Lepiej po polsku - Andrzej Markowski - ebook
Opis

„Profesor Markowski wie, jak jest dobrze po polsku, i wie dlaczego. Wie też, jak nam o tym opowiedzieć rzetelnie i ciekawie zarazem. Kultura języka jest w tej książce przedmiotem opisu, ale jest tu też obecna jako sposób opisywania, w najwyższym stopniu, wsparta przy tym niezwykle atrakcyjnie dyskretnym poczuciem humoru. Książka zyska odbiorców i wśród tych, co chcą wiedzieć jak, i wśród tych, co chcą wiedzieć dlaczego, i wśród tych wreszcie, co nawet wiedząc, jak i domyślając się dlaczego, cenią sobie dobrą lekturę. Bardzo dobrą plus” – profesor Jerzy Bralczyk

Profesor Andrzej Markowski – wybitny ekspert w dziedzinie poprawnej polszczyzny i kultury języka polskiego od lat udziela porad językowych. W „Lepiej po polsku” w atrakcyjnej felietonowej formie, na dwa sposoby – w skrócie i w wersji dla dociekliwych – rozprawia się z powszechnymi błędami językowymi. Lektura tej książki to niezawodne pogotowie językowe.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 253

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja i korekta: Teresa Kruszona

Projekt okładki: Wojciech Kwiecień-Janikowski

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadzący: Magdalena Kosińska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

Copyright © by Agora SA 2019

Copyright © by Andrzej Markowski 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2995-6 (epub), 978-83-268-2996-3 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Magdzie, Helence i Emilce

W SKRÓCIE DO DOCIEKLIWYCH

Najdziesz tu fraszkę dobrą, najdziesz złą i śrzednią,

Nie wszytkoć mury wiodą materyją przednią;

Z boków cegłę rumieńszą i kamień ciosany,

W pośrzodek sztuki kładą i gruz brakowany.

Jan Kochanowski, O fraszkach

Niemal od pół wieku udzielam porad językowych. Niektóre pytania się powtarzały, czasem nawet często, jak to, w którym wyrażano niepokój o formę „Czytam tą książkę”.

Postanowiłem, że setkę tych najtypowszych pytań zbiorę i opublikuję. Niektórzy pytający chcą tylko krótkiej odpowiedzi, najlepiej jednoznacznej, inni zaś są zainteresowani dokładniejszym wytłumaczeniem tego, o co pytają. Dlatego w tym zbiorze chciałbym zaspokoić te dwa typy oczekiwań: na każde pytanie odpowiadam więc najpierw w skrócie, a potem dla dociekliwych rozwijam temat. Można zatem szybko zaspokoić ciekawość, jak to jest z tym czy owym zagadnieniem językowym, można też dowiedzieć się czegoś więcej o nim i zjawiskach pokrewnych. Każdemu więc według potrzeb.

Omawiane kwestie są ułożone alfabetycznie, według tytułów poszczególnych felietonów. Zrezygnowałem z grupowania zagadnień według kategorii językowych (np. razem pytania o fleksję, składnię, razem zagadnienia semantyczne czy ortograficzne), ponieważ uznałem, że taki układ (występujący zresztą w znakomitej większości poradników językowych) byłby nudny. A tak czytelnik nigdy z góry nie wie, z jakiej dziedziny będzie następna porada. Kto zaś chce się dowiedzieć szybko, gdzie znajdzie poradę dotyczącą konkretnego słowa, jego znaczenia, odmiany, składni czy pisowni, powinien zajrzeć do spisu treści. Oczywiście nie zakładam, że każdy będzie czytał po kolei wszystkie felietony jak kolejne rozdziały powieści, ale jeśli ktoś wpadnie na taki pomysł, to będę rad.

Mam nadzieję, że te rozważania językowe pomogą Państwu w poznaniu polszczyzny. Nie tylko poprawnej, ale także dobrej, rzetelnej i przede wszystkim różnorodnej.

A W OGÓLE TO NIE WOGLE

Skąd się bierze to niestaranne wymawianie słowa w ogóle. Słyszę dookoła wogle i wogle?

W SKRÓCIE

Taka forma, istotnie dość często spotykana, wynika z tendencji do upraszczania wymowy połączenia rzeczownika ogół z przyimkiem w. To wyrażenie jest postrzegane jako samodzielna całostka w różnych znaczeniach, z których najczęstsze to chyba ‘całkiem’, a w zdaniach zaprzeczonych: ‘wcale, zupełnie’. Zerwanie więzi znaczeniowej z rzeczownikiem ogół sprzyja skróconej wymowie: „wogle”. Jednak razi ona wiele osób i jest traktowana jako błędna. Starannie i poprawnie powinniśmy mówić: w ogóle. I oczywiście tak, rozdzielnie, pisać.

DLA DOCIEKLIWYCH

W słownikach jako pierwsze jest notowane znaczenie tego wyrażenia ściśle związane z rzeczownikiem ogół: ‘biorąc pod uwagę całokształt, ujmując rzecz w całości, nie wnikając w szczegóły; ogólnie rzecz biorąc, w sumie’ („Uniwersalny słownik języka polskiego”, USJP), z przykładem: „To jest opowieść o kobietach w ogóle”. Takie samo znaczenie mamy w popularnej niegdyś piosence „Warszawa da się lubić” (ze słowami Bronisława Broka stylizowanymi na gwarę warszawską): „W ogóle i w szczególe i pod każdem innem względem”. W tym wypadku nie da się skrócić wymowy do „wogle”, boby i rytm, i sens się zgubiły.

