Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 202 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lepiej, byś tam umarł - Mamed Khalidov, Szczepan Twardoch

Mamed Khalidov – wojownik, muzułmanin, imigrant, dumny mężczyzna, wrażliwy mąż i ojciec… Oto fascynujący portret jednego z najbardziej znanych zawodników mieszanych sztuk walki (MMA). Ze sławnym polskim sportowcem pochodzenia czeczeńskiego rozmawia Szczepan Twardoch.

W 1997 roku przyjechał z Czeczenii do Polski i został. Jako niekwestionowany mistrz wagi średniej mieszanych sztuk walki MMA reprezentuje Polskę na największych arenach. Ale miłość do kraju, w którym zdecydował się osiąść i założyć rodzinę, jest miłością trudną. W szczerej rozmowie ze Szczepanem Twardochem, pisarzem zafascynowanym światem męskich sportów, Mamed Khalidov – niezłomny wojownik, imigrant i muzułmanin – opowiada o swoim życiu, w którym walka toczy się niemal bez przerwy.

Opinie o ebooku Lepiej, byś tam umarł - Mamed Khalidov, Szczepan Twardoch

Fragment ebooka Lepiej, byś tam umarł - Mamed Khalidov, Szczepan Twardoch

Mamed Khalidov, Szczepan Twardoch

LEPIEJ BYŚ TAM UMARŁ

Copyright © by Mamed Khalidov, Szczepan Twardoch, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Wstęp

Praca powieściopisarza w dużej mierze polega na tworzeniu wiarygodnych, wielowymiarowych postaci. Dlatego pisarza muszą interesować ludzie, nawet jeśli nie bardzo ich lubi. Kiedy wydawca tej książki zaproponował mi przeprowadzenie rozmowy z Mamedem Khalidovem, którego błyskotliwej karierze sportowej od dawna kibicowałem, tak właśnie postanowiłem na niego spojrzeć: jak na bohatera powieści, wielowymiarowego i złożonego, o wielu obliczach, jak na postać.

Kiedy zaś przegadaliśmy wiele godzin, to poza postacią polubiłem również człowieka, który tę postać tworzy, a to w moim przypadku wcale nie jest oczywistością.

Było to spotkanie ciekawe i niecodzienne, bo pochodzimy z dwóch różnych światów, jakbyśmy urodzili się na innych planetach. Wiele nas dzieli, trochę łączy.

Ja urodziłem się i mieszkam całe życie na Górnym Śląsku, Mamed Khalidov urodził się w Czeczenii. Kiedy w liceum odkrywałem uroki nastoletniego życia, na ojczyznę Mameda spadały bomby. Mamed wyjechał z Czeczenii, przybył do Polski, szukając lepszego, spokojniejszego życia, ja nigdy nie musiałem wyruszyć na takie poszukiwania.

Jestem pisarzem. Mamed jest zawodnikiem MMA.

Jesteśmy w tym samym wieku, każdy z nas ma po dwóch synów, dwie siostry i żaden z nas nie chodzi do pracy, chociaż obaj ciężko pracujemy: ja – pisząc książki, Mamed zaś – w sali treningowej.

Mój pradziadek walczył w pierwszej wojnie światowej w niemieckim mundurze, potem zaś był górnikiem, jak wszyscy przed nim i po nim w mojej rodzinie, aż do pokolenia moich rodziców. Pradziadek Mameda był czeczeńskim wojownikiem i walczył z każdym, kto zbrojnie przyszedł w czeczeńskie góry.

Również o tym rozmawiamy w książce, którą mają Państwo w dłoniach, a która jest owocem spotkania tych dwóch światów, dwóch różnych planet, spotkania właśnie niecodziennego i, jak sądzę, interesującego.

Spotkaliśmy się najpierw w Warszawie, gdzie okazało się, że Mamed Khalidov jest koneserem sushi i potrafi długo rozprawiać o pożądanej konsystencji ryżu, świeżości ryby i odpowiedniej ilości sosu. Później odwiedziłem Mameda w Olsztynie. Przesiadywaliśmy całymi godzinami w restauracji nad jeziorem Ukiel i rozmawialiśmy, jedząc, pijąc kawę. Często nam przerywano: podchodzili się przywitać liczni olsztyńscy znajomi Mameda albo goście restauracji chcieli sobie zrobić z nim zdjęcie, na co Mamed zawsze się zgadza.

