede wszystkim negatywne emocje: frustrację, złość i niezadowolenie z własnego życia. Najsilniejszą zawiść wzbudzały zdjęcia z wakacji, zazdroszczono innym także liczby otrzymanych życzeń urodzinowych i lajków przy postach. Psycholodzy zauważyli, że gdyby przeanalizować przyczyny (sieciowe i pozainternetowe) odczuwanej ostatnio zawiści, Facebookiem można by wyjaśnić aż ok. 1/5 tego typu sytuacji. Zazdrość nasila chęć ulepszania swojego profilu, co w rezultacie wywołuje zawiść pozostałych internautów. Zjawisko to Niemcy zaczęli nazywać „spiralą zawiści”.

Teraz przyszło mi do głowy – nie wiem, czy się ze mną zgodzisz – że taką funkcję „uśmierzającą” nasz niepokój (podobną do roli rodziców) zaczynają pełnić technologie. Porządkują nam rzeczywistość, rozleniwiają nas. Wiem to po sobie. Wczoraj np. pomyślałam sobie: ach, zrobiłabym coś fajnego, ale nie bardzo wiem, co by to miało być. To może zastanowię się nad tym później, a teraz zajrzę na Facebook – odłożę to na później. Albo sprawdzę pocztę mejlową. I ani się obejrzę, spędzam cenny czas na bezmyślnym klikaniu, z którego nic nie wynika.

To jest ewidentnie przełączanie naszej uwagi. Zamiast mieć kontakt ze sobą i swoimi myślami w danej ważnej chwili, kiedy czujemy, że coś istotnego się do nas dobija, przełączamy się na coś innego i w tym momencie rzeczywiście zaczynamy być zaangażowani gdzie indziej. Przestajemy mieć kontakt ze swoimi myślami, emocjami. Niestety, większość ludzi po powrocie z pracy do domu włącza wszystko naraz: laptopa (jakby nie siedzieli przy nim 12 ostatnich godzin), radio, telewizor. I jeszcze wysyłają SMS-y. Bez przerwy czekają na sygnał telefonu, który jest tak ustawiony, że informuje o każdej wiadomości na Facebooku, otrzymanym mejlu czy SMS-ie.

Co to oznacza?

Że jesteśmy tylko na zewnątrz siebie. Nie mamy dostępu do tego świata, który jest w nas. Od niego cały czas uciekamy. Tylko że się nie da.

Ja nie włączam telewizora, bo go nie mam, ale Facebook zdecydowanie komplikuje mi życie. Wczoraj złapałam się na tym, że już prawie mam kontakt z tą drugą stroną mnie samej, już myślałam, że zajmę się czymś ciekawym, twórczym… I co? Po prostu coś mnie pchało do komputera, żeby zajrzeć na Facebook. I tak sobie myślę: co się ze mną dzieje?

Właśnie: co się z tobą dzieje? Na razie masz odpowiedź – coś się dzieje, prawda?

Dzieje się, i nie jest to dobre.

Ale zobacz, co ciekawego się w tym momencie wydarza. Sama dostrzegasz istnienie w sobie pewnego strażnika, który, kiedy zaczynamy funkcjonować czy żyć niezdrowo, wysyła alarm i pyta nas w różny sposób: czy ty to widzisz?, co czujesz?, czy ty wiesz, o co ci chodzi?

A co to jest ten wewnętrzny strażnik? Jak byś go nazwała?

Ja to nazywam mądrością.

A nie intuicją albo instynktem samozachowawczym?

Nie chcę się spierać o słowa. Może to być także intuicja, ale wolę określenie: „nasza wewnętrzna mądrość”. Ona trwa dłużej niż życie pojedynczego człowieka – to taka nasza ludzka mądrość, której warto zaufać. Myślę, że składa się na nią wiele naszych doświadczeń, których nie potrafimy objąć logiką, taką naszą „pragmatyczno-cybernetyczną” formą myślenia. Jako ludzie jesteśmy zdolni i do płaczu, i do śmiechu, i do refleksji, i do przeżywania różnych, czasami skrajnych, emocji. Intelektu także używamy. To wszystko jest na talerzu naszego życia. Jeżeli nie będziemy czerpać po trosze ze wszystkiego, nie będziemy przeżywać wszystkiego, to będzie nas zasysał głód pełni naszego życia. To jest tak naprawdę nasze największe zadanie życiowe. Wobec nas samych, wobec naszego życia – my mamy odkrywać swój talerz. A co ważniejsze: jeżeli czujemy, że na jednym talerzu już się nie mieści, musimy mieć odwagę sięgnąć po większy talerz.