Ale dziś przeważa znaczenie ‘zupełnie, wcale, całkiem’, a wyrażenia tego używa się w zdaniach zaprzeczonych albo o sensie negatywnym: W ogóle nie wiem, co zrobić. W ogóle przestałem przychodzić do tego parku. I w takich zdaniach łatwo jest zmienić w ogóle na „wogle”. Bo to w ogóle nie zmienia ich sensu, który jest już odległy od słowa ogół. Tak samo dzieje się wtedy, gdy w ogóle traci konkretne znaczenie, a staje się tylko podkreślnikiem treści zdania lub wyraża jakąś emocję, zwykle negatywną: Bo ty mnie w ogóle nie słuchasz! Jak to jest w ogóle możliwe? To jest w ogóle nie do przyjęcia! A w ogóle to mam już wszystkiego dosyć! Aż się prosi, żeby w takich wypowiedzeniach mówić „wogle”. Bo to dosadniejsze i bardziej zwracające uwagę niż w ogóle. A kiedy jeszcze dodamy przed tym w ogóle spójnik i: Jest miła, zaradna i w ogóle kochana, to już prawie nie sposób wypowiedzieć tego poprawnie. Zwróćmy jeszcze uwagę na to, że rzeczownik ogół jest nacechowany oficjalnością, a w ogóle w przytoczonych tu znaczeniach jest nieoficjalne, właściwie potoczne.

Żartownisie idą jeszcze dalej i przekształcają „wogle” w „wógle” po to, by dobrze się to rymowało w młodzieżowo-internetowym powiedzeniu: „Nie ma w google, nie ma wógle” (co staje się zasadą poznawczą w pewnych środowiskach). No, chyba że ktoś wymawia „gogle”, to wtedy nie ma potrzeby zmiany „wogle” na „wógle”.

Dlaczego więc wciąż nie ma zgody na uznanie formy „wogle” – w takiej ortografii i z taką wymową – za poprawną lub choćby dopuszczalną w polszczyźnie? Myślę, że decyduje tu chęć utrzymania związku tego wyrażenia z rzeczownikiem ogół, a także to, że wymowa uproszczona, dwusylabowa, razi jeszcze większość Polaków i jest odbierana jako przejaw niechlujstwa językowego, a nie – racjonalnej tendencji do skrótu.

A na razie radzę się tym w ogóle (a nawet wogle) nie przejmować. Czas pokaże, czy zmiana, o której tu piszemy, będzie w ogóle możliwa.

CO ADAPTUJEMY, A KOGO LUB CO MOŻEMY ADOPTOWAĆ

Teraz to już może jest rzadsze, ale przez wiele lat obserwowałam, jak mylono – zwłaszcza w języku mówionym – wyrazy adaptować i adoptować. A przecież to słowa znaczące zupełnie co innego. Skąd więc się brała taka pomyłka?

W SKRÓCIE

Powody mylenia tych czasowników są dwa. Pierwszy to podobieństwo ich brzmienia, ba, niemal jednakowe są początki tych słów: adapt- i adopt-. Drugi – to znaczenie tych słów może nie bliskie, ale pochodzące z tej samej sfery działań. Adaptować to tyle, co przystosowywać coś do nowego użytku, do nowych potrzeb, adoptować zaś to przysposabiać dziecko, uznawać cudze dziecko za swoje. No i może być jeszcze powód trzeci: oba wyrazy nie należą do polszczyzny codziennej, lecz do odmiany erudycyjnej, zwanej dawniej książkową (to: adaptować) i specjalistycznej, prawnej (to: adoptować). I dlatego o pomyłkę nietrudno.

DLA DOCIEKLIWYCH

Mylenie tych dwóch wyrazów nie było chyba dawniej częste, gdyż jeszcze w powojennym (z roku 1958) wydaniu „Słownika poprawnej polszczyzny” Szobera nie ostrzega się przed takim błędem, nie ma w nim nawet czasownika adaptować (jest tylko rzeczownik adaptacja). W „Słowniku poprawnej polszczyzny” Doroszewskiego i Kurkowskiej z roku 1973 kwestia ta pojawia się pośrednio: w haśle adoptować jest uwaga w nawiasie: „co innego: adaptować”. Dopiero w „Nowym słowniku poprawnej polszczyzny PWN” (NSPP) z roku 1999 jest wyraźne ostrzeżenie przy obu wyrazach, żeby ich nie mylić.