Rozmawialiśmy długo w samochodzie, stojąc w olsztyńskich korkach. Któregoś razu ktoś na mnie zatrąbił, niezadowolony z tego, że dwie sekundy za długo zwlekałem po zmianie świateł na zielone, po czym wyprzedził mnie i chciał jeszcze zrugać, ale zrzedła mu mina, kiedy na siedzeniu obok zobaczył zrelaksowanego, uśmiechniętego Khalidova, i jakoś nie zrugał.

Potem rozmawialiśmy u Mameda w domu, a jego synowie dokazywali obok, i z tych wszystkich rozmów wyłonił się obraz człowieka o wielu obliczach.

Mamed Khalidov jest muzułmaninem. Mamed jest Czeczenem. Mamed jest oddanym, troskliwym ojcem i mężem. Mamed jest lokalnym patriotą, przywiązanym do swojej olsztyńskiej małej ojczyzny. Mamed kocha Polskę. Mamed jest wojownikiem. Mamed jest biznesmenem. Mamed jest człowiekiem skromnym, uprzejmym, inteligentnym i serdecznym, a jednak drzemie w nim iskra gwałtowności, co oczywiście nie dziwi u fightera. Mamed jest dojrzałym, odpowiedzialnym i poważnym mężczyzną, który potrafi chichotać jak uczniak z drobnych żartów.

Poznajcie go.

Szczepan Twardoch

Lepiej byś tam umarł

Sz.T.: Zacznijmy od początków, od korzeni.

M.K.: Niech będzie.

Sz.T.: Przodkowie są ważni?

M.K.: Ważni. Trzeba wiedzieć, skąd się pochodzi.

Sz.T.: Też tak uważam. Prześledziłem historię mojej rodziny aż do początku osiemnastego wieku i czuję się z nią jakoś związany, chociaż moi przodkowie nie byli nikim istotnym: najpierw chłopami, a potem górnikami na Śląsku. Trzysta lat w jednej wsi. A twoi?

M.K.: Z moich przodków ważną postacią był jeden z pradziadków w linii męskiej, dziadek mojego ojca. Nazywał się Chalid Takajew. Jest postacią historyczną, bardzo znaną w Czeczenii. Zmarł w wieku stu czterech lat. Można o nim poczytać nawet w rosyjskich książkach historycznych. Bo to było w ogóle nasze prawdziwe nazwisko, tak się wtedy nazywała rodzina: Takajew. Tak naprawdę to powinienem się nazywać Mamed Takajew.

Sz.T.: Skąd więc Khalidov?

M.K.: Dziadek zmienił. Takajewów jest naprawdę dużo, a nazwisko Khalidov jest bardzo rzadkie. Tylko ja i paru moich kuzynów.

Sz.T.: A dlaczego dziadek zmienił?

M.K.: Bo Chalid Takajew bardzo zalazł za skórę Rosjanom, napadał na ich konwoje i tak dalej… Potem, za komunizmu, rodzina była prześladowana i pradziadek chciał nas przed tym uchronić. Zresztą Chalid Takajew podczas wojny domowej w Rosji starał się być neutralny. Wcześniej, w czasach wojny domowej w Rosji, przez Czeczenię szedł konwój wojsk bolszewickich, za którymi ruszył pościg jednego z generałów białych. I Chalid Takajew, w górach zaatakował konwój bolszewicki wraz ze swoimi sześcioma braćmi. Bolszewicy mieli tam zapasy złota, diamentów, szlachetnych kamieni i dużo broni. Takajew otoczył ich i kazał wszystko oddać. W konwoju był jeszcze ranny bolszewicki oficer. Takajew odebrał im wszystkie kosztowności i konie, po czym puścił ich wolno. Oficera zabrał do swojej wioski, uratował przed białymi po czym przekazał bolszewikom – starał się być neutralny podczas tej wojny domowej. I potem każda dziewczyna u nas, w górach, nosiła te drogie kamienie jak guziki.

Sz.T.: Piękna historia.

M.K.: Pradziadek miał jeszcze sześciu braci, którzy w niczym go nie przypominali. To on był prowodyrem, on parł do przodu. Po obrobieniu konwoju całą szóstkę ożenił. Wszystkim wybrał żony. A te ich kobiety robiły sobie z diamentów guziki, bo nie wiedziały, co to jest. Naprawdę.