Może miskę?

Hmm… nie. Zawartość miski nie jest już taka widoczna. Ten nasz talerz powinien być duży, płaski, żeby widać było, co na nim można jeszcze położyć. Nie powinno również zabraknąć ciekawości dotyczącej tego, co jeszcze mogłoby się znaleźć na talerzu. Bo to też jest ważne.

Pytasz czasami ludzi, co lubią?

Bardzo często.

Trudno im odpowiedzieć na to pytanie?

Trudno. Pytam: co ci sprawia przyjemność?, a w odpowiedzi na to słyszę: „Ale po co przyjemność? Mam tyle obowiązków, że nawet na myślenie o przyjemnościach brakuje mi czasu”.

Czy poczucie braku tego „czegoś” w życiu zależy od naszej inteligencji?

Nie.

Czyli równie dobrze jak profesor uniwersytetu może to poczuć robotnik w fabryce?

Weź pod uwagę, że człowiek, który jest robotnikiem, często dlatego jest nim, a nie profesorem, że został wychowany w określonym środowisku, w którym mógł osiągnąć właśnie taką pozycję. Jest to często nie kwestia inteligencji czy potencjału intelektualnego, tylko dziedziczonego życiorysu. Ludziom, których rodzice są wykształceni, łatwiej skończyć studia i zdobyć wykształcenie, bo to jest norma środowiskowa. Wielkim sukcesem jest wyjście ze swojego środowiska i zdobycie lepszej pracy, niż mieli dziadkowie, rodzice, rodzeństwo. To ogromne wyzwanie: pójście swoją drogą, a jednocześnie nieutracenie więzów z rodziną. Darzę ogromnym szacunkiem ludzi, którzy mają odwagę powiedzieć: „Idę na studia”, i są pierwszym pokoleniem, które to robi. Nie jest im łatwo, a w głosie rodziców słyszą powątpiewanie i pewną dezaprobatę: „Ale po co ci to? Ty będziesz lepsza od nas? Chcesz być nauczycielką albo humanistką? Przejmij po nas gospodarkę, to jest kawał porządnej pracy, to jest kawał chleba”. Denerwuje mnie pogardliwe nazywanie ludzi, którzy przyjechali do Warszawy, by pracować, kształcić się – słoikami. Mnie ci ludzie imponują swoją determinacją w budowaniu własnego życia.

Ostatnio jechałam autobusem ze znajomą maturzystką. Jej rodzice mają gospodarstwo rolne, w którym hodują konie. Wyznała mi, że nie powie rodzicom o tym, że zamierza zdawać na studia, bo wie, że byliby przeciwni. Ona chce zostać weterynarzem.

Najważniejsze, że idzie za swoim głosem: odważyć się na to jest sprostaniem ogromnemu wyzwaniu i wielkim zwycięstwem.

Teraz mi się przypomniał Billy Elliot – myślę, że nie bez kozery: to jeden z ważniejszych filmów o poszukiwaniu szczęścia, spełnienia.

Uwielbiam go, ale zastanawiam się też nad naszym rodzimym: Jesteś bogiem. To ewidentnie film o młodych ludziach, którzy dotknęli swoich marzeń. I chcieli je zobaczyć na zewnątrz siebie. Jest tam dramatyczna scena, w której Magik mówi: „To jest właśnie to, co kocham, i teraz wy zabraniacie mi tego robić”.

Bo w środowisku, z którego wyszedł, nie obowiązywała norma pójścia za swoim głosem. To nie jest środowisko, w którym pyta się dziecko: kim ty chciałbyś zostać albo o czym marzysz?