Częściej używany jest czasownik adaptować, odnosi się on do różnych sfer rzeczywistości. Bo z jednej strony można adaptować strych na pracownię malarską, z drugiej zaś – powieść na utwór sceniczny. Rozbudowana jest też jego składnia i wnosi ona pewne subtelności znaczeniowe. Adaptujemy coś na coś, jeśli wymienia się to, co jest wynikiem adaptacji (tak jak w powyższych przykładach), adaptujemy także coś do czegoś albo na potrzeby czegoś, jeśli wymienia się cel tego zabiegu: Samolot wojskowy został adaptowany do lotów pasażerskich. Zresztą słowniki poprawnościowe ostrzegają, że jest to wyraz nadużywany, można właściwie powiedzieć, że nieco snobistyczny. Czasem wystarczy powiedzieć o przystosowaniu czegoś do czegoś albo o zamianie, przeróbce czegoś na coś. Nawet podany w NSPP jeden z przykładów brzmi trochę sztucznie: Rolnik adaptował starą chlewnię na magazyn zboża. Lepiej, mniej pretensjonalnie wyglądałoby to zdanie, gdyby użyć w nim słowa przerobić: Rolnik przerobił starą chlewnię na magazyn zboża. Używa się też czasownika adaptować, gdy mowa o świecie zwierząt i roślin. Mówi się więc, że jakiś gatunek strusi łatwo albo trudno adaptuje się do klimatu chłodniejszego, że pewne rośliny dobrze się adaptują w nowym środowisku itp. Wydaje się, że i w tym wypadku można by napisać o przystosowywaniu się zwierząt czy roślin.

Ciekawe jest też to, że czasownik adoptować rozszerzył znaczenie i obejmuje nie tylko dzieci, lecz także zwierzęta. Tego znaczenia nie notują jeszcze słowniki, ale jest ono częste na stronach internetowych. I to w dwóch odmianach znaczeniowych. Jeśli bowiem adoptujemy kota lub psa ze schroniska, to w odpowiednim trybie bierzemy go z tego schroniska i opiekujemy się nim u siebie w domu. Jeśli zaś adoptujemy zwierzę z ogrodu zoologicznego, to wspomagamy finansowo jego utrzymanie w zoo, możemy też często je odwiedzać, za zgodą pracownika zoo pomagać przy jego karmieniu, oporządzaniu itp. Tabliczka z informacją, kto adoptował dane zwierzę, jest przy jego klatce. To bardzo sympatyczne adoptowanie, czyli adopcja.

Można więc powiedzieć, że słowo adoptować zostało znaczeniowo adaptowane do innej sfery, albo, żeby się nam nie myliło, ująć to rzeczownikowo: nastąpiła adaptacja słowa adopcja do działań związanych z opieką na zwierzętami. Nie byłbym jednak za tym, by dalej to znaczenie rozszerzać i adoptować jakieś pokemony czy inne wymyślone stworzenia...

OPŁACA SIĘ BYĆ AGRESYWNYM?

Znalazłam ogłoszenie: „Poszukujemy agresywnych pracowników marketingu”. Czy wyraz agresywny został w nim dobrze użyty? Dla mnie agresywny to określenie ujemne, na przykład agresywny chłopak to taki, który na kogoś napada słownie albo i czynnie. Agresywnych pracowników jako pracodawca bym się bała. Czy mam rację?

W SKRÓCIE

Istotnie, do niedawna (a dla językoznawcy znaczy to „jeszcze kilkanaście lat temu”) przymiotnik agresywny był wyrazem nacechowanym ujemnie, jeśli odnosił się do człowieka albo jego zachowań czy też do działań grupy ludzi, a nawet państwa. Agresywny według USJP to ‘zachowujący się wrogo, napastliwie, zaczepnie’, a także świadczący o takich cechach. Od niedawna (czyli: od kilkunastu lat), zapewne pod wpływem języka angielskiego, w którym agressive znaczy między innymi ‘gorliwy, pełen entuzjazmu, dynamiczny’ (z nacechowaniem dodatnim), zaczęto używać tego przymiotnika także w naszym języku jako określenia czegoś dobrego czy pożądanego. Wielu Polaków to razi, a taka zmiana nacechowania nie wydaje się korzystna. Dlatego mówmy raczej o dynamicznym, a jeszcze lepiej rzutkim pracowniku marketingu niż o pracowniku agresywnym.

DLA DOCIEKLIWYCH

Wciąż jeszcze agresywny kojarzy się przede wszystkim z cechą ujemną człowieka. Przed osobą agresywną należy się bronić albo jej wręcz unikać. Gdybym spotkał agresywnego pracownika, na przykład agresywnego sprzedawcę w jakimś sklepie, to bałbym się, że w pewnym momencie może się na mnie rzucić. Agresywna interwencja policjanta to jednak chyba nie interwencja stanowcza, lecz taka, w której używa on siły fizycznej. Agresywność w odniesieniu do ludzi oznacza więc w polszczyźnie stale coś złego, nieakceptowalnego.

To w języku ogólnym. Bo w sprawozdaniach sportowych określenie agresywny zawodnik jest używane niemal zawsze jako pochwała tegoż: „Zapytany o opinię Chris Webber powiedział, że agresywny obrońca na skrzydle by się przydał”. „Nowozelandzki, silny, agresywny zawodnik jest twardą zaporą, niemal nie do przejścia”. „Ale to waleczny i agresywny zawodnik – przyjemnie ogląda się jego jazdę”. Czyli: agresywny zawodnik – to dobrze, to cecha pożądana. Ba, odnosi się to też do kobiet: „Cindy to silna i agresywna zawodniczka, która z pewnością wspomoże nas w walce na tablicach”. Ten pochód „pozytywnej agresywności” w sporcie rozpoczął się od pochwały nie zawodników, lecz ich zachowań. Już kilkadziesiąt lat temu w koszykówce zalecało się agresywne krycie przeciwnika, zwłaszcza od tyłu.