Sz.T.: Bardzo ciekawa postać. Rozumiem, że był jakimś przywódcą…

M.K.: Nie. Był powszechnie znany z tego, że jest odważny i sprawiedliwy. We wszystkich sporach, także tych między rodami, proszono go o ich załagodzenie. Godził ludzi, godził rody, decydował, kto ma rację. Szanowali jego decyzje, opinie. Był z niego trochę taki czeczeński Robin Hood. Później razem ze wszystkimi trafił na zesłanie do Kazachstanu.

Sz.T.: Twój ojciec i dziadek też byli na tym zesłaniu, prawda?

M.K.: Tak, wszyscy tam byli. Mój ojciec urodził się w Kazachstanie. To było w latach 1944–1956. Trzy lata po śmierci Stalina, w 1956 roku, Chruszczow pozwolił im wrócić. Tata dopiero wtedy zobaczył Czeczenię. Pradziadek przetrwał zesłanie. W wieku osiemdziesięciu lat nadal jeździł konno. Miał wielki sentyment do koni, do tego wszystkiego… Żył jeszcze dwadzieścia cztery lata, był silnym chłopem. Mój dziadek, jego syn, w prezencie kupił mu konia w Kizlarze. To miasto w Dagestanie. Pojechał z nim samochodem, pokazał mu konia i powiedział: „Zobacz, kupiłem ci”. Pradziadek się ucieszył. Mieli tego konia załadować na ciężarówkę i przewieźć do Aczchoj-Martanu. To jakieś sto kilometrów. Ale dziadek stwierdził, że wróci konno.

Mamed Khalidov z rodzicami.

Sz.T.: I tak zrobił?

M.K.: Oczywiście. Wsiadł na konia i pojechał całe sto kilometrów. Później objeżdżał konno te bardzo ładne tereny, bo Aczchoj-Martan leży tam, gdzie zaczynają się takie pierwsze przedgórza porośnięte lasami. Często wsiadał na konia i patrzył na te wszystkie ścieżki, po których jeździł za młodu, gdzie walczył i urządzał zasadzki. Bo to był inny świat.

Sz.T.: Rozumiem. Jakiś świat umarł za jego życia, a on żył w dwóch.

M.K.: Tak, masz rację. Ten świat z jego młodości był jednak zupełnie inny. Trochę średniowieczny. Wojny klanowe, z Rosjanami… A on przeżył to i wszystko, co było potem: dwie wojny, czystki, zesłanie…

Na Kaukazie. Mamed z lewej, po prawej jego brat stryjeczny Zurab.

Sz.T.: Pamiętasz go?

M.K.: Trudno powiedzieć, że pamiętam; zmarł, kiedy miałem pięć czy sześć lat. Przypominam sobie, jak leżał na swoim łóżku. To były nary, tak się to u nas, o ile pamiętam, nazywało. W kuchni miał łóżko zrobione z desek, bardzo twarde, leciutkie i lubił na nim spać. Przypominam sobie, że on tam leżał, siedział, rozmawialiśmy. Samej jego twarzy nie pamiętam, bo byłem bardzo mały… To są takie urywki wspomnień.

Sz.T.: Może po nim masz charakter wojownika. Może powiedział ci coś, czego dziś nie pamiętasz, ale co cię jakoś podświadomie ukształtowało. Dzieci w tym wieku są chłonne.

M.K.: Możliwe. On jest ogólnie znany na całym Kaukazie, nie tylko w Czeczenii. I to nie tylko jako wojownik, ale również jako rozjemca. Bardzo dużo sporów łagodził, wielu ludzi się o to do niego zwracało. Zdarzyło się, że Kozacy z Kubania zabili kiedyś chłopaka z jakiegoś rodu z Czeczenii albo z Inguszetii… Nie pamiętam już dokładnie, co to był za ród. W każdym razie ten ród nie mógł odzyskać ciała zabitego chłopca. Przyjechali do mojego pradziadka, bo chcieli, żeby przekonał jakoś do tego Kozaków. Pradziadek do nich pojechał, ale oni mimo jego próśb i gróźb byli nieugięci. Wtedy on w nocy zakradł się do nich, zabił syna jakiegoś ważnego Kozaka, zabrał jego ciało i dał im znać, że chce te ciała wymienić. Nie brzmi to najlepiej.