Wiadomo, że będziesz pracował w kopalni albo przejmiesz mój sklepik itp. Wielu ludzi żyje w rodzinach, w których nie zadaje się pytania: kim chcesz zostać? I dlatego w nich samych nie powstało takie pytanie. Często podążają wyznaczonym przez innych torem. Aż w końcu po latach bycia na tym torze, jak już się w nim osadzą, zaczynają czuć, że coś jest nie tak, więc mówią: „Jeśli tak ma wyglądać moje życie do końca, to ja nie chcę”. Wtedy dopiero zadają sobie pytanie, którego nikt im wcześniej nie postawił: „Kim chcę zostać?”. I właśnie to stanowi prawdziwe wyzwanie: w dorosłym życiu szukać odpowiedzi na to pytanie. Ludzi, którzy wciąż mają to przed sobą, jest naprawdę bardzo wielu. Jednocześnie znalezienie odpowiedzi na to pytanie jest niezwykle ważne, bo ono już nie zniknie. Można, oczywiście, użyć starych metod i spróbować je zagłuszyć. Jeżeli robiliśmy to całe lata, to mamy wprawę. Ale to pytanie pozostanie już na zawsze częścią naszego doświadczenia.

Do obejrzenia siedem filmów o szukaniu siebie:

Billy Elliot, reż. Stephen Daldry

Smażone zielone pomidory, reż. Jon Avnet

Transamerica, reż. Duncan Tucker

Przerwana lekcja muzyki, reż. James Mangold

Między słowami, reż. Sofia Coppola

Powrót do Garden State, reż. Zach Braff

Śniadanie na Plutonie, reż. Neil Jordan

Wydawałoby się, że skoro już mamy 18 lat i wolno nam podejmować decyzje, to możemy spokojnie odciąć się mentalnie od rodziny. Możemy?

Nie. Często rządzi nami przeszłość. I żeby tę przeszłość zamienić w doświadczenie, a nie w przekleństwo, żeby wysnuć refleksję, trzeba wykonać naprawdę dużo świadomej pracy. Ale to gra warta świeczki.

Na koniec tego rozdziału opowiem ci bajkę o królu, który miał dwóch synów. Jeden syn był wiecznym optymistą, a drugi – wręcz odwrotnie – skrajnym pesymistą. Król postanowił sprawdzić, czy wieczny pesymista, niezależnie od okoliczności, zachowa ponure spojrzenie na świat, a wieczny optymista, niezależnie od okoliczności, zachowa swój wieczny optymizm i entuzjazm. Zaprowadził wiecznego pesymistę do komnaty, w której były wszystkie cuda świata. Powiedział: „Wiesz co, zostawiam cię tutaj. I sprawdzę, jak się czujesz następnego dnia”. A syna optymistę zaprowadził także do wielkiej komnaty, tyle że pustej, tylko gdzieś w mroku coś majaczyło. Powiedział: „Zobaczymy, czy jutro też będziesz tak tryskał radością”. Następnego dnia król zastał pesymistę znudzonego, markotnego, skrzywionego, niezadowolonego z życia. Król stwierdził: „Nic a nic się nie zmieniło”. Gdy podszedł do drugiej komnaty, usłyszał wydobywające się stamtąd dźwięki. Uchylił drzwi, a jego oczom ukazał się zaskakujący widok: na środku leżała jakaś śmierdząca kupa, którą jego syn kopał, raz za razem. Król krzyknął: „Synu, przestań! Zatrzymaj się!”. Ten pozostał głuchy na jego słowa i mimo że był uwalony w końskiej kupie, tryskał szczęściem, był pełen entuzjazmu i energii. Król zapytał: „Synu, co ty robisz?”, i usłyszał: „Tato, zobacz! Tu znalazłem wielką końską kupę. A obok stał stary szpadel. Jeżeli tu jest taka wielka końska kupa, to w środku musi być koń. Więc ja go szukam!”.

No tak.

Czasami dochodzimy do takiego momentu w życiu, w którym ono wygląda właśnie jak ta komnata. Po ochłonięciu z szoku możemy podjąć różne działania. Na przykład poszukać szpadla.

ROZDZIAŁ II

Jak by to miało być, czyli czarodziejska różdżka w akcji

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ III

Loża cenzorów, czyli skąd wiesz, że nie możesz żyć inaczej?

(Skoro jednak czytasz ten rozdział, to chyba masz wątpliwości)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ IV

Nie musisz być na podium

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ V

To wszystko nie jest za darmo

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ VI

Zanurzeni w czułości

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ VII

Przyjrzeć się czyimiś oczami, usłyszeć czyimiś uszami

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ VIII

Gdzie są ludzie z mojej bajki?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ IX

Po czym poznam, że żyję tak, jak chcę?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.