I tu przechodzimy do agresywnego niezwiązanego z człowiekiem. W tym wypadku nacechowanie tego przymiotnika jest neutralne albo wręcz pozytywne. W modzie czy w malarstwie mówi się o agresywnych kolorach, czyli kolorach jaskrawych, ostrych: „Czerwień męska i agresywna, zieleń opiekuńcza i kobieca”. „Jako wyposażenie opcjonalne będą ponadto sprzedawane cztery obudowy w kolorach Thirsty Blue (agresywny niebieski), Wave Blue (morski)...”. Agresywne mogą być, a nawet pewnie powinny, sylwetki samochodów, skoro publicyści zachwalają: „Dynamiczna, agresywna sylwetka jest nie tylko zapowiedzią możliwości pojazdu”. „O ile model trzydrzwiowy nie wszystkim może się podobać, o tyle wersja pięciodrzwiowa, oprócz zalet natury praktycznej, urzeka agresywną sylwetką”.

No i wreszcie agresywne mogą być działania finansowe. Mogą być fundusze agresywne, profile agresywne, a „Portfel agresywny będzie portfelem zdywersyfikowanym, co znaczy, że żaden Instrument Finansowy wchodzący w jego skład nie będzie miał w nim dominującej funkcji”. W tym ekonomicznym użyciu agresywny to ‘ryzykowny’, ale zapewne też bardzo opłacalny.

Można więc sobie wyobrazić, że dzisiejszy agresywny pracownik PR, będący niegdyś agresywnym obrońcą, agresywnie kryjącym przeciwników pod koszem, wsiada do auta w agresywnym kolorze i o bardzo agresywnej sylwetce, by pojechać na giełdę i tam założyć portfel agresywny. Po czym wraca do domu i staje się potulnym misiaczkiem spragnionym ciepłej, rodzinnej atmosfery i, broń Boże, nie agresywnej żony.

AKLIMATYZACJA KLIMATYZACJI

Czy wyraz aklimatyzacja oznacza coś przeciwnego niż klimatyzacja? Wiadomo, że dodanie cząstki a- do wyrazu powoduje powstanie słowa o znaczeniu przeciwstawnym, np. symetria – asymetria, społeczny – aspołeczny.

W SKRÓCIE

Nie. To są słowa znaczące co innego, choć podobieństwo ich brzmienia nie jest zupełnie przypadkowe, gdyż oba sięgają korzeniami starożytnej greki. Wyraz aklimatyzacja należy do sfery słownictwa naukowego i oznacza w podstawowym znaczeniu ‘przystosowywanie się organizmów (zwłaszcza zwierząt) do zmienionych warunków środowiska, w którym te organizmy żyją’. Wyraz klimatyzacja to utrzymywanie w pomieszczeniu stałej temperatury i wilgotności; tak też nazywa się urządzenia, które do tego służą. Słowo aklimatyzacja nie powstało przez dodanie a- do wyrazu klimatyzacja, gdyż ten drugi rzeczownik jest młodszy, powstał później niż aklimatyzacja. Obu wyrazów nie należy mylić, na przykład mówiąc, że „w samochodzie zepsuła się aklimatyzacja”.

DLA DOCIEKLIWYCH

Wyraz aklimatyzacja został do polszczyzny zapożyczony bezpośrednio z języka niemieckiego (Akklimatisation) albo angielskiego (acclimatization) i był początkowo używany w pracach naukowych z zakresu biologii. Jednakże po pewnym czasie sens jego uogólniono, czy też może upowszechniono jego przenośne znaczenie, bowiem aklimatyzacją zaczęto nazywać każde przystosowywanie się do nowych warunków, także dotyczące ludzi. Mówi się więc o aklimatyzacji pracownika w nowym miejscu pracy (np. że może ona być długa lub krótka, przebiegać bez zakłóceń lub opornie), aklimatyzacji emigrantów do zwyczajów panujących w nowym miejscu osiedlenia itp. Takie znaczenie przenośne notuje już słownik Doroszewskiego z połowy XX wieku, podając przykład dotyczący języka: „Współżycie na Rusi żywiołu polskiego z ukraińskim i zrodzona z tego dwujęzyczność o zgoła niemałym zasięgu pozwalały na aklimatyzację w słownictwie polskich imion o brzmieniu ruskim” (uwaga: ruski znaczy tu ukraiński, nie rosyjski!). Tenże słownik podaje, że wyraz aklimatyzacja wywodzi się ze złożenia łacińskiego ad ‘do’ i clima zapożyczonego z kolei z greckiego klima ‘pogoda’. Co oczywiście nie przeczy temu, że do polszczyzny dostał się ten wyraz nie bezpośrednio z łaciny czy greki, lecz, jak już było powiedziane, z któregoś z języków nowożytnych (w którym go prawdopodobnie z cząstek łacińskich utworzono).