Sz.T.: To były inne czasy.

M.K.: To prawda. Trudno być Czeczenem. Jest taki kodeks Czeczena.

Sz.T.: Jak brzmi ten kodeks?

M.K.: Jeśli jesteś Czeczenem – powinieneś nakarmić i przygarnąć wroga, który zapukał do twoich drzwi jako gość, powinieneś bez namysłu umrzeć, broniąc honoru dziewczyny, powinieneś zabić człowieka, którego ściga zemsta twojego rodu, wbijając mu kindżał prosto w pierś, bo nie wolno ci strzelać nikomu w plecy, powinieneś oddać ostatni kawałek chleba przyjacielowi, powinieneś zatrzymać samochód i wysiąść, żeby przywitać przechodzącego obok starca, nigdy nie wolno ci uciec, nawet gdy wrogów jest tysiąc i nie masz najmniejszych szans na zwycięstwo. I cokolwiek by się działo, nie wolno ci płakać. Niech odchodzą ukochane kobiety, niech w nędzę popada twój dom, niech na twoich rękach broczą krwią przyjaciele – nie możesz płakać, jeśli jesteś Czeczenem, jeśli jesteś mężczyzną. Tylko jeden raz, jedyny raz w życiu wolno ci zapłakać: kiedy umiera matka.

Sz.T.: No tak, to musi być bardzo trudne, być Czeczenem.

M.K.: I do tego takie specyficzne rozumienie honoru. Jest odwet, wendeta, zemsta. Krew za krew, ząb za ząb. I kiedy jechali na tę wymianę – to jest ciekawy i ważny moment – ciała leżały w bryczkach. Ciało tego Kozaka było czyściutkie, umyte, ubrane, z szacunkiem. A gdy znaleźli się na miejscu, zobaczyli, że ciało tamtego czeczeńskiego chłopaka było całe w krowim łajnie.

Sz.T.: Kozacy specjalnie je sprofanowali?

M.K.: Tak. Było brudne. Leżało w oborze. To strasznie niehonorowo. Takajew na nie spojrzał i wpadł w gniew, no ale trzeba było zrobić wymianę. A tam straszne błoto, bo deszcz padał. Takajew wrócił więc na swoją bryczkę i kopnął ciało tego młodego Kozaka. Spadło w błoto. Powiedział im, że mają je zabierać w takim samym stanie, w jakim przywieźli naszego chłopaka. I tak się zamienili. Niekiedy mieszkańcy tych terenów do tej pory tak postępują, choć nie muszą tego robić. W tamtych czasach musiało tak się dziać, bo inaczej to by nie funkcjonowało. Ale teraz to brzmi strasznie.

Sz.T.: To ja ci opowiem moją rodzinną historię o pradziadku Josefie Dradze… Najwyżej nam obu się dostanie. Mój pradziadek walczył w pierwszej wojnie światowej w niemieckiej armii. Wrócił w 1918 roku i pierwsze, co zrobił, to skombinował pistolet, bo się bardzo źle czuł bez broni. Czasy były wtedy na Śląsku bardzo niespokojne. Walczył po polskiej stronie w pierwszym powstaniu śląskim, a potem już nie chciał się dać w to wciągać. Każdy wiedział, że gdy człowiek z bronią wejdzie na plac Dragi, to ten najpierw strzela, a dopiero potem pyta, więc wszyscy: i Polacy, i Niemcy, woleli dać mu spokój. Kiedyś przybiegł do niego taki chłopak, Polak, mówiąc, że Niemcy go ścigają, i spytał, czy on może go obronić. Josef zaprosił go do domu, a gdy przyszła bojówka z sąsiedniej, niemieckiej wsi, Schönwaldu, przegonił ją, strzelając z pistoletu. Przez jakiś czas był spokój. Pewnego dnia kolega zaprosił go na świniobicie. Na Śląsku była to wielka impreza. Spraszało się przyjaciół i znajomych. Josef poszedł na to świniobicie, ale ten kolega był w zmowie z owymi kolesiami z Schönwaldu i oni już wiedzieli, że wtedy nie będzie go w domu. Poszli tam, wyważyli drzwi i zmusili jego żonę, moją prababcię – ją jeszcze pamiętam – żeby im powiedziała, gdzie jest ten chłopak. Wyciągnęli go, zatłukli na podwórku i poszli. Gdy Josef wrócił do domu, zobaczył ciało i dowiedział się, co się wydarzyło. Wściekł się, zwołał kamratów i pobiegli do Schönwaldu się zemścić. Kiedy tam dotarli, wyszedł do niego pewien staruszek i powiedział: „Poczekajcie, zanim się zacznie, coś wam pokażę”. I przyprowadził trzy dziewczyny. Mieszkało tam wielu ludzi upośledzonych umysłowo, bo to była taka dziwna wioska.