Klimatyzacja to prawdopodobnie zapożyczenie francuskie. I ma ten wyraz zarówno znaczenie czynnościowe, odnoszące się do określonego procesu, jak i wynikowe – oznaczające zespół urządzeń. To pierwsze znaczenie widać w takich sformułowaniach, jak: Klimatyzacja pomieszczeń biurowych powinna trwać całą dobę czy W samochodzie marki X jest dobra klimatyzacja. To drugie znaczenie ilustrują zdania: Założono centralną klimatyzację. Klimatyzację włączono w sali obrad dopiero po przerwie. W polszczyźnie potocznej w tym znaczeniu używa się często skróconej formy: klima. Auto ma dobrą klimę; klima się zepsuła. Nie lubię tego skrótu, choć nie potrafię uzasadnić dlaczego. Wydaje mi się, że mówiąc klima, jakoś spoufalamy się z obiektem, a jednocześnie pokazujemy, że to dla nas coś normalnego i banalnego. Ale pewnie przesadzam.

ANI MATERACY, ANI KOCY NIE TOLERUJEMY

Przeczytałem w jakiejś reklamie, że „nie ma wygodniejszych materacy” niż te, które produkuje firma X. Ponieważ uważam, że poprawna jest forma materaców, to od razu straciłem zaufanie do firmy, która nie potrafi poprawnie językowo reklamować swoich produktów. Czy mam rację?

W SKRÓCIE

Czy ma Pan rację, że stracił Pan zaufanie do firmy, tego orzec jednoznacznie nie można, choć niewątpliwie po takiej językowej wpadce zaufanie to zostało nadwerężone. Na pewno jednak ma Pan rację, uważając, że poprawną językowo formą jest: tych materaców, nie: „tych materacy”.

DLA DOCIEKLIWYCH

W dopełniaczu liczby mnogiej rzeczowników rodzajów męskich mamy dwie końcówki: -ów i -y. Kłopotów nie sprawiają tego typu rzeczowniki zakończone na spółgłoskę twardą: wszystkie mają formy z końcówką -ów: etnografów, partnerów, patronów, dachów, stołów, mostów, włazów itd. Natomiast rzeczowniki zakończone na spółgłoskę miękką, a także na c, cz, rz, ż, dz, sz, l (które to głoski były dawniej miękkie) mają albo końcówkę -ów, albo -y. Wybór zależy od tego, na jaką głoskę, czasem grupę głosek, kończy się wyraz, niekiedy też od jego znaczenia. A bywa i tak, że do dziś nie możemy się zdecydować, którą formę (z -ów czy z -y) wybrać, i uznajemy obie za poprawne.

Jednakże jeśli chodzi o wyrazy zakończone na -c, to wyboru w zasadzie nie ma (a jednak spójrz na wyjątki). Mają one formy z końcówką -ów i to niezależnie od tego, czy nazywają osoby, rzeczy czy są nazwami abstrakcyjnymi. W wielu wypadkach nie mamy co do tego wątpliwości. Chyba nikt nie powie: „wielu szewcy”, „ojcy”, „tubylcy” czy „dużo owocy”, „biurowcy”, „czepcy”. Ale czasem wyczucie językowe może zawieść. Do grupy wyrazów z bezproblemową końcówką -ów zaliczałem też wyraz palec, dopóki nie usłyszałem kiedyś w tramwaju, jak babcia strofuje wnuczka: „Nie bierz do buzi brudnych palcy!”. Teraz już więc nie wiem, czy ktoś by nie powiedział, że „nie lubi pajacy”, że „boi się zaskrońcy”, że „odmówił kilka różańcy”...

A z kolei wiem, że w kilku wyrazach zakończonych na -c końcówka -y pojawia się coraz częściej. Do nich należy właśnie ten tytułowy materac. „Skład materacy” – czy taki napis jeszcze razi? Podobnie dość często słychać formę „tych kocy” czy „tych kolcy”. Niektóre wyrazy w niepoprawnej formie widzi się nawet zapisane: „Nie odkładać brudnych widelcy i innych sztućcy na tacę” – to ostrzeżenie z pewnej stołówki.

Skąd się bierze ta tendencja do form z -y? Zapewne stąd, że końcówka -ów jest w ogóle w odwrocie. Wbrew temu, co sądził i co zalecał kilkadziesiąt lat temu profesor Doroszewski, który słusznie uważał, że jest to końcówka wyrazista, bo występuje tylko w tym jednym przypadku gramatycznym, więc należy ją upowszechniać, w dzisiejszej polszczyźnie jest ona wypierana właśnie przez -y. Nikt już chyba nie mówi pisarzów, malarzów, a mało kto zniczów czy funduszów. I ta tendencja objęła też rzeczowniki rodzaju męskiego zakończone na -c. Co nie znaczy, że formy „tych materacy”, „tych palcy” czy „tych sztućcy” już dziś nie rażą i że należy je uznać za poprawne. Jednak rażą.

PS Jest jednak wyjątek od tego, co powyżej napisałem: rzeczowniki zakończone na -ąc mają w dopełniaczu liczby mnogiej właśnie końcówkę -y: pięć miesięcy, tysięcy, zajęcy. Choć przy tych zającach można się wahać: forma tych zająców jest też poprawna, ale brzmi jakoś dziwnie.

PS 2 Żeby pokazać, że w języku trudno o bezwyjątkowość, to przytoczmy jeszcze wyjątek od wyjątków: zakończony na -ąc wyraz brzdąc ma wyłącznie formę tych brzdąców (nie: brzdący!)...

ANULACJA

Czy istnieje w języku polskim słowo anulacja? Spotkałam się z takim wyrazem w jednej z ulotek reklamowych pewnego biura podróży, a w słownikach go nie ma. Takie obce wyrazy mogą powodować, że tekst polski staje się niezrozumiały...

W SKRÓCIE

Rzeczywiście wyraz anulacja pojawia się w wielu tekstach związanych z turystyką, najczęściej w wyrażeniu anulacja rezerwacji. Zastępuje on używany od dawna i występujący w słownikach rzeczownik anulowanie. Nie wydaje się potrzebne wprowadzanie tego nowego słowa, choć podobno brzmi ono lepiej, bardziej fachowo niż ten tradycyjny wyraz anulowanie.

DLA DOCIEKLIWYCH

Wielość nowych zapożyczeń może istotnie powodować zaniepokojenie. Ich nagromadzenie w tekście przeznaczonym dla niespecjalistów irytuje czytelników, którzy muszą się domyślać znaczenia tych słów, a w rezultacie i całego komunikatu. Czasem nowość polega na utworzeniu na wzór obcy wyrazu dublującego znaczenie słowa już w polszczyźnie istniejącego, ale zbudowanego nieco inaczej słowotwórczo. Tak jest w wypadku rzeczownika anulacja. Jest to najprawdopodobniej spolszczenie brzmieniowo-słowotwórcze wyrazu francuskiego annulation, choć nie można wykluczyć, że to w wyniku rodzimej inwencji słowotwórczej od czasownika anulować utworzono ten rzeczownik za pomocą częstego w polszczyźnie (a też niegdyś zapożyczonego i spolszczonego) przyrostka -acja.

Jak słusznie zauważono w pytaniu, anulacja pojawia się najczęściej w tekstach dotyczących podróży i rezerwacji terminów czy miejsc pobytu. Zdarzają się jednak użycia w innych sytuacjach: „Jednak, kiedy zapragniemy przywrócić ‘stare’ małżeństwo do życia, wystarczy, że wspólnie złożymy wniosek o anulację separacji”. „Pisemko przy okazji podrzuciłem do banku, dostałem potwierdzenie złożenia reklamacji i po 2 tygodniach przysłali pismo z anulacją karnej opłaty”. A więc współcześnie anulacja to ‘unieważnienie czegoś’, ‘zniesienie’ (na przykład – jak w przytoczonym cytacie – opłaty), a także, jak świadczy o tym poniższy komunikat, ‘odwołanie’: „Jeżeli anulacja lotu lub zamknięcie lotniska nastąpiły z przyczyn wywołanych przez siły wyższe, linie lotnicze nie mają obowiązku wypłacania pasażerom odszkodowań”.

Czy używanie tego wyrazu jest błędem językowym? Nie oceniałbym tego aż tak surowo. Jest to raczej przejaw pewnego braku refleksji nad tym, co się mówi lub pisze, albo pewnego automatyzmu w tłumaczeniu fraz z języka obcego na język polski. No bo jeśli po francusku annulation, to po polsku jak? Anulacja narzuca się sama. Istniejący w polszczyźnie wyraz anulowanie jest wprawdzie dłuższy o jedną sylabę, ale utworzony zgodnie z tradycyjnym i bardzo regularnym sposobem tworzenia rzeczowników od czasowników. I jego radziłbym używać.

APLIKUJMY APLIKACJĘ

Moja córka studentka cały czas o coś aplikuje albo składa aplikację. Ja jako student składałem podanie, na przykład o stypendium, albo prosiłem o coś, na przykład o urlop dziekański. Czy musimy dziś ulec tym modnym wyrazom?

W SKRÓCIE

Jeszcze kilka lat temu odpowiedź moja byłaby zapewne taka, że starajmy się unikać modnych anglicyzmów – rzeczownika aplikacja i czasownika aplikować – i zastępujmy je staroświeckimi wyrazami podanie i prosić. Dziś taka odpowiedź byłaby przejawem nieliczenia się z rzeczywistością. Zapożyczenia, o których tu mowa, przyjęły się na dobre, zwłaszcza wtedy, gdy mowa jest o staraniu się o coś, o urzędowych prośbach. Oczywiście, jeśli ktoś pamięta jeszcze dawne określenia używane przy zwracaniu się do urzędu czy innej instytucji, to niech ich używa. Ale młodzież już tylko aplikuje. Byle skutecznie.

DLA DOCIEKLIWYCH

Wyraz aplikacja miał jeszcze w drugiej połowie ubiegłego stulecia dwa znaczenia zupełnie ze sobą niepowiązane, a także bardzo odległe od najpopularniejszego znaczenia dzisiejszego. Po pierwsze, było to słowo z zakresu mody – ‘ozdobny wzór wycięty z tkaniny lub skóry i naszyty na tło z innego materiału’. Czytamy więc: „Bogate aplikacje i hafty zdobiły przody kożuchów i serdaków na Podhalu”. „Sukienka zaprojektowana i uszyta w Polsce; w kolorze ecru; przy dekolcie ozdobna aplikacja z motywem kwiatowym i delikatnie mieniącymi się cekinami”.