M.K.: Między sobą się żenili?

Sz.T.: Tak. Ten staruszek przyprowadził trzy dziewczyny i pokazał je Josefowi. Wszystkie były w ciąży, same panienki, upośledzone. Wtedy staruszek powiedział, że zgwałcił je ten chłopak, którego u Josefa zabili.

M.K.: A no widzisz.

Sz.T.: Tak. Zgwałcił te dziewczyny podczas któregoś z powstań, a to było jakoś zaraz po nich. To zresztą były te same czasy, co w twojej opowieści o Denikinie, 1919 czy 1921 rok.

M.K.: Te same czasy.

Sz.T.: Tak. Josef Draga zrezygnował wtedy z zemsty. Musiał długo przekonywać swoich kamratów, ale przekonał. Zabrali się stamtąd. Po prostu to były takie czasy. Mój pradziadek też nie bał się przemocy.

M.K.: On ci opowiedział tę historię?

Sz.T.: Nie, nie znałem go. Zmarł w 1942 roku na raka. Pamiętam jeszcze jego żonę, moją prababcię Valeskę, żyła prawie sto lat. Opowiedział mi to mój dziadek. Mam szczęście, że długo żyje i jest dla mnie takim łącznikiem z historią całej rodziny. W chwili wybuchu drugiej wojny światowej miał dziewiętnaście lat, a dalej jest intelektualnie sprawny. Dużo opowiada i ja dzięki niemu trochę żyję historią naszej rodziny. Jest dla mnie bardzo ważny.

M.K.: U mnie jest tak samo. Bardzo ważny był dla mnie dziadek Hasi, ojciec mojego ojca. Można powiedzieć, że to on mnie wychował. Ojciec na całe dnie znikał w pracy, ja byłem przywiązany do dziadka, choć dziadek też pracował…

Sz.T.: Podobno twój dziadek był młynarzem?

M.K.: Tak. Kiedy zaraz po drugiej wojnie światowej wszyscy Czeczeńcy zostali wygnani do Kazachstanu, nastały bardzo ciężkie czasy. Dziadek Hasi znalazł dość sił i możliwości, żeby tam pracować i zatroszczyć się o całą rodzinę. Wielu osobom pomógł. Gdy w 1956 roku wrócili z Kazachstanu do Czeczenii, szukał różnych możliwości zarobku, interesy próbował robić. Miał pomysły. I gdzieś w końcu lat siedemdziesiątych, na początku osiemdziesiątych znalazł taki stary, nieczynny młyn. To była wioseczka Kanowo w Stawropolskim Kraju, jakieś siedemdziesiąt kilometrów od nas w Czeczenii. Poprosił tamtejsze władze, żeby dano mu możliwość uruchomienia młyna. Te się w końcu zgodziły, a on to wszystko zrobił, naprawił, puścił w ruch. Wrócił do tego młynarstwa i w 1982 roku, gdy miałem dwa lata, ojciec zabrał nas już na stałe do Kanowa. Od tego czasu tam mieszkałem, bo ojciec pomagał dziadkowi.

Sz.T.: Jaka to miejscowość?

M.K.: Taka malutka wioska. W tym rosyjskim Kanowie dorastałem. Cały czas przebywałem w młynie z dziadkiem, tarzałem się w mące. Jak otwierali te pojemniki z mąką, to spadała, a ja w niej siedziałem. Tak naprawdę to zostawałem z dziadkiem, bo ojciec cały czas był w pracy.

Sz.T.: A gdzie twój ojciec pracował?

M.K.: W tym młynie z dziadkiem. Ale jakoś więcej spraw miał do załatwiania na zewnątrz. Po jakimś czasie dziadek nieopodal wybudował fabrykę oleju, tłocznię.