Po drugie, aplikacja to określenie pochodzące z języka prawniczego – ‘praktyka prawników przygotowujących się do wykonywania poszczególnych zawodów (sędziego, adwokata, radcy itp.)’: „Po skończeniu studiów zrobiła aplikację adwokacką”. „W trakcie aplikacji sędziowskiej aplikanci odbywają zajęcia w Krajowej Szkole oraz praktyki zgodnie z programem aplikacji”. Słownik Doroszewskiego podaje też znaczenia dawne: ‘pilność, usilne przykładanie się do czego; usilne staranie się o co’ („Była to młodzież najpiękniejszej aplikacji i konduity”) oraz ‘zastosowanie’ („Chociaż taktyka zawsze jedne będzie mieć reguły, aplikacja jej jednak tyle może przynieść odmian...”).

Jest też nowsze „odangielskie”, informatyczne, znaczenie aplikacji: ‘komputerowy program użytkowy przeznaczony do określonych zadań, w przeciwieństwie na przykład do systemu operacyjnego’: „Wszyscy zarejestrowani uczestnicy WDI (niekorzystający wcześniej z aplikacji) otrzymają kod na 30 zł na przejazd. Wystarczy zainstalować aplikację i użyć kodu”. A najnowsze jest to znaczenie, od którego zaczęliśmy rozważania: ‘staranie się o coś’, a więc w rezultacie, ‘prośba, podanie o coś’: „Zapoznaj się z działalnością firmy i złóż aplikację na wybrane stanowisko”. „W przyszłym tygodniu składam aplikację o stypendium”.

Sam wyraz aplikacja został zarówno do polszczyzny, jak i do angielszczyzny zapożyczony z łaciny (applicatio), gdzie znaczył ‘przykładanie się do czegoś, przyłączenie, zwrócenie się’. I ciekawa rzecz: w angielskim zachowały się te dwa znaczenia, które niegdyś były i w polszczyźnie, a które słownik Doroszewskiego notuje jako dawne. No i one zostały współcześnie zapożyczone z angielskiego do polszczyzny.

I tak w końcu XX wieku wróciliśmy niejako do źródeł. Do łaciny przez angielski. Ciekawa podróż semantyczna.

CZY ARBITER MOŻE BYĆ ARBITRALNY?

Czy arbitralny pochodzi od słowa arbiter? Jeśli tak, to czy ten przymiotnik znaczy ‘rozjemczy’, a może także ‘sprawiedliwy’?

W SKRÓCIE

Nie. Oba wyrazy mają wprawdzie łacińskie korzenie, ale znaczą co innego, a nawet – można powiedzieć – że ich znaczenie jest przeciwstawne. Arbitralny określa cechę postępowania, postawę człowieka albo nazywa wynik takiej postawy i znaczy ‘nieliczący się ze zdaniem innych, narzucający swe zdanie, swoje decyzje; także będący wynikiem takiej postawy, samowolny’. Rzeczownik arbiter ma zaś aż trzy znaczenia. Tym erudycyjnym wyrazem określa się człowieka będącego autorytetem w pewnej dziedzinie, rozstrzygającego ważne kwestie z tej dziedziny albo rozjemcę w jakimś sporze, albo wreszcie – i z tym znaczeniem spotykamy się chyba najczęściej – sędziego sportowego.

Wynika z tego, że arbiter nie powinien rozstrzygać arbitralnie; wręcz przeciwnie – powinien być bezstronny. Nie należy więc tych dwóch wyrazów kojarzyć ze sobą znaczeniowo.

DLA DOCIEKLIWYCH

Arbitrarius znaczyło w języku łacińskim ‘dowolny, zależny od (czyjejś) woli’. Ale był też w tym języku przymiotnik arbitralis ‘właściwy arbitrowi, rozjemczy’. Formalnie arbitralny bliższy jest temu drugiemu słowu, ale znaczeniowo wiąże się niewątpliwie z tym pierwszym przymiotnikiem.

W języku angielskim (arbitrary), francuskim (arbitraire) czy innych współczesnych językach europejskich mamy wyrazy bliższe formalnie łacińskiemu arbitrarius. Trudno dociec, dlaczego w polszczyźnie już co najmniej w XVIII wieku przyjęła się forma z -l-, a nie z -r-. Być może właśnie dlatego, by odsunąć skojarzenia z rzeczownikiem arbiter. Ale – jak widać – nie do końca to się udało i są tacy Polacy, którzy uważają, że arbitralny to taki, który odnosi się do arbitra. W związku z tym powstaje sąd, że arbitralna decyzja to decyzja słuszna, sprawiedliwa. Nic bardziej mylnego: połączenie to oznacza decyzję podjętą samowolnie, bez liczenia się z niczyim zdaniem, a nawet apodyktycznie. Nawiasem mówiąc, właśnie połączenie arbitralna decyzja występuje w tekstach najczęściej, z reguły w tekstach prawniczych czy okołoprawniczych publicystycznych. Oskarżenie o to, że ktoś podjął arbitralną decyzję, jest łatwe do napisania, a stosunkowo trudno udowodnić, że tak nie było. Dość częste jest też – synonimiczne do poprzedniego – połączenie arbitralne rozstrzygnięcie. Można też zarzucić komuś ogólniej – arbitralne działanie, a także konkretnie arbitralny ton wypowiedzi czy wydanie arbitralnej opinii. We wszystkich tych połączeniach przymiotnik arbitralny niesie znaczenie negatywne.