Sz.T.: Czyli miał łeb do interesów.

M.K.: No tak. A to nie były czasy łatwe dla biznesu. Ojciec pracował w młynie, pomagał mu we wszystkim. Miał jeszcze dwóch braci. Założyli swoje interesy, najmłodszy też studiował. Starszy robił coś innego, ale mój ojciec pomagał dziadkowi i z nim pracował. Tak wyglądało moje dzieciństwo. Czas dzieliłem między Kanowem a Groznym. Mieszkaliśmy troszkę tu, później na co najmniej dwa dni w tygodniu jeździłem do Groznego. Byłem już troszkę większy.

Sz.T.: A jak daleko było stamtąd do Groznego?

M.K.: Sto pięćdziesiąt kilometrów, nie więcej.

Sz.T.: Jeśli dobrze rozumiem, twoja rodzina była raczej zamożna.

M.K.: Tak, tak. Można powiedzieć, że jak na tamte czasy nawet bardzo zamożna. Nie pochodzę z biednej rodziny. W ogóle nie mogę narzekać, bo później mój ojciec miał swój młyn. To w tamtych czasach była żyła złota, więc nam się powodziło. Dzisiaj mój ojciec ma dwieście dziewięć hektarów ziemi. W tamtych czasach też pracował i było z czego żyć.

Sz.T.: A co się działo z takimi ludźmi jak twój pradziadek Chalid Takajew po drugiej wojnie światowej? Bo wtedy to były chyba najspokojniejsze czasy w historii Czeczenii, prawda?

M.K.: Tak.

Sz.T.: Wiem, że potem czasy się zmieniły, ale twój dziadek i ojciec nie byli wojownikami w takim sensie – jeśli dobrze cię rozumiem – jak twój pradziadek. A może się mylę? Nie mam tu na myśli zawodu, tylko raczej charakter.

M.K.: Nie, nie byli wojownikami. Dziadek był człowiekiem pełnym temperamentu, charakternym, bo u nas wszyscy są charakterni, ale nie był wojownikiem. No a pradziadek – cóż, to już nie były jego czasy. Dziadek, mimo że charakterny jak my wszyscy, był łagodny, wesoły. Można powiedzieć, że całkowicie różnił się od pradziadka.

Sz.T.: A kiedy zmarł?

M.K.: W marcu 1994 roku. Miał siedemdziesiąt trzy lata. Byliśmy akurat w Rosji, gdy zaczęli bombardować naszą rodzinną wioskę. Zobaczył w telewizji, że niszczą Aczchoj-Martan, i dostał zawału.

Sz.T.: Bardzo została zniszczona?

M.K.: Właśnie sam Aczchoj-Martan nie bardzo. Chodzi o to, że telewizja podała informację o bombardowaniu okolic Aczchoj-Martanu, a dziadek zaraz pomyślał, że chodzi o samą wioskę… To było podczas pierwszej wojny w Czeczenii, kiedy zaczęły się walki w Groznym, w 1994 roku. Zrobiła się ta cała miazga, a my właśnie wtedy byliśmy w Groznym. Przeżyliśmy bombardowania, widzieliśmy śmierć. Jechaliśmy z Groznego do Aczchoj-Martanu. Tam się na jakiś czas ukryliśmy. Zaczęli strzelać koło Aczchoj-Martanu, sąsiednie wioski były bombardowane, w tym słynne Samaszki.

Sz.T.: Jasne, masakra w Samaszkach. Miałem wtedy piętnaście lat. Pamiętam to. W Polsce media były wtedy bardzo proczeczeńskie i wszyscy o tym mówili.

M.K.: Tak, tam była potworna masakra. Ta wioska jest oddalona od Aczchoj-Martanu o dziesięć kilometrów i tam Rosjanie robili straszne rzeczy. Wyrzynali, palili dzieciaki i starych ludzi. Wyrżnęli wtedy całą wioskę. To wszystko widzieliśmy.

Sz.T.: Masz te obrazy w głowie?

M.K.: Oczywiście, że mam, pamiętam. Tego nie da się zapomnieć. To jest jakby sen. Te wspomnienia są takie nierealne, że człowiek po prostu nie wyobraża sobie związanej z nimi mocy. Długo było bardzo ciężko. Dzisiaj mam już spokój. Chyba że oglądam w telewizji, co się dzieje w innych państwach, w Syrii czy gdzie indziej, gdzie bombardują ludzi. Wtedy nagle zaczynam sobie przypominać te zbombardowane bloki, zabite dzieci, ciała… Wówczas przekaz telewizyjny nagle staje się zupełnie realny i to straszne uczucie powraca.

Sz.T.: Ja sam na szczęście niczego takiego nie doświadczyłem, ale mówisz coś podobnego do tego, co opowiada moja babcia. Ona bardzo dobrze pamięta drugą wojnę światową. Miała wtedy straszne przeżycia, też związane z Rosjanami. Miała wtedy volkslistę i była z Arbeitsdienstu w Prusach Wschodnich, mimo że jej ojciec zginął w Mauthausen. Żeby się ratować, jej matka załatwiła to całej rodzinie. Kiedy w styczniu 1945 roku Rosjanie weszli do Prus, zaczęły się gwałty i tak dalej. W końcu się ewakuowała, uciekała z koleżanką Niemką rowerami przez całe Niemcy między dwoma frontami. I teraz nic innego już nie pamięta, ale utkwiły jej w pamięci tamte zdarzenia. To jej zostało. Czasem nie odróżnia mnie od moich kuzynów, tylko siedzi w fotelu i płacze, i mówi o wojnie. A jeśli ktoś przy niej włączy telewizor, gdzie pokazują obrazy związane z wojną, a nawet głupi film wojenny, fikcja, to się w niej uruchamia z wielką siłą.

M.K.: To chyba najmocniejsze, co się może człowiekowi wryć w pamięć, tak… To są mocne, naprawdę bardzo mocne rzeczy. Nie można tego wykreślić, wymazać z mózgu. Myślę, że takie zdarzenia podczas silnego stresu człowiek zapamiętuje na zawsze. To nie jest tak, że siedzę i zastanawiam się nad tym. Po prostu do tej pory cały czas mam w głowie ten sen, te obrazy. Do pewnego momentu nawet się dziwiłem, że jeszcze siedzi mi to w głowie, że jeszcze widzę te obrazki, te ciała, to wszystko… Ale po jakimś czasie mi się to zamazało i mam tylko takie wrażenie, jakby to był właśnie sen. Ale gdy teraz widzę, co się dzieje, kiedy oglądam to w mediach, zaczynam do tego wracać. I to nie jest tak, że oddziałuje na mnie to, co widzę w telewizji, bo przecież mnóstwo ludzi to ogląda i tak nie reaguje.

Sz.T.: No tak. Oglądają to jak film, jak fikcję. Jest właśnie tak, jak mówisz: jak coś, na co się patrzy, ale co widza w żaden sposób nie dotyka.

M.K.: Jak film. A ja to przeżyłem, wiem, co to jest i na czym to polega. W każdym razie wróciliśmy z Groznego po najgorszym bombardowaniu, a później byliśmy przez jakiś czas w Aczchoj-Martanie. Rosjanie nikogo stamtąd nie wypuszczali, bo to było blisko granicy, jakieś czterdzieści kilometrów. Stała tam ogromna kolejka i Rosjanie nie wypuszczali uchodźców, którzy chcieli uciec przed wojną, chociażby do Rosji. Wszyscy ci ludzie stali na granicy rosyjskiej, granicy między Rosją a Rosją. Niby chcieli nas przyłączyć z powrotem do Rosji, ale tamci żołnierze z drugiej strony do tej Rosji nas nie wpuszczali. Tak to wyglądało. Pewnego dnia dziadek postanowił, że czas wyjeżdżać. On był głową rodziny, więc zdecydował, że wszyscy wracamy do naszej wioski.

Sz.T.: To znaczy z waszej rodowej wioski, z Aczchoj-Martanu, do Kanowa w Kraju Stawropolskim?

M.K.: Tak, wszyscy wyjechaliśmy do Kanowa. Cała rodzina, krewni, bo dużo krewnych mieszkało w Groznym. A ja się uczyłem w szkole w Kanowie. Zresztą to bardzo fajna wioska.

Sz.T.: Dlaczego? Przecież to była Rosja… Chyba was tam wtedy nie bardzo lubili?

M.K.: Ci Rosjanie, którzy byli