Powróćmy na chwilę do rzeczownika arbiter. W najczęściej spotykanym znaczeniu – ‘sędzia sportowy’ – wyraz ten jest nadużywany i trochę pretensjonalny. Tak jakby chciało się dodać prestiżu osobie sędziującej mecz przez nazwanie jej wyrazem zapożyczonym. W drugim znaczeniu arbiter – znawca i autorytet w jakiejś dziedzinie, zazwyczaj rozstrzygający ważne kwestie z tej dziedziny – to określenie erudycyjne, w pełni pozytywne. Zwykle używa się tego wyrazu w połączeniach takich jak: arbiter mody, arbiter dobrego smaku. Można też mówić o arbitrze w dziedzinie baletu klasycznego czy architektury modernistycznej. I wreszcie arbiter – rozjemca w jakimś sporze – to wyraz dość rzadko używany, a słowniki opatrują to znaczenie kwalifikatorem „praw.”, czyli pochodzący z dziedziny prawa. W każdym razie żaden arbiter – ani sportowy, ani prawny, ani nawet arbiter elegantiarum – nie powinien być w swych sądach i decyzjach arbitralny. Co arbitralnie stwierdzam.

AUTO-, CZYLI CO?

Coraz więcej na naszych ulicach napisów reklamujących „autoserwisy”, a nawet „autonaprawy”. Dlaczego nie można tego napisać, używając polskich sformułowań: serwis samochodowy, naprawa samochodów?

W SKRÓCIE

Prawdopodobnie w grę wchodzi tu długość nazwy. Autoserwis i autonaprawa to nazwy jednowyrazowe, a sformułowania proponowane w pytaniu są dwuwyrazowe. Nie tylko zajmują więcej miejsca na tablicach czy bannerach, ale także dłużej się je odczytuje, jadąc samochodem. I chyba już przyzwyczailiśmy się do tych nowych złożeń z cząstką auto-.

DLA DOCIEKLIWYCH

Wyrazy z auto-, będące początkową cząstką słowa automobile (samochód), były najpierw zapożyczane do polszczyzny jako całe słowa, np. autoserwis, autocross, autocasco, a także: autobus, autokar. Z czasem tę cząstkę, znaczącą tyle, co ‘związany z samochodem, samochodowy’ zaczęto dołączać do wyrazów polskich lub spolszczonych. W ten sposób powstały takie nazwy, jak: autonaprawa czy automyjnia, automechanik, autoholowanie, powszechne już w napisach przy naszych drogach. Mniej częste są takie wyrazy, jak autogang czy automafia, ale i one pojawiają się w informacjach dziennikarskich.

Osoby starsze te nazwy czasem drażnią, gdyż ich zdaniem można by w dalszym ciągu mówić i pisać serwis samochodowy, naprawa samochodów, mechanik samochodowy, myjnia samochodowa, a zwłaszcza mafia samochodowa i gang samochodowy. Jednak ekonomia w używaniu języka pozwala przewidywać, że automechanik pokona mechanika samochodowego, przynajmniej na przydrożnych napisach oraz w ogłoszeniach gazetowych i internetowych.

Ale omawiane tu auto- to nie jedyna ani nie pierwsza cząstka tak wyglądająca w naszym języku. O wiele starsze jest auto- będące pierwszym członem „wyrazów złożonych nazywających czynność skierowaną ku wykonawcy lub rezultat takiej czynności” (USJP). To auto- wywodzi się ze starogreckiego autós ‘sam’ i występuje w takich wyrazach, jak autobiografia (= biografia autora, opis własnego życia), autoportret (= portret przedstawiający malarza, który go namalował), autocharakterystyka (= opis własnych cech i upodobań), a także mniej pozytywnych: autodestrukcja (= niszczenie samego siebie, samozniszczenie) czy autoagresja (= agresja skierowana na samego siebie; także: powstawanie przeciwciał skierowanych przeciwko własnym komórkom, powodujące groźną chorobę).

Ta cząstka auto- jest też we wspomnianym już tu słowie automobil zapożyczonym z francuskiego automobile, w którym to języku wyraz ten utworzono przez dodanie do cząstki greckiej elementu mobile, znaczącego ‘ruszający się, ruchomy’. Automobil to dziś w polszczyźnie słowo mocno przestarzałe, zastąpione przez przetłumaczony cząstka w cząstkę, choć nieprecyzyjnie, samochód (powinno być raczej: samojazd i taki wyraz był używany w polszczyźnie przed pierwszą wojną światową).

No więc, jakoś niechcący wróciliśmy do określeń związanych z autem – samochodem. Bo dziś właśnie z tą dziedziną kojarzą się przede wszystkim słowa zaczynające się od auto-. I to do tego stopnia, że niektórzy sądzą, iż autoironia to złośliwa nazwa fiata 126p...

[